ROZMOWA

Jak zostałem gejem

Kiedy mam wyjść na scenę, cieszę się jak dziecko i tej mojej mojej radości nie mam zamiaru ukrywać. Krystian Durman

Wyobrażam sobie ciebie jako wodzireja na statku w Łebie.
– Widzę, że mnie przyszpiegowałeś!

Sława piratów sięga daleko.
– Ciężko nad nią pracujemy. I ja, i Jack Sparrow.

Od dawna?
– Od kilku lat. Pracę w Łebie zacząłem po pierwszym roku studiów i trwała do ostatnich wakacji. To była bardzo fajna, ale i ciężka robota. Kiedy inni w lipcu i sierpniu odpoczywali, ja zasuwałem na statku, żeby zarobić kasę na cały rok. Robiłem siedem czterdziestopięciominutowych spektakli dziennie, od rana do wieczora. Czasem w pełnym słońcu, czasem w deszczu.

Dobra szkoła improwizacji.
– Tak też to traktowałem. Nie jako chałturę, ale jako wyzwanie. To nie jest łatwa sprawa zabawić turystyczną widownię, czasami także pod wpływem alkoholu. Tu nie ma zmiłuj, nikt cierpliwie nie będzie oglądał, jak się nie spodoba.

Ty się podobałeś?
– Chyba, skoro tak długo to robiłem, a ludzie przychodzili kilkakrotnie albo wracali co roku. Do dzisiaj od czasu do czasu ktoś do mnie pisze na Facebooku z pytaniem o Kapitana Krisa.

W tym roku Kapitan Kris wypłynie w rejs?
– Czekam na kilka decyzji po ostatnich zdjęciach próbnych do filmów i seriali, ale myślę, że i w te wakacje będzie można mnie spotkać w Łebie.

A jak zdjęcia próbne zakończą się licznymi propozycjami, to film wyprze teatr?
– Nie, w żadnym razie! Jeśli chodzi o łączenie teatru i filmu to myślę zawsze o drodze, jaką idzie aktor, którego jestem wielkim fanem, i o którym napisałem pracę magisterską.        

O Marcinie Czarniku.
– Tak, on zrobił kilka filmów i seriali, ale najważniejszy był zawsze teatr. Chciałbym podobnie umieć połączyć granie w teatrze z fajnymi spotkaniami z kamerą, chociaż castingów szczerze nie cierpię, bo nie lubię, a może nawet nie potrafię udowadniać w pięć minut, że jestem zajebisty. A na castingach o to właśnie chodzi.     

Ale ty właśnie sprawiasz wrażenie osoby – że też użyję tego okropnego słowa – zajebistej. Szczególnie jeśli się śledzi twoją aktywność w mediach społecznościowych.
– Wiedziałem, że ktoś mi to w końcu wypomni, ale nie podejrzewałem, że to będziesz ty.

Ja ci niczego nie wypominam. Wręcz przeciwnie, bardzo lubię oglądać twoje kolejne radosne foty z garderoby czy górskich wypraw. Wyglądasz na nich na najszczęśliwszą osobę na świecie.
– Bo ja się cieszę jak dziecko, że gramy kolejny raz „Triumf woli” albo, że spędzę weekend w górach. W ogóle rozpiera mnie energia i jestem nadaktywny: lubię wspinaczkę, bieganie, rower, siłownię, co mi się szczególnie przydało w szkole teatralnej, którą zacząłem jako ponad dziewięćdziesięciokilogramowy pączek. Byłem wtedy do wyrzucenia.

Za kilogramy?
– Nie, za to, że nie wiedziałem, po co tam jestem.

W rodzinnym Kaliszu też byłeś zagubiony?
– W Kaliszu robiłem tysiąc rzeczy. Zaczęło się niewinnie od zbierania pieniędzy na Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy, a po latach mogłem towarzyszyć Jurkowi Owsiakowi i dbać o to, żeby on się nie zgubił. Organizowałem też koncerty, robiłem program kulturalny „Pull Up”, który do dzisiaj można oglądać ku mojej rozpaczy na YouTube. Sporo tego było.

Rodzice to dzielnie znosili?
– Bardzo, a dzisiaj są moimi wiernymi widzami. Zaszczepiłem w nich miłość do gór i przede wszystkim do teatru, bo żadnych artystycznych inklinacji w naszej rodzinie nie było. Mama jest superksięgową, a tato lodziarzem, to znaczy producentem lodów. Wpisanym nawet do „Księgi rekordów Guinnessa” za stworzenie największego loda na świecie!

A ty lodziarzem nie chciałeś zostać?
– Lubię lody, ale wybrałem aktorstwo, choć nie było łatwo. Za pierwszym razem nie przyjęto mnie do żadnej szkoły teatralnej, a w łódzkiej filmówce usłyszałem, że „nie mam jaj do uprawiania tego zawodu”.

Jakże rzeczowe uzasadnienie.
– Prawda? Ale w sumie cieszę się, że mnie nie przyjęli. To mi dobrze zrobiło. Przez poznanych na Woodstocku ratowników górskich trafiłem wtedy do sudeckiego GOPR-u i zacząłem studiować turystykę i rekreację w Wałbrzychu. Góry kocham do dzisiaj. Ratownikiem jednak nie zostałem, chociaż podobno bardzo się nadawałem. Po roku znów zdawałem do szkół teatralnych. W Krakowie na przykład odrzuciła mnie komisja, w której była Dorota Segda i Adam Nawojczyk.

Dzisiaj gracie wspólnie w Starym Teatrze.
– Pozdrawiam Dorotę i Adama!

We Wrocławiu na początku ci chyba nie szło.
– Bo kiedy stawałem na scenie, czułem się jak estradowiec. Ale teraz będzie grańsko! – myślałem. Kompletny bezsens i zero świadomości. Dopiero na drugim roku odpalił mnie Adam Cywka, świetny pedagog. Dojeżdżał mnie nieustannie: „Co ty tu, kurwa, grasz?! Nawet do drzwi nie potrafisz zapukać!” – krzyczał po jakiejś próbie. Taką miał na mnie metodę, jak się okazało skuteczną. Ważne były też spotkania z Krzesisławą Dubielówną i Teresą Sawicką. Wspólnymi siłami w końcu się odblokowałem, zrozumiałem na czym rzecz polega i uspokoiłem, choć cały czas mówiono na mnie „aktor gwałtowny”, bo nie było takiego egzaminu, w którym nie gwałciłbym koleżanek. Teraz w „Triumfie woli” gwałcę postać graną przez Dorotę Pomykałę. Taki już mój aktorski los.

Los, który pozwolił ci zadebiutować jeszcze w szkole w kaliskim Teatrze im. Wojciecha Bogusławskiego.
– Wypuściły mnie tam na trzecim roku Sawicka i Dubielówna.

Gnaj Lorenzo do Kalisza! – powiedziały?
– Mniej więcej. I zagrałem Lorenza w „Kupcu weneckim” Adama Nalepy.

Przyjętym bardzo chłodno.
– Niestety. Myślę, że przenosiliśmy ten spektakl, bo próby trwały trzy i pół miesiąca. Ale lubiłem mojego Lorenza. Nie tak, jak Księdza w dyplomowym „Weselu” Moniki Strzępki, ale jednak. W ogóle myślałem wtedy, żeby zostać w Kaliszu, bo wiedziałem, jak trudno jest o etat w teatrze. Z tego pomysłu wyleczyła mnie moja dziewczyna i przyjaciel z roku. Wróciłem więc do Wrocławia na „Wesele”.

Przyjęte z kolei entuzjastycznie. Za rolę w nim zostałeś wyróżniony na Festiwalu Szkół Teatralnych w Łodzi.
– To była wspaniała praca z Moniką Strzępką, którą o zrobienie dyplomu wybłagali koledzy. Szkoda, że już go nie możemy grać. Do dzisiaj tęsknię za Księdzem.

Jakie było marzenie na „po szkole”?
– Chciałem do Krakowa i uderzałem po kolei do dyrektorów tamtejszych teatrów. Kiedy wszedłem do Starego, całowałem schody. Udało mi się nawet złapać w sekretariacie dyrektora Jana Klatę, który na moje: „Dzień dobry, chciałem zaprosić pana dyrektora na mój spektakl dyplomowy”, tak pierdolnął mi drzwiami przed nosem, że mi zadzwoniło w uszach. Ale nie dałem za wygraną i teraz lubię opowiadać tą historię.

Do Starego w końcu się dostałeś, ale przez Nowy.
– Koleżanka poleciła mnie do spektaklu „Umarła kasta” reżyserowanego w Teatrze Nowym przez Iwonę Jerę. Rola w nim zaowocowała stypendium, dzięki któremu powstało w Nowym kolejne przedstawienie pod tytułem „Wszystkie misie lubią miód”. Przyszedł je zobaczyć najpierw Marcin Czarnik, a potem Jan Klata. Kiedy Janek wszedł do teatru w długim zimowym płaszczu, wyglądał jak Dementor z Harry’ego Pottera. Wziąłem trzy głębokie wdechy i wyszedłem na scenę.

A Dementor zaproponował ci wkrótce gościnne występy w Starym.
– W dodatku u Moniki Strzępki, której „Bitwę warszawską” czy „Nie-Boską komedię” widziałem kilkanaście razy. Na pierwszą próbę szedłem – jakby to delikatnie powiedzieć – posrany.

Strach szybko minął?
– Właśnie nie tak szybko, bo czułem między mną a Moniką lekki chłód, jakiś dystans. A jak się dowiedziałem, że gram geja to uznałem, że mnie Monika z Pawłem Demirskim po prostu nie lubią.

Gej za karę?
– Nie. Chodziło raczej o to, że Paweł pisał tekst pod każdego aktora, a mnie właściwie nie znał. Jakoś to wszystko się nie trzymało kupy. Do tego ta fenomenalna, zgrana ekipa Starego. Ale dobra, przyszły wakacje i poświęciłem je na budowanie roli. Kiedy wróciłem, pierwsze słowa Moniki brzmiały: „Ty się jakiś taki cieplejszy zrobiłeś”.

Zostałeś przez wakacje gejem?
– Gejem, którego w sobie lubię. Tuż przed premierą, jak pracowaliśmy na moim monologiem, a ja nie wiedziałem, czy idę w dobrym kierunku, Monika powiedziała: „Durman, kurwa, patrzę teraz na ciebie, jak na ikonę gejostwa!”. Wtedy się uspokoiłem.

Z tym gejostwem to ja mam w naszym teatrze problem, bo ono leci wyłącznie po prostym, stereotypowym patrzeniu na wielobarwny przecież gejowski świat. Kiedy aktor ma zagrać geja, sprowadza się do zwykle to mówienia wysokim głosem i intensywnego machania rękami.
– Ale wtedy to jest jak wydmuszka, bo nie chodzi tylko o to, jak zagrać, ale dlaczego tak. W jakiej sprawie wychodzę na scenę? Co chcę powiedzieć widzom? Starałem się przede wszystkim zrozumieć, poczuć, polubić bohatera którego gram, stąd wiele przeczytanych książek, obejrzanych filmów i oczywiście dużo muzyki. Nie jestem też w stanie policzyć moich wizyt w gejowskim klubie Cocon w Krakowie, które niekoniecznie podobały się mojej dziewczynie. Ale co zrobić, ja po prostu tak pracuję. Wskakiwałem w rurki, adidaski, kurteczkę z tęczowymi przypinkami i ruszyłem na parkiet.

Miałeś tam pewnie niezłe branie.
– Nie będę zaprzeczał, że nie było klepania po pupie.

Krystian Durman urodził się w 1991 roku w Kaliszu. W 2016 roku skończył wrocławską filię Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Krakowie. Jeszcze podczas studiów w 2014 roku zadebiutował rolą Lorenza w „Kupcu weneckim” Williama Szekspira w reżyserii Adama Nalepy w kaliskim Teatrze im. Wojciecha Bogusławskiego. Za potrójną rolę Księdza/Nosa/Ojca w dyplomowym „Weselu” Stanisława Wyspiańskiego w reżyserii Moniki Strzępki otrzymał w 2015 roku wyróżnienie na Festiwalu Szkół Teatralnych w Łodzi. Po zagraniu w dwóch spektaklach w Teatrze Nowym w Krakowie, dołączył w 2016 roku do zespołu Narodowego Starego Teatru w Krakowie, gdzie zadebiutował w „Triumfie woli” Pawła Demirskiego w reżyserii Moniki Strzępki. Obecnie jest w trakcie prób do „Wesela” w reżyserii Jana Klaty, gdzie gra Jaśka łączącego pokolenia.

