ROZMOWA

Teatr na haju

Aktorką zdecydowałam się zostać w wieku czternastu lat i postanowienia, jak widzisz, dotrzymałam. Ewelina Żak

W końcu w Warszawie.
– Historia zatoczyła koło, ale walizki jeszcze nie schowałam. Zobacz, torbę też mam zawsze dużą. Na wszelki wypadek.

Ciągle gotowa do wyruszenia w drogę?
– Jakoś tak dziwnie iść do teatru tylko z torbą, bo zawsze ciągnęłam za sobą walizkę. Kiedy jeszcze mieszkałam w Warszawie, śmiałam się, że pracuję w Buenos Aires, bo lot do Buenos trwał tyle, ile jazda do Wałbrzycha.

Który ci w szkole teatralnej nawet do głowy nie przyszedł.
– Nie wyobrażałam sobie wyjechania poza Warszawę, bo wydawało mi się to czymś wręcz uwłaczającym. Warszawa była oczywistością. Tym bardziej, że w szkole miałam cały czas świetne samopoczucie i opinię osoby, która dobrze się zapowiada. Oczywiście nie wiedziałam jaki chcę robić teatr, gdzie chcę iść i kim być, ale jakoś to przecież będzie, bo jestem zdolna.

Zdolna i bez etatu.
– Trzy osoby z mojego roku wzięła do Teatru Współczesnego Agnieszka Glińska. Reszta się rozjechała, a ja zostałam z tym dobrym samopoczuciem na swój własny temat, które zaczęło coraz szybciej znikać. Brałam udział w paru przypadkowych rzeczach tylko po to, żeby utrzymać się na powierzchni, ale i tak się zapadałam w sobie. Byłam coraz bardziej zawiedziona, sfrustrowana, popadałam w coraz większą depresję i nienawidziłam całego świata, który wydał mi się wyjątkowo niesprawiedliwy. Gdyby nie mój syn, dla którego musiałam przecież wstawać co rano, który mobilizował mnie do życia, nie wiem jak to by się skończyło.

Próbowałaś poza teatrem?
– Pewnie, zaczęłam chodzić na castingi do filmów i seriali, ale szybko się okazało, że to nie jest towar, który się szybko sprzeda.

Dlaczego?
– Bo nie jestem wielkiej urody blondynką. Pamiętam, jak mi nawet kiedyś miłe panie doradzały, żebym coś zrobiła z worami pod oczami, bo w kamerze wyglądają na jeszcze większe niż są w rzeczywistości. Pozaliczałam wtedy wszystkie serialowe epizody pielęgniarek i sekretarek. Albo taka historia: casting do filmu i reżyserka mówi, że widzi mnie w roli, a po trzech godzinach przychodzi z informacją, że może mi jedynie zaproponować statystowanie. Po jednej stronie stoją aktorki, a po drugiej statyści – w tym ja. Takich strzałów w serce dostałam dużo.

Nie chciałaś wtedy po prostu zmienić zawodu?
– Nigdy. Czytałam sobie „Labirynt” i „Utopię” Krystiana Lupy, i modliłam się o spotkanie z kimś tak dla teatru ważnym. Czytałam też magazyny teatralne, bo chciałam wiedzieć, co się dzieje. Nie mogłam się dostać do teatru, ale mogłam o nim czytać. W końcu, kiedy Władek miał jakieś pięć lat, postanowiłam ponownie zawalczyć o teatr, ale już bez poczucia krzywdy. Zobaczyłam w internecie trailer „Elektry”, którą Natalia Korczakowska robiła w Jeleniej Górze i przypomniało mi się, że spotykałyśmy się nieraz na korytarzach Akademii Teatralnej. Zadzwoniłam do niej i usłyszałam, że za dwie godziny ma pociąg do Jeleniej, więc może się spotkać na Centralnym. Był z nią wtedy Tomek Śpiewak, który robił w „Elektrze” dramaturgię, a ja – zupełnie nieświadoma, że biorę udział w castingu do jej kolejnego spektaklu, czyli „Nelly” na podstawie „Skrzywdzonych i poniżonych” Dostojewskiego – opowiadałam jakieś głupoty o tym, że wróciłam właśnie z Ciechocinka. Mniej więcej pół godziny po naszej rozmowie Natalia zadzwoniła z pytaniem, czy chcę pojechać do Wałbrzycha. Odpowiedziałam: „Jasne!”, po czym zaczęłam szybko sprawdzać na mapie, gdzie ten Wałbrzych jest.

Daleko.
– To też pokazywała mapa, ale pomyślałam, że na rolę mogę przecież pojechać. I pojechałam. Na siedem lat.

Tam, na końcu świata, artystycznie wręcz bulgotało, a ty zagrałaś w spektaklach czołowych dzisiaj reżyserów: od Krzysztofa Garbaczewskiego przez Radka Rychcika czy Wiktora Rubina do Michała Borczucha.
– Na początku myślałam, że zwariuję, że nie nadążę, bo każda kolejna praca wydawała się ciekawsza od poprzedniej. Oczywiście szybko zrozumiałam, że muszę wyrzucić wszystko, czego nauczyłam się w Akademii Teatralnej. Pamiętam jak Natalia mówiła: „Zapomnij, że to się tak gra, że trzeba to cierpienie tak od kulisy do kulisy nosić”. A do Wałbrzycha przyjeżdżali nie tylko świetni reżyserzy, ale także ich szalone ekipy z gościnnymi aktorami włącznie. Michał Borczuch przywiózł Krzyśka Zarzeckiego, Krzysiek Garbaczewski – Pawła Smagałę. Co to były za próby! Myśmy spędzali razem noce i dnie. Taksówkę zamawiało się wiadomo po co. Jak ktoś pytał: „Zamówić taxi?”, odpowiedź brzmiała: „No, raczej!” albo „Nie, dzisiaj nie piję”. Darek Maj łapał się za głowę i krzyczał: „Ludzie, czy wam odbiło?! O co wam chodzi z tym etatem tutaj?!”. A myśmy nie chcieli stamtąd wychodzić. Byliśmy głodni pracy i nowych artystycznych doświadczeń. Z Wałbrzychem było jak z zakochaniem, kiedy czujesz motyle w brzuchu, wszystko ci się podoba i zapominasz zjeść. Teatr na haju!

Wyczuwam euforię w twoim głosie nawet dzisiaj.
– Bo to było naprawdę coś! Stąd ta euforia i przekonanie, że Teatr Dramatyczny w Wałbrzychu ukształtował mnie jako aktorkę.

Krążymy tak między Warszawą i Wałbrzychem, a ja cię nie zapytałem, skąd ty właściwie jesteś?
– Z niewielkich Żor koło Katowic, które obrosły w epoce gierkowskiej blokami zamieszkanymi przez przyjezdnych pracujących w okolicznych kopalniach. Byli wśród nich także moi rodzice. Tato na kopalni, mama – w domu. A my, dzieciaki, spędzaliśmy czas na podwórku albo w szkole, która ze względu na wyż demograficzny miała klasy od „a” do „h”.

I gdzie w tym wszystkim teatr?
– Aktorką zdecydowałam się zostać w wieku czternastu lat i postanowienia, jak widzisz, dotrzymałam. Najpierw było kółko teatralne założone przez naszą polonistę, a potem grupa teatralna „Węzeł”. Stworzyłyśmy ją razem z koleżankami, nauczyłyśmy się na pamięć „Scenariusza dla trzech aktorów” Schaeffera i grałyśmy go gdzie się dało. Potem zapisałam się do studium aktorskiego Doroty Pomykały w Katowicach, które poleciła mi nieco starsza koleżanka z Żor Sonia Bohosiewicz. To była bardzo dobra rekomendacja. Chodziłam tam na zajęcia, na które zarabiałam sprzedając szaszłyki przy trasie E75. Po studium zdawałam do szkół teatralnych w Krakowie i Warszawie. W Krakowie usłyszałam, że jestem nieplastyczna i niesceniczna, a w Warszawie dostałam na egzaminie brawa.

Studiowałaś na roku, który przyćmił Borys Szyc.
– Borys, aktor bez wątpienia charyzmatyczny, od początku był bardzo ekspansywny. Właściwie od początku studiów wiedział, że chce być gwiazdą. Czuliśmy to wszyscy. Jego ego było tak wielkie, że nie starczyło już przestrzeni na budowanie innych relacji. Nie zaprzyjaźniliśmy się z kolegami i koleżankami z roku.

Jakieś ważne spotkania z pedagogami?
– Największe wrażenie zrobiła na mnie Maja Komorowska. Samo jej słuchanie i obserwowanie było bardzo ciekawe, a spotkanie z nią niełatwe, bo Maja Komorowska to wymagający pedagog. Fajne były też zajęcia z Agnieszką Glińską, z którą później zrobiliśmy dyplom.

I za rolę Marii Grekow w „Płatonowie” Czechowa dostałaś na Festiwalu Szkół Teatralnych w Łodzi wyróżnienie.
– Kupiłam sobie za nie super buty, jednak one – co już ustaliliśmy – nigdzie mnie wtedy nie zaniosły.

Ale zagrałaś jeszcze potem w dwóch spektaklach Glińskiej, w Ateneum i w Dramatycznym.
– To były angaże na ratunek, bo Agnieszka próbowała mi jakoś pomóc, także prywatnie. Kiedy spodziewałam się dziecka, dostałam od niej pełną wyprawkę – wspaniały gest. A w szkole jako jedyna mówiła nam, że będziemy mieli przejebane. No, ja miałam na pewno.

Po kilku latach wróciłaś triumfalnie do stolicy, kiedy na Warszawskich Spotkaniach Teatralnych Maciej Nowak zaordynował nam Wałbrzych Fest.
– Nie wiem, czy tak triumfalnie. Pamiętasz, co o nas mówiła Warszawa?

Oczywiście, i pamiętam też, jak Sebastian Majewski, ówczesny dyrektor artystyczny Teatru Dramatycznego w Wałbrzychu, mówił mi o stołecznej widowni, która przyszła oglądać wasze głośne spektakle ze skwaszonymi minami.
– Jacek Wakar napisał wtedy o nas tekst pod tytułem „Wałbrzych: nic”.

Pisał w nim, że „Warszawskie Spotkania Teatralne bezceremonialnie obaliły mit o potędze wałbrzyskiego teatru”.
– To było coś okropnego, zwyczajna pogarda wobec naszej pracy.

Psy szczekały, a karawana jechała dalej.
– Jechała, ku naszej radości, dobrych parę sezonów, ale w końcu zwolniła, bo wysiadł z niej Sebastian Majewski, który powiedział uczciwie, że albo on odejdzie, albo będzie musiało odejść paru aktorów, gdyż teatr potrzebuje zmiany. Miał rację. My też jej potrzebowaliśmy, chcieliśmy iść dalej. Agnieszka Kwietniewska z Andrzejem Kłakiem przenieśli się na przykład do Teatru Polskiego we Wrocławiu.

Ty nie chciałaś?
– Bardzo chciałam, szczególnie kiedy za dyrekcji Piotra Ratajczaka zaczęliśmy skręcać w kierunku, który mnie nie interesował i nie dawał satysfakcji. Myślę, że Piotrek nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo Wałbrzych jest wymagający, że nie można tam być jedną nogą. Wtedy zaczęły się moje rozmowy z Krzysztofem Mieszkowskim o przejściu do Wrocławia, co nie było wcale proste, bo silnych kobiet w tamtejszym zespole nie brakowało.

Ale rok temu już się witałaś z gąską.
– Byłam blisko, bo dostałam rolę w „Procesie” Krystiana Lupy – absolutne spełnienie marzeń.

A w Wałbrzychu były role-marzenia?
– Najbardziej cenię sobie Kurtynę w „Opętanych” Krzyśka Garbaczewskiego i Gerdę w „Królowej Śniegu” Michała Borczucha. Gerda kosztowała mnie najwięcej, była najbardziej wymagająca. Lubiłam też grać w „Łysku z pokładu Idy” Radka Rychcika.

Jakieś niepowodzenia?
– Niezbyt dobrze pracowało mi się z Pawłem Świątkiem przy „Znikających szkołach”. Nie wspominam też z entuzjazmem „W Pustyni i w puszczy” Bartka Frąckowiaka. Nie czułam tych spektakli, ale to też chyba nic nadzwyczajnego.            

Zrezygnowałaś kiedyś roli?
– Nie, mogłabym to zrobić tylko wtedy, gdybym czuła, że jestem traktowana jak narzędzie, a nie partnerka w pracy. Dotychczas miałam szczęście do reżyserów otwartych w mniejszym lub większym stopniu na współtworzenie.

Po rezygnacji z Wałbrzycha weszłaś we wspomniane próby do „Procesu” Lupy we wrocławskim Teatrze Polskim i zagrałaś gościnnie w „Weselu” Rychcika w Teatrze Śląskim w Katowicach oraz we „Wszystko o mojej matce” Borczucha w Łaźni Nowej w Krakowie. Całkiem niezły rok.
– Też tak nawet pomyślałem, ale szczęście nie mogło trwać zbyt długo. Nad Teatr Polski nadciągała katastrofa w postaci Cezarego Morawskiego. Objęcie przez niego funkcji dyrektora pogrzebało najpierw „Proces”, a potem cały teatr. Katowickie „Wesele” przyjęto chłodno, więc z wielkich radości zostało mi „Wszytko o mojej matce”. I nie mówię tu tylko o finalnym efekcie, ale także wspaniałej pracy z Michałem. Takiego cudownego grzebania się i gubienia nie miałam od czasu Gerdy. I do tego ta ekipa: diabelska Halina Rasiakówna, tonująca wszystko Monika Niemczyk, szalona Dominika Biernat i Krzysiek Zarzecki, który wyrywał sobie włosy z głowy i raz się zachwycał, a raz krzyczał, bo nienawidził nas za to, że gramy jego matkę. Podziwiam Tomka Śpiewaka, piszącego przez wszystkie próby tekst, że nie zwariował.

Wyszło z tej pracy piękne przedstawienie.
– Dotarło to do mnie dopiero, kiedy po spektaklach ludzie zaczęli nie tylko gratulować, ale także mówić dlaczego ten spektakl jest dla nich ważny. Z przedstawieniami Michała nigdy nie wiesz wychodząc do braw czy to hit, czy to kit.

Z Borczuchem spotkałaś się ponownie w warszawskim Studio podczas czytania scenariusza „Powolnego ciemnienia malowideł” Grzegorzewskiego, bo to jest teraz twój nowy teatralny dom.
– Kiedy Natalia Korczakowska zaproponowała mi dołączenie do zespołu, właściwie ją zbyłam, bo planowałam przecież swoje życie we Wrocławiu. Poza tym w Studio też było niewesoło, teatr rozdzierał dyrektorski konflikt. Ale wobec nadchodzącego zniszczenia Polskiego i przekonującej koncepcji artystycznej Natalii, zdecydowałam się na powrót po latach do Warszawy.

