DRAMATURDZY/DRAMATURŻKI, DYREKTORZY/DYREKTORKI, REŻYSERZY/REŻYSERKI

Remix Starego

20121230-203230

Nie będziemy robić teatru o tym, że kiedyś to było wspaniale, wielcy reżyserzy, piękni aktorzy i do tego śliczne recenzje pisano, a wszyscy się kochali. Z Janem Klatą i Sebastianem Majewskim rozmawia Mike Urbaniak.

Kiedy się poznaliście?
Jan Klata (K): – Dziesięć lat temu, we Wrocławiu, podczas prac nad moją pierwszą produkcją „Uśmiech grejpruta”, na którą musiałem wyłożyć całą moją kasę, czyli 500 zł, pożyczonych zresztą. Przygotowywałem to w Teatrze Polskim, aktorzy zgodzili się zagrać za darmo i trzeba było jeszcze tylko zrobić scenografię. Pomyślałem, że wykorzystam to, co w Polsce najtańsze – ludzi, czyli bio-obiekty. Moja żona Justyna Łagowska przyjaźniła się z Sebastianem i poleciła mi go, bo wiedziała, że on zna ludzi potencjalnie chętnych do wzięcia udziału w takim przedsięwzięciu teatralnym, prowadził zajęcia z młodymi.
Sebastian Majewski (M): – To byli słuchacze Studium Kształcenia Animatorów Kultury, wśród nich Łukasz Rostkowski (dzisiejszy L.U.C.), Małgosia Łakomska i Angelika Cegielska (dzisiaj aktorki Teatru Dramatycznego w Wałbrzychu) czy Mikołaj Roznerski, kiedyś związany z Teatrem im. Juliusza Osterwy, dzisiaj rozchwytywany przez seriale.

Krótko mówiąc – grupa pod wezwaniem.
K: – I to na spotkanie z nią przyprowadził mnie Sebastian, a ja starałem się wszystkich przekonać, żeby wzięli udział w moim spektaklu. Zgodzili się gremialnie i w efekcie dostawali chyba za wyjście na scenę 5 zł minus podatek. Byli świetnymi bioobiektami.
M: Potem moja przyjaciółka Asia Howańska poleciła Jankowi Maćka Prusaka, utalentowanego mima i tancerza, który do dzisiaj zajmuje się u niego ruchem scenicznym.
K: – Chwilę później komando Klaty powiększyło się o Mirka Kaczmarka, który pierwsze kostiumy zrobił do mojego „Rewizora” w Wałbrzychu. Polecił mi go z kolei Piotr Kruszczyński, który dzisiaj kieruje Teatrem Nowym w Poznaniu.
M: – I wszyscy czuliśmy, pracując z Jankiem, że robimy coś fajnego. Potem się okazało, że „Uśmiech grejpruta” został bardzo dobrze przyjęty przez publiczność i dodany do repertuaru teatru. Bardzo to wszyscy przeżywaliśmy, szczególnie bioobiekty.

Różne teatralne duety mają swoje patenty na współpracą. Jaki jest wasz?
M: – Świetnie się razem z Jankiem bawimy, to na pewno.
K: – Jest to być może powód niewystarczający, ale konieczny. Wzrusza nas Budka Suflera. „Wizje chodźcie do mnie/ Blisko najbliżej/Zostańcie w mojej głowie/ Najdziksze sny/Oto jest nasza scena/Reflektorniże]/Korowód naszych marzeń/Wiruje ci”. Jaka piękna wizja! Zapraszamy do niej wszystkich.
M: – Zacząłem, jako dramaturg, pracować z Jankiem przy „Transferze!”. Kiedy mnie o to poprosił, było mi miło i jednocześnie byłem bardzo zestresowany, bo nigdy wcześniej tego nie robiłem. Ale jakoś poszło. Każda nasza kolejna realizacja była świetną przygodą, bo zabieramy się za rzeczy, które są szalone. W ogóle pracujemy na granicy szaleństwa, nic nie jest pewne. I ta zabawa, o której mówię, wydaje mi się o tyle ważna, że daje nam dystans do materiału, nad którym pracujemy, i do siebie. Kiedy szukam jakichś tekstów, kontekstów. Janek często puszcza mi dużo muzyki, która kojarzy mu się z tekstem, i ona za każdym razem coś we mnie otwiera.
K: – Dla mnie praca z Sebastianem ma wymiar artystycznego spełnienia i przyjaźni, a mam kłopoty z wchodzeniem w przyjacielskie relacje. Sebastianowi ufam – można powiedzieć – bezgranicznie. Poza wielkim talentem i pracowitością posiada wiele rzeczy, których ja nie mam: choćby urok osobisty czy żelazko, które – jako mężczyzna niebywale elegancki – wozi ze sobą wszędzie. Umie też coś powiedzieć człowiekowi i go nie obrazić, a to jest – jak wiesz – dość ważne. Jest też cudownym mediatorem, ostatnią instancją, do której się udają członkowie naszej bandy, kiedy dochodzi do konfliktu. I może to nie zabrzmi szczególnie oryginalnie, ale my się po prostu znakomicie uzupełniamy.

A daliście sobie kiedyś po mordzie?
K: – Sebastianowi po mordzie?
M: – Nie było mordobicia, bo mamy dokładnie ustawione nasze relacje reżyser – dramaturg. Moim zadaniem jest podążanie za myślą reżysera i nawet jeśli czuję, że coś jest nie najlepsze, to się nie oburzam, nie forsuję pomysłu, tylko szukam sposobu na modyfikację, na inne ubranie w słowa.
K: – Nie trzeba wchodzić w konflikt po to, żeby wyzwolić w sobie energię potrzebną do aktu twórczego, przynajmniej ja takiej potrzeby nie mam. Nie wyznaję też zasady, że ważniejsza jest dobra atmosfera podczas pracy niż efekt. Nie praktykuję spijania z dzióbków. Z Sebastianem nie obrzucamy się elementami rodowych zastaw Rosenthala, żeby w ramach pojednania osiągnąć nirwanę.

