PODSUMOWANIE

Mike’s Top 10 (2016/2017)

Zbierając się powoli do podsumowania kończącego się sezonu teatralnego, przygotowałem tradycyjnie listę najlepszych spektakli, jakie w ostatnich dziesięciu miesiącach widziały moje oczy. Dziękuję ich twórcom i twórczyniom za te wspaniałości i czekam na kolejne w przyszłym sezonie. Co ciekawe, po raz pierwszy, odkąd przygotowuję moją ulubioną dziesiątkę, połowa spektakli została wyprodukowana przez warszawskie teatry, a reszta w Starym Teatrze w Krakowie z dwoma wyjątkami na Bydgoszcz i Poznań. Kilka przedstawień, których nie zdążyłem zobaczyć, obejrzę po wakacjach i uwzględnię je w moim podsumowaniu roku 2017 w „Wysokich Obcasach”. A resztę niech sobie ogląda Wanda Zwinogrodzka i jej teatralni klakierzy. Do zobaczenia jesienią!

1. „Klątwa” Stanisława Wyspiańskiego
reżysera Oliver Frljić
Teatr Powszechny w Warszawie

2. „Malowany ptak” Jerzego Kosińskiego 
reżyseria Maja Kleczewska
Teatr Polski w Poznaniu i Teatr Żydowski w Warszawie

3. „Chłopi” Władysława Reymonta
reżyseria Krzysztof Garbaczewski
Teatr Powszechny w Warszawie

 

4. „Berlin Alexanderplatz” Alfreda Döblina
reżyseria Natalia Korczakowska
STUDIO teatrgaleria w Warszawie

5. „Henrietta Lacks”
reżyseria Anna Smolar
Nowy Teatr i CN „Kopernik” w Warszawie

6. „Kopciuszek” Joëla Pommerata
reżyseria Anna Smolar
Narodowy Stary Teatr w Krakowie

7. „Żony stanu…” Jolanty Janiczak
reżyseria Wiktor Rubin
Teatr Polski w Bydgoszczy

8. „Triumf woli” Pawła Demirskiego
reżyseria Monika Strzępka
Narodowy Stary Teatr w Krakowie

9. „Wesele”  Stanisława Wyspiańskiego
reżyseria Jan Klata
Narodowy Stary Teatr w Krakowie

10. „Puppenhaus. Kuracja” Magdy Fertacz
reżyseria Jędrzej Piaskowski
TR Warszawa

FOTO Magda Hueckel/Krzysztof Bieliński/Monika Stolarska

 

Zwykły wpis
ROZMOWA

Jak zostałem gejem

Kiedy mam wyjść na scenę, cieszę się jak dziecko i tej mojej mojej radości nie mam zamiaru ukrywać. Krystian Durman

Wyobrażam sobie ciebie jako wodzireja na statku w Łebie.
– Widzę, że mnie przyszpiegowałeś!

Sława piratów sięga daleko.
– Ciężko nad nią pracujemy. I ja, i Jack Sparrow.

Od dawna?
– Od kilku lat. Pracę w Łebie zacząłem po pierwszym roku studiów i trwała do ostatnich wakacji. To była bardzo fajna, ale i ciężka robota. Kiedy inni w lipcu i sierpniu odpoczywali, ja zasuwałem na statku, żeby zarobić kasę na cały rok. Robiłem siedem czterdziestopięciominutowych spektakli dziennie, od rana do wieczora. Czasem w pełnym słońcu, czasem w deszczu.

Dobra szkoła improwizacji.
– Tak też to traktowałem. Nie jako chałturę, ale jako wyzwanie. To nie jest łatwa sprawa zabawić turystyczną widownię, czasami także pod wpływem alkoholu. Tu nie ma zmiłuj, nikt cierpliwie nie będzie oglądał, jak się nie spodoba.

Ty się podobałeś?
– Chyba, skoro tak długo to robiłem, a ludzie przychodzili kilkakrotnie albo wracali co roku. Do dzisiaj od czasu do czasu ktoś do mnie pisze na Facebooku z pytaniem o Kapitana Krisa.

W tym roku Kapitan Kris wypłynie w rejs?
– Czekam na kilka decyzji po ostatnich zdjęciach próbnych do filmów i seriali, ale myślę, że i w te wakacje będzie można mnie spotkać w Łebie.

A jak zdjęcia próbne zakończą się licznymi propozycjami, to film wyprze teatr?
– Nie, w żadnym razie! Jeśli chodzi o łączenie teatru i filmu to myślę zawsze o drodze, jaką idzie aktor, którego jestem wielkim fanem, i o którym napisałem pracę magisterską.        