Jak wyglądało twoje wejście do Studia?
– Dobrze, bo ja się nie nadaję na żadne wojenki, one mnie wykańczają. Chciałam po prostu z tą częścią zespołu, która została i nami, którzyśmy przyszli z różnych teatrów, stworzyć nową ekipę z dobrą energią, choć to oczywiście nie było proste, bo jedni ludzie są poranieni, a inni muszą się odnaleźć w nowej rzeczywistości. Ale myślę, że naprawdę świetna praca nad „Berlin Alexanderplatz” dała nam dużego kopa. Dobrze jest w końcu usłyszeć: „Ale mamy fajną ekipę!”. I to jest prawda. Mam nadzieję, że uda nam się nadal budować wspólnotę, a nie tylko myśleć o tym, czy będzie hicior, czy nie będzie.

Tymczasem przed nami kolejna premiera z twoim udziałem, czyli „Dziewczynki” Weroniki Murek w reżyserii Gosi Wdowik.
– Praca nad tym przedstawieniem jest dziwnym doświadczeniem i zarazem ciekawym. Szczególnie dla biorących udział w spektaklu dziewczynek, którym chyba nigdy w życiu nie poświęcono tyle uwagi. Ja na razie daję się Gosi prowadzić, pozwalam sobie nie wiedzieć i wracam intensywnie do czasów, kiedy sama byłam mała i formatowano mnie kulturowo do roli, jaką dziewczynka powinna grać.

__________

Ewelina Żak urodziła się w 1977 roku w Żorach na Górnym Śląsku. W roku 2001 skończyła Wydział Aktorski Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie i przez siedem lat zagrała kilka gościnnych ról w stołecznych teatrach repertuarowych i niezależnych. W 2008 roku dołączyła do zespołu Teatru Dramatycznego im. Jerzego Szaniawskiego w Wałbrzychu, gdzie przez kolejnych siedem lat zagrała blisko dwadzieścia ról w często głośnych i nagradzanych spektaklach najlepszych polskich reżyserów młodego pokolenia. Po odejściu z Wałbrzycha była w próbach do „Procesu” Franza Kafki w reżyserii Krystiana Lupy w Teatrze Polskim we Wrocławiu, które zostały przerwane po zmianie tamtejszej dyrekcji. W 2016 roku wystąpiła gościnnie w „Weselu” w reżyserii Radka Rychcika w Teatrze Śląskim w Katowicach i „Wszystko o mojej matce” w reżyserii Michała Borczucha w Łaźni Nowej w Krakowie. Od sezonu 2016/17 jest w zespole STUDIO teatrgalerii w Warszawie, gdzie można ją oglądać w „Berlin Alexanderplatz” Natalii Korczakowskiej i „Wyzwoleniu” Krzysztofa Garbaczewskiego. Obecnie jest w próbach do „Dziewczynek” Weroniki Murek w reżyserii Gosi Wdowik (premiera: 20 kwietnia).

CZYTAJ TAKŻE
Jak zostałem gejem | rozmowa z Krystianem Durmanem
Oskara już mam | rozmowa z Bartoszem Porczykiem
Ciągle dojrzewam | rozmowa z Julianem Świeżewskim
Dziwna jesteś, ale chodź | rozmowa z Justyną Wasilewską
Pani nie ma warunków | rozmowa z Małgorzatą Gorol
Jestem błędem w systemie | rozmowa z Robertem Wasiewiczem
Genu nie wydłubiesz | rozmowa z Bartoszem Gelnerem
Niezdecydowany gość | rozmowa z Dawidem Ogrodnikiem

Foto: Krzysztof Bieliński, Bartłomiej Sowa, Katarzyna Chmura-Cegiełkowska, Klaudyna Schubert

Zwykły wpis
PORTRET

Nieśmiała dziewczynka

podroz-ziomowa_1__0413_1

Mam taką konstrukcję, że muszę upaść, żeby móc się potem pozbierać i ruszyć do przodu. Julia Wyszyńska

W Mysłowicach urodzona, w Katowicach wychowana – jednym słowem Ślązaczka. Julia Wyszyńska, rocznik 1986, była beztroskim dzieckiem, które kiedy podrosło, nie zauważyło, że czas już się stać dorosłym człowiekiem. – W liceum sporo balowałam i nie zawracałam sobie zbytnio głowy planowaniem przyszłości. Dużo za to myślała o niej moja mama – mówi aktorka. Mama, dodajmy, twardo stąpająca po ziemi psycholożka, widziała córkę w tym samym zawodzie. Mogłyby nawet praktykować razem. Nic z tego. Julia, co prawda, poszła po maturze na egzaminy na psychologię, ale testy zdała fatalnie. Uniwersytet Śląski jej nie chciał. Nie chciała jej też Państwowa Wyższa Szkoła Teatralna w Krakowie, co akurat bardzo ucieszyło mamę, uważającą aktorstwo za niepoważne zajęcie.

skapiec_2_0087

Skoro wszelkie uczelnie odpadły, Julia zapisała się do Studium Aktorskiego przy Teatrze Śląskim im. Stanisława Wyspiańskiego w Katowicach. Mama z dezaprobatą kręciła tylko głową. Wyszyńska: – Oczywiście musiałam odpokutować moje złe życiowe wybory i niezdane egzaminy, więc zmywałam, szorowałam, odkurzałam i wynosiłam śmieci. Zostałam też odcięta za karę od pieniędzy, bo skoro jestem taka mądra to mogę się utrzymać sama. To była ważna lekcja. Ale w głowie i tak miała tylko teatr. Już w harcerstwie występowała w pierwszych spektaklach, a kiedy na Ogólnopolski Festiwal Sztuki Reżyserskiej „Interpretacje” przyjechał do Katowic „Krum” Krzysztofa Warlikowskiego zupełnie oszalała. – Wtedy zobaczyłam, że teatr wcale nie musi być nudny i sztampowy, że może być nowoczesny i poruszający – wspomina.

wesele2__0148

W studium uczy się rok: – Tam bardzo dobrze przygotowano mnie do egzaminów do szkoły teatralnej. Szczególnie ceniłam zajęcia z wymowy i rytmiki. W wakacje, przed drugim rokiem, jedzie do Londynu. Trzeba zarobić na czesne. Ale wcześniej zdaje jeszcze w tajemnicy po raz drugi egzaminy na aktorstwo: do Warszawy, do Łodzi i do Krakowa. Udaje się w tym ostatnim mieście. Kiedy smaży kiełbaski na BBQ w Muzeum Historii Naturalnej (– Robota ciężka, ale trzeba było harować na szkołę), dzwonią do niej z krakowskiej PWST z dobrą nowiną. Dodzwonić się jednak nie mogą. W końcu kontaktują się z mamą i mówią, że córka została przyjęta. Mama odpowiada krótko: „To pomyłka!”.

podroz-ziomowa_1__0334

W 2006 roku Julia przeprowadza się do Krakowa, studia zaczynają z nią między innymi Mateusz Kościukiewicz i Miron Jagniewski. – Lepiej nie mogłam trafić. Świetna szkoła, świetni ludzie, świetne miasto dla studentów – opowiada. Ciągle była jednak spięta i zestresowana: – Miałam jakieś okropne blokady. Byłam nieprawdopodobnie nieśmiała. Adam Nawojczyk uważał, że nic ze mnie nie będzie, więc myślałam, że po pierwszym roku mnie wyrzucą. Nie wyrzucili. Na szczęście. Bo na drugim roku odżyła, zmieniła się nie do poznania: – Chyba mam taką konstrukcję, że muszę kompletnie upaść, załamać się, rozwalić, żeby móc się potem pozbierać i ruszyć do przodu. Tak też było w szkole.

eurydyka_mowi_0__0427

Na scenie debiutuje w 2010 roku. Do Teatru Polskiego w Bielsku-Białej zaprasza ją Ewelina Marciniak, która przygotowuje „Nowe wyzwolenie” Witkacego: – Z Eweliną znałyśmy się jeszcze ze szkoły. Kiedy zaproponowała mi tę rolę, od razu się zgodziłam, choć rozważałam także zagranie w spektaklu Szymona Kaczmarka, który szykował go w Teatrze Imka w Warszawie. Znajomi pukali się w głowę: „Jeszcze się zastanawiasz? Wiadomo, że Warszawa!”. Wybrała jednak Bielsko-Białą. Spektakl zebrał dobre recenzje, a Julia dostała za swoją rolę nagrodę publiczności na Koszalińskich Konfrontacjach Młodych m-teatr. Dobry początek.

wisniowy_sad_1__0704

Potem jedzie do Wigier, zupełnie przypadkiem. W słynnych warsztatach teatralnych organizowanych co roku przez Tadeusza Słobodzianka bierze udział jej ówczesny chłopak, a ona pływa na kajaku. – Ale tak się złożyło, że zabrakło im aktorów i wzięli mnie. Ten wyjazd zaowocował potem Słobodziankową propozycją zastępstwa w „Gardenii” w reżyserii Aldony Figury w Laboratorium Dramatu i w „Naszej klasie” w Teatrze na Woli (dzisiaj to jedna ze scen stołecznego Teatru Dramatycznego). Na Woli Julia zaczyna znów pracować z Eweliną Marciniak. Do premiery „Bohaterek” jednak nie dochodzi. Reżyserka nie chciała się zgodzić na zaproponowany przez teatr plakat, więc Słobodzianek planowaną premierę odwołał. Wyszyńska: ­– Lepiej nam wyszła z Eweliną praca nad „Medeą”, którą zrobiłyśmy w Laboratorium Dramatu. To prawda, za ten monodram aktorka znów dostała nagrodę – tym razem na Ogólnopolskim Przeglądzie Monodramu Współczesnego w Warszawie.

lalka2__0979

„Medea” pokazywana była także na Festiwalu Monodramów „Monoblok” w Gdańsku, gdzie w jury zasiadał Paweł Łysak, wtenczas dyrektor Teatru Polskiego w Bydgoszczy. – Pomyślałam, że skoro już mnie widział, to może do niego zadzwonię – uśmiecha się Wyszyńska. Zadzwoniła do zastępcy Łysaka, Pawła Sztarbowskiego. Ten powiedział, że na razie nie ma żadnej propozycji, ale jak coś będzie, to da znać. I dał. W czerwcu 2012 roku Julia zadebiutowała na deskach Teatru Polskiego w Bydgoszczy w spektaklu „Źle ma się kraj” w reżyserii Weroniki Szczawińskiej i wkrótce dołączyła do zespołu. To była dobra decyzja? – To był strzał w dziesiątkę! – odpowiada natychmiast. W rzeczy samej.

iwona_burbona_03__0165

Rok później zagrała najpierw Anię w „Wiśniowym sadzie” Czechowa w inscenizacji Pawła Łysaka, a później Elisabeth Fritzl w arcydzielnej „Podróży zimowej” Elfriede Jelinek w reżyserii Mai Kleczewskiej (koprodukcji z Teatrem Powszechnym w Łodzi). Ta doprawdy wstrząsająca kreacja przyniosła jej wielkie uznanie i nagrodę za najlepszą rolę kobiecą na XII Festiwalu Prapremier. To był jej rok. Jesienią czekała Julię ponowna praca z Eweliną Marciniak nad błyskotliwym, przepisanym przez Michała Buszewicza i cieszącym się wielką popularnością wśród widzów „Skąpcu” Moliera (grała Elizę) oraz „Wesele” w reżyserii Marcina Libera (grała Pannę Młodą). Bydgoski rozdział w karierze Wyszyńskiej zamknął spektakl „Cienie. Eurydyka mówi:” Mai Kleczewskiej z gościnnym udziałem Katarzyny Nosowskiej (koprodukcja z Teatrem Muzycznym Capitol we Wrocławiu i stołeczną Imką). Nie pograła w nim jednak długo, bo „Cienie” szybko ściągną z afisza Paweł Wodziński, nowy dyrektor Teatru Polskiego. Podobnie zresztą jak „Skąpca”, który wylądował w śmietniku zaraz po tym, jak dostał nagrodę publiczności na katowickich Interpretacjach.

kazdy_d_0077

Jesienią 2014 Paweł Łysak z Pawłem Sztarbowskim wygrywają konkurs na szefów Teatru Powszechnego w Warszawie i zabierają ze sobą z Bydgoszczy kilkoro aktorów: Karolinę Adamczyk, Michała Czachora, Mateusza Łasowskiego, Michała Jarmickiego i Julię Wyszyńską, która przez dwa lata gra spektakle zupełnie nie dla niej skrojone. Nie jest jej teatrem ani „Iwona, księżniczka z Burbona” Magdy Fertacz w reżyserii Leny Frankiewicz (gra Lolę), ani „Lalka. Najlepsze przed nami” według Bolesława Prusa w reżyserii Wojciecha Farugi (gra Kazimierę Wąsowską), ani nawet bardzo udane skądinąd przedstawienie „Każdy dostanie to, w co wierzy” według „Mistrza i Małgorzaty” Bułhakowa stworzone przez Jolantę Janiczak i Wiktora Rubina. Julia (Małgorzata) gra tam nieudany duet z Dawidem Rafalskim (Mistrz). Na uznanie zasługuje za to jej rola w „Nieznośnie długich objęciach” Iwana Wyrypajewa, choć to też nie do końca jej teatr. Wyszyńska nie gra niestety w spektaklach Mai Kleczewskiej, bo panie przestają się dogadywać.

klatwa_414

W końcu aktorka wraca do wielkiej formy odważną kreacją w „Klątwie” według Wyspiańskiego w reżyserii kontrowersyjnego Olivera Frljicia. Aktualne są jej słowa, że musi upaść, żeby się pozbierać i ruszyć do przodu. Tak ruszyła, że dwie zagrane przez nią sceny wywołały ogólnopolską awanturę i niespotykaną od lat nagonkę na teatr. Wyszyńską odsądzono od czci i wiary za scenę seksu oralnego z figurą Jana Pawła II i monolog o zbiórce pieniędzy na zabójstwo Jarosława Kaczyńskiego, w której tłumaczy widzom, że takiej zbiórki przeprowadzić nie może, bo zabrania tego polskie prawo. Ale to, co aktorka mówi ze sceny nie ma w medialnym maglu żadnego znaczenia. Spektakl, a raczej wyobrażenie o nim zaczyna żyć własnym życiem. Prawicowe media, politycy rządzącej partii, a nawet Episkopat Polski oskarżają ją i teatr o nawoływanie do przemocy i bluźnierstwo. Za „Klątwę” lanie dostają wszyscy, ale najmocniejsze razy dostaje ona – nieśmiała dziewczynka ze Śląska, która zaryzykowała dla roli cały swój aktorski dorobek i została tym samym najodważniejszą z odważnych.

