ROZMOWA

Teatr na haju

Aktorką zdecydowałam się zostać w wieku czternastu lat i postanowienia, jak widzisz, dotrzymałam. Ewelina Żak

W końcu w Warszawie.
– Historia zatoczyła koło, ale walizki jeszcze nie schowałam. Zobacz, torbę też mam zawsze dużą. Na wszelki wypadek.

Ciągle gotowa do wyruszenia w drogę?
– Jakoś tak dziwnie iść do teatru tylko z torbą, bo zawsze ciągnęłam za sobą walizkę. Kiedy jeszcze mieszkałam w Warszawie, śmiałam się, że pracuję w Buenos Aires, bo lot do Buenos trwał tyle, ile jazda do Wałbrzycha.

Który ci w szkole teatralnej nawet do głowy nie przyszedł.
– Nie wyobrażałam sobie wyjechania poza Warszawę, bo wydawało mi się to czymś wręcz uwłaczającym. Warszawa była oczywistością. Tym bardziej, że w szkole miałam cały czas świetne samopoczucie i opinię osoby, która dobrze się zapowiada. Oczywiście nie wiedziałam jaki chcę robić teatr, gdzie chcę iść i kim być, ale jakoś to przecież będzie, bo jestem zdolna.

Zdolna i bez etatu.
– Trzy osoby z mojego roku wzięła do Teatru Współczesnego Agnieszka Glińska. Reszta się rozjechała, a ja zostałam z tym dobrym samopoczuciem na swój własny temat, które zaczęło coraz szybciej znikać. Brałam udział w paru przypadkowych rzeczach tylko po to, żeby utrzymać się na powierzchni, ale i tak się zapadałam w sobie. Byłam coraz bardziej zawiedziona, sfrustrowana, popadałam w coraz większą depresję i nienawidziłam całego świata, który wydał mi się wyjątkowo niesprawiedliwy. Gdyby nie mój syn, dla którego musiałam przecież wstawać co rano, który mobilizował mnie do życia, nie wiem jak to by się skończyło.

Próbowałaś poza teatrem?
– Pewnie, zaczęłam chodzić na castingi do filmów i seriali, ale szybko się okazało, że to nie jest towar, który się szybko sprzeda.

Dlaczego?
– Bo nie jestem wielkiej urody blondynką. Pamiętam, jak mi nawet kiedyś miłe panie doradzały, żebym coś zrobiła z worami pod oczami, bo w kamerze wyglądają na jeszcze większe niż są w rzeczywistości. Pozaliczałam wtedy wszystkie serialowe epizody pielęgniarek i sekretarek. Albo taka historia: casting do filmu i reżyserka mówi, że widzi mnie w roli, a po trzech godzinach przychodzi z informacją, że może mi jedynie zaproponować statystowanie. Po jednej stronie stoją aktorki, a po drugiej statyści – w tym ja. Takich strzałów w serce dostałam dużo.

Nie chciałaś wtedy po prostu zmienić zawodu?
– Nigdy. Czytałam sobie „Labirynt” i „Utopię” Krystiana Lupy, i modliłam się o spotkanie z kimś tak dla teatru ważnym. Czytałam też magazyny teatralne, bo chciałam wiedzieć, co się dzieje. Nie mogłam się dostać do teatru, ale mogłam o nim czytać. W końcu, kiedy Władek miał jakieś pięć lat, postanowiłam ponownie zawalczyć o teatr, ale już bez poczucia krzywdy. Zobaczyłam w internecie trailer „Elektry”, którą Natalia Korczakowska robiła w Jeleniej Górze i przypomniało mi się, że spotykałyśmy się nieraz na korytarzach Akademii Teatralnej. Zadzwoniłam do niej i usłyszałam, że za dwie godziny ma pociąg do Jeleniej, więc może się spotkać na Centralnym. Był z nią wtedy Tomek Śpiewak, który robił w „Elektrze” dramaturgię, a ja – zupełnie nieświadoma, że biorę udział w castingu do jej kolejnego spektaklu, czyli „Nelly” na podstawie „Skrzywdzonych i poniżonych” Dostojewskiego – opowiadałam jakieś głupoty o tym, że wróciłam właśnie z Ciechocinka. Mniej więcej pół godziny po naszej rozmowie Natalia zadzwoniła z pytaniem, czy chcę pojechać do Wałbrzycha. Odpowiedziałam: „Jasne!”, po czym zaczęłam szybko sprawdzać na mapie, gdzie ten Wałbrzych jest.

Daleko.
– To też pokazywała mapa, ale pomyślałam, że na rolę mogę przecież pojechać. I pojechałam. Na siedem lat.

Tam, na końcu świata, artystycznie wręcz bulgotało, a ty zagrałaś w spektaklach czołowych dzisiaj reżyserów: od Krzysztofa Garbaczewskiego przez Radka Rychcika czy Wiktora Rubina do Michała Borczucha.
– Na początku myślałam, że zwariuję, że nie nadążę, bo każda kolejna praca wydawała się ciekawsza od poprzedniej. Oczywiście szybko zrozumiałam, że muszę wyrzucić wszystko, czego nauczyłam się w Akademii Teatralnej. Pamiętam jak Natalia mówiła: „Zapomnij, że to się tak gra, że trzeba to cierpienie tak od kulisy do kulisy nosić”. A do Wałbrzycha przyjeżdżali nie tylko świetni reżyserzy, ale także ich szalone ekipy z gościnnymi aktorami włącznie. Michał Borczuch przywiózł Krzyśka Zarzeckiego, Krzysiek Garbaczewski – Pawła Smagałę. Co to były za próby! Myśmy spędzali razem noce i dnie. Taksówkę zamawiało się wiadomo po co. Jak ktoś pytał: „Zamówić taxi?”, odpowiedź brzmiała: „No, raczej!” albo „Nie, dzisiaj nie piję”. Darek Maj łapał się za głowę i krzyczał: „Ludzie, czy wam odbiło?! O co wam chodzi z tym etatem tutaj?!”. A myśmy nie chcieli stamtąd wychodzić. Byliśmy głodni pracy i nowych artystycznych doświadczeń. Z Wałbrzychem było jak z zakochaniem, kiedy czujesz motyle w brzuchu, wszystko ci się podoba i zapominasz zjeść. Teatr na haju!

Wyczuwam euforię w twoim głosie nawet dzisiaj.
– Bo to było naprawdę coś! Stąd ta euforia i przekonanie, że Teatr Dramatyczny w Wałbrzychu ukształtował mnie jako aktorkę.

Krążymy tak między Warszawą i Wałbrzychem, a ja cię nie zapytałem, skąd ty właściwie jesteś?
– Z niewielkich Żor koło Katowic, które obrosły w epoce gierkowskiej blokami zamieszkanymi przez przyjezdnych pracujących w okolicznych kopalniach. Byli wśród nich także moi rodzice. Tato na kopalni, mama – w domu. A my, dzieciaki, spędzaliśmy czas na podwórku albo w szkole, która ze względu na wyż demograficzny miała klasy od „a” do „h”.

I gdzie w tym wszystkim teatr?
– Aktorką zdecydowałam się zostać w wieku czternastu lat i postanowienia, jak widzisz, dotrzymałam. Najpierw było kółko teatralne założone przez naszą polonistę, a potem grupa teatralna „Węzeł”. Stworzyłyśmy ją razem z koleżankami, nauczyłyśmy się na pamięć „Scenariusza dla trzech aktorów” Schaeffera i grałyśmy go gdzie się dało. Potem zapisałam się do studium aktorskiego Doroty Pomykały w Katowicach, które poleciła mi nieco starsza koleżanka z Żor Sonia Bohosiewicz. To była bardzo dobra rekomendacja. Chodziłam tam na zajęcia, na które zarabiałam sprzedając szaszłyki przy trasie E75. Po studium zdawałam do szkół teatralnych w Krakowie i Warszawie. W Krakowie usłyszałam, że jestem nieplastyczna i niesceniczna, a w Warszawie dostałam na egzaminie brawa.

Studiowałaś na roku, który przyćmił Borys Szyc.
– Borys, aktor bez wątpienia charyzmatyczny, od początku był bardzo ekspansywny. Właściwie od początku studiów wiedział, że chce być gwiazdą. Czuliśmy to wszyscy. Jego ego było tak wielkie, że nie starczyło już przestrzeni na budowanie innych relacji. Nie zaprzyjaźniliśmy się z kolegami i koleżankami z roku.

Jakieś ważne spotkania z pedagogami?
– Największe wrażenie zrobiła na mnie Maja Komorowska. Samo jej słuchanie i obserwowanie było bardzo ciekawe, a spotkanie z nią niełatwe, bo Maja Komorowska to wymagający pedagog. Fajne były też zajęcia z Agnieszką Glińską, z którą później zrobiliśmy dyplom.

I za rolę Marii Grekow w „Płatonowie” Czechowa dostałaś na Festiwalu Szkół Teatralnych w Łodzi wyróżnienie.
– Kupiłam sobie za nie super buty, jednak one – co już ustaliliśmy – nigdzie mnie wtedy nie zaniosły.

Ale zagrałaś jeszcze potem w dwóch spektaklach Glińskiej, w Ateneum i w Dramatycznym.
– To były angaże na ratunek, bo Agnieszka próbowała mi jakoś pomóc, także prywatnie. Kiedy spodziewałam się dziecka, dostałam od niej pełną wyprawkę – wspaniały gest. A w szkole jako jedyna mówiła nam, że będziemy mieli przejebane. No, ja miałam na pewno.

Po kilku latach wróciłaś triumfalnie do stolicy, kiedy na Warszawskich Spotkaniach Teatralnych Maciej Nowak zaordynował nam Wałbrzych Fest.
– Nie wiem, czy tak triumfalnie. Pamiętasz, co o nas mówiła Warszawa?

Oczywiście, i pamiętam też, jak Sebastian Majewski, ówczesny dyrektor artystyczny Teatru Dramatycznego w Wałbrzychu, mówił mi o stołecznej widowni, która przyszła oglądać wasze głośne spektakle ze skwaszonymi minami.
– Jacek Wakar napisał wtedy o nas tekst pod tytułem „Wałbrzych: nic”.

Pisał w nim, że „Warszawskie Spotkania Teatralne bezceremonialnie obaliły mit o potędze wałbrzyskiego teatru”.
– To było coś okropnego, zwyczajna pogarda wobec naszej pracy.

Psy szczekały, a karawana jechała dalej.
– Jechała, ku naszej radości, dobrych parę sezonów, ale w końcu zwolniła, bo wysiadł z niej Sebastian Majewski, który powiedział uczciwie, że albo on odejdzie, albo będzie musiało odejść paru aktorów, gdyż teatr potrzebuje zmiany. Miał rację. My też jej potrzebowaliśmy, chcieliśmy iść dalej. Agnieszka Kwietniewska z Andrzejem Kłakiem przenieśli się na przykład do Teatru Polskiego we Wrocławiu.

Ty nie chciałaś?
– Bardzo chciałam, szczególnie kiedy za dyrekcji Piotra Ratajczaka zaczęliśmy skręcać w kierunku, który mnie nie interesował i nie dawał satysfakcji. Myślę, że Piotrek nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo Wałbrzych jest wymagający, że nie można tam być jedną nogą. Wtedy zaczęły się moje rozmowy z Krzysztofem Mieszkowskim o przejściu do Wrocławia, co nie było wcale proste, bo silnych kobiet w tamtejszym zespole nie brakowało.

Ale rok temu już się witałaś z gąską.
– Byłam blisko, bo dostałam rolę w „Procesie” Krystiana Lupy – absolutne spełnienie marzeń.

A w Wałbrzychu były role-marzenia?
– Najbardziej cenię sobie Kurtynę w „Opętanych” Krzyśka Garbaczewskiego i Gerdę w „Królowej Śniegu” Michała Borczucha. Gerda kosztowała mnie najwięcej, była najbardziej wymagająca. Lubiłam też grać w „Łysku z pokładu Idy” Radka Rychcika.

Jakieś niepowodzenia?
– Niezbyt dobrze pracowało mi się z Pawłem Świątkiem przy „Znikających szkołach”. Nie wspominam też z entuzjazmem „W Pustyni i w puszczy” Bartka Frąckowiaka. Nie czułam tych spektakli, ale to też chyba nic nadzwyczajnego.            

Zrezygnowałaś kiedyś roli?
– Nie, mogłabym to zrobić tylko wtedy, gdybym czuła, że jestem traktowana jak narzędzie, a nie partnerka w pracy. Dotychczas miałam szczęście do reżyserów otwartych w mniejszym lub większym stopniu na współtworzenie.

Po rezygnacji z Wałbrzycha weszłaś we wspomniane próby do „Procesu” Lupy we wrocławskim Teatrze Polskim i zagrałaś gościnnie w „Weselu” Rychcika w Teatrze Śląskim w Katowicach oraz we „Wszystko o mojej matce” Borczucha w Łaźni Nowej w Krakowie. Całkiem niezły rok.
– Też tak nawet pomyślałem, ale szczęście nie mogło trwać zbyt długo. Nad Teatr Polski nadciągała katastrofa w postaci Cezarego Morawskiego. Objęcie przez niego funkcji dyrektora pogrzebało najpierw „Proces”, a potem cały teatr. Katowickie „Wesele” przyjęto chłodno, więc z wielkich radości zostało mi „Wszytko o mojej matce”. I nie mówię tu tylko o finalnym efekcie, ale także wspaniałej pracy z Michałem. Takiego cudownego grzebania się i gubienia nie miałam od czasu Gerdy. I do tego ta ekipa: diabelska Halina Rasiakówna, tonująca wszystko Monika Niemczyk, szalona Dominika Biernat i Krzysiek Zarzecki, który wyrywał sobie włosy z głowy i raz się zachwycał, a raz krzyczał, bo nienawidził nas za to, że gramy jego matkę. Podziwiam Tomka Śpiewaka, piszącego przez wszystkie próby tekst, że nie zwariował.

Wyszło z tej pracy piękne przedstawienie.
– Dotarło to do mnie dopiero, kiedy po spektaklach ludzie zaczęli nie tylko gratulować, ale także mówić dlaczego ten spektakl jest dla nich ważny. Z przedstawieniami Michała nigdy nie wiesz wychodząc do braw czy to hit, czy to kit.