CZYTAJ TAKŻE
Samuraj | portret Pawła Tomaszewskiego
Ciągle dojrzewam | rozmowa z Julianem Świeżewskim
Dziwna jesteś, ale chodź | rozmowa z Justyną Wasilewską
Pani nie ma warunków | rozmowa z Małgorzatą Gorol
Jestem błędem w systemie | rozmowa z Robertem Wasiewiczem
Genu nie wydłubiesz | rozmowa z Bartoszem Gelnerem
Niezdecydowany gość | rozmowa z Dawidem Ogrodnikiem

           Foto: Maciej Kulig, Marcin Wilczyński, Pola De, Teatr Nowy w Krakowie, Magda Hueckel

Reklamy
Zwykły wpis
ROZMOWA

Teatr z zapałek

15390750_10155557833517571_5157187852988385878_n

Często spotykam ludzi, którzy mówią, że nie cierpią teatru i czasem myślę sobie, że chcę robić spektakle właśnie dla nich. Z Anną Smolar, laureatką Paszportu „Polityki” 2016, rozmawia Mike Urbaniak

Dobre nazwisko.
– Proszę cię, nie zaczynajmy od nazwiska.

Dlaczego?
– To bez sensu.

Dlaczego?
– Bo wszystko po nim będzie nieważne.

Dlaczego?
– Ludzi emocjonuje, kto jest czyim synem lub córką i mogą wyrabiać sobie pogląd tylko na podstawie nazwiska. Naprawdę chcesz tak ustawić naszą rozmowę?

Mam pomysł na dramaturgię, ale widzę, że ty chcesz reżyserować.
– Tylko początek, obiecuję.

„Anna Smolar to reżyserka polsko-francuska”. Co to znaczy?
– To, że wychowałam się w dwóch kulturach: polskiej i francuskiej. Dorastałam i dojrzewałam głównie w tej drugiej. Moja ścieżka edukacyjna wiodła przez publiczne, republikańskie szkoły francuskie, które mnie ukształtowały. I szczerze ci powiem, nie przypuszczałam, że przyjadę do Polski w innym celu niż odwiedziny rodziny. Nagle się okazało, że Polska mnie wciąga, że polski korzeń jest całkiem mocny, a jest przecież jeszcze ten żydowski – nie tak mocny, ale żywy.

Lubiłaś tu przyjeżdżać?
– Bardzo, Polska kojarzyła mi się zawsze z moimi ukochanymi babciami, choć szaro-bura, peerelowska rzeczywistość lat osiemdziesiątych nie była dla dziecka bardzo atrakcyjna.

Gorszy świat?
– Nie gorszy. To był kraj moich rodziców, więc bliski i pełen wrażeń. Powiedzmy, że mniej rozrywkowy, ale za to zielony. Miał też smak sękacza i pierogów z wiśniami.

add46330-55dc-45f2-87bf-e4772ad2e0de

A w paryskim domu była polskość?
– Rodzice mówili do mnie i brata wyłącznie po polsku, a my odpowiadaliśmy im po francusku. Dzisiaj ja mówię do moich dzieci po francusku, a one odpowiadają po polsku. Nasz rodzinny dom był też zawsze bardzo polski ze względu na przyjaciół i znajomych rodziców, którzy u nas często bywali. Polskich paryżan, którzy wyemigrowali na dobre i tych przyjeżdżających z Polski – generalnie były to osoby związane z opozycją antykomunistyczną.

Rodzice od początku emigracji byli zaangażowani w działania opozycyjne. Słuchali całymi godzinami radia, a do telefonu mieli podłączony sprzęt nagrywający, spisywali to, co przyjaciele z Polski opisywali i puszczali dalej do zagranicznej prasy: BBC czy Radia Wolna Europa. Założyli i redagowali „Aneks”, drukowali też inne pisma polskiej opozycji, żeby zagraniczni czytelnicy mieli do nich dostęp. Można więc powiedzieć, że cały dom wibrował polskimi sprawami.

Dobrze pamiętam, jak moi koledzy spróbowali u nas pierwszy raz w życiu barszczu. Koncepcja zupy z buraka nie mieściła się w ich francuskich głowach. Na Boże Narodzenie łączyliśmy obie tradycje: były polskie potrawy i francuskie, na przykład kurczak z kasztanami.

Żydowska tradycja też była?
– W naszym domu była zupełnie nieobecna. Ojciec raz albo dwa coś przywiózł z podróży: raz menorę, raz kipę. Ale w dzieciństwie nigdy kontaktu z tradycją żydowską nie miałam i nic o niej nie wiedziałam. Zetknęłam się z nią dopiero pracując nad „Aktorami żydowskimi”. Słuchając opowieści artystów występujących dziś na deskach Teatru Żydowskiego, zaczęłam badać własną tożsamość. Dla moich rodziców istotne i naturalne było zaszczepienie w dzieciach poczucia identyfikacji z Polską.

Z której twojego ojca, Aleksandra Smolara, wyrzucono.
– Powiedzmy, że stracił pracę i został w ’68 roku zachęcony do wyjazdu po tym, jak spędził rok w więzieniu. Ale to go od polskości nie odcięło, wręcz przeciwnie. Wyjeżdżając wiedział, że będzie działał dla kraju. A odłączenie od żydowskiej tradycji nastąpiło dużo wcześniej. Oboje rodzice wychowywali się w domach zasymilowanych i ateistycznych.

Znasz historię dziadków?
– Lepiej poznaję ją teraz, bo zaczęłam prowadzić z ojcem rozmowy, które nagrywam. Pojawiła się we mnie potrzeba wiedzy precyzyjnej, interesują mnie szczegóły. Chciałabym moim synom umieć kiedyś odpowiedzieć na pytania, które być może zaczną zadawać. Tym bardziej, że historia naszej rodziny była taka, a nie inna. Powiedzmy, że zawiła. Podobne rozmowy chcę też przeprowadzić z mamą o jej rodzinie.

Rodzice chcą rozmawiać?
– Tak, chociaż to ich na pewno trochę kosztuje, muszą konfrontować się z brakiem wiedzy na temat własnych rodziców, z tym, że pewnych rzeczy się już nie dowiedzą. To są historie pełne przemilczeń, część rodziny zginęła, nie zawsze wiadomo w jakich okolicznościach. O tym rodzaju milczenia świetnie opowiada książka Mikołaja Grynberga „Oskarżam Auschwitz”, opisująca lęk przed rozmową, przed nazywaniem tego, co traumatyczne, czyli też próba ochrony tak zwanego drugiego pokolenia, drugiego od czasu Holocaustu. To zjawisko nie dotyczy tylko żydowskich rodzin, w Polsce każda rodzina jest tym w jakiś sposób dotknięta. Żałuję, że nie mogę osobiście porozmawiać z dziadkami, bo nie żyją.

Historia twoich dziadków, komunistycznych działaczy, to temat na pełen zwrotów akcji film przygodowy, że nie powiedzieć thriller. Wstydziłaś się jej kiedyś?
– Ale czego właściwie?

Tego, że instalowali sowiecki reżim w Polsce.
– Ciekawe jest to, jak bardzo w Polsce postrzega się człowieka przez pryzmat jego przodków, ciemnych kart rodzinnej historii. Jak mogę się wstydzić czegoś, czego ani nie zrobiłam, ani nie do końca rozumiem? Czuję bezsilność, kiedy próbuję ocenić tamte czasy. Nie jestem w stanie identyfikować się z czarno-biała narracją.

Nie rozumiem, kiedy ktoś mówi, że się wstydzi za kogoś, albo za rządzących, albo nawet za własny kraj. W tym kontekście kategoria wstydu jest, moim zdaniem, błędnym rozumieniem kwestii odpowiedzialności. Zresztą bardzo mnie interesuje i przejmuje kwestia odpowiedzialności zbiorowej, która zaczyna się od tej indywidualnej – biorę odpowiedzialność za siebie, za swoje czyny, za swój głos w wyborach, za uczestnictwo w demokracji, za to jaką jestem matką, żoną, pracowniczką i za planetę, na której dano mi żyć. Tak się poszerzają obszary mojej odpowiedzialności, więc jako członek rodziny, tak, jestem gotowa mierzyć się z przeszłością. Z tym, co złe i z tym, co dobre.

Moi dziadkowie byli odważnymi i inteligentnymi ludźmi, którzy mieli trudne życie i ideały, o które walczyli, utrzymując jednocześnie wobec wielu wydarzeń krytyczny dystans. Stosunek dziadka, Grzegorza Smolara, do własnej działalności komunistycznej był bardzo złożony.

Dlaczego wyjechał do Izraela, a babcia, Walentyna Najdus-Smolar, została?
– To, że wyjechał sam, nie dziwi, bo więź z babcią już wcześniej się rozluźniła. Babcia była historykiem, specjalistką od historii Polski. Dziadek pisarzem i dziennikarzem żydowskim, pisał w języku jidysz.

Z komunisty stał się syjonistą?
– Nie, komunistą już nie był, a syjonistą nigdy nie został. Był dość krytyczny wobec Izraela i jednocześnie zafascynowany jego historią. Odwiedziłam kiedyś dziadka w Tel Awiwie, miałam jakieś osiem lat i cudownie wspominam ciepłe wakacje nad morzem. W pamięci szczególnie mi utkwiła góra Synaj. Pamiętam też samotność dziadka i napięcie wokół spowodowane trwającą wówczas Intifadą. Dzisiaj w Izraelu mieszka mój brat Piotr, który od dwóch lat jest korespondentem francuskiego dziennika „Le Monde”. Miał nawet pomysł na napisanie książki o dziadku, może to kiedyś zrobi.

dybuk-30-52685154b32ee4610a91eaaf00851e81700

A rodzina mamy?
– Też była żydowska. Dziadek Leon – historyk i długie lata komunista, a babcia Olga – ortodonta, wykładowczyni na stołecznej Akademii Medycznej. Uciekła z getta warszawskiego dzięki aryjskiej urodzie i doskonałemu niemieckiemu. Pamiętam z dzieciństwa naszą rozmowę o Bogu. Babcia rozmawiała ze mną poważnie. Przypuszczam, że to były dla niej kłopotliwe pytania, jednak od nich nie uciekała. Traktowała mnie jak pełnoprawnego partnera do rozmowy.

Wszystko to składa mi się na bardzo udane dzieciństwo.
– Było wspaniałe, oczywiście. Dzięki dziadkom, a przede wszystkim fantastycznym rodzicom, którzy dbali o to, byśmy mieli z bratem otwarte głowy. Ale wiadomo, jest też ta druga strona, niezależna od urodzenia i otoczenia. Mierzyłam się ze wszystkimi problemami, z którymi mierzą się nastolatki. Miałam swój mroczny, pełen lęku i melancholii świat. Byłam trochę nieśmiała, trochę wycofana. Mój starszy o sześć lat brat szybko wykazał zainteresowanie tematami dorosłych i płynnie się poruszał zarówno wśród rówieśników, jak i w towarzystwie rodziców i ich bliskich. Ja nie bardzo.

Jak z tym „nie bardzo” weszłaś do teatru?
– Inicjatywa wyszła chyba od mojej mamy. Pewnie przeczuwała, że zajęcia teatralne pomogą mi się otworzyć. Zapisałam się na nie w ostatniej klasie gimnazjum, mając czternaście lat. Kółko teatralne prowadziła wspaniała polonistka, to znaczy – przepraszam – romanistka, która zapraszała jako współprowadzących ciekawych aktorów i reżyserów. Jeden z nich zabrał nas na festiwal do Awinionu, gdzie pokazaliśmy „Tristana i Izoldę”. Grałam Tristana. Nikogo to nie dziwiło, a ja czułam się w tej roli wspaniale. Wtedy jeszcze uwielbiałam występować. Potem okazało się, że nasza wychowawczyni przyjaźni się z Peterem Brookiem, dwa razy pokazywał w naszej salce swoje spektakle, jeszcze przed premierą. Zobaczyłam wtedy jego „Qui est là?” – spektakl, a właściwie teatralny esej wokół „Hamleta” Szekspira, który emanował niesamowitą prostotą, łączył w sobie różne konwencje, proponował refleksję nad istotą teatru w bardzo luźny i otwarty sposób. Dobrze to zapamiętałam.

I poszłaś do szkoły aktorskiej.
– Prywatnej, bo do państwowej bym się nie dostała.

