ZAPOWIEDZI

Ostatni sezon

Koniec z lewactwem i hochsztaplerstwem nowego teatru! Koniec z pedałami, gołymi dupami, cyckami i dyndającymi bezwstydnie męskimi członkami! Koniec z wagonami krwi i mamrotaniem do mikroportów! Koniec z próbami bez tekstu i haniebnym gmeraniem w dramatach ukochanych autorów! Koniec z irytującą wszechobecnością kamer i improwizacjami! Koniec z atakami na święte dla Polaków wartości i symbole! No pasaran! Non possumus! Auf wiedersehen zdradzieckie mordy!

Tak mniej więcej można podsumować polityczną narrację niedawno zakończonego sezonu, w którym polska prawica (PiS, PO i PSL) postanowiła rozprawić się ze swoim największym wrogiem w świecie polskiej kultury, czyli teatrem. I, trzeba przyznać, poszło jej to całkiem nieźle. Najlepsze sceny padały pod prawackim naporem jedna po drugiej, dlatego dzisiaj teatralna mapa polski nie wygląda tak, jak jeszcze rok temu. Na oceanie teatralnej konfekcji ostało już tylko kilka wysp najlepszego teatru (gdzie teraz będą jeździć krytycy niepokorni?), który przez ostatnie dwadzieścia lat, od czasu pamiętnego przewrotu styczniowego 1997 roku, nadawał ton scenicznemu życiu Polski i przyniósł naszemu krajowi zagraniczną sławę oraz niekwestionowaną pozycję lidera.

Za chwilę rozpocznie się sezon teatralny 2017/18, który nazywam ostatnim sezonem. I nie tylko dlatego, że być może w ciągu najbliższych miesięcy Polska stoczy się otchłań autorytarnych rządów i jedynej słusznej, koncesjonowanej przez rząd polityki kulturalnej pod patronatem towarzyszy z komisariatu ludowego ds. kultury i dziedzictwa narodowego. Ale też dlatego, że coś się w polskim teatrze kończy na bardzo wielu poziomach: artystycznym, organizacyjnym, finansowym i pokoleniowym. Dobiegają końca dwie heroiczne dekady polskiego teatru (1997-2017) i nikt nie wie, co będzie dalej.

Tymczasem ostatni sezon jest nadal pełen podniecających planów, choć w coraz mniejszej liczbie teatrów. Sceny, które nadal warto odwiedzać można policzyć na palcach obu rąk i jedną trzeba poświęcić na Warszawę, co jeszcze niedawno było nie do pomyślenia. Stolica wyrosła bowiem w ciągu ostatniego roku na prawdziwą potęgę przyciągającą aktorskich rozbitków z niszczonych scen innych miast. Mamy więc teraz warszawską mocną czwórkę (Nowy Teatr, STUDIO teatrgalerię, TR Warszawa i Teatr Powszechny) z mającym coraz większe ambicje Teatrem Żydowskim i każdego roku lepszą Komuną Warszawa, a w interiorze już tylko kilku ostańców: Teatr im. Stefana Żeromskiego w Kielcach, Teatr Dramatyczny w Wałbrzychu i Teatr Polski w Poznaniu oraz kilka scen, które mają jeszcze od czasu do czasu siłę i chęć na małe szaleństwa, czyli Teatr Zagłębia w Sosnowcu, Teatr im. Juliusza Osterwy w Lublinie i Teatr Śląski w Katowicach. Oto mój homo-lewacko-syjonistyczno-zdradziecko-antypolski przewodnik po ostatnim sezonie.

Świetnie zapowiadają się najbliższe miesiące w Nowym Teatrze w Warszawie pod kierownictwem Karoliny Ochab i Krzysztofa Warlikowskiego. Pierwszą premierą pierwszego września będzie pierwsza cześć pierwszej księgi Biblii. Tak, to nie żart. Całą Księgę Rodzaju („Biblia. Rdz 1-11” to pełny tytuł pierwszego spektaklu) w trzech odsłonach (wrzesień, grudzień, kwiecień) wystawi Michał Zadara – reżyser uwielbiający przenosić na scenę książki, o których wszyscy mówią, ale nikt ich nie przeczytał. 1 września zobaczymy więc przedstawienie opowiadające historię od stworzenia świata do budowy Wieży Babel przeznaczone dla widzów od lat sześciu w górę. Jeśli  ta premiera zakończy się sukcesem, Nowy będzie miał w swoim repertuarze aż pięć fajnych spektakli dla dzieci i młodzieży, czym nie może się pochwalić żaden teatr dramatyczny w Polsce.

Na listopad planowana jest premiera „Procesu” Franza Kafki w reżyserii Krystiana Lupy. To miał być spektakl Teatru Polskiego we Wrocławiu, ale próby do niego zostały przerwane z powodu postępującej morawizacji (dzisiaj ta czołowa niegdyś scena jest pośmiewiskiem teatralnego świata). I oto zdarzył się cud, cztery stołeczne teatry (Nowy, TR, Powszechny i STUDIO) ze wsparciem europejskich partnerów postanowiły wspólnie wyprodukować „Proces”, w dodatku z tą samą obsadą. Co tu dużo gadać, to jedna z najbardziej wyczekiwanych premier sezonu, która będzie później grana w paryskim Odéon Théâtre de l’Europe.

W lutym na Madalińskiego wraca Krzysztof Garbaczewski i weźmie się za „Ucztę” Platona, którą chce połączyć z jego „Obroną Sokratesa” i zapytać w jakim stanie dzisiaj jest demokracja. W marcu pod tym samym adresem zobaczymy nowy spektakl Anny Karasińskiej, a w czerwcu Krzysztofa Warlikowskiego. Dyrektor artystyczny Nowego zmienił pierwotny plan i wyreżyseruje „Pakujemy manatki” Hanocha Levina, sztukę, w której właściwie każdy bohater stoi nad grobem. Nie wspomnę już nawet o wymowie tytułu w kontekście obecnej sytuacji politycznej w Polsce. Niedługo wszyscy chyba spakujemy manatki.

Nie zawiodą się na Nowym wielbiciele tańca, bo teatr postanowił jeszcze mocniej zaangażować się w produkowanie i pokazywanie spektakli opartych na ruchu. Tanecznym programem zarządzać będzie od tego sezonu Joanna Leśnierowska (brawo!), a warsztaty taneczne dla młodszych i starszych poprowadzą Maria Stokłosa i Marta Ziółek. Na scenę Nowego wkroczą niebawem Iza Szostak, Renata Piotrowska czy Paweł Sakowicz.

Transfery: Do zespołu Nowego Teatru dołączają najmłodsze gwiazdy Starego Teatru Jaśmina Polak (w zespole jest jej brat Piotr Polak) i Bartosz Bielenia.

TR Warszawa, który zawiadywany przez Grzegorza Jarzynę i Romana Pawłowskiego wyspecjalizował się ostatnio w produkowaniu spektakli za pięć złotych, postanowił w nadchodzącym sezonie wystawić w końcu coś powyżej tej kwoty i zaprosić nas na kilka smakowicie zapowiadających się premier.

Na pierwszą powędrujemy 6 października. Będzie to przedstawienie na motywach monumentalnej pięciotomowej autobiograficznej i uznanej powszechnie na arcydzieło „Mojej walki” Karla Ove Knausgårda w adaptacji Tomasza Śpiewaka i reżyserii Michała Borczucha. Dwa miesiące później, 8 grudnia, udamy na nowy spektakl René Pollescha, a wczesną wiosną Konstantin Bogomołow wystawi w Rozmaitościach „Mistrza i Małgorzatę” Michaiła Bułhakowa.

Od jesieni do wiosny TR we współpracy z Muzeum Polin będzie też kontynuował projekt „Obcy w domu. Wokół Marca ‘68”. Jego pierwszy etap zakończył się wybraniem w lipcu pięciu duetów (Aleksandra Jakubczak i Krzysztof Szekalski, Grzegorz Jaremko i Łukasz Wojtysko, Patrycja Kowańska i Bartosz Ostrowski, Marta Nawrot i Jagoda Wójtowicz, Jędrzej Piaskowski i Hubert Sulima), które przez najbliższe miesiące będą rozwijały swoje pomysły na dzieło o Marcu, aż w końcu zwycięska para zrobi w TR przedstawienie.

Transfery: Do zespołu, jak głosi plotka, ma dołączyć Małgorzata Gorol (kolejna ucieczka ze Starego), a w obsadzie u Borczucha jest Halina Rasiakówna (do niedawna czołowa aktorka Teatru Polskiego we Wrocławiu).

Teatr Powszechny po kierownictwem Pawła Łysaka i Pawła Sztarbowskiego dał ostro do pieca w zeszłym sezonie i stał się najgłośniejszym teatrem IV RP. A co nam ta rozgrzana do czerwoności scena zaserwuje w nadchodzącym sezonie?

Teatr zaczyna 30 września od premiery „Mefista” w reżyserii Agnieszki Błońskiej. Potem, 11 listopada (data, jak rozumiem, nie jest przypadkowa) swój spektakl o superbohaterach pokażą Justyna Sobczyk z Jakubem Skrzywankiem. A na koniec roku, 8 grudnia, Powszechny zaprasza na „Czwartą generację” na podstawie filmów Rainera Wernera Fassbindera w reżyserii Agnieszki Jakimiak. W nowy rok Powszechny wkroczy z Cezarym Tomaszewskim i jego „Kramem z piosenkami”, w lutym Jolanta Janiczak i Wiktor Rubin zaproszą na „Nerona”, a w marcu Michała Zadara wyreżyseruje spektakl pod tytułem „Wypędzenie Żydów z Polski w roku 1968”.

Po sukcesach spektakli Mai Kleczewskiej i Anny Smolar bezdomny Teatr Żydowski pod kierownictwem Gołdy Tencer postanowił w nadchodzącym sezonie doszlusować do najlepszych i stworzył jeden z najciekawszych planów repertuarowych.

Pierwsza warta uwagi premiera będzie 11 września. Michał Buszewicz reżyseruje, oczywiście według swojego tekstu, „Kibiców” – spektakl, w którym biorą udział „aktorzy żydowscy” i kibice Legii Warszawa. Co wyniknie ze spotkania tych dwóch jakże różnych (wrogich?) światów, przekonamy się niebawem w Nowym Teatrze, gdzie spektakl będzie grany gościnnie.

Na drugą interesującą premierę wygląda „Ostatni syn” – bajka Magdy Fertacz w reżyserii Przemysława Jaszczaka opowiadająca o chłopcu, który mieszka w ukryciu i wierzy w kolorowy świat z opowieści swojej matki. Ale pewnego dnia opuszcza kryjówkę i widzi rzeczywistość rozrywaną konfliktami między wyznawcami różnych religii. Próbując zrozumieć dlaczego, rozmawia z napotkanymi po drodze Żydem, Chrześcijanką, Muzułmaninem i Buddystką. Ciekawy jestem, co mu powiedzą. Premiera 1 października.

W listopadzie w Żydowskim będą aż dwie premiery. Za pierwszą odpowiada Maja Kleczewska, która wystawi „Golema” Gustava Meyrinka – opowieść o stworzonej przez Żydów postaci z gliny, która ożywiona miała ochraniać nieustannie zagrożoną społeczność. Za drugą odpowiadają Weronika Murek (tekst) i Jędrzej Piaskowski (reżyseria). Zajmą się Wierą Gran, legendarną pieśniarką, której życiorys jest punktem wyjścia do skonstruowania scenicznej fantazji o związkach sztuki z walką o przetrwanie za wszelką cenę oraz pozycji artysty wobec opresyjnej władzy.

W marcu na spektakl o Marcu ’68 zaprosi Anna Smolar (wysyp marcowych przedstawień spowodowany jest przypadającą w przyszłym roku 50. rocznicą Marca ’68), ale zrobi to z zupełnie innej strony, niż praktykowano to dotychczas. Smolar – urodzona i wychowana w Paryżu córka marcowych emigrantów – pracuje nad przedstawieniem, które oddaje głos drugiemu pokoleniu, czyli dzieciom tych, których wypędzono z Polski. Tekst autorstwa Michała Buszewicza powstanie na podstawie wywiadów z rodzicami i dziećmi, które przeprowadzam od kilku miesięcy w Izraelu, Stanach Zjednoczonych i Europie. Więcej o tych rozmowach i ich bohaterach napiszę niebawem.

W maju do Żydowskiego wkroczą Jolanta Janiczak i Wiktor Rubin, którzy przeniosą na scenę znakomitą, nominowaną do Nagrody Literackiej „Nike” autobiografię Andy Rottenberg „Proszę bardzo” (duet ma zaskakujący i jakże podniecający pomysł na to, kto miałby Andę Rottenberg zagrać, ale na razie musiałem przysiąc na grób Mieczysławy Ćwiklińskiej, że go nie zdradzę, wiec milczę jak zaklęty), a w czerwcu zobaczymy nowe przedstawienie króla musicali Wojciecha Kościelniaka. Będzie to „Lola Blau”, opowieść o młodej Żydówce, odnoszącej pierwsze sukcesy aktorce kabaretowej, która musi uciekać z Austrii po anschlussie i robi w Stanach zawrotną karierę.

Wieść gminna niesie, że w Żydowskim ma też pracować Magda Szpecht, która zainteresowała się tekstem Tomasza Śpiewaka „Polacos” o polskich Żydówkach, które pod koniec dziewiętnastego wieku sprowadzane były przez mafię do południowoamerykańskich burdeli.

W STUDIO teatrgalerii pierwszą premierą, 20 października, będzie „Dobra terrorystka” noblistki Doris Lessing w reżyserii Agnieszki Olsten, a drugą, w listopadzie, „Fallaci” – monodram Remigiusza Grzeli w reżyserii Zbigniewa Brzozy. W rolę słynnej dziennikarki Oriany Fallaci wcieli się Ewa Błaszczyk. A potem czekamy do nowego roku, kiedy to 20 stycznia powędrujemy na „Biesy” Fiodora Dostojewskiego w reżyserii dyrektorki artystycznej STUDIO Natalii Korczakowskiej. Premiera numer dwa, 17 marca, to „Kartoteka” Tadeusza Różewicza w reżyserii Radka Rychcika. A 12 kwietnia na „Srebrny sen Salomei” Juliusza Słowackiego zaprasza miłośnik polskiej klasyki Michał Zadara, który – uwaga! uwaga! – sam stanie na scenie. Dwa tygodnie później w STUDIO zobaczymy „Żaby”, przedstawienie Michała Borczucha na podstawie przepisanych przez Tomasza Śpiewaka komedii Arystofanesa i żywotów starożytnych filozofów. I na koniec sezonu, w czerwcu, do teatru wraca Arek Tworus (reżyser interesującej „Jaskini”), który będzie pracował na Scenie Modelatornia (tym razem zaaranżowanej przez Daniela Burena).

STUDIO będzie także realizowało z działającym przy Polskim Związku Głuchych Teatrem „Cisza na Scenie” projekt „Opera dla głuchych” w reżyserii Wojtka Zrałka-Kossakowskiego, muzyką Roberta Piotrowicza i librettem Adama Stoyanova i Zrałka-Kossakowskiego (polecam przy tej okazji znakomity „Jeden gest” Wojtka Ziemilskiego w Nowym Teatrze) i zaczyna współpracę z REDCAT (Roy and Edna Disney/CalArts Theater) – interdyscyplinarnym centrum sztuki w Los Angeles prowadzonym przez California Institute of the Arts. Korczakowska wyreżyseruje tam spektakl o Witkacym, patronie teatrgalerii i za rok przywiezie go do Polski.

Transfery: Ze zespołu odchodzą Agata Goral, Katarzyna Warnke i Dorota Landowska, a dołącza Dominika Biernat.

Pisząc o najciekawszych stołecznych teatrach nie można pominąć Komuny Warszawa, która biedna jest jak mysz kościelna, a ciągle produkuje mnóstwo wspaniałości. I tak 1 września zobaczymy kolejną odsłonę cyklu „Przed wojną/wojna/po wojnie” przygotowaną przez Agnieszkę Jakimiak, a 1 grudnia „Ośrodek wypoczynkowy” Michała Buszewicza i Anny Smolar – spektakl o tych, którzy w czasie polityczno-społecznej zawieruchy nie włączają się w walkę, ale uciekają w bezpieczne miejsce, udając, że nie widzą, co się wokół dzieje. Do przyjścia na tę premierę zachęca także świetna obsada w składzie Marta Ścisłowicz, Maciej Pesta, Jan Sobolewski, Sonia Roszczuk i Małgorzata Witkowska.

Po wielkim sukcesie Mikroteatru (cyklu 16-minutowych przedstawień), Komuna rusza w nowym sezonie z Makroteatrem, czyli 16-godzinnymi spektaklami w reżyserii Krzysztofa Garbaczewskiego i Wojtka Ziemilskiego oraz kolektywów Komuny i Klancyka (niech Zadara nie myśli, że tylko on umie robić spektakle, na które trzeba przyjść z kanapkami i termosem z wódką).