O Marcinie Czarniku.
– Tak, on zrobił kilka filmów i seriali, ale najważniejszy był zawsze teatr. Chciałbym podobnie umieć połączyć granie w teatrze z fajnymi spotkaniami z kamerą, chociaż castingów szczerze nie cierpię, bo nie lubię, a może nawet nie potrafię udowadniać w pięć minut, że jestem zajebisty. A na castingach o to właśnie chodzi.     

Ale ty właśnie sprawiasz wrażenie osoby – że też użyję tego okropnego słowa – zajebistej. Szczególnie jeśli się śledzi twoją aktywność w mediach społecznościowych.
– Wiedziałem, że ktoś mi to w końcu wypomni, ale nie podejrzewałem, że to będziesz ty.

Ja ci niczego nie wypominam. Wręcz przeciwnie, bardzo lubię oglądać twoje kolejne radosne foty z garderoby czy górskich wypraw. Wyglądasz na nich na najszczęśliwszą osobę na świecie.
– Bo ja się cieszę jak dziecko, że gramy kolejny raz „Triumf woli” albo, że spędzę weekend w górach. W ogóle rozpiera mnie energia i jestem nadaktywny: lubię wspinaczkę, bieganie, rower, siłownię, co mi się szczególnie przydało w szkole teatralnej, którą zacząłem jako ponad dziewięćdziesięciokilogramowy pączek. Byłem wtedy do wyrzucenia.

Za kilogramy?
– Nie, za to, że nie wiedziałem, po co tam jestem.

W rodzinnym Kaliszu też byłeś zagubiony?
– W Kaliszu robiłem tysiąc rzeczy. Zaczęło się niewinnie od zbierania pieniędzy na Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy, a po latach mogłem towarzyszyć Jurkowi Owsiakowi i dbać o to, żeby on się nie zgubił. Organizowałem też koncerty, robiłem program kulturalny „Pull Up”, który do dzisiaj można oglądać ku mojej rozpaczy na YouTube. Sporo tego było.

Rodzice to dzielnie znosili?
– Bardzo, a dzisiaj są moimi wiernymi widzami. Zaszczepiłem w nich miłość do gór i przede wszystkim do teatru, bo żadnych artystycznych inklinacji w naszej rodzinie nie było. Mama jest superksięgową, a tato lodziarzem, to znaczy producentem lodów. Wpisanym nawet do „Księgi rekordów Guinnessa” za stworzenie największego loda na świecie!

A ty lodziarzem nie chciałeś zostać?
– Lubię lody, ale wybrałem aktorstwo, choć nie było łatwo. Za pierwszym razem nie przyjęto mnie do żadnej szkoły teatralnej, a w łódzkiej filmówce usłyszałem, że „nie mam jaj do uprawiania tego zawodu”.

Jakże rzeczowe uzasadnienie.
– Prawda? Ale w sumie cieszę się, że mnie nie przyjęli. To mi dobrze zrobiło. Przez poznanych na Woodstocku ratowników górskich trafiłem wtedy do sudeckiego GOPR-u i zacząłem studiować turystykę i rekreację w Wałbrzychu. Góry kocham do dzisiaj. Ratownikiem jednak nie zostałem, chociaż podobno bardzo się nadawałem. Po roku znów zdawałem do szkół teatralnych. W Krakowie na przykład odrzuciła mnie komisja, w której była Dorota Segda i Adam Nawojczyk.

Dzisiaj gracie wspólnie w Starym Teatrze.
– Pozdrawiam Dorotę i Adama!

We Wrocławiu na początku ci chyba nie szło.
– Bo kiedy stawałem na scenie, czułem się jak estradowiec. Ale teraz będzie grańsko! – myślałem. Kompletny bezsens i zero świadomości. Dopiero na drugim roku odpalił mnie Adam Cywka, świetny pedagog. Dojeżdżał mnie nieustannie: „Co ty tu, kurwa, grasz?! Nawet do drzwi nie potrafisz zapukać!” – krzyczał po jakiejś próbie. Taką miał na mnie metodę, jak się okazało skuteczną. Ważne były też spotkania z Krzesisławą Dubielówną i Teresą Sawicką. Wspólnymi siłami w końcu się odblokowałem, zrozumiałem na czym rzecz polega i uspokoiłem, choć cały czas mówiono na mnie „aktor gwałtowny”, bo nie było takiego egzaminu, w którym nie gwałciłbym koleżanek. Teraz w „Triumfie woli” gwałcę postać graną przez Dorotę Pomykałę. Taki już mój aktorski los.

Los, który pozwolił ci zadebiutować jeszcze w szkole w kaliskim Teatrze im. Wojciecha Bogusławskiego.
– Wypuściły mnie tam na trzecim roku Sawicka i Dubielówna.

Gnaj Lorenzo do Kalisza! – powiedziały?
– Mniej więcej. I zagrałem Lorenza w „Kupcu weneckim” Adama Nalepy.