Dlaczego?
– Jestem, jakby to powiedzieć, ukonstytuowana antyaktorsko. Na szczęście zaczęła mnie interesować reżyseria i założyłam z kolegami własną grupę. Jeszcze przed maturą wystawiliśmy „Nie wolno igrać z ogniem” Augusta Strindberga. Miałam wtedy siedemnaście lat i odkryłam w sobie cechy przywódcze, o które wcześniej się nie podejrzewałam. Wtedy już wiedziałam, że chcę reżyserować, niebawem założyłam własną trupę i wystawiłam z nią „Gorzkie łzy Petry Von Kant” Fassbindera. Zrobiliśmy w sumie trzy spektakle i nawet trochę je pograliśmy. Jednocześnie skończyłam literaturoznawstwo na Sorbonie i zostałam asystentką Andrzeja Seweryna: najpierw w Comédie-Française, a potem w Teatrze Narodowym w Warszawie.

Jak się zostaje asystentką Seweryna?
– Znałam go od dzieciństwa, bywał u nas w domu. Kiedy się dowiedział, że interesuję się reżyserią, obejrzał mój pierwszy spektakl i dał szansę. Dzięki niemu mogłam obserwować pracę teatru od kulis, byłam nawet suflerką. Po tej pracy Andrzej zaproponował mi asystenturę w Teatrze Narodowym w Warszawie, gdzie wystawiał „Ryszarda II” Szekspira i jednocześnie usłyszał o mnie Henryk Baranowski, dyrektor Teatru Śląskiego w Katowicach, który poszukiwał młodych talentów. Tam się odbył mój polski debiut reżyserski – „Zamiana” Paula Claudela.

Jak rodzice patrzyli na twój wybór drogi zawodowej?
– Myślę, że czuli lekki niepokój. Ale wspierali mnie oczywiście. Nie chronili przed ryzykiem.

henrietta_lacks_galeria_12

Masz dwadzieścia cztery lata i przyjeżdżasz do Polski.
– Gdzie po raz pierwszy dostaję honorarium za pracę w teatrze i gdzie szybko poznaję fantastycznych ludzi. Jestem podekscytowana i ciekawa, ale nadal zakładałam, że zostanę trzy miesiące. Z tych trzech zrobiły się kolejne trzy, aż w końcu Polska została moim domem.

Miłość nie wybiera.
– Właśnie nie wiem, jak to jest z tym wyborem, bo jednak czułam wtedy, że podejmuję świadomą dojrzałą decyzję. Nie wahałam się zbyt długo, nie bałam się. To przekonanie, że jest tu coś, czego szukam i potrzebuję było bardzo silne. W dodatku, asystując Andrzejowi w Narodowym, jednocześnie pracowałam z nim nad „Antygoną” Sofoklesa w Teatrze Telewizji, gdzie poznałam Rafała Paradowskiego, operatora filmowego, mojego przyszłego męża.

Wiedziałaś coś wtedy o polskim teatrze?
– Troszkę. Widziałam w Awinionie „Iwonę, księżniczkę Burgunda” Grzegorza Jarzyny, „Dybuka”, „Burzę” i „Bachantki” Krzysztofa Warlikowskiego, kilka spektakli Krystiana Lupy oraz „Błądzenie” i „Kosmos” Jerzego Jarockiego w Teatrze Narodowym. Nagle język polski, którym nie najlepiej umiałam władać, wydał mi się muzyczny, mocny i soczysty. W polskim teatrze poczułam coś, czego we francuskim szukałam bez skutku.

Miałaś problemy językowe?
– Ogromne! Co prawda rozumiałam wszystko, ale brakowało mi słów. Pamiętam poczucie bezsilności, kiedy wszyscy na planie teatru telewizji rozmawiają i żartują, a ja nie jestem w stanie się podłączyć ze względu na ograniczenia językowe. Włożyłam wiele wysiłku w język polski. Zresztą dzisiaj najlepiej o pracy mówi mi się po polsku, a kiedy jadę do Francji czuję się przyblokowana. Mój francuski wydaje się zardzewiały i oczywiście nadal robię błędy w polszczyźnie, a akcent nasila mi się w sytuacjach stresowych.

Czy teraz już mogę zapytać o nazwisko?
– Ale które, bo noszę nazwisko po ojcu i jestem z ojcem bardzo związana, ale też mocno identyfikuję się z matką, Ireną Grosfeld – z jej historią i rodziną. Matka, profesor ekonomii, bardzo wpłynęła na moje poczucie własnej wartości. Od zawsze była wzorem kobiety niezależnej i zaangażowanej w życie rodzinne oraz zawodowe. Z perspektywy widzę, jak naturalnie podchodziła do tych dwóch ról, jak potrafiła je łączyć bez uszczerbku dla żadnej z nich.

Jestem świadoma dobrego urodzenia. Już jako dziecko wiedziałam, kim są moi rodzice. Dzięki nim miałam kontakt z pasjonującym światem, który otwierał horyzonty. Być może nie zostałabym asystentką Andrzeja Seweryna, gdyby nie bywał u nas w domu. Ale tu pojawia się to jałowe pytanie: co by było gdyby?

Mogę oczywiście popaść w poczucie winy, zresztą jestem na to podatna. Mogłabym pytać siebie co rano – czy zasłużyłam na te przywileje? Czy w tym kontekście sukces nie jest podejrzany? Ale takie podejście byłoby ogromną stratą czasu i energii, a wniosek byłby zawsze ten sam. Zamiast skupiać się na sobie, wolę wykorzystać narzędzia, które dostałam i pracować, a jeśli będzie trzeba, jestem gotowa na mierzenie się z hejtem za nazwisko.

Spotkałaś się z nim?
– Na razie nie, bo też jako reżyserka teatralna nie jestem znana szerokiej publiczności, ale może to się teraz zmieni po otrzymaniu Paszportu „Polityki”. Może pojawią się internetowe komentarze: A właściwie dlaczego ona? Kto to jest? Jaką przeszłość ma jej rodzina?

W teatrze ktoś ci zadawał takie pytania?
– Nigdy.

Z tego właśnie powodu od tego zacząłem, bo nigdy nie słyszałem, by ktokolwiek kiedykolwiek powiedział, że osiągnęłaś coś dzięki nazwisku. Mam nawet poczucie, że udało ci się niejako od niego odłączyć, co rzadko się udaje.
– Być może wiąże się to z tym, że mój sukces nie był ani szybki, ani spektakularny. Debiutowałam w 2005 roku i przez dziesięć lat robiłam spektakle, które raz były zauważane, raz niezauważane, raz docenione, raz rozjeżdżane. Poza tym nie pochodzę z rodziny artystycznej, więc rodzice nie mogli mieć wpływu na moją pracę. Jedyne, co mogli zrobić, to poznać mnie z osobami, które otwierały mi głowę, pozwalały obserwować swoją pracę, jak Andrzej Seweryn czy Agnieszka Holland. Bardzo jestem im za to wdzięczna. Dzięki temu uczyłam się przez praktykę.

1521_660x

Dzisiaj jesteś na fali i robisz jeden świetny spektakl za drugim.
– Trochę mnie zaniepokoiło, kiedy napisałeś w „WO”, że pracuję taśmowo.

Ale tak jest: „Aktorzy żydowscy” w Teatrze Żydowskim w Warszawie, „Dybuk” w Teatrze Polskim w Bydgoszczy, „Henrietta Lacks” w Centrum Nauki Kopernik i Nowym Teatrze Warszawie, „Najgorszy człowiek na świecie” w Teatrze im. Wojciecha Bogusławskiego w Kaliszu. Długo czekałaś na sukces. Za długo?
– Nie, wcześniej byłam niedojrzała artystycznie, nie umiałam nazwać wielu rzeczy, nie wiedziałam do końca, jaki teatr chcę robić. Podążałam za intuicją, błądziłam, testowałam bardzo różne formy. Było mi to potrzebne. A poza tym w międzyczasie urodziłam dwóch synów. I byłam szczęśliwa, że mam czas na to doświadczenie, że się nie spieszę.

Robiłaś jeden spektakl rocznie. Nie frustrowało cię to?
– Momentami tak, oczywiście, bo kiedy idziesz z propozycjami do dyrektorów i oni nie mają dla ciebie czasu albo nie oddzwaniają, to nie jest miłe. Musiałam się utrzymywać z innych zajęć. Długo czułam, że to, co opowiadam, nie wzbudza zaufania ani zainteresowania. Miałam też po drodze nieszczęśliwą przygodę w pewnym teatrze, w którym doszło do zerwania prób. Zrezygnowałam wtedy, skonfliktowana z dyrekcją i aktorami, z pracy nad spektaklem miesiąc przed premierą.

Trudno mi to sobie wyobrazić.
– Bo jestem rzeczywiście mało konfliktowa, a tu taki cios. Mogłabym spokojnie zwalić całą winę na nich, ale szybko zaczęłam analizować własne zachowanie i zobaczyłam, ile było we mnie pychy. Miałam w głowie plan i forsując go nie byłam w stanie skontaktować się z aktorami. Budowałam iluzoryczną sytuację w przekonaniu, że powstanie wielkie dzieło. Dzisiaj widzę, jaką drogę przeszłam. Nie dostałam od nikogo recepty, a pewnie mogłabym. Nie bez znaczenia był też na pewno fakt, że nie skończyłam reżyserii.

Nie chciałaś?
– Miałam taki pomysł, oczywiście. Ubolewałam nad tym, że nie ma we Francji szkoły artystycznej z kierunkiem reżyserii. Pisałam nawet do PWST w Krakowie, ale wtedy pojawiły się propozycje pracy i nie miałam już czasu, a potem ochoty na studiowanie. Dostałam szansę asystowania Jacques’owi Lassalle’owi i Krystianowi Lupie. Chciałam być na sali prób, a nie w szkole.

Coś cię w polskim teatrze zadziwiło?
– Paradoks polegający na tym, że relacje w środowisku teatralnym są znacznie mniej hierarchiczne niż we Francji, a jednocześnie występują w nim opresyjne zachowania na różnych poziomach. Widziałam nieraz ogromną arogancję ze strony dyrekcji, stosowanie mobbingu, dyskryminacyjne podejście do pracowników, a też nieracjonalny opór zespołu aktorskiego stawiany reżyserowi. Z drugiej strony zaskoczyła mnie otwartość ludzi, ciekawość siebie, zdolność do rozmowy wykraczająca poza powierzchowne wymiany uprzejmości i gotowość do podejmowania bardzo trudnych tematów nawet po pięciu minutach znajomości. Wtedy zrozumiałam, dlaczego tak długo nie odnajdywałam się w życiu towarzyskim i zawodowym Francji.

Usłyszałaś kiedyś, że dobrze, że nie reżyserujesz jak kobieta.
– Tak, i żeby była jasność, aktor, który mi to powiedział, uważał, że to komplement. A mnie się właśnie wydaje, że w pracy szukam jakości, które można odnieść do kobiecych cech. Stawiam na partnerstwo i wcale się nie martwię, że ktoś to wykorzysta przeciwko mnie. Traktuję swoich współpracowników jako dorosłych ludzi, którzy mogą tworzyć w atmosferze szacunku, dialogu i nie potrzebują figury apodyktycznego reżysera stosującego upokarzające metody.

W zeszłym roku pojawiło się w naszym teatrze mnóstwo reżyserek, a na Wydział Reżyserii PWST w Warszawie przyjęto chyba po raz pierwszy w historii same kobiety. Czujesz, że płyniesz na tej kobiecej fali?
– Można tak powiedzieć i mam nadzieję, że to zjawisko – dość wyjątkowe na tle europejskiego teatru – doczeka się szczegółowej analizy. Trzeba jednak pamiętać o różnorodności propozycji, które powstają z kobiecych rąk. O tym, że każda z nas rozwija swój świat i pochyla się nad pasjonującymi ją tematami, niezależnie od płci.

Interesuje mnie to, jak coraz większa ilość kobiet w polskim teatrze wpływa na relacje w pracy. Wydaje mi się, że następuje bardzo pozytywny proces feminizacji metod pracy, które zresztą są udziałem zarówno mężczyzn jak i kobiet. Pojawia się nowa jakość w stosunkach między zespołem aktorskim i reżyserem, między reżyserem i pozostałymi twórcami. Idziemy w stronę demokratyzacji tych relacji, powstawania nieformalnych kolektywów, które, mam nadzieję, zamienią się kiedyś w stabilnie funkcjonujące zespoły.