Z Borczuchem spotkałaś się ponownie w warszawskim Studio podczas czytania scenariusza „Powolnego ciemnienia malowideł” Grzegorzewskiego, bo to jest teraz twój nowy teatralny dom.
– Kiedy Natalia Korczakowska zaproponowała mi dołączenie do zespołu, właściwie ją zbyłam, bo planowałam przecież swoje życie we Wrocławiu. Poza tym w Studio też było niewesoło, teatr rozdzierał dyrektorski konflikt. Ale wobec nadchodzącego zniszczenia Polskiego i przekonującej koncepcji artystycznej Natalii, zdecydowałam się na powrót po latach do Warszawy.

Jak wyglądało twoje wejście do Studia?
– Dobrze, bo ja się nie nadaję na żadne wojenki, one mnie wykańczają. Chciałam po prostu z tą częścią zespołu, która została i nami, którzyśmy przyszli z różnych teatrów, stworzyć nową ekipę z dobrą energią, choć to oczywiście nie było proste, bo jedni ludzie są poranieni, a inni muszą się odnaleźć w nowej rzeczywistości. Ale myślę, że naprawdę świetna praca nad „Berlin Alexanderplatz” dała nam dużego kopa. Dobrze jest w końcu usłyszeć: „Ale mamy fajną ekipę!”. I to jest prawda. Mam nadzieję, że uda nam się nadal budować wspólnotę, a nie tylko myśleć o tym, czy będzie hicior, czy nie będzie.

Tymczasem przed nami kolejna premiera z twoim udziałem, czyli „Dziewczynki” Weroniki Murek w reżyserii Gosi Wdowik.
– Praca nad tym przedstawieniem jest dziwnym doświadczeniem i zarazem ciekawym. Szczególnie dla biorących udział w spektaklu dziewczynek, którym chyba nigdy w życiu nie poświęcono tyle uwagi. Ja na razie daję się Gosi prowadzić, pozwalam sobie nie wiedzieć i wracam intensywnie do czasów, kiedy sama byłam mała i formatowano mnie kulturowo do roli, jaką dziewczynka powinna grać.

__________

Ewelina Żak urodziła się w 1977 roku w Żorach na Górnym Śląsku. W roku 2001 skończyła Wydział Aktorski Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie i przez siedem lat zagrała kilka gościnnych ról w stołecznych teatrach repertuarowych i niezależnych. W 2008 roku dołączyła do zespołu Teatru Dramatycznego im. Jerzego Szaniawskiego w Wałbrzychu, gdzie przez kolejnych siedem lat zagrała blisko dwadzieścia ról w często głośnych i nagradzanych spektaklach najlepszych polskich reżyserów młodego pokolenia. Po odejściu z Wałbrzycha była w próbach do „Procesu” Franza Kafki w reżyserii Krystiana Lupy w Teatrze Polskim we Wrocławiu, które zostały przerwane po zmianie tamtejszej dyrekcji. W 2016 roku wystąpiła gościnnie w „Weselu” w reżyserii Radka Rychcika w Teatrze Śląskim w Katowicach i „Wszystko o mojej matce” w reżyserii Michała Borczucha w Łaźni Nowej w Krakowie. Od sezonu 2016/17 jest w zespole STUDIO teatrgalerii w Warszawie, gdzie można ją oglądać w „Berlin Alexanderplatz” Natalii Korczakowskiej i „Wyzwoleniu” Krzysztofa Garbaczewskiego. Obecnie jest w próbach do „Dziewczynek” Weroniki Murek w reżyserii Gosi Wdowik (premiera: 20 kwietnia).

CZYTAJ TAKŻE
Jak zostałem gejem | rozmowa z Krystianem Durmanem
Oskara już mam | rozmowa z Bartoszem Porczykiem
Ciągle dojrzewam | rozmowa z Julianem Świeżewskim
Dziwna jesteś, ale chodź | rozmowa z Justyną Wasilewską
Pani nie ma warunków | rozmowa z Małgorzatą Gorol
Jestem błędem w systemie | rozmowa z Robertem Wasiewiczem
Genu nie wydłubiesz | rozmowa z Bartoszem Gelnerem
Niezdecydowany gość | rozmowa z Dawidem Ogrodnikiem

Foto: Krzysztof Bieliński, Bartłomiej Sowa, Katarzyna Chmura-Cegiełkowska, Klaudyna Schubert

Reklamy
Zwykły wpis
ROZMOWA

Pani nie ma warunków

12670940_10208887646017213_7000866602392870212_n

Ciągle chciałam występować. Jest nawet takie rodzinne nagranie, na którym wypycham brata i siostrę z kadru, i zaczynam tańczyć. Z Małgorzatą Gorol, aktorką Teatru Polskiego we Wrocławiu, rozmawia Mike Urbaniak

Ale jesteś gryfno frelka!
– Ja, jo żech jest.

Ślōnskŏ gŏdka jest w użyciu?
Godom, kiedy się czuję swobodnie. W domu po śląsku mówili dziadkowie ze strony taty. Mama mniej.

A tato jak do ciebie mówił?
– Nie powiem, bo to się wiązało z tym, że byłam pulchnym dzieckiem.

Dlatego postanowiłaś się zająć gimnastyką?
– Zaczęłam ćwiczyć, kiedy miałam siedem lat, czyli wcale nie tak wcześnie. Koleżanka mnie zabrała na trening i już zostałam. Od tego czasu przez siedem dni w tygodniu po szkole trenowałam w Klubie Sportowym „Kolejarz 24” w Katowicach.

Miałaś wolny czas?
– Tak, wtedy bawiłam się z bratem klockami Lego i w inne zabawy, głównie dla chłopców, które wymagały odwagi i sprawności fizycznej. Chciałam bardzo być niegrzeczna.

Chciałaś czy byłaś?
– Byłam. Czasami. Biegałam wtedy z chłopakami po drzewach i dachach.

Myślałem, że po hałdach. Twój tato jest górnikiem?
– Na szczęście już emerytowanym. Pracował w Kopalni Węgla Kamiennego „Staszic” na katowickim Giszowcu. Mieszkaliśmy w familoku i zawsze była w naszym domu obchodzona Barbórka.

Lubiłaś to?
– Bardzo, ale kiedy poszłam do szkoły, zazdrościłam trochę dzieciom, które mieszkały w blokach. Było w tym na pewno trochę wstydu, ale dzisiaj już mi przeszedł.

Od kiedy występowałaś?
– Od zawsze, ciągle wchodziłam przed kamerę. Jest nawet takie rodzinne nagranie, na którym wypycham brata i siostrę z kadru, i zaczynam tańczyć. Mówiłam oczywiście wiersze, śpiewałam, w szkole zaliczyłam wszystkie akademie i konkursy recytatorskie.

z19248939Q,Malgorzata-Gorol-w-spektaklu--Smierc-i-dziewczyna-

Byłaś bardzo zajętą dziewczynką.
– Na brak zajęć nie narzekałam. Dobrze się uczyłam, choć kujonem nie byłam, mogłam więc oddawać się pozaszkolnym pasjom.

Kiedy pomyślałaś, że mogłabyś zostać aktorką?
– Przede wszystkim chciałam być trenerką gimnastyki artystycznej.

Byłaś w tym dobra?
– Nie, i to był właśnie problem. Nie posiadam tak zwanych warunków by zostać zawodową gimnastyczką, bo moje ciało jest zbudowane tak, że nie mam wymaganej w tej profesji giętkości kręgosłupa. Ciągle słyszałam od trenerki, że się nie nadaję.

To dlaczego tyle lat trenowałaś?
– Bo to kochałam. Byłam dobra technicznie, miałam dużo wdzięku i do pewnego momentu to wystarczało, potem już nie. Mogłam wykonać daną figurę, proszę bardzo, ale nie tak, by zdobyć medal na olimpiadzie. Nie należałam też do faworyzowanych dziewczynek.

Długo trenowałaś?
– Kilka lat. Załapałam się na końcówkę sportu Polski Ludowej z rosyjskim baletmistrzem, dresami klubowymi, obozami sportowymi i trenerką, która paliła papierosy na sali gimnastycznej. To było wspaniałe! Z początkiem lat dziewięćdziesiątych ten świat zaczął się rozpadać. Zostały tylko te dziewczynki, których mamy miały napinkę na gimnastyczne kariery swoich córek. Moja mama nie miała, ale i tak odeszłam jako jedna z ostatnich. Nie umiałam zrezygnować z gimnastyki.

Co wtedy?
– Wielka pustka, którą próbowałam wypełnić sportem, bo jak trenujesz coś kilka lat wyczynowo, nie umiesz inaczej. Musisz coś robić, domaga się tego i duch, i ciało. Było więc karate, capoeira, a potem gitara i zajęcia plastyczne. Długo szukałam.

I znalazłaś teatr?
– Z teatrem było tak jak z gimnastyką. Koleżanka zaciągnęła mnie na zajęcia teatralne do Klubu Osiedlowego „Józefinka”, gdzie się dowiedziałam, że aktorstwo można studiować w Krakowie. Długo myślałam, że to jedyna szkoła teatralna w Polsce. Uznałam, że będę tam zdawać.

Ostro się przygotowywałaś?
– Oczywiście, zabrałam się za to na poważnie, ale był jeden problem: usłyszałam, że nie mam warunków.

Znowu?
– No właśnie, ale zdążyłam zamarzyć o aktorstwie tak mocno, że już nie mogłam się poddać. Chociaż wstyd przed tym marzeniem i chyba właśnie strach, że usłyszę „nie”, zdecydował o tym, że nie zdawałam do szkoły teatralnej od razu po maturze. Potem tego żałowałam. Rodzicom powiedziałam: „Nie martwcie się, ale nie pójdę na studia w tym roku. Chcę zdawać do szkoły teatralnej i potrzebuję jeszcze trochę czasu”. Zrozumieli.

7600970e_jpg-lg

I co robiłaś przez ten rok?
– Pracowałam jako barmanka w nieistniejącym już Klubie Studenckim „Kwadraty” w Katowicach i przygotowywałam się do egzaminów z aktorem Teatru Śląskiego Jerzym Głybinem i wiesz co od niego na koniec usłyszałam?

Że nie masz warunków?
– Żebym nie zdawała do Krakowa i Warszawy, bo jestem za niska i mam krzywe zęby. „Ewentualnie Wrocław albo Łódź” – powiedział Głybin. Posłuchałam głupia jego rady i pojechałam na egzaminy do Wrocławia i Łodzi. I mnie tam nie przyjęli!

Załamka?
– Płakać zaczęłam już w dziekanacie filmówki, potem płakałam idąc po Łodzi, płakałam u znajomych cioci, u których się zatrzymałam, a potem od rana – w pociągu do Wrocławia. We Wrocławiu też mnie nie chcieli. Wróciłam ledwo żywa do Katowic. Kiedy się otrząsnęłam, postanowiłam pójść do Studium Aktorskiego przy Teatrze Śląskim w Katowicach, żeby mieć codziennie kontakt z teatrem. Oczywiście z przekonaniem, że za rok znów zdaję do szkół teatralnych. Wszystkich.

I jak ci poszło?
– W Łodzi, Warszawie i Wrocławiu po raz kolejny usłyszałam, że nie. W Krakowie przeszłam do drugiego etapu, ale byłam pod kreską. I wtedy już się naprawdę zdenerwowałam. Wróciłam do Katowic do studium z decyzją, że za rok będę zdawała trzeci raz. I lepiej, żeby ostatni.

Studium ci nie wystarczało?
– Było naprawdę dobrym wyborem, sporo się tam nauczyłam, ale ja cały czas chciałam naprawdę studiować. Dlatego poszłam na filologię polską na Uniwersytecie Śląskim. Nie postudiowałam jednak długo, bo za trzecim razem zostałam przyjęta w końcu, cztery lata po maturze!, do mojej wymarzonej PWST w Krakowie.

Grałaś już coś wtedy w Teatrze Śląskim, prawda?
– W „Mateczce” Andrzeja Majczaka, jednym ze spektakli dyplomowych aktorów studium, która – można powiedzieć – była moim małym debiutem na profesjonalnej scenie. Zaczynając studia w krakowskiej szkole teatralnej miałam więc za sobą studium w Katowicach, rolę w Śląskim i trochę polonistyki.

Jak na PWST wyglądała konfrontacja marzenia z rzeczywistością?
– Byłam pracowita i dawałam z siebie wszystko. Chciałam być najlepsza, ale nie byłam kujonem i lizusem. Nie należałam do grona faworytów.

z18969726Q,Proba-prasowa-spektaklu-Media-Medea-w-rezyserii

Marzenie o Teatrze Polskim we Wrocławiu kiedy się pojawiło?
– Na trzecim roku, bo przez pierwsze dwa lata marzyłam o Starym Teatrze. To wynikało oczywiście z fascynacji pedagogami, którzy w większości są aktorami Starego, ale potem zrozumiałam, że trzeba się od nich uwolnić.

Uwalniałaś się przy pomocy dyplomowych spektakli z młodymi reżyserami – Szymonem Kaczmarkiem i Pawłem Świątkiem.
– Bardzo chcieliśmy pracować z młodymi i Dorota Segda, opiekunka naszego roku, przyklasnęła temu pomysłowi.

I to właśnie Paweł Świątek wprowadził cię do wrocławskiego Polskiego.
– Paweł zaproponował mi gościnną rolę w „Mitologiach” Tomka Jękota.

Co to było za wejście do teatru?
– Miękkie i przyjemne, bo Pawła znałam, Tomka znałam, Jankę Woźnicką też, bo była w szkole rok wyżej ode mnie, a Ewa Skibińska była na moim dyplomie w reżyserii Szymona i napisała mi wiadomość, że bardzo mocno trzyma za mnie kciuki. Kiedy spotkałyśmy się na pierwszej próbie w Polskim, powiedziała: „A widzisz!”.

Po „Mitologiach” dostałaś propozycję etatu?
– Najpierw połówkę.

Można za nią przeżyć?
– No co ty? Musiałam zacząć gdzieś indziej zarabiać, żeby się utrzymać. Tym bardziej, że przesuwała się premiera „Zachodniego wybrzeża” Michała Borczucha, w którym miałam grać. Był więc nadmiar czasu, niedomiar kasy. Trzeba było coś z tym zrobić – to takie śląskie podejście.