Skąd pomysł na wystartowanie w konkursie na stanowisko dyrektora Narodowego Starego Teatru w Krakowie?
K: – Od kilku lat chodziły plotki, że dyrektor Mikołaj Grabowski ma pomysł, żebym przejął po nim schedę. Potem minister kultury urządził konkurs i z Sebastianem złożyliśmy w nim naszą ofertę. Ale wiesz, to nie było tak, że Klata nie chce sam, bo nie ma know-how i musi prosić o pomoc Majewskiego, który z wielkimi sukcesami kierował teatrem w Wałbrzychu. Pracowaliśmy razem i razem opisaliśmy nasz pomysł na Stary Teatr.

Decyzja o zawalczeniu o Stary była oczywista?
K: – Początkowo o tyle nieoczywista, że musiałem sam sobie powiedzieć „tak”, ale na etapie rozpisania konkursu już byłem pewien.

A ty, Sebastian?
M: – Kiedy zaproponowałeś mi wspólny start w konkursie, dla mnie decyzja była oczywista. Uznałem, ze skoro nadarza się taka okazja, to powinniśmy ją wykorzystać. Kierowanie Starym Teatrem daje możliwość mówienia z pozycji instytucji narodowej. To jednak głos z placu Szczepańskiego w Krakowie, a nie z placu Teatralnego w Wałbrzychu.
K: – W zachodnim modelu życia teatralnego to absolutny standard, że ktoś, kto zrobił ciekawy teatr w Bochum, dostaje później Berlin albo Wiedeń. W Polsce to jest nie do pomyślenia, więc tym bardziej się cieszę z naszego precedensu. Takiego szczęścia nie ma na przykład Paweł Łysak, który po zrobieniu z Teatru Polskiego w Bydgoszczy jednej z najlepszych krajowych scen nie dostaje szansy na pracę w Warszawie.

W 2005 r. w wywiadzie dla „Przekroju”, zapytany przez Łukasza Drewniaka, czy będziesz kiedyś dyrektorem, odpowiedziałeś: „A po co? Pracuję w dobrych teatrach prowadzonych przez świetnych dyrektorów. Ale w Warszawie dyrektor to funkcja dożywotnia. Na całym świecie ludzie prowadzący sceny są rozliczani ze swojej pracy. Muszą pomyśleć, do jakiej publiczności kierują spektakle, co chcą swoim repertuarem powiedzieć. A nasi nie wychodzą poza idee zatrudniania kolejnej gwiazdy z monodramem, wabienie kasą wielkich reżyserów z nadzieją, że to pomoże wyjechać na światowe festiwale i osłonić brak jakiejkolwiek strategicznej wizji”.
K: – Myślę, że moje słowa są dzisiaj jeszcze bardziej aktualne niż siedem lat temu. Z wyjątkiem pierwszych trzech wyrazów.

Bo w końcu jednak tym dyrektorem zostałeś.
K: – Ale nie w Warszawie. I powiedzmy sobie od razu, że się o to nie starałem. W stolicy zmiany są tylko na gorsze. Jeden z dyrektorów rządzi od 1969 r., drugi od 1983 r. i tak dalej. Kiedy to opowiadam moim przyjaciołom z zagranicy, oni mówią, że to się nadaje do Księgi rekordów Guinnessa. Ale skończmy to, bo naprawdę nie chce mi się już wypowiadać na temat życia teatralnego stolicy i stosunku warszawskich włodarzy do kultury.
M: – My, pamiętam, bardzo się cieszyliśmy, że na Warszawskich Spotkaniach Teatralnych będzie Wałbrzych Fest, ale potraktowano nas jak prowincjuszy, takie małpy, które przyjechały do Warszawy. No, pokażcie nam teraz, co potraficie!
K: – Co tu dużo mówić, stołeczna publiczność zasługuje na lepsze teatry,

Kiedy gruchnęła wieść, że minister Bogdan Zdrojewski oddaje wam we władanie Stary Teatr, w prasie pojawiło się sporo tekstów, że irokez w teatrze, że belzebuby w świątyni, że dzicy atakują.
K: – Tak, pojawili się niespodzianie. Jeden z pałą, drugi z dzidą i podpalą teatr!
M: – Ale to nas nie zaskoczyło. Przyjęliśmy zasadę, że nie będziemy rozmawiać z prasą do czasu, aż poinformujemy zespół o naszych planach, bo nie chcieliśmy, żeby dowiedział się o nich z gazet. Nie potrzebowaliśmy problemów w garderobach. To pisanie o nas opierało się na najprostszych skojarzeniach tego, co dotychczas obaj robiliśmy. Nie były to z pewnością analizy naszych programów. Ale ten wysyp tekstów pokazał, że to ważna zmiana, że to konkretny gest.
K: – Jako ten irokez chcę tylko dodać, że to zmiana wyrazista, ale jednocześnie płynna. Nie mamy tu przypadku osoby, która nigdy nie była w Starym i teraz robi zamach na narodową instytucję kultury wbrew wszystkim. My z Sebastianem pracujemy tu od sześciu sezonów, znamy ten budynek, znamy ludzi. Nie przejmujemy władzy przy pomocy agencji ochroniarskiej, nie włamujemy się do gabinetu, nie wysyłamy SMS-ów z pogróżkami.

Ale nie obyło się bez afery medialnej, którą rozpętał Krystian Lupa, zapowiadając odejście ze Starego Teatru i udzielając serii wywiadów, w których nieustannie cię łomotał.
K: – Najdłuższej serii wywiadów w dziejach nowożytnego teatru. Czuję się nieprzytomnie wyłomotany, jednakowoż bez sensu.

Mówił w nich, że jesteś egocentryczny, despotyczny, nieznoszący sprzeciwu i w ogóle nie nadajesz się do tego, żeby kierować Starym.
M: – Każdy ma prawo do wypowiedzi. Komentowanie tego uważam za niefortunne. Poza tym nie wyobrażam sobie dyrektora teatru, który nie jest despotyczny, taka jest też rola reżysera i o tym akurat Krystian Lupa wie doskonale.
K: – Cóż mogę dodać? Jestem pod ogromnym wrażeniem wnikliwego portretu psychologicznego mojej osoby, który zarysował Krystian Lupa na podstawie naszej kilkumiesięcznej znajomości z roku bodajże 1996, bo od tego czasu właściwie się nie spotykaliśmy.