Na Lubelską wraca też autorka największego hiciora Komuny czyli Marta Ziółek. Jej „Zrób siebie” nadal objeżdża świat, a Ziółek z dramaturgicznym wsparciem Anki HerbutMateusza Szymanówki oraz szatańskim kolektywem w składzie Paweł Sakowicz, Robert Wasiewicz, Katarzyna Sikora, Ramona Nagabczyńska, Agnieszka Kryst i Maria Magdalena Kozłowska zabiera się za „PIXO”, by „zmagać się ze sławą, widzialnością i głodem adrenaliny w procesie transformacji ciała i wizerunku”. Jako osoba, która nie zmaga się ani ze sławą, ani głodem adrenaliny bardzo czekam na ten spektakl. Premiera 27 października.

Nikt się tak nie cieszy i nie chwali planami na nowy sezon jak Michał Kotański, dyrektor Teatru im. Stefana Żeromskiego w Kielcach. Bardzo zresztą słusznie. Udało mu się bowiem stworzyć taką repertuarową ofertę, jakiej mogą mu pozazdrościć najlepsze polskie sceny. Kotański przejął teatr rok temu po śmierci jego wieloletniego szefa Piotra Szczerskiego, który pozwalał na to, by raz w sezonie jego małe królestwo nawiedzały „zdradzieckie mordy”, „rozwrzeszczane lewactwo” i „ubeckie wdowy”, czyli krótko mówiąc najlepsi polscy reżyserzy. Obecny dyrektor postanowił nie tylko zwiększyć częstotliwość ich wizyt, ale zabrał się także w końcu za przebudowę tego kieleckiego kurnika na scenę z prawdziwego zdarzenia. Projekt wielkiej inwestycji jest coraz bardziej zaawansowany i wszystko wskazuje, że niebawem ruszy z kopyta. No, ale to nie jest tekst budowlany, więc przejdźmy do spektakli.

Na pierwszy ogień idą Jolanta Janiczak i Wiktor Rubin, którzy z „Żeromskim” są związani szczególnie mocno, i któremu przynieśli onegdaj sławę swoją znakomitą „Carycą Katarzyną”. Tym razem duet bierze się za legendarnego „Rasputina” (to tytuł ich spektaklu) i przy jego pomocy chce zadać pytania o potrzebę wiary w obliczu cierpienia i strachu. Tytułowego bohatera zagra gościnnie powracający po latach do Kielc Maciej Pesta, do niedawna aktor Teatru Polskiego w Bydgoszczy. Premiera 23 września.

Na początku grudnia, dokładnie 9, zobaczymy w końcu wielokrotnie przekładaną prapremierę „1946”, sztuki o najbardziej haniebnym wydarzeniu w powojennej historii Kielc i jednym z najbardziej bolesnych rozdziałów w historii stosunków polsko-żydowskich jakim był bez wątpienia pogrom kielecki. Tekst pisze Tomasz Śpiewak, a wyreżyseruje go Remigiusz Brzyk. Panowie pracowali wspólnie niejeden raz i efektem tej kolaboracji były zwykle bardzo udane spektakle. Miejmy nadzieję, że tak będzie i tym razem. Tym bardziej, że to przedstawienie powstaje w mieście, które co rusz rozpala kolejna awantura o pogrom (patrz: niedawny znakomity film dokumentalny Michała Jaskulskiego „Przy Planty 7/9”) i w kraju, w którym rządzący politycy i wasalne wobec nich media coraz bardziej podsycają wśród Polaków pogromowe nastroje. „1946” jest z pewnością jedną z tych najbardziej oczekiwanych premier.

Miesiąc po niej, 13 stycznia, „Żeromski” w koprodukcji ze stołecznym Teatrem IMKA zaprosi widzów na „Jądro ciemności” na motywach książki Josepha Conrada. Tekst pisze Paweł Demirski, a wyreżyseruje go oczywiście Monika Strzępka. To cieniutkie opowiadanie Conrada jest dziełem o wielkiej mocy, co udowodnił ponad wszelką wątpliwość blisko czterdzieści lat temu Francis Ford Coppola swoim obsypanym nagrodami „Czasie apokalipsy”. Do czego Strzępkę i Demirskiego zainspirowała opowieść o niewyobrażalnie okrutnym belgijskim kolonializmie w Wolnym Państwie Kongo, prywatnej własności Leopolda II, dowiemy się niebawem.

Na koniec sezonu, 23 czerwca, do Kielc po raz pierwszy w swojej karierze przyjedzie Maja Kleczewska, która zaprosi widzów do Lasu Ardeńskiego, gdyż ma zamiar – zupełnie na poważnie – wystawić słynną komedię Szekspira „Jak wam się podoba”. Artystka chce nią zadać pytanie o sens sztuki współczesnej, o której współpracujący z nią od niedawna Zbigniew Libera mówi, że „się w Polsce nie przyjęła”. Coś czuję, że śmiać się to my będziemy, ale przez łzy.

Transfery: Do kieleckiego zespołu dołączyli związany z Teatrem Dramatycznym w Płocku Jacek Mąka i absolwent PWST w Krakowie Bartłomiej Cabaj, którego kieleccy widzowie mogli oglądać z zeszłym sezonie w trzech spektaklach.

W Teatrze Zagłębia w Sosnowcu, przywróconym na mapę Polski przez Dorotę Ignatjew, artystyczne rządy objęła niedawno młoda reżyserka i teatrolożka Aneta Groszyńska, co wskazuje na chęć utrzymania w Sosnowcu ambitnego repertuaru. Co więc zobaczymy na scenie największego rywala Teatru Śląskiego w Katowicach?

Sezon otworzy „Wojna światów” Herberta George Wellsa w adaptacji i reżyserii Weroniki Szczawińskiej. Podejrzewam, że ta słynna apokaliptyczna powieść science fiction o Marsjanach podbijających Ziemię ma być pretekstem do zajęcia się tematem, który żywo porusza ostatnio artystów wszelkich dziedzin, czyli coraz większego poczucia zagrożenia wojną i tego, co ona ze sobą niesie oraz wzrastających uprzedzeń i lęków wobec obcych. W sumie, gdyby Ziemian zamienić na Polaków, a Marsjan na uchodźców, których Polacy nigdy na żywo nie widzieli, ale bardzo się ich boją, to mielibyśmy „Wojnę światów 2017” jak malowaną. Premiera 4 listopada.

Cztery miesiące później, 9 marca, widzowie będą mogli obejrzeć „Wroga – instrukcję obsługi”, spektakl dla dzieci i młodzieży w reżyserii Justyny Sobczyk. A na przełomie marca i kwietnia do Sosnowca zaprosi Maciej Podstawny (dyrektor artystyczny Teatru Dramatycznego w Wałbrzychu reżyseruje w Teatrze Zagłębia Sosnowcu, a dyrektorka artystyczna Teatru Zagłębia w Sosnowcu reżyseruje w Teatrze Dramatycznym w Wałbrzychu). To zresztą nie jedyna oznaka sosnowiecko-wałbrzyskiej kooperacji, bo 8 czerwca zobaczymy premierę koprodukowanej przez obie sceny „Duchologii polskiej” Olgi Drendy.

Transfery: Z zespołu Teatru Zagłębia do Teatru im. Juliusza Osterwy odchodzą Edyta Ostojak i Sebastian Węgrzyn, a na ich miejsce przychodzą z Teatru im. Wojciecha Bogusławskiego w Kaliszu Natasza Aleksandrowitch i dotychczasowy wolny strzelec Łukasz Stawarczyk.

Skoro już o Wałbrzychu mowa to plan tamtejszego Teatru Dramatycznego im. Jerzego Szaniawskiego wygląda następująco: 21 września będzie premiera spektaklu w reżyserii Jakuba Skrzywanka „Kiedy mój tata zamienił się w krzak” Joke van Leeuwen, dzięki której spojrzymy na świat oczami dziewczynki-uchodźcy. W październiku reżysersko zadebiutuje gombrowiczowską „Iwoną, księżniczką Burgunda” Grzegorz Jaremko. Na początku grudnia Maciej Podstawny wystawi „Lorda Jima” Josepha Conrada w koprodukcji z Teatrem Współczesnym w Szczecinie. A w nowym roku najpierw zobaczymy spektakl „Sienkiewicz Superstar” Anety Groszyńskiej, a 30 marca „Mausa” Arta Spiegelmana – sceniczną wersję jednego z najsłynniejszych komiksów świata w reżyserii debiutującego reżysersko scenografa Mirka Kaczmarka.

W Teatrze im. Juliusza Osterwy w Lublinie kierowanym przez Dorotę Ignatjew warto zwrócić uwagę na szykowaną na połowę grudnia premierę „Hindele, siostra sztukmistrza” Patrycji Dołowy w reżyserii Pawła Passiniego, bo postać Hinde Ester Singer Kreytman, siostry Izaaka Baszewisa Singera jest naprawdę fascynująca. W marcu w „Osterwie” będzie reżyserował Jędrzej Piaskowski, pod koniec sezonu Remigiusz Brzyk (tytuły się jeszcze kokoszą).

Transfery: Do zespołu dołączają z Teatru Zagłębia w Sosnowcu Sebastian Węgrzyn i Edyta Ostojak oraz Maciej Grubich, absolwent PWST w Krakowie.

I last but not least Teatr Polski w Poznaniu kierowany przez Marcina Kowalskiego i Macieja Nowaka. Ta niewielka, acz bezczelna scena sieje w wielkopolskiej stolicy coraz większy artystyczny zamęt i nie ma zamiaru zaprzestać, na co dowodem jest zaplanowana na połowę listopada premiera, o której będą mówić i pisać wszyscy. Dlaczego? Bo będzie to spektakl o samym Naczelniku, Polskim Duce, Słońcu Tatr i Jutrzence Piastowskiej Ziemi! „Czas Kaczyńskiego” (nie mylić z „Czasem apokalipsy”) wystawią Monika Strzępka i Paweł Demirski.

Polski próbuje nieustannie eksplorować lokalne tematy, więc tym razem na afisz trafi jesienią „Lekcja poznańskiego” w reżyserii Julii Szmyt – spektakl na podstawie „Szneki z glancem. Elementarza gwary poznańskiej” Elizy Piotrowskiej. Będzie też kolejna odsłona cieszącej się dużą popularnością „Extravaganzy” Joanny Drozdy i spółki.

A co w nowym roku? Same delicje. W styczniu Jakub Skrzywanek wyreżyseruje „Kordiana” Juliusza Słowackiego, w marcu „Odysa” Marcina Cecki wystawi Ewelina Marciniak, w kwietniu na „Wielkiego Fryderyka” Adolfa Nowaczyńskiego zaprasza Jan Klata, a w czerwcu na „Korczaka” Anna Smolar (czy na podstawie świetnej biografii autorstwa Joanny Olczak-Ronikier?). No, to jest plan!

Na koniec zachęcam też do zaglądania do teatrów, których repertuar na co dzień dupy nie urywa (pozdrawiam Krystynę Jandę!), ale od czasu do czasu pozytywnie zaskakuje. Na pewno nie można przegapić premiery „Króla” Szczepana Twardocha w adaptacji Pawła Demirskiego i reżyserii Moniki Strzępki w Teatrze Polskim w Warszawie. Warto się wybrać na „Szajbę” Małgorzaty Sikorskiej-Miszczuk w reżyserii Marcina Libera (13 stycznia) i spektakl taneczny Izy Szostak w Teatrze im. Aleksandra Fredry w Gnieźnie. Trzeba obejrzeć „Korfantego” z tekstem i w reżyserii Przemysława Wojcieszka (27 października) i „Kobietę pod presją” na podstawie scenariusza Johna Cassavetesa w reżyserii Mai Kleczewskiej (16 marca) w Teatrze Śląskim w Katowicach. I pewnie parę innych spektakli, o których będę informował już po wakacjach. Ahoj przygodo!

FOTO | PILNE: Krystian Lupa powiedział

Zwykły wpis
ZAPOWIEDZI

To będzie dobry sezon!

b1d9b240094477.57724344e352c

Pierwszy sierpniowy mejl zaczynający się od słów „Dzień dobry Panie Redaktorze” oznacza, że moje wakacje nieuchronnie dobiegają końca. Życie „Pana Redaktora” reguluje bowiem teatralny kalendarz połączony z żywotem publicznych teatrów, a te są już gotowe na przyjęcie państwa na pokład. Co niebawem zobaczymy?

Pierwszy, bo zawsze był prymusem, startuje jeszcze latem Michał Zadara. 27 sierpnia w warszawskiej Zachęcie będzie premiera jego „Orestesa” Eurypidesa, nowej produkcji grupy Centrala. Zaraz po nim, też nie w teatrze, ale w Centrum Nauki „Kopernik” Anna Smolar wyreżyseruje koprodukowaną przez Festiwal Przemiany i Nowy Teatr „Henriettę Lacks” – rzecz o kobiecie, której komórki zmieniły oblicze medycyny XX wieku.

Tego samego dnia, 2 września, sezon zainauguruje Teatr Polski w Poznaniu – „Sceny myśliwskie z Dolnej Bawarii” Martina Sperra reżyseruje Grażyna Kania. Kolejne premiery Polskiego to listopadowe „Myśli nowoczesnego Polaka” Romana Dmowskiego w reżyserii Grzegorza Laszuka, grudniowe „Breivik i inni” Marty Górnickiej i „Great Poland” Krzysztofa Szekalskiego w reżyserii Aleksandry Jakubczak (polska odpowiedź na „Little Britain”) oraz „Malowany ptak” Jerzego Kosińskiego, za którego weźmie się Maja Kleczewska (luty). Nie można też w Poznaniu przegapić spektaklu Agaty Baumgart „O szczytach rozpaczy i uśmiechu stewardessy”, który 12 listopada zobaczymy w Teatrze Nowym.

We Wrocławiu natomiast waży się niepewny los Teatru Polskiego, naszej czołowej sceny, którą nieustannie próbują wykończyć politycy PO wraz ze swoimi akolitami z dolnośląskiego sejmiku. Dlatego na razie jedynym konkretem jest zaplanowany na 23 listopada „Proces” Franza Kafki w reżyserii Krystiana Lupy. Następna w kolejce jest Ewelina Marciniak, planująca wystawienie w styczniu „Głodu” Martína Caparrósa.

Inaczej sprawy się mają w Teatrze Powszechnym w Warszawie, który ma bez wątpienia najbardziej imponujące plany repertuarowe. Sezon zacznie 24 września od prapremiery „Wściekłości” – nowego tekstu Elfriede Jelinek w reżyserii Mai Kleczewskiej. 3 grudnia Paweł Łysak wystawi sztukę „Kuroń” autorstwa Małgorzaty Sikorskiej-Miszczuk, dwa tygodnie później (15 grudnia) zobaczymy „Wdowy z Vrindavan” Magdy Fertacz w reżyserii Łukasza Chotkowskiego (koprodukcję z Teatrem Kasba Arghya w Kalkucie i Instytutem Adama Mickiewicza), a 18 lutego Oliver Frljić pokaże „Klątwę” Stanisława Wyspiańskiego. (Ale nic mnie bardziej nie ciekawi, niż zaplanowani na maj „Chłopi” Władysława Reymonta w reżyserii Krzysztofa Garbaczewskiego).

Skoro wróciliśmy do stolicy, uprzejmie donoszę, że wspomniany już Michał Zadara zaprasza 28 listopada do Teatru Narodowego na „Matkę Courage i jej dzieci” Bertolta Brechta. W TR Warszawa zobaczymy najpierw „Elementy dzieła muzycznego” Wojtka Blecharza (15 października), potem „Piłkarzy” Krzysztofa Szekalskiego w reżyserii Gosi Wdowik (18 listopada, premiera: 1 września na Sopot Non Fiction) oraz inspirowany „Idiotami” Larsa von Triera spektakl Grzegorza Jarzyny (luty). W Nowym Teatrze natomiast najpierw (24 września) na afisz trafi „Jeden gest” Wojtka Ziemilskiego o językach migowych, a potem (w styczniu) „Sonata widm” Augusta Strinberga w reżyserii Marcusa Öhrna.

Wielkim znakiem zapytania jest zrujnowany wizerunkowo i przetrzebiony aktorsko stołeczny Teatr Studio, który zapowiada osiem premier, wśród nich „Ripley’a pod ziemią” Patricii Highsmith w reżyserii Radka Rychcika (14 września) i „Berlin Alexanderplatz” Alfreda Doblina w reżyserii Natalii Korczakowskiej (styczeń). Rychcik planuje także pod koniec lutego „Wyzwolnie” Stanisława Wyspiańskiego w Teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie.