Poszłaś w nieruchomości.
– Sprzedawałam mieszkania i najlepszej transakcji dokonałam tuż przed premierą z Michałem. Zamknęłam się w teatralnym kiblu i negocjowałam. To był mój życiowy rekord sprzedażowy. Najlepiej, można powiedzieć, sprzedałam za Borczucha!

Jak ci się z nim pracowało?
– Podczas prób z niewiadomego powodu panowała jakaś ciężkawa atmosfera, rola Abada była też dość męcząca jeśli chodzi o charakteryzację, a poza wszystkim to był po prostu dla mnie niezbyt dobry czas. Straciłam chwilowo zapał do aktorstwa. Spadło mi ciśnienie.

04

Które musiałaś podnieść pracując ponownie ze Świątkiem nad „Smutkami tropików” Mateusza Pakuły w Łaźni Nowej?
– Praca z Pawłem daje mi rzeczywiście dużego kopa.

Po którym wróciłaś do Teatru Polskiego, by pracować nad „Podróżą zimową” z Pawłem Miśkiewiczem.
– To też była niełatwa robota z racji tego, że premierę przenoszono o dziewięć miesięcy. Musiałam wtedy ponownie zająć się nieruchomościami. To cud, że ten spektakl w ogóle powstał.

„Tak wyraziste pojawienie się młodego aktora we wrocławskim teatrze zdarza się raz na lata. Mając tak wspaniałe partnerki [w „Podróży zimowej” – MU], Gorol błysnęła wszechstronnością aktorskich środków i kto wie, czy nie na nią będzie się na to przedstawienie chodzić”.
– Bardzo się z moją współlokatorką uśmiałyśmy czytając tę recenzję. Potem wypiłyśmy wino i poszłyśmy na pilates.

„Za mistrzowskie łączenie bycia opowiadającym i opowiadanym. Za aktorstwo, które jest jednocześnie emocjonalne, intuicyjne i świadome”.
– Czy ty się teraz ze mnie naśmiewasz?

Cytuję tylko uzasadnienie dla nagrody aktorskiej, którą dostałaś na Kaliskich Spotkaniach Teatralnych.
– W Kaliszu miałam słaby przebieg.

Strach pomyśleć, co by napisali, gdybyś miała dobry. Kolejną nagrodę dostałaś na Festiwalu Nowego Teatru w Rzeszowie. „Zapowiada się wielka artystka” – pisały w gazety.
– Rozumiem, że teraz się będziesz nade mną znęcał. Jeszcze jakiś cytat?

„Aktorka totalna”.
– Dobre.

„Ma osobowość małej bomby atomowej”.
– Możesz już przestać?

Co ci to robi?
– Odpowiem słowami mojej koleżanki z teatru Sylwii Boroń: „Słucham tego z uprzejmym dystansem”.

12265557_1069255589792538_6430994528649399023_o

Która z twoich dotychczasowych ról była jak dotąd największym wyzwaniem?
– Bez wątpienia ta w „Śmierci i dziewczynie” Eweliny Marciniak. Nie potrafię tego inaczej nazwać, jak tylko jedną wielką harówą. Znamy się z Eweliną jeszcze z czasów szkolnych, robiłyśmy wspólnie egzaminy i czytania. Bez wątpienia jest ona o wiele dojrzalsza niż kilka lat temu, ale pozostała taką samą terrorystką. Z prób z nią wychodziliśmy ledwo żywi. Do tego doszedł jeszcze wiadomy skandal.

Jak on na ciebie wpłynął?
– Pierwszy raz w życiu spotkałam się z czymś takim jak hejt. To było dość szokujące, w pewnym momencie zwyczajnie się wystraszyłam.

Czego?
– Że nasi aktorzy porno zostaną zaatakowani, że ktoś zrobi im krzywdę. Albo, że na spektakl przyjdą ludzie, którzy zaczną w nas czymś rzucać. Rozmawialiśmy nawet o tym, co robić, kiedy coś takiego zadzieje się na widowni. Cała ta afera coś nam dała – przede wszystkim ogromną reklamę, ale też coś zabrała. Zaburzyła odbiór spektaklu, a porno zostało użyte inaczej niż mogło. I nie chodzi o to, że Ewelina zrezygnowała ze swojego pomysłu. On się po prostu zmienił naturalnie w reakcji na okoliczności.

Recenzje skupiły się jednak na treści spektaklu i ogłoszono w nich narodziny nowej gwiazdy.
– Czyli jednak mam warunki?

CZYTAJ TAKŻE:
Chcieliście porno, to macie! / rozmowa z Eweliną Marciniak
„Śmierć i dziewczyna” / recenzja

____

12821431_10156610996470484_6073667720251904805_n-1

Małgorzata Gorol (rocznik 1986) urodziła się i wychowała w Katowicach. Skończyła Studium Aktorskie Teatru Śląskiego w Katowicach i Państwową Wyższą Szkołę Teatralną im. Ludwika Solskiego w Krakowie. Zadebiutowała w 2013 roku w „Mitologiach” Tomasza Jękota w reżyserii Pawła Świątka w Teatrze Polskim we Wrocławiu, gdzie dotychczas zagrała z spektaklach Michała Borczucha („Zachodnie wybrzeże. Powrót na pustynię”), Krzysztofa Garbaczewskiego („Burza” i „Kronos”), Michała Zadary („Dziady”), Marcina Libera („Media Medea”) i Eweliny Marciniak („Śmierć i dziewczyna”). Za swoją rolę w „Podróży zimowej” zdobyła nagrody aktorskie na Kaliskich Spotkaniach Teatralnych, Festiwalu Nowego Teatru w Rzeszowie i Międzynarodowym Festiwalu Teatralnym Boska Komedia w Krakowie. W tym roku otrzymała Nagrodę im. Leona Schillera i Nagrodę Kulturalną „Gazety Wyborczej – Wrocław” WARTO, do której była także nominowana rok temu. Niedawno zaczęła próby do „Procesu” Franza Kafki w reżyserii Krystiana Lupy w Teatrze Polskim we Wrocławiu.

____

Fot. Edgar de Poray (portrety)/mat. pras. (spektakle)

Zwykły wpis
ROZMOWA

Drugie życie

10006055_10152297212049020_5884427385620108502_o

Kiedy pierwszy raz jechałam do Wałbrzycha to płakałam. Ktoś w pociągu zapytał: dlaczego? Powiedziałam, że nie wiem i dalej płakałam. Z Mają Kleczewską rozmawia Mike Urbaniak

Wałbrzych przywrócił cię do życia?
Jak pamiętasz, wygrałam w 2002 roku pewien konkurs w Krakowie.

Twój spektakl „Noże w kurach” Davida Harrowera, który zrobiłaś w Teatrze im. Juliusza Słowackiego dostał o lokalnej „Gazety Wyborczej” tytuł „Żenada Roku”.
Właśnie, i stwierdziłam w związku z tym, że muszę skończyć z teatrem i zmienić zawód. Wyjechałam do Turcji i zajęłam się pilotowaniem wycieczek. Teatr wydawał się być zamkniętym rozdziałem w moim życiu.

I wtedy zadzwonił do ciebie Piotr Kruszczyński.
– Słuchaj, zostałem dyrektorem teatru w Wałbrzychu – mówi. Ja: – Gdzie? On: – W Wałbrzychu! I sytuacja tutaj nie jest za dobra. Może przyjedziesz? Powiedziałam, że nie ma takiej możliwości, bo pożegnałam się z teatrem, a poza tym Wałbrzych jest chyba bardzo daleko i ja się tam nie wybieram.

Nalegał.
Mówił, że to będzie niezobowiązująca wizyta: – Przyjedź, rozejrzysz się, pogadamy. Skoro dobry kolega jeszcze ze szkoły teatralnej tak bardzo prosił, nie miałam wyjścia. Spakowałam walizkę i ruszyłam w drogę. Z Warszawy jechałam wiele godzin, zbyt wiele. Wysiadałam wymęczona z pociągu i zobaczyłam neon „Hotel Sudety”, ale świeciło się tylko „udety”, „S” nie działało. Wzięłam taksówkę i dotarłam do teatru. Budynek był w takim stanie, że trudno to opisać: farba odchodziła ze ścian, wszędzie był grzyb, a fotele na widowni trzeszczały. Już nie mówiąc nawet o sytuacji w pokojach i stanie sanitarnym łazienek; w oknach żadnej firanki, nie ma ręczników, dramat. Piotr mówi: – Maja, nie przejmuj się. Idziemy na spektakl. To był jakiś Witkacy. Na scenie dziesięć osób, na widowni sześć. Włącznie z nami. Po przerwie połowa wyszła. Mówię: – Piotrek, to jest niemożliwe. Przecież tu się nic nie da zrobić. On na to: – Pomyślmy, może coś się uda. Na moją propozycję, żeby się przejść po mieście, usłyszałam: – To nie jest dobry pomysł, bo tu jest bardzo niebezpiecznie, szczególnie po zmroku. Nie można było wyjść, bufetu też nie było. Udaliśmy się więc do kuchni w celu zaparzenia herbaty.

Krótko mówiąc, niewesoło.
Do momentu, kiedy przyjechał Mariusz Stachowiak, serdeczny przyjaciel Piotra, fotograf, wspaniała, nieżyjąca już niestety postać. Mariusz podobny był do wychudzonego ptaszyska: miał ogromny nos i szponiaste palce. Rozejrzał się wkoło i wypalił z właściwym sobie entuzjazmem: – Co za wspaniałe miasto! Jestem zachwycony! Patrzymy na niego jak na wariata, a on ciągnie dalej: – Słuchacie, tu nic nie ma! Ruina! Górnicy, biedaszyby! Będziemy chodzić po hałdach, po kominach! Jakie to inspirujące! Wtedy uznaliśmy, że musimy się jednak napić wina i zacząć zastanawiać, co by można tu wystawić. Wiedzieliśmy, że Szekspir to raczej nam widowni nie wypełni i padł pomysł, że może „Lot nad kukułczym gniazdem” Dale’a Wassermana. – O! To będą kojarzyć! – zawyrokował Piotrek. I tak się zaczęło.

Wszystko dzięki entuzjazmowi Mariusza Stachowiaka?
Absolutnie, bo on nam uświadomił, że można w Wałbrzychu zrobić coś – jakby to powiedzieć – rewitalizującego. W tej biedzie, w tym bezrobociu, w tym mieście, gdzie psy dupami szczekały i do którego nikt nie przyjeżdżał. Wtedy już się nie zastanawialiśmy czy robić, ale jak robić.

I jak przyciągnąć ludzi, jak dać znać, że teatr żyje.
Najpierw chcieliśmy na dachu teatru zamontować wielkie balony, ale okazało się, że wypełnienie ich helem będzie bardzo drogie. Potem wpadliśmy na pomysł, by latać nad miastem helikopterem i rozrzucać ulotki, ale okazało się, że helikopter nie ma gdzie w Wałbrzychu wylądować. Stanęło na tym, że jeździliśmy, ubrani w piżamy, białym autobusem po mieście.

Jak zareagował zespół?
Na propozycję jeżdżenia po mieście w piżamach zareagował wspaniale. To w ogóle byli bardzo otwarci ludzie, ale szłam na pierwsze spotkanie z nimi z poczuciem, że to się nie uda. To wynikało po części z niedobrych doświadczeń ze „Słowackiego”, gdzie entuzjastycznie przekonywałam aktorów, a wyszła z tego żenada roku. Tym razem to ja byłam pesymistką. Tak na wszelki wypadek. Mówiłam: – Wiecie, film z Jackiem Nicholsonem jest taki świetny, to po co my ten spektakl mamy robić? Nam się to nie uda. W odpowiedzi słyszałam: – Może jednak spróbujmy?

Spróbowaliście.
Zaczęliśmy czytać tekst i rzeczywiście dość szybko zażarło. Aktorzy bardzo chcieli, bo nie mieli naprawdę nic do stracenia. Poza tym, wyjść wieczorem nie ma gdzie, więc pracowaliśmy nieustannie. Po próbach przenosiliśmy się do kuchni i tam trwały niekończące się dyskusje i biesiady. Wszystko było wspólne: mała lodówka, mała kuchenka i rano kolejka do łazienki jak na koloniach.

Kiedy porzuciłaś swój urzędowy pesymizm i poczułaś że jednak coś dobrego z tego będzie?
Kiedy pojechaliśmy do Stronia Śląskiego, gdzie mieścił się najbliższy szpital psychiatryczny, bo skoro aktorzy mają grać schizofreników, to muszą ich poznać. Na miejscu okazało się, że nie chcą nas wpuścić. Rozpętała się awantura, że po co, że jaki teatr, że nie ma mowy, że co nas to obchodzi i ogólnie do widzenia państwu. Nagle, jak spod ziemi, wyrósł przed nami lekarz, który mówi, że właśnie się zwolnił z pracy i może nas zaprowadzić przed wyjściem na jeden z oddziałów. My oczywiście bardzo chętnie. Prowadzi nas przez ponury park do ostatniego szarego budynku, otwiera jedną kratę, drugą, trzecią i mówi do oddziałowej: – Państwo z teatru chcieli poznać naszych pacjentów. I znika. Oddziałowa na nas patrzy. Ale co robić? Mówi w końcu: – Proszę, proszę bardzo. Ruszamy i widzimy rzeczy straszne: trzydzieści osób na pięciu metrach kwadratowych, ktoś leży pod kaloryferem, nie ma niczego oprócz koców, raz na godzinę wydawany jest każdemu jeden papieros i przez cały dzień tona leków, żeby schizofrenicy spali, bo jak śpią to nie ma kłopotów. Wyszliśmy stamtąd wstrząśnięci, z postanowieniem, że tak nie może być. Mariusz Stachowiak natychmiast znalazł jakąś panią z radia, której postanowił wszystko opowiedzieć. Wracaliśmy potem do naszych pacjentów wielokrotnie, piekliśmy im ciasta i nawet zabraliśmy na wycieczkę do lasu, bo oni w ogóle nie wychodzili przez lata na zewnątrz. Potem była wizyta w teatrze, na próbie i spektaklu. To był wielki zastrzyk poczucia sensu. Nie myśleliśmy już o tym, czy „Lot nad kukułczym gniazdem” się spodoba, ale o tym, że robimy coś fajnego i ważnego.