Zabolały cię te słowa?
K: – Dość długo funkcjonuję w tzw. obiegu środowiskowym, więc niewiele wyssanych z palca twierdzeń jest mnie w stanie zaboleć. Ale oczywiście tak po ludzku zrobiło mi się przykro. Zaskoczyły mnie straszne emocje w wypowiedziach Lupy, bo przecież nie dałem mu do nich żadnego powodu.

Planujecie się spotkać?
K: – Tak, ale oficjalnie, jak dyrektor z reżyserem.

Wasz program na najbliższych pięć sezonów ma się opierać na pięciu wielkich teatralnych nazwiskach: Swinarski, Jarocki, Wajda, Lupa i Kantor. Powiedzcie coś więcej.
M: – Ci twórcy są dla nas niezwykle ciekawi nie tyle nawet przez same spektakle, które zrobili, ile energię, która spowodowała, że one powstały. Interesują nas także te rzeczy, które mieli robić, ale to się im nie udało. Podczas naszych rozmów o Konradzie Swinarskim zrozumieliśmy, że jego najbardziej radykalnym spektaklem była „Nie-Boska komedia”, która zeszła z afisza po kilkudziesięciu przedstawieniach i nie cieszyła się w Krakowie estymą. Czyli Swinarski jako artysta rewolucyjny, który dzisiaj często jest stawiany za wzór jakiegoś klasycznego teatru, będącego miotłą na brewerie Moniki Strzępki, Radka Rychcika, Marcina Libera czy Jana Klaty. A my sobie pomyśleliśmy, że może gdyby Konrad Swinarski żył, to byłby „po naszej stronie”. To wszystko nas bardzo interesuje i tak chcemy budować repertuar.
K: – Zawsze jest dobrze trafić w jądro, a jądrem Starego Teatru jest przeszłość. Ludzie z Krakowa mogą udawać, że tak naprawdę są mentalnymi nowojorczykami, ale to nieprawda. Z przeszłości można czerpać bardzo twórczo i dlatego ci wielcy reżyserzy są obiektami naszego zainteresowania. Warto przyjrzeć się wnikliwiej tym postaciom, zastanowić się nad rolą reżysera despoty, popatrzeć, jakie ich sztuka odciska piętno, czy ich strategie i środki działają nadal. W kulturze jest przecież coś takiego jak coverversion, jak remix, jak mashup, jak odkrywanie na nowo przeszłości. I my to chcemy robić w Starym Teatrze, zremiksujmy tych królów Polski! Ci, którzy mówią, że nasz program to jakieś muzealnictwo, nie mają o nim pojęcia. Przecież nie będziemy uprawiać żadnych naftalinowych afirmacji. Nie będziemy robić teatru o tym, że kiedyś to było wspaniale, wielcy reżyserzy, piękni aktorzy i do tego śliczne recenzje pisano, a wszyscy się kochali. I nie mamy też zamiaru jak nastolatki odkrywać, że rodzice mi czasem skłamią, życie jest złe, a może tak naprawdę jestem adoptowany.

Remiksować klasyków zaczniecie jesienią 2013 r. Co planujecie na teraz?
K: – Przejmujemy teatr w połowie trwającego sezonu i to przejęcie jest gładkie oraz pokojowe. Mikołaj Grabowski pozwolił nam planować spektakle od stycznia do czerwca, choć nie musiał. Jesteśmy mu za to bardzo wdzięczni. Postanowiliśmy wykorzystać ten czas do wprowadzenia do teatru reżyserów, którzy wcześniej nie mieli okazji pracować w Starym, a są cenieni i wnoszą nową jakość do polskiego życia teatralnego. Zacznie w marcu Krzysztof Garbaczewski – wyreżyseruje „Poczet królów polskich”, który współtworzy znakomity pisarz science fiction Jacek Dukaj.
M: – Potem na dużej scenie zadebiutują Monika Strzępka z Pawłem Demirskim w spektaklu o narodzie. Paweł Passini zajmie się w maju znaną krakowianką – Wandą, co nie chciała Niemca, a bohaterem ostatniej premiery w tym sezonie będzie Steve Jobs. Wyreżyseruje ją Marcin Liber. I do tego dwa projekty wyreżyserowane przez studentów reżyserii PWST na podstawie jednej powieści – „Dumanowskiego” Wita Szostaka.

Imponująca ta połówka sezonu.
M: – Bardzo biograficzna.
K: – W pełnym sezonie chcemy dawać 10 premier.

Starczy na nie tych 14 min zł, które ma rocznie teatr?
K: – Z tych 14 mln, które brzmią wspaniale, 90 proc. pochłaniają koszty stałe. Twórczo wydać możemy pozostałe 10 proc. Ustawowe zamrożenie funduszu płac powoduje, że wkrótce państwo polskie będzie miało instytucje kultury, w których nic się nie będzie działo.

Będą jakieś zmiany w zespole aktorskim?
K: – Oczywiście, ale najpierw przyglądamy się tym artystom, którzy już u nas są. Nowe twarze, dusze i talenty przybędą na etat od nowego sezonu.

Dla kogo ma być wasz Stary Teatr?
M: – Chcemy konsekwentnie budować jego widownię, bo teraz jest dla wszystkich, czyli dla nikogo. Teatr musi być platformą ważnych debat o naszej rzeczywistości i chcemy do niego zaprosić tych, którzy będą chcieli dyskutować.
K: – I nie tylko w Krakowie, bo teatr powinien dużo jeździć: od Nowego Sącza do Nowego Jorku. I nie będziemy przygotowywać żadnego lżejszego repertuaru dla tzw. prowincji, co to pewnie nic nie rozumie – w odróżnieniu od nas, ludzi z miasta królów i słynnego uniwersytetu. I nie będziemy przygotowywać żadnych bezsmakowych euro produktów skrojonych pod międzynarodowe festiwale. Mamy grać, grać, grać! SJN! Spektakl Jest Najważniejszy! Ale nie można go zostawić samemu sobie, trzeba spektakle obudowywać programami, które pozwolą je zrozumieć większej liczbie widzów. Nie można wykluczać tych, którzy się nie załapali na nasz fanpage. Nie lajkujesz? This is the end, mogiła, Temida Stankiewicz-Podhorecka i lud smoleński. To jest wygodne dla niektórych twórców, ale zabójcze dla publicznego teatru.