Przyjętym bardzo chłodno.
– Niestety. Myślę, że przenosiliśmy ten spektakl, bo próby trwały trzy i pół miesiąca. Ale lubiłem mojego Lorenza. Nie tak, jak Księdza w dyplomowym „Weselu” Moniki Strzępki, ale jednak. W ogóle myślałem wtedy, żeby zostać w Kaliszu, bo wiedziałem, jak trudno jest o etat w teatrze. Z tego pomysłu wyleczyła mnie moja dziewczyna i przyjaciel z roku. Wróciłem więc do Wrocławia na „Wesele”.

Przyjęte z kolei entuzjastycznie. Za rolę w nim zostałeś wyróżniony na Festiwalu Szkół Teatralnych w Łodzi.
– To była wspaniała praca z Moniką Strzępką, którą o zrobienie dyplomu wybłagali koledzy. Szkoda, że już go nie możemy grać. Do dzisiaj tęsknię za Księdzem.

Jakie było marzenie na „po szkole”?
– Chciałem do Krakowa i uderzałem po kolei do dyrektorów tamtejszych teatrów. Kiedy wszedłem do Starego, całowałem schody. Udało mi się nawet złapać w sekretariacie dyrektora Jana Klatę, który na moje: „Dzień dobry, chciałem zaprosić pana dyrektora na mój spektakl dyplomowy”, tak pierdolnął mi drzwiami przed nosem, że mi zadzwoniło w uszach. Ale nie dałem za wygraną i teraz lubię opowiadać tą historię.

Do Starego w końcu się dostałeś, ale przez Nowy.
– Koleżanka poleciła mnie do spektaklu „Umarła kasta” reżyserowanego w Teatrze Nowym przez Iwonę Jerę. Rola w nim zaowocowała stypendium, dzięki któremu powstało w Nowym kolejne przedstawienie pod tytułem „Wszystkie misie lubią miód”. Przyszedł je zobaczyć najpierw Marcin Czarnik, a potem Jan Klata. Kiedy Janek wszedł do teatru w długim zimowym płaszczu, wyglądał jak Dementor z Harry’ego Pottera. Wziąłem trzy głębokie wdechy i wyszedłem na scenę.

A Dementor zaproponował ci wkrótce gościnne występy w Starym.
– W dodatku u Moniki Strzępki, której „Bitwę warszawską” czy „Nie-Boską komedię” widziałem kilkanaście razy. Na pierwszą próbę szedłem – jakby to delikatnie powiedzieć – posrany.

Strach szybko minął?
– Właśnie nie tak szybko, bo czułem między mną a Moniką lekki chłód, jakiś dystans. A jak się dowiedziałem, że gram geja to uznałem, że mnie Monika z Pawłem Demirskim po prostu nie lubią.

Gej za karę?
– Nie. Chodziło raczej o to, że Paweł pisał tekst pod każdego aktora, a mnie właściwie nie znał. Jakoś to wszystko się nie trzymało kupy. Do tego ta fenomenalna, zgrana ekipa Starego. Ale dobra, przyszły wakacje i poświęciłem je na budowanie roli. Kiedy wróciłem, pierwsze słowa Moniki brzmiały: „Ty się jakiś taki cieplejszy zrobiłeś”.

Zostałeś przez wakacje gejem?
– Gejem, którego w sobie lubię. Tuż przed premierą, jak pracowaliśmy na moim monologiem, a ja nie wiedziałem, czy idę w dobrym kierunku, Monika powiedziała: „Durman, kurwa, patrzę teraz na ciebie, jak na ikonę gejostwa!”. Wtedy się uspokoiłem.

Z tym gejostwem to ja mam w naszym teatrze problem, bo ono leci wyłącznie po prostym, stereotypowym patrzeniu na wielobarwny przecież gejowski świat. Kiedy aktor ma zagrać geja, sprowadza się do zwykle to mówienia wysokim głosem i intensywnego machania rękami.
– Ale wtedy to jest jak wydmuszka, bo nie chodzi tylko o to, jak zagrać, ale dlaczego tak. W jakiej sprawie wychodzę na scenę? Co chcę powiedzieć widzom? Starałem się przede wszystkim zrozumieć, poczuć, polubić bohatera którego gram, stąd wiele przeczytanych książek, obejrzanych filmów i oczywiście dużo muzyki. Nie jestem też w stanie policzyć moich wizyt w gejowskim klubie Cocon w Krakowie, które niekoniecznie podobały się mojej dziewczynie. Ale co zrobić, ja po prostu tak pracuję. Wskakiwałem w rurki, adidaski, kurteczkę z tęczowymi przypinkami i ruszyłem na parkiet.

Miałeś tam pewnie niezłe branie.
– Nie będę zaprzeczał, że nie było klepania po pupie.