CZYTAJ TAKŻE
Klątwa | recenzja
Nienasycona | rozmowa z Eweliną Marciniak
Widelcem w oko | rozmowa z Mają Kleczewską

Fot. Magda Hueckel

 

Zwykły wpis
PORTRET

Samuraj

90470016

„Bardzo dobrze pan wypadł, ale nic z tego nie będzie. Niech pan zoperuje oko i wróci do nas za rok” – usłyszał w Akademii Teatralnej. Odpowiedział w swoim stylu, że żadnego za rok nie będzie, bo on zdaje teraz. Paweł Tomaszewski

Była końcówka grudnia 2010 roku. Poszliśmy z przyjaciółmi do teatru. Podobno dobre, tak mówią. Siadamy w pierwszym rzędzie. Cieszymy się na Stanisławę Celińską, którą uwielbiamy. Gra Makrynę Mieczysławską, jedną w większych mistyfikatorek dziewiętnastowiecznej polskiej emigracji. Zaczynają grać hymn. Dyryguje Paweł Miśkiewicz. Publika wstaje. My siedzimy. Nagle Joanna łapie mnie za kolano, ja ją. Na scenie pojawia się Bogdan Jański, Sługa Boży. – Kiedy przygotowywaliśmy scenariusz „Klubu polskiego” – mówi reżyser spektaklu i dyrektor Teatru Dramatycznego Paweł Miśkiewicz – szukaliśmy współczesnego, młodego świętego, który w bezkompromisowy sposób chce się rozprawić ze wszystkimi demonami, z jakimi zmaga się każdy człowiek wchodzący w dorosłość. Paweł, ze swoją wrażliwością i nutką anarchii wobec zastanych praw i porządków, wydał nam się idealny.

Paweł Tomaszewski. Rocznik 1983. Urodzony w Warszawie, wychowany nieopodal – w Zakroczymiu. To on spowodował, że złapaliśmy się z Joanną za kolana. – Widziałeś te oczy? – spytała. Te oczy przez długie lata był jego przekleństwem. – Kiedy miałem dziewięć lat przyjęto mnie to szkoły baletowej, oczywiście warunkowo, bo miałem zeza. Po niecałym roku wyrzucili mnie z niej za „brak koordynacji ruchowej”. Z tym brakiem to przesada, bo byłem tam najsprawniejszy, ale wiesz, w balecie to trzeba co do milimetra. Był zdruzgotany. – Chciałem sobie te oczy wydłubać, bo skoro nie mogłem tańczyć, to po co mi one? Pierwsza depresja w życiu, jak sam mówi. Dziesięć lat później przystąpił do egzaminów w warszawskiej Akademii Teatralnej. – Bardzo dobrze pan wypadł, ale niestety nic z tego nie będzie. Niech pan sobie zoperuje oko i wróci do nas za rok – zawyrokowała ówczesna dziekan Wydziału Aktorskiego Aleksandra Górska. Odpowiedział w swoim stylu, że żadnego za rok nie będzie, bo on zdaje teraz. Nie chciał iść do wojska, więc uciekł do Białegostoku, gdzie ze świetnym wynikiem dostał się na słynny Wydział Lalkarski. Dzwoni telefon. Ojciec: – Nie zachowuj się jak tchórz. Musisz pojechać na egzaminy do Krakowa. Tam się na pewno uda! W Krakowie był tylko raz na szkolnej wycieczce: Rynek, Wawel, te sprawy. Mama wyprasowała koszulę, ojciec zawiózł go na dworzec. – Widzisz moją jedynkę? – spytał podczas egzaminu łapiąc się za ząb Krzysztof Globisz. – Tylko ja mam taką. I uwielbiam twojego zeza.

90490021

Pytam o to obłędne – jak zawyrokowalismy z Joanną – spojrzenie Dorotę Sajewską, współscenarzystkę „Klubu polskiego” i zastępczynię Miśkiewicza – To są czary. Ja w ogóle łączę jego charyzmę ze wzrokiem. Dla mnie oczy Pawła są jego centrum. Choć ciało ma także piękne i rozpustne – dodaje z uśmiechem. – Ale bez wątpienia najbardziej niesamowita jest asymetria jego patrzenia. Nieprzyjęcie Tomaszewskiego do Akademii Teatralnej w Warszawie wcale jej nie dziwi: – W Krakowie stawia się na indywidualność, a w Warszawie mają foremkę, do której chcą wszystkich przycinać, co widać potem w rozlicznych serialach. Miśkiewicz: – Każda cecha indywidualna, która jest świadomie używana, czyni z aktora ten jednostkowy, niepowtarzalny byt. Pięknych chłopców w teatrach mamy mnóstwo. Paweł jest, jakby to powiedzieć, takim brzydszym kwiatkiem, ale przez to bardziej ukorzenionym i dzikim. Jego urody trzeba się dopatrzyć.

– Tuż po szkole dostałem propozycję zagrania w stołecznym Teatrze Powszechnym. Poszedłem na pierwszą próbę. Punktualnie był jeszcze tylko Benoit. Palił w kącie papierosa i się nie odzywał. Siedzę więc pod salą prób, czekam i nagle dzwoni telefon: „Gdzie jesteś? ­Jest już dziesięć po dziesiątej. Chodź do nas!”. Idę do bufetu, a tam aktorzy wpierdalają śledzia. Pomyślałem wtedy, że w moim aktorskim życiu jest jeszcze za wcześnie na śledzia. Po pięciu próbach podziękowałem za współpracę i wyszedłem z teatru. Już podczas studiów dostaje sporo propozycji. Debiutuje na deskach Teatru Polskiego w Bydgoszczy. Gra w Starym Teatrze w Krakowie, Teatrze Dramatycznym w Wałbrzychu, Teatrze Wybrzeże w Gdańsku i ląduje w końcu w Warszawie, gdzie zanim dostaje rolę Jańskiego w „Klubie polskim”, występuje w „Bańce mydlanej” w reżyserii Andrzeja Pakuły, a wcześniej w „Niepokojach wychowanka Törlessa” – debiucie reżyserskim Kuby Kowalskiego.

Tymczasem nie wypala kilka teatralnych przedsięwzięć, kurczy się stan konta. – Wiesz, co to znaczy zostać z pięcioma złotymi w kieszeni? Musisz wtedy zdecydować czy kupujesz papierosy, czy zrobisz placki ziemniaczane. Musiał pożyczać od rodziny, a bardzo tego nie lubi. Pojawia się główna rola w filmie. Radość. Przed rozpoczęciem planu zdjęciowego kurczy się jednak do epizodu. Frustracja. To wtedy zapada decyzja. Serial. – Są oczywiście nikczemne tasiemce – mówi Tomaszewski – ale są też ambitniejsze produkcje. Gra Kubę, chłopca noszącego walizki w polsatowskim „Hotelu 52”. – To jest wdzięczna rola, no i konkretne pieniądze. Trochę mnie przez ten serial ludzie rozpoznają, ale bez przesady. Głównie są to panie w Carrefourze i dozorca w bloku, w którym mieszkam. Jest teraz dla mnie bardzo miły. Miśkiewicz: – Paweł mignął mi gdzieś w telewizji ostatnio, co odnotowałem z dużym zdziwieniem, bo długo trzymał się od tego z daleka. Był bardzo bezkompromisowy, uważnie kierował swoją karierą, wystąpił w paru offowych filmach. Zawsze sobie wyobrażał, że będzie grał tylko w teatrze. Nie chce zostać Rysiem z „Klanu”, kocha za to kino. Chciałby grać w pięknych filmach. Póki co, ma za sobą kilka ról drugoplanowych i jedną główną w obrazie Grzegorza Packa „Środa, czwartek rano”, za którą nagrodzono go na Koszalińskim Festiwalu Debiutów Filmowych Młodzi i Film. Cały czas siedzą Tomaszewskiemu w głowie słowa Krzysztofa Globisza, opiekuna jego roku: „Ćwicz w teatrze, jak samuraj!”.

90470001

„Młoda i piękna Magda Lamparska, którą kojarzymy z takich serialowych hitów jak ’39 i pół’ oraz ‚Hotel 52’ nie spotyka się już z Tomaszem Karolakiem. Ich romans był burzliwy, ale też bardzo krótki. Widać, że Lamparska ma słabość do kolegów z planu, bo w sercu aktorki zagościł kolejny mężczyzna – Paweł Tomaszewski. Razem grają w serialu ‚Hotel 52’. Spotykają się nie tylko w pracy, ale także prywatnie” – donosił w zeszłym roku jeden z plotkarskich portali. – To naprawdę nie była żadna kalkulacja. Po prostu trzymaliśmy się z Magdą za ręce i pocałowaliśmy. Zdałem sobie wtedy sprawę, jak łatwo znaleźć się na takim portalu. Opowiadanie o prywatnym życiu jest dla niego żenujące. Nie widzi powodu, żeby to robić. A czy coming out przeszkadza w Polsce aktorom w karierze: – Wolałbym, żeby to kim się jest, jakiej jest się orientacji seksualnej, nie miało znaczenia w relacjach zawodowych i decydowaniu o obsadzie. Kiedyś usłyszałem podczas castingu od jednej reżyserki, że ona nie szuka kibica geja. Zamurowało mnie kompletnie. Ty pizdo! – pomyślałem. Ja się tak cieszę, kiedy mogę zagrać mordercę albo kibica w bejsbolówce, chociaż chciałbym kiedyś zagrać geja w jakimś pięknym filmie.

Spektakl się kończy. Bardzo na nas zadziałał. Joanna mówi, że widzi go u najlepszych reżyserów. Ja też. A Tomaszewski? – Pewnie, że tak. Ale chyba nieładnie tak mówić, prawda? Jakoś tak nieskromnie. Reżyser Iwo Vedral: – Paweł jest bardzo utalentowany, a do tego lojalny, szczery i nie kalkuluje. Cieszy mnie, że zdecydował się, by dołączyć do zespołu Teatru Dramatycznego. Z wrodzoną sobie skromnością skupia się na graniu. Czy onieśmiela go praca z wielkimi nazwiskami? W „Klubie polskim” grają i Stanisława Celińska, i Jerzy Trela. – Przed spektaklem robiłem przysiady i pompki, żeby się trochę doenergetyzować. Obok, w kulisach, siedziała już wyciszona Stanisława Celińska. Podszedłem do niej i powiedziałem: „Pani Staszko, uwielbiam panią”. Sam także ma coraz liczniejsze grono fanów i fanek.

Miśkiewicz: – Paweł całego siebie wystawia na pokaz. Razem ze swoją niegotowością, zmętnieniem i takim bardzo fajnym, współczesnym, zawadiackim, lekko anarchistycznym stosunkiem do struktury, w którą wchodzi. Sajewska: – On jest zbuntowanym wrażliwcem. To, co nas w Pawle fascynuje to błąd, który staje się jakąś boskością: wpisany w twarz, język, ciało, sposób mówienia, rytm. Błędna dykcja, błędna obecność, błędne poruszanie się, błędny wzrok. To jest szalenie kręcące i szlachetne. Jański też był taką postacią, mistyczną w rozkiełznaniu. W dzienniku, który pisał, chciał się wyspowiadać, oczyścić, a wyszło z tego osiemset stron zapisów sprzecznych pragnień i pożądań, rozpustnych myśli i czynów. Oczywistym było, że jeśli chcemy poszperać w tej postaci to z Pawłem, bo on ma w sobie coś z Chrystusa i jednocześnie z Antychrysta. Vedral: – On jest chłopcem i dojrzałym mężczyzną w jednym. Jest w nim niesamowita wrażliwość i jakaś ciemna siła. Nurkuje, szuka, popełnia błędy. Obserwowanie jego teatralnej drogi to prawdziwa przyjemność. Wychodząc z teatru Joanna zapaliła papierosa i powiedziała, że to jest polski James Dean. Do schrupania. Sajewska: – To samo powiedziały moje studentki. Ale pod żadnym pozorem nie wolno go skonsumować.

PS Powyższy portret Pawła Tomaszewskiego ze zdjęciami Karola Radziszewskiego ukazał się w 2011 roku w warszawskim magazynie kulturalnym „WAW”. W tym samym roku aktor zdążył jeszcze zagrać w „Kretach i rajskich ptakach” Tadeusza Różewicza w reżyserii Macieja Podstawnego i „W imię Jakuba S.” Pawła Demirskiego w reżyserii Moniki Strzępki. Wkrótce Paweł Miśkiewicz przestał być dyrektorem Teatru Dramatycznego, a nowy dyrektor Tadeusz Słobodzianek zrównał go artystycznie z ziemią, doprowadzając do exodusu wielu wspaniałych aktorów i aktorek, w tym Pawła Tomaszewskiego. W ostatnich latach widzowie teatralni mogli go oglądać w „Klątwie” Pawła Demirskiego w reżyserii Moniki Strzępki (teatralnym serialu Łaźni Nowej w Krakowie) i w „Kto wyciągnie kartę wisielca, kto błazna? Williama Szekspira w reżyserii Pawła Miśkiewicza w Teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie. Niedawno Paweł Tomaszewski wrócił na warszawskie deski teatralne. Gra obecnie w „Jaskini” Arka Tworusa w Teatrze Studio i jest w trakcie prób (zagra Myszkina) do „Idioty” Fiodora Dostojewskiego w reżyserii Pawła Miśkiewicza w Teatrze Narodowym (premiera 11 lutego).

CZYTAJ TAKŻE
Ciągle dojrzewam | rozmowa z Julianem Świeżewskim
Dziwna jesteś, ale chodź | rozmowa z Justyną Wasilewską
Pani nie ma warunków | rozmowa z Małgorzatą Gorol
Jestem błędem w systemie | rozmowa z Robertem Wasiewiczem
Genu nie wydłubiesz | rozmowa z Bartoszem Gelnerem
Niezdecydowany gość | rozmowa z Dawidem Ogrodnikiem

Zwykły wpis
ROZMOWA

Wracamy do awangardy

2434417-natalia-korczakowska-jpg-608x418_q85_box-029800578_crop

Studio to przecież nic innego jak pracownia artystyczna i tak chcę myśleć o naszym teatrze. Z Natalią Korczakowską, dyrektorką artystyczną Teatru Studio w Warszawie, rozmawia Mike Urbaniak

Warto było?
– 
Bardzo. Sama jestem zaskoczona jak twórcza i czysta atmosfera panuje teraz w Studio. I nie dotyczy to tylko aktorów, którzy przyszli ze mną. Zanim zatrudniłam kogokolwiek spotykałam się regularnie z zastanym zespołem artystycznym, żeby porozmawiać szczerze na temat trudnej wówczas sytuacji i moich ewentualnych planach. Uważałam, że to jest fair wobec jednych i drugich. Udało nam się porozumieć i mamy przed sobą co najmniej trzy lata pracy w przestrzeni wolnej wypowiedzi artystycznej.