Na jedną z najciekawszych scen wyrasta ostatnio Teatr im. Stefana Jaracza w Łodzi, który zacznie 15 października od „Czekając na Godota” Samuela Becketta w reżyserii Michała Borczucha, by zimą zaprosić nas jeszcze na „Filokteta” Heinera Muellera w inscenizacji Wojtka Klemma i „Czarownice z Salem” Arthura Millera, które zrobi Mariusz Grzegorzek.

Obowiązkowym przystankiem każdego teatromana jest naturalnie Teatr Dramatyczny w Wałbrzychu, gdzie w listopadzie zobaczymy „Moby Dicka” Hermana Melville’a w reżyserii Macieja Podstawnego, w styczniu „Strajk” Przemysława Wojcieszka, a w lutym „Middlesex” Jeffrey’a Eugenidesa w reżyserii Jędrzeja Piaskowskiego.

Do Teatru im. Stefana Żeromskiego w Kielcach udajemy się 1 października na „Kła” Yorgosa Lanthimosa w adaptacji Marcina Cecki i reżyserii Bartosza Żurowskiego, 10 grudnia na „Zachodnie wybrzeże” Bernarda-Marie Koltèsa w reżyserii Kuby Kowalskiego i 25 lutego na „Kielce to nie Dallas” – nową sztukę Tomasz Śpiewaka o pogromie kieleckim w inscenizacji Remigiusza Brzyka.

Teatr Wybrzeże w Gdańsku nawiedzamy 14 października, bo wtedy będzie premiera „Mapy i terytorium” Michela Houellebecqa w reżyserii Eweliny Marciniak, która 5 listopada zaprosi nas też na zaległą „Leni Riefenstahl. Epizody niepamięci” w Teatrze Śląskim w Katowicach.

Spektakl o silnej kobiecie zobaczymy również w Teatrze Polskim w Bydgoszczy, gdzie 29 października Wiktor Rubin wystawi sztukę o francuskiej rewolucjonistce Théroigne de Méricourt – autorką tekstu jest oczywiście Jolanta Janiczak. W grudniu ten sam duet zaprasza do Komuny Warszawa, ale zanim dojedziemy do końca roku roku, mamy po drodze jeszcze dwie odsłony Mikroteatru: Romuald Krężel/Marcin Liber/Iga Gańczarczyk (8 października) i Grzegorz Jarzyna/Wojtek Ziemilski/Anna Karasińska (12 listopada) oraz „Raykjavik 1974” Marty Sokołowskiej w reżyserii Katarzyny Kalwat w Teatrze im. Wilama Horzycy w Toruniu (listopad) i „Najgorszego człowieka na świecie” Małgorzaty Halber w reżyserii Anny Smolar w Teatrze im. Wojciecha Bogusławskiego w Kaliszu (grudzień).

I last but not least, Stary Teatr w Krakowie, który zaczyna 8 października z grubej rury „Wojną i pokojem” Lwa Tołstoja w reżyserii Konstantina Bogomołowa, by 19 listopada zaprosić nas na „Kosmos” Witolda Gombrowicza, którego wystawi Krzysztof Garbaczewski, a 31 grudnia na „Triumf woli” Pawła Demirskiego w reżyserii Moniki Strzępki.

No dobra, pakuję walizkę i wracam do kraju.

___

Fot. Magda Hueckel, „Sceny myśliwskie z Dolnej Bawarii”, Teatr Polski w Poznaniu

Zwykły wpis
ROZMOWA

Wykradam czas na ruch

886709_10151563317103152_468152437_o

Chciałabym, żebyśmy w końcu wyszli z zaklętego kręgu kilku rozpoznawalnych nazwisk, które robią w polskim teatrze choreografię. Teraz się w nim znalazłam, ale pamiętam, że w nim nie byłam i marzyłam o tym, żeby się w nim znaleźć. Z aktorką, tancerką i choreografką Dominiką Knapik rozmawia Mike Urbaniak

Jak dzisiaj poszedł „Pinokio”?
– Świetnie, szczególnie pierwszy, bo zwykle gramy dwa razy dziennie. Po raz pierwszy zdarzyło się dzisiaj, by dziecko weszło na scenę i tak się przyczepiło do Maćka Stuhra, że nie można go było odczepić. To wielka satysfakcja, gdy publika tak reaguje. Bardzo lubię grać Pinokia, tym bardziej, że mamy z Magdą Popławską coraz większą jedność w tej naszej wspólnej postaci. Możemy sobie nawet lekko pojazzować.

Trudniej grać dla dzieci?
– Nie podpisuję się pod tym poglądem. Trudności, a właściwie wątpliwości mieliśmy tylko czasem na próbach, zastanawiając się czy coś nie jest zbyt okrutne albo czy nie należy czegoś pokazać inaczej, czy scena, która nam się podobała, zadziała na dzieci. Okazało się, że finalnie wszystko działa jak należy i może nie powinnam tego mówić, ale teraz „Pinokio” to dla mnie wielka przyjemność, wakacje od trudnej roboty, do której wracam po weekendzie.

Ta robota to próby do spektaklu „Leni Riefenstahl. Epizody niepamięci”, który w Teatrze Śląskim w Katowicach reżyseruje Ewelina Marciniak. A tu jest jakaś przyjemność?
– Pytasz choreografkę czy aktorkę?

Pytam obie.
– Jako choreografka mam dużą przyjemność, bo udało nam się z Eweliną dotrzeć. „Leni”, nie licząc projektu o kobietach z Ravensbrück, jest naszym piątym spektaklem. Pierwsze były „Amatorki” w Teatrze Wybrzeże w Gdańsku, potem „Morfina” w Teatrze Śląskim w Katowicach, „Portret damy” znów w Wybrzeżu i ostatnio „Śmierć i dziewczyna” w Teatrze Polskim we Wrocławiu. Ewelina daje mi ogromną swobodę artystyczną, mogę budować sceny na jednym zdaniu z tekstu. Ma też wielki apetyt na krwistość obrazu, co ja uwielbiam i nigdy nie przerzuca na mnie odpowiedzialności za przekonanie do czegoś aktorów, zawsze bierze to na siebie. Poza tym czuje ruch, jest dla niej niezwykle ważny, a to już naprawdę dużo.

Po prostu idylla.
– Do czasu, kiedy muszę z piętnastominutowej sceny, nad którą ciężko pracowałam, zrobić scenę siedmiominutową. Wtedy zaczyna być mniej przyjemnie, ale takie są prawa teatru.

To opinia choreografki. A jak się pracuje z Eweliną aktorce?
– Niełatwo, bo po pierwsze gram główną rolę, a po drugie Ewelina jest bezkompromisowa i za wszelką cenę prowadzi do obranego przez siebie celu. To jest nasza pierwsza tego rodzaju praca. Musiałyśmy się nauczyć siebie od początku, bo nagle znalazłam się w miejscu, na które wcześniej patrzyłyśmy z Eweliną razem.

Kiedy dostałaś propozycję zagrania Leni Riefenstahl?
– Rok temu, jeszcze podczas pracy nad „Morfiną”. Wszystko się odbyło bardzo romantycznie. Ewelina kupiła mi kolczyki i spytała: „Będziesz moją Leni?”. Nie mogłam odmówić. Tym bardziej, że żaden mężczyzna nie oświadczył mi się jeszcze w taki sposób.

A potem Ewelina spytała, czy zrobisz jej też choreografię?
– Zapytała mnie czy wolałabym, żeby zrobił ją ktoś inny, bo to, że ma być moja, wydawało się oczywiste. Odpowiedziałam jej: „Ale kto? Kto ma zrobić choreografię do spektaklu o Leni Riefenstahl, jak nie ja?”.

Leni też tak zawsze odpowiadała, „kto jak nie ja?”.
– Może na tym polega przebiegłość propozycji Eweliny.

Byłaś już wtedy po swoim tanecznym przedstawieniu o Leni.
– Zrobiłam je w ramach projektu „Metamorfozy” organizowanego przez trzy centra choreograficzne – w Brukseli, Paryżu i Centrum Kultury „Zamek” w Poznaniu. Przestudiowałam więc życie Leni Riefenstahl dość intensywnie.

Dlaczego akurat Leni?
– Bo wpadły mi w oczy jej „Pamiętniki”, które miałam w domu na półce. „Metamorfozy” były wymyślone wokół trzech tematów: religii, pracy i władzy. Leni wydała mi się do tego idealna. Zaaplikowaliśmy więc z Wojtkiem Klimczykiem jako Harakiri Farmers i zostaliśmy wybrani jako jedna z trzech grup z całego świata. To była praca we wspaniałych warunkach z porządnym budżetem. Spektakl „I Wanna Be Someone Great” graliśmy potem we wszystkich trzech miastach po dwa razy, a jak wiesz, zagrać sześć razy spektakl taneczny to w naszej polskiej rzeczywistości wielki rarytas.

d-knapik-i-wanna-be-someone-great-c2a9-pierre-wachholder-1404249500_677

Leni Riefenstahl to temat ocean. Co z jej ponad stuletniego życia wybrałaś?
– Wymyśliłam trzy duże obrazy i zajęłam się oczywiście gestem, na punkcie którego mam obsesję. Pierwszy obraz był poświęcony filmowym początkom kariery Leni, kiedy grała w filmach górskich Arnolda Fancka, wymagających od niej dużej sprawności fizycznej. Drugi traktował o twardnieniu kobiecego ciała za sprawą politycznej siły. Zastanawiałam się, czy kobieta z władzą musi zawsze oznaczać sukę. I trzeci obraz – choroba, starość, umieranie.

Rok później dostajesz w Katowicach tekst Igi Gańczarczyk.
– I bardzo mi się podoba, bo jest zabawny, a jednocześnie precyzyjny jeżeli chodzi o historyczne konteksty, bo źródłem inspiracji były materiały dokumentalne. Iga wykonała wielką robotę, genialnie to wymyśliła.

Ale?
– Kompletnie nie wiedziałam, jak mamy to zrobić na scenie, mimo że Iga – wiedząc, że będę grała Leni – wpisała w tekst dużo ciała. Ale w toku pracy moja perspektywa się zmieniała, sam tekst też się zmieniał. Jego współautorem jest dramaturg Łukasz Wojtysko, z którym pracowałam przy Jelinek we Wrocławiu, ale więcej ci już nie zdradzę.

Jelinek w przypadku „Leni” wydała mi się kompletnie od czapy.
– Dlaczego?

Bo mamy w sztuce Adolfa Hitlera, Josepha Goebbelsa i Heinricha Hoffmana, fotografa Führera, którzy odwiedzają Leni Riefenstahl oraz zamordowane przez nazistów rodzeństwo Schollów, które prowadzi śledztwo w sprawie jej „amnezji”, a kieruje nim jakby przyczepiona na siłę Jelinek.
– To po co ja się tak szczypię, skoro ty już wszystko wiesz?

Przytaczam tylko powszechnie dostępny opis spektaklu.
– Jelinek to przecież specjalistka od wyparcia, co w przypadku Leni Riefenstahl jest bardzo na miejscu. Poza tym napisała bardzo ciekawy tekst po śmierci Leni pod tytułem „Tandeciara”. Obok tekstu Susan Sontag, to chyba najciekawsza analiza naszej bohaterki. Ale wróćmy do tej rozmowy o Jelinek, jak obejrzysz „Leni”. Poza tym, wiesz, ja już nie mam do tego dystansu. Pracujemy bardzo intensywnie, roboty mamy po pachy i za chwilę premierę w zjawiskowym Szybie Wilson w Katowicach.

Zjawiskowym i trudnym.
– To prawda, trudnym akustycznie i zimnym. Mam już przyszykowaną bieliznę termalną.

1013341_1140959942583566_2474913802450131681_n

Miałaś w związku ze zrobieniem wcześniej własnego spektaklu o Riefenstahl i studiowaniu jej życia poczucie przewagi nad pozostałymi aktorami?
– Jeśli je miałam, bardzo szybko mi przeszło. Duża wiedza o postaci niekiedy wręcz przeszkadza, szczególnie w przypadku Leni, która zajmowała się głównie zakłamywaniem swojej biografii. Długo miałam z nią problem, dopiero niedawno zaczęłam czegoś dotykać. Leni jest tak mocną personą, że właściwie nie wiadomo jak ją grać. Dla mnie to pytanie podwójne, bo oprócz tego, że jestem, a raczej bywam aktorką, jestem też tancerką.

Zupełnie jak Leni.
– No, Mary Wigman to ona nie była.

Ale była przez chwilę jej uczennicą i odniosła na początku lat dwudziestych ubiegłego wieku sukces taneczny, uśmiercony wkrótce kontuzją kolana. Wykorzystujesz w spektaklu Leni tancerkę?
– Nie, bo ja w ogóle nie będę dużo tańczyć, będę się poruszać. Ale mamy w spektaklu, poleconych zresztą przez ciebie, świetnych tancerzy z Ruchomego Kolektywu, co jest dla mnie nowością, bo po raz pierwszy pracuję w teatrze dramatycznym z profesjonalnymi tancerzami. Oni są ważnym nośnikiem historii.

Jak oddzielasz w pracy nad tym spektaklem aktorkę od choreografki?
– Nie oddzielam i kiedy w trakcie próbowania scen z moim udziałem coś mi się u kogoś nie podoba, od razu to poprawiam. Wtedy Ewelina mówi: „Domisiu, jutro będziesz miała próby choreograficzne i wtedy będzie na to czas”. Ale muszę ci powiedzieć, że pracuje mi się nad „Leni” dobrze i mogę więcej czasu poświęcić na rolę głównie za sprawą znakomitych aktorów Teatru Śląskiego, z którymi zrobiliśmy w zeszłym roku „Morfinę”. Trochę się wtedy poznaliśmy, dlatego zbiorowe sceny postawiliśmy teraz dość szybko. Trzeba je tylko wyczyścić.

Ewelina z racji swojej reżyserskiej metody zwana jest – nomen omen – Małym Hitlerem. A ty jak pracujesz z aktorami?
– Dużo wymagam, ale znam granicę. Mam empatię i wiem, co kto może. Wymagam też od Eweliny tego, by jeśli chce mieć taką i taką scenę, musi mi dać tyle i tyle czasu. Nauczyłam się wykradać czas na ruch, to ważna umiejętność w teatrze. Jednak pewnych rzeczy nie przeskoczę. Nie zmuszę aktorów, żeby godzinę przed próbą przyszli na rozgrzewkę, żeby dbali o swoją fizyczność, bo ciało jest także ich narzędziem i powinno być w dobrej formie.

Ale skostniały teatr dramatyczny zaczyna się coraz bardziej ruszać. Zgodzisz się?
Zgodzę się i też widzę wchodzący do teatrów ruch, co mnie oczywiście niezmiernie cieszy. Jednak dodajmy, że nie do wszystkich teatrów. W różnych miejscach różnie bywa. Zupełnie inaczej się pracuje w teatrach, w których był wcześniej choreograf, i w których aktorzy są otwarci na ruch.

Moje wejście do teatru było traumatyczne. Maria Spiss, która reżyserowała w 2008 roku „Choinkę u Iwanowów” w Teatrze im. Stefana Żeromskiego w Kielcach, poprosiła mnie o zrobienie jednej sceny z aktorką grającą jakieś zwierzę, niedźwiedzia czy psa, już nie pamiętam. Przyjeżdżam. Spotykam się na scenie z tą aktorką i już czuję złą energię, a na widowni pojawia się nagle połowa obsługi teatru. Mówię do niej: „Będziemy teraz pracować nad etiudą” i zaczynam na czworakach robić tego zwierzaka: dyszę, biegam po scenie z jęzorem na wierzchu. Po chwili ona robi to samo i zaczyna mnie parodiować, mówiąc, ku uciesze zgromadzonych na widowni: „Tak? Tam mam to robić?”. Wtedy zrozumiałam, że po pierwsze, jak ktoś nie chce, moja praca nie ma sensu, a po drugie, że nie powinnam w ogóle się znaleźć przed nią na kolanach. To była nauczka. Dzisiaj rzadko kiedy coś pokazuję.

A pierwsze cudowne spotkanie?
– Było w 2010 roku z zespołem Teatru Polskiego w Bydgoszczy, kiedy Maja Kleczewska zaprosiła mnie do spektaklu „Babel”. Przyjeżdżam, Majka odpala oczywiście jednego papierosa od drugiego, a aktorzy czekają w blokach startowych na pracę ze mnę. Oni mieli takie zaufanie do Mai, że zrobiliby dla niej wszystko. Wszystko! I tak też było. Mieliśmy wtedy prawdziwy lot, bo cały zespół chciał, a zwykle jest tak, że część chce, część nie chce. W ogóle w Bydgoszczy świetnie mi się pracowało i przy „Babel”, i przy „Wiśniowym sadzie” Pawła Łysaka, i przy „Opowieści zimowej” i „Murzynach” Igi Gańczarczyk. Zrobiłam tam najwięcej spektakli.