Sebastian, chciałeś coś dodać?
M: Nie mam już nic do dodania. Sam teraz widzisz, jak wygląda nasza współpraca. Janek powiedział wszystko.

_____

Jan Klata urodził się w 1973 r. w Warszawie. W wieku 12 lat napisał pierwszą sztukę „Słoń zielony”, która została opublikowana w miesięczniku „Dialog” i wystawiona przez Teatr im. St.I. Witkiewicza w Zakopanem. Studiował na Wydziale Reżyserii Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Warszawie, a następnie na Wydziale Reżyserii Dramatu PWST w Krakowie. Był m.in. copywriterem, dziennikarzem muzycznym, reżyserem talk-show, felietonistę, niedoszłym grabarzem. Zadebiutował jako reżyser w 2003 r. „Rewizorem” Mikołaja Gogola w Teatrze Dramatycznym im. Jerzego Szaniawskiego w Wałbrzychu. Od tego czasu zrobił 30 spektakli na deskach teatrów we Wrocławiu, w Gdańsku, Bydgoszczy, Krakowie i Warszawie oraz Grazu, Dusseldorfie, Bochum i Berlinie. W 2005 r., w ramach Warszawskich Spotkań Teatralnych, odbył się „Klata Fest” – przegląd spektakli Jana Klaty. Jest laureatem wielu nagród, m.in. Paszportu „Polityki” i Nagrody im. Konrada Swinarskiego.

Sebastian Majewski urodził się w 1971 r. we Wrocławiu. Jest reżyserem, dramaturgiem, aktorem i scenografem. Ukończył Wydział Sztuki Lalkarskiej w Białymstoku (filii Akademii Teatralnej w Warszawie). Przez kilka lat związany był z Teatrem Wierszalin w Supraślu, gdzie zadebiutował w 1997 r. jako reżyser sztuką „Prawiek i inne czasy” Olgi Tokarczuk. Jest założycielem wrocławskiej niezależnej Sceny Witkacego. W 2006 r. zadebiutował w roli dramaturga spektaklu „Transfer!” Jana Klaty, z którym do dzisiaj tworzy artystyczny tandem. W latach 2008-2012 był dyrektorem artystycznym Teatru Dramatycznego im. Jerzego Szaniawskiego w Wałbrzychu, umacniając jego pozycję jako jednej z najlepszych polskich scen.

_____

Rozmowa ukazała się w „Przekroju” 31.12.2012 r.

_____

© Mike Urbaniak | Fot. Adam Golec

Reklamy
Zwykły wpis
DYREKTORZY/DYREKTORKI

Suma wszystkich przypadków

255489_10151025481496295_849729928_n

Dopóki byłem szefem działu kultury „Gazety Wyborczej”, byłem może nie papieżem, ale co najmniej sekretarzem stanu. Kiedy zostałem dyrektorem Teatru Wybrzeże, zobaczono we mnie konkurenta. Wszyscy czekali, żebym się wyłożył. Wtedy zrozumiałem, że muszę stworzyć własną armię. Z Maciejem Nowakiem rozmawia Mike Urbaniak.

Trudno cię objąć.
– 160 kilo.

Miałem na myśli twoją drogę zawodową. Zacząłeś bardzo wcześnie.
– Nie da się ukryć, że wykorzystałem znajomości mojego taty. Nie wiem, skąd się to wzięło, ale zawsze interesowałem się teatrem. Byłem postrachem wizyt u cioć, bo organizowałem natychmiast jakieś teatrzyki. Bardzo chciałem iść na wiedzę o teatrze, ale ze względów politycznych – maturę zrobiłem w 1983 roku – zawieszono nabór. Poszedłem więc na historię sztuki, ale pisać chciałem ciągle tylko o teatrze. Ojciec znał naczelnego „Sztandaru Młodych”, który skierował mnie do działu kultury, gdzie zostałem redakcyjnym kolegą obecnej recenzentki teatralnej „Naszego Dziennika”.

Temidy Stankiewicz-Podhoreckiej?
 Tej samej. Nasza znajomość trwa już trzydzieści lat. Temida była moją mistrzynią. Po pół roku pisania do „Sztandaru”, postanowiłem pójść z moimi tekstami do „Teatru”. Zostawiłem je w sekretariacie. Dwa tygodnie później dostałem telegram, że mam się stawić przed obliczem wicenaczelnego Andrzeja Wanata.

Wcześniej jednak na twojej życiowej drodze stanął człowiek legenda profesor Zbigniew Raszewski.
– Był to oczywiście, jak to w moim życiu często bywa, kompletny przypadek. Studiowałem tę historię sztuki, ale na zajęciach, pod ławką, czytałem cały czas o teatrze. Któregoś razu moja koleżanka zauważyła, że kontempluję „Wybór dramatów staropolskich” Juliana Lewańskiego i podczas swojej bytności u profesora Raszewskiego (przyjaźniła się z jego córką) powiedziała: „A mój kolega to czyta ciągle jakieś dramaty staropolskie”. Profesor odpowiedział krótko: „Wezwać mi go”. Był dla mnie postacią mityczną, pomnikową. Do tego stopnia, że myślałem, że nie żyje. A tu nagle mnie wzywa i daje jakieś naukowe zadania. Chwilę później moi rodzice wyjechali na placówkę do Leningradu, więc profesor zlecił mi szperanie w tamtejszych archiwach. To był początek znajomości, która miała fundamentalny wpływ na moje życie.

Po kilku latach pisanie do „Teatru” przestało ci wystarczać. Podjąłeś decyzję o założeniu własnego magazynu. Co na to Zbigniew Raszewski?
 Najpierw pokazałem projekt „Gońca Teatralnego” Kazimierzowi Dejmkowi, ówczesnemu szefowi ZASP-u. Powiedział, żebym poszedł z tym do Ministerstwa Kultury. Był marzec 1990 roku. Iza Cywińska, ówczesna minister, dała mi na to jakieś niewielkie pieniądze. Z pierwszym numerem poleciałem natychmiast do profesora, który powiedział: „Teraz wchodzi pan na serio w życie publiczne. Niech pan pamięta, że spotka pana mnóstwo przykrości, ale równolegle doświadczy pan wielu bezinteresownych, wspaniałych przyjaźni”. Potem pognałem do Teatru Polskiego i w kulisach zastałem Dejmka. Spojrzał na „Gońca” i orzekł: „No, to jest profeska”. W ten sposób zostałem namaszczony przez dwóch wielkich ludzi teatru.