Jeśli miałabym jeszcze wskazać pozytywny wpływ kobiecej fali w polskim teatrze, byłaby nim otwarta wymiana, która rodzi się między nami – reżyserkami. Rozmawiamy o naszej pracy, nie uciekamy od krytyki, ale też inspirujemy się nawzajem. Kiedy robiłam niedawno w Kaliszu „Najgorszego człowieka na świecie” Małgorzaty Halber, na próby generalne przychodziła kierowniczka artystyczna kaliskiej sceny Weronika Szczawińska. Rozmowy z Weroniką były bardzo budujące i niezwykle mi pomogły na ostatniej prostej. To jest wspaniałe, że możemy, na przekór potencjalnej rywalizacji, szczerze rozmawiać i wspierać się.

najgorszy_czlowiek_na_swiecie_teatr_kaliszi012

Wyobrażam sobie ciebie jako reżyserkę będącą ostoją spokoju, dobrze przygotowaną do prób i precyzyjną, otwartą na propozycje aktorów i nie rzucającą mięsem. Jak moje wyobrażenie ma się do rzeczywistości?
– Wiem że sprawiam wrażenie osoby spokojnej, ale to bardziej symptom mojej samokontroli, niż autentyczny stan ducha. Kiedy relacja z aktorami jest pozytywna, można sobie pozwolić na bardzo wiele, zresztą sala prób jest chyba jedynym miejscem, w którym bluźnię, co jest przyjemne, a czasem wręcz konieczne.

Kiedyś szłam na próby bardzo przygotowana, miałam mnóstwo notatek i przychodziłam godzinę przed rozpoczęciem. Na szczęście porzuciłam ten model. Dzięki temu podczas pracy wydarza się coś, czego nie planowałam. Pracuję bardziej chaotycznie, przychodzę z ogólnym obrazem w głowie i szukam razem z aktorami. Zresztą każdy spektakl wymusza na mnie inną metodę pracy.

Jesteś jedną z nielicznych reżyserek, która robi także spektakle dla najmłodszych widzów. Celowo nie używam słowa „dziecięce”, bo one mi się kojarzą z infantylnymi przedstawieniami, które serwują głównie teatry lalkowe. W Teatrze im. Jana Kochanowskiego w Opolu wyreżyserowałaś „Bullerbyn. O tym jak dzieci domowym sposobem zrobiły sobie las i co z niego wyrosło” Tomasza Śpiewaka na podstawie kultowych „Dzieci z Bullerbyn” Astrid Lindgren, w Nowym w Warszawie „Pinokia” Joëla Pommerata, w końcu w Bydgoszczy wspomnianego „Dybuka” An-skiego, przepisanego przez Ignacego Karpowicza i adresowanego głównie do młodzieży. Dlaczego je robisz? Czy to ma związek z tym, że sama jesteś matką? I czy stworzenie spektaklu dla małego widza jest większym wyzwaniem?
– Zrobienie „Bullerbyn” zaproponował mi ówczesny dyrektor opolskiego teatru Tomasz Konina. Byłam wtedy w ciąży z pierwszym dzieckiem i pomyślałam, że ta sytuacja jest idealna: urodzę i wrócę do teatru z synem pod pachą, by zmierzyć się z małym widzem. Kiedy zasiedliśmy do pracy z piszącym tekst Tomkiem Śpiewakiem i scenografką Anią Met, szybko zrozumieliśmy, że nie wciśniemy dzieciom żadnego kitu, bo to najbardziej wyczulona na fałsz i bezlitosna widownia. Wtedy chyba po raz pierwszy śmiało spojrzałam widzom w oczy, przeniosłam całkowicie moją uwagę na nich. Zapraszając dzieci do teatru chcę sprawić, by chciały nieustannie do niego wracać. By młody widz poczuł, że na scenie znajdują się dorośli gotowi rozmawiać na każdy temat, bez tabu i moralizowania.

Są tacy reżyserzy i reżyserki, z którymi od razu kojarzymy pewne tematy. Z tobą jest problem, trudniej cię ometkować. Kiedy myślę o twoich spektaklach, przychodzą mi na myśl sprawy związane z mechanizmami społecznymi i tym, jak one wpływają na jednostkę. O tym jest teatr Anny Smolar?
– Rzeczywiście, zbiorowe sytuacje i mechanizmy, którymi są podszyte wracają w moich przedstawianiach jako ważny motyw i definiują moje prace na jakimś etapie. W tym kontekście myślę też o zespole aktorskim jako odzwierciedleniu zbiorowości. Ale nieustannie czuję opór przed przyklejeniem sobie metki. Wiem, że ona jest potrzebna, bo pomaga w interpretacji, spełnia oczekiwania, ale jak zacznę tworzyć pod potencjalną etykietę to sądzę, że wiele stracę, zanim nawet zdążę się dowiedzieć, jaki ten mój teatr jest.

Teatr, którego znakiem rozpoznawczym jest też kameralność.
– Od dawna odrzuca mnie scena ociekająca pieniędzmi. Kiedy czuję, że coś jest nadbudową efektów i bodźców, przestaję interesować się aktorami, a wtedy już tracę poczucie sensu. Mnie pociąga zagospodarowanie wyobraźni aktora i widza małymi rzeczami. Głęboko wierzę, że skoro z dziećmi można zbudować epicką opowieść używając kasztanów i zapałek, można to też zrobić z dorosłymi. Często spotykam ludzi, którzy mówią, że nie cierpią teatru i czasem myślę sobie, że chcę robić spektakle właśnie dla nich.

CZYTAJ TAKŻE:
Jak HeLa zmieniła świat | rozmowa z Anną Smolar
Najgorszy człowiek na świecie | recenzja
Dybuk | recenzja
Aktorzy żydowscy | recenzja

_____

184842_1790922006869_886605_n

Anna Smolar (ur. 1980) jest reżyserką teatralną, absolwentką literaturoznawstwa na paryskiej Sorbonie. Zadebiutowała w 2005 roku w Teatrze Śląskim w Katowicach i od tego czasu wyreżyserowała trzynaście spektakli. Uznanie przyniosły jej szczególnie ostatnie realizacje: „Aktorzy żydowscy” w Teatrze Żydowskim w Warszawie i „Dybuk” w Teatrze Polskim w Bydgoszczy. Ostatnio wystawiła „Najgorszego człowieka na świecie” Małgorzaty Halber w Teatrze im. Wojciecha Bogusławskiego w Kaliszu. Jest tegoroczną laureatką Paszportu „Polityki”. Mieszka w Warszawie.

Fot. Leszek Zych/Polityka, Magda Hueckel, Bartek Warzecha         

Zwykły wpis
RECENZJA

Z nami się nie napijesz?

najgorszy_czlowiek_na_swiecie_teatr_kaliszi012

Każdy kto widział choć jeden spektakl Anny Smolar nie mógł się spodziewać, że biorąc się za głośną książkę Małgorzaty Halber „Najgorszy człowiek na świecie”, po prostu przeniesie opowiedzianą w niej historię na teatralne deski. Lektura była dla niej inspiracją do zajęcia się oklepanym podobno na wszystkie strony tematem alkoholizmu, który ma w naszym kraju dwie twarze – tę romantyczną i zawadiacką (użyczaną przez aktorów i pisarzy) oraz tę szpetną, wykrzywioną (pokazywaną w telewizyjnych programach interwencyjnych i etiudach studentów szkoły filmowej). Halber ze swoją opowieścią nie mieści się ani w jednym, ani w drugim stereotypowym obrazku. Ani to siny nos spod budki z piwem, ani wjeżdżający na koniu do „Adrii” Wieniawa-Długoszowski. I przede wszystkim to kobieta, a w odróżnieniu od alkoholizmu mężczyzn – alkoholizm kobiet to w Polsce tabu. Zapity facet nie robi na nas wrażenia, zapita kobieta robi wielkie. Facetom nałogowe spożycie się wybacza, kobietom nigdy.

Smolar nie byłaby sobą, gdyby do tworzenia tekstu nie wciągnęła aktorów. Zresztą kilkakrotnie nie wiadomo właściwie czy ci improwizują, czy też nie, co bardzo dobrze robi całości. Robi jej też dobrze nakładanie na siebie kolejnych warstw czasu i miejsca akcji: kiedy wydaje nam się, że oglądamy historię Małgorzaty Halber, okazuje się, że to plan telewizyjny. Kiedy myślimy, że jesteśmy świadkami kręcenia programu, Smolar przenosi nas na sesję grupy AA, w której biorą udział nie tylko oglądane postaci, ale my wszyscy – cała widownia. Znów tracimy trop: oglądamy czyjąś historię, czy samych siebie? Czy to główna bohaterka przegląda się w wielkim, podobnym do telewizyjnej plazmy lustrze (zgrabna scenografia Anny Met), czy przeglądamy się my? Żeby jeszcze bardziej utrudnić nam sprawę, aktorzy mówią do siebie używając własnych imion. Bardzo to jest sprytnie wymyślone.

najgorszy_czlowiek_na_swiecie_teatr_kaliszi032

„Najgorszy człowiek na świecie” nie oskarża, nie jedzie na wysokich emocjach, ucieka od wszelkich klisz, które przy temacie alkoholizmu lubią eksplorować inni, jest jak najdalszy od ckliwości czy współczucia, nie wstrząsa. To zupełnie inna robota, dobrze utkana i inteligentnie zawieszona pajęczyna. Wpadają w nią nawet ci, którzy myślą, że w wódczanych oparach lecą jak najwytrawniejsi oblatywacze. Anna Smolar eksplorując tak lubiany przez siebie temat mechanizmów społecznych, jakie działają na człowieka, rozkminia razem z widzami nie tyle nawet ścieżkę od jednej lampki wina przy kolacji do trzech butelek wina przed snem (choć to też jest), ale sprawdza, jak zachowują się wobec osoby pijącej nałogowo ci, którzy problemu nie mają albo tak przynajmniej myślą. Wiele jest interesujących wątków tym w kameralnym spektaklu. Spektaklu, który – warto to podkreślić – napisano na temat i (co dzisiaj jest zjawiskiem coraz rzadszym) komunikatywnie, bo wcale nie trzeba bełkotać ze sceny pseudointelektualnych kocopałów, żeby powiedzieć coś ważnego.

Najnowsza premiera kaliskiego teatru jest nie tylko dobrze wymyślona i wyreżyserowana, mądra i inscenizacyjnie atrakcyjna, ale także porządnie zagrana. Szczególnie przez panie: Nataszę Aleksandrowitch, Izabelę Bień i Izabelę Wierzbicką (brawo!). Dobrej oceny nie psuje nawet finałowa scena ruchowa, choć to wstyd, żeby mając w kraju tylu znakomitych choreografów, pokazywać ludziom takie pokraczne wygibasy.

___

plakat_-najgorszy_czlowiek_na_swiecie_teatr_kalisz-713x1024

Małgorzata Halber „Najgorszy człowiek na świecie”
reż. Anna Smolar, Teatr im. Wojciecha Bogusławskiego w Kaliszu
premiera: 26 listopada 2016 r.

Fot. Bartek Warzecha

Zwykły wpis
ROZMOWA

Jak HeLa zmieniła świat

anna_smolar_popr_czb

Czy gdyby była biała, wymazano by ją z historii? Czy biedna, czarnoskóra kobieta jest niewygodną bohaterką dla medycyny? Czy pracująca na plantacji tytoniu potomkini niewolników zasługuje na pamięć? Z Anną Smolar, reżyserką spektaklu „Henrietta Lacks”, rozmawia Mike Urbaniak

Co za historia!
– Rzeczywiście jest niezwykła i zaskakująca. Wszyscy jesteśmy dłużnikami Henrietty Lacks – kobiety, której komórki zmieniły oblicze medycyny i co za tym idzie, życie milionów ludzi. Słyszałeś coś o niej w szkole na lekcji biologii?

Ani na lekcji biologii, ani na żadnej innej. O jej istnieniu dowiedziałem się od ciebie.
– Ja dowiedziałam się od Rafała Kosewskiego, kuratora organizowanego przez warszawskie Centrum Nauki „Kopernik” Festiwalu Przemiany, który zaproponował mi zrobienie o niej spektaklu. Wcześniej, podobnie jak ty, nie miałam pojęcia o istnieniu Henrietty Lacks, która z kolei nie miała szansy, by się dowiedzieć o tym, jak wpłynęła na świat. W czasie, gdy okazało się, że jej komórki są niezniszczalne, leżała na łożu śmierci.

Wyczytałem, że była prawdopodobnie najważniejszą postacią medycyny XX wieku.
– To niewygodny pogląd, gdyż można powiedzieć, że ona tak naprawdę nic nie zrobiła, nie zapracowała na swoją sławę. Zapracował na nią George Otto Gey, lekarz ze słynnego Johns Hopkins Hospital w Baltimore w USA, odkrywca komórek, które miały być kluczem do wiecznego życia albo przynajmniej do życia bez chorób. Gey całą swoją naukową karierę poświęcił badaniu komórek. Pobierał je od wielu pacjentów i starannie hodował z nadzieją na to, że nadal będą się rozmnażały w warunkach laboratoryjnych, ale to się nie udawało. Komórki umierały.