Krystian Durman urodził się w 1991 roku w Kaliszu. W 2016 roku skończył wrocławską filię Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Krakowie. Jeszcze podczas studiów w 2014 roku zadebiutował rolą Lorenza w „Kupcu weneckim” Williama Szekspira w reżyserii Adama Nalepy w kaliskim Teatrze im. Wojciecha Bogusławskiego. Za potrójną rolę Księdza/Nosa/Ojca w dyplomowym „Weselu” Stanisława Wyspiańskiego w reżyserii Moniki Strzępki otrzymał w 2015 roku wyróżnienie na Festiwalu Szkół Teatralnych w Łodzi. Po zagraniu w dwóch spektaklach w Teatrze Nowym w Krakowie, dołączył w 2016 roku do zespołu Narodowego Starego Teatru w Krakowie, gdzie zadebiutował w „Triumfie woli” Pawła Demirskiego w reżyserii Moniki Strzępki. Obecnie jest w trakcie prób do „Wesela” w reżyserii Jana Klaty, gdzie gra Jaśka łączącego pokolenia.

CZYTAJ TAKŻE
Samuraj | portret Pawła Tomaszewskiego
Ciągle dojrzewam | rozmowa z Julianem Świeżewskim
Dziwna jesteś, ale chodź | rozmowa z Justyną Wasilewską
Pani nie ma warunków | rozmowa z Małgorzatą Gorol
Jestem błędem w systemie | rozmowa z Robertem Wasiewiczem
Genu nie wydłubiesz | rozmowa z Bartoszem Gelnerem
Niezdecydowany gość | rozmowa z Dawidem Ogrodnikiem

           Foto: Maciej Kulig, Marcin Wilczyński, Pola De, Teatr Nowy w Krakowie, Magda Hueckel

Zwykły wpis
ROZMOWA

Poszukiwanie wspólnoty

z21262118ihpawel-lysak-fot-magda-hueckel

Może w czasach mordobicia okaże się, że najbardziej radykalne i niebezpieczne jest nawoływanie w naszym kraju do miłości. Z Pawłem Łysakiem, dyrektorem Teatru Powszechnego w Warszawie, rozmawia Mike Urbaniak

Masz zamiar kanonizować Kuronia?
– Myślę, że on jest już kanonizowany.

Przez kogo?
– Chciałoby się powiedzieć, że przez Polaków, ale w tak podzielonym kraju, jaki mamy dzisiaj, trzeba powiedzieć, że przez część Polaków. Jest z pewnością bardzo duża grupa ludzi, która wyjątkowo ciepło wspomina Jacka Kuronia jako kogoś zupełnie wyjątkowego w polskim życiu publicznym. Kuroń generalnie zapamiętany został jako człowiek dobry, podczas gdy innych polityków zapamiętaliśmy w większości jako złych.

Pytam o kanonizację, bo tytuł sztuki, którą reżyserujesz, brzmi „Kuroń. Pasja według świętego Jacka”. Pasja kojarzy się z męką Chrystusa.
– Obu – i Kuronia, i Chrystusa – łączy postawa będąca fundamentem chrześcijaństwa: „Miłujcie waszych nieprzyjaciół”. To brzmi dzisiaj jak herezja, prawda? Tymczasem to kwintesencja Ewangelii i postawy Jacka Kuronia, ciekawsza jeszcze bardziej w świetle tego, że Kościół katolicki jej nie urzeczywistnia. Oczywiście otwartym pozostaje pytanie, na ile można tę zasadę miłości do nieprzyjaciół wcielić w życie, a na ile jest ona utopią. Historia zdaje się potwierdzać tę drugą ewentualność. Teraźniejszość także, bo z Kuroniowych idei wspólnoty, budowania, bycia razem, łączenia, szanowania innych zostało chyba niewiele. Mamy rzeczywistość tworzoną na podziałach narodowych, rasowych i religijnych, na tym, że jedni stoją tu, a drudzy tam, gdzie stało ZOMO.

Ja już, szczerze ci powiem, pogubiłem się, kto gdzie stoi. Kto jest zomowcem, kto komunistą, kto złodziejem, kto dżenderem. 
– Otóż to. I w dodatku coraz więcej ludzi mówi: ale po co my się mamy jednoczyć? Po co ze sobą rozmawiać, skoro nie ma o czym? Wroga się eliminuje, a nie z nim dyskutuje. Niech się inni otwierają, niech przyjmują, niech witają. To nic dobrego nam nie przyniesie. W tym klimacie znakomicie odnaleźli się politycy, który wcielają w życie starą rzymską zasadę: dziel i rządź. Jesteśmy już tak podzieleni, że chyba bardziej nie można. Dlatego ważne jest mówienie obecnie o spuściźnie Jacka Kuronia, o jego filozofii dialogu.