Łukasz Drewniak pisał, że byłeś ich pupilkiem.
 Jeśli się znało Kazimierza Dejmka, to trudno myśleć, że ktokolwiek był jego pupilkiem. Dejmek był raczej szorstkim i surowym, ale sprawiedliwym typem człowieka. Co do profesora, to wiem, że mnie cenił. Czułem jego przyjaźń i troskę, ale pupilkiem być nie mogłem, choćby z powodu wybrania innej drogi, niż zaplanował mi profesor.

Jakiej drogi?
– Naukowej. On myślał, że będę historykiem teatru. A ja ostatecznie nie obroniłem pracy magisterskiej, bo porwało mnie życie. Twoje pokolenie, które nie doświadczyło przełomu ’89 roku, tego nie zrozumie. Wtedy wszystko stawało otworem, wszystko było możliwe. Przed ’89 nie byłem w żadnym ministerstwie. Z respektem mijałem Dom Partii. Sfera władzy była dla mnie absolutnie abstrakcyjna.

Przecież twój ojciec był dyrektorem departamentu w Ministerstwie Szkolnictwa Wyższego, potem konsulem w Leningradzie.
 No tak, ale to właśnie tatusiowie takie rzeczy załatwiali. To nie było moje. Aż raptem, jesienią 1989 roku, dostaję telefon z Ministerstwa Kultury. „Proszę się zgłosić do minister Cywińskiej” – słyszę w słuchawce. Do dziś pamiętam, jak czekałem spięty, a sekretarka próbowała zabawiać mnie rozmową. Patrzyłem na nią jak na jakieś dziwo – że jest sympatyczna, mówi po polsku, nie jest kosmitką. W wolnej Polsce drzwi dotąd zamknięte stanęły otworem. Można się było tym wszystkim zachłysnąć. Nie było już czasu na magisterkę.

Profesor był rozczarowany?
 Bardzo, ale zmarł w 1992 roku i myślę, że umierał jeszcze z nadzieją, że jednak te studia skończę.

W tym samym roku zawiesiłeś wydawanie „Gońca Teatralnego”.
 Bardzo to przeżyłem, traktowałem jak wielką osobistą klęskę. Nie umiałem tego przepracować i uciekłem z Warszawy.

Dlaczego do Gdańska?
 Kolejny przypadek. Byłem przez chwilę sekretarzem prasowym minister Cywińskiej i jeździłem na narady dyrektorów wydziałów kultury urzędów wojewódzkich. Tam poznałem bardzo fajną osobę, czyli Wojtka Bonisławskiego, ówczesnego dyrektora Wydziału Kultury Urzędu Wojewódzkiego w Gdańsku. Po jakimś czasie pojechałem do Gdańska i w Teatrze Miniatura spotkałem Wojtka. Opowiadam mu o „Gońcu”, że problemy, że nie ma pieniędzy. A on na to: „Ja mam pieniądze. Jeśli zostaniesz dyrektorem Centrum Edukacji Teatralnej, to możesz pismo wydawać przez Centrum”. Pamiętam moją pierwszą myśl: ja, warszawska gwiazda na prowincję? Wracając do Warszawy cały czas o tym myślałem. Kiedy dojechałem do domu, zadzwoniłem do Wojtka: „To ja to biorę”.

Jak zareagowała Warszawa?
 Znajomi nie mogli uwierzyć. Jedna osoba mi powiedziała: „Ależ co pan robi? Z Warszawy się nie wyjeżdża!”. Jazda pod prąd zawsze mnie kręci. Gdańskiem się zachłysnąłem.

Bo?
 Mniejsze miasto. Fajny krąg towarzyski. Kwitnące życie knajpiane. Morze. To był okres świetności arcybiskupa Gocłowskiego. Prałat Jankowski jeszcze wtedy tak ostro nie jechał. Lech Wałęsa. To wszystko było niesamowite i inspirujące.

Dyrektorem Nadbałtyckiego Centrum Kultury też zostałeś przez przypadek?
 Oczywiście. Był w Gdańsku zjazd ministrów kultury państw bałtyckich i mnie tam – jako dyrektora Centrum Edukacji Teatralnej – zaproszono. Zacząłem, jak to ja, integrować towarzystwo wiśnióweczką. Po jakimś czasie mówiłem już we wszystkich językach. Zobaczył mnie w akcji ówczesny wojewoda gdański i powiedział do Wojtka Bonisławskiewgo: „Niech Nowak zostanie dyrektorem NCK-u, bo bardzo dobrze mu idzie”. Na drugi dzień Wojtek przyszedł do mnie i przekazał mi propozycję wojewody. Przyjąłem ją natychmiast.

I tak zaczęły się złote lata centrum.
 Wydaje mi się, że kluczowe dla powodzenia tego projektu było to, że przyszła tam osoba z zewnątrz. Nie byłem z Pomorza, nie byłem Kaszubem – dostrzegłem atrakcyjność tej kultury. To, co mnie bardzo ciekawiło, dla nich było oczywiste. Co oni znali, mnie fascynowało. Zaczęliśmy eksponować lokalne walory, integrować kraje bałtyckie. Fajnie to zaczęło działać. Dostrzegli to nasi sąsiedzi.

Wcześnie zostałeś dyrektorem, przed trzydziestką. Czułeś się kompetentny?
– Działałem intuicyjnie. Jeśli coś wydawało mi się bez sensu na zdrowy rozsądek, to likwidowałem natychmiast. Zbędne etaty? Do widzenia. Dziś byłbym bardziej czuły na sprawy zatrudnienia. Wtedy, odurzony porządkiem neoliberalnym, byłem okrutny. Ale NCK stało się nowoczesną, sprawnie działającą instytucją.