Cudownie było też, kiedy zaczęłyśmy z Eweliną pracę nad „Morfiną”. Pierwsza próba ruchowa, a Ania Kadulska i Viola Smolińska jadą: spocone, energiczne, zaangażowane. To było genialne! Wiem, że zabrzmię teraz jak z kosmosu, ale bardzo bym chciała, żeby w teatrach były siłownie. Przecież aktorzy pracują ciałem i powinni o nie dbać, a dyrektorzy powinni im w tym pomóc. Zresztą dzisiaj wielu aktorów i aktorek zdaje sobie z tego sprawę. Jedni chodzą na siłownię, inni biegają, jeszcze inni uprawiają jogę albo dużo seksu. Wszystko się liczy.

W formie są na pewno wspomniani już tancerze z Ruchomego Kolektywu, tworzonego przez studentów i absolwentów Wydziału Teatru Tańca krakowskiej PWST z siedzibą w Bytomiu. Co ci daje ich obecność?
– Wprowadzają do spektaklu zupełnie inną dynamikę i naturalnie wpływają na ruch aktorów. Poza tym wspaniale jest mieć w zespole kogoś, kto na przykład potrafi wykonać salto. Ruchomy Kolektyw ma dwie sceny: jedną afrykańską i drugą z olimpiady, nazywamy ją ekstazą. Ale chcę podkreślić, że oni są nie tylko tancerzami, ale pełnoprawnymi aktorami – tak jak reszta zespołu. Grają po prostu jak inni swoje role.

Spektakl nosi podtytuł „Epizody niepamięci”. Rozumiem, że będziecie się mierzyć z tym, czego Leni Riefenstahl pamiętać nie chciała.
– Dokładnie tak. Leni wykonała kolosalną pracę, by swoją biografię zakłamać. Jej „Pamiętniki” są jednym wielkim fałszerstwem, a ona sama wzbudza do dzisiaj skrajne emocje. Z jednej strony czujesz do niej sympatię, a nawet podziw, z drugiej – wydaje się być wyrachowanym potworem. Czy była ofiarą czy współuczestniczką? Czy rzeczywiście tak pochłonęła ją pracą, że nie zauważyła Holocaustu? Chcemy zadać te pytania. I może to zabrzmi pretensjonalnie, ale robimy ten spektakl ku przestrodze. Mamy teraz w Polsce sytuację wielkiego ideologicznego wzmożenia i uruchomienia państwowej machiny propagandowej. Może za chwilę pojawi się u nas taka osoba, która na zlecenie władzy za wielkie pieniądze będzie realizowała dla niej filmy.

Leni_PLAKAT_podglad

To już zaczyna się dziać, rząd ogłosił konkurs na pierwszy wysokobudżetowy film propagandowy.
– No właśnie. Ale interesuje mnie coś jeszcze – temat kobiety pracoholiczki, która mówi, że jej dziećmi są jej filmy. Czy to jest koszt każdej kobiety u władzy? Koszt kobiety robiącej spektakularną karierę?

Ty też pracujesz jak nienormalna.
– Pracuję dużo, to prawda. Może od czegoś uciekam? Nie mam męża, ani dzieci, robię kolejne spektakle, wykładam na PWST w Krakowie. Może więc, pytając o Leni, będę też pytała o siebie?

Po premierze „Leni” lecisz od razu do moskiewskiego MChT-u robić choreografię do „Makbeta” w reżyserii Jana Klaty, a potem w łódzkim „Jaraczu” zadebiutujesz jako reżyserka.
– To jest szaleństwo, ale nie mogłam odmówić Klacie, bo bardzo jestem ciekawa tej pracy. I w końcu sama coś wyreżyseruję. Myślę o tym już dość długo, więc kiedy rok temu Sebastian Majewski zadzwonił do mnie z propozycją reżyserii w Teatrze im. Stefana Jaracza w Łodzi, bardzo się ucieszyłam. Zrobię tam „Thelmę i Louise”. Tekst pisze Tomek Jękot, muzykę Daniel Pigoński, kostiumy zaprojektuje Karolina Mazur, a scenografię Mirek Kaczmarek. Premiera 27 maja, bardzo zapraszam.

Aktorka, tancerka, reżyserka. Zupełnie jak Leni Riefenstahl.
– Przerażasz mnie.

Rozumiem, że „Księgi Jakubowe” w Teatrze Powszechnym w Warszawie, kolejny spektakl Eweliny Marciniak, będą bez twojej choreografii?
– Niestety, próbowałyśmy pogodzić „Księgi Jakubowe” z „Thelmą i Louise”, jednak się nie dało. Muszę się skupić na moim reżyserskim debiucie. Ale poleciłam Ewelinie kilka utalentowanych osób, które mogłyby jej zrobić ruch, bo nie jestem pizdą i chętnie rekomenduję nowe osoby. Im nas więcej w teatrze, tym lepiej dla niego. Chciałabym, żebyśmy w końcu wyszli z zaklętego kręgu kilku rozpoznawalnych nazwisk, które robią w polskim teatrze choreografię. Ja się teraz w tym kręgu znalazłam, ale pamiętam, że w nim nie byłam i marzyłam o tym, żeby się w nim znaleźć. Trzeba dawać szansę kolejnym choreografom. Ludzie, nie lękajcie się!

Jesteś pierwszą choreografką z nominacją do Paszportu „Polityki”. Byłaś nią zaskoczona?
– Ogromne, bo myślałam, że my – ludzie zajmujący się ruchem – będziemy zawsze pomijani. A tu proszę, taniec został w końcu zauważony! Bo tę nominację, oprócz oczywiście doceniania mojej pracy, traktowałam także jako docenienie całego środowiska, pracy wielu ludzi, którzy przecierali tańcowi drogę w teatrze, jak Leszek Bzdyl, Mikołaj Mikołajczyk czy Tomek Wygoda. Choć nominację do Paszportów dostałam za spektakle, które zrobiłam z Eweliną, nie byłoby ich, gdyby nie Wojtek Klimczyk i Iga Gańczarczyk. Zawdzięczam im bardzo dużo jako choreografka. Z Wojtkiem stworzyłam swój język, a z Igą go ukształtowałam. I jeszcze jedno, dodatkową frajdą było to, że nominacje w kategorii teatr dostały same kobiety!

À propos kobiet, spotkałaś się kiedyś w swojej pracy z seksizmem?
– Prowadzę nieustannie takie rozmowy, z których wynika, że kobiety w teatrze zarabiają mniej niż mężczyźni i to mi się bardzo nie podoba, a moje postulaty dotyczące wynagrodzenia są przez dyrektorów traktowane jako żądania bezczelnej dziewczynki. W ogóle kasa jest dużym problemem. Uważam, że jeśli jako choreografka pracuję ramię w ramię z reżyserem, jestem ciągle na próbach, bo spektakl jest od początku do końca oparty na ruchu, powinnam dostawać połowę wynagrodzenia reżysera. Tymczasem kiedy to mówię dyrektorom teatrów, oni zawsze robią wielkie oczy, bo w Polsce, kraju kultu reżysera, jest tak, że on czy ona dostają takie wynagrodzenie za swoją pracę, które rażąco odbiega od wynagrodzenia innych realizatorów. W recenzjach też się zwykle pisze, że reżyser wymyślił coś genialnego, nawet jeśli to była robota choreografa albo scenografa, że o muzyce nie wspomnę. Czas ten reżyserski kult obalić i zacząć doceniać pozostałych realizatorów. Halo, my też tu jesteśmy!

CZYTAJ TAKŻE:
Chcieliście porno, to macie! / rozmowa z Eweliną Marciniak
„Śmierć i dziewczyna” / recenzja 

____

Dominika Knapik urodziła się w 1979 roku w Krakowie. Jest aktorką, tancerką i choreografką. Skończyła Studium Baletowe Opery Krakowskiej i Wydział Aktorski PWST w Krakowie, gdzie dzisiaj wykłada. Wspólnie z dramaturgiem i socjologiem Wojciechem Klimczykiem założyła kolektyw artystyczny Harakiri Farmers. Stypendystka programu DanceWeb Europe, Art Stations Foundation oraz Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Jako aktorka grała w spektaklach Bogdana Hussakowskiego, Igi Gańczarczyk i Anny Smolar. Pracowała z nimi także jako choreografka, robiąc ponadto ruch sceniczny do spektakli m.in. Radosława Rychcika, Mai Kleczewskiej, Anny Augustynowicz i Pawła Świątka. Uznanie i nominację do Paszportu „Polityki” przyniosły jej choreografie do przedstawień Eweliny Marciniak, z którą pracuje obecnie w podwójnej roli choreografki i aktorki nad spektaklem „Leni Riefenstahl. Epizody niepamięci”. Premiera 5 marca w Teatrze Śląskim w Katowicach.

_____

Fot. mat. pras./arch. pryw.

Zwykły wpis
ROZMOWA

Lubię się podszywać

 

z-Radkiem-IMG_0019

Kiedy byłem na Nikiszowcu, od razu zobaczyłem chłopców w brytyjskich mundurkach i Beatlesów. Dlatego „Wesele” w Teatrze Śląskim przenoszę do Irlandii Północnej. Z Radosławem Rychcikiem rozmawia Mike Urbaniak

Coś ty się tak zawziął na polską klasykę?
– 
Nie pochwalasz?

Pochwalam, ale interesuje mnie dlaczego?
– 
Pomysł na tryptyk – „Dziady”, „Balladyna” i „Grażyna” – był tym z gatunku nieodpowiedzialnych i pozwolił mi naprawdę na poważnie przerobić język polskich poetów. Miło mi, że doceniła to także niedawno komisja konkursu „Klasyka żywa” nagradzając „Grażynę”. Ale z tą polską klasyką bym nie przesadzał, bo w międzyczasie przygotowaliśmy z Anią Karczmarską oraz Piotrem i Michałem Lisami z The Natural Born Chillers choćby „Utalentowanego pana Ripleya” w Teatrze Studio w Warszawie czy koncert finałowy „Wielkie przemówienia” na Przeglądzie Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu.

I wracasz do polskiej klasyki „Weselem” w Teatrze Śląskim w Katowicach.
– 
Bo to jest po „Dziadach” najważniejszy polski dramat, nie mogłem go nie zrobić. Fajnie jest znów chwycić za mocną partyturę.

992_660x

O „Weselu” zaraz porozmawiamy, ale chciałem cię jeszcze podpytać o twój romantyczny tryptyk. Od początku chciałeś zrobić jednym ciągiem „Dziady”, „Balladynę” i „Grażynę”?
– 
Nie, to był trochę przypadek, a trochę odpowiedź na zapotrzebowanie w ramach „Klasyki żywej”. Na „Dziady” przyjechał dyrektor Teatru im. Wandy Siemaszkowej w Rzeszowie i zaproponował mi od razu „Balladynę”. Chyba zobaczył w Teatrze Nowym w Poznaniu możliwość wypromowania swojego teatru podobnym spektaklem. To był szybki pomysł na rewolucję.

Plan się częściowo udał, bo „Siemaszkowa” po raz pierwszy od dawna została zaproszona na ważny festiwal teatralny.
– 
Rzeczywiście, premierę mieliśmy na Boskiej Komedii w Krakowie, ale na nią nie zdążyliśmy, spektakl nie był zapięty na sto procent. To się wiązało z tym, że nie udało się zbudować pewności w zespole, i z tym, że czuliśmy presję sprostania dużym oczekiwaniom po „Dziadach”. Presja była też ze strony rzeszowskiego teatru, który obchodził swój jubileusz, co nawiasem mówiąc skończyło się przymusową galą w scenografii „Balladyny” i to nam się nie podobało.

W Teatrze im. Siemaszkowej pracowałeś pierwszy raz. Z jakim nastawieniem tam jechałeś?
– 
Zawsze jadę ciekawy nowego, uważam, że to jest jedna z najlepszych rzeczy w pracy reżysera teatralnego. Polecam wszystkim objazd po Polsce, szczególnie po tej, do której się często nie zagląda. Nowe miejsce to nowi ludzi i nowa energia. Ważne, by nie jechać nigdzie z aroganckim nastawieniem, że oto ja, uznany reżyser czy reżyserka, pokażę wam teraz na prowincji prawdziwy teatr. To jest pułapka i chyba w nią nie wpadłem.

18843_Balladyna_1

Musiałeś pokonać jakieś przeszkody?
– 
Powiedzmy, że z powodów estetycznych, musieliśmy wywrzeć presję co do środków jakich chcieliśmy użyć. I to jest dobre, bo często prowadzi do nieodwracalnej zmiany w instytucji i inni mogą mieć potem łatwiej. Ale to były też problemy natury, nazwijmy je, organizacyjnej. Bo jeśli robimy casting dla niepełnosprawnych i później zapraszamy ich na wielogodzinne próby, to jest dość jasne, że wypadałoby opiekunom tych osób zaproponować kawę czy herbatę. Musieliśmy na to zwrócić uwagę.

Czyli rzeszowski wózek pchało się z trudem.
– 
Tak, dlatego nie zdążyliśmy na Boską.

Aktorzy pchali go z tobą?
– 
Nie wszyscy, niektórzy udawali, że pchają.

Potem zrobiłeś „Grażynę” w Teatrze im. Ludwika Solskiego w Tarnowie.
– 
Miałem na nią pomysł zainspirowany serialem „Homeland”, gdzie główną bohaterką jest szpieg, agentka CIA. Pomieszałem więc „Grażynę” z „Konradem Wallenrodem”, dodałem „Homeland” i wyszedł nam, zdaje się, bardzo udany spektakl o kobiecie. Chcieliśmy też, konsekwentnie realizując nasz romantyczny tryptyk, by rzecz się działa na boisku do koszykówki.

W „Grażynie” bardzo ważny jest tarnowski chór GOS.PL prowadzony przez Annę Podkościelną-Cyz. Kiedy go zobaczyłem i usłyszałem w jakiejś salce katechetycznej, od razu włączył mi się amerykański filtr. Zobaczyłem „Palindromy” Todda Solondza, amerykańską prowincję i fantazję na temat ludzi, którzy spotykają się po pracy, by wspólnie muzykować. Tarnowski chór śpiewał o Panu Jezusie, a ja słyszałem amerykański song. W naszym spektaklu wyśpiewuje przebieg bitwy z krzyżakami, a w trakcie tego jest mecz koszykówki.

5562e0b19f097_o,size,933x0,q,70,h,8b3501

Mówisz, że włączył ci się amerykański filtr, ale czy ty go kiedykolwiek wyłączasz?
– 
Nikt go chyba nigdy do końca nie wyłącza, bo wszyscy jesteśmy – czy nam się to podoba, czy nie – ukształtowani przez amerykańską popkulturę, szczególnie kino. Ale „Wesela” zdecydowałem się nie robić w Ameryce, będzie w Belfaście.

Jak widzowie w Rzeszowie i Tarnowie reagowali na twoje spektakle?
– 
Publika rzeszowska chyba nie pokochała „Balladyny”, też dlatego, że ten spektakl był dla niej za długi. Z kolei w Tarnowie „Grażyna” często grana jest rankami, dla szkół, więc zdarza mi się dostać od aktorów esemesy około trzynastej, że są już po drugiej owacji na stojąco.

Pracując w Rzeszowie i Tarnowie przypomniał mi się mój początek w Kielcach. Kiedy robiłem tam „Samotność pól bawełnianych”, była ona dla ówczesnej widowni Teatru im. Stefana Żeromskiego szokiem, ale potem znaczna część kielczan zaczęła się snobować – w dobrym sensie tego słowa – na „awangardę”. „Samotność…”, a potem kolejne spektakle, choćby Joli Janiczak i Wiktora Rubina, zdobyły swoją wierną publiczność.

„Dziady” miały przyjęcie, jak żaden inny spektakl w ostatnich latach. Okrzyknięto je arcydziełem, zdobyły nagrody i objechały cały kraj. „Balladyna” została przyjęta chłodno, a „Grażyna”, mimo nagrody na „Klasyce żywej”, przeszła jednak niezauważona. Też masz takie poczucie?
– 
Mam. I myślę, że zadecydowała odległość. Nikomu się nie chciało jechać do Tarnowa. Może w nowym roku paru krytyków się pofatyguje, by ją zobaczyć.

Rok temu dostałeś za „Dziady” Paszport „Polityki”. Coś ci dał?
– 
Wiarygodność, rozpoznawalność i trochę więcej propozycji.