To jest jakaś nowa tendencja w polskim teatrze? Niedawno politykę miłości zastosowali Paweł Demirski z Moniką Strzępką w spektaklu „Triumf woli” w Starym Teatrze w Krakowie, teraz ty w „Kuroniu”.
– Teatr krytyczny próbuje być zawsze przeciw rzeczywistości, zawsze pod prąd i może dzisiaj, w czasach mordobicia, okaże się, że najbardziej radykalne i niebezpieczne jest nawoływanie w naszym kraju do miłości.

Sztukę na zamówienie kierowanego przez ciebie teatru napisała Małgorzata Sikorska-Miszczuk. Dlaczego w ogóle ją teraz zamówiłeś?
– Od dawna chciałem zrobić spektakl o Kuroniu. Myślałem o tym zaraz po jego śmierci. Zresztą nie tylko ja. Jacka Kuronia poznałem w 1988 roku, kiedy byłem w grupie mężów zaufania przygotowujących się do pierwszych wolnych wyborów. Przychodziliśmy do niego, dużo gadaliśmy. Można powiedzieć, że on mnie w jakiś sposób uformował. Uformował też, jako współtwórca reform ustrojowych, nową Polskę. I, żeby była jasność, popełnił przy tym wiele błędów, o których zresztą mówił potem otwarcie. Zdawał sobie z nich sprawę i ich żałował. Miał duże wyrzuty sumienia. W jednym z wywiadów pod koniec życia powiedział: „Przepraszam państwa, że to wszystko spieprzyłem”. Zastanawiam się teraz nad jego i innych odpowiedzialnością za to, co poszło nie tak, ale zastanawiam się także nad własną odpowiedzialnością, bo jestem dyrektorem już trzeciego teatru i można powiedzieć, że miałem trybunę do tego, by zmieniać rzeczywistość na lepsze. Czy należycie to wykorzystałem? Czy wpłynąłem na kształt Polski jako dyrektor publicznych teatrów i reżyser? Czy może też poniosłem klęskę i powinienem powiedzieć: „Przepraszam państwa, że to wszystko spieprzyłem”?

To jest kolejna rozmowa z cyklu „byliśmy głupi”?
– Może tak, może trzeba wyznać własne grzechy zaniechania. Kiedy myślę o ośmiu latach spędzonych w Teatrze Polskim w Bydgoszczy, który był silnie zorientowany społecznie, otwarty na ludzi, miał ambicję kształtowania otwartych głów, i patrzę na to, co dzisiaj się dzieje w naszym kraju, szczerze się zastanawiam, co poszło nie tak. W którym momencie przegapiliśmy to postępujące rozwarstwienie społeczne, które wykluczyło tak wielu ludzi i spowodowało falę nienawiści w stosunku do elity?

A może przesadzasz z tym posypywaniem głowy popiołem? Może po prostu teatr nie ma takiego wpływu na społeczeństwo, jaki ty byś chciał, żeby miał?
– Może żyję we własnym świecie, ale jednak uważam, że teatr kształtuje ludzi, kształtuje ich postawy. W Bydgoszczy i teraz, w Warszawie, przychodzi do nas mnóstwo młodych ludzi. Teatr ich jednak edukuje.

Jak myślisz, skąd się bierze ta nieustanna fascynacja Kuroniem, szczególnie wśród młodych ludzi o zwykle lewicowych poglądach?
– Z tego, że on był zorientowany na drugiego człowieka. Był mężem, ojcem, działaczem, politykiem, a przede wszystkim nauczycielem, wychowawcą i przewodnikiem. Kuroń to mistrz tworzenia ruchu społecznego, budowania i gromadzenia ludzi, który głęboko wierzył w rozmowę z drugim człowiekiem, nawet wrogiem. Wierzył, że można się dogadać naprawdę z każdym. Myślę, że ludzi do dzisiaj fascynuje właśnie jego otwartość i chęć porozumienia.

Co by zrobił w dzisiejszej Polsce?
– Może zasypałby wielki, dzielący nas rów.

A może nie?
– Kto wie. To też jest powód, żeby go przywołać, zadać te pytania i zastanowić się, co Jacek Kuroń by nam dzisiaj powiedział.

Pofantazjujmy.
– Powiedziałby, że nie ma innego sposobu na wspólną przyszłość niż porozumienie, że jak nie ma porozumienia, to jest wojna, że naprawdę lepiej się w jakiejś sprawie łączyć, niż dzielić, że więcej można zrobić razem niż osobno.

Wspomniałeś o tym, że Kuroń przepraszał, a było za co, bo to nie jest jednowymiarowa, anielska postać.
– W żadnym razie. Był tak skomplikowany, jak czasy, w których żył. Możesz na przykład znaleźć w internecie filmik, na którym jakiś pan opowiada, że Kuroń był koncesjonowanym opozycjonistą i to, że przesiedział dziewięć lat w więzieniu, nie ma większego znaczenia – na pewno mu tam nie było źle. Jacek Kuroń, zanim został antykomunistą, był komunistą. Z jednej strony zwalniał wrogich ideologicznie instruktorów z harcerstwa, a z drugiej starał się je reformować, spłaszczając bardzo hierarchiczną strukturę. Zresztą miał wielu wychowanków, którzy wyrośli na wspaniałych ludzi: polityków, dziennikarzy, artystów. Kiedyś internacjonalista, a potem żarliwy polski patriota. Sporo miał na sumieniu i otwarcie o tym mówił.