Twórcza i czysta atmosfera to ostatnia rzecz z jaką kojarzyliśmy przez ostatni rok rozdzierany konfliktami Teatr Studio.
 Zdaję sobie z tego sprawę, dlatego podejmując się dyrekcji byłam bardzo ostrożna. Zdobycie zaufania ludzi poranionych przez konflikt nie było ani oczywiste, ani łatwe, a bez porozumienia z nimi nie zaczęłabym pracy nad nowymi spektaklami. Najważniejsze było dla mnie nawiązanie relacji opartej na wzajemnym zaufaniu z tą częścią zespołu, która została. Za żadne skarby świata nie chciałam ich skrzywdzić i zapowiedziałam od razu, że na pewno nikogo nie zwolnię. To świetni aktorzy i chcę z nimi pracować, a oni, jak się okazało, ze mną. Nie chcę powiedzieć, że to było łatwe dla tych, którzy zdecydowali się odbudować ze mną to miejsce, ale staramy się wykorzystać szansę na tworzenie krytycznego wobec rzeczywistości teatru w centrum Warszawy. Bez cenzury i na ile to możliwe w sposób demokratyczny.

Przyjęcie przez ciebie posady dyrektorki artystycznej Teatru Studio zostało przyjęte z mieszanymi uczuciami. Środowisko teatralne stanęło w zdecydowanej większości po stronie Agnieszki Glińskiej, a nie Romana Osadnika. Pojawiły się wątpliwości co do tego, czy postąpiłaś etycznie. A ty jak to widzisz?
– To był z całą pewnością najtrudniejszy czas w moim życiu zawodowym, długo zwlekałam z ostateczną decyzją. W końcu zrozumiałam, że jeśli nie podejmę się tego zadania, ten niezwykle istotny teatr może powędrować w artystyczne ręce, z których – zapewniam cię – nie byłbyś zadowolony. Nie chcę powiedzieć, że groziła nam sytuacja na miarę Teatru Polskiego we Wrocławiu, ale powiedzmy, że mogło się skończyć podobnie.

Przed tobą propozycję dostał Michała Zadara, ale odmówił, bo nie chciał być podwładnym Romana Osadnika.
– Tak zostało to zinterpretowane przez media. Z naszej krótkiej rozmowy na ten temat wynika, że po prostu nie interesuje go posada zastępcy, ale dyrektora naczelnego i artystycznego. Ja nie byłabym w stanie dzisiaj wziąć na siebie takiej podwójnej roli. Zwłaszcza w tak złożonej instytucji jaką jest Studio.

Pomijając personalne nieporozumienia między Romanem Osadnikiem i Agnieszką Glińską, u podłoża tego głośnego konfliktu leżała sprawa pozycji teatru w wielobranżowym domu kultury, jakim w ostatnim czasie stało się Studio. Prowadzony przez Grzegorza Lewandowskiego Bar Studio i projekt „Plac Defilad” kompletnie przykryły teatr. Krótko mówiąc, ogon zaczął merdać psem, co nas, ludzi teatru, bardzo irytowało.
– Chciałabym tę sytuację wyprostować, bo uważam, że można pogodzić działanie teatru ze świetnie działającą klubokawiarnią. Przecież bary działają z powodzeniem w wielu nowoczesnych teatrach w Polsce i na świecie (w niemieckiej Volksbühne są dwa) i mają bardzo bogaty program.

Zgoda, knajpa działa choćby w sąsiednim Teatrze Dramatycznym, ale Kulturalna, mimo świetnego programu artystycznego, nigdy go nie przykryła.
– Proporcje w Studio zostały zachwiane, ale to nie powód, żeby wszystko teraz zniszczyć. Rozmawiałam o tym z Grześkiem Lewandowskim i mamy w tej kwestii pełne porozumienie, które, jestem pewna, pozwoli dobrze działać bez szkody dla nikogo. I jeszcze jedno, niechętnie wyrażam opinię na temat tego konfliktu, który mnie osobiście nie dotyczył. Ale warto przyjrzeć się mu również z perspektywy szerszej, zobaczyć, że historia Studio usłana jest konfliktami, które prawie zawsze dotyczyły dwóch różnych wizji teatru. Jedna to repertuarowy teatr dramatyczny w czystej postaci, taki jak za czasów Jerzego Grzegorzewskiego prowadził w Dramatycznym Gustaw Holoubek, a druga to idea centrum sztuki zapoczątkowana za czasów Józefa Szajny. Wtedy Studio było nie tylko teatrem, ale działała tu także niezależna galeria, potem studio filmowe i orkiestra Sinfonia Varsovia. Od jakiegoś czasu Studio próbowało wrócić do idei centrum sztuki.

Raczej centrum rozrywki.
– Powiem tak: program przygotowywany w barze czy na placu uważam w większości za udany i ambitny. Na pewno jest na to miejsce i chciałbym, żeby w Studio działo się mnóstwo różnorodnych wydarzeń artystycznych, ale nie mogą one zawężać przestrzeni teatru, bo teatr, jako materia z natury krucha, takiego naporu nie wytrzyma, a jest perłą w koronie tej instytucji. Teatr jako synteza sztuk to podstawowy postulat awangardy i mój osobisty dotyczący Studia. Warto tu przypomnieć, że za czasów Szajny nazwa tej instytucji brzmiała Centrum Sztuki Studio Teatr – Galeria, a za Grzegorzewskiego – Centrum Sztuki Studio. Dzisiaj wracamy do korzeni, stąd nowa nazwa STUDIO teatrgaleria. Wszystkie powyższe nazwy wskazują jednoznacznie na filozofię tego miejsca. Studio było i powinno nadal być miejscem interdyscyplinarnym.

Poproszę teraz o konkrety.
– Chcę zatrudniać nie tylko reżyserów, ale także artystów wizualnych oraz integrować środowiska teatru i sztuki współczesnej. Oprócz tego, że Dorota Jarecka programuje oczywiście galerię, sztuka wyjdzie, a nawet już wychodzi poza jej granice. Niebawem otworzymy na Scenie Modelatornia przestrzeń, której autorami są w tym roku Mikołaj Grospierre i Olga Mokrzycka-Grospierre. To z jednej strony autonomiczne dzieło sztuki, z drugiej także scenografia, w której pracować będzie kilkoro artystów. Pierwszym jest tancerz i choreograf Rafał Dziemidok, potem zacznie tam próby Małgorzata Wdowik, która wyreżyseruje spektakl „Dziewczynki” i jestem jeszcze w rozmowach z Magdą Szpecht. Był u nas też niedawno Daniel Buren, wybitny francuski artysta i teoretyk sztuki, który zgodził się stworzyć stałą przestrzeń dla reżyserów w przyszłym roku.

Wszystko brzmi bardzo zachęcająco, ale jak to się ma do właściwego dla teatru repertuarowego grania regularnie spektakli i wypełniania foteli na widowni.
– W tym sezonie zaplanowałam osiem premier i wszystkie są realizowane. Widzowie przychodzą na nie chętnie. Nie słyszałam o problemach z frekwencją, choć na pewno nastąpi jakaś wymiana widowni, co jest przy zmianie dyrekcji naturalne. I jeszcze jedna ważna sprawa: interesuje mnie bardziej jakość i szczerość artystycznej wypowiedzi, niż wielkie scenografie i bogate kostiumy. Myślimy tu w kategoriach sztuki, a nie superprodukcji. Nie jest też tak, że spektakl pani dyrektor pochłania cały budżet, a reszta dostaje na swoje produkcje po pięć złotych. Takie myślenie jest mi zupełnie obce.

A kto odbiera premiery? Bo Agnieszka Glińska miała, zdaje się, w swojej umowie kuriozalny zapis, że dyrektor naczelny.
– Ja, i to jest zapisane w mojej umowie. W zakresie obowiązków mam odpowiedzialność za kształt artystyczny całej instytucji. Inaczej bym do Studia nie przyszła, bo nie mam w zwyczaju firmować swoim nazwiskiem nieswoich pomysłów.

Podobno Krzysztof Garbaczewski ma stworzyć w Studio pracownię wideo. Jak ona ma działać?
– To jest oczywiście nawiązanie do pracowni filmowej, która tu kiedyś była. Z tym, że teraz myślimy o pracowni wirtualnej rzeczywistości, a nikt nie nadaje się do tego lepiej niż wizjonerski w tej materii Krzysiek, który już powoli tworzy zespół złożony między innymi z filmowców i studentów Politechniki Warszawskiej. Wirtualna rzeczywistość to absolutnie fascynująca dziedzina, rozpoznana już przez film, ale jeszcze nie przez teatr, z którym paradoksalnie może mieć więcej wspólnego. Lepszego do tego miejsca niż Studio nie ma, bo co właściwie znaczy ta nazwa? „Studio” to przecież nic innego jak pracownia artystyczna. Tak chcę myśleć o naszym teatrze, że są tu pracownie artystów poszukujących nowych form estetycznych, że Studio jest dla naszego pokolenia pierwszym miejscem wyboru.

Kiedy mówisz o pokoleniu, przypomina mi się Forum Obywatelskie Teatru Współczesnego powołane osiem lat temu przez roczniki 70. i 80. Forum zniknęło tak szybko jak się pojawiło, zdążyliście tylko wysłać list do ministra kultury, w którym jednym z postulatów było danie wam teatrów. I oto postulat został spełniony. Zostałaś dyrektorką artystyczną.
– Bardzo potrzebowaliśmy w Warszawie miejsca, w którym poczujemy się jak u siebie, a nie jak goście na kolacji mistrzów. I moją ambicją jest, żeby Studio było dla naszego pokolenia domem, przestrzenią pracy twórczej, dyskusji i wymiany doświadczeń. Stąd zaproszenie do pracy Radka Rychcika, Agnieszki Olsten, Michała Borczucha czy Krzyśka Garbaczewskiego. Ale zależy mi też na tych najmłodszych, którzy właśnie wchodzą lub zaraz będą wchodzić do teatru. Dlatego zaprosiłam Gosię Wdowik i Magdę Szpecht, które myślą oryginalnie, są inspirujące i mają świetny gust. A wracając do początku naszej rozmowy i twojego pytania czy warto było, muszę znów to potwierdzić właśnie ze względu na wielką satysfakcję, jaką daje możliwość tworzenia miejsca dla utalentowanych artystów. Może nawet większą niż reżyserowanie własnych spektakli.

Nazwiska cudowne, ale czy masz jakiś program, który spina to, co zobaczymy niebawem w Studio?
– Tak i to bardzo precyzyjnie rozpisany. Miałam go już wcześniej, kiedy startowałam w konkursie na dyrektorkę Teatru Polskiego w Poznaniu, ale ostatecznie uświadomiłam sobie, że żyjemy w tak zaprogramowanej rzeczywistości, że najlepszym programem będzie brak programu.

Czyli to jest program typu „wspaniali artyści chodźcie do mnie ze swoimi pomysłami”?
– Poniekąd, ale to celowe nieprogramowanie nie oznacza anarchii. Interesuje mnie koncepcja, nie konwencja. Interesuje mnie wolna, oryginalna wypowiedź, nie pomysł na gwarantowany hit. Interesuje mnie zastanowienie się czym w ogóle jest dzisiaj teatr artystyczny i czemu ma służyć. Interesuje mnie szukanie nowego języka i eksperyment estetyczny. Interesuje mnie szczerość wypowiedzi, nie efekciarstwo. Chciałabym też zachować rozsądne proporcje między uznanymi nazwiskami i tymi nowymi.

To przypomnij kogo zobaczymy jeszcze w tym sezonie.
– O Grospierre’ach, Dziemidoku i Wdowik już mówiłam, więc dodam jeszcze Wojtka Ziemilskiego z jego spektaklem „Come Together”, który ma być o tym, że wspólnota jest niemożliwa, czyli jest wirusem w ramach naszej utopii. Krzysiek Garbaczewski zaczyna niedługo pracę nad „Wyzwoleniem” Wyspiańskiego, w którym będzie można zobaczyć cały zespół aktorski, a sezon zakończy Agnieszka Olsten adaptacją „Dobrej terrorystki” Doris Lessing.

A w kolejnym sezonie?
 Mam same grube nazwiska i muszę się zastanowić na ile ulec tej kuszącej wizji, a na ile trochę narozrabiać.

Tymczasem rozrabiasz już z nowym zespołem, który jest prawdziwą menażerią. Masz zastanych aktorów Studia, ze Starego Teatru w Krakowie przyszedł Krzysztof Zarzecki, z Teatru Nowego w Poznaniu – Tomasz Nosiński, z Teatru Polskiego we Wrocławiu – Bartosz Porczyk, Marcin Pempuś i Andrzej Szeremeta, do tego związana kiedyś z Teatrem Dramatycznym w Wałbrzychu Ewelina Żak i związana z TR Warszawa Katarzyna Warnke, a na dokładkę aktor i tancerz Robert Wasiewicz, jeden z pierwszych zatrudnionych na etacie w teatrze dramatycznym absolwentów bytomskiego Wydziału Teatru Tańca. Nieźle.
– Robert był pierwszą osobą, do której zadzwoniłam z propozycją dołączenia do zespołu i bardzo się tym szczycę. Ale, słuchaj, co ja mogę ci powiedzieć, oprócz tego, że zatrudniłam po prostu wspaniałych artystów, którzy nie myślą tylko o tym, jak wykonać polecenia reżysera. Łączy ich podobny sposób myślenia i bogactwo doświadczeń, bo większość z nich pracowała w całej Polsce. Niektórych znam bardzo długo, jak Marcina Pempusia, Ewelinę czy Bartka, innych dopiero poznaję. W tej różnorodności jest wielka siła urokowi której, w ramach intensywnych prób przed zbliżającą się premierą, uległa nawet moja wrodzona mizantropia.

Próbom do „Berlin Alexanderplatz” Alfreda Döblina.
– Czytałeś?

Oczywiście. Wielbię tę książkę.
– Ja też. To jedna z najważniejszych książek jakie kiedykolwiek napisano, Dostojewski i Joyce w jednym. Jestem zdziwiona, że nigdy jeszcze nie była wystawiana w polskim teatrze. Döblin był drapieżnym lewicowcem i pisał językiem ulicy, marginesu społecznego, z którym się identyfikował. W sposób spektakularny szkicuje też obraz Berlina początku zeszłego wieku, w którym rozgrywa się przypowieść o Franciszku Biberkopfie – robotniku transportowym, alfonsie i mordercy, który po wyjściu z więzienia postanawia, że od tej pory będzie porządnym człowiekiem.