Skąd się w tym czasie wzięła „Gazeta Wyborcza”?
– Jak to skąd? Z przypadku. Tata – znowu ten tata! – przysłał mi wycinek z jakiejś gazety, że „duży ogólnopolski dziennik poszukuje redaktora do działu kultury”. Wysłałem swoje CV, nie wiedząc (choć podejrzewając), że chodzi o „Wyborczą”. Po dwóch tygodniach zadzwonił do mnie Romek Pawłowski i powiedział: „Chyba będziesz moim szefem”. I tak, jesienią 1997 r., zacząłem pracę w „Gazecie”, w dziale kultury. Szefem działu zostałem dwa miesiące później.

Zrezygnowałeś z NCK?
– 
Złożyłem rezygnację, ale ponieważ nie mogli znaleźć następcy, to na nielegalu – bo w Agorze trzeba mieć zgodę na drugi etat –  kierowałem nim dalej.

I pracowałeś jednocześnie w Gdańsku i Warszawie?
– 
Dziś byłoby to niemożliwe, bo pociąg jedzie siedem godzin. Kiedyś nieco ponad trzy. Miałem roczny bilet i jeździłem właściwie non stop. Tak mi się to zaczęło mieszać, że nie wiedziałem często, gdzie jestem. Wszystko miałem podwójne: kosmetyki, ubrania, dwa mieszkania. Kiedy się rano budziłem, to musiałem chwilę się zastanowić, żeby wydedukować, w którym mieście jestem. Prawdziwe szaleństwo! Było to wszystko powodem nieustających stresów, szczególnie kiedy dzwoniła Helena Łuczywo: „Maćku, gdzie jesteś?” A ja w Gdańsku! „Niedaleko. Zaraz będę” – mówiłem i pędziłem na pociąg do Warszawy. Tak to wyglądało przez dwa lata.

Fama Nowaka machera poszła w miasto i przyszli do ciebie aktorzy Teatru Wybrzeże z propozycją, byś został ich kandydatem na stanowisko dyrektora.
Ja już wcześniej myślałem o teatrze, ale wtedy taka instytucja jak NCK wydawała mi się ciekawsza, bo w światku teatralnym nie działo się wtedy nic specjalnie interesującego. Do czasu, kiedy pierwsze sukcesy zaczęli odnosić Krzysiek Warlikowski i Grzegorz Jarzyna. To był początek klimatu na zmiany. Wtedy pomyślałem: czemu nie? Zgodziłem się kandydować.

Też na nielegalu?
– 
Nie, to by się już nie udało. Poszedłem wtedy do Adama Michnika i powiedziałem, że dostałem taką propozycję. Kiedy wcześniej kilkakrotnie chciałem gdzieś uciekać, to Adam mnie wyśmiewał. Tym razem powiedział: „Wybrzeże to jest wyzwanie. Na to się zgadzam”.

Początek nie był łatwy.
– 
Pierwszy rok zmarnowałem, bo rozbabrałem parę spraw. Wiedziałem, że trzeba zrobić remont, więc zdemontowałem wszystkie fotele w dużej sali. Potem okazało się, że nie dostanę na ten remont pieniędzy. Mam rozwaloną salę, nie mam gdzie grać, nie mam kasy. Dramat. Pomysły artystyczne też były na początku pomysłami krytyka teatralnego, który zjadł wszystkie rozumy. Moje wybory repertuarowe były potwornie nonszalanckie. Przez pierwszy sezon jadłem dużo magnezu, jedno opakowanie dziennie. Byłem w histerii i mówiłem do siebie: Nowak, no tym razem to ci się nie uda. Ten projekt ci nie wyjdzie i będziesz skompromitowany w środowisku teatralnym do końca życia.

Przełomem okazał się drugi sezon.
– 
Dzięki Izie Cywińskiej, która mi trochę mamusiuje. Iza zgodziła się zrobić spektakl na inaugurację Wybrzeża po remoncie, który udało mi się w końcu zrobić. Przyjechała, żeby wybrać aktorów. Weszła do teatru i poszła do gościnnego mieszkania. Nagle przybiega do mnie pani administratorka i mówi, że pani Cywińska każe zrobić to, zmienić tamto. Cały teatr stanął na baczność. Iza zaczęła wszystko nastawiać i ja dzięki niej nabrałem wiary w siebie, że ja też tak mogę. Premiera w styczniu 2001 r. była wielkim wydarzeniem. Zjechało do Gdańska pół Polski. Maszyna ruszyła.

Jak twoją nominację na dyrektora przyjęło środowisko teatralne?
– 
Dopóki byłem szefem działu kultury „Wyborczej”, byłem może nie papieżem, ale co najmniej sekretarzem stanu. Wszyscy ludzie teatru byli dla mnie bardzo mili. Kiedy zostałem dyrektorem Wybrzeża, zobaczyli we mnie konkurenta. Przestałem być panem redaktorem, który może wesprzeć sukces czy karierę. Miłość wyparowała. Wszyscy czekali, żebym się wyłożył. Wtedy zrozumiałem, że muszę stworzyć własną armię i zacząłem ściągać do Wybrzeża młodych artystów. Do dzisiaj grupa reżyserów, która u mnie zaczynała, należy do najciekawszych, najbardziej komentowanych artystów.

Grażyna Kania, Agnieszka Olsten. Zrobiłeś z prowincjonalnego teatru ważną scenę: głośne debiuty, ponad dziesięć premier rocznie, festiwal rosyjskiej dramaturgii, Szybki Teatr Miejski. Ale wywalili cię z hukiem.
– 
Zaczęło się od tego, że Wojtek Bonisławski został szefem Muzeum Narodowego w Gdańsku i tym samym przestał być dyrektorem odpowiedzialnym za kulturę. A on był tym rzadkim typem szefa, którego cieszyły sukcesy podwładnych. Po nim przyszli ci, którzy chcieli pokazać kto tu rządzi, którym przeszkadzały moje sukcesy. Nie byłem ich człowiekiem, nie meldowałem się. Nowy dyrektor wydziału kultury, niegdyś kierownik literacki „Wybrzeża”, powiedział publicznie: „Przez sześć lat Nowak nie znalazł czasu, żeby do mnie zadzwonić i zaproponować mi wystawienie sztuki”. Sytuacja finansowa teatru była dramatyczna. Nikt nie chciał pomóc. Nawet kiedy załatwiłem z ministrem Waldemarem Dąbrowskim, że Wybrzeże będzie dopisane do listy teatrów współfinansowanych przez Ministerstwo Kultury – co skutkowało przyznaniem dotacji – to oni nie chcieli w Gdańsku podpisać umowy! Akcja „wywalić Nowaka” trwała w najlepsze.