Zaangażowałaś też do spektaklu mieszkańców.
Ogłosiliśmy casting i przyszło ponad pięćdziesiąt osób, co nas zaszokowało, bo spodziewaliśmy się trzech. Rozmawialiśmy z nimi o wszystkim. Jeden z panów powiedział: – Urodziłem się, potem byłem młody, potem dojrzałem, założyłem rodzinę, całe życie pracowałem i marzę teraz, by zagrać z teatrze. I zagrał.

A do teatru zaczęła przychodzić publiczność.
Bo tym białym autobusem w piżamach przejechaliśmy całe miasto. Najbardziej lubiliśmy wpadać do supermarketu w niedzielę. Łapaliśmy ludzi i mówiliśmy: – Przyjedzie pani do teatru? I słyszeliśmy: – Ojej, chętnie. Wałbrzyszanie polubili swój teatr.

W „Locie nad kukułczym gniazdem” McMurphy’ego zagrał gościnnie Maciej Wojdyła. Dlaczego?
Bo chciałem mieć choć jednego aktora, którego znałam, i który w razie czego będzie mnie ratował przez tamtejszym zespołem. Potrzebowałam bratniej duszy i padło na Maćka. Poza tym zawsze jest dobrze wprowadzić do znającego się zespołu kogoś nowego, to odświeża.

Scenografię zrobiła Katarzyna Paciorek, a muzykę Paweł Kolenda.
Z Pawłem pracowałem wcześniej i dobrze go znałam. Z Kasią też znałyśmy się jeszcze z Krakowa. Wiesz, ja byłam w takim stanie, że chciałam zaprosić do Wałbrzycha jak najwięcej ludzi, których znam, i którzy zgodzą się tam w ogóle pojechać.

Jak reagowali na twoje propozycje?
Niezbyt entuzjastycznie, bo wtedy Wałbrzych nie kojarzył się absolutnie z niczym. Tylko, że daleko i wielka bieda.

Łukasz Drewniak napisał o „Locie…”: „Spektakl jest okrutną wiwisekcją ludzkiej opresji. Ze stłamszonego świata, jaki zbudowała [Maja Kleczewska] nie ma ucieczki, chyba, że poza teatr”.
Bo to było o opresji, o poczuciu uwięzienia. W Stroniu Śląskim zetknęliśmy się z czymś absolutnie nieludzkim i chciałam to przenieść na scenę. Do tego ten Wałbrzych w wszechogarniającym poczuciem beznadziei. Sama czułam się tam opresyjnie.

Radykalnie zmieniłaś zakończenie „Lotu…”. Wódz Bromden, grany przez Mariusza Stachowiaka, wywozi McMurphy’ego ze szpitala na wózku i obaj uciekają w miasto. Dlaczego?
Bo kiedy próbowaliśmy klasyczne zakończenie, nie czuliśmy żadnej satysfakcji. McMurphy umiera, gasną światła – smutno nam było potem, kiedy siedzieliśmy w kuchni. Mieliśmy poczucie pustki, że wszystko po nic. Pewnego dnia postanowiłam, że oni muszą jednak uciekać. – Biegnijcie chłopaki! Biegnijcie! – krzyczałam i oni zwiewali z teatru w te wałbrzyskie śniegi i hałdy, ledwo oświetlone przez zwykle popsute latarnie.

W spektaklu grała trójka aktorów, która w Teatrze Dramatycznym w Wałbrzychu jest do dzisiaj: Irena Wójcik, Ryszard Węgrzyn i Dariusz Skowroński. Jak ci się z nimi pracowało? I dlaczego Mariusz Stachowiak, który nie był aktorem tylko fotografem, zagrał u ciebie?
Ireny, która grała siostrę Ratched, na początku trochę się bałam. Była skryta i wydawała mi się niemiła. Ten obraz na szczęście szybko okazał się fałszywy. Irena była skupiona, precyzyjna i kompletnie oddana pracy. Mówiłam: – Irena, kończymy, syn czeka w domu. – Trudno – odpowiadała. – Będzie musiał dzisiaj ugotować sobie sam. Próbujmy. 

Z Rysiem Węgrzynem uwielbiałam pracować, bo zawsze mnie zaskakiwał, ale zaczęliśmy naszą teatralną przygodę od straszliwej kłótni, bo Rysiek nie chciał zagrać Doktora Spiveya. – Nie będę tego grał, bo to nudna rola, a poza tym on wchodzi właściwie do jednej sceny! – krzyczał. Ja na to: – To w takim razie nie mam dla pana propozycji! (bo wtedy byliśmy jeszcze na pan/pani). – Ale ja i tak w tym zagram! – kontynuował. – Tak? A kogo pan zagra, skoro role wszystkich pacjentów już rozdzieliłam?! – Wymyślę sobie własnego pacjenta, który myśli, że jest lekarzem! Bardzo mi się to spodobało. Rysio to nieposkromiona wyobraźnia. Wszystko dla niego jest możliwe, nawet najdzikszy pomysł.

Darka Skowrońskiego od razu pokochałam, bo zgodził się zagrać Doktora Spiveya, którego nie chciał grać za żadne skarby świata Rysio. Darek z kolei nie chciał grać Wodza Bromdena. Bardzo go to męczyło, ale że jest człowiekiem wielkiej kultury, nie powiedział mi tego wprost, tylko zauważył mimochodem, że na Indianina to on nie wygląda. I kiedy nie było go na jakiejś próbie, nagle spojrzałam na Mariusza Stachowiaka, który robił zdjęcia i zobaczyłam w nim Indianina. – Mariusz, idź na scenę grać Wodza Bromdena! – zarządziłam. – Ale co mam robić? – Zamiataj, głównie zamiataj! I kiedy Darek wrócił, powiedziałam mu: – Mariusz tak świetnie zamiata, że będzie Wodzem, a ty zagrasz Doktora. Wszyscy byli przeszczęśliwi.

Spektakl został bardzo dobrze przyjęty i zgarnął kilka nagród: na Kaliskich Spotkania Teatralnych i na katowickich „Interpretacjach”. Poczułaś wtedy, że jednak będziesz zajmowała się teatrem?
Tak, postanowiłam dać sobie szansę, ale czułam też, że to, co zrobiłam w Wałbrzychu było jednorazowe, że to nie może być patent na mój teatr w ogóle.

Rok później wystawiłaś kolejny spektakl Teatrze Dramatycznym im. Szaniawskiego – „Czyż nie dobija się koni?” Horace’a McCoya. Znowu mocno osadzony w Wałbrzychu i znowu inspirowany filmem.
Bo zaczęłam lepiej rozumieć to miasto, kondycję ludzi, którzy byli w takiej sytuacji, że aby przetrwać, liczyli na cud w postaci wygranej w totolotka albo innym konkursie. „Czyż nie dobija się koni?” pasowało do tej rzeczywistości idealnie. Sytuacja w Wałbrzychu przypominała Wielki Kryzys w Ameryce, a podczas kuchennych rozmów zgodziliśmy się, że gdyby w Wałbrzychu ogłosić konkurs taneczny z dużą wygraną, zgłosiliby się do niego wszyscy. Trop filmowy kontynuowałam dlatego, żeby nie stracić tych widzów, którzy przyszli na „Lot…”.

Glorię zagrała Agnieszka Warchulska, a Roberta – Piotr Kondrat.
Agnieszka Warchulska bardzo chciała przyjechać z Warszawy do Wałbrzycha i zagrać Glorię, a Piotr, to był czas mojego zakochania. Kiedy pierwszy raz jechałam do Wałbrzycha, płakałam. Ktoś wtedy do mnie podszedł w pociągu i zapytał, dlaczego? Powiedziałam, że nie wiem, że jakoś mi smutno. Płakałam tak godzinę nie wiadomo na jaki temat. Miałam chyba wrażenie, że rozstaję się z dotychczasowym życiem. Kiedy potem miasto chciało mi dać mieszkanie, znów się rozpłakałam i przerażona powiedziałam: – Nie, dziękuje. Przecież nie mogę tu zostać na zawsze! Tymczasem to właśnie w Wałbrzychu wróciłam do życia jako reżyserka, zakochałam się i poznałam, obecnie już byłego, ale jednak męża, z którym mam dwóch synów. To była życiowa przygoda, teatralnie i prywatnie.

Myślę też o wigiliach w Domu Aktora, barszczu z uszkami dzielonymi między wszystkich, kotach Węgrzynów, Piotrku Tokarzu, który ćwiczył Bacha na pianinie, Darku Maju, który zakochiwał się w Marcie Ziębie i innych historiach miłosnych. Działy się tam rzeczy cudowne.

W Wałbrzychu zaczęłaś także współpracę z dwiema osobami, z którymi potem zrobiłaś wiele spektakli.
Do licznych scen tanecznych w „Czyż nie dobija się koni?” potrzebowałam choreografa. Piotrek Kruszczyński polecił mi Mikołaja Mikołajczyka, którego wtedy nie znałam. Pojechałam do niego do Poznania i czekałam pod drzwiami, a on mnie nie chciał wpuścić, bo co to za baba się do niego dobija. W końcu się poznaliśmy i przegadaliśmy dziesiątki godzin. To było wspaniałe spotkanie. Ciągle się kłóciliśmy i byliśmy żądni ekstremalnych przeżyć, a aktorzy dzielnie znosili okrutne i niekończące się próby choreograficzne.

Z kolei Kasia Borkowska do mnie zadzwoniła i powiedziała, że chciałaby ze mną pracować. – Propozycję mam taką: Wałbrzych – mówię. Na to Kasia: – No trudno, jadę. Wtedy zaczęła się nasza trwająca dziesięć lat przygoda. Kasia robiła scenografie do wszystkich moich spektakli, a Mikołaj do wielu robił choreografię. Myśmy się w Wałbrzychu po prostu w sobie zakochali. Po „Czyż nie dobija się koni?” wyjechaliśmy razem robić „Czajkę” w Jeleniej Górze.

Wyjechaliście i już do Wałbrzycha nigdy nie wróciłaś.
Porwało mnie życie, kolejne spektakle: „Makbet” w Opolu, „Woyzeck” w Kaliszu, „Sen nocy letniej” w Krakowie, „Fedra” w Warszawie. Nie było czasu, nie było jak. Po latach zadzwonił do mnie z propozycją Sebastian Majewski, ale czułam, że nie mogę wrócić do Wałbrzycha, bo też ten teatr jest gdzieś indziej. To był czas Strzępki i Demirskiego, robił już Krzysiek Garbaczewski. Pomyślałam, że Teatr Dramatyczny w Wałbrzychu jest miejscem inicjacyjnym i takim powinien pozostać, że nie jest po to, by w nim trwać, ale by zaczynać, przeżywać coś mocnego i zostawiać dla kolejnych. Niech ludzie mają tam mocne początki.

Ty miałaś tam z pewnością mocny drugi początek.
Kiedy prowadziłam zajęcia na krakowskiej PWST, mój ówczesny student Paweł Świątek powiedział: – Jako dziecko, widziałem twoje spektakle w Wałbrzychu. Jako dziecko! Rozumiesz? On mnie tym dzieckiem zabił, bo uświadomił mi, ile już lat upłynęło. Wałbrzych to dzisiaj dla mnie stary film. Stary, ale dobry.

CZYTAJ TAKŻE:
Widelcem w oko / rozmowa z Mają Kleczewską
Tu nie Europa! Tu jest Polska! / rozmowa z Mają Kleczewską i Łukaszem Chotkowskim

____

Maja Kleczewska (ur. 1973) jest jedną z najważniejszych, najgłośniejszych i najbardziej kontrowersyjnych polskich reżyserek teatralnych. Ukończyła psychologię na UW i reżyserię dramatu w PWST im. Ludwika Solskiego w Krakowie. Zadebiutowała w 2000 i od tego czasu wyreżyserowała w Polsce i za granicą 30 spektakli wzbudzających skrajne opinie krytyki i widzów. Uważa się ją za specjalistkę od Elfriede Jelinek, której teksty wystawiała niejednokrotnie. Jest laureatką wielu nagród, m.in. dwukrotnie Lauru Konrada i Paszportu „Polityki”. Niedawno wystawiła „Czekając na barbarzyńców” („Warten auf die Barbaren”) według Johna Coetzeego w Deutsches Schauspielhaus w Hamburgu (premiera 22 stycznia 2016 r.), a obecnie pracuje nad operą „Głos ludzki” Francisa Poulenca z librettem Jeana Cocteau, której premiera będzie 16 kwietnia w Teatrze Wielkim w Warszawie.

_____

Rozmowa powstała na zamówienie Teatru Dramatycznego im. Jerzego Szaniawskiego w Wałbrzychu do publikacji „Szaniawski. Monografia Teatru Dramatycznego 1964-2015” pod redakcją Doroty Kowalkowskiej, wydanej przez Teatr Dramatyczny im. Jerzego Szaniawskiego w Wałbrzychu przy finansowym wsparciu Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

_____

Fot. Magda Hueckel

Zwykły wpis
FELIETON

Szczebiotyzacja Starego

007209

Kilkanaście dni temu krakowska „Gazeta Wyborcza” doniosła, że nowy doradca Ludowego Komisariatu Kultury, zwanego kiedyś Ministerstwem Kultury i Dziedzictwa Narodowego, ma zająć się „artystycznym audytem” Starego Teatru w Krakowie. Zlecono go Konradowi Szczebiotowi. Kiedy w sieci pojawiło się to nazwisko, wszyscy zawzięcie Szczebiota guglowali, bo nikt o nim nigdy nie słyszał. Okazuje się, że pan Szczebiot pisał coś tam, gdzieś tam i wykłada w białostockiej filii Akademii Teatralnej w Warszawie. Imponujący dorobek.