A propozycja wyreżyserowania „Wesela” w Teatrze Śląskim kiedy przyszła?
– 
Jeszcze na Festiwalu „Interpretacje” w Katowicach w 2014 roku, gdzie dostałem od Teatru Śląskiego Nagrodę Wyspiańskiego i zaproszenie do współpracy. Robert Talarczyk, szef Śląskiego, chciał „Wesele”, więc je robimy. I znów jestem w teatrze, w którym pracuję po raz pierwszy.

Dlaczego „Wesele” będzie irlandzkie?
– 
Kiedy byłem po raz pierwszy na Nikiszowcu, od razu zobaczyłem chłopców w brytyjskich mundurkach i Beatlesów. Potem przeczytałem w „Dużym Formacie” fragmenty reportażu Aleksandry Łojek o Irlandii Północnej i sięgnąłem po jej, wydaną przez Czarne, książkę „Belfast. 99 ścian pokoju”. Wtedy wiedziałam, że „Wesele” będzie o Irlandii Północnej, i że postaciom Wyspiańskiego dopiszemy biografie bohaterów „Belfastu”. Mam ciągle ochotę na podszywanie się, na najlepiej rozumianą podmianę, bo ona może z powodzeniem – co pokazały „Dziady” – uniwersalizować nasze polskie tematy.

f4ec8e453cf6d59a7cdcd19ddb601cc8da24bd91

„Wesele” jest w gruncie rzeczy o dwóch grupach: chłopach i panach, czyli inteligencji. Nic innego tam nie ma – tylko chłopi i panowie. I między nimi trwa rozmowa. Czasem ostra, jak w Irlandii Północnej między republikanami i rojalistami, między katolikami i protestantami. Może „Wesele” jest tekstem, który udźwignie cudze dylematy?

W jakich czasach będzie się rozgrywało?
– 
Stylizacja wskazywałaby na lata siedemdziesiąte, w których działy się „The Troubles”, ale książka Aleksandry Łojek jest o tym, gdzie są dzisiaj bohaterowie tamtych wydarzeń. Gdzie są kaci, a gdzie ofiary i jak to się dzieje, że kat wychodzi czasami na porządnego człowieka, a ofiara nie. Jeśli uda nam się tym arcypolskim dziełem opowiedzieć niepolską historię to będziemy szczęśliwi.

W Katowicach również ogłosiłeś casting. Tym razem na „typ irlandzki”. Znalazłeś na Śląsku bladych i rudych chłopców?
– 
Oczywiście, w dodatku tańczących! Bo, jak to na weselu, tańczyć będziemy sporo, ale do nieco innych niż jesteśmy w Polsce przyzwyczajeni melodii. Zresztą nie tylko tańczyć, ale więcej nie powiem. Trzeba przyjść do Teatru Śląskiego i zobaczyć. Chciałbym, żeby widzowie, oglądając nasz spektakl i patrząc na historię, która dzieje się w Belfaście, zobaczyli swoją własną. Żeby odpowiedzieli sobie na pytanie: czy wesele może uratować naród i czy może doprowadzić do pojednania?

860f78f5f93ed567a2950696d6999e1aafa7210e

„Wesele” jest kolejnym przedstawieniem, które robisz ze swoją ekipą, do której należą wspomniani już Anna Maria Karczmarska (scenografia i kostiumy) oraz bracia Michał i Piotr Lisowie (muzyka i wideo). Jeszcze się sobą nie znudziliście?
– 
Nie tylko się nie znudziliśmy, ale nadal potrafimy się zaskakiwać. Dlatego ciągle razem pracujemy. Poza tym pomaga nam na pewno to, że tworzymy ciągle w nowych teatrach, z nowymi dla nas zespołami i może na szczęście nie ciągniemy ze sobą żadnej ekipy aktorskiej.

A aktorzy Śląskiego poszli za wami?
– 
Cztery osoby nie chciały z nami iść i odeszły, co jest zupełnie zrozumiałe. Nie ma sprawy. Zostaliśmy więc z tymi, którzy chcą i pracujemy dzielnie.

Może po prostu niektórzy nieufnie podchodzą do estetyki teatralnej, której się w ich teatrze zwykle nie uprawia?
– 
Mnie się zdaje, że rzecz nie jest w estetyce, tylko w pułapie możliwości. I nie chodzi o to, że ktoś nie może wysokiego pułapu osiągną, tylko o to, że nie chce. A tak nie można, nie można się nie zmieniać.

Pełna zgoda. Udowodniła to swoją „Morfiną” Ewelina Marciniak, która zaraz po tobie robi w Teatrze Śląskim spektakl o Leni Riefensthal. Czujesz, że uczestniczysz w rozwibrowywaniu tej skostniałej sceny?
– Czuję, ale tego nie lubię. Przychodzę z czystymi intencjami – chce zrobić spektakl. Wszystko, co się ewentualnie wydarzy obok jest dodatkiem. Nie zajmuję się reformowaniem teatrów, ale poszukiwaniami artystycznymi, których celem jest przygotowanie przedstawienia.

Myślisz, że śląska, konserwatywna publiczność pokocha teatr Rychcika?
– 
Jeśli tylko uwierzy w to, że miłość dwojga ludzi może pogodzić zwaśnione strony konfliktu, to tak. Tym bardziej, że może czytać „Wesele” przez historię własnego regionu, która jest w dużej mierze o dwóch walczących ze sobą stronach, ale ja tego nie powiedziałem.

CZYTAJ TAKŻE TO

_____

Radosław Rychcik (rocznik 1981) jest reżyserem teatralnym. Ukończył filologię polską na Uniwersytecie Warszawskim i reżyserię dramatu na PWST im. Ludwika Solskiego w Krakowie. Był asystentem Krystiana Lupy. Od 2008 roku wyreżyserował 17 spektakli w teatrach Krakowa, Kielc, Warszawy, Wałbrzycha, Szczecina, Poznania, Rzeszowa i Tarnowa. Jest laureatem kilku nagród, wśród nich Lauru Konrada i Paszportu „Polityki”. Uznanie przyniósł mu zrealizowany w 2009 roku Teatrze im. Stefana Żeromskiego w Kielcach spektakl „Samotność pól bawełnianych”, który zarejestrowała kilka lat później i wyemitowała TVP Kultura, a wyreżyserowane przez niego w 2014 roku w Teatrze Nowym w Poznaniu „Dziady” stały się sensacją sezonu i jednym z najgłośniejszych spektakli ostatnich lat. Obecnie w Teatrze Śląskim w Katowicach pracuje nad „Weselem” Stanisława Wyspiańskiego. Premiera 8 stycznia.

_____

© Mike Urbaniak
Fot. Piotr Lis/Jakub Wittchen/Tadeusz Poźniak/mat. pras.

Zwykły wpis
AKTORZY/AKTORKI, DYREKTORZY/DYREKTORKI

Prywatny teatr ważnych spraw

karolak

Którego razu zobaczyłem kolorowe czasopismo z moją gębą na okładce i pomyślałem sobie: „Karolak, przecież ty taki nie jesteś! Weź się ogarnij!”. I dałem nura w teatr. Z Tomaszem Karolakiem rozmawia Mike Urbaniak.

Jak się zdobywa pieniądze na prywatny teatr?
 To jest proces, nie dzieje się to z dnia na dzień. Kiedy zaczynałem tworzyć Imkę, nie znałem ludzi, którzy decydują w wielkich firmach o wydatkach marketingowych. Teatr założyłem za własne pieniądze, które zarobiłem na moich lepszych i gorszych występach telewizyjnych. Sponsorzy pojawili się, kiedy zauważyli, że nie interesuje mnie szybki zarobek i schlebianie niskim gustom. A mogliśmy przecież z grupą znanych aktorów wystawić jakąś dobrą londyńską farsę i sprzedawać to na pniu.

Dlaczego nie poszedłeś tą drogą?
– Bo wyrosłem z innego teatralnego korzenia. Oglądałem wielkich aktorów grających na deskach Starego Teatru w Krakowie, potem debiutowałem w Teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie. Nie interesował mnie teatr robiony dla kasy i rechotu. I żeby była jasność, nie mam nic przeciwko farsie czy komedii, pod warunkiem, że o czymś do widzów gada, coś chce przekazać, a nie jest zbiorem głupich gagów.

W Warszawie jest więcej teatrów, które „coś chcą przekazać”, ale jakoś nie są ochoczo wspierane przez prywatny biznes. Dlaczego?
– Zapytałem kiedyś o to jednego prezesa i wiesz, co mi odpowiedział? Że państwowe to niczyje, że pieniądze przekazane państwowemu teatrowi giną w czeluściach, że nie wiadomo jak są wydane, jaki wywołują efekt. Do tego dochodzi biurokracja, archaiczne przepisy, przetargi – to wszystko powoduje, że w Polsce prywatny biznes nie jest szczególnie zainteresowany wspieraniem publicznych instytucji kultury.

Pewien mecenas kultury opowiedział mi, że wsparł raz kwotą 100 tysięcy złotych spektakl w państwowym teatrze i wyszedł z niego bardzo zdziwiony twierdząc, że to, co widział mogło kosztować najwyżej połowę tej kwoty. U nas w Imce tak się nie da, bo jesteśmy rozliczani z każdej złotówki, tabelka po tabelce, rubryka po rubryce. Co cztery miesiące mamy spotkanie z radą biznesową – złożoną z ludzi, który wspierają Imkę – i tłumaczymy przed nią każdy grosz. Publicznemu teatrowi takie działanie jest obce.

Publiczne znaczy złe?
– Nie, w żadnym razie. Nie jestem przeciwnikiem publicznego, tylko zwolennikiem rozsądku. Sponsorzy nie będą wspierać czegoś, czego nie potrafią ocenić. Powiedz, ile kosztuje w Polsce wyprodukowanie spektaklu?

Nie ma na to pytanie odpowiedzi. Od pięciu złotych do paru milionów.
– Otóż to! I ludzie biznesu tego nie rozumieją. Tak samo zresztą, jak urzędnicy, którzy nie kumają tego, że jakiś teatr dostaje kilka milionów złotych dotacji i mówi, że nic się za to nie da zrobić.

Czyja to wina?
– Nasza! Ludzi teatru. Nie umiemy tego wytłumaczyć tym, którzy dysponują pieniędzmi. Ja biorę prezesa firmy za rękę i mówię: „Chodź, zobacz na co dajesz, a jak czegoś nie rozumiesz, to ja ci wszystko wyjaśnię”. Pamiętaj, to są zwykle ludzie porozumiewający się na co dzień innym językiem, innymi kategoriami. Dziwią się na przykład, że dają na coś 100 milionów, a dostają w zamian 20.

Ale kultura nie jest od zarabiania pieniędzy. Nie taka jest rola publicznych instytucji kultury.
– Ty to wiesz i ja to wiem, ale zarządzający biznesem czy polityką już niekoniecznie. I – powtarzam – to nie jest ich wina, tylko nasza. Bo nie umiemy mówić językiem, którego oni używają. Dlatego właśnie w Imce zatrudniłem Wojciecha Michałowskiego – menadżera, człowieka z korporacji, który kocha teatr. On nie tylko mówi językiem ludzi ze świata biznesu, ale jeszcze znakomicie zarządza kasą.

Krzysztof Mieszkowski, dyrektor Teatru Polskiego we Wrocławiu, mówi, że menadżerowie nie nadają się do kierowania instytucjami kultury.
– Niech Krzysztof Mieszkowski przestanie pleść bzdury! Kilka lat temu protestowaliśmy przeciwko wprowadzeniu menadżerów do teatru, bo uważaliśmy, że to będą ludzie, którzy zniszczą wolność artystyczną. Ale na miły Bóg, przecież to my – artyści nie mamy pojęcia o robieniu pieniędzy! To są mechanizmy nam zupełnie obce. Na Broadwayu teatrami zarządzają wykształceni menadżerowie.

Ale to są teatry komercyjne.
– Zgoda, ale niekomercyjnym też by się przydało zarządzanie przez profesjonalistów.

Jaki świetny menadżer przyjdzie z biznesu do kultury, gdzie wynagrodzenia są głodowe?
– Do Imki przyszedł i masz rację – nie byłoby mnie na niego stać – gdyby nie system, który skopiowaliśmy z zachodnich teatrów. Polega on na tym, że teatr płaci mu 1/3 pensji, a pozostałe 2/3 – sponsorzy, którzy teatr wspierają. Dzięki temu wszyscy mają pewność, że dyrektor jest lojalny i dba o interesy obu stron.

Menadżer menadżerem, ale Imka dostaje też 200 tysięcy złotych z Ministerstwa Kultury. Czyli publiczne wsparcie jednak jest.
– Jest, ale to nie są pieniądze na nasze produkcje, tylko na wymyślony przez nas i cieszący się ogromnym zainteresowaniem Festiwal Polska w Imce, dzięki któremu sprowadzamy do Warszawy najciekawsze spektakle z całego kraju. Ja tej kasy z ministerstwa w ogóle nie dotykam, ona w całości jest transferowana do publicznych teatrów, które zapraszamy.

Ale zobacz, co się dzieje. Kiedy zaczyna się rozmowa o kulturze i pieniądzach od razu wszystkim włosy stają dęba. A skąd on ma? A dlaczego? A może to jest jakiś układ towarzyski? Dlatego trzeba wszystko tłumaczyć. Tak samo powinno być w teatrach państwowych. Urzędnik mówi, że daje pieniądze, a teatr jest ciągle pod kreską. Dlaczego budżet się chociaż nie zeruje? I wtedy trzeba wyjaśnić: Kochani, tak się nie da! Jeśli nie chcecie, żeby wasze dzieci były tumanami, to muszą mieć styczność z najwyższej próby sztuką, a ona często kosztuje. Chyba, że wywalamy z konstytucji zapis o tym, że państwo ma obowiązek wspierać kulturę. Wtedy, proszę bardzo. Urynkowimy publiczne teatry, bilety będą kosztowały 300 zł, a nie 30 i posprzątane. Podejrzewam, że wszystko do tego zmierza.

Teraz masz sporą wiedzę o mechanizmach zarządzania kulturą, ale kiedy zakładałeś Teatr Imka byłeś jak dziecko we mgle.
– To mało powiedziane! Tydzień po otwarciu była katastrofa smoleńska i ludzie przestali chodzić do teatru. Zaraz potem nadszedł kryzys finansowy i sponsorzy zamrozili budżety. Do tego nie potrafiłem odmawiać moim kolegom aktorom, różne firmy wykorzystywały naszą niewiedzę i naciągały na zbędne wydatki. Po prostu masakra! Miałem dwa wyjścia: albo zamknąć teatr, albo wziąć kredyt i grać. Wybrałem to drugie.

Włożyłeś w teatr 1,5 mln swoich prywatnych pieniędzy zarobionych w kinie, telewizji i reklamie. Po co ci to było?
– To prywatna rozgrywka z samym sobą. Mój krakowski teatralny korzeń nijak się miał do tego, co robiłem w Warszawie. Tu pochłonęła mnie lekka, łatwa i przyjemna komercja, stałem się „znany i lubiany”, a to aktora rozleniwia niemożebnie. Dlatego chciałem wrócić do teatru, który jest bardzo wymagający i zmusza aktora do – jak to mówi Mikołaj Grabowski – walki ze swoim kurestwem, bo w każdym aktorze jest kurwa. We mnie też. Którego razu zobaczyłem kolorowe czasopismo z moją gębą na okładce i pomyślałem sobie: „Karolak, przecież ty taki nie jesteś! Weź się ogarnij!”. I dałem nura w teatr.

Dałeś nura i walnąłeś głową w dno, bo nie dostałeś takiego kredytu zaufania i wsparcia medialnego, jak Krystyna Janda startująca ze swoimi teatrami.
– Koledzy dziennikarze okazali się totalnymi burakami. Wyśmiewano mnie w prasie, że jestem kolejnym celebrytą, który postanowił założyć teatr i grać głupie farsy z serialowymi aktorami. I powiem ci, że choć mam grubą skórę, to mnie to zabolało.

A nie uważasz, że sam sobie trochę na to zapracowałeś występami w produkcjach nie najwyższych lotów?
– Ty mówisz o telewizji czy kinie, a moja teatralna historia jest zupełnie inna. Ale zgoda, ludzie mieli prawo tak mnie postrzegać. Byłem dla wielu głupkowatym cielakiem. Tym bardziej się zawziąłem i postanowiłem udowodnić, że ten „głupi Karolak” zrobi dobry teatr.

Szybko się okazało, że nie tylko nie idziesz w serialowych celebrytów, a i repertuar jest mało komercyjny.
– A to przecież nie mogło się wydarzyć, prawda?! Jak to?! „Dzienniki” Gombrowicza, „Sprzedawcy gumek” Lewina czy „Generał” Jakubowskiego u Karolaka?! Kiedy zaczęliśmy dostawać nagrody na ważnych festiwalach teatralnych, przestano mieć wątpliwości jaką drogę wybraliśmy. Chcielibyśmy oczywiście więcej, lepiej, ambitniej, ale wyżej dupy nie podskoczymy. Musimy rzeźbić w tym, co mamy.