Do czasu, kiedy trafiły w jego ręce komórki HeLa.
– One błyskawicznie zaczynają się rozmnażać, są właściwie niezniszczalne. Gey po latach niekończących się prób spełnia swoje wielkie marzenie. Ma w laboratorium ludzkie komórki, które nie umierają. Trudno nawet opisać znaczenie tego odkrycia dla nauki. Dzięki niemu naukowcy na całym świecie mogli rozpocząć badania, które zapoczątkują leczenie wielu chorób.

To właściwie niekończąca się lista. Dzięki komórkom HeLa wynaleziono szczepionkę na polio, skuteczne leki na nadciśnienie, grypę czy opryszczkę, opracowano coraz skuteczniejsze metody leczenia raka (w tym białaczki), hemofilii czy choroby Parkinsona. Komórki HeLa były pierwszymi, które wysłano w kosmos i sklonowano. Na świecie jest ponad 10 tysięcy patentów opartych na komórkach HeLa.
– I ciągle ich przybywa, bo nie istnieje chyba takie laboratorium na świecie, które nie posiada komórek HeLa, choć większość naukowców nie ma zapewne pojęcia skąd one są i dlaczego tak się nazywają.

6c8551533-130807-henrietta-lacks-126p.nbcnews-ux-2880-1000

Zamieniam się w słuch.
– Zostały pobrane w 1951 roku od Henrietty Lacks (stąd HeLa), młodej, czarnoskórej, biednej i niewykształconej matki pięciorga dzieci z amerykańskiego Południa, która trafia po silnych krwotokach z macicy do Szpitala Johnsa Hopkinsa – jedynego w okolicy, w którym leczy się Afroamerykanów. Diagnoza jest wyrokiem śmierci. Henrietta ma raka szyjki macicy, który wyjątkowo agresywnie rozprzestrzenia się po całym jej ciele. Umiera w wieku 31 lat i jest pochowana w bezimiennym grobie, ale komórki pobrane z jej ciała dają początek wielkiej rewolucji w medycynie.

Pobrane – dodajmy – bez jej zgody i wiedzy rodziny.
– Rodzinę potraktowano instrumentalnie. Już po śmierci Henrietty, kiedy Gey odkrył, że komórki rozmnażają się w laboratorium, skontaktowano się z jej mężem i poproszono o zgodę na sekcję zwłok. David Lacks odmówił i kiedy przybył do szpitala w celu załatwienia formalności pośmiertnych, lekarze go osaczyli prosząc, by zmienił decyzję. Mówili, że to dla dobra dzieci, że chcą sprawdzić, czy im też nie grozi choroba. Dostali zgodę na sekcję, pobrali kolejne komórki, a z dziećmi Henrietty i Davida już się nie skontaktowali.

Łatwo było wykorzystać czarnych pacjentów – wówczas obywateli drugiej kategorii, żeby nie powiedzieć podludzi.
– Dlatego sprawa Henrietty Lacks każe zadać pytania nie tylko natury medycznej czy etycznej, ale także klasowej i etnicznej. Kiedy dosłownie cały świat korzystał z komórek Henrietty – a to wielki, wart miliony dolarów biznes – jej dzieci nie dostały ani centa. Rodzina Lacksów nie miała nawet ubezpieczenia zdrowotnego, więc nie mogła skorzystać z dobrodziejstw, które medycynie przyniosły badania nad komórkami Henrietty. Mało tego, przez ponad dwadzieścia lat najbliżsi nie wiedzieli nawet, że komórki pobrano, handluje się nimi i przeprowadza na nich badania. Dlatego „Henrietta Lacks” to nie tylko fascynująca historia rozwoju światowej nauki, ale także historia Ameryki tamtych lat, kiedy rasizm i segregacja rasowa były głęboko zakorzenione w społeczeństwie. To zderzenie wspaniałości postępu z dyskryminacją.

Czy gdyby Henrietta Lacks była biała, wymazano by ją z historii? Czy pracująca na plantacji tytoniu potomkini niewolników zasługuje na pamięć? Czy biedna, czarnoskóra kobieta jest niewygodną bohaterką dla medycyny? Czy HeLa wstydzi się Henrietty Lacks?

Dużo wielkich pytań w niewielkiej produkcji teatralnej.
– I jest ich jeszcze więcej, bo to wielowymiarowa, epicka historia. Dlatego teraz musimy opanować wszystkie te zagadnienia i złożyć w sensowną całość, która – chcę to zaznaczyć – nie ma być spektaklem ani historycznym, ani dokumentalnym. Chcemy, korzystając z tej historii, zadać ważne pytania dotyczące współczesności, bo powiedz czym się różni potraktowanie Henrietty Lacks od traktowania na przykład uchodźców, których porywa się o czym donoszą media na organy? Zawsze na świecie są jacyś „gorsi ludzie”, których nauka może użyć, by tym „lepszym” żyło się lepiej.

Chcemy też spytać o ciało jako własność. Czy możemy myśleć o swoim ciele w kategorii praw autorskich i tantiem? Czy tylko ja mam prawo do mojego ciała, czy też mogą o nim decydować inni? No, i gdzie jest granica postępu? Czy chcemy żyć wiecznie bez chorób i cierpienia?

Dostaniemy jakieś odpowiedzi?
– Nie kieruje nami ambicja odpowiedzenia na wszystko kompleksowo, bo to jest temat-ocean, a ja pracuję w warunkach kameralnych. Może na więcej pytań odpowie film powstający w tym roku w HBO, w którym w rolę Deborah Lacks – córki Henrietty wcieli się sama Oprah Winfrey.

Staramy się wyciągnąć z tej historii to, co nas osobiście fascynuje i naturalnie wypływa w czasie rozmów i prób, bo tekst spektaklu powstaje w oparciu o improwizacje, które dają całości bardzo osobistą perspektywę. Osobistą i współczesną, bo patrzymy na Henriettę w roku 2016. Chcemy się dowiedzieć jakie rzeczy dzisiaj nas szokują, jakie wywołują emocje, jak my wyglądamy w kontekście wydarzenia sprzed ponad sześćdziesięciu lat. Przecież wszyscy chcemy zwalczyć raka, chcemy od lekarzy dobrych wiadomości, ale czy interesuje nas koszt, który musieli ponieść inni, byśmy mogli wyjść od doktora w dobrym humorze?

Kim są „my”?
– To wspaniała ekipa, z którą pracuję. Scenariusz piszę z czworgiem aktorów: Martą Malikowską, Sonią Roszczuk, Maciejem Pestą i Janem Sobolewskim.

Wszyscy są w zespole Teatru Polskiego w Bydgoszczy i poza Martą Malikowską wszyscy grali w twoim znakomitym „Dybuku”.
– Wiedziałam, że będę chciała tworzyć tekst kolektywnie i budować coś osobistego, a do tego potrzebowałam ludzi z niepohamowaną wyobraźnią, którzy w dodatku mi ufają i są otwarci na tego typu pracę. Stąd taki, a nie inny skład. Dzięki tej współpracy „Henrietta Lacks” jest daleka od biograficznej dosłowności. Jest w jakimś sensie fantazją. Opowiada o spotkaniu, które nigdy nie nastąpiło.

Wplatanie osobistej historii, a wręcz budowanie na niej spektaklu, co zrobiłaś brawurowo w „Aktorach Żydowskich” w Teatrze Żydowskim w Warszawie to twoja metoda?
– Powiedzmy, że na to mam teraz ochotę. Interesuje mnie rzeczywistość przefiltrowana przez aktorów, to, jakie słowa pojawiają się pod wpływem zderzenia wyobraźni aktora z daną materią. Owo filtrowanie przez określone osobowości tworzy świat, który potem podajemy widzom na scenie, co oczywiście jest związane z tym, że nie ma mowy o żadnych aktorskich zastępstwach. Takie podejście mi szalenie odpowiada. Wszyscy bierzemy wszyscy odpowiedzialność za to, co powstaje.

Co masz w planie po „Henrietcie Lacks”?
– Jeszcze w tym roku zabieram się w Teatrze im. Wojciech Bogusławskiego w Kaliszu za głośną książkę Małgorzaty Halber „Najgorszy człowiek na świecie”. Znam Małgorzatę od lat i zawsze podziwiałam jej niesamowitą zdolność do nazywania rzeczy po imieniu i systematycznego demontowania klisz. Małgorzata pokazuje, jak bardzo choroba alkoholowa jest demokratyczna. „Najgorszy człowiek na świecie” przekracza z resztą znacząco temat uzależnienia. Subtelnie i dotkliwie analizuje, jak człowiek potrafi być uwikłany w kłamstwo, jak może całe życie udawać i borykać się ze wstydem, co dla kobiet jest jeszcze trudniejsze niż dla mężczyzn, bo kobietom się mniej wybacza.

Potem pojadę do Starego Teatru w Krakowie reżyserować „Kopciuszka” Joëla Pommerata. W jego wersji „Kopciuszek” jest opowieścią bardzo dorosłą i smutną, chyba dlatego tak mnie zainteresowała. Choć nie wykluczam, że dzieci też będą mogły na ten spektakl przychodzić. Robię go, bo mam poczucie, że raz na jakiś czas dorosły człowiek potrzebuje archetypicznej bajki, która pozwoli mu zajrzeć do własnego dzieciństwa. Ale więcej o „Kopciuszku” ci nie powiem, bo nie mogę teraz myśleć o niczym innym poza Henriettą Lacks.

CZYTAJ TAKŻE:
Dybuk | recenzja
Aktorzy żydowscy | recenzja

_____

184842_1790922006869_886605_n

Anna Smolar (ur. 1980) jest reżyserką teatralną, absolwentką literaturoznawstwa na paryskiej Sorbonie. Zadebiutowała w 2005 roku w Teatrze Śląskim w Katowicach i od tego czasu wyreżyserowała jedenaście spektakli. Uznanie przyniosły jej szczególnie ostatnie realizacje: „Aktorzy żydowscy” w Teatrze Żydowskim w Warszawie i „Dybuk” w Teatrze Polskim w Bydgoszczy. Jej najnowszy spektakl „Henrietta Lacks”, koprodukowany przez Nowy Teatr, można zobaczyć od 2 do 4 września na Festiwalu Przemiany w Centrum Nauki „Kopernik” w Warszawie.

_____

Rozmowa w wersji skróconej ukazała się w „Wysokich Obcasach” 27.08.2016 r. Fot. Magda Hueckel/arch.pryw./mat.prass.

Zwykły wpis
ZAPOWIEDZI

To będzie dobry sezon!

b1d9b240094477.57724344e352c

Pierwszy sierpniowy mejl zaczynający się od słów „Dzień dobry Panie Redaktorze” oznacza, że moje wakacje nieuchronnie dobiegają końca. Życie „Pana Redaktora” reguluje bowiem teatralny kalendarz połączony z żywotem publicznych teatrów, a te są już gotowe na przyjęcie państwa na pokład. Co niebawem zobaczymy?

Pierwszy, bo zawsze był prymusem, startuje jeszcze latem Michał Zadara. 27 sierpnia w warszawskiej Zachęcie będzie premiera jego „Orestesa” Eurypidesa, nowej produkcji grupy Centrala. Zaraz po nim, też nie w teatrze, ale w Centrum Nauki „Kopernik” Anna Smolar wyreżyseruje koprodukowaną przez Festiwal Przemiany i Nowy Teatr „Henriettę Lacks” – rzecz o kobiecie, której komórki zmieniły oblicze medycyny XX wieku.

Tego samego dnia, 2 września, sezon zainauguruje Teatr Polski w Poznaniu – „Sceny myśliwskie z Dolnej Bawarii” Martina Sperra reżyseruje Grażyna Kania. Kolejne premiery Polskiego to listopadowe „Myśli nowoczesnego Polaka” Romana Dmowskiego w reżyserii Grzegorza Laszuka, grudniowe „Breivik i inni” Marty Górnickiej i „Great Poland” Krzysztofa Szekalskiego w reżyserii Aleksandry Jakubczak (polska odpowiedź na „Little Britain”) oraz „Malowany ptak” Jerzego Kosińskiego, za którego weźmie się Maja Kleczewska (luty). Nie można też w Poznaniu przegapić spektaklu Agaty Baumgart „O szczytach rozpaczy i uśmiechu stewardessy”, który 12 listopada zobaczymy w Teatrze Nowym.