Komisarz Szczebiot jest z pewnością osobnikiem sumiennym, bowiem od razu po wręczeniu ministerialnej nominacji przez Wandę Wasilewską, to znaczy – przepraszam – przez Wandę Zwinogrodzką, przystąpił czym prędzej do powierzonego mu zadania. Jest nim przygotowanie podkładki pod wyrzucenie ze stanowiska dyrektorskiego Jana Klaty. Decyzja o wywaleniu Klaty zapadła zapewne już dawno, no, ale trzeba ją jakoś uzasadnić. Stąd też prośba o przesyłkę z płytami zawierającymi zarejestrowane spektakle. Pan Szczebiot nie mógł ich obejrzeć w teatrze, jak na profesjonalnego krytyka przystało, gdyż PKP już kilka lat temu zawiesiło połączenia kolejowe z Białegostoku do Warszawy, do której trzeba przecież dojechać, by następnie przesiąść się na pociąg do Krakowa. Ta długa i skomplikowana podróż była dla wykładowcy białostockich „Lalek” zbyt męcząca. Skąd prośba o płyty, co jest ze wszech miar zrozumiałe. Przesyłka niestety została opóźniona, bo Szczebiot wysłał prośbę ze swojego prywatnego mejla, czego złośliwy dyrektor Starego nie uznał. Jest to ze strony Klaty wyjątkowa perfidia, bo mógł jednak docenić, że pan Szczebiot nie zaczepił go na Feju albo Tinderku.

W ogóle Ziemia Białostocka obrodziła ostatnimi czasy w wybitnych znawców współczesnego teatru, bo jak inaczej nazwać Piotra Tomaszuka, dyrektora Teatru Wierszalin w Supraślu, który przy okazji głośnej premiery „Śmierci i dziewczyny” w Teatrze Polskim we Wrocławiu, postanowił powiedzieć Polsce, co uważa o degenerującej twórczości Elfriede Jelinek. Okazało się, ku zaskoczeniu samej zainteresowanej, że jest ona narkomanką. Mało tego, już dawno nie żyje, gdyż wiele lat temu popełniła samobójstwo. Nie wiadomo tylko, czy podcięła sobie żyły przed odebraniem Nobla, czy też już po. Tomaszuk tego nie doprecyzował, a Jelinek swojej samobójczej śmierci sprzed lat nie chce komentować.

Ale wróćmy do pana Szczebiota, któremu najwyraźniej spodobało się medialne zamieszanie wokół jego osoby. Na swoim fejsbukowym profilu napisał, że „Gazeta Wyborcza” zrobiła z niego „Adama Ważyka V RP”. To porównanie wydaje się jednak nietrafione, gdyż jako żywo Szczebiot po pierwsze, przypomina raczej Pawlika Morozowa, a po drugie – chyba w swoim wizjonerstwie – pomylił numerację. Mimo próby zamachu stanu (Trybunał Konstytucyjny broni się ostatkiem sił), jesteśmy nadal póki co w III RP. Jeszcze chwilę możemy sobie pohasać bezkarnie, ale miejmy się na baczności. Szczebiotyzacja* instytucji kultury w naszym kraju nadchodzi nieubłaganie, bo jak się przy okazji awantury o „Golgotę Picnic” wyraził pan Konrad „obrażanie chrześcijaństwa nie pójdzie tak łatwo jak na zachodzie” i on tego dopilnuje wraz ze swoją przełożoną, Żelazną Wandą, która w końcu uciszy „lewicowy wrzask paraliżujący zdolność artykulacji prawicy”, a „każda ręka podniesiona na … wiadomo… zostanie obcięta”. Tak przynajmniej mówili Józef Cyrankiewicz i Jarosław Kaczyński, pierwszy żył z Niną Andrycz i w teatrze bywał często, drugi żyje z kotem i kocha monodramy, głównie w swoim wykonaniu.

Wróbelki ćwierkają, że uciszanie odbędzie się nie tylko lepkimi paluszkami pana Szczebiota, ale także smukłymi palcami Jerzego Zelnika. Ten wybitny dyrektor (pamiętamy jego rządy w Teatrze Nowym w Łodzi) już planuje pierwsze premiery. Być może zacznie od, a jakże!, monodramu ze swoim udziałem, który poświęci dzieciom z in vitro. To ważki w Polsce temat, bo jak sam Zelnik już zauważył, „rodzą się z tego in vitro liczne dzieciaki jakieś koszmarnie chore, połamane”. Sztuka ma podobno nosić tytuł „Bruzda na czole”. Może pan Szczebiot będzie dramaturgiem?

Póki co, niestety, Starym kieruje Jan Klata. Zasłużona krakowska scena została przez niego doprowadzona do skrajnej zapaści, w jakiej nie była w całej swojej historii. W ciągu ostatnich dwóch lat ten odstręczający typ, który ponoć zamiast siedzieć dostojnie w fotelu, skacze w swoim gabinecie na gumowej piłce (najpewniej obrażając wiszące na ścianie polskie godło), kazał aktorom nieustająco grać w kolejnych premierach przygotowywanych przez najgorsze teatralne beztalencia, żeby tylko wymienić Monikę Strzępkę, Krzysztofa Garbaczewskiego, Wiktora Rubina, Mariusza Grzegorzka, Marcina Libera, Wojciecha Farugę czy Pawła Swiątka. Sytuacja stała się tak dramatyczna, że Anna Polony, która była od dawna na emeryturze, postanowiła w ramach protestu, odejść na nią jeszcze raz (ludzie gadają, że ZUS podwoił jej świadczenia).

Blisko trzydzieści szeroko komentowanych premier w ciągu dwóch lat kierowania przez Klatę Starym Teatrem jest, umówmy się, żenujące. Tym bardziej, że są one nieustannie nagradzane nie przez czynniki polskie, ale – powiedzmy to sobie wprost – polskojęzyczne. A za co? Za co te Pomykały, Radwany i Globisze nagrody podostawały? Za „lewicowy paraliżujący wrzask”? I w końcu ta frekwencja na, pożal się Boże, prawie stuprocentowym poziomie. To darowane Klacie nie będzie. Nie może być tak, żeby do narodowej instytucji kultury, finansowanej z publicznych pieniędzy chodziły tłumy. Dlatego cieszy mnie bardzo, że „artystycznym audytem” zajmie się w końcu ludowy komisarz. Dzięki niemu Stary zostanie przywrócony prawdziwym Polakom, a Konrad Szczebiot zapisze się na zawsze – tego jestem pewien – w historii polskiego teatru. Tak, jak w historii zapisał się już mały Morozow.

* Szczebiotyzacja – zjawisko polegajace na usłużnych działaniach wobec władzy, mających na celu spełnienie jej oczekiwań; dotyczy głównie instytucji kulturalnych, szczególnie teatru

Zwykły wpis
AKTORZY/AKTORKI

Trzeba mieć backup

1920520_631261093577796_57544141_n

„Proszę pana, pan chce być fajny, a my takich ludzi nie szukamy”. Z Tomaszem Chrapustą rozmawia Mike Urbaniak.

Jak samopoczucie przed debiutem?
 Jest moc! Znakomita praca i fajna przygoda, choć są też oczywiście obawy, jak ludzie to przyjmą, szczególnie ci najbliżsi. Wielu nie umie oddzielić tego, co jest teatrem, od tego, co jest rzeczywistością. Utożsamiają aktora z wygłaszanymi ze sceny słowami, a to niekoniecznie musi się zgadzać. Kiedy przerabialiśmy na próbach temat „Golgoty Picnic”, zastanawiałem się, czy na przykład moja mama, która jest osobą wierzącą, zrozumie dlaczego mówię to, co mówię. Mój kolega zagrał geja i ojciec go wyklął.

Nie wiedział, że syn jest aktorem?
 Wiedział, ojciec sam jest aktorem, ale mimo wszystko miał z tym problem. W Polsce chyba lepiej zagrać seryjnego mordercę, niż geja lub bluźniercę.

Mówisz, że się obawiasz, ale chyba wiedziałeś, gdzie idziesz?
 Jasne, wiedziałem oczywiście jaki teatr robi Maja Kleczewska, i że idę grać w Teatrze Powszechnym kierowanym przez Pawła Łysaka, a nie w jakimś poślednim teatrzyku z przyjemnym repertuarem.

Ten jest nieprzyjemny?
– Bardzo, ale w dobrym – jeśli można tak powiedzieć – znaczeniu. W Powszechnym od razu rzucono mnie na głęboką wodę i musiałem sobie radzić, ale też z Mają rozmawiam dużo i szczerze. Ona nic nie narzuca, zostawia mnóstwo otwartych drzwi i trzeba samemu zdecydować, przez które chce się przejść. Teatr Kleczewskiej jest oczywiście zawsze bolesny i osobisty, więc musi być poparty własnym doświadczeniem, ale trzeba oddzielić rolę od życia. Jeśli mówię coś ze sceny, nie znaczy, że tak sądzę.

To chyba oczywiste.
 Nie dla wszystkich.

Kiedy Maja Kleczewska zaproponowała ci rolę to się przestraszyłeś?
 Bardzo się ucieszyłem! Będziesz się śmiał, ale kiedy Maja do mnie zadzwoniła z propozycją, najpierw mnie zmroziło, a potem wpadłem w ekstazę!

Dlaczego?
 Bo w jej teatrze jest jakaś prawda, ona wymaga od aktora nieustannej konfrontacji ze sobą, nie ma zmiłuj.

To nie jest wasze pierwsze spotkanie, prawda?
 Nie, pierwsze było dwa lata temu, kiedy mieliśmy robić „Romea i Julię” na PWST w Krakowie. Ze spektaklu nic nie wyszło, ale poczułem, że z Mają można więcej i więcej. Słyszałem, że niektórzy się jej boją, ale naprawdę nie ma czego, bo Maja naprawdę nikogo nie gwałci. Wielokrotnie mając jakieś wątpliwości zasypywałem ją pytaniami, a nasze rozmowy były nieustanną inspiracją. Wiesz, co mnie jeszcze kręci w Mai?

Co takiego?
 Ona nie ma przepisu na spektakl. Nie przychodzi z gotowym i nie rozdziela zadań, tylko wędruje razem z aktorami i na końcu tej wędrówki powstaje to, co oglądają widzowie. Lubię też, że Maja robi teatr, który zakłada porażkę w imię artystycznych poszukiwań.

Czyli nie bałeś się, że będzie „mokro i czerwono”, a ty będziesz od razu rozebrany?
– Gdybym się bał, to bym grzecznie podziękował. A poza tym to jakieś bzdury są, to demonizowanie teatru Kleczewskiej. Jestem młodym aktorem po szkole teatralnej i jakoś nie czuję się wykorzystywany do niecnych celów.

Może dlatego, że jesteś trochę świrem? Takie przynajmniej odnoszę wrażenie.
– Żaden świr nigdy się nie przyzna, że nim jest. Ja nim może troszkę jestem, tak mnie zawsze postrzegano, a ja po prostu lubię intensywnie poznawać świat i nie lubię metek.

A kto cię metkował?
– Różne kółka wzajemnej adoracji. W szkole byłem do pewnego momentu postrzegany jako ten mniej zdolny, który nie ma nic konkretnego do powiedzenia, tak przynajmniej mi się wydawało. Większość kolegów i koleżanek zaczęła szybko coś robić już na czwartym roku, a ja nic, więc Maja Kleczewska spadła mi z nieba. Moje gościnne bycie w Teatrze Powszechnym w Warszawie jest drugą szkołą. W poprzedniej wszystko trzeba było robić perfekcyjnie: tańczyć, śpiewać, mówić i stepować, więc kiedy szedłem na pierwszą próbę stolikową do Powszechnego, myślałem, że wszystko od razu muszę idealnie czytać. Tymczasem było po prostu normalnie. Cieszy mnie, że mamy w zespole mieszankę bydgosko-warszawską, bo wszyscy byliśmy na podobnych prawach, większość przyszła przed chwilą do teatru. Byłoby o wiele trudniej, gdybym trafił do jakiegoś hermetycznego zespołu.

Dlaczego poszedłeś do szkoły teatralnej?
– Kiedy byłem w gimnazjum w Bielsku-Białej zapraszano uczniów na różne warsztaty teatralne do Teatru Polskiego. Bardzo mi się tam spodobało. Potem dowiedziałem się, że w teatrze jest studium aktorskie, więc się do niego zapisałem. Tam miłość to teatru rozpalała we mnie Jagoda Krzywicka.

Teatr cię pochłonął?
 Nie, bo miałem sporo innych pasji, z których nie zrezygnowałem do dzisiaj. Zawsze uprawiałem intensywnie sport, co się zresztą nie zmieniło. W teatrze spodobało mi się przede wszystkim obcowanie z człowiekiem, a nie zamiłowanie do literatury – to przyszło potem. W liceum dołączyłem do amatorskiego Teatru Heliotrop prowadzonego przez panią Halinę Kubisz i to był naprawdę cudowny czas poznawania ludzi, długich dyskusji i wyjazdów na rozliczne festiwale. W klasie maturalnej postanowiłem zdawać do szkoły teatralnej. Do egzaminów przygotowywała mnie pani Lucyna Sypniewska w Teatru Lalek „Banialuka” i bardzo we mnie wierzyła. Ja zakładałem, że może się nie udać.

Miałeś plan awaryjny?
– Bardzo słaby, bo kulturoznawstwo, ale wiem, że bym na tych studiach nie wysiedział. Nie nadawałem się do tkwienia w ławce, na wykładach, bo kocham adrenalinę. Stąd na początku trenowanie koszykówki i harcerstwo, a potem motocross, narciarstwo, windsurfing i kitesurfing. Jeśli chodzi o narty, jestem do dzisiaj czynnym instruktorem. To daje mi ogromną wolność i pozwala zarobić, bo – nie oszukujmy się – z aktorstwa na początku mojej drogi bym się nie utrzymał.

Co na twoje pasje mówili rodzice? Nie wiadomo co gorsze, motocross czy teatr.
– Mam cudowne relacje z rodzicami i oni mnie zawsze wspierali. Miłość do motorów jest u nas w rodzinie dziedziczna (mój dziadek miał motor), do sportów też (tato trenował piłkę ręczną). Kontynuuję więc tradycje rodzinne i rozpoczynam być może nową, aktorską. Moja siostra też jest w temacie, bo kończy produkcję filmową na Wydziale Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach.