Także o tym, że nie był zawsze najbardziej kompetentną osobą.
– Kiedy został ministrem pracy i polityki socjalnej, właśnie o to zapytała go dziennikarka. Odpowiedział jej z właściwym sobie dystansem i poczuciem humoru, że „w każdym ministerstwie jest miejsce dla przynajmniej jednej niekompetentnej osoby”. „W tym ministerstwie jestem to ja” – dodał na końcu.

Taki to był czas. Wszystkie ręce na pokład.
– My o tym dzisiaj nie pamiętamy, ale Polska była wtedy, na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, o krok od katastrofy, kompletnej zapaści gospodarczej i bankructwa. Nagle się okazało, że już nie ma czasu na długie, nocne rozmowy opozycji o tym, jak się rządzi. Trzeba działać, a nie dyskutować. I to szybko. Kuroń, tak jak inni, brał odpowiedzialność za kraj i pracował, jak najlepiej potrafił. Tylko wydawało mu się, i to był błąd, że najpierw trzeba zbudować kapitalizm i jak on już będzie dobrze działał, budować do niego opozycję, ale na tę drugą budowę czasu już zabrakło. Starczyło tylko na niewielkie programy osłonowe dla ludzi tracących pracę.

Na działalności Kuronia traciła też rodzina.
– To prawda. I o tym też w spektaklu mówimy. Jego syn, Maciej, został parokrotnie pobity i miał wstrząs mózgu. Żona, Gaja, zmarła przedwcześnie. Ojciec dostał zawału. Kuroń nie miał wiele czasu dla rodziny, bo pochłaniała go Polska.

Druga ważna bohaterka sztuki, która za kochającym ją ponad wszystko Kuroniem zbytnio nie przepada.
– Ojczyzna ma u nas w przedstawieniu narcystyczne zaburzenie osobowości, manię wielkości przeplataną poczuciem niższości. To albo Polska „od morza do morza”, albo „bękart Europy”. Mierzymy się z nią nieustannie, zaniżając jej wartość – o co oskarża się lewicę – lub zawyżając – o co oskarża się prawicę. To nieustanne miotanie się od Mickiewicza do Gombrowicza. Słyszałem niedawno psychologa, który mówił, że narody cierpiące, czy też wyobrażające sobie, że cierpią, mają mało empatii. Widać to najlepiej w naszym stosunku do wojny w Syrii. Polacy, tak boleśnie doświadczeni przez drugą wojnę światową, kompletnie nie przejmują się losem Syryjczyków, a w stosunku do uchodźców są wręcz agresywni. Czy to nie zwykły narcyzm?

Tak sobie myślę po lekturze sztuki, że spektakl, nad którym pracujesz, jest naprawdę a propos tego, co się dzieje wokół nas. Boleśnie a propos.
– Niestety, takie czasy i trzeba się z nimi mierzyć. Życie Jacka Kuronia, jego poglądy i filozofia życiowa znakomicie się do tego nadają. Dużo można nimi opowiedzieć także o roku 2017. Kiedy po śmierci Gai, Kuroń postanowił uwierzyć w Boga, a przynajmniej spróbować, ksiądz Jan Zieja, jego mentor, powiedział mu: „Jacek, daj już spokój. Ty jesteś tak porządnym człowiekiem, że nie musisz być do tego wszystkiego jeszcze wierzący”.

Dzisiaj mądry ksiądz to rzadkość.
– Myślę, że w ogóle mądrość jest, szczególnie w polityce, w kryzysie. Kiedy patrzę na zdjęcie, na którym są Jacek Kuroń, Antoni Macierewicz i Adam Michnik, nie mogę uwierzyć, że to było możliwe, że oni mogli robić dobre rzeczy razem. Ale zamiast o przeszłości warto też porozmawiać o przyszłości. Kuroń był silnie na przyszłość nastawiony. Pod koniec życia, kiedy uznano, że już nic z siebie nie wykrzesze, zaczął spotykać się z Adrianem Zandbergiem, obecnym liderem Partii Razem, popierać alterglobalistów, napisał „Rzeczpospolitą dla moich wnuków” i uważał, że starzy w polityce powinni już wymrzeć, a władzę powinni przejąć młodzi. On całe życie szukał wizji. Czasem niektóre realizował, czasem porzucał i szukał dalej. Bo najważniejsze jest mieć wizję i podjąć trud, by ją zrealizować, tworzyć nową jakość.