We Wrocławiu natomiast waży się niepewny los Teatru Polskiego, naszej czołowej sceny, którą nieustannie próbują wykończyć politycy PO wraz ze swoimi akolitami z dolnośląskiego sejmiku. Dlatego na razie jedynym konkretem jest zaplanowany na 23 listopada „Proces” Franza Kafki w reżyserii Krystiana Lupy. Następna w kolejce jest Ewelina Marciniak, planująca wystawienie w styczniu „Głodu” Martína Caparrósa.

Inaczej sprawy się mają w Teatrze Powszechnym w Warszawie, który ma bez wątpienia najbardziej imponujące plany repertuarowe. Sezon zacznie 24 września od prapremiery „Wściekłości” – nowego tekstu Elfriede Jelinek w reżyserii Mai Kleczewskiej. 3 grudnia Paweł Łysak wystawi sztukę „Kuroń” autorstwa Małgorzaty Sikorskiej-Miszczuk, dwa tygodnie później (15 grudnia) zobaczymy „Wdowy z Vrindavan” Magdy Fertacz w reżyserii Łukasza Chotkowskiego (koprodukcję z Teatrem Kasba Arghya w Kalkucie i Instytutem Adama Mickiewicza), a 18 lutego Oliver Frljić pokaże „Klątwę” Stanisława Wyspiańskiego. (Ale nic mnie bardziej nie ciekawi, niż zaplanowani na maj „Chłopi” Władysława Reymonta w reżyserii Krzysztofa Garbaczewskiego).

Skoro wróciliśmy do stolicy, uprzejmie donoszę, że wspomniany już Michał Zadara zaprasza 28 listopada do Teatru Narodowego na „Matkę Courage i jej dzieci” Bertolta Brechta. W TR Warszawa zobaczymy najpierw „Elementy dzieła muzycznego” Wojtka Blecharza (15 października), potem „Piłkarzy” Krzysztofa Szekalskiego w reżyserii Gosi Wdowik (18 listopada, premiera: 1 września na Sopot Non Fiction) oraz inspirowany „Idiotami” Larsa von Triera spektakl Grzegorza Jarzyny (luty). W Nowym Teatrze natomiast najpierw (24 września) na afisz trafi „Jeden gest” Wojtka Ziemilskiego o językach migowych, a potem (w styczniu) „Sonata widm” Augusta Strinberga w reżyserii Marcusa Öhrna.

Wielkim znakiem zapytania jest zrujnowany wizerunkowo i przetrzebiony aktorsko stołeczny Teatr Studio, który zapowiada osiem premier, wśród nich „Ripley’a pod ziemią” Patricii Highsmith w reżyserii Radka Rychcika (14 września) i „Berlin Alexanderplatz” Alfreda Doblina w reżyserii Natalii Korczakowskiej (styczeń). Rychcik planuje także pod koniec lutego „Wyzwolnie” Stanisława Wyspiańskiego w Teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie.

Na jedną z najciekawszych scen wyrasta ostatnio Teatr im. Stefana Jaracza w Łodzi, który zacznie 15 października od „Czekając na Godota” Samuela Becketta w reżyserii Michała Borczucha, by zimą zaprosić nas jeszcze na „Filokteta” Heinera Muellera w inscenizacji Wojtka Klemma i „Czarownice z Salem” Arthura Millera, które zrobi Mariusz Grzegorzek.

Obowiązkowym przystankiem każdego teatromana jest naturalnie Teatr Dramatyczny w Wałbrzychu, gdzie w listopadzie zobaczymy „Moby Dicka” Hermana Melville’a w reżyserii Macieja Podstawnego, w styczniu „Strajk” Przemysława Wojcieszka, a w lutym „Middlesex” Jeffrey’a Eugenidesa w reżyserii Jędrzeja Piaskowskiego.

Do Teatru im. Stefana Żeromskiego w Kielcach udajemy się 1 października na „Kła” Yorgosa Lanthimosa w adaptacji Marcina Cecki i reżyserii Bartosza Żurowskiego, 10 grudnia na „Zachodnie wybrzeże” Bernarda-Marie Koltèsa w reżyserii Kuby Kowalskiego i 25 lutego na „Kielce to nie Dallas” – nową sztukę Tomasz Śpiewaka o pogromie kieleckim w inscenizacji Remigiusza Brzyka.

Teatr Wybrzeże w Gdańsku nawiedzamy 14 października, bo wtedy będzie premiera „Mapy i terytorium” Michela Houellebecqa w reżyserii Eweliny Marciniak, która 5 listopada zaprosi nas też na zaległą „Leni Riefenstahl. Epizody niepamięci” w Teatrze Śląskim w Katowicach.

Spektakl o silnej kobiecie zobaczymy również w Teatrze Polskim w Bydgoszczy, gdzie 29 października Wiktor Rubin wystawi sztukę o francuskiej rewolucjonistce Théroigne de Méricourt – autorką tekstu jest oczywiście Jolanta Janiczak. W grudniu ten sam duet zaprasza do Komuny Warszawa, ale zanim dojedziemy do końca roku roku, mamy po drodze jeszcze dwie odsłony Mikroteatru: Romuald Krężel/Marcin Liber/Iga Gańczarczyk (8 października) i Grzegorz Jarzyna/Wojtek Ziemilski/Anna Karasińska (12 listopada) oraz „Raykjavik 1974” Marty Sokołowskiej w reżyserii Katarzyny Kalwat w Teatrze im. Wilama Horzycy w Toruniu (listopad) i „Najgorszego człowieka na świecie” Małgorzaty Halber w reżyserii Anny Smolar w Teatrze im. Wojciecha Bogusławskiego w Kaliszu (grudzień).

I last but not least, Stary Teatr w Krakowie, który zaczyna 8 października z grubej rury „Wojną i pokojem” Lwa Tołstoja w reżyserii Konstantina Bogomołowa, by 19 listopada zaprosić nas na „Kosmos” Witolda Gombrowicza, którego wystawi Krzysztof Garbaczewski, a 31 grudnia na „Triumf woli” Pawła Demirskiego w reżyserii Moniki Strzępki.

No dobra, pakuję walizkę i wracam do kraju.

___

Fot. Magda Hueckel, „Sceny myśliwskie z Dolnej Bawarii”, Teatr Polski w Poznaniu

Zwykły wpis
ROZMOWA

Nie jestem panem od sceny walca

13330464_10209609679825675_1230466779_n

Z dziką wręcz radością wyginam ciało we wszystkie strony i mam nadzieję, że to się udziela widzom. Z Pawłem Sakowiczem, tancerzem i choreografem, rozmawia Mike Urbaniak

Where are you from High Speed?
– I’m from the future!

From the future?
– And from Białystok.

To zupełnie zmienia postać rzeczy.
– Tak myślałem. A naprawdę jestem poza czasem, bo jako superbohater mam zdolność rozciągania go, zmieniania, wpływania na to, co już było i na to, co będzie. Także, jak widzisz, High Speed jest poważną rolą. Mogę robić wszystko i jestem gotowy na wszystko.

Co do tego nie mam żadnych wątpliwości.
– High Speed został stworzony przez Martę Ziółek, która zaczynając pracę nad „Zrób siebie/Make Yourself” w Komunie Warszawa nadała nam wszystkim imiona. Agnieszka Kryst to Beauty, Ramona Nagabczyńska – Coco, Kasia Sikora – Lordi, Robert Wasiewicz – Glow, a Marta to Angel Dust. Nowe imiona łączą się z naszymi osobowościami i wyobrażeniem Marty o naszym performowaniu.

Twoje ci się spodobało?
– Bardzo, uznałem je za idealne. Niedawno wróciłem z Brazylii, gdzie nazwano mnie Tornado. Tornado i High Speed świetnie współgrają.

Rzeczywiście jesteś nadaktywny.
– Taką mam naturę. Działam na wysokich obrotach, mam umiejętność adaptacji i potrzebuję niewiele czasu na regenerację.

Od zawsze?
– Chyba tak. W szkole byłem kujonem, finalistą olimpiady polonistycznej i miałem najwyższą średnią w liceum. To było spowodowane naturalną chęcią zdobywania wiedzy, rozwoju intelektualnego. Dodam, że byłem lubianym kujonem. Takim, co to chcesz się z nim kumać i od czasu do czasu coś odpisać, a że ładnie piszę, łatwo było ode mnie ściągać. Dodatkowo w klasie maturalnej dostałem od taty starego opla i zabierałem po drodze kolegów do szkoły. Woziliśmy się po Białymstoku. A po lekcjach biegłem za zajęcia taneczne.

A one skąd się wzięły?
– Miałem dziesięć lat, kiedy tato zabrał mnie na turniej tańca towarzyskiego, który sponsorowała jego firma. Bardzo mi się to, co zobaczyłem spodobało i na drugi dzień byłem już zapisany na kurs.

Co ci się tak spodobało?
– Nie wiem, może współzawodnictwo między parami. Moja intensywna przygoda z tańcem towarzyskim trwała prawie dekadę, cały wolny czas poświęcałem treningom i próbom. Byłem dwukrotnym wicemistrzem Polski w tańcach latynoamerykańskich. High Speed od małego!

Robiłeś coś poza nauką i tańcem?
– Niewiele, szkoła i taniec pochłaniały prawie cały mój czas. Potem także czas siostry, która również zaczęła tańczyć – tańczyliśmy nawet w parze, a rodzice dzielnie nas w tym wspierali. Sami świetnie radzą sobie na parkiecie.

To dlaczego poszedłeś na politologię?
– Wybrałem je bez głębszej refleksji. Interesowały mnie po prostu zagadnienia związane z polityką, dyplomacją i życiem społecznym.

Co się stało z tańcem kiedy zacząłeś studiować w Warszawie?
– Umarł śmiercią naturalną. Kontynuacja wymagała jeszcze większego poświęcenia, a ja nie miałem na to ani siły, ani chęci. Byłem już zmęczony całą tą otoczką wokół tańca towarzyskiego: ciuchami, solarium, mimiką i powtarzalnością. Rozstałem się z tańcem z dnia na dzień bez wielkiego dramatu i bardzo świadomie.

Masz jakieś nagrania ze swoich występów?
– Oczywiście, może użyję ich w spektaklu rozliczającym się z tą spuścizną. Gdybym wtedy zamiast czaczą i dżajfem zajął się tańcem współczesnym, pewnie byłbym dzisiaj gdzie indziej. Z drugiej strony takie myślenie jest chyba bez sensu, bo przez dziesięć lat trenowania też się sporo nauczyłem. W każdym razie długo miałem kompleks tańca towarzyskiego.

13327624_10209609603863776_6902710523028981235_n

Po kilku latach taniec jednak do ciebie wrócił.
– Na trzecim roku wyjechałem do Londynu na Erasmusa i…

Dlaczego się śmiejesz?
– Bo teraz będzie historia, jak z amerykańskiego filmu.

Dajesz.
– No dobrze, sam tego chciałeś. Jest piękny dzień, idę sobie przez King’s Cross i widzę nagle przez okno, jak ktoś ćwiczy na sali baletowej przy drążku. Wchodzę do środka i pytam, czy nie ma zajęć dla amatorów. Zapisuję się na nie i już wiem, że kiedy wrócę do Warszawy, piszę pracę dyplomową i aplikuję od razu do London Contemporary Dance School.

Jaki był temat twojej pracy?
– „Polityczne i społeczne aspekty teatru tańca”. Teraz ty się śmiejesz! Naprawdę pozwolono mi na politologii napisać taką pracę, obroniłem ją na piątkę. Moim promotorem był dr Daniel Przastek. Dlaczego pisałem o teatrze tańca? Do dzisiaj nie wiem, ale to pokazuje jakie miałem wówczas wyobrażenie o tańcu i choreografii.

No dobrze, aplikujesz do Londynu.
– I choć nie mam licencjatu ani z choreografii, ani performansu, tylko z nauk politycznych, przyjmują mnie od razu na studia magisterskie. Dostaję ogromny kredyt zaufania, który muszę spłacić.

To było trudne?
– Pamiętam pierwsze zajęcia z klasyki. Większość była po szkołach baletowych i angażach w teatrach. Próbuję ich naśladować, ale czuję, że to mi wychodzi fatalnie. Biorę się ostro do roboty i postanawiam, że nadrobię. Łatwo nie jest, bo mam ogromne braki zarówno w warsztacie, jak i w wiedzy teoretycznej – tu włączył się licealny kujon.

Londynu by nie było, gdyby nie rodzice, którzy mi bardzo pomagali. Wspólnie zapłaciliśmy za studia, bo wtedy miałem jeszcze jakieś oszczędności, a na życie dorabiałem serwując w weekendy flat white i mimosę w Hampstead. Szlifowałem też angielski, więc oprócz dyplomu magistra, przywiozłem do Polski fake British accent.