Gdzie w końcu zdawałeś?
– Do Łodzi, Warszawy i Krakowa, ale – wiadomo – marzyłem o Krakowie, z którego pochodzi mój tato i w którym też jestem zameldowany. W Warszawie miałem w komisji egzaminacyjnej Janusza Gajosa i to był jakiś koszmar, bo wszystko pomyliłem. To, co miałem powiedzieć na smutno, powiedziałem na wesoło, a to co na wesoło – podałem na smutno. Do widzenia. W Łodzi mi powiedzieli: „Proszę pana, pan chce być fajny, a my takich ludzi nie szukamy”. Do widzenia. Przyjęli mnie w Krakowie! Miałem tam świetnych prowadzących: Adama Nawojczyka, Małgorzatę Hajewską-Krzysztofik, Dorotę Segdę, Włodzimierza Szturca czy Beatę Fudalej, ale przez cztery lata nie zrobiłem nic z żadnym studentem reżyserii.

Dlaczego ci nie proponowali?
– Nie wiem, nie pytałem. Może przez tę metkę mniej zdolnego. Rzeczywiście na początku byłem mniej doświadczony od innych, gorzej mówiłem i śpiewałem, ale zawzięcie goniłem resztę. Przełomowy był trzeci rok, kiedy Krystian Lupa robił ze starszym rokiem „Pływalnię” i zorganizował przesłuchania, bo brakowało mu aktorów. Któregoś razu przechodził obok sali, w której czytałem „Biesy” i się zatrzymał. Dostałem zaproszenie od mistrza i nogi się pode mną ugięły. Pomyślałem: „Jezus! Mam iść na przesłuchanie do Lupy? To będzie cud, jak w ogóle coś z siebie wydukam. Przecież on mnie zje!”.

Jakoś cię nie zjadł.
– Nie tylko mnie oszczędził, ale zaproponował rolę w „Pływalni”. Grałem operatora kręcącego film porno. Spotkanie z Lupą i granie tego spektaklu przez rok dało mi bardzo dużo, nową jakość. Potem były kolejne dyplomy, już mojego roku: „Murzyni” w reżyserii Pawła Świątka i „Samobójca” w reżyserii Jerzego Treli.

Różnorodne te dyplomy. Z jednej strony klasyczny „Samobójca”, gdzie grasz z komediowym zacięciem popa Ojca Jełpidija, z drugiej pojechani „Murzyni”, gdzie grasz Archibalda, będącego prawdziwym kolorowym ptaszydłem.
– Płodozmian zawsze jest wskazany, więc cieszę się z tych zupełnie różnych spektakli. I oczywiście z „Pływalni”.

Prowadzisz blog, fanpage na Facebooku, jesteś na Instagramie i Twitterze. Ta duża aktywność w sieci jest typowa dla twojego pokolenia?
– Nie wydaje mi się, w szkole nazywano mnie ironicznie blogerem. Zacząłem prowadzić blog, bo ktoś mi doradził, że to może być dla mnie korzystne. Ale wiem, że pisanie idzie mi przeciętnie, może nawet źle, jednak nie przeszkadza mi to i staram się by było ciekawe. Dzielę się po prostu ze światem swoimi przemyśleniami, choć teraz mam przerwę.

„Przerwę techniczną z powodu zbyt intensywnego życia” – napisałeś.
– Teatr, jak wiesz, jest bardzo zaborczy. Skupiam się teraz na „Szczurach”, nie można się rozdrabniać.

Obok twojego PiXbloga jest też PiX Productions. Co to takiego?
– Niewielka inicjatywa, która pozwala mi tworzyć i zarabiać pieniądze. Dostałem możliwość zrobienia filmu, który jest trochę dokumentalny, a trochę reklamowy i skorzystałem.

Mówisz o „Akinie”, to bardzo udana rzecz.
– Dziękuję ci, też jestem zadowolony z tego, jak to wyszło. Teraz kończę kolejny filmik, więc trzymaj kciuki. Ktoś może powiedzieć, że to wszystko jest błache, ale dla mnie to ważne, bo uczę się produkować, pracować z kamerą, reżyserować. Myślę, że te umiejętności mogą mi się kiedyś przydać.

Bierzesz sprawy w swoje ręce. Etat w teatrze już nie jest marzeniem absolwentów szkól teatralnych?
– Myślę, że nadal jest, ale nie wszystkich. Poza tym w życiu trzeba mieć backup.

Aktor, bloger, producent, instruktor. Model?
– Wiem, to brzmi śmiesznie, bo ile rzeczy można robić naraz, ale to moje bycie modelem to niewielka przygoda. Kilka osób mi poradziło, żebym spróbował, bo jestem wysoki, mam inne niż wszyscy rysy, no i ta broda. To spróbowałem. Mam na koncie jeden pokaz, sesję dla jednego projektanta i kilka reklam. Tyle z tego wyszło, ale to dobrze, bo to nie jest mój świat. Trzeba swój narcyzm karmić w teatrze.

Może w kinie?
– Bardzo chętnie, choć teatr jest z pewnością bardziej rozwijający. No i to wieczne obsadzanie w polskim kinie po warunkach, tego nie można przeskoczyć. Dostajesz metkę i koniec. Ja mam jeszcze trudniej, bo w mojej agencji twierdzą, że jestem bardzo charakterystyczny, a tacy aktorzy nie dostają nawet ról drugoplanowych, bo przez samo to, jak wyglądają, mogą przyćmić pierwszy plan. Słyszałem nieraz, że jestem dziwakiem. Ale ktoś w końcu może da mi szansę. W teatrze dała mi ją Maja Kleczewska, a kto w filmie? Zobaczymy.

Filmy jeszcze przed tobą, za tobą za to sporo reklam.
– Tak, bo widzisz, do reklamy aktor charakterystyczny nadaje się znakomicie. Rzeczywiście wystąpiłem w kilku reklamach i wcale się tego nie wstydzę. Ale jestem też dumny z tego, że udziału w kilku odmówiłem, bo scenariusz był okropny. Dla kogoś to może nie jest wielki heroizm, ale dla mnie to były zawsze trudne decyzje, bo utrzymuję się sam i parę tysi za reklamówkę piechotą nie chodzi.

Dzisiaj twój udział w reklamie wykorzystujesz autoironicznie w „Szczurach”.
 Dzięki temu coś obnażamy, ale jak się chcesz dowiedzieć co, to zapraszam do teatru.

_____

Tomasz Chrapusta urodził się w 1991 roku w Bielsku-Białej. Jest studentem piątego roku Wydziału Aktorskiego Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej im. Ludwika Solskiego w Krakowie, gdzie zagrał w spektaklach dyplomowych w reżyserii Krystiana Lupy, Pawła Świątka i Jerzego Treli. Próbuje także swoich sił jako bloger, model, reżyser i producent (m.in. „Akin”). Z Agnieszką Żulewską zagrał w etiudzie Jagody Szelc „Rytułał przejścia”, pojawił się też w kilku filmach i serialach. Rola w „Szczurach” Garharta Hauptmanna w reżyserii Mai Kleczewskiej w Teatrze Powszechnym w Warszawie jest jego debiutem.

10394128_10153394651707571_6439497501533480430_n

_____

© Mike Urbaniak | Fot. Antonina Dolani (na górze) i Tomasz Wiech/Boska Komedia (na dole)

Zwykły wpis
AKTORZY/AKTORKI, DYREKTORZY/DYREKTORKI

Prywatny teatr ważnych spraw

karolak

Którego razu zobaczyłem kolorowe czasopismo z moją gębą na okładce i pomyślałem sobie: „Karolak, przecież ty taki nie jesteś! Weź się ogarnij!”. I dałem nura w teatr. Z Tomaszem Karolakiem rozmawia Mike Urbaniak.

Jak się zdobywa pieniądze na prywatny teatr?
 To jest proces, nie dzieje się to z dnia na dzień. Kiedy zaczynałem tworzyć Imkę, nie znałem ludzi, którzy decydują w wielkich firmach o wydatkach marketingowych. Teatr założyłem za własne pieniądze, które zarobiłem na moich lepszych i gorszych występach telewizyjnych. Sponsorzy pojawili się, kiedy zauważyli, że nie interesuje mnie szybki zarobek i schlebianie niskim gustom. A mogliśmy przecież z grupą znanych aktorów wystawić jakąś dobrą londyńską farsę i sprzedawać to na pniu.

Dlaczego nie poszedłeś tą drogą?
– Bo wyrosłem z innego teatralnego korzenia. Oglądałem wielkich aktorów grających na deskach Starego Teatru w Krakowie, potem debiutowałem w Teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie. Nie interesował mnie teatr robiony dla kasy i rechotu. I żeby była jasność, nie mam nic przeciwko farsie czy komedii, pod warunkiem, że o czymś do widzów gada, coś chce przekazać, a nie jest zbiorem głupich gagów.

W Warszawie jest więcej teatrów, które „coś chcą przekazać”, ale jakoś nie są ochoczo wspierane przez prywatny biznes. Dlaczego?
– Zapytałem kiedyś o to jednego prezesa i wiesz, co mi odpowiedział? Że państwowe to niczyje, że pieniądze przekazane państwowemu teatrowi giną w czeluściach, że nie wiadomo jak są wydane, jaki wywołują efekt. Do tego dochodzi biurokracja, archaiczne przepisy, przetargi – to wszystko powoduje, że w Polsce prywatny biznes nie jest szczególnie zainteresowany wspieraniem publicznych instytucji kultury.

Pewien mecenas kultury opowiedział mi, że wsparł raz kwotą 100 tysięcy złotych spektakl w państwowym teatrze i wyszedł z niego bardzo zdziwiony twierdząc, że to, co widział mogło kosztować najwyżej połowę tej kwoty. U nas w Imce tak się nie da, bo jesteśmy rozliczani z każdej złotówki, tabelka po tabelce, rubryka po rubryce. Co cztery miesiące mamy spotkanie z radą biznesową – złożoną z ludzi, który wspierają Imkę – i tłumaczymy przed nią każdy grosz. Publicznemu teatrowi takie działanie jest obce.

Publiczne znaczy złe?
– Nie, w żadnym razie. Nie jestem przeciwnikiem publicznego, tylko zwolennikiem rozsądku. Sponsorzy nie będą wspierać czegoś, czego nie potrafią ocenić. Powiedz, ile kosztuje w Polsce wyprodukowanie spektaklu?

Nie ma na to pytanie odpowiedzi. Od pięciu złotych do paru milionów.
– Otóż to! I ludzie biznesu tego nie rozumieją. Tak samo zresztą, jak urzędnicy, którzy nie kumają tego, że jakiś teatr dostaje kilka milionów złotych dotacji i mówi, że nic się za to nie da zrobić.

Czyja to wina?
– Nasza! Ludzi teatru. Nie umiemy tego wytłumaczyć tym, którzy dysponują pieniędzmi. Ja biorę prezesa firmy za rękę i mówię: „Chodź, zobacz na co dajesz, a jak czegoś nie rozumiesz, to ja ci wszystko wyjaśnię”. Pamiętaj, to są zwykle ludzie porozumiewający się na co dzień innym językiem, innymi kategoriami. Dziwią się na przykład, że dają na coś 100 milionów, a dostają w zamian 20.

Ale kultura nie jest od zarabiania pieniędzy. Nie taka jest rola publicznych instytucji kultury.
– Ty to wiesz i ja to wiem, ale zarządzający biznesem czy polityką już niekoniecznie. I – powtarzam – to nie jest ich wina, tylko nasza. Bo nie umiemy mówić językiem, którego oni używają. Dlatego właśnie w Imce zatrudniłem Wojciecha Michałowskiego – menadżera, człowieka z korporacji, który kocha teatr. On nie tylko mówi językiem ludzi ze świata biznesu, ale jeszcze znakomicie zarządza kasą.

Krzysztof Mieszkowski, dyrektor Teatru Polskiego we Wrocławiu, mówi, że menadżerowie nie nadają się do kierowania instytucjami kultury.
– Niech Krzysztof Mieszkowski przestanie pleść bzdury! Kilka lat temu protestowaliśmy przeciwko wprowadzeniu menadżerów do teatru, bo uważaliśmy, że to będą ludzie, którzy zniszczą wolność artystyczną. Ale na miły Bóg, przecież to my – artyści nie mamy pojęcia o robieniu pieniędzy! To są mechanizmy nam zupełnie obce. Na Broadwayu teatrami zarządzają wykształceni menadżerowie.

Ale to są teatry komercyjne.
– Zgoda, ale niekomercyjnym też by się przydało zarządzanie przez profesjonalistów.

Jaki świetny menadżer przyjdzie z biznesu do kultury, gdzie wynagrodzenia są głodowe?
– Do Imki przyszedł i masz rację – nie byłoby mnie na niego stać – gdyby nie system, który skopiowaliśmy z zachodnich teatrów. Polega on na tym, że teatr płaci mu 1/3 pensji, a pozostałe 2/3 – sponsorzy, którzy teatr wspierają. Dzięki temu wszyscy mają pewność, że dyrektor jest lojalny i dba o interesy obu stron.

Menadżer menadżerem, ale Imka dostaje też 200 tysięcy złotych z Ministerstwa Kultury. Czyli publiczne wsparcie jednak jest.
– Jest, ale to nie są pieniądze na nasze produkcje, tylko na wymyślony przez nas i cieszący się ogromnym zainteresowaniem Festiwal Polska w Imce, dzięki któremu sprowadzamy do Warszawy najciekawsze spektakle z całego kraju. Ja tej kasy z ministerstwa w ogóle nie dotykam, ona w całości jest transferowana do publicznych teatrów, które zapraszamy.

Ale zobacz, co się dzieje. Kiedy zaczyna się rozmowa o kulturze i pieniądzach od razu wszystkim włosy stają dęba. A skąd on ma? A dlaczego? A może to jest jakiś układ towarzyski? Dlatego trzeba wszystko tłumaczyć. Tak samo powinno być w teatrach państwowych. Urzędnik mówi, że daje pieniądze, a teatr jest ciągle pod kreską. Dlaczego budżet się chociaż nie zeruje? I wtedy trzeba wyjaśnić: Kochani, tak się nie da! Jeśli nie chcecie, żeby wasze dzieci były tumanami, to muszą mieć styczność z najwyższej próby sztuką, a ona często kosztuje. Chyba, że wywalamy z konstytucji zapis o tym, że państwo ma obowiązek wspierać kulturę. Wtedy, proszę bardzo. Urynkowimy publiczne teatry, bilety będą kosztowały 300 zł, a nie 30 i posprzątane. Podejrzewam, że wszystko do tego zmierza.