Próba się jednak nie udaje.
– Franciszek próbuje zwalczyć w sobie wszystko, co niemoralne, ciemne, niepoprawne i grzeszne, ale ta jego walka prowadzi go do kolejnej zbrodni, która jest powtórzeniem poprzedniej. Dzisiejsi prawicowi moraliści robią dokładnie to samo: chcą być porządni i bezgrzeszni oraz – co jeszcze gorsze – chcą narzucić to innym. A to zawsze, jak wiemy z historii, kończy się źle. To, co wyparte wraca w formie projekcji, jest źródłem frustracji i agresji, a do Biberkopfa wraca w postaci Reinholda, którego gra Krzysztof Zarzecki.

A w roli odrażającego Franka Biberkopfa obsadziłaś pięknego Bartka Porczyka. Co za perwersja!
– Masz rację, Bartek jako Franek jest czystą perwersją. A mówiąc poważnie to nie rozumiem, dlaczego ktoś z marginesu społecznego musi być od razu facetem z brzydką mordą i czerwonym nosem. Poza tym w czasach Döblina wymyślono w Niemczech tak zwany efekt obcości, który zakłada, że aktor nie jest reprezentacją postaci, ale podejmuje ją w celu artystycznej wypowiedzi. W roli Biberkopfa i Reinholda, który w mojej interpretacji jest jego Cieniem, zobaczymy więc dwie silne i bardzo sceniczne osobowości. Bardzo mnie ten duet, muszę przyznać, ekscytuje. Podobnie zresztą jak cała obsada. Mówiłam ci, że szefem gangsterów jest Halina Rasiakówna?

CZYTAJ TAKŻE
Matka stołecznych teatrów | rozmowa z Agnieszką Glińską
Słowa mają moc | rozmowa z Radkiem Rychcikiem
Niezgoda | rozmowa z Krzysztofem Garbaczewskim
Jestem błędem w systemie | rozmowa z Robertem Wasiewiczem
Oskara już mam | rozmowa z Bartoszem Porczykiem
Jestem gdzieś pomiędzy | portret Gosi Wdowik
_____

Natalia Korczakowska urodziła się w 1979 roku w Warszawie. Jest absolwentką stołecznego Uniwersytetu Muzycznego im. Fryderyka Chopina (klasa skrzypiec) i Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza (Wydział Reżyserii). Była asystentką René Pollescha, Oskarasa Koršunovasa i Wojtka Klemma. Zadebiutowała w 2005 roku i od tego czasu wyreżyserowała blisko dwadzieścia spektakli w teatrach Warszawy, Wrocławia, Jeleniej Góry, Wałbrzycha, Łodzi, Szczecina, Zielonej Góry, Białegostoku i Gdańska. Ma na swoim koncie także dwie realizacje w Operze Narodowej w Warszawie. Jest laureatką nagrody za reżyserię „Solaris. Raport” na Ogólnopolskim Festiwalu Sztuki Reżyserskiej „Interpretacje” w Katowicach i nagrody za adaptację „Przedwiośnia” Stefana Żeromskiego w Konkursie „Klasyka Żywa”. W zeszłym roku została dyrektorką artystyczną Teatru Studio w Warszawie, gdzie pracuje obecnie nad spektaklem „Berlin Alexanderplatz” Alfreda Döblina (premiera: 27 stycznia).

 

Zwykły wpis
FELIETON

Hity i kity 2016: Rok kobiet

Przysięgam, że nie uknułem tego pod wysokobcasowe fanki i fanów, ale kiedy zasiadłem do przygotowania listy teatralnych hitów kończącego się powoli roku, zorientowałem się, że wszystkie zostały wyreżyserowane przez kobiety. Co pokazuje jak na dłoni postępujące w naszym teatrze zjawisko feminizacji reżyserskiego fachu. W końcu! Kiedy myślę o kitach 2016 roku, to wszystkie przykrywa jeden megakit – zniszczenie Teatru Polskiego we Wrocławiu.

Pierwszym hitem jest „Zrób siebie”, spektakl performance w choreografii Marty Ziółek, który można oglądać w Komunie Warszawa i na rozlicznych występach gościnnych. To prawdziwa – nagrodzona niedawno na festiwalu Interpretacje w Katowicach, a wcześniej pokazywana na Open’erze – sceniczna petarda o tym, jak tworzymy siebie już nawet nie w internetowym, ale postinternetowym świecie.

unnamed-1

Kolejny hit zwyciężył w tegorocznym Konkursie na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej. „Holzwege” Marty Sokołowskiej, szczere do bólu i bezpretensjonalne przedstawienie o wybitnym kompozytorze i pianiście Tomaszu Sikorskim wyreżyserowała na deskach TR Warszawa Katarzyna Kalwat.

full_holzwege1_770

W kręcący się w znacznie wolniejszym tempie świat zabiera nas Magda Szpecht – reżyserka onirycznego „Schuberta. Romantycznej kompozycji na dwunastu wykonawców i kwartet smyczkowy”. To przygotowana z grupą miejscowych seniorów, muzyków Filharmonii Sudeckiej i oczywiście aktorów Teatru Dramatycznego w Wałbrzychu opowieść, której narratorką jest muzyka przeplatana biografią Franza Schuberta (i Wojtka Blecharza).

584s

W stolicy przepysznego i bardzo współczesnego „Juliusza Cezara” wystawiła w Teatrze Powszechnym Barbara Wysocka. Nie bez powodu właśnie to dzieło zdobyło Złotego Yoricka 2016 za najlepszą polską inscenizację sztuki Williama Szekspira.

juliusza_cezara_barbara_wysocka_4

Ostatnio nie można już pisać o teatralnych hitach bez Anny Smolar, reżyserki produkującej pierwszorzędne spektakle taśmowo. Ci, którzy nie widzieli jej mającego premierę pod koniec zeszłego roku w Teatrze Polskim w Bydgoszczy „Dybuka” albo tegorocznej warszawskiej „Henrietty Lacks”, niechaj nigdy nie zaznają rozkoszy. Jeśli jednak nie chcieliby z niej rezygnować, zalecam trucht do biletowego okienka.

dybuk-30-52685154b32ee4610a91eaaf00851e81700

Rozkoszy i ekscytacji dostarcza też „Balet koparyczny” w choreografii Izy Szostak, wykonywany (to nie żart!) z wykorzystaniem ciężkiego sprzętu budowlanego – dwóch koparek. Ten spektakl grany jest zwykle w przestrzeniach industrialnych, a dat i miejsc najbliższych pokazów należy szukać w krakowskiej Cricotece, która ów porywający balet wyprodukowała.

Fot. Zbigniew Żupa/Teatralna Maszyna

Autorką następnego hiciora jest Dominika Knapik – aktorka, tancerka i choreografka, która zadebiutowała reżysersko w Teatrze im. S. Jaracza w Łodzi. Jej „Bang Bang”, sceniczna adaptacja kultowego filmu „Thelma i Louise” Ridleya Scotta, to fantastycznie wymyślona i zagrana teatralna wyścigówka.

z20325481IH,bang-bang

Na koniec przeglądu hitów 2016 roku zapraszam tam, gdzie zaczęliśmy, czyli do Komuny Warszawa, bo właśnie w niej Anna Karasińska urządziła w ramach projektu Mikroteatr wystrzałowe „Urodziny”. A z związku z tym, że ludność teatralna i jurorzy paru festiwali zachwycają się głównie jej wyreżyserowanym w Teatrze Polskim w Poznaniu „Drugim spektaklem”, polecam wybranie się na oba przedstawienia i zdecydowanie, które jest lepsze.

mg_9543

Oczywiście mógłbym przygotować listę teatralnych kitów i popastwić się, co zawsze jest przyjemne, nad nieudanymi i prowokującymi podcięcie żył teatralnym biletem spektaklami. Mógłbym napisać właściwie o dowolnym przedstawieniu Teatru Dramatycznego w Warszawie – niegdyś pierwszorzędnej scenie, dzisiaj epicentrum teatralnego smutku. Mógłbym szybciutko wyskrobać fragment o tym, jak stołeczni urzędnicy Hanny Gronkiewicz-Waltz doprowadzili do przejęcia przez znajomych Teatru Studio i podporządkowali go knajpie albo jak doprowadzili do tego, że Teatr Żydowski stracił swoją historyczną siedzibę i wraz z początkiem sezonu znalazł się na bruku. Mógłbym też wyrzeźbić zgrabny akapit na przykład o „Dziadach” w reżyserii Eimuntasa Nekrošiusa w Teatrze Narodowym, na których – w przerwie podczas nielegalnego papierosa w kiblu – szkolna młodzież uroczyście przysięga, że już nigdy więcej nie przyjdzie do teatru, bo lepiej spać za darmo we własnym łóżku, niż płacić za agonię w teatralnym fotelu. Mógłbym w końcu poddać bolesnym torturom co najmniej kilka głupich, żenujących, infantylnych i mordujących widzów premier, ale tego wszystkiego nie zrobię, bo kiedy myślę o kitach 2016 roku, to wszystkie przykrywa jeden megakit – zniszczenie Teatru Polskiego we Wrocławiu, jednej z naszych najważniejszych scen, perły w koronie wrocławskiej kultury i wspaniałego ambasadora polskiej sztuki teatralnej za granicą.

tp_1

Owo zniszczenie dokonywane jest rękami nowego dyrektora Cezarego Morawskiego – pośledniego aktorzyny, którego w Teatrze Polskim z zadaniem artystycznego zrównania go z ziemią i uciszenia „lewicowego wrzasku” zainstalowała osobliwa koalicja PO-PSL-PiS. Jak widać, zwalczający się na co dzień politycy są w stanie bardzo szybko się dogadać, jeśli trzeba spacyfikować niepokorną instytucję kulturalną. Jak widać, są wydarzenia, które w takim samym stopniu cieszą zarówno kompromitującego codziennie swój urząd ministra kultury Piotra Glińskiego, jak i kreującego się na wielkiego mecenasa kultury prezydenta Wrocławia Rafała Dutkiewicza. O ironio losu, wszystko to odbywa się w roku, w którym stolica Dolnego Śląska nosi tytuł Europejskiej Stolicy Kultury, co okazało się jednym wielkim nieporozumieniem, bo jedyny tytuł, na który zapracowali dla swojego miasta prezydent i marszałek Cezary Przybylski, to Europejska Stolica Obłudy.

Pierwszoligowy teatr, a przede wszystkim zespół, buduje się latami. To żmudna robota, która, jeśli się uda, owocuje nie tyle dobrymi, ile wybitnymi spektaklami. Spektaklami dostarczającymi widzom prawdziwych duchowych i estetycznych uniesień, wyciągającymi z myślowych kolein i zadającymi trudne pytania. Taki właśnie był przez ostatnie lata Teatr Polski we Wrocławiu. Teatr, o którym z racji jego rangi mówiło się „narodowy”. Teatr, który oklaskiwała na stojąco nie tylko wrocławska czy polska publiczność, ale też teatromani od Awinionu i Paryża po Pekin, Seul i Tokio. Dzisiaj już go nie ma, została po nim żałoba. Wraz z końcem 2016 roku wrocławski Teatr Polski z artystycznej instytucji najwyższej rangi stał się zwykłą budą. Do niedawna praca na tej scenie była marzeniem każdego, dzisiaj – po obłożeniu środowiskową anatemą – robienie tam czegokolwiek byłoby dla każdego posiadającego kręgosłup twórcy zwykłym wstydem.

CZYTAJ TAKŻE:
Zrób siebie | recenzja
Odnowa w ciele | rozmowa z Martą Ziółek
Holzwege | recenzja
Schubert. Romantyczna kompozycja… | recenzja
Juliusz Cezar | recenzja
Dybuk | recenzja
Jak HeLa zmieniła świat | rozmowa z Anną Smolar
Nie napiszę nic o tańcu | felieton
Bang Bang | recenzja
Nie umiem zauczestniczyć | portret Anny Karasińskiej
Perła rzucona przed wieprze | felieton

_____

Tekst ukazał się w „Wysokich Obcasach” 3 grudnia 2016 r. 
Fot. Witek Orski, Magda Hueckel, Krzysztof Bieliński, Zbigniew Żupa/Teatralna Maszyna, Anna Tomczyńska, Monika Lisiecka, mat.pras.

Zwykły wpis
ROZMOWA

Z motyką na słońce

Wroclaw 08.12.2009 Proba spektaklu Akropolis. Rekonstrukcja na motywach dramatu Stanislawa Wyspianskiego i przedstawienia Jerzego Grotowskiego w rezyserii Michaela Marmalinosa. n/z dyr teatru Krystyna Meissner Fot. Wojtek Wilczynski / FORUM

W poszukiwaniu najlepszego teatru byłam na takich zadupiach, że jak dzisiaj o tym myślę to nie mogę uwierzyć.  Z Krystyną Meissner rozmawia Mike Urbaniak

Imponująca lista przodków.
– Z jakiego powodu?

Ojciec, Alfred – żołnierz Armii Krajowej i powstaniec warszawski. Dziadek, Wojciech – powstaniec styczniowy. Pradziadek, Andrzej – powstaniec listopadowy. Brat pradziadka, Mieczysław – powstaniec wielkopolski.
– Ale błagam, niech pan nie myśli, że to był wynik jakiejś nadzwyczajnej patriotycznej atmosfery w naszym domu. Kiedy dzisiaj słyszę te wszystkie bogoojczyźniane przemowy, to nie mogę się nadziwić. U nas w rodzinie pewne rzeczy były oczywiste, nie trzeba było o tym trąbić. Polska w potrzebie – trzeba dołączyć. Tyle. Bez wielkich słów.

A co robiły kobiety?
– Pewnie wspierały mężczyzn, takie czasy. Nie tylko zresztą u Meissnerów, ale także po stronie mamy, której dziadkiem był Wojciech Górski, znakomity pedagog i założyciel polskiego gimnazjum w Warszawie, jeszcze pod rosyjskim zaborem. Jest w stolicy ulica jego imienia.

Meissnerowie to poznańska rodzina?
– Od pokoleń. Poznańską tradycję zerwał dopiero mój ojciec, który wyjechał do Niemiec, by zdać maturę i kontynuować naukę.

Nie musiał wyjeżdżać do Niemiec, bo Poznań był wtedy, na przełomie XIX i XX wieku, ich częścią.
– Dla nas i większości poznaniaków Poznań nigdy nie był niemiecki. Był polski, tylko pod zaborem. Ojciec kształcił się więc w Niemczech i szło mu to nadzwyczaj dobrze. Po maturze podjął studia medyczne i po nich rozpoczął swoją lekarską karierę. Kiedy Polska odzyskała niepodległość, natychmiast się spakował i przyjechał do Warszawy. Został przez władze poproszony o uporządkowanie spraw stomatologii w młodym kraju. Trzeba dodać, że był jeszcze przed czterdziestką, a już powierzono mu tak odpowiedzialne zadanie. Rodzina była z tego bardzo dumna. Dziś ojciec jest postacią zapomnianą, ale kiedy byłam młodą dziewczyną, pamiętam, że powiedzenie „córka profesora Alfreda Meissnera” robiło wrażenie.