Pojawił się także w pewnym momencie wątek związany z twoim homoseksualizmem.
– 
To było dla mnie o tyle bolesne, że ja bardzo oddzielam życie prywatne od zawodowego. Nigdy nie miałem romansu z aktorem czy kimkolwiek innym ze świata teatralnego. Anka Schiller, córka Leona Schillera, powiedziała mi kiedyś: „Nowak, pamiętaj – nigdy z aktorami!”. Ale plotka, że gruby pedał bałamuci chłopców poszła w miasto.

„Teatr jest pełen chłopaczków” – insynuowała Dorota Stalińska, której nie dałeś chałturzyć w teatrze.
– 
Nawet nie chce mi się o niej mówić. Przyszła kiedyś do mnie i zapytała, kiedy dostanie scenę. Uważała, że czymś oczywistym jest jej bytność na deskach Wybrzeża. Robiła tam jakieś swoje monodramy, podczas których sprzedawała garnki Zeptera. Powiedziałem, że nie dostanie. Wpadła w histerię i zaczęła biegać po mieście i skarżyć się wszędzie, że ona nie może grać, bo po teatrze biegają chłopaczki. Potem sprzedawała te swoje garnki w Operze Bałtyckiej.

Czarę trójmiejskiej goryczy przelała sprawa magazynu „Lifestyle”.
– Na którego okładce wystąpiłem półnagi w parówkach. Zawsze wspieram młodych i kiedy zgłosiła się do mnie młoda fotografka i zaproponowała sesję, zgodziłem się. Czy mój wstyd albo funkcja publiczna mają być przeszkodą w zrealizowaniu artystycznej wizji? Nie zgadzam się na to. Na dokładkę dodam, że ten numer magazynu ukazał się w dniu śmierci papieża.

To musiał być koniec. Upadek moralności.
– 
Aram Rybicki, który zginął w katastrofie smoleńskiej, powiedział w lokalnej „Wyborczej”, że Gdańsk jest konserwatywnym miastem zamieszkanym przez katolików i tego typu zachowania dyrektora publicznej placówki nie licują z gdańską moralnością.

Zacząłeś pakować walizki?
– 
Jeszcze nie. Cała szarpanina trwała rok. Wezwał mnie do siebie marszałek województwa pan Jan Kozłowski. Osoba bardzo miła i kulturalna. Powiedział wprost: „Panie Maćku, już tak gadają na pana, mam takie naciski, że już naprawdę nie daję rady. Kończmy już”. Powiedziałem bardzo grzecznie, że to jest jego problem i że chciałbym jeszcze skończyć spektakl o Wałęsie, który przygotowywaliśmy w Wybrzeżu. I tak dotrwałem jakoś do końca sezonu, czyli do czerwca 2006 roku. Potem przeszedłem jeszcze przez piekło spraw w prokuraturze, kontrole i wezwania. To był najbardziej koszmary okres mojego życia. Dziwię się, że wylądowałem w szpitalu na jakieś somatyczne dolegliwości, a nie w psychiatryku.

Obraziłeś się na Gdańsk?
– 
Jestem obrażony do dzisiaj. Nie bywam tam, jeśli nie muszę.

Czujesz się nadal outsiderem w świecie polskiego teatru?
– 
Absolutnie tak, choć zdaję sobie sprawę, że jest to głupie. Znam wszystkich, z paroma osobami się koleguję. Kiedy Andrzej Wanat reformował „Teatr” i tworzył w nim grupę młodych autorów, ja byłem najmłodszy. Wszyscy, poza mną, byli absolwentami wiedzy o teatrze. I wszyscy dawali mi bardzo wyraźnie odczuć, że nie jestem z ich bandy, że jestem kaprysem Wanata. Do dziś jestem trochę z boku.

Ty, którego „Polityka” nazwała najbardziej wpływową postacią polskiego teatru? To musi bardzo denerwować parę osób.
– 
Wiem oczywiście, że jestem ulubieńcem kilku, ale jakoś z tym żyję. Mówimy sobie: „dzień dobry”, ale wiem, że chuj ich strzela. Wydaje mi się, że znam się na teatrze i moja praca sprawia mi ogromną przyjemność. Zawsze powtarzam, że mam dwie kompetencje, żeby być dyrektorem teatru. Pierwsza, najważniejsza – nie ma szans na panią dyrektorową. Druga – nie jestem artystą. Nie muszę konkurować z kimkolwiek w teatrze. Wręcz odwrotnie, staram się mieć wokół siebie najzdolniejsze osoby. Nigdy nie ingeruję w kreację, nie mówię reżyserowi, co ma zmienić. Znam się na koniunkturach artystycznych, gustach, umiem wyczuć, co pójdzie, który artysta się spodoba, co ma szansę na sukces, a co nie.

„Zgorzkniali faceci w starych marynarkach” dali ci popalić. „Dziennik” zorganizował nawet mały lincz na tobie po ukazaniu się „Wątroby. Słownika polskiego teatru po 1997 roku”.
– 
Byłem zachwycony, bo mało która książka ma osiem recenzji w jednej gazecie. To było super. Potem dołączył jeszcze dziewiąty rycerz apokalipsy. Przycwałował znienacka i jeszcze raz dowalił. Ale, koniec końców, siły ciemności okazały się bardzo słabe liczebnie.

Lubisz wkładać kij w mrowisko.
– 
Nie mam takiego wielkiego imperatywu, ale jak trzeba, to wkładam.