Teraz masz sporą wiedzę o mechanizmach zarządzania kulturą, ale kiedy zakładałeś Teatr Imka byłeś jak dziecko we mgle.
– To mało powiedziane! Tydzień po otwarciu była katastrofa smoleńska i ludzie przestali chodzić do teatru. Zaraz potem nadszedł kryzys finansowy i sponsorzy zamrozili budżety. Do tego nie potrafiłem odmawiać moim kolegom aktorom, różne firmy wykorzystywały naszą niewiedzę i naciągały na zbędne wydatki. Po prostu masakra! Miałem dwa wyjścia: albo zamknąć teatr, albo wziąć kredyt i grać. Wybrałem to drugie.

Włożyłeś w teatr 1,5 mln swoich prywatnych pieniędzy zarobionych w kinie, telewizji i reklamie. Po co ci to było?
– To prywatna rozgrywka z samym sobą. Mój krakowski teatralny korzeń nijak się miał do tego, co robiłem w Warszawie. Tu pochłonęła mnie lekka, łatwa i przyjemna komercja, stałem się „znany i lubiany”, a to aktora rozleniwia niemożebnie. Dlatego chciałem wrócić do teatru, który jest bardzo wymagający i zmusza aktora do – jak to mówi Mikołaj Grabowski – walki ze swoim kurestwem, bo w każdym aktorze jest kurwa. We mnie też. Którego razu zobaczyłem kolorowe czasopismo z moją gębą na okładce i pomyślałem sobie: „Karolak, przecież ty taki nie jesteś! Weź się ogarnij!”. I dałem nura w teatr.

Dałeś nura i walnąłeś głową w dno, bo nie dostałeś takiego kredytu zaufania i wsparcia medialnego, jak Krystyna Janda startująca ze swoimi teatrami.
– Koledzy dziennikarze okazali się totalnymi burakami. Wyśmiewano mnie w prasie, że jestem kolejnym celebrytą, który postanowił założyć teatr i grać głupie farsy z serialowymi aktorami. I powiem ci, że choć mam grubą skórę, to mnie to zabolało.

A nie uważasz, że sam sobie trochę na to zapracowałeś występami w produkcjach nie najwyższych lotów?
– Ty mówisz o telewizji czy kinie, a moja teatralna historia jest zupełnie inna. Ale zgoda, ludzie mieli prawo tak mnie postrzegać. Byłem dla wielu głupkowatym cielakiem. Tym bardziej się zawziąłem i postanowiłem udowodnić, że ten „głupi Karolak” zrobi dobry teatr.

Szybko się okazało, że nie tylko nie idziesz w serialowych celebrytów, a i repertuar jest mało komercyjny.
– A to przecież nie mogło się wydarzyć, prawda?! Jak to?! „Dzienniki” Gombrowicza, „Sprzedawcy gumek” Lewina czy „Generał” Jakubowskiego u Karolaka?! Kiedy zaczęliśmy dostawać nagrody na ważnych festiwalach teatralnych, przestano mieć wątpliwości jaką drogę wybraliśmy. Chcielibyśmy oczywiście więcej, lepiej, ambitniej, ale wyżej dupy nie podskoczymy. Musimy rzeźbić w tym, co mamy.

Umiesz przewidzieć, co będzie hitem?
– A gdzie tam! Nie mam zielonego pojęcia, co o tym decyduje. Kiedy zabieraliśmy się za „Dzienniki”, wszyscy nam mówili, żebyśmy dali spokój, bo nikt na to nie przyjdzie. A tu proszę! Ten spektakl wyprzedajemy zawsze na pniu.

Bo grają w nim gwiazdy: ty, Magdalena Cielecka, Piotr Adamczyk, Jan Peszek.
– W naszej „Kopenhadze” też grają bardzo znani aktorzy: Adam Woronowicz, Aleksandra Popławska i Jan Frycz, ale nie byliśmy zadowoleni z finałowego rezultatu i tę sztukę zrobimy jeszcze raz. Chciałbym, żeby ją wyreżyserowała Monika Pęcikiewicz.

Jak powstaje repertuar Imki? To twoje pomysły?
– W części moje, w części wymyślone podczas rozmów z reżyserami. Festiwal Polska w Imce wymyśliliśmy razem z Jackiem Cieślakiem z „Rzeczpospolitej”. Ale wiesz, człowiek planuje, a Pan Bóg się śmieje. I my o tym doskonale wiemy. Przewagą prywatnego teatru jest też to, że szybko podejmujemy decyzje. Coś, co w państwowym teatrze zabiera dwa miesiące, u nas – dwie minuty. Kiedy wymyśliliśmy z Jackiem Polskę w Imce, po trzech tygodniach grał już u nas gościnnie pierwszy spektakl, bo zarobiłem akurat dwie dychy na jakimś serialu i dawaj, ściągamy ich do Warszawy!

Tak było na początku, ale teraz – jak rozumiem – twoje plany muszą być zaakceptowane przez sponsorów.
– I ja się z tego bardzo cieszę, bo to jest nasz wspólny teatr.

Jak takie spotkanie z prezesami wygląda?
– Opowiadam im, co chcemy zrobić i dlaczego. Wtedy zawsze pada pytanie o aktorów. To podstawa. Potem jest różnie. Jednego prezesa pociąga idea, którą chcemy spektaklem poruszyć. Inny jest wielkim znawcą Gombrowicza. Ale bywa też tak, że prezesi coś proponują, bo wydaje im się warte uwagi. Tak było na przykład z Janem Karskim, o którym zrobimy spektakl. Zagra go w dodatku amerykański aktor David Strathairn, znany między innymi z filmu George’a Clooney’a „Good Night, and Good Luck”, a spektakl – do którego zaprosimy też studentów szkoły aktorskiej w Krakowie – wyreżyseruje Derek Goldman, szef teatru studenckiego na Uniwersytecie Georgetown w Waszyngtonie, na którym Karski wykładał.

To powiedz kim są ci prezesi, którzy wspierają twój teatr.
– Głównym sponsorem i naprawdę super gościem jest Jacek Krawiec, prezes PKN Orlen. Ja go w ogóle nie znałem. Przeszedł po prostu do Imki na „Wodzireja” i powiedział: „Chcę w tym być”. Prawdziwym teatromanem i głównym mecenasem Festiwalu Polska w Imce jest Zbigniew Jagiełło, prezes Banku PKO BP. Bardzo nam też pomagają Przemysław Krych, prezes Griffin Artspace, Radosław Martyniak, prezes Funduszu Fenix, Leszek Bać, szef firmy SPAR i Hubert Gierowski, szef Browarów Lubelskich produkujących piwo Perła. Całość spina nasz główny lobbysta Lejb Fogelman. Bez tych panów i wsparcia kierowanych przez nich firm nie powstałby żaden nasz spektakl. A ty w ogóle możesz to napisać?

A dlaczego nie?
– Bo w Polsce media jak ognia boją się wymieniać nazwy firm, które wspierają kulturę. Uważa się to za kryptoreklamę albo obciach. I to jest jeden z głównych powodów, dla których biznes w tak niewielkim stopniu wspiera kulturę. Ja po każdej premierze w naszym teatrze dziękuję naszym sponsorom i zapraszam ich na scenę. Byłem i właściwie nadal jestem za to strofowany przez wiele osób, szczególnie ze świata teatralnego. Że to żenada jakaś. A Piotr Skrzynecki robił to samo w swojej Piwnicy Pod Baranami. Zawsze na koniec dziękował wszystkim, dzięki którym artyści mogli wystąpić na scenie.

Co w tym sezonie zobaczymy w Imce?
– Przed chwilą ściągnęliśmy do nas znakomity spektakl „Był sobie Polak Polak Polak i diabeł” w reżyserii Remigiusza Brzyka z Teatru im. Juliusza Osterwy w Lublinie, a w przyszłym tygodniu zapraszam na „Smutki tropików” w reżyserii Pawła Świątka z Teatru Łaźnia Nowa w Krakowie. Z Łaźnią współpracujemy już niemal na stałe. W ten weekend można u nas obejrzeć znakomitą „Klątwę” Pawła Demirskiego w reżyserii Moniki Strzępki – teatralny i bardzo polityczny serial, który Imka produkuje z Łaźnią.

Przyjedzie też do nas z Teatru im. Stefana Żeromskiego w Kielcach „Caryca Katarzyna” – jeden z najgłośniejszych i najczęściej nagradzanych spektakli ostatniego sezonu, zrealizowany przez – nagrodzony w tym roku Paszportami „Polityki” – duet Jolanta Janiczak i Wiktor Rubin. To do końca tego roku. Przyszły jeszcze planujemy, ale myślę, że nasi widzowie będę mieli okazję zobaczyć „Janis Joplin” w reżyserii Tomasza Gawrona. To z kolei produkcja Teatru Muzycznego Capitol we Wrocławiu z genialną Natalią Sikorą w roli Janis.

To wszystko w ramach Polski w Imce. A własne produkcje?
– Będziemy mieli wspomniany już spektakl o Janie Karskim. Grzegorz Warchoł wyreżyseruje „Skradzioną tożsamość” według książki Romana Fristera. To opowieść o Żydzie, który chcąc ratować swoje życie podczas drugiej wojny światowej ukradł dokumenty Polakowi, pod którego się podszywał. Polaka później rozstrzelano. Wiele lat po wojnie do Żyda zapukało UB i oskarżyło go o kolaborację z SS, a kolaborował rozstrzelany już Polak. To autentyczna historia, którą chcemy poruszyć jakże aktualny dzisiaj problem tożsamości.

Mikołaj Grabowski zrobi spektakl o dwóch kobietach Adolfa Hitlera – Leni Riefenstahl, która Hitlera popierała i Marlenie Dietrich, która go zwalczała. W rolach głównych zobaczymy Iwonę Bielską i Grażynę Dyląg. Później czas na „Hamleta”, którego wyreżyseruje Joanna Drozda, a zagra go Piotr Polak. Na scenie zobaczymy także Macieja Stuhra, Sebastiana Pawlaka i Tomasza Tyndyka. A na koniec sezonu (mam nadzieję, że się wyrobimy) widzowie obejrzą „Władcę pierścieni” w reżyserii Pawła Świątka. To będzie spektakl o inwigilacji. Czekamy też na kolejny odcinek „Klątwy” Pawła Demirskiego i Moniki Strzępki, i chciałbym, żeby Monika zrobiła u nas „Muminki” dla dzieci, ale siedzimy jeszcze nad kalendarzem. A kolejny sezon otworzy „Bolesław Śmiały” w reżyserii Macieja Podstawnego z premierą na Wawelu i mam wielką nadzieję, że uda mi się namówić Jerzego Trelę na „Króla Leara”. Na razie pan Jerzy nie powiedział nie.

Dlaczego ci się udało?
– Uważasz, że mi się udało?

Tak uważam, bo Teatr Imka to nie jedyna prywatna scena w Warszawie. Swoje teatry mają Krystyna Janda, Emilian Kamiński, Michał Żebrowski. Ale to właśnie tobie udało się stworzyć teatr z ambicjami, który przyciąga coraz częściej czołowych polskich twórców teatralnych.
– Imka ma dopiero cztery lata i jest jeszcze teatrem w pieleszach. Zapytaj mnie, czy się udało za jakieś 10 albo 15 lat. Jeśli się wtedy spotkamy i teatr będzie nadal działał oferując widzom ambitne spektakle, to uznam, że mi się udało. To co, umówieni?

_____

Tomasz Karolak jest aktorem filmowym, telewizyjnym i teatralnym oraz wokalista zespołu Pączki w Tłuszczu. Ukończył Wydział Aktorski Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej im. Ludwika Solskiego w Krakowie i debiutował w 1997 roku na deskach krakowskiego Teatru im. Juliusza Słowackiego, by następnie w latach 1999-2003 być aktorem Teatru Nowego im. Kazimierza Dejmka w Łodzi. Znany jest głównie ze swoich ról telewizyjnych (m.in. „Kryminalni”, „39 i pół”, „Rodzinka.pl”, „Baron 24”) i kinowych (m.in. „Milion dolarów”, „Śniadanie do łóżka”, „Listy do M.”, ” Ciacho”, „Testosteron”). W 2010 roku założył Teatr Imka w Warszawie, który jest dzisiaj jedną z najciekawszych stołecznych scen.

_____

Rozmowa ukazała się na portalu Gazeta.pl 4.10.2014 r.

_____

© Mike Urbaniak 

Zwykły wpis
AKTORZY/AKTORKI

Genu nie wydłubiesz

unnamed

Nie chciałbym zostać zapamiętany jako ładny chłopiec, tylko dobry aktor. Z Bartoszem Gelnerem rozmawia Mike Urbaniak.

Ładnym ludziom jest podobno łatwiej.
– Tego nie wiem, musisz spytać kogoś ładnego.

Właśnie pytam.
 Bardzo ci dziękuję, ale oprócz ładności musi być chyba jednak coś jeszcze. Myślisz, że uroda przekreśla talent?

A skądże.
– Może wróćmy do tego pytania za jakiś czas, jak już się pomarszczę. Nie chciałbym zostać na etapie domniemanej ładności, chciałbym to przewalczyć kolejnymi rolami. Z drugiej strony nie da się ukryć, że tak zwane warunki decydują o tym, jakie się dostaje role.

Nie zagrałbyś Cetha w „Kabarecie warszawskim” Krzysztofa Warlikowskiego albo Michała w „Płynących wieżowcach” Tomasza Wasilewskiego, gdybyś wyglądał…
– Jak pół dupy zza krzaka? Tak, masz rację, pewnie bym nie zagrał. Pamiętasz scenę z „Samotnego mężczyzny” Toma Forda, kiedy Colin Firth spotyka pod sklepem pięknego faceta?