Nie chciałeś tam zostać?
– Po skończeniu szkoły zupełnie nie wiedziałem co dalej. Mogłem zostać w Londynie jeszcze kilka miesięcy, bo byłem zaangażowany w jakiś projekt jako tancerz. Jedno wiedziałem na pewno – chcę pracować niezależnie, co wśród moich kolegów i koleżanek było odbierane jako odważna decyzja, bo większość z nich za naturalne uważała dołączenie do kompanii tanecznej. W Wielkiej Brytanii to naturalna ścieżka kariery.           

Ale rozumiem, że nie dla ciebie.
– Mnie to nie interesowało, nie chciałem być tylko wykonawcą czyichś pomysłów. Chciałem robić swoje prace. Zaaplikowałem do Instytutu Muzyki i Tańca, który przyznał mi w 2013 roku rezydencję w Uferstudios w Berlinie, gdzie rozpocząłem pracę nad „Bernhardem” – moim pierwszym solo. Tego samego lata Marysia Stokłosa zaprosiła mnie do zrobienia małej rzeczy w Centrum Sztuki Współczesnej w Warszawie. Tam pokazałem „Bajki muzyczne”.

13308466_10209609602543743_8357377719582234813_o

Zacznijmy od twojego solowego debiutu. Dlaczego zająłeś się Thomasem Bernhardem?
– Zaczytywali się nim moi przyjaciele z Berlina. Mówili, że to nie tylko świetna literatura, ale także niesamowity język. Zacząłem go czytać, pierwsze było „Wymazywanie”. Na początku pociągał mnie stosunek Bernharda do Austrii, który był podobny do mojego stosunku do Polski, ale potem górę wzięła forma jego języka. Finalnie powstało z tego solo o moim stosunku do czytania Bernharda, a nie do jego literatury jako takiej.

„Mój stosunek do Thomasa Bernharda jest dość niejednoznaczny” – to pierwsze zdanie, które wypowiadasz w spektaklu.
– Mój stosunek do książek Bernharda jest taki, że nie mogę przestać ich czytać. Mam dziwną przyjemność z czytania ich w kółko, trochę jak mantrę. Przekładając jego język na ruch, infekując jego literaturą moje ciało, pracowałem dużo z repetycją. Powstał z tego dość formalny, na końcu improwizowany spektakl.

A potem przyszły zaproszenia.
– Pierwszą osobą, która mi zaufała jeszcze przed „Bernhardem” była Ramona Nagabczyńska. Zobaczyła moje „Bajki muzyczne” w CSW i zaprosiła mnie do współpracy.

Zabawna była ta bajka. I ironiczna. Zupełnie inna od „Bernharda”.
– Wyszła mi rzeczywiście dość kampowa etiuda, co wzięło się stąd, że nie wiedziałem, jak sobie poradzić z niezbyt mi leżącym utworem Lutosławskiego, który dostałem z przydziału.

W zeszłym roku powstało twoje drugie solo – „TOTAL”.
– Dostaliśmy razem z Agnieszką Kryst rezydencję w Starym Browarze w Poznaniu, w ramach prowadzonego przez Art Stations Foundation by Grażyna Kulczyk programu Solo Projekt Plus. Każde z nas pracowało nad swoim kawałkiem.

W moim przypadku wszystko szło w bardzo różnych kierunkach: od pomysłu na taniec non stop, do pomysłu na to, że tańca nie będzie w ogóle. A wziąłem na warsztat temat wirtuozerii i wyobrażenia tego, czym w ogóle taniec jest, szczególnie w kontekście miejsca, w którym powstawał. Interesowałem się konfrontacją mnie – choreografa ze mną – wykonawcą, interesowałem się oczekiwaniami – tym, jak spektakl może być odebrany, interesowała mnie w końcu kwestia porażki – na ile mogę zaplanować to, że spektakl się nie uda. To był dla mnie długi proces myślowy. Praca nad „TOTALEM” odbywała się przede wszystkim w książkach, notatkach i mojej głowie, a głównym narzędziem była spekulacja. Tradycyjnie rozumianego tańca jest w tym spektaklu mało.

Twoje wyobrażenie o zawodzie tancerza i choreografa z czasów szkolnych pokrywa się z rzeczywistością?
– Z grubsza tak, choć myślałem, że moje życie zawodowe będzie odrobinę bardziej uporządkowane. Nie zdawałem też sobie sprawy, jak ważną jego częścią jest negocjowanie dat. Największym problemem jest to, że nie mogę być w dwóch miejscach jednocześnie.

Takie problemy mają tylko ci, którzy są zapracowani.
– Dlatego nie narzekam. Wolę mieć kłopoty z bilokacją, niż pusty kalendarz.      

Odmówiłeś komuś współpracy, mimo, że kalendarz ci na nią pozwalał?
– Zdecydowaną większość propozycji przyjmowałem. Odmowy były sporadyczny i wiązały się z tym, że nie chciałem po prostu z kimś pracować. Trudność odmawiania jest zasadniczym problemem dla kogoś, kto jest wolnym strzelcem. Nie można się zajechać na śmierć, a z drugiej strony kocham być w ruchu.

Nie da się nie zauważyć. Tydzień temu występowałeś w „Zrób siebie” w Komunie Warszawa, zaraz po byłeś na Scenie Tańca Studio w „Collective Jumps”, a ostatni weekend spędziłeś w Pszczynie, gdzie z Izą Szostak pokazywaliście „Balet koparyczny”.
– Skłamałbym, gdybym powiedziałbym, ze nie czuję fizycznego zmęczenia, ale mnie to jara.

13248363_10209609601023705_1597865501680954308_o

Każdy z tych spektakli jest w kompletnie innej stylistyce. Trudno jest ci się przestawiać?
– Trudno, ale wydaje mi się, że wypracowałem w sobie umiejętność przełączania się bez uszczerbku dla tego, co akurat robię. Inaczej bym zwariował, bo każda z tych rzeczy wymaga od mnie czegoś zupełnie innego, jest robiona na innym poziomie energetycznym. Oprócz tego, co wymieniłeś, gram cały czas „TOTAL” – najbliższy w czerwcu na Malcie w Poznaniu, a w lipcu zaczynam w KEM-ie próby z Alexem Baczyńskim-Jenkinsem, ich rezultat pokażemy na lipcowej STS. Oprócz mnie i Alexa, biorą w tym udział Ramona Nagabczyńska i Korina Kordova. Już nie mogę się już doczekać.

Pracując z choreografem czy choreografką lubisz wiedzieć gdzie wędrujecie, czy wolisz się zgubić?
– Zdecydowanie wolę drugą opcję, uwielbiam błądzić. Czuję się wtedy bardziej zaangażowany w proces powstawania. Oczywiście ważna jest wizja. Tak było, kiedy robiłem w Teatrze Dramatycznym w Wałbrzychu choreografię do „Schuberta. Romantycznej kompozycji na dwunastu wykonawców i kwartet smyczkowy” w reżyserii Magdy Szpecht. Magda wiedziała, co chce zrobić, jaki jest cel, ale drogi do niego szukaliśmy wspólnie nieraz zbaczając z obranego kursu. Mimo presji czasu, która jest w teatrze repertuarowym obecna, daliśmy sobie prawo do próby, z której nic nie wyszło, ale dzięki niej zdobyliśmy wiedzę o tym, czego na pewno nie chcemy. Nie spisuję takich prób na straty.

Teatr dramatyczny to kolejne pole twojej działalności.
– Przed „Schubertem” zrobiłem kilka mniejszych rzeczy. Z Olą Jakubczak współpracowałem przy spektaklu „Wietnam/Warszawa” w Teatrze Powszechnym, a z Magdą Miklasz przy „Mistrzu i Małgorzacie” w stołecznym Dramatycznym. Pierwszą choreografię zrobiłem w teatrze w Kaliszu do dyplomu łódzkiej Szkoły Filmowej w reżyserii Rudolfa Zioło i nie była to łatwa praca.

Ale dobrze się czujesz w teatrze, prawda?
– Bardzo, i cieszę się, że młodzi reżyserzy i reżyserki zapraszają choreografów i choreografki oraz z tego, czego od nas chcą, rozwalając przy tym dotychczasowy porządek władzy i hierarchię teatralną, w której na samym szczycie jest reżyser, a reszta to podrzędni wykonawcy jego żądań.

Mam przyjemność pracować z osobami, które nie traktują mnie jak pana od sceny walca, bo nim nie jestem. Dla mnie to jest też świetna szkoła współtworzenia z dużą ilością ludzi, bo, jak wiesz, w polskim tańcu dominują produkcje kameralne. Trzy osoby to już superprodukcja! Cieszy mnie także to, że młodzi reżyserzy i reżyserki coraz częściej decydują, by punktem wyjścia dla spektaklu nie był tekst dramatyczny i widzą duży potencjał w choreografii.

A co ci się w teatrze nie podoba?
– Chciałbym, żeby dyrektorzy mieli większe zaufanie do tego, co nie jest w teatrze typowe. Choreografia może być abstrakcyjna, może przetwarzać, może zmieniać, może stać w opozycji do tego, co się dzieje w spektaklu.

Taniec współczesny ma to do siebie, że często jest abstrakcyjny, a spektakle gra się rzadko. Tymczasem teatr repertuarowy musi dbać o to, by grać zrozumiałe, bo trzeba co wieczór wypełniać ludźmi widownię.
– Masz rację, dlatego robiąc w Wałbrzychu „Schuberta” pilnowaliśmy z Magdą, by stworzyć spektakl, na który publiczność będzie chciała przychodzić. To nie była oczywiście nasza naczelna zasada, ale nie zapominaliśmy o widzach. Mam w ogóle wrażenie, że uczestniczymy teraz w Polsce w wytwarzaniu języka, którym można opowiadać o tańcu i performansie w sposób komunikatywny, zrozumiały dla widzów, bo dużym problemem jest z pewnością jego przeintelektualizowanie.

To samo pomyślałem czytając opisy twoich spektakli.
– No dobrze, posypuję głowę popiołem. Myślę, że to się bierze z tego, że taniec współczesny jest tak bardzo zainteresowany filozofią i sztukami wizualnymi.

A mnie się wydaje, że te wasze wydumane, zrozumiałe dla mało kogo opisy spektakli biorą się z tego, że taniec jest bardzo środowiskowy. Na spektakle taneczne przychodzi niewielka grupa ludzi. Dusicie się we własnym sosie pokazując kto jest większym erudytą. Nie interesuje was zaciekawienie tańcem szerszej grupy odbiorców, tylko popisywanie się przed sobą.
– Przyjmuję tę krytykę z pokorą i obiecuję większe otwarcie się na widzów.

Przy kolejnym solo?
– Nie chcę robić pracy solowej. Chciałbym zrobić teraz grupową, ale na razie nie mam na nią pieniędzy, więc pomysł musi poczekać.     

Może zrobisz ją w KEM-ie, który współtworzysz?
– KEM, którego liderami są Marta Ziółek i Alex Baczyński-Jenkins jest cudownym miejscem otwartym na wszystko od samby do jogi kundalini, bo my się lubujemy w takich remiksach. To otwarta na rezydencje przestrzeń do pracy, a nas łączy to, że nie udajemy, że nie żyjemy w czasach, w których żyjemy – tak bym to ujął najkrócej. Interesuje nas Internet, lajfstajl, popkultura, ale każde z nas ma swój język. Mój jest bardzo oszczędny, a Marta kocha wypas, czego przykładem jest „Zrób siebie”. Mam w nim ogromną przyjemność performowania, z dziką wręcz radością wyginam ciało we wszystkie strony i mam nadzieję, że to się udziela widzom. Ty też, widziałem, kręciłeś łydką.

CZYTAJ TAKŻE:
Wykradam czas na ruch | Dominika Knapik
Jestem błędem w systemie | Robert Wasiewicz

____

13064635_10209484619739251_6829952246801035410_o

Paweł Sakowicz urodził się w 1988 roku w Białymstoku, gdzie przez prawie dziesięć lat trenował taniec towarzyski. Był dwukrotnym wicemistrzem Polski w tańcach latynoamerykańskich. Ukończył politologię na Wydziale Nauk Politycznych i Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego oraz performans i choreografię w London Contemporary Dance School. Latem 2013 roku odbył rezydencję choreograficzną w berlińskim Uferstudios, gdzie rozpoczął pracę nad debiutanckim spektaklem solowym „Bernhard”. Spektakl został zakwalifikowany do pokazów w ramach Polskiej Platformy Tańca w Lublinie. W 2015 roku jako artysta-rezydent w Art Stations Foundation by Grażyna Kulczyk (Stary Browar Nowy Taniec w ramach Solo Projektu Plus 2015) przygotował drugi solowy spektakl „TOTAL”. Współpracował z m.in. Jeannie Steele, Marią Stokłosą, Ramoną Nagabczyńską, Sjoerdem Vreugdenhilem, Mikołajem Mikołajczykiem, Martą Ziółek, Izą Szostak, Alexem Baczyńskim-Jenkinsem, Rebecką Lazier, Isabelle Schad, Aleksandrą Jakubczak, Magdą Szpecht i Joanną Leśnierowską. Stypendysta Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, zrzeszony z warszawską przestrzenią performatywną KEM. Mieszka w Warszawie.