Mama też była lekarką, prawda?
– Niezupełnie. Skończyła stomatologię, to prawda, ale nigdy nie pracowała w zawodzie. Wie pan, ojciec nie był święty i miał oko na studentki. Kiedyś zawiesił je na Marii Alchimowicz, mojej matce, młodszej o ponad dwadzieścia lat, ale na tyle mądrej, by utrzymać związek i w końcu doprowadzić do ślubu. Z tego małżeństwa urodziło się siedmioro dzieci, w tym ja. Przyszłam na świat druga w kolejności, w roku 1933.

W jakim domu?
– Skierowanym na mojego ojca. On był najważniejszy. Kiedy pracował, trzeba było być cicho. Był też najwyższą instancją jeśli chodziło o kary. Zasadniczy, surowy i konkretny poznaniak. Kiedy powiedział: „Koniec!”, sprawa rzeczywiście kończyła bieg. Nie było odwołania. Natomiast rodzina mamy pochodziła ze Wschodu, z Rosji. Mama była ciepła, otwarta i wiedziała, że trzeba nas przed ojcem strzec.

Ojciec wychowywał, czy zwykle był nieobecny?
– Wychowywał nas kiedy wracał do domu. I zwracał uwagę na wszystko, od zachowania przy stole poczynając. Odkąd pamiętam wiedziałam, że nie można nic zostawiać na talerzu, co się zresztą przydało, kiedy wybuchła wojna. Pamiętam też, że polecił nam się uczyć dziesięciu przykazań Bożych i potem nas odpytywał albo jak zawezwał nas do siebie, kazał ustawić się w rządku według wzrostu i powiedział: „W Polsce jest taki bardzo ważny kompozytor. Nazywał się Karol Szymanowski. Zapamiętajcie to sobie”. I mogliśmy iść.

Pani się ojca bała?
– W jakimś sensie tak. Trochę się bałam, trochę szanowałam. Wiedziałam, że jest kimś bardzo ważnym, że się z nim liczą. Jak coś teraz opowiem, to się pan uśmieje. Będąc już studentką spytałam ojca, czy mogłabym przyjść na przeprowadzaną przez niego operację. Pamiętam, że operował wtedy źle zszytą wargę. Ciągle poprawiał spartaczone przez innych lekarzy roboty. Zgodził się. Wchodzę do szpitala, widzę ojca otoczonego przez ludzi w białych kitlach, podchodzę do niego i – nie wiem dlaczego – przywitałam się z nim całując go w rękę!

Rodzice się kochali? To było dobre małżeństwo?
– Bardzo. Przeszli wspólnie przez trudne czasy: wojnę, powojnie, zmianę systemu politycznego. Powiem więcej, ojciec, który był rozwodnikiem doprowadził jakoś do tego, że jego małżeństwo z moją mamą zostało usankcjonowane przez Kościół.

Mama żałowała rezygnacji z kariery?
– Nigdy. Bardzo kochała ojca, choć nie był łatwym człowiekiem. Czasami zdarzały się jakieś napięcia, awantury i wtedy chowaliśmy się po kątach. Ale mama to wszystko znosiła pod hasłem, że mój ojciec jest wielkim człowiekiem i ma do różnych zachowań prawo. Panował u nas kult ojca.

Przed wojną rodzina mieszkała przy Alejach Ujazdowskich.
– To było duże, ładne mieszkanie, ale bez ekstrawagancji. Wojna nauczyła nas szybko, żeby do mieszkań się nie przywiązywać. Przeprowadzaliśmy się nieustannie przez Niemców, którzy zaproponowali ojcu objęcie kliniki w Berlinie i zostanie nawet nie Volksdeutschem, ale Reichsdeutschem. Wyobraża sobie pan? Taka to była oferta! A że Niemcy to straszni biurokraci, wymyśliliśmy, że nas nie znajdą, jak się będziemy ciągle przenosić. Kiedy wpadali na nasz trop, byliśmy już gdzieś indziej.

Był też dom pod Warszawą.
– Majątek zakupiony przez kochającego rolę ojca. Był urządzany przez kilka lat i miał być otwarty z pompą na imieniny mamy we wrześniu 1939 roku. Sam pan rozumie, otwarcia nie było. Ta część rodzeństwa, która zdążyła się urodzić do wojny była tam wychowywana. Trzymaliśmy się zawsze razem, byliśmy chowani we wspólnocie. Nawet za przewinienia odpowiadaliśmy kolektywnie.

Dlaczego wojny nie spędzili państwo w majątku tylko w Warszawie?
– Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. Kiedy wybuchła wojna do majątku zjechała cała rodzina. Wszyscy uważali, że na wsi będzie bezpieczniej. Mama miała w tej sprawie najwyraźniej inny pogląd. Spakowała mnie z rodzeństwem i wróciła do Warszawy. Zamieszkaliśmy przy ulicy Kredytowej. Wojnę przeżyłam w piwnicy czytając „Alicję w Krainie Czarów”. To było ważniejsze niż spadające na głowę bomby.

Kilkuletnia wówczas Krysia rozumiała, co się dzieje?
– Krysia nie miała pojęcia co to znaczy wojna. Pamiętam tylko, że któregoś dnia wychyliłam się z bramy i przechodząca obok kobieta powiedziała do mnie: „Dziewczynko nie wychodź na ulicę, bo masz czerwoną sukienkę! Mogą cię zastrzelić!”. Nie rozumiałam tego, czułam tylko niepokój. Wiedziałam też, że z jakiegoś powodu jest ciężko i trzeba to znieść. Jest mniej jedzenia, trudno. Jest gorsze, trudno. Inni mieli gorzej.

Na przykład Żydzi.
– Żydzi istnieli w domowych rozmowach jako ludzie, których trzeba chronić. My, dzieci, nie wiedziałyśmy dlaczego, tylko, że chronić. I, że nie należy pod żadnym pozorem mówić o tym, że ktoś jest Żydem. Nigdy!

Pani ojciec pomagał Żydom przeprowadzając im operacje nosów.
– 
Przeprowadzał zabiegi usunięcia chrząstek, które tworzyły na nosach charakterystyczne garbiki. W czasach skazywania na śmierć za niearyjski wygląd właściwy kształt nosa mógł uratować życie.

Kiedy ma pani jedenaście lat wybucha powstanie warszawskie.
– Mama nam powiedziała, że będzie trwało trzy dni i na tyle mieliśmy zapasów jedzenia. Okazało się, że trwało sześćdziesiąt trzy dni. Pamiętam je głownie tak, że rodziców nie było cały czas w domu. Oboje należeli do Armii Krajowej i byli powstańcami. Pamiętam też dużo zabawnych momentów. Ktoś miał na przykład imieniny i mówiło się, że dostanie fantastyczny prezent. Solenizant rozwijał sreberko, a w środku był kartofel. Bardzo nas to śmieszyło. Po upadku powstania wyszliśmy razem z cywilną ludnością z Warszawy. Dotarliśmy do Pruszkowa. Ktoś rozpoznał ojca i wyciągnął nas z transportu. Wojnę jakimś cudem przeżyliśmy w komplecie.    

Po wojnie wrócili państwo do Warszawy?
– Nie, bo Warszawy nie było. Zostały tylko ruiny. Tymczasową stolicą została Łódź, do której nowe władze wezwały ojca, by zrobił to, co robił, kiedy odradzała się II Rzeczpospolita, czyli odbudowywał polską stomatologię. Ojciec został też wtedy dziekanem Wydziału Stomatologicznego Uniwersytetu Medycznego w Łodzi. Matka natomiast w obawie o nasze bezpieczeństwo, bo czasy tużpowojenne były rzeczywiście okropne, porozdzielała dzieci do szkół zakonnych. Ja trafiłam do klasztoru Sacré Coeur pod Poznaniem, w którym spędziłam osiem lat, do matury. Wyszłam stamtąd niewierząca.

Dlaczego?
– Z przekory. Kiedy miałam piętnaście lat rozniosło się po klasztorze, że jedna z koleżanek jest niewierząca. Kiedy zobaczyłam, co się wokół niej dzieje postanowiłam oznajmić wszystkim, że ja też w Boga nie wierzę.

I coś się stało?
– Przede wszystkim zaczęto ze mną w dziwny sposób rozmawiać i izolować od koleżanek. Miałam wskazaną w kaplicy oddzielną ławkę, jakbym była trędowata. Zorganizowano nawet spotkanie z biskupem, żebym powiedziała jaki jest powód, że przestałam wierzyć.

Co mu pani powiedziała?
– A jaki jest powód, żeby twierdzić, że jest Bóg?

Co na to rodzice?
 Ojciec już nie żył, a mama przyjechała i powiedziała: „Mówią, że nie wyrośnie z ciebie nic dobrego. Ale ja w to nie wierzę”.

Jak rodzina radziła sobie po śmierci ojca?
 Było ciężko, ale ojciec miał obsesję związaną ze swoim wiekiem, to znaczy z tym, że jest dużo starszy od mamy i na pewno wcześniej umrze. Gromadził więc kosztowności, które po śmierci ojca mama rzeczywiście długo sprzedawała, by mieć na życie.

Po maturze postanowiła pani zdawać na reżyserię do Szkoły Filmowej w Łodzi. Dlaczego?
 Poszłam do kina i oszalałam. Zobaczyłam jakie film daje możliwości i pomyślałam, że też tak chcę. Nie dano mi jednak szansy. Problem okazali się rodzice w AK oraz klasztor. Na egzaminie pytano mnie nieustannie o papieża; jaki mam do niego stosunek i tak dalej. W ich oczach byłam reakcyjną katoliczką. Przepadłam. Ale wyszedł za mną wykładający na filmówce reżyser Antoni Bohdziewicz i powiedział: „Niech pani pójdzie na jakiś wydział humanistyczny, skończy go i wróci do nas”. Tak zrobiłam. Choć też z problemami. Chciałam studiować dziennikarstwo, ale mi nie pozwolono. Skończyło się na polonistyce na Uniwersytecie Warszawskim.

Po skończeniu polonistyki wróciła pani do filmówki?
– Oczywiście, natychmiast. I znów mnie nie przyjęto. Byłam kompletnie załamana. Wtedy mój chłopak powiedział: „Do cholery, to idź na reżyserię do szkoły teatralnej!”. Poszłam. Egzaminowali mnie Aleksander Bardini, Bohdan Korzeniewski i Erwin Axer. Nie pytali o papieża. Zostałam przyjęta. Myślałam, że zwariuję ze szczęścia.

Chłopak, który panią wysłał do szkoły teatralnej nazywał się Ludwik Erhardt, późniejszy muzykolog, wybitny krytyk muzyczny i przez prawie czterdzieści lat redaktor naczelny „Ruchu Muzycznego”.
 To była pierwsza, wielka miłość.

Gdzie się państwo poznali?
Na Krakowskim Przedmieściu, obok uniwersytetu. Zwróciłam na niego uwagę, bo stał na przystanku autobusowym w starym, za dużym płaszczu pożołnierskim. Był rudy, piegowaty, po prostu ohyda. I kiedy postanowiłyśmy z koleżanką, że w ramach poszerzenia horyzontów będziemy chodziły jako wolne słuchaczki na muzykologię – on tam był. Wtedy zostaliśmy parą. Dość szybko zamieszkaliśmy razem w mieszkaniu, w którym teraz rozmawiamy i na wszelki wypadek wzięliśmy ślub. Z pierwszą dużą ratą pomogła nam moja mama, a resztę spłacał głównie Jurek (pod tym imieniem Ludwik funkcjonował prywatnie). Ja studiowałam.

Spotkała panią na tych zdominowanych przez mężczyzn studiach jakaś dyskryminacja?
 Nie ze strony pedagogów. Kolegów chyba też nie. Spotkałam się z nią dopiero po szkole, ze strony dyrektorów teatrów, którzy nieraz traktowali mnie niepoważnie, bo kobieta-reżyser? No, niemożliwe!

Na propozycje współpracy, które rozesłała pani do wielu teatrów, odpowiedział tylko jeden.
 Tak, zostałam zaproszona do Teatru Dramatycznego w Białymstoku, którym kierował Jerzy Zegalski, człowiek dobry i rozsądny.

Mogła pani reżyserować, co chciała?
 A skąd! Na początku musiałam spełniać życzenia dyrektorów. Dlatego potem, kiedy sama została dyrektorem, bardzo sobie ceniłam rozmowy z reżyserami.

Pracowała pani głównie w teatrach prowincjonalnych.
 I bardzo mi to odpowiadało. Wiedziałam, że po szkole nic nie potrafię i muszę się uczyć. Poza tym na prowincji często można było więcej, bo nie na świeczniku i często właśnie na scenach prowincjonalnych świetni twórcy robili świetne spektakle.

Co niekończące się podróże między teatrami zrobiły małżeństwu?
– Niedobrze robiły.

Mąż nie żałował, że sam panią na tę drogę skierował?
– Gdybym była w domu nasze małżeństwo też by się rozpadło. Jurek chciał założyć rodzinę, a ja byłam rozhulana i spragniona nowych doświadczeń.

Ale córka się państwu urodziła.
– W ostatnim momencie, kiedy chciałam jeszcze reperować nasz związek.

Dziecko na zgodę?
– Nie, to nie była planowana ciąża. Powiem panu więcej, bo jestem już taka stara, że mogę. Dziecko było wtedy Jurkowi nie na rękę i zakwestionował swoje ojcostwo. Był proces, który przegrał, bo badanie krwi wykazało jednoznacznie, że jest ojcem. Ale niczego nie żałuję, bo mieć dziecko to cudowna sprawa.

A mieć dziecko w tym zawodzie?
– Jest trudno, naprawdę trudno, ale jak widać to możliwe.

Skąd pomysł na pokierowanie teatrem?
 Wymyślił go mój kolega ze studiów, Stanisław Wieszczycki, późniejszy dyrektor Teatru im. Wandy Siemaszkowej w Rzeszowie.  Któregoś razu mnie zapytał: „Krystyna, a właściwie dlaczego ty nie jesteś dyrektorem teatru?”. „Ja?” – odpowiedziałam. „Tak, ty! Obserwuję jak sobie świetnie radzisz, jesteś znakomitą organizatorką. Już czas!”. Myślałam o tym potem i dziwiłam się, że się dziwię. Poszłam więc do Domu Partii, siedziby KC PZPR i powiedziałam, że chciałbym pokierować teatrem. Jakiś sekretarz od kultury mnie wysłuchał i podziękował. Po jakimś czasie dostaję wiadomość, że jest ewentualnie do wzięcia teatr w Legnicy.