„Nie palić komitetów, zakładać własne”?
– Właśnie na to jest teraz czas, jeśli chcemy skończyć z tą wyniszczającą wojną i budować wspólnotę.

Z dzisiejszej perspektywy, to moja smutna konstatacja, Jacek Kuroń poniósł w tej materii klęskę.
– Kompletną. Ale wracając do twojego pierwszego pytania o pasję -Jezus też poniósł kompletną klęskę. Czyż nie?

_____

Paweł Łysak urodził się w 1964 roku w Warszawie. Jest reżyserem teatralnym, dyrektorem stołecznego Teatru Powszechnego. Skończył Wydział Filozofii i Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego oraz Wydział Reżyserii Dramatu stołecznej Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej. Był wicedyrektorem Teatru Polskiego w Poznaniu (2000-2003) i dyrektorem Teatru Polskiego w Bydgoszczy (2006-2014), z którego zrobił jedną z najważniejszych krajowych scen. Jest członkiem Rady Instytucji Artystycznych Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz laureatem wielu nagród. Premiera spektaklu „Kuroń. Pasja według świętego Jacka” Małgorzaty Sikorskiej-Miszczuk w reżyserii Pawła Łysaka: wtorek, 24 stycznia, w Teatrze Powszechnym w Warszawie. 

Fot. Magda Hueckel

Zwykły wpis
ZAPOWIEDZI

To będzie dobry sezon!

b1d9b240094477.57724344e352c

Pierwszy sierpniowy mejl zaczynający się od słów „Dzień dobry Panie Redaktorze” oznacza, że moje wakacje nieuchronnie dobiegają końca. Życie „Pana Redaktora” reguluje bowiem teatralny kalendarz połączony z żywotem publicznych teatrów, a te są już gotowe na przyjęcie państwa na pokład. Co niebawem zobaczymy?

Pierwszy, bo zawsze był prymusem, startuje jeszcze latem Michał Zadara. 27 sierpnia w warszawskiej Zachęcie będzie premiera jego „Orestesa” Eurypidesa, nowej produkcji grupy Centrala. Zaraz po nim, też nie w teatrze, ale w Centrum Nauki „Kopernik” Anna Smolar wyreżyseruje koprodukowaną przez Festiwal Przemiany i Nowy Teatr „Henriettę Lacks” – rzecz o kobiecie, której komórki zmieniły oblicze medycyny XX wieku.

Tego samego dnia, 2 września, sezon zainauguruje Teatr Polski w Poznaniu – „Sceny myśliwskie z Dolnej Bawarii” Martina Sperra reżyseruje Grażyna Kania. Kolejne premiery Polskiego to listopadowe „Myśli nowoczesnego Polaka” Romana Dmowskiego w reżyserii Grzegorza Laszuka, grudniowe „Breivik i inni” Marty Górnickiej i „Great Poland” Krzysztofa Szekalskiego w reżyserii Aleksandry Jakubczak (polska odpowiedź na „Little Britain”) oraz „Malowany ptak” Jerzego Kosińskiego, za którego weźmie się Maja Kleczewska (luty). Nie można też w Poznaniu przegapić spektaklu Agaty Baumgart „O szczytach rozpaczy i uśmiechu stewardessy”, który 12 listopada zobaczymy w Teatrze Nowym.

We Wrocławiu natomiast waży się niepewny los Teatru Polskiego, naszej czołowej sceny, którą nieustannie próbują wykończyć politycy PO wraz ze swoimi akolitami z dolnośląskiego sejmiku. Dlatego na razie jedynym konkretem jest zaplanowany na 23 listopada „Proces” Franza Kafki w reżyserii Krystiana Lupy. Następna w kolejce jest Ewelina Marciniak, planująca wystawienie w styczniu „Głodu” Martína Caparrósa.

Inaczej sprawy się mają w Teatrze Powszechnym w Warszawie, który ma bez wątpienia najbardziej imponujące plany repertuarowe. Sezon zacznie 24 września od prapremiery „Wściekłości” – nowego tekstu Elfriede Jelinek w reżyserii Mai Kleczewskiej. 3 grudnia Paweł Łysak wystawi sztukę „Kuroń” autorstwa Małgorzaty Sikorskiej-Miszczuk, dwa tygodnie później (15 grudnia) zobaczymy „Wdowy z Vrindavan” Magdy Fertacz w reżyserii Łukasza Chotkowskiego (koprodukcję z Teatrem Kasba Arghya w Kalkucie i Instytutem Adama Mickiewicza), a 18 lutego Oliver Frljić pokaże „Klątwę” Stanisława Wyspiańskiego. (Ale nic mnie bardziej nie ciekawi, niż zaplanowani na maj „Chłopi” Władysława Reymonta w reżyserii Krzysztofa Garbaczewskiego).