Kierujesz od siedmiu lat Instytutem Teatralnym im. Zbigniewa Raszewskiego. Formalnością będzie pytanie, czy przez przypadek?
– 
Kompletną, bo naprawdę tak było. W 2002 r. ZASP przechodził bardzo poważny kryzys finansowy. Zadzwoniła do mnie Dorota Buchwald, która przejęła kierowanie tworzonym przez czterdzieści lat przez panią Basię Krasnodębską wspaniałym archiwum dokumentacji teatralnej. Mówi: „Coś musimy zrobić. Nie ma pieniędzy. Chcą zamknąć archiwum”. Przypomniało nam się, że profesor Raszewski mówił kiedyś, że konieczna jest taka instytucja jak instytut teatralny. Zwołaliśmy naradę mędrców. Wynik spotkania był taki, że to jest nierealne i nawet nie ma co próbować. Ale i tak napisaliśmy z Dorotą projekt i poszliśmy z tym do ministra Dąbrowskiego. On spojrzał na opis i powiedział: „Genialne. Zakładamy”. Patrzy na nas, my na niego. „To kto się za to weźmie?” – pyta. Mówię: „Ja mam Wybrzeże (to był 2003 rok). Dorota to zrobi”. Dorota: „Ja? Nie, nie. Maciek jest taki przebojowy. Niech on”. Dąbrowski: „ W takim razie Maciek”.  Chwilę później wyszedłem z ministerstwa z papierem ustanawiającym mnie pełnomocnikiem ministra kultury ds. powołania Instytutu Teatralnego. Myślałem, że to będzie sprawa tymczasowa, że zorganizuję wszystko i ktoś inny będzie dyrektorem. Okazało się, że zostałem nim ja i jestem do dziś.

Słyszałem, jak kiedyś jedna z twoich współpracownic powiedziała do osoby pracującej w innej instytucji kultury: „Wy macie cesarza, a my mamy Nowaka”.
– 
Nie mam gabinetu w Instytucie Teatralnym. We wszystkich instytucjach, które prowadziłem, zaczynałem od zwalniania kierowców, sprzedawania samochodów służbowych. Zawsze staram się burzyć hierarchię, która jest zbudowana wokół władzy. Nie widzę absolutnie żadnego powodu, dla którego dyrektor instytucji kultury miałby mieć szofera. To jest chore. Rozumiem ambasador czy biskup, ale dyrektor teatru? Bez przesady.

To pasuje też do twojego image’u bon vivanta.
– Mój publiczny wizerunek czy to, jak postrzegają mnie inni, jest zupełnie oddzielną historią. Nie pozostaje mi nic innego, jak po prostu przyjąć to do wiadomości. Nawet jeśli się do tego nie przyznaję.

A do bycia „brawurowym organizatorem artystycznego zamętu” się przyznajesz?
– 
Do tego tak. Wiesz, ja jestem dyrektorem od dwudziestu lat i nauczyłem się paru rzeczy. Zawsze korzystałem z energii innych, która uruchamia się, kiedy ludzie czują, że jesteś ich partnerem, a nie Królem Słońce. Zawsze dawałem moim współpracownikom dużą autonomię, możliwość realizowania siebie. I to działa. Mój tata, który był doświadczonym dyrektorem, zawsze powtarzał: „Nigdy nie korzystaj z tego, że jesteś szefem. Takie życie samo w sobie jest przywilejem. Zostaw te kuszące landrynki, które są w zasięgu twojej ręki”.

Co po instytucie?
– 
Nie wiem.

A co byś chciał?
– 
Jeszcze raz spróbować z teatrem.

Znów poza Warszawą?
– Bardzo dobrze czuję się w Warszawie. Tu są moi znajomi, koledzy, przyjaciele. Warszawa jest najbardziej atrakcyjnym miejscem w Polsce. Nie tylko dlatego, że jest stolicą. Ale dlatego, że jest policentryczna, nowoczesna i skupia najaktywniejszych ludzi.

Czy ty właściwie zrobiłeś kiedyś publiczny coming out?
– 
Nie bardzo. Zawsze się starałem i staram do dziś, żeby moje bycie gejem było czymś naturalnym. Jakoś zawsze wszyscy wiedzieli i nie musiałem ogłaszać tego faktu wszem i wobec. Publicznie pierwszy raz o tym napisałem chyba w 2001 roku, ale wynikało to z narracji tekstu, który przygotowywałem. Zirytowało mnie stanowisko ILGA, Międzynarodowego Stowarzyszenia Gejów i Lesbijek, które postulowało, żeby nie przyjmować Polski do Unii Europejskiej, dopóki nie unormuje praw gejów. Napisałem wtedy, że stanowisko ILGA stawia tę organizację w jednym rzędzie z kościołem katolickim i nacjonalistami, i że „będąc gejem można w Polsce żyć normalnie, a wiem o tym dobrze, bo sam tego doświadczam”.

Ktoś był zaskoczony?
 Nie. Dostałem za to mnóstwo pozytywnych e-maili i SMS-ów. Mnie się w ogóle wydaje, że homofobia jest sztucznie generowana przez polityków, którzy jej potrzebują do swoich rozgrywek.

Kiedy Stefan Niesiołowski powiedział, żeby geje jechali do Iranu walczyć o prawa homoseksualistów, napisałeś w swoim felietonie pod tytułem „Rzyg” na stronie „Krytyki Politycznej”, że „brzmi to analogicznie jak serdeczna rada udzielona Żydom podczas okupacji hitlerowskiej, by udali się na wycieczkę do Auschwitz”. Nie boisz się, że Niesiołowski zadzwoni do swojego partyjnego kolegi Bogdana Zdrojewskiego z żądaniem by cię zwolnił?
– 
Nie, nie boję się. Nie chcę się bać, bo wtedy jestem słaby. Będę mówił to, co myślę, i już.

Powtarzasz, że w Polsce do teatru chodzą kobiety, studenci i geje.
– 
Bo to prawda. O dwóch pierwszych grupach wiemy z badań, o trzeciej – z moich obserwacji.

Geje chodzą do konkretnych teatrów czy do wszystkich?
– 
Do wszystkich, bo są tak różni, jak całe społeczeństwo. Są też konserwatywni czy małomiasteczkowi. Mają różne gusta. Nie każdy chodzi w różowych okularach, tak jak ty.

_____

Rozmowa ukazała się w magazynie „WAW” 2.11.2010 r.

_____

© Mike Urbaniak | Fot. Archiwum Macieja Nowaka

Zwykły wpis