I co?
– Jak to co? Pojechałam. Wchodzę do teatru, patrzę, a tu sami radzieccy oficerowie świecący złotymi zębami. „Nigdy w życiu!” – pomyślałam i zwiałam stamtąd natychmiast. Wróciłam do KC i mówię: „Bardzo miło w tej Legnicy, ale nie macie czegoś innego?”. Mieli Zieloną Górę. Zadzwoniłam do mojego przyjaciela – malarza, scenografa i reżysera – Krzysztofa Pankiewicza i pytam: „Co robić Krzysiu?”. „Natychmiast brać!” – usłyszałam. To wzięłam.

Mamy rok 1980. Przybywa pani do Teatru im. Leona Kruczkowskiego w Zielonej Górze i co pani tam zastaje?
– Rozbity zespół aktorski i mnóstwo złej energii, co mnie dopingowało do jeszcze cięższej pracy. Kiedy zaczęliśmy odnosić pierwsze sukcesy, dobry duch powrócił do teatru. Spędziłam w nim trzy niezwykłe sezony, podczas których mogłam prowadzić teatr według własnego pomyślunku. Teatr, w którym spektakl musi być o czymś, musi być z potrzeby duszy, a nie z potrzeby popisu. Zielona Góra była dla mnie wielką szkołą dyrektorowania. O reżyserii miałam mniej więcej pojęcie, o kierowaniu teatrem żadnego. Szybko poczułam się bardzo samotna, bo musiałam myśleć całościowo, a aktorzy – i słusznie – myśleli tylko o sobie. Wtedy postanowiłam ściągnąć reżyserów zaraz po szkole i tchnąć w teatr młodego ducha. Udało się. Spektakle zaczęli u mnie robić Wojciech Maryański, Krzysztof Kelm czy Edward Wojtaszek. To była nowa energia, nowe pomysły, szukanie nowego języka teatralnego. Krótko mówiąc zaczął się twórczy ferment, którego finałem był bunt młodych przeciwko mnie.

Z jakiego powodu?
 Być może byłam zbyt apodyktyczna, bo trochę się bałam, że wejdą mi w końcu na głowę. Ale i wtedy, i dziś uważam, że takie bunty są bardzo potrzebne, bo zmuszają obie strony do wyraźniejszego sformułowania swoich zasad.

Może zamiast młodzieży trzeba było zaprosić doświadczonych reżyserów?
 Ale po co? Chciałam młodych! Nie interesowało mnie chodzenie wydeptanymi ścieżkami, ale to, co mają do powiedzenia ci, którzy kończą szkoły i tryskają świeżymi pomysłami. Dzięki temu działo się w Zielonej Górze, oj działo.

Meissner-reżyserka ucierpiała na działalności Meissner-dyrektorki?
– Oczywiście. Miałam mniej czasu na pracę reżyserską i zaczęłam być oceniana wyłącznie przez pryzmat dyrektorski. Taka cena.

Dyrektorskie zdolności oceniano celująco i w 1983 roku dostała pani propozycję pokierowania Teatrem im. Wilama Horzycy w Toruniu.
 Zaproponował mi to odchodzący dyrektor tej sceny Marek Okopiński. Zadrżałam wtedy z trwogi, bo to był duży skok: nie tylko większy teatr w dużym mieście, ale też organizowany tam od lat festiwal. Dzwonię tradycyjnie do Pankiewicza: „Krzysiu, co myślisz?”. On na to: „Brać!”.

Komitet Centralny się zgodził bez problemu?
– Żadnego, co było tym bardziej ciekawe, że nigdy nie splamiłam się polityczną przynależnością. Nie należałam ani do Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, ani do Związku Młodzieży Socjalistycznej, choć na polonistyce próbował mnie do ZMS-u zwerbować Andrzej Jarecki, późniejszy współzałożyciel Studenckiego Teatru Satyryków i dyrektor Teatru Rozmaitości. Nie wiem, co go do tego skłoniło, bo to uczciwy człowiek był. W każdym razie przekazanie teatru odbyło się wzorowo. Okopiński wyłożył mi wszelkie problemy, z którymi muszę się zmierzyć. Dostałam także w spadku Festiwal Teatrów Polski Północnej, który mi się nie podobał i postanowiłam go radykalnie zmienić.

Umówmy się, nie zmienić, tylko stworzyć nowy. Tak powstał na początku lat 90. Międzynarodowy Festiwal Teatralny „Kontakt”.
– Po prostu uznałam, że regionalny Festiwal Teatrów Polski Północnej nic nie załatwia, a Polska potrzebowała wtedy wglądu w Europę, w świat. I odwrotnie. „Kontakt” miał nas połączyć z innymi, głównie z Zachodem. Początek nie był łatwy. Wielu się pukało w głowę. „Co pani? Z motyką na słońce?” – pytali. „Tak, z motyką!” – odpowiadałam i robiłam swoje.

Jak wyglądał początek?
 Trzeba było zacząć śledzić co się dzieje za granicą. Najpierw czytać, potem ruszyć w drogę. Z tym był kłopot, bo nie chciałam, by moje podróże uszczuplały zanadto skromny budżet festiwalu. Miałam zasadę, żeby wydawać jak najmniej. Dlatego cieszyłam się, kiedy ktoś mnie zapraszał albo oferował nieodpłatny nocleg.

Oglądała pani nagrania?
– Tak, ale szybko się przekonałam, że oglądanie zarejestrowanych na wideo spektakli nie ma zupełnie sensu, że wszędzie trzeba pojechać i zobaczyć na żywo.

Co decydowało o zaproszeniu spektaklu?
 Tylko to, czy mnie zachwycił. Nigdy nie kierowałam się opiniami innych. Nie zapraszałam spektakli tylko dlatego, że były popularne. Nigdy też nie praktykowałam – jakże dziś popularnej wśród polskich festiwali – polityki „ty zaprosisz mnie, ja zaproszę ciebie”.

Przemierzała pani Europę Wschodnią teatralnym polonezem.
 Którym kierował fantastyczny pan Franio. Wsiadałam do naszego poloneza z kierowniczką literacką teatru Anką Błaszczak i w drogę. Pamiętam jak kiedyś się kompletnie zgubiliśmy wracając z Litwy. Dojechaliśmy do skrzyżowania bez żadnych drogowskazów. Zarządziłam wtedy, że jedziemy w kierunku zachodzącego słońca, bo skoro Polska jest za zachodzie to może jakoś dojedziemy. Nocowaliśmy w miejscach, w których było tak zimno, że spaliśmy w ubraniu. Kiedyś w pociągu z Wilna do Mińska skwierczał taki mróz, że w akcie desperacji strzeliłyśmy sobie z Anką o szóstej rano po kieliszku wódki na ogrzanie i przetrwanie. Byłam na takich zadupiach, że jak dzisiaj o tym myślę to nie mogę uwierzyć. Wszystko w poszukiwaniu najlepszego teatru. Dotarłam nawet na Syberię, chyba do Omska. Spektakl był całkiem ciekawy, ale nie na festiwal.

Kontakt” stał się szybko jednym z najważniejszych festiwali, pełnym znakomitych międzynarodowych nazwisk.
– Wie pan co było najdziwniejsze? Że „Kontakt” odkrywał dla Polski reżyserów, którzy już w Polsce byli, ale nie zostali zauważeni. Jak choćby Eimuntas Nekrošius, wielki Litwin, na którego spektakl w Teatrze Dramatycznym w Warszawie nie przyszedł pies z kulawą nogą. Trzeba było dopiero odpowiedniej oprawy, jaką dawał „Kontakt”, by Nekrošius został w Polsce zauważony i doceniony.

W 1994 roku otrzymała pani Paszport „Polityki” przyznany „za podtrzymywanie kontaktów polskiego teatru ze światowym teatrem”. „Express Wieczorny” drukuje rok później tekst pod tytułem: „Niech Bóg chroni panią Krystynę!”. Padła pani ofiarą sukcesu „Kontaktu”?
 Ma pan rację, padłam. Moja praca jako dyrektorki teatru i reżyserki znalazła się kompletnie w cieniu festiwalu. „Kontakt” przygasił wszystko inne, choć każde zadanie życiowe traktowałam bardzo poważnie. No, może poza małżeństwem.

Tymczasem zbliża się rok 1997 i dostaje pani propozycję najwyższego awansu – pokierowania Starym Teatrem w Krakowie. Propozycja okazuje się szybko pocałunkiem śmierci.
 Zadzwonił do mnie Andrzej Wajda i powiedział, że jest taka oferta i byłoby wspaniale, gdybym się zgodziła. Mnie, przyznaję, zamurowało, bo po pierwsze, zostałam kompletnie zaskoczona, a po drugie, znałam Stary bardzo dobrze. Nigdy tam nic nie robiłam, ale wiedziałam z opowieści, co się tam dzieje i mimo, że niezawodny Krzyś Pankiewicz na moje pytanie: „Co robić?”, znów powiedział: „Brać!”, zadzwoniłam jeszcze do Jerzego Jarockiego i mówię: „A co jeśli zespół się nie zgodzi?”. Jarocki mnie uspokajał: „Krystyna, spokojnie, nadamy temu pozytywny bieg”.

Nie nadali.
 Więcej, to że byłam ich – reżyserów – kandydatką jeszcze bardziej mi zaszkodziło, ale o tym dowiedziałam się później. Zespół nie chciał mnie zaakceptować. Próbowałam namacać przyczyny, ale bezskutecznie. Jak zostałam dyrektorem, sytuacja nabrzmiewała. Kiedy zorientowałam się jakie są gromadzone przeciw mnie zarzuty już wiedziałam, że nic z tego nie będzie.

Zarzuty zespołu były od początku kuriozalne, że wspomnę anegdotyczne już zabranie aktorom telewizora z bufetu. Nie chodziło o żaden telewizor, chodziło o panią – „spadochroniarkę z Torunia”.
 Tak, chodziło o mnie. Pycha aktorów Starego Teatru nie mogła znieść, że kierować nimi będzie osoba, która przed nimi nie klęka. Aktorzy nie mogli też znieść tego, że ma rządzić kobieta, w dodatku z prowincji. „Tu byli zawsze wielcy reżyserzy! Wielcy dyrektorzy! A teraz ona?!” – taka to była mniej więcej atmosfera.

Pani się czuła upokorzona?
 Takiego uczucia nie pamiętam i nie żałowałam tego, co przeżyłam w Krakowie, choć coś takiego mi się nigdy nie zdarzyło. Nigdy żaden zespół mnie nie odrzucił od tak, na dzień dobry. Niech pan sobie wyobrazi, że codziennie rano w sekretariacie czekała na mnie Anna Polony, żeby mnie poinformować co niedobrego dzieje się w teatrze. Oczywiście z mojej winy. Przyjmowałam ją, słuchałam, uśmiechałam się. W końcu te jej wizyty nawet polubiłam.

I wtedy ówczesna ministra kultury Joanna Wnuk-Nazarowa wywaliła panią ze Starego Teatru.
– Chciała żebym ustąpiła. Powiedziałam: „W żadnym wypadku. Proszę mnie wyrzucić”. Tak też zrobiła. Przekazałam pęczek kluczy do Starego mojemu następcy Jerzemu Bińczyckiemu. Nie porządził jednak długo, szybko zmarł na zawał.

A pani natychmiast ruszyła do kolejnego teatru.
– Nie miałam wyjścia. Zjawił się u mnie w mieszkaniu wtenczas prezydent Wrocławia Bogdan Zdrojewski, wręczył mi bukiet róż i spytał czy nie chciałabym pokierować Wrocławskim Teatrem Współczesnym. Co było robić?

Wyjeżdżając z Torunia powiedziała pani, że nie zamierza tworzyć konkurencji dla „Kontaktu”. Tymczasem we Wrocławiu wymyśliła pani i stworzyła Międzynarodowy Festiwal Teatralny „Dialog-Wrocław”. Kontakt oklapł i dzisiaj nikogo już nie podnieca, a „Dialog” zaczął szybko błyszczeć.
– To wszystko wina Bogdana Zdrojewskiego, bo kiedy już objęłam Współczesny zaczął mnie męczyć z festiwalem. W końcu uległam, choć ile razy można wymyślać festiwal? Spróbowałam i się udało. „Dialog” jest od początku miejscem rozmowy o tym, czego nie rozumiemy, a nie rozumiemy dużo, jest więc o czym dialogować.

I znów ściąga pani wielkie nazwiska europejskiego teatru: Alvisa Hermanisa, Luka Percevala czy Roberta Wilsona. Kierowany przez panią Wrocławski Teatr Współczesny produkuje i koprodukuje kultowe dziś spektakle, jak „Oczyszczeni” Krzysztofa Warlikowskiego czy „Transfer!” Jana Klaty.
– Wspomniane przedstawienia powstały rzeczywiście z mojej inicjatywy, ale nie byłby tak świetne, gdyby nie ich twórcy. Mnie zawsze cieszyło, kiedy przyczyniałam się do powstawania wartościowego, ciekawego teatru.

A co dzisiaj panią ciekawi w polskim teatrze?
– Niewiele.

Dlaczego?
– Bo bardzo zdolni, młodzi ludzie obrali sobie złe cele, a najważniejszym jest jak najszybsze zrobienie kariery. Z kolei uznani już twórcy boją się głównie utraty pozycji, przez co są mało odważni i nieciekawi. Jedną osobą, która ma ciągle odwagę jest starzec Krystian Lupa. On się nie krępuje i nie kalkuluje. Dlatego właśnie jest wielkim artystą.

CZYTAJ TAKŻE:
Dyrektor wirus
| rozmowa z Maciejem Nowakiem
Dobra robota | rozmowa z Sebastianem Majewskim
Słowa mają moc | rozmowa z Radkiem Rychcikiem
Nienasycona | rozmowa z Eweliną Marciniak
Dziecko Jarocina | rozmowa z Remigiuszem Brzykiem
Niezgoda | rozmowa z Krzysztofem Garbaczewskim
Wszystko jest polityczne | rozmowa z Wojtkiem Klemmem
Widelcem z oko | rozmowa z Mają Kleczewską
Wybacz, królowo! | rozmowa z Moniką Strzępką
Zakłócanie spokoju | rozmowa z Ingmarem Villqistem
Trzeba się rozpychać | rozmowa z Marcinem Liberem
Nowy od nowa | rozmowa z Piotrem Kruszczyńskim
Matka stołecznych teatrów | rozmowa z Agnieszką Glińską
Rewolucjonista | rozmowa z Pawłem Łysakiem
Warszawa to nie bułka z masłem | rozmowa z Krzysztofem Warlikowskim

_____

meissner_k_09a

Krystyna Meissner (ur. 1933 w Warszawie) – reżyserka teatralna, dyrektorka teatrów i festiwali teatralnych. Absolwentka polonistyki na Uniwersytecie Warszawskim i reżyserii na stołecznej PWST (obecnie Akademia Teatralna). Zadebiutowała w 1962 roku na deskach Teatru Dramatycznego w Białymstoku. Była szefową kolejno: Teatru im. Leona Kruczkowskiego w Zielonej Górze (dzisiaj Lubuski Teatr im. Leona Kruczkowskiego), Teatru im. Wilama Horzycy w Toruniu, Starego Teatru w Krakowie i Wrocławskiego Teatru Współczesnego. Stworzyła i przez lata prowadziła Międzynarodowy Festiwal Teatralny „Kontakt” w Toruniu oraz Międzynarodowy Festiwal Teatralny Dialog-Wrocław. Jest laureatką wielu nagród i odznaczeń, między innymi Paszportu „Polityki”, Nagrody Goethego, Medalu Gloria Artis i Krzyża Oficerskiego Orderu Odrodzenia Polski. Mieszka w Warszawie. 