____

Fot. Jakub Wittchen, Sławomir Klimkowski, Zbigniew Żupa/Teatralna Maszyna

 

Zwykły wpis
ROZMOWA

A tu taka niespodzianka!

9e888528bf3b1f924020b6b1dba96c47

Od razu zakochałem się w „Krakowiakach i Góralach” i od razu poczułem, jak bardzo aktualny jest dramat Bogusławskiego. Z Michałem Kmiecikiem rozmawia Mike Urbaniak.

Przerabiałeś na polskim „Krakowiaków i Górali”?
Nie, bo to nie jest lektura obowiązkowa.

To dlaczego ich robisz?
Kiedy Maciej Nowak został dyrektorem artystycznym Teatru Polskiego w Poznaniu, zadzwonił do mnie i poprosił bym szybko tę nadobowiązkową lekturę przerobił i zastanowił się, co z nią począć na scenicznych deskach.

Krótko mówiąc, dostałeś pracę domową.
Którą sumiennie odrobiłem. Maciek chciał wystawić „Krakowiaków i Górali” od dawna, jeszcze kierując Teatrem Wybrzeże w Gdańsku, ale nie było jakoś ku temu sposobności.

Dlaczego tak mu zależało?
Bo uważa, że kanoniczny dla polskiej kultury teatralnej tekst Wojciecha Bogusławskiego należy zrobić w końcu na poważnie.

Nigdy nie zrobiono go na poważnie?
Powiedzmy, że ten tekst nie miał dotychczas szczęścia.

Ty mu to szczęście przyniesiesz?
Przekonamy się niebawem. Ale mówiąc o zajęciu się „Krakowiakami i Góralami” na poważnie i o braku szczęścia w poprzednich inscenizacjach, nie chcę powiedzieć, że stworzymy teraz arcydzieło, tylko, że naprawdę sumiennie zabraliśmy się za ten pierwszy nowoczesny polski dramat.

Słowa to jedno, jest jeszcze muzyka.
Z nią był wielki problem, bo poznanie oryginalnej muzyki skomponowanej przez Jana Stefaniego graniczyło z cudem. Nigdzie nie mogliśmy znaleźć nagrań w sumie prawie trzydziestu piosenek. W końcu wyszperał je w bibliotece którejś akademii muzycznej Adam Domurat, kierownik muzyczny spektaklu. Dotarliśmy też do ścieżki dźwiękowej „Krakowiaków i Górali” w reżyserii Kazimierza Dejmka z Warszawskiej Opery Kameralnej, gdzie niestety grano na instrumentach barokowych, a to raczej nie jest muzyka, która interesowała nas i pewnie Stefaniego.

Jaka była twoja pierwsza reakcja na propozycję reżyserii „Krakowiaków i Górali?
Tak jest panie dyrektorze!”. To jest bardzo w stylu Nowaka, żeby zacząć swoją artystyczną dyrekcję od czegoś zaskakującego, żeby wziąć na deski prawie niewystawiany w teatrach dramatycznych tekst ojca polskiego teatru i powierzyć go „najmłodszemu reżyserowi”, uchodzącemu nieustannie za chłopca w krótkich spodenkach, który niezauważenie już z nich wyrósł.

Rzeczywiście informacja o tym, że będziesz reżyserował „Krakowiaków i Górali” wywoływała zwykle zdziwienie. Dlaczego?
Po pierwsze dlatego, że właśnie ten tekst. Po drugie dlatego, że robię go ja. I po trzecie dlatego, że w ogóle robię. Kiedy Nowak powiedział dyrektorom poznańskich teatrów, że pierwszą premierą jego dyrekcji będą „Krakowiacy i Górale”, szefowie zarówno Teatru Muzycznego, jak i Teatru Wielkiego, dziwili się, bo to przecież dramat oddany scenom muzycznym, traktowany jak opera. A tu taka niespodzianka!

Wracając do zdziwienia twoją reżyserią, może ona wynika z tego, że funkcjonujesz jednak bardziej jako dramaturg, autor sztuk i adaptacji?
Dostałem w ostatnim czasie kilka bardzo ciekawych propozycji współpracy dramaturgicznej, które przyjąłem. Tak było z Remikiem Brzykiem w Teatrze im. Osterwy w Lublinie i w łódzkim Nowym, z Marcinem Liberem w krakowskiej PWST czy z debiutującą reżyserko w Gnieźnie Justyną Łagowską. Wydaje mi się, że umiem pisać i mogę to robić, ale mam już – przyznaję – trochę dosyć, bo bardziej niż ślęczenie tygodniami nad adaptacją, wolę pracować z ludźmi nad spektaklem. To mnie kręci najbardziej. Tym bardziej nie mogłem odmówić Nowakowi i Kowalskiemu. Zresztą nie mam w zwyczaju odmawiać pracy.

Jakie wrażenia miałeś po pierwszej lekturze „Krakowiaków i Górali”?
Od razu zakochałem się w tym tekście i od razu poczułem też jego aktualność, bo historia dwóch „plemion” (Krakowiaków i Górali), które napierdalają się o dziewczynę, to wypisz, wymaluj dzisiejsza walka dwóch „plemion” podzielonej jak nigdy Polski. Jeśli pochodzący głównie z robotniczych rodzin policjanci biją się na ulicach z pochodzącymi głównie z robotniczych rodzin łysymi chłopcami, to mamy zasadniczo problem, który przykrywa sprawy o wiele ważniejsze. Tak samo, jak u Bogusławskiego – Krakowiacy biją się Góralami, a pańszczyzna nadal nie jest zniesiona. Prapremiera tego tekstu mocno wyrezonowała w ówczesnej Warszawie, bo została wprzęgnięta w uniesienie insurekcją kościuszkowską. Pracujemy nad tym, by być równie skuteczni.

Mówiłeś, że był problem z muzyką, ale z tekstem też nie jest łatwo.
Bo dramat został wydany parę dobrych lat po prapremierze i nawet nie wiemy pod jakim tytułem. „Cud mniemany” został podobno dodany do tytułu później we Lwowie. Nie mamy kanonicznej wersji „Krakowiaków i Górali”, ona ciągle ewoluowała, podobnie jak teksty piosenek. Jest więc w czym wybierać.

Jakieś przykłady?
Najpopularniejsza wersja „Marszu kosynierów” brzmi tak: „Niechaj baba gospodarzy, niech pilnują roli starzy”, ale jest też taka: „Niech tam kto chce gospodarzy, niech pilnują roli starzy”. Albo: „Harda w nas dusza, nie boim się Rusa, Prusa”, a w innej wersji: „Harda w nas dusza, nie bojewa się kontusza”. Zasadnicza różnica, prawda?

W jakiej konwencji będzie spektakl?
Gramy trochę konwencją ludowości, ale nie będzie to przedstawienie w formie, którą proponowali poprzedni inscenizatorzy czy też zespół „Mazowsze”, bo kiedy widzisz bohaterów w strojach krakowskich, w kierecyjach wyszywanych i haftowanych, to trudno jest sobie wyobrazić, że niebawem chwycą za kosy i cepy, by walczyć o swoje. W ogóle komercja i podkolorowany wiejski obrazek kompletnie zajebały żywioł chłopski i my szukamy czegoś, co pozwoli nam go odzyskać.         

Jakieś dopiski?
Nic nie dopisujemy, tylko uczymy się oryginalnego tekstu: kadencja, antykadencja, średniówka i te sprawy. Wszystko jak należy. Długo rozczytywaliśmy „Krakowiaków i Górali”, bo trzeba było dokładnie ogarnąć kto z kim gada i w jakiej sprawie. Zależało mi na tym, by bardzo dokładnie się dowiedzieć, co tam Bogusławski poukrywał między literakami.

Gdzie zbierałeś inspiracje?
Inspiracją była głównie muzyka, ale też „Wieszanie” – wspaniała książka Jarosława Marka Rymkiewicza, który z wielką erudycją odmalowuje wydarzenia z insurekcji kościuszkowskiej, łącząc je ze współczesną Warszawą. Dzięki temu tworzy znakomite połączenie między historią i dzisiejszym czytelnikiem.

Muzykę do „Krakowiaków i Górali” tworzy – nomen omen – Gooral.
Mateusz „Gooral” Górny to wybitny muzyk, który robi dokładnie to, co dwieście lat temu robił Jan Stefani, czyli we współczesną sobie muzykę popularną, wplata elementy ludowe, głównie góralszczyznę. W przypadku Goorala to ciężkawa elektronika połączona z – na przykład – głosami baców.

A reszta ekipy?
Z Justyną Łagowską zadzierzgnęliśmy współpracę przy okazji „Alicji” w Teatrze im. Aleksandra Fredry w Gnieźnie. To jedna z najwybitniejszych polskich scenografek i bardzo się cieszę, że możemy razem pracować. Choreografią zajmuje się Maćko Prusak, który przejął robotę od Cezarego Tomaszewskiego. Cezary zaczął z nami, reżyserując w tym samym czasie „Żołnierza królowej Madagaskaru” w Kaliszu i okazało się, że komunikacja kolejowa między dwoma dużymi miastami Wielkopolski uniemożliwiła nam współpracę. Maćko świetnie wyciągnął to, co zaczął Cezary i zaproponował swoje rzeczy. Kostiumy projektuje Julia Kosmynka, z którą pierwszy raz pracowałem, kiedy reżyserowałem „Vatzlava” Sławomira Mrożka w Teatrze Nowym w Łodzi.

A w roli dramaturga debiutuje dr Piotr Morawski, badacz kulturowej historii widowisk z Instytutu Kultury Polskiej UW.
Bo jak wiadomo Teatr Polski w Poznaniu jest świetnym miejscem na debiuty dramaturgiczne. Piotr jest znawcą teatru Oświecenia, prowadzi o nim wykłady. Kiedy zaproponowałem mu współpracę, zareagował entuzjastycznie, co udzieliło się nam wszystkim.

Także aktorom?
Oczywiście, bo to są w ogóle entuzjaści teatru, wyśmienici artyści, których talenty były niestety przez ostatnie sezony ukrywane przed Polską, ale liczę, że to się wkrótce zmieni. Wszyscy są zaangażowani na sto procent i cholernie pracowici. Spektakl będzie wspólnym głosem całego zespołu.

„Krakowiacy i Górale” mają otworzyć nowy rozdział w historii Teatru Polskiego w Poznaniu. Czujesz w związku z tym większą presję niż zwykle?
Gdybyśmy pracowali myśląc: „Boże! Boże! Pierwsza premiera nowej dyrekcji!” to byśmy się zabili. Tymczasem nikt się nie zabił, próby trwają i mam nadzieję, że uda nam się „Krakowiakami i Góralami” rozbroić konflikt zanim ogarnie ulice.

Nie za późno na to? Ja już dostałem różańcem po twarzy.
Ja jeszcze nie.

_____

Michał Kmiecik (ur. 1992) jest dramatopisarzem, dramaturgiem i reżyserem teatralnym. W roku 2011, mając 19 lat, wygrał – organizowany przez Teatr Polski w Poznaniu – konkurs „Metafory Rzeczywistości”. Od tego czasu jego teksty wygrały kilka innych konkursów, jeden („Wesele”) był półfinalistą IV edycji Gdyńskiej Nagrody Dramaturgicznej. Reżysersko debiutował w 2012 roku spektaklem „Kto zabił Alonę Iwanowną?” w Teatrze Dramatycznym w Warszawie. Następnie reżyserował kolejno w Teatrze Polskim we Wrocławiu, Teatrze Dramatycznym w Wałbrzychu i Teatrze Nowym w Łodzi. Jako dramaturg współpracuje w Marcinem Liberem, Remigiuszem Brzykiem i ostatnio Justyną Łagowską. Od stycznia 2015 roku jest etatowym dramaturgiem Teatru Nowego w Łodzi. Obecnie w Teatrze Polskim w Poznaniu reżyseruje „Krakowiaków i Górali” Wojciecha Bogusławskiego (premiera 19 grudnia).
_____

© Mike Urbaniak | Fot. Teatr Nowy w Łodzi

Zwykły wpis