Umiesz przewidzieć, co będzie hitem?
– A gdzie tam! Nie mam zielonego pojęcia, co o tym decyduje. Kiedy zabieraliśmy się za „Dzienniki”, wszyscy nam mówili, żebyśmy dali spokój, bo nikt na to nie przyjdzie. A tu proszę! Ten spektakl wyprzedajemy zawsze na pniu.

Bo grają w nim gwiazdy: ty, Magdalena Cielecka, Piotr Adamczyk, Jan Peszek.
– W naszej „Kopenhadze” też grają bardzo znani aktorzy: Adam Woronowicz, Aleksandra Popławska i Jan Frycz, ale nie byliśmy zadowoleni z finałowego rezultatu i tę sztukę zrobimy jeszcze raz. Chciałbym, żeby ją wyreżyserowała Monika Pęcikiewicz.

Jak powstaje repertuar Imki? To twoje pomysły?
– W części moje, w części wymyślone podczas rozmów z reżyserami. Festiwal Polska w Imce wymyśliliśmy razem z Jackiem Cieślakiem z „Rzeczpospolitej”. Ale wiesz, człowiek planuje, a Pan Bóg się śmieje. I my o tym doskonale wiemy. Przewagą prywatnego teatru jest też to, że szybko podejmujemy decyzje. Coś, co w państwowym teatrze zabiera dwa miesiące, u nas – dwie minuty. Kiedy wymyśliliśmy z Jackiem Polskę w Imce, po trzech tygodniach grał już u nas gościnnie pierwszy spektakl, bo zarobiłem akurat dwie dychy na jakimś serialu i dawaj, ściągamy ich do Warszawy!

Tak było na początku, ale teraz – jak rozumiem – twoje plany muszą być zaakceptowane przez sponsorów.
– I ja się z tego bardzo cieszę, bo to jest nasz wspólny teatr.

Jak takie spotkanie z prezesami wygląda?
– Opowiadam im, co chcemy zrobić i dlaczego. Wtedy zawsze pada pytanie o aktorów. To podstawa. Potem jest różnie. Jednego prezesa pociąga idea, którą chcemy spektaklem poruszyć. Inny jest wielkim znawcą Gombrowicza. Ale bywa też tak, że prezesi coś proponują, bo wydaje im się warte uwagi. Tak było na przykład z Janem Karskim, o którym zrobimy spektakl. Zagra go w dodatku amerykański aktor David Strathairn, znany między innymi z filmu George’a Clooney’a „Good Night, and Good Luck”, a spektakl – do którego zaprosimy też studentów szkoły aktorskiej w Krakowie – wyreżyseruje Derek Goldman, szef teatru studenckiego na Uniwersytecie Georgetown w Waszyngtonie, na którym Karski wykładał.

To powiedz kim są ci prezesi, którzy wspierają twój teatr.
– Głównym sponsorem i naprawdę super gościem jest Jacek Krawiec, prezes PKN Orlen. Ja go w ogóle nie znałem. Przeszedł po prostu do Imki na „Wodzireja” i powiedział: „Chcę w tym być”. Prawdziwym teatromanem i głównym mecenasem Festiwalu Polska w Imce jest Zbigniew Jagiełło, prezes Banku PKO BP. Bardzo nam też pomagają Przemysław Krych, prezes Griffin Artspace, Radosław Martyniak, prezes Funduszu Fenix, Leszek Bać, szef firmy SPAR i Hubert Gierowski, szef Browarów Lubelskich produkujących piwo Perła. Całość spina nasz główny lobbysta Lejb Fogelman. Bez tych panów i wsparcia kierowanych przez nich firm nie powstałby żaden nasz spektakl. A ty w ogóle możesz to napisać?

A dlaczego nie?
– Bo w Polsce media jak ognia boją się wymieniać nazwy firm, które wspierają kulturę. Uważa się to za kryptoreklamę albo obciach. I to jest jeden z głównych powodów, dla których biznes w tak niewielkim stopniu wspiera kulturę. Ja po każdej premierze w naszym teatrze dziękuję naszym sponsorom i zapraszam ich na scenę. Byłem i właściwie nadal jestem za to strofowany przez wiele osób, szczególnie ze świata teatralnego. Że to żenada jakaś. A Piotr Skrzynecki robił to samo w swojej Piwnicy Pod Baranami. Zawsze na koniec dziękował wszystkim, dzięki którym artyści mogli wystąpić na scenie.

Co w tym sezonie zobaczymy w Imce?
– Przed chwilą ściągnęliśmy do nas znakomity spektakl „Był sobie Polak Polak Polak i diabeł” w reżyserii Remigiusza Brzyka z Teatru im. Juliusza Osterwy w Lublinie, a w przyszłym tygodniu zapraszam na „Smutki tropików” w reżyserii Pawła Świątka z Teatru Łaźnia Nowa w Krakowie. Z Łaźnią współpracujemy już niemal na stałe. W ten weekend można u nas obejrzeć znakomitą „Klątwę” Pawła Demirskiego w reżyserii Moniki Strzępki – teatralny i bardzo polityczny serial, który Imka produkuje z Łaźnią.

Przyjedzie też do nas z Teatru im. Stefana Żeromskiego w Kielcach „Caryca Katarzyna” – jeden z najgłośniejszych i najczęściej nagradzanych spektakli ostatniego sezonu, zrealizowany przez – nagrodzony w tym roku Paszportami „Polityki” – duet Jolanta Janiczak i Wiktor Rubin. To do końca tego roku. Przyszły jeszcze planujemy, ale myślę, że nasi widzowie będę mieli okazję zobaczyć „Janis Joplin” w reżyserii Tomasza Gawrona. To z kolei produkcja Teatru Muzycznego Capitol we Wrocławiu z genialną Natalią Sikorą w roli Janis.

To wszystko w ramach Polski w Imce. A własne produkcje?
– Będziemy mieli wspomniany już spektakl o Janie Karskim. Grzegorz Warchoł wyreżyseruje „Skradzioną tożsamość” według książki Romana Fristera. To opowieść o Żydzie, który chcąc ratować swoje życie podczas drugiej wojny światowej ukradł dokumenty Polakowi, pod którego się podszywał. Polaka później rozstrzelano. Wiele lat po wojnie do Żyda zapukało UB i oskarżyło go o kolaborację z SS, a kolaborował rozstrzelany już Polak. To autentyczna historia, którą chcemy poruszyć jakże aktualny dzisiaj problem tożsamości.

Mikołaj Grabowski zrobi spektakl o dwóch kobietach Adolfa Hitlera – Leni Riefenstahl, która Hitlera popierała i Marlenie Dietrich, która go zwalczała. W rolach głównych zobaczymy Iwonę Bielską i Grażynę Dyląg. Później czas na „Hamleta”, którego wyreżyseruje Joanna Drozda, a zagra go Piotr Polak. Na scenie zobaczymy także Macieja Stuhra, Sebastiana Pawlaka i Tomasza Tyndyka. A na koniec sezonu (mam nadzieję, że się wyrobimy) widzowie obejrzą „Władcę pierścieni” w reżyserii Pawła Świątka. To będzie spektakl o inwigilacji. Czekamy też na kolejny odcinek „Klątwy” Pawła Demirskiego i Moniki Strzępki, i chciałbym, żeby Monika zrobiła u nas „Muminki” dla dzieci, ale siedzimy jeszcze nad kalendarzem. A kolejny sezon otworzy „Bolesław Śmiały” w reżyserii Macieja Podstawnego z premierą na Wawelu i mam wielką nadzieję, że uda mi się namówić Jerzego Trelę na „Króla Leara”. Na razie pan Jerzy nie powiedział nie.

Dlaczego ci się udało?
– Uważasz, że mi się udało?

Tak uważam, bo Teatr Imka to nie jedyna prywatna scena w Warszawie. Swoje teatry mają Krystyna Janda, Emilian Kamiński, Michał Żebrowski. Ale to właśnie tobie udało się stworzyć teatr z ambicjami, który przyciąga coraz częściej czołowych polskich twórców teatralnych.
– Imka ma dopiero cztery lata i jest jeszcze teatrem w pieleszach. Zapytaj mnie, czy się udało za jakieś 10 albo 15 lat. Jeśli się wtedy spotkamy i teatr będzie nadal działał oferując widzom ambitne spektakle, to uznam, że mi się udało. To co, umówieni?

_____

Tomasz Karolak jest aktorem filmowym, telewizyjnym i teatralnym oraz wokalista zespołu Pączki w Tłuszczu. Ukończył Wydział Aktorski Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej im. Ludwika Solskiego w Krakowie i debiutował w 1997 roku na deskach krakowskiego Teatru im. Juliusza Słowackiego, by następnie w latach 1999-2003 być aktorem Teatru Nowego im. Kazimierza Dejmka w Łodzi. Znany jest głównie ze swoich ról telewizyjnych (m.in. „Kryminalni”, „39 i pół”, „Rodzinka.pl”, „Baron 24”) i kinowych (m.in. „Milion dolarów”, „Śniadanie do łóżka”, „Listy do M.”, ” Ciacho”, „Testosteron”). W 2010 roku założył Teatr Imka w Warszawie, który jest dzisiaj jedną z najciekawszych stołecznych scen.

_____

Rozmowa ukazała się na portalu Gazeta.pl 4.10.2014 r.

_____

© Mike Urbaniak 

Zwykły wpis
REŻYSERZY/REŻYSERKI

Słowa mają moc

38440_1534082040725_4388325_n

Na drugim roku studiów filologicznych poszedłem do Teatru Rozmaitości na „Magnetyzm serca” Grzegorza Jarzyny. Po spektaklu wiedziałem już kim chcę być. Z Radosławem Rychcikiem rozmawia Mike Urbaniak.

Czy wyście powariowali? Wszyscy robią teraz „Dziady”!
– Szaleństwo nie ma tu nic do rzeczy, chodzi o kasę. Ministerstwo Kultury ogłosiło konkurs „Klasyka żywa” i się zaczęło. Robi się to, na co są pieniądze. Chciałem robić w Teatrze Nowym w Poznaniu „Taksówkarza”, ale skoro jest zapotrzebowanie na polską klasykę, to trzeba było walnąć z grubej rury – stąd „Dziady”.

A sam z siebie nie myślałeś o wyreżyserowaniu „Dziadów”?
– Nie, przynajmniej nie teraz. Myślałem o nich jako o czymś na kiedyś.

Dlaczego?
– Bo może jeszcze za wcześnie, nie ten moment. Poza tym podobałem się sobie w tej aspiracji, bo to oznaczało, że mam przed czymś respekt.

Nasze romantyczne arcydzieło jest koszmarem polskich uczniów, którzy katowani są przez nauczycieli jednymi słusznymi interpretacjami i uczą się na pamięć fragmentów utworu. Ty w szkole też byłeś torturowany na lekcjach polskiego?
– Ja byłem jednak zawsze trochę inny. Nikt mnie nie katował, bo uwielbiałem romantyzm. Chciałem być poetą i te „Dziady” sam sobie recytowałem chodząc z książką po parku. Ale masz rację, że młodzi ludzie nie mają chyba dobrych wspomnień z Mickiewiczem, który ich albo nudzi, albo jest niezrozumiały i archaiczny. Dlatego w celu przywołania przyjemnych wspomnień ze szkolnych czasów poprosiłem rodziców, przygotowując się do reżyserowania „Dziadów”, o kasetę wideo z mojej studniówki. Puściłem ją aktorom na próbie.

Zmarli ze śmiechu?
– Prawie.

Pamiętam, że w liceum też robiliśmy „Dziady” i one były oczywiście w konwencji: półmrok, prześcieradła, znicze. Nie umiemy zrezygnować z tej jedynej słusznej opcji inscenizacyjnej?
– Rzeczywiście, kiedy googlujesz „Dziady”, połowa wyników to plakaty teatralne, a druga połowa to różne szkolne – nazwijmy je – szopki w stylu prześcieradło ze świecami. Ale można mieć w tym wszystkim nadal fajne wspomnienia. Nie siedziałeś z jakimś fajnym kolegą pod tym prześcieradłem?

Z tobą bym posiedział.
– Proszę bardzo i zobacz ile ciekawych skojarzeń możemy wokół nabudować; mała przestrzeń konspiracji, zabawa po lekcjach, tajne bractwa, Stowarzyszenie Umarłych Poetów, wspólnota, tajemnica.

W szkole nie skończyła się, jak mniemam, twoja przygoda z „Dziadami”, bo studiowałeś potem filologię polską na Uniwersytecie Warszawskim. Nadal czytałeś Mickiewicza w parku?
– Nie, ale pamiętam wspaniałe wykłady, nieżyjącego już niestety, prof. Eligiusza Szymanisa, fenomenalnego pedagoga, który powtarzał, że Mickiewicza nikt nie rozumie, bo on mówi, że zbawienie jest nie z tego świata, a my zawsze czytamy wszystko dosłownie.

A dlaczego w ogóle poszedłeś na polonistykę?
– Żeby być poetą, ale szybko się zorientowałem, że to jest jednak zbyt niszowa sprawa. Pamiętam, że chodziłem razem z Marcinem Cecko na różne konkursy jednego wiersza i zawsze je wygrywał Marcin, ja byłem tuż za nim. Na drugim roku studiów poszedłem do Teatru Rozmaitości i zobaczyłem „Magnetyzm serca” Grzegorza Jarzyny. Po spektaklu wiedziałem już kim chcę być.

I zdałeś na reżyserię.
– Jeszcze nie, zacząłem najpierw chodzić do teatru.

Wcześniej nie chodziłeś?
– Nie, moja działdowska prowincja uchroniła mnie przed teatrem, ale odbiłem sobie na studiach. Chodziłem nieustannie i wszędzie. Byłem nawet przez rok bileterem w Teatrze Studio za czasów Zbigniewa Brzozy.

Co ci się podobało?
– Wiadomo, Jarzyna i Warlikowski. To był ten czas: nowość, szaleństwo, konflikt młodych i starych, awangarda, po bandzie. Nie będę nawet wspominał tych magicznych momentów wielogodzinnego oczekiwania z książką w ręku i słuchawkami w uszach po wejściówki. To była kompletna fascynacja. Dlatego napisałem pracę magisterską o Warlikowskim i w końcu poszedłem na reżyserię.

Dlaczego do Krakowa?
– Bo wiedziałem, że tam się to dzieje, że tam trzeba być, a nie w Warszawie. Byłem na roku z Krzysiem Garbaczewskim i Szymonem Kaczmarkiem.

Były „Dziady” w szkole teatralnej?
– Ja nic z nimi nie robiłem, był za to Słowacki. Chociaż tyle.

Za co ty tak lubisz romantyzm?
– Za to, że jest w nim tęsknota za mówieniem do siebie pięknie, za mówieniem wierszem, mówieniem długo, pozwoleniem sobie na celebrowanie słowa. Czyż to nie są wystarczające powody?

Jaki chciałeś robić teatr?
– Dowiedziałem się tego, kiedy, jeszcze na studiach, pojechaliśmy z Krzyśkiem Garbaczewskim na zaproszenie dyrektora Tomasza Koniny do Teatru im. Jana Kochanowskiego w Opolu. Ja robiłem „O lepszy świat” Rolanda Schimmelpfenniga, a Krzysio „Chór sportowy” Elfriede Jelinek, premiery były zaplanowane dzień po dniu. Podczas pracy okazało się, że ja do końca nie wiem jak, że coś nie gra. Aktorzy zaczęli panikować i na dwa tygodnie przed premierą dyrektor Konina odebrał mi reżyserię.

Załamałeś się?
– Kompletnie, to był cios. Popłakałem się po tym okropnie, nie mogłem się pozbierać. Zacząłem się zastanawiać czy w ogóle potrafię reżyserować czy nie, czy umiem sklecić spektakl. Na szczęście mogłem wrócić do szkoły i się pozbierać. Postanowiłem zmienić wszystko, sposób pracy, podejście i wyreżyserowałem w Teatrze Nowym w Krakowie „Versus” Brechta.

A na premierę Garbaczewskiego pojechałeś?
– Oczywiście i pierwszy zerwałem się do braw.

„Versus” w Nowym uważasz za swój debiut?
– Tak, choć wcześniej zrobiłem jeszcze blogi.pl w Starym Teatrze. Ale prawdziwe przyjemności pojawiły się w dopiero Teatrze Dramatycznym w Warszawie.

Zaprosił cię Paweł Miśkiewicz?
– Tak, znaliśmy się, bo był moim profesorem na PWST. W Dramatycznym najpierw zrobiłem „Fragmenty dyskursu miłosnego” i rok później „Madame Bovary”.