Fot. Wojtek Wilczyński/mat. pras. WTW

 

Zwykły wpis
ROZMOWA

Ciągle dojrzewam

1610808_759159164126907_1867608744854303752_n

Nagie ciało na scenie potrzebuje specjalnego uzasadnienia chyba tylko dla tych, którzy nie potrafią w nim zobaczyć nic poza erotyczną fantazją. Z aktorem Julianem Świeżewskim rozmawia Mike Urbaniak

Jak ci idzie badanie percepcji nagości w polskim teatrze?
– Widzę, że zadanie domowe odrobione.

Facebook wszystko wyśpiewa.
– Pomysł na ten, a inny temat mojej pracy magisterskiej pojawił się po lekturze „Ciała w teatrze” Krystyny Duniec. Potem trafił w moje ręce „Notatnik Teatralny” poświęcony nagości w teatrze i już poszło, choć zmieniłem perspektywę z widowni na wybranych twórców. Oglądaliśmy niedawno podczas prób do „Wściekłości” Mai Kleczewskiej spektakle Jana Fabre i to, co jego aktorzy wyczyniają z ciałem, jak z niego korzystają jest po prostu genialne. Powiem ci, że mimo mojego oswojenia z nagością na scenie, czułem przekroczenie granicy, tylko jeszcze nie potrafię go nazwać.

Mówisz o „Górze Olimp”?
– Tak, pojechałem do Antwerpii zobaczyć ten dwudziestoczterogodzinny spektakl. Zrobił na mnie ogromne wrażenie.

W Polsce byś usłyszał, że to nieuzasadniona nagość lub po prostu porno.
– Nie chcę wchodzić w polemikę z tego typu poglądami, bo ich nie rozumiem. Ciało tak samo jak głos, oddech czy ruch jest moim, aktora instrumentem. Czy nagie ciało na scenie naprawdę potrzebuje specjalnego uzasadnienia? Może tylko dla tych, którzy nie potrafią w nim zobaczyć nic poza erotyczną fantazją.

Ale gdybym kazał ci się rozebrać do wygłaszanego monologu, zapytałbyś mnie dlaczego?
– Jasne. Tak jak zapytałbym cię dlaczego w ogóle każesz mi wychodzić na scenę. Istotne jest to, co chcę przekazać, a nie jakich instrumentów do tego użyję. Nagie ciało nie należy do specjalnej kategorii.

Kończąc szkołę wiedziałeś, że będziesz permanentnie rozbierany?
– W Warszawie nikt mi tego nie powiedział! A poważnie mówiąc to się nad tym jakoś specjalnie nie zastanawiałem z powodów, o których mówiłem przed chwilą. Ja lubię ten rodzaj języka teatralnego. W ogóle uważam, że teatr jest wspaniałą przestrzenią do pokazywania nagości, bo na scenie jest ona – jakby to powiedzieć – odpornografiona. Nawet w „Śmierci i dziewczynie” Eweliny Marciniak w Teatrze Polskim we Wrocławiu, gdzie występuje dwójka aktorów porno, pornografia znika. Widz, przynajmniej tak było ze mną, szuka w scenach z ich udziałem zupełnie innych sensów.

Dojrzałe podejście młodego aktora.
– Dojrzewające. I tak, młodego, ale wychowanego na spektaklach Teatru Polskiego w Bydgoszczy, gdzie mieszkałem do czasu wyjazdu na studia. Kiedy oglądałem „Babel” albo „Płatonowa” Mai Kleczewskiej musiałem, chcąc nie chcąc, zadać sobie pytania o nagość na scenie. Po co ona jest? Co ze sobą niesie? Co mi robi? Bo skoro mnie nie podnieca (pierwsze skojarzenie), to znaczy, że jest w innym celu (inne skojarzenia). Czy to nie jest fantastyczne?

Zgadzam się z Krystianem Lupą, który mówi, że całe to pruderyjne, mieszczańskie traktowanie nagości, która gorszy i szokuje, jest po prostu nie do zniesienia. Nagość i seksualność kryją w sobie tajemnice, większe znaczenia niż tylko chuć i potrzeba jej zaspokojenia.

fot_bartek_warzecha_dsc5315

Co oprócz spektakli bydgoskich oglądałeś jako nastolatek?
– Warlikowskiego, Lupę, Klatę. Jeździłem na ich przedstawienia do Warszawy, Krakowa i Wrocławia. System był taki: kupowałem w bydgoskich lumpeksach markowe ciuchy za grosze i sprzedawałem je warszawce na Allegro za znacznie większe kwoty. Dzięki temu miałem kasę na bilety. Pod koniec liceum finansowałem w podobny sposób wyjazdy na konsultacje do szkół teatralnych.

Skąd w twoim życiu teatr?
– Przyczyną była dziewczyna.

Ona cię do niego zaciągnęła?
– Nie, ona ze mną zerwała i musiałem sobie znaleźć coś w zamian. Zostałem woluntariuszem na Festiwalu Prapremier i zacząłem intensywnie oglądać przedstawienia. Stwierdziłem, że ten cały teatr jest pojechany, że może i ja spróbuję. Rodzice przyjęli to nadzwyczaj dobrze, choć oboje są inżynierami, a ja miałem iść na budowlankę.

Skrzypek na budowlankę?
– Skrzypce były w dzieciństwie. Skończyłem z nimi wraz z opuszczeniem szkoły muzycznej pierwszego stopnia i przerzuciłem się na fagot, ale to już nie trwało długo. Ucząc się w szkole gry na instrumencie jesteś jednak włożony w określone ramy, a ja się w ramach nie bardzo mieściłem. W nich jest miejsce na ciężką pracę, a nie na fantazję. Poza tym roznosiła mnie energia: grałem w koszykówkę, chodziłem na kółko teatralne, ale też od zawsze byłem bardziej umysłem ścisłym niż humanistą. Na maturze zdawałem rozszerzoną matematykę.

A potem poszedłeś do szkoły teatralnej.
– Tak jakoś wyszło. Do egzaminów przygotowywała mnie Marta Ścisłowicz, która grała wtedy w Bydgoszczy.

Mówiła mi o tym pękając z dumy. Kto ci jeszcze pomógł?
– Świetni aktorzy, do których jeździłem na konsultacje. W krakowskiej szkole spotkałem się z Krzysztofem Globiszem i Janem Peszkiem, a jedno takie spotkanie naprawdę dużo daje. Tam się nauczyłem, że trzeba się zgłaszać od razu i iść na pierwszy ogień, bo potem nie można się już do nich dopchać. Jeździłem tak do wszystkich szkół i nocowałem u znajomych w zamian za smażenie im na śniadanie naleśników. Przy tych naleśnikach poznałem sporo fajnych ludzi.

Dlaczego wielbiciel teatru Kleczewskiej, Warlikowskiego i Lupy poszedł do warszawskiej, a nie do krakowskiej szkoły?
– Bo egzaminy do Warszawy zaczynały się wcześniej i miałem do wyboru: albo pierwszy etap w Krakowie, albo trzeci w Warszawie.

Czyli pragmatyczna decyzja.
– Bardzo, ale cieszyłem się, że w ogóle dostałem się do szkoły, choć pamiętam, że kiedy siedzieliśmy z kolegami i koleżankami w knajpie i wszyscy się cieszyli, że dostali się do Warszawy, nie miałem wesołej miny. Marzyłem jednak o Krakowie, do którego chciałem zresztą po drugim roku zwiać. Spotkałem się nawet w tej sprawie z dziekanem Adamem Nawojczykiem. Usłyszałem, że proszę bardzo. Kiedy poinformowałem o tym opiekuna mojego roku, sławnego dzisiaj Cezarego Morawskiego, okazało się, że na trzecim roku będę miał zajęcia z Krzysztofem Majchrzakiem, Mają Komorowską, Redbadem Klijnstrą, Wojciechem Pszoniakiem i Janem Englertem. Zdecydowałem się zostać i chyba dobrze zrobiłem, bo czekały mnie niesamowite spotkania, a po nich spektakle dyplomowe, które dały mi możliwość zaistnienia na scenie, czego, efektem jest pewnie to, że jestem tu, gdzie jestem.

Wspaniali aktorzy, ale kochający teatr inny niż ty.
– Zgoda, ale to ma drugorzędne znacznie jeśli potrafisz wyciągnąć od nich, co dla ciebie najcenniejsze. Jeśli chcesz poszerzyć horyzonty i zaczerpnąć z trochę innej studni. A ja chyba wziąłem, co mogłem i nie zrobiło to krzywdy mojemu teatralnemu gustowi. Miałem z nimi zajęcia, ale oglądałem swoje. Potem zderzałem to wszystko na scenie.

kowboj2

Rezultat pierwszego zderzenia był spektakularny. Na Festiwalu Szkół Teatralnych w Łodzi zdobyłeś Grand Prix „za wybitną osobowość sceniczną”
– To była wspólna praca całego zespołu.

Ale nie wszystkich uznano za wybitne osobowości sceniczne.
– Każdy ma swoje gorsze i lepsze okresy.

Skromny chłopak o wielkim sercu?
– No dobrze, to było zaskakujące i bardzo miłe. Cieszyłem się jak dziecko. Nagroda z pewnością otworzyła mi drzwi do teatru, choć po festiwalu telefony się nie urywały. Zapadła cisza. Zaniosłem jeszcze przed Łodzią CV do kilku teatrów i oprócz Tadeusza Słobodzianka przyjął mnie tylko dyrektor Jan Englert.

I co powiedział?
– Że jeśli ma być szczery, to nie widzi powodu, dla którego miałbym siedzieć w bufecie Teatru Narodowego.

Słusznie.
– Też tak pomyślałem. A poza tym, szczerze powiedziawszy, marzyłem o innych teatrach.

I wylądowałeś w stołecznym Dramatycznym.
– Co było robić? Dostałem propozycję zagrania w spektaklu „RED” Agnieszki Lipiec-Wróblewskiej i ją przyjąłem. Chciałem grać.

Pomijając poziom artystyczny tego teatru rozumiem, że kuszące było granie pełną gębą, którą ta sztuka dla dwóch aktorów ci dała.
– Dokładnie tak. To spora rola, jestem cały czas na scenie, gram. Wolę to niż bufet w Narodowym. W Dramatycznym wszedłem też w zastępstwo do „Nocy żywych Żydów”.

Kolejne wielkie dzieło.
– Ostatnio się naprawdę wyrobiło.

Bo ty tam grasz?
– No dobra, to nie jest mój teatr. W końcu nie przyjąłem tam propozycji etatu.

Zanim ją przyjmiesz w innym, grasz jeszcze po drodze, zresztą świetnie, w „Good Night Cowboy” w reżyserii Kuby Kowalskiego.
– To była super praca, bo po pierwsze Kuba jest znakomitym reżyserem, a po drugie próby w Wałbrzychu pozwalają się skupić w stu procentach na spektaklu – co innego można tam robić? Dodatkowym bonusem było granie – z racji koprodukcji z Teatrem WARSawy – w stolicy. Ale to nie była łatwa rola.

Na czym polegała trudność?
– Na tym, że nie chciałem patrzeć na granego przeze mnie bohatera tylko jak na męską prostytutkę. To byłoby banalne. Zagranie kowboja dającego dupy nie jest wielkim wyzwaniem. Dlatego kombinowałem po kontraście. Znalazłem w nim samotnego, pogubionego i szukającego miłości chłopaka, którego wszyscy traktują wyłącznie jak obiekt seksualny. Nie widzą jego duszy, widzą tylko ciało.

Za tę rolę nagrodzono cię z kolei na Festiwalu Dramaturgii Współczesnej Rzeczywistość Przedstawiona w Zabrzu.
– I Paweł Łysak z Pawłem Sztarbowskim zaprosili mnie do Teatru Powszechnego, gdzie najpierw zagrałem w „Księgach Jakubowych” Eweliny Marciniak, a teraz jestem w próbach do „Wściekłości” Mai Kleczewskiej. I u Eweliny, i u Mai nie mam wielkich zadań, więc mogę sobie szukać i podglądać kolegów. Lubię też płodozmian, który mi Powszechny daje, bo w „Księgach…” gram księdza, a we „Wściekłości” narodowca. I może będziesz zdziwiony, ale się nie rozbieram.

CZYTAJ TAKŻE:
Good Night Cowboy | recenzja

_____

j-swiezewski3

Julian Świeżewski urodził się w 1991 r. w Warszawie, a wychował w Bydgoszczy, gdzie skończył szkołę muzyczną I stopnia w klasie skrzypiec. Jest tegorocznym absolwentem Wydziału Aktorskiego Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza. Za role w spektaklach dyplomowych w reżyserii Krzysztofa Majchrzaka („Ecce Homo”) i Mai Komorowskiej („Szkice z Dostojewskiego”) otrzymał Grand Prix 32. Festiwalu Szkół Teatralnych w Łodzi. Zadebiutował w 2014 r. w sztuce „RED” w reżyserii Agnieszki Lipiec-Wróblewskiej w Teatrze Dramatycznym w Warszawie. Za rolę w kolejnym spektaklu, „Good Night Cowboy” w reżyserii Kuby Kowalskiego (Teatr Dramatyczny w Wałbrzychu/Teatr WARSawy w Warszawie), został nagrodzony na 15. Festiwalu Dramaturgii Współczesnej w Zabrzu. Od marca jest etatowym aktorem Teatru Powszechnego w Warszawie, gdzie zagrał w „Księgach Jakubowych” Olgi Tokarczuk w reżyserii Eweliny Marciniak, a obecnie jest w próbach do „Wściekłości” Elfriede Jelinek w reżyserii Mai Kleczewskiej (premiera 24 września).

_____

Fot. arch.pryw./mat.prass./Bartek Warzecha

Zwykły wpis