Skoro wróciliśmy do stolicy, uprzejmie donoszę, że wspomniany już Michał Zadara zaprasza 28 listopada do Teatru Narodowego na „Matkę Courage i jej dzieci” Bertolta Brechta. W TR Warszawa zobaczymy najpierw „Elementy dzieła muzycznego” Wojtka Blecharza (15 października), potem „Piłkarzy” Krzysztofa Szekalskiego w reżyserii Gosi Wdowik (18 listopada, premiera: 1 września na Sopot Non Fiction) oraz inspirowany „Idiotami” Larsa von Triera spektakl Grzegorza Jarzyny (luty). W Nowym Teatrze natomiast najpierw (24 września) na afisz trafi „Jeden gest” Wojtka Ziemilskiego o językach migowych, a potem (w styczniu) „Sonata widm” Augusta Strinberga w reżyserii Marcusa Öhrna.

Wielkim znakiem zapytania jest zrujnowany wizerunkowo i przetrzebiony aktorsko stołeczny Teatr Studio, który zapowiada osiem premier, wśród nich „Ripley’a pod ziemią” Patricii Highsmith w reżyserii Radka Rychcika (14 września) i „Berlin Alexanderplatz” Alfreda Doblina w reżyserii Natalii Korczakowskiej (styczeń). Rychcik planuje także pod koniec lutego „Wyzwolnie” Stanisława Wyspiańskiego w Teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie.

Na jedną z najciekawszych scen wyrasta ostatnio Teatr im. Stefana Jaracza w Łodzi, który zacznie 15 października od „Czekając na Godota” Samuela Becketta w reżyserii Michała Borczucha, by zimą zaprosić nas jeszcze na „Filokteta” Heinera Muellera w inscenizacji Wojtka Klemma i „Czarownice z Salem” Arthura Millera, które zrobi Mariusz Grzegorzek.

Obowiązkowym przystankiem każdego teatromana jest naturalnie Teatr Dramatyczny w Wałbrzychu, gdzie w listopadzie zobaczymy „Moby Dicka” Hermana Melville’a w reżyserii Macieja Podstawnego, w styczniu „Strajk” Przemysława Wojcieszka, a w lutym „Middlesex” Jeffrey’a Eugenidesa w reżyserii Jędrzeja Piaskowskiego.

Do Teatru im. Stefana Żeromskiego w Kielcach udajemy się 1 października na „Kła” Yorgosa Lanthimosa w adaptacji Marcina Cecki i reżyserii Bartosza Żurowskiego, 10 grudnia na „Zachodnie wybrzeże” Bernarda-Marie Koltèsa w reżyserii Kuby Kowalskiego i 25 lutego na „Kielce to nie Dallas” – nową sztukę Tomasz Śpiewaka o pogromie kieleckim w inscenizacji Remigiusza Brzyka.

Teatr Wybrzeże w Gdańsku nawiedzamy 14 października, bo wtedy będzie premiera „Mapy i terytorium” Michela Houellebecqa w reżyserii Eweliny Marciniak, która 5 listopada zaprosi nas też na zaległą „Leni Riefenstahl. Epizody niepamięci” w Teatrze Śląskim w Katowicach.

Spektakl o silnej kobiecie zobaczymy również w Teatrze Polskim w Bydgoszczy, gdzie 29 października Wiktor Rubin wystawi sztukę o francuskiej rewolucjonistce Théroigne de Méricourt – autorką tekstu jest oczywiście Jolanta Janiczak. W grudniu ten sam duet zaprasza do Komuny Warszawa, ale zanim dojedziemy do końca roku roku, mamy po drodze jeszcze dwie odsłony Mikroteatru: Romuald Krężel/Marcin Liber/Iga Gańczarczyk (8 października) i Grzegorz Jarzyna/Wojtek Ziemilski/Anna Karasińska (12 listopada) oraz „Raykjavik 1974” Marty Sokołowskiej w reżyserii Katarzyny Kalwat w Teatrze im. Wilama Horzycy w Toruniu (listopad) i „Najgorszego człowieka na świecie” Małgorzaty Halber w reżyserii Anny Smolar w Teatrze im. Wojciecha Bogusławskiego w Kaliszu (grudzień).

I last but not least, Stary Teatr w Krakowie, który zaczyna 8 października z grubej rury „Wojną i pokojem” Lwa Tołstoja w reżyserii Konstantina Bogomołowa, by 19 listopada zaprosić nas na „Kosmos” Witolda Gombrowicza, którego wystawi Krzysztof Garbaczewski, a 31 grudnia na „Triumf woli” Pawła Demirskiego w reżyserii Moniki Strzępki.

No dobra, pakuję walizkę i wracam do kraju.

___

Fot. Magda Hueckel, „Sceny myśliwskie z Dolnej Bawarii”, Teatr Polski w Poznaniu

Zwykły wpis