Oczywiście, jak mógłbym zapomnieć boskiego Jona Kortajarenę.
– Siła tej sceny w ogromnym stopniu bierze się z tego, jak on wygląda. Kiedy byłem małym chłopcem, ciągle słyszałem, jaki jestem ładny, a dokładniej, jaką jestem ładną dziewczynką. Dzisiaj też się zdarza, kiedy idziemy ulicą z Agnieszką (Żulewską, aktorką, dziewczyną Bartosza – przyp. red.), że jacyś panowie krzyczą do nas: „Hej, dziewczyny!” i chcą mi oczywiście dać w mordę. Taki los, ale jak mówi moja mama: „Genu nie wydłubiesz”. Nie chciałbym jednak być zapamiętany jako ładny chłopiec, tylko jako dobry aktor. To jest mój cel i nie zgadzam się na zamykanie mnie w jakiejś szufladzie.

Zawsze chciałeś być aktorem?
– Nie, zdecydowałem się bardzo późno, właściwie tuż przed maturą. Z kolegami z liceum w Chorzowie robiliśmy co prawda kabaret, ale chodziło nam tylko o dobrą zabawę i zwalnianie się z lekcji. Zupełnie nie wiedziałem, co chcę robić. Wszyscy szli na prawo albo na lewo, a ja postanowiłem spróbować ze szkołą teatralną. Znajomy rodziców znał aktorkę Małgorzatę Zajączkowską i umówił mnie z nią na spotkanie. Przyjechałem z Katowic do Warszawy w wyprasowanej koszuli, z bukietem kwiatów i poszedłem do pani Małgosi, której miałem zaprezentować swój talent.

Jak go oceniła?
– Po jej minie wiedziałem, że nie jest dobrze, ale co miała powiedzieć, żeby nie zniechęcać młodego człowieka? Że jest potencjał, ale trzeba jeszcze popracować. Zdawałem do szkół teatralnych w Warszawie, Krakowie i we Wrocławiu. Nigdzie się nie dostałem, ale wiedziałem, że będę próbował za rok. Spytałem rodziców, czy zasponsorują mi rok Policealnego Studium Aktorskiego „Lart” w Krakowie. Zgodzili się.

Nowe krakowskie życie?
– Wiadomo! Wynajęliśmy z kolegami mieszkanie i zaczęło się. Jedynym minusem było to, że nie miałem studenckiej legitymacji, ale trzeba było sobie jakoś radzić. Zacząłem też wtedy chodzić nałogowo do teatru.

Na Śląsku nie chodziłeś?
– Chodziłem, ale nie tak często i na inne spektakle. W Krakowie to był jednak Narodowy Stary Teatr z największymi nazwiskami. Inna liga. Tam po raz pierwszy zobaczyłem spektakl Krystiana Lupy „Tako rzecze Zaratustra”. Mało z niego zrozumiałem, ale jednocześnie byłem zachwycony. Potem oglądałem kolejne jego spektakle: „Factory” i „Kalkwerk”. Chodziłem też oczywiście na innych reżyserów.

I po roku ponownie zdawałeś do szkoły teatralnej.
– Niejednej, bo oprócz Krakowa, Warszawy i Wrocławia zdawałem także do Łodzi. Byłem już o wiele lepiej przygotowany i wiedziałem, jak wyglądają egzaminy. Na szczęście przyjęli mnie do Krakowa. Ależ to była radość!

Kiedy uczyłem się w Larcie, moi kumple współlokatorzy, którzy studiowali na Uniwersytecie Jagiellońskim, Akademii Górniczo-Hutniczej i Politechnice Krakowskiej, zazdrościli mi, że mogę długo spać, bo zajęcia zaczynałem o czternastej. A kiedy byłem na PWST, śmiali się, że nigdzie nie możemy wyjść wieczorem, bo ja siedzę na uczelni od rana do nocy.

Do tego doszła jeszcze praca w wakacje.
– Już po pierwszym roku dostałem rolę w serialu o wodnych ratownikach „Przystań”. Tam zresztą poznałem Mateusza Banasiuka, z którym zagrałem później w „Płynących wieżowcach”. Siedzieliśmy z ekipą przez trzy miesiące w Giżycku i kręciliśmy: fajna przygoda, pierwsze ostukanie się z planem filmowym, jakaś kasa zarobiona.

Kiedy serial miał premierowy odcinek, zrobiliśmy z kumplami party w naszym krakowskim mieszkaniu. Mój przyjaciel Sylwester Piechura, dzisiaj aktor Teatru im. Jana Kochanowskiego w Opolu, wydrukował nawet plakaty z moją podobizną. Przyjechali też z Katowic moi rodzice i była kupa śmiechu.

Na trzecim roku studiów zadebiutowałeś z kolei na dużym ekranie.
– „Salą samobójców” Jana Komasy. To też kręciliśmy w wakacje. Film został bardzo dobrze przyjęty i dostałem po nim kilka propozycji zagrania w serialach, już bez castingu. Zdecydowałem się wtedy na „Czas honoru”. Tymczasem nadchodził czwarty rok na PWST i spektakle dyplomowe z Szymonem Kaczmarkiem i Pawłem Świątkiem. Grałem w nich i przeprowadziłem się do Warszawy. Tu zaczęły się castingi do „Płynących wieżowców” i dostałem pierwszą propozycję pierwszoplanowej roli w filmie fabularnym.

Jak wyglądała praca nad nim?
– Tomek Wasilewski poświęcił nam, czyli Mateuszowi Banasiukowi, Marcie Nieradkiewicz i mnie, naprawdę dużo czasu; mieliśmy dużo prób, dobrze się poznaliśmy. Sporo mnie to też kosztowało, bo temat był niełatwy.

„Płynące wieżowce” okrzyknięto pierwszym polskim filmem gejowskim. Znalazł się on nagle w gorącym centrum debaty o homofobii, sytuacji osób LGBT, związkach partnerskich. Trafiliście z Mateuszem Banasiukiem na okładkę „Wprost”, opatrzoną tytułem: „Zabić geja. Witajcie w tolerancyjnej Polsce”. Skrajnie prawicowa „Fronda” donosiła o „homoataku” na swoją redakcję, polegającą na tym, że baner reklamujący film było widać z redakcyjnych okien. „Pętla homoseksualnego oblężenia zaciska się wokół nas” – donosiła „Fronda”.
– Rzeczywiście, trafiliśmy w jakieś przesilenie z naszym filmem. Dostaliśmy wtedy mnóstwo zaproszeń do wielu programów publicystycznych, w których chciano z nami dyskutować o homofobii. Film w pewnym momencie zszedł na drugi plan. A ja chciałem, jako aktor, mówić o mojej roli, a nie o stosunku do gejów, bo on jest chyba jasny.

Najważniejsze, że „Płynące wieżowce” zostały bardzo dobrze przyjęte przez widzów i krytykę. Myślę, że ten film sporo zmienił. Obejrzeli go też moi koledzy z osiedla z Katowic.

I co powiedzieli?
– „Nawet fajny ten film, ale naprawdę musiałeś się całować z tym facetem?!”. Trochę żeśmy się pośmiali. Może po „Płynących wieżowcach” mniej osób będzie krzyczało na gejów na ulicy: „Ej, pedały!”.

Za tobą tak krzyczeli? W Polsce – odnoszę wrażenie – zagranie geja to nadal akt odwagi.
– Ktoś tam od czasu do czasu coś krzyknął. Ale co z tego? Idziemy dalej.

Dalej i na barykady. Byłeś wśród aktorów czytających przed Pałacem Kultury „Golgotę Picnic” Rodriga Garcii, którą Michał Merczyński, dyrektor poznańskiego Malta Festivalu, zdjął z afisza pod wpływem ataku ze strony katolickich fundamentalistów i kiboli. Dlaczego wziąłeś udział w tym czytaniu?
– Bo nie podoba mi się ograniczanie wolności słowa i wolności ekspresji artystycznej. Nie podoba mi się też terroryzowanie jednej grupy przez inną. Ja nie zabraniam nikomu stania pod krzyżem, proszę mi więc nie zabraniać oglądania takich spektakli, na jakie mam ochotę. I, żeby była jasność, wziąłem udział w tym czytaniu nie po to, by kogoś atakować, ale żeby przeczytać tekst. Jak mówi mój kolega: „Trzeba zajebać dobrym serduszkiem”.

Twoje role przychodziły do ciebie same?
– Przychodziły jako możliwość, ale musiałem o nie powalczyć. Starałem się też uczyć ile wlezie i korzystałem z różnych opcji zdobycia doświadczenia. Już w szkole dużo statystowałem. Za pierwszy epizod w „W11” dostałem 50 złotych, potem był epizod mówiony już za 150. Jaka to była kasa! Wszystkim stawiałem piwko. I nie tylko się tego statystowania nie wstydzę, ale uważam, że to była fajna szkoła.

Szczególnie kiedy się statystuje na scenie Narodowego Starego Teatru z Janem Peszkiem.
– O kurczę! Tak! Zupełnie o tym zapomniałem. Jeszcze przed szkołą aktorską byłem jednym z chłopców Gonzala w „Trans-Atlantyku” Witolda Gombrowicza w reżyserii Mikołaja Grabowskiego, więc to był mój homoseksualny debiut w teatrze. I to jaki! U boku Jana Peszka na deskach Starego Teatru. Lataliśmy z chłopakami w białych gaciach po scenie, a w przerwach siedzieliśmy w teatralnym bufecie i za każdym razem, kiedy wchodził jakiś aktor, zrywaliśmy się z krzeseł i mówiliśmy „Dzień dobry!”.

W naszym „Trans-Atlantyku” była scena, do której wychodziliśmy z Janem Peszkiem z foyer teatru, gdzie stoi popiersie Konrada Swinarskiego. Peszek zawsze, przechodząc obok tego popiersia, klepał je z czułością. Uwielbiałem na to patrzeć, bo pokazywało to niezwykłą skromność wielkiego aktora.

Oglądałeś, będąc w szkole, jakieś spektakle Krzysztofa Warlikowskiego?
– Pierwszy był „Krum”, ale widziałem go na DVD. A pierwszym spektaklem zobaczonym na żywo była „(A)pollonia”, która przyjechała na Boską Komedię do Krakowa. Wielkie wrażenie zrobił na mnie rozmach tego spektaklu. Potem przyjechałem do Warszawy na „Anioły w Ameryce”, na których się popłakałem.

A potem dostałeś od Warlikowskiego propozycję zagrania w „Kabarecie warszawskim”. Nieźle.
– Jechałem wtedy do Łodzi, gdzie w Teatrze Nowym miałem grać w „Samuelu Zborowskim” Juliusza Słowackiego w reżyserii Szymona Kaczmarka. Kiedy zadzwonił telefon z Nowego Teatru w Warszawie, natychmiast zmieniłem kierunek. Było mi głupio przed Szymonem, że tak nagle się wycofuję, ale nie miałem innego wyjścia. Myślę, że każdy na moim miejscu zrobiłby to samo, prawda?

Raczej! Popędziłeś do Nowego bardzo zestresowany zbliżającym się spotkaniem z Warlikowskim i jego zespołem?
– A wiesz, że nawet nie. Ale nie dlatego, że byłem taki pewny siebie, ale dlatego, że nie miałem czasu na stres. To wszystko wydarzyło się tak szybko, że nim się obejrzałem, już byłem na scenie. Gram w „Kabarecie warszawskim” Cetha – młodego chłopca, którego bierze do trójkąta para gejów: Jamie i James, grani przez Maćka Stuhra i Piotrka Polaka. I jest tam scena, w której Jamie pyta o mnie Jamesa: „Jak ci się podoba?” i James odpowiada: „Jest zajebisty”. Wtedy poczułem, że będzie dobrze.

Grasz w telewizji, kinie i teatrze. Nie chciałbyś z czegoś zrezygnować?
– Bardzo bym nie chciał, bo to różne rodzaje pracy i wszystkie sprawiają mi frajdę. Poza tym płodozmian jest zawsze wskazany. Chciałbym teraz zagrać jakąś ciekawą rolę w kinie.

Grasz przecież w nowym filmie Katarzyny Rosłaniec.
– Tak, ale to niewielka rola, choć bardzo przyjemna. Zdjęcia mam jesienią. Myślę, że ten film będzie kolejnym głosem naszego pokolenia, tak jak to było z poprzednimi obrazami, w których grałem.

A gdybyś dostał propozycję zagrania w filmie typu „Pokaż kotku, co masz w środku”?
– To film przyrodniczy?

Można tak powiedzieć.
– Rozumiem, że to jest złośliwe pytanie o to, czy zagrałbym w czymś nie najwyższych lotów. Szczerze, nie wiem. Jeśli powiem ci teraz, że nigdy w życiu, i to kiedyś zrobię, to mi to potem wyciągniesz. Powiem tak: chciałbym grać w dobrych filmach.

Masz dwadzieścia sześć lat, jesteś w zespole najbardziej prestiżowego teatru w Polsce, grasz w dobrych filmach. Co dalej?
– Wiadomo, apetyt rośnie w miarę jedzenia. Chciałbym dostawać coraz ciekawsze i coraz większe role, nabierać doświadczenia i jednocześnie pilnować, żeby głowa była nieustannie przewietrzona.

Jestem teraz w próbach do „Apokalipsy” w reżyserii Michała Borczucha w Nowym Teatrze w Warszawie. To spektakl na podstawie tekstów Piera Paola Pasoliniego i Oriany Fallaci. Gram w nim wampira-imigranta, który przejeżdża z własną ziemią z Afryki do Europy, tylko ta Europa nie za bardzo mnie chce.

I będziesz podobno wampirem hetero.
– Tak, w końcu! I będę gryzł co popadnie.

_____

Bartosz Gelner (ur. 1988) urodził się i wychował w Katowicach. Jest aktorem teatralnym, filmowym i telewizyjnym. Ukończył Wydział Aktorski Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej im. Ludwika Solskiego w Krakowie. Na kinowym ekranie zadebiutował w głośnym filmie Jana Komasy „Sala samobójców”, a w zeszłym roku zagrał wraz z Mateuszem Banasiukiem w równie głośnym filmie „Płynące wieżowce” Tomasza Wasilewskiego. Od tego roku jest etatowym aktorem Nowego Teatru w Warszawie, gdzie gra w „Kabarecie warszawskim” w reżyserii Krzysztofa Warlikowskiego i „Apokalipsie” w reżyserii Michała Borczucha. Mieszka w Warszawie.

_____

Rozmowa ukazała się na portalu Gazeta.pl 3.10.2014 r.

_____

© Mike Urbaniak | Fot. Magda Hueckel

Zwykły wpis