Twoja praca w Teatrze Dramatycznym nie była łatwa. Ścierałeś się ostro z dyrekcją, prawda?
– Rzeczywiście łatwo nie było. Po raz pierwszy zostałem postawiony w sytuacji, w której dyrektor artystyczny każe mi coś zmieniać w spektaklu. Ten konflikt zakończył się naszą wygraną, bo dyrektorowi powiedziałem, że zmieniamy, a z zespołem ustaliliśmy, że nie zmieniamy. To była oczyszczająca konfrontacja.

Między obydwoma zrobionymi przez ciebie spektaklami w Dramatycznym, wyreżyserowałeś w Teatrze im. Stefana Żeromskiego w Kielcach „Samotność pól bawełnianych” Koltèsa. Ta inscenizacja przyniosła ci duży rozgłos i zabrała cię w świat. Jak trafiłeś do Kielc?
– Przyjechał do mnie Władek Jankowski, wtedy szef impresariatu teatru i zaczął mnie namawiać, żebym odwiedził Kielce. Napiliśmy się wódki, skusiłem się. Był tam jeden aktor, którego znałem ze szkoły czyli Wojtek Niemczyk. Pomyślałem, że wezmę jeszcze Tomka Nosińskiego, coś tam szybko zrobimy i spadamy.

Tymczasem…
– Okazało się, że odpaliliśmy małą bombę z czego zdałem sobie sprawę na drugiej próbie generalnej. Spektakl stał się rzeczywiście głośny, a my pojechaliśmy z nim w tournée po Stanach Zjednoczonych i Kanadzie.

A ty, po powrocie do ziem ojczystych, pognałeś prosto do rozgrzewającego się Teatru Dramatycznego w Wałbrzychu robić „Łyska z pokładu Idy”.
– To był wspaniały czas. Super miejsce, super ludzie, super energia. Strzępka z Demirskim pracowali wtedy, równolegle z nami, nad „Był sobie Andrzej Andrzej Andrzej i Andrzej”. Sebastian Majewski totalnie nam ufał, panowała tam zupełna wolność.

Gustaw Morcinek należy do panteonu śląskich pisarzy. Stresowałeś się, kiedy jechałeś z „Łyskiem” na festiwal Interpretacje do Katowic?
– Nie, dlatego, że zanim zacząłem pracę nad tym spektaklem postanowiłem nie udawać, że jestem znawcą Śląska, kopalni i tak dalej. I, zobacz, ten nieodpowiedzialny gest spowodował, że się udało.

Udało to mało powiedziane. Zdobyłeś Laur Konrada!
– Bardzo się ucieszyłem, bo pamiętałem, kto tę nagrodę dostał przede mną.

I wróciłeś do Kielc, by tym razem zrobić „Hamleta”.
– Z którego nie jestem do końca zadowolony, ale wiem, że wielu się podobał. Wygrał nawet konkurs na najlepszą inscenizację dzieł Szekspira.

Dwa lata temu, za zamówienie Muzeum Powstania Warszawskiego, stworzyłeś znakomity spektakl „Powstanie”. To było duże wyzwanie?
– Było, ale od razu podjąłem decyzję, że nie grzebiemy z księgach, nie studiujemy wszystkich dzienników i zapisków powstańczych, bo i tak tego nie ogarniemy. To by było bez sensu. Powiedziałem aktorom, że mamy do zapisania czystą kartę i musimy sobie odpowiedzieć na pytanie: co my, młodzi ludzie, wiemy dzisiaj o powstaniu?

Męczysz w tym spektaklu aktorów niemiłosiernie. Zresztą nie tylko w tym. Dlaczego?
– Bo aktorzy, zdradzę ci w tajemnicy, uwielbiają być męczeni. To sprawia, że wychodząc z próby czują, że nad czymś pracują.

Twoje spektakle są też niezwykle emocjonalne. Są nawet tacy, którzy uważają, że emocje w teatrze Rychcika są ponad wszystko. Zgadzasz się?
– A po co innego chodzić do teatru, jeśli nie po przeżywanie emocji? Teatr to żywy organizm, spotkanie oko w oko z żywym człowiekiem. W kinie możesz rzucić pomidorem w ekran, a w teatrze? To jest właśnie jego siła.

W większości twoich spektakli gra Tomasz Nosiński. Do niedawna aktor Teatru im. Stefana Żeromskiego w Kielcach, dzisiaj w zespole Teatru Nowego w Poznaniu. Jak się poznaliście?
– W szkole teatralnej. Tomek był rok wyżej na Wydziale Aktorskim. Zaprzyjaźniliśmy się, spędzaliśmy ze sobą sporo czasu, ale nie pracowaliśmy razem. Zagrał u mnie dopiero po studiach. Pierwszym naszym spektaklem był „Versus”. Nie wiem jaka jest tajemnica naszej przyjaźni. Myślę, że ciągle sobie imponujemy, ciągle chcemy coś udowodnić. Nie będę tu leciał teraz banałami, jakim to Tomek jest wspaniałym aktorem, bo to oczywiste, ale bez wątpienia jest bardzo ważny w moich spektaklach, uwielbiam go na scenie. W „Dziadach” zagra Guślarza.

Obok którego zrobiłeś też miejsce dla Martina Luthera Kinga czy Malcolma X. Skąd ten pomysł?
– Uważam, że to tekst, który ma coś powiedzieć nie tylko o nas, ale także o innych i byłoby wspaniale popatrzeć na „Dziady” nie tylko przez nas, przez naszą historię, przez nasze traumy. Może się wtedy okazać, że to jest dzieło o przesłaniu uniwersalnym, że nie jest uwięzione na polskim podwórku. Mickiewicz to słowa, wielka moc słów. One mogą zmienić świat. Podobnie uważał Martin Luther King.

_____

Radosław Rychcik (rocznik 1981) jest reżyserem teatralnym. Ukończył filologię polską na Uniwersytecie Warszawskim i reżyserię dramatu w PWST im. Ludwika Solskiego w Krakowie. Był asystentem Krystiana Lupy. Od 2008 roku wyreżyserował 12 spektakli w teatrach Krakowa, Kielc, Warszawy, Wałbrzycha, Szczecina i Poznania. Jest laureatem kilku nagród, wśród nich Lauru Konrada dla najlepszego reżysera za „Łyska z pokładu Idy” (Teatr Dramatyczny w Wałbrzychu). Największy rozgłos przyniósł mu zrealizowany w Teatrze im. Stefana Żeromskiego w Kielcach spektakl „Samotność pól bawełnianych”, który zarejestrowała TVP Kultura. Obecnie pracuje nad „Dziadami” Adama Mickiewicza, których premiera jest zaplanowana na 22 marca tego roku w Teatrze Nowym w Poznaniu.

_____

© Mike Urbaniak | Fot. Michał Korta

Zwykły wpis
REŻYSERZY/REŻYSERKI

Nienasycona

10168483_10152260696239020_1476806605_n

Robienie swojego teatru z zerkaniem na mistrza jest słabe. Chyba, że chcesz go poszturchać, bo to oznacza samodzielne myślenie. Z Eweliną Marciniak rozmawia Mike Urbaniak.

Dlaczego postanowiłaś zostać reżyserką?
– 
Kiedy miałam szesnaście lat trafiłam na warsztaty teatralne prowadzone przez moją wspaniałą nauczycielkę języka polskiego w Kudowie Zdroju. Zapraszała do nas znakomitych aktorów (m.in. Mariannę Sadowską, cudowną pieśniarkę związaną z Gardzienicami), którzy prowadzili z nami – w szkole, raz w miesiącu – warsztaty teatralne.

Dlaczego na nie poszłaś?
– 
Bo byli tam najfajniejsi uczniowie ze starszych klas. Chciało się tam być, świetne towarzystwo. Wszyscy oczywiście planowaliśmy być aktorami więc mieliśmy profesjonalną edukację z elementarnych zadań aktorskich. Ja miałam jednak problemy z koncentracją, panowaniem nad odruchami – generalnie wprowadzałam chaos. Dlatego za każdym razem mówiłam sobie, że idę tam ostatni raz, ale po pół roku okazało się, że nie mogę tam nie iść. Wtedy już wiedziałam, że to jest to.

Aktorstwo czy reżyseria?
– 
Tylko to, że chcę robić coś w teatrze, cokolwiek, i że to jest miejsce dla mnie. Fascynowało mnie tworzenie czegoś, uczestniczenie w niezwykłym procesie, stwarzanie tego, co się dzieje potem na scenie. Ale masterplan był nadal taki, że zostanę dyplomatką.

I jak go wcielałaś w życie?
– 
Byłam wzorową uczennicą, ale taką która daje odpisywać i pali jointy w kiblu na przerwie. Po maturze postanowiłam zdawać do Wrocławia, do liceum z maturą międzynarodową i oblałam matematykę. Co robić? Wpadłam więc na pomysł, że muszę w takim razie iść do jakiegoś innego dobrego liceum we Wrocławiu. Wybrałam w końcu XII i nałgałam dyrektorce, że moi rodzice są dyplomatami, właśnie wrócili z placówki i ja muszę zacząć tu naukę. Przyjęła mnie. Miałam tam warsztaty teatralne, na których zrobiłam „Iwonę, księżniczkę Burgunda”, a że klasa była o profilu historycznym z elementami prawa, zakuwałam jednocześnie casusy jak przystało na przyszłą studentkę stosunków międzynarodowych.

Rodzice wspierali cię w tych wyborach?
Rodzice byli już wtedy rozwiedzeni. Mieszkałam z mamą, z którą byłam w symbiotycznej relacji i która zawsze mnie wspierała. Od taty miałam alimenty i one w połączeniu ze stypendium pozwalały na luksus w postaci pokoju w internacie i wejściówek do teatrów, bo zaczęłam do nich chodzić nałogowo.

Wiem, że twój tato był pianistą, a mama?
– 
Barmanką.

Powaga?
– 
Absolutna. Pracowała w „Melodii” w kurorcie w Kudowie Zdroju. To była wielka kawiarnia z prawdziwymi dansingami. Zanim mama została barmanką, pracowała jako kelnerka i pamiętam, że zawsze chodziła w szpilkach. Jak już stała za barem, to nikt jej nie podskoczył, była bardzo lubiana. Kiedy w latach dziewięćdziesiątych kawiarnię zmieniono w dyskotekę zaczęli przychodzić tam licealiści, którzy moją mamę kochali, po „pani Stasia” zawsze dawała im zapiekanki za kreskę. I tak mama przepracowała w „Melodii” ponad trzydzieści lat.

Dom był, jak się domyślam, liberalny.
– 
Kompletnie, wszystko mogłam. Cudowna wolność, która uczy samodzielności. To wszystko dostałam od mamy, której już niestety nie mam, bo zmarła kilka lat temu na raka.

We Wrocławiu byłaś nieśmiałą dziewczyną z niewielkiego miasta?
– 
Kiedy tam przyjechałam, wszyscy wiedzieli trzy raz więcej ode mnie. Znałam Gardzienice, no i wiedziałam kim są Krystian Lupa i Krzysztof Warlikowski. Tyle. Jak moja polonistka z liceum powiedziała, że przyjeżdża Peter Brook i idziemy na jego spektakl, nie wiedziałam zupełnie kim jest Brook. Czytałam więc, czytałam i czytałam, oglądałam spektakle i coraz szerzej otwierały mi się oczy.

I zaczyna się teatralny odjazd?
– 
Totalny! Chodzę wszędzie i na wszystko. Na spektakle, na wykłady w Instytucie Grotowskiego. To był też czas premiery „Oczyszczonych” Warlikowskiego, więc pamiętam kilkugodzinne wysiadywanie po wejściówkę.

Dyplomacja poszła w kąt?
– 
Nic z tych rzeczy, nadal sprawy szły dwutorowo: wkręcałam się z teatr i cały czas zakuwałam przepisy prawa międzynarodowego.

Ale zbliża się matura i trzeba wybrać zaraz jakieś studia.
– 
Nadal nie rezygnuję z żadnej z moich dwóch pasji i zdaję jednocześnie na Uniwersytet Jagielloński – na europeistykę i na wiedzę o teatrze, na której wybrałam później specjalizację dramatologiczną. Miałam tam wspaniałych nauczycieli, od których mnóstwo się nauczyłam. Małgorzata Sugiera, Mateusz Borowski czy Dariusz Kosiński uczą tam bardzo ważnych rzeczy.

A co z europeistyką?
– 
Dociągnęłam ją do licencjatu i może zdecydowałabym się na magisterkę, gdyby na egzaminie z romantyzmu na dramatologii jeden z profesorów nie powiedział do mnie: „Dobra, przeczytałaś wszystko, orientujesz się, ale musisz zdecydować, co chcesz studiować. Ciągnięcie tych dwóch kierunków jest bez sensu, bo nie masz czasu i energii na wejście w żaden do końca”. To był bardzo stanowczy komunikat, którego chyba potrzebowałam i skupiłam się wtedy wyłącznie na teatrze. Kontynuowałam dramatologię i postanowiłam zdawać na reżyserię.

Gdzie?
– 
Do Krakowa (nie udało się) i do Warszawy (odpadłam na ostatnim etapie). Bardzo mnie zabolało to znalezienie się pod kreską. „Jak oni mogli mnie odrzucić?” – myślałam, a potem byłam im wdzięczna, bo dzisiaj wiem, że nie chciałbym kończyć szkoły warszawskiej.

Uchowaj Boże! Po roku znów próbowałaś w Krakowie?
– 
Oczywiście, bo po fazie „Jak oni mogli mnie odrzucić?”, przyszła faza: „Ja mam być pod kreską? Ni chuja!”. Robiłam sobie kolejny rok dramatologii, zaczęłam dużo jeździć i oglądać. Po raz pierwszy trafiłam też do berlińskich teatrów, na Theatertreffen – teatr niemiecki zaczął mnie bardzo wkręcać. I rok później dostałam się na reżyserię do Krakowa.

Ale dalej nie rozumiem, po co ci ta reżyseria?
– 
Po to, żebym mogła robić rzeczy, które oglądałam do tej pory na scenie. Pisać o teatrze nigdy nie chciałam, bo nie umiem pisać. Ale stwarzanie światów mnie podnieca. To ciągłe nienasycenie, gonienie króliczka jest fascynujące. Napisałam więc pracę magisterską na dramatologii, zgarnęłam dyplom i skupiłam się na reżyserii.

Studia cię pochłonęły?
– 
Tak, ale wiesz, to były moje trzecie studia i bardzo dokładnie wiedziałam czego chcę i to głośno mówiłam, co bardzo wiele osób w szkole wkurzało. Tłumaczyłam na przykład, że bardzo przepraszam, ale ja na zajęcia z filozofii z tą osobą nie będę chodziła, bo na UJ miałam takich profesorów, że to co tu jest wykładane, to śmiech na sali. Rozumiesz więc, że nie mogłam być niczyją ulubienicą. Ale generalnie szkoła była zajebista, super czas, super zajęcia z Krystianem Lupą, Grzegorzem Niziołkiem, Janem Peszkiem. Szybko odkryłam, że program nauczania nie ma żadnego znaczenia, liczą się tylko ludzie, których tam spotkasz. Wtedy jest lot.        

Lot z mistrzem?
– 
Nie było takiego. Dzisiaj chyba nikt już nie ma swoich mistrzów. Poza tym robienie swojego teatru z zerkaniem na mistrza jest słabe. Chyba, że cię intryguje i chcesz go poszturchać, to rozumiem, bo to oznacza samodzielne myślenie.

A ciebie kto intrygował?
– 
Krystian Lupa oczywiście, ale ważne były też dla mnie spotkania z teoretykami, choćby wspomnianym Grzegorzem Niziołkiem. To znakomite zajęcia, na których można się nauczyć, jak się inspirować, otwierać.

Twoim debiutem reżyserskim, jeszcze na studiach, było „Nowe wyzwolenie” Witkacego na dużej scenie Teatru Polskiego w Bielsku-Białej. Jak doszło do tej realizacji?
– 
Bielsko miało być dla mnie karą, bo nie byłam – przypominam ci – niezbyt lubiana w szkole za głośne wyrażanie poglądów. Koleżanka z roku została wybrana, żeby zrobić dyplom w Warszawie, a mnie – tą najgorszą – trzeba było wysłać gdzieś na prowincję, na przykład do Bielska, żebym sobie tam zrobiła spektakl w teatrze z „Mayday”, „Szalonymi nożyczkami” i „Testosteronem” w repertuarze. Do szkoły przyjechali aktorzy z grupy „Kontrast” z Bielska-Białej, zobaczyli mój egzamin (była nim wtedy „Kobieta z przeszłości” robiona z Kasią Zawadzką, która potem zagrała w mojej „Kobiecie…” w Bałtyckim Teatrze Dramatycznym w Koszalinie) i powiedzieli, że im się to podoba, że chcieliby zagrać w czymś takim. Zaprosili mnie na rozmowę, pojechałam do nich. Gadaliśmy o tym, co lubią. Okazało się, że jest szczególne zainteresowanie Witkacym. Wtedy powiedziałam do Michała Buszewicza, mojego dramaturga: „Słuchaj, czytamy całego Witkiewicza. Musimy coś wybrać”. I wybraliśmy „Nowe wyzwolenie”.

Trafnie?
– 
Nie do końca, bo zrobiliśmy spektakl zupełnie odklejony od tego, do czego przyzwyczajona jest tamtejsza widownia.

I zaprosiliście do niego, wówczas studentkę, Julię Wyszyńską.
– 
Która zagrała Zabawnisię podbijając serca aktorów i publiczności. Stworzyła niezwykłą, wzruszającą i niebanalną kreację. Julka to wspaniała aktorka z poważnym usposobieniem do pracy, a na scenie była cudownie niepoważna. Dowcipna, ale nie przaśna.

A ty jak się odnalazłaś jako studentka reżyserii na dużej scenie w teatrze repertuarowym?
– 
To było duże przeżycie, bo „Nowe wyzwolenie” to moje pierwsze prawdziwe bycie w teatrze, po tej drugiej stronie. Warunki niełatwe: zero kasy na scenografię, zero na kostiumy, pięć osób na scenie, jedna przebiórka. Julka grała w białej rajstopie i wyglądała jak kiełbasa. Mówiła do widzów, że nie ma chłopaka i nigdy nie miała, ale bardzo by chciała kogoś poznać, nawet tam, w Bielsku.

Jak cię traktowali aktorzy?
– 
Profesjonalnie i poważnie. Bardzo chcieli zrobić to, co wymyśliłam, niezwykle otwarci ludzie. Dużo się wtedy też nauczyłam.

Czego na przykład?
– 
Że nie mogę z aktorami rozmawiać przez 2 tygodnie, bo potem zostaje mi tylko 6 na próby. A ja uwielbiam gadać z aktorami o tym, co robimy i dlaczego.

„Nowe wyzwolenie”, które dostałaś w Bielsku Białej – jak sama mówisz – „za karę” przyniosło ci nagrodę na festiwalu m-teatr w Koszalinie. Dobry początek.
– 
Niezły, to prawda.

To także początek twojej, jak się okazało, długofalowej współpracy z Julią Wyszyńską, z którą potem zrobiłaś jeszcze wielokrotnie nagradzany monodram „Medea”, potem „Śmierć i zmartwychwstanie świata” w Starym Teatrze i ostatnio znakomitego „Skąpca” w Teatrze Polskim w Bydgoszczy. Są tacy reżyserzy, którzy wszędzie wożą ze sobą swoich aktorów. To też trochę taki model, w wersji semi?
– 
Będę teraz pierwszy raz bezczelna i powiem, że nie wożę Julki, żeby mi wszędzie zagrała to samo, jak to robią niektórzy ze swoimi aktorami. W naszej współpracy fascynujące jest ciągłe dawanie sobie nowych zadań, co nie jest łatwe. W tej szufladzie już byłyśmy, ta też już przeszperana, szukamy w innej. W „Nowym wyzwoleniu” Julka była słodką Zabawnisią, potem w „Śmierci i zmartwychwstaniu świata” mówię do niej: „Zapraszam cię, ale to będzie inny lot. Nie grasz już niewinnej nimfetki, tylko jesteś hardkorówą blokerką, która disuje wspaniałą Martę Ojrzyńską i zajebiście odważną dupę Kasię Zawadzką. Musisz być jeszcze bardziej niż one”. I Ann, którą gra Julka, wchodzi na scenę i mówi: „Wypierdalać stąd! Won! Już! Out! Tu jest teraz moje miejsce! Moja dupa tu siedzi, a nie twoja! Złaź, zjeżdżaj, wypad!”. W „Medei” było dużo pracy nad ciałem i na swoich emocjach w bardzo bliskim, intymnym kontakcie z widzem. W „Skąpcu” Julka jest z kolei zwierzęcą Elizą. Mam już związane z nią kolejne teatralne marzenie, ale jeszcze ci nie zdradzę jakie.

Drugą osobą, o którą nie mogę nie zapytać jest Michał Buszewicz. Gdzie się poznaliście?
– 
Na uniwersytecie, na zajęciach o wampirach. Po nich staliśmy na papierosie i Michał zobaczył swoją mamę, która wykłada na UJ literaturę staropolską. Podszedł do niej i zapytał, czy pożyczy mu dziesięć złotych. Pożyczyła. Wrócił do mnie z banknotem w ręku i powiedział: „Pójdziesz ze mną na kawę?”.

Poszłaś?
– 
Poszłam, i niedługo potem pojechaliśmy razem na „Norę” Ibsena w reżyserii Anny Augustynowicz do Poznania i wróciliśmy do Krakowa już jako para.

Para prywatnie i za chwilę para w teatrze.
– 
Początkowo nie chciałem Michała wpuszczać na próby, ale raz przyszedł i powiedział, że autobus mu uciekł, a następny ma za godzinę. Trudno, nie miałam wyjścia, został. I okazało się, że aktorzy bardzo lubią jak jest na próbach. Michał jest świetnym dramaturgiem. Często widzi to, czego ja nie zauważam w pogoni za moimi sprawami. Dużo się kłócimy oczywiście, ale bardzo lubię z nim pracować. Podczas pracy nad „Zbrodnią” okazało się, że Michał super pisze, że świetnie się bawi językiem i tak zaczęło się z kolei pisanie. Dajemy sobie dużo wolności: ja jemu – kiedy zaczyna pisać, a potem on mnie – kiedy zaczynam reżyserować. To jest bardzo zdrowy układ. Oczywiście cały czas się trzeba pilnować, żeby nie popaść w rutynę.

Robisz jeden spektakl – nagroda, drugi – nagroda, kolejny – deszcz nagród. Co sobie wtedy myślisz?
– 
Że ktoś, kurwa, mnie w końcu potraktuje poważnie, jako reżyserkę i będę mogła robić spektakle. Wiesz, na początku szukasz pracy wszędzie, stukasz do wszystkich dyrektorskich drzwi i nikt cię nawet nie chce wpuścić albo kiedy już się dostaniesz do gabinetu, to dyrektor zadaje ci pytanie typu: „A jakie książki pani czyta?”. Ręce bolą od tego stukania i odpadają od tych pytań. „Zbrodnia” była ważna, otworzyła wiele drzwi. Pomyślałam, że w końcu będą mogła pracować.

„Za własną, wyrazistą wizję teatru, za poszukiwania niestandardowych rozwiązań inscenizacyjnych, za dużą wrażliwość społeczną i artystyczną” dostałaś w roku 2012 Talent Trójki. Ta nagroda otworzyła jakieś drzwi?
– 
Jasne, bo kiedy o tobie mówią, łatwiej jest dostać pracę w teatrze. A Trójka jest takim fajnym programem, że nie zostawia cię z nagrodą, ale można do niej potem przychodzić i opowiadać o kolejnych spektaklach. To ważne, szczególnie kiedy pracuje się poza Warszawą, w mniejszych ośrodkach.

„Zbrodnię” wyreżyserowałaś w Bielsku-Białej. Skąd ten powrót?
– 
Zaprosił nas ówczesny dyrektor Teatru Polskiego Robert Talarczyk. Ta realizacja ciągle się przesuwała, ale w końcu doszła do skutku. Tym razem zaprosiłam gościnnie Jaśminę Polak z PWST w Krakowie i zabrałem się za pracę z przekonaniem, że muszę wkręcić w spektakl bielskiego widza i jednocześnie opowiedzieć o takich sprawach, o których chcę.

Stresowałaś się, że reżyserujesz po raz pierwszy sztukę Michała Buszewicza?
– 
Miałam poczucie, że tekst jest tak dobry, że daje mi pole do popisu i w ogóle nie byłam zestresowana. Michał dopisywał też trochę w trakcie pracy.

To był dla ciebie spektakl przełomowy?
– 
Przełomowy jest dla mnie „Skąpiec” w Bydgoszczy. Kiedy oglądałam drugą generalną nie mogłam uwierzyć, że udało mi się to tak zrobić.

W roku 2012 wyreżyserowałaś „Zbrodnię” w Bielsku-Białej, „Kobietę z przeszłości” w Koszalinie, „Śmierć i zmartwychwstanie świata” w Krakowie i „Amatorki” w Gdańsku. Nie za dużo?
– 
Tak długo czekałam na pracę, że byłam już przygotowana wcześniej do tych realizacji. Toczyły się różne rozmowy z dyrektorami, potem coś się poprzesuwało i tak to się raptem skondensowało. To był szalony rok, ale pod kontrolą.

Bardzo duże zainteresowanie wzbudziły twoje „Amatorki” z Teatru Wybrzeże. Dlaczego wzięłaś się za Elfriede Jelinek?
– 
Jestem zachwycona jej radykalną diagnozą społeczeństwa, którą przedstawia w zabójczej językowo formie. Bardzo mnie to kręci i mam nadzieję, że to początek mojej przyjaźni z Jelinek, bo bez wątpienia chcę do niej wrócić. W tym spektaklu chciałam zbadać różne rejony cielesności, pracować nad ciałem z aktorami, dlatego zaprosiłam do współpracy Dominikę Knapik.

Ruch sceniczny w „Amatorkach” jest rzeczywiście imponujący, ale zabawa formą, co lubisz robić, jest ryzykowana, bo może przykryć treść.
– 
Taki był niestety rezultat mojej zabawy z „Bohaterkami” w Teatrze Dramatycznym w Wałbrzychu. Bawiłam się stylistyką komiksową i publiczność bawiła się świetnie, a ja nie umiałam zrobić rewersu. Ale ciągle się uczę, szukam, mam prawo do błędów.

Twoje dwa ostatnie spektakle to „Misja” w Teatrze im. Stefana Żeromskiego w Kielcach i „Skąpiec” Moliera w Teatrze Polskim w Bydgoszczy. „Misję” Michał Buszewicz napisał, a „Moliera” przepisał. „Misja” mnie rozczarowała, „Skąpiec” mnie oczarował.
– 
W „Misji” był napisany tekst dla głównego bohatera, a ja wymyśliłam, że zagrają go trzy osoby. Okazało się to znaczącą trudnością i chyba sobie z tym do końca nie poradziłam. Spektakl nie działa tak jak chciałam i jestem zła na siebie, bo to jest ważny tekst dla Michała. Ale z drugiej strony cieszę się, że pozwoliłam sobie na to, bo, wiesz, chcę eksperymentować, próbować nowego, a to jest zawsze ryzykowne. W Bydgoszczy to był złoty strzał. Aktorzy weszli w konwencję na 100%, Michał napisał znakomity tekst, a ja wiedziałam dokładnie o co mi chodzi.

Ale zrobiłaś psikusa tym „Skąpcem” dyrektorowi Pawłowi Łysakowi, prawda?
 – Zdaje się, że dyrektor miał inne wyobrażenie tego spektaklu, kiedy mnie zapraszał do Bydgoszczy. Myślę, że spodziewał się „Zbrodni 2” czyli lekkiej zabawy konwencją – trochę sukienek i falbanek, ale w trampkach.

Tymczasem…
– 
Poczytałam sobie więcej i pomyślałam, że mamy tu do czynienia z jakimś kompletnym zezwierzęceniem między naszymi bohaterami, że trzeba pójść tym tropem. A wszystko to genialnie opakowała Kasia Borkowska.

Jej scenografia i kostiumy są rzeczywiście odlotowe. Właściwie to nie wiadomo czy aktorzy są ubrani czy też są nago. Pornobarok na całego.
– 
Zgadza się i to jest właśnie niezwykłe w tym, co Kasia zrobiła. Praca z nią to prawdziwa przyjemność. Myśmy ustaliły na początku, co ja chcę, co zamierzam i potem już kompletnie jej zaufałam. Sposób w jaki rozebrała aktorów uważam za mistrzostwo świata.

Pracujesz teraz w Teatrze Współczesnym w Szczecinie nad „Piotrusiem Panem”. Dlaczego tam? Dlaczego bajka?
– 
To, że zawędruję do Szczecina wiedziałam, bo byłam kiedyś asystentką Ani Augustynowicz i już dawno rozmawiałyśmy o współpracy. Ania zaproponowała mi najpierw zrobienie „Kordiana”. Odpowiedziałam, żeby zastanowiła się dobrze, pomyślała ile mam lat i zadzwoniła jeszcze raz. W końcu stanęło na „Piotrusiu Panu” czym jestem bardzo podekscytowana, ale czuję, że spektakl dla dzieci to jest gigantyczne wyzwanie. Nie chcę, żeby dzieciaki się nudziły i jednocześnie chcę, żeby to był spektakl o czymś ważnym. Cały czas szukam języka. „Piotrusia Pana” robię dlatego, że chcę zabrać widzów w podróż po fascynującym stanie niedojrzałości, który może nas także pożreć. To będzie w dużej mierze rzecz o wychowaniu, jak się dzisiaj produkuje i hoduje dzieci, które potem lądują w Nibylandii i czują nagle pełną wolność, ale jednocześnie są nafaszerowani pewnymi schematami myślenia. Chcę też oczywiście opowiedzieć o kobietach w tym spektaklu.

Jak ci się pracuje we Współczesnym?
– 
Chyba pierwszy raz jestem w zespole, w którym nie mam poczucia hierarchii. To jest wielka zasługa Ani Augustynowicz i to jest bardzo fajne. Mam w obsadzie aż 17 osób. Piotrusia Pana wybrał Michał – zagra go Konrad Beta, student IV roku PWST w Krakowie.

Wy tymczasem rozstaliście się z Michałem, ale nadal pracujecie razem. Związek twórczy przetrwał prywatne turbulencje.
– 
Tak, udało się i zapewniam cię, że nie było to łatwe. Ale chcieliśmy bardzo pracować ze sobą. Pierwszym spektaklem, który zrobiliśmy nie będąc już parą był „Skąpiec” i poszło nam znakomicie, więc można. Myślimy teraz o tym, żeby zaprosić kogoś trzeciego do naszego duetu, jakiegoś wirusa.

Ze Szczecina przenosicie się do Gdańska.
– 
Będziemy w Teatrze Wybrzeże robić spektakl o alkoholizmie, jego roboczy tytuł to „Ciąg”. Tekst pisze Michał i zagrają nasi wspaniali aktorzy z „Amatorek”, a także Katarzyna Figura. Scenografię robi Kasia Borkowska. Premierę planujemy na połowę maja.

A po wakacjach nowy sezon otworzysz głośną „Morfiną” w Teatrze Śląskim w Katowicach. Jak ci się udało namówić Szczepana Twardocha na zgodę. Wszystkim wcześniej odmawiał.
– 
Zadzwoniłam do niego i powiedziałam, że nazywam się Ewelina Marciniak, jestem reżyserką teatralna i zrobię wszystko, żeby tylko dostać jego zgodę na wystawienie „Morfiny”. Była wódka, była zgoda.

_____

Ewelina Marciniak (rocznik 1984), reżyserka teatralna, ukończyła europeistykę i dramatologię na Uniwersytecie Jagiellońskim oraz reżyserię dramatu na PWST w Krakowie. Była asystentką Anny Augustynowicz, Bogdana Hussakowskiego i Pawła Miśkiewicza. Zadebiutowała w 2010 roku „Nowym wyzwoleniem” Stanisława Ignacego Witkiewicza na deskach Teatru Polskiego w Bielsku-Białej i od tego czasu wyreżyserowała 8 spektakli w teatrach Gdańska, Koszalina, Wałbrzycha, Krakowa, Kielc i Bydgoszczy. Pracuje w tandemie z Michałem Buszewiczem (dramaturgiem i dramatopisarzem). Ma na koncie już kilka nagród, m.in. Grand Prix Ogólnopolskiego Przeglądu Monodramu Współczesnego w Warszawie, nagrodę na za najlepsze przedstawienie w Ogólnopolskim Konkursie na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej, nagrodę za reżyserię na Festiwalu Prapremier w Bydgoszczy czy na Ogólnopolskim Festiwalu Sztuki Reżyserskiej Interpretacje w Katowicach. W roku 2012 Program III Polskiego Radia przyznał jej Talent Trójki. Obecnie reżyserka pracuje nad „Piotrusiem Panem” w Teatrze Współczesnym w Szczecinie (premiera: 22 marca), w maju wystawi „Ciąg” Michała Buszewicza w Teatrze Wybrzeże w Gdańsku, a we wrześniu „Morfinę” Szczepana Twardocha na deskach Teatru Śląskiego w Katowicach. Mieszka w Krakowie.

_____

© Mike Urbaniak | Fot. Magda Hueckel

Zwykły wpis