ZAPOWIEDZI

Ostatni sezon

Koniec z lewactwem i hochsztaplerstwem nowego teatru! Koniec z pedałami, gołymi dupami, cyckami i dyndającymi bezwstydnie męskimi członkami! Koniec z wagonami krwi i mamrotaniem do mikroportów! Koniec z próbami bez tekstu i haniebnym gmeraniem w dramatach ukochanych autorów! Koniec z irytującą wszechobecnością kamer i improwizacjami! Koniec z atakami na święte dla Polaków wartości i symbole! No pasaran! Non possumus! Auf wiedersehen zdradzieckie mordy!

Tak mniej więcej można podsumować polityczną narrację niedawno zakończonego sezonu, w którym polska prawica (PiS, PO i PSL) postanowiła rozprawić się ze swoim największym wrogiem w świecie polskiej kultury, czyli teatrem. I, trzeba przyznać, poszło jej to całkiem nieźle. Najlepsze sceny padały pod prawackim naporem jedna po drugiej, dlatego dzisiaj teatralna mapa polski nie wygląda tak, jak jeszcze rok temu. Na oceanie teatralnej konfekcji ostało już tylko kilka wysp najlepszego teatru (gdzie teraz będą jeździć krytycy niepokorni?), który przez ostatnie dwadzieścia lat, od czasu pamiętnego przewrotu styczniowego 1997 roku, nadawał ton scenicznemu życiu Polski i przyniósł naszemu krajowi zagraniczną sławę oraz niekwestionowaną pozycję lidera.

Za chwilę rozpocznie się sezon teatralny 2017/18, który nazywam ostatnim sezonem. I nie tylko dlatego, że być może w ciągu najbliższych miesięcy Polska stoczy się otchłań autorytarnych rządów i jedynej słusznej, koncesjonowanej przez rząd polityki kulturalnej pod patronatem towarzyszy z komisariatu ludowego ds. kultury i dziedzictwa narodowego. Ale też dlatego, że coś się w polskim teatrze kończy na bardzo wielu poziomach: artystycznym, organizacyjnym, finansowym i pokoleniowym. Dobiegają końca dwie heroiczne dekady polskiego teatru (1997-2017) i nikt nie wie, co będzie dalej.

Tymczasem ostatni sezon jest nadal pełen podniecających planów, choć w coraz mniejszej liczbie teatrów. Sceny, które nadal warto odwiedzać można policzyć na palcach obu rąk i jedną trzeba poświęcić na Warszawę, co jeszcze niedawno było nie do pomyślenia. Stolica wyrosła bowiem w ciągu ostatniego roku na prawdziwą potęgę przyciągającą aktorskich rozbitków z niszczonych scen innych miast. Mamy więc teraz warszawską mocną czwórkę (Nowy Teatr, STUDIO teatrgalerię, TR Warszawa i Teatr Powszechny) z mającym coraz większe ambicje Teatrem Żydowskim i każdego roku lepszą Komuną Warszawa, a w interiorze już tylko kilku ostańców: Teatr im. Stefana Żeromskiego w Kielcach, Teatr Dramatyczny w Wałbrzychu i Teatr Polski w Poznaniu oraz kilka scen, które mają jeszcze od czasu do czasu siłę i chęć na małe szaleństwa, czyli Teatr Zagłębia w Sosnowcu, Teatr im. Juliusza Osterwy w Lublinie i Teatr Śląski w Katowicach. Oto mój homo-lewacko-syjonistyczno-zdradziecko-antypolski przewodnik po ostatnim sezonie.

Świetnie zapowiadają się najbliższe miesiące w Nowym Teatrze w Warszawie pod kierownictwem Karoliny Ochab i Krzysztofa Warlikowskiego. Pierwszą premierą pierwszego września będzie pierwsza cześć pierwszej księgi Biblii. Tak, to nie żart. Całą Księgę Rodzaju („Biblia. Rdz 1-11” to pełny tytuł pierwszego spektaklu) w trzech odsłonach (wrzesień, grudzień, kwiecień) wystawi Michał Zadara – reżyser uwielbiający przenosić na scenę książki, o których wszyscy mówią, ale nikt ich nie przeczytał. 1 września zobaczymy więc przedstawienie opowiadające historię od stworzenia świata do budowy Wieży Babel przeznaczone dla widzów od lat sześciu w górę. Jeśli  ta premiera zakończy się sukcesem, Nowy będzie miał w swoim repertuarze aż pięć fajnych spektakli dla dzieci i młodzieży, czym nie może się pochwalić żaden teatr dramatyczny w Polsce.

Na listopad planowana jest premiera „Procesu” Franza Kafki w reżyserii Krystiana Lupy. To miał być spektakl Teatru Polskiego we Wrocławiu, ale próby do niego zostały przerwane z powodu postępującej morawizacji (dzisiaj ta czołowa niegdyś scena jest pośmiewiskiem teatralnego świata). I oto zdarzył się cud, cztery stołeczne teatry (Nowy, TR, Powszechny i STUDIO) ze wsparciem europejskich partnerów postanowiły wspólnie wyprodukować „Proces”, w dodatku z tą samą obsadą. Co tu dużo gadać, to jedna z najbardziej wyczekiwanych premier sezonu, która będzie później grana w paryskim Odéon Théâtre de l’Europe.

W lutym na Madalińskiego wraca Krzysztof Garbaczewski i weźmie się za „Ucztę” Platona, którą chce połączyć z jego „Obroną Sokratesa” i zapytać w jakim stanie dzisiaj jest demokracja. W marcu pod tym samym adresem zobaczymy nowy spektakl Anny Karasińskiej, a w czerwcu Krzysztofa Warlikowskiego. Dyrektor artystyczny Nowego zmienił pierwotny plan i wyreżyseruje „Pakujemy manatki” Hanocha Levina, sztukę, w której właściwie każdy bohater stoi nad grobem. Nie wspomnę już nawet o wymowie tytułu w kontekście obecnej sytuacji politycznej w Polsce. Niedługo wszyscy chyba spakujemy manatki.

Nie zawiodą się na Nowym wielbiciele tańca, bo teatr postanowił jeszcze mocniej zaangażować się w produkowanie i pokazywanie spektakli opartych na ruchu. Tanecznym programem zarządzać będzie od tego sezonu Joanna Leśnierowska (brawo!), a warsztaty taneczne dla młodszych i starszych poprowadzą Maria Stokłosa i Marta Ziółek. Na scenę Nowego wkroczą niebawem Iza Szostak, Renata Piotrowska czy Paweł Sakowicz.

Transfery: Do zespołu Nowego Teatru dołączają najmłodsze gwiazdy Starego Teatru Jaśmina Polak (w zespole jest jej brat Piotr Polak) i Bartosz Bielenia.

TR Warszawa, który zawiadywany przez Grzegorza Jarzynę i Romana Pawłowskiego wyspecjalizował się ostatnio w produkowaniu spektakli za pięć złotych, postanowił w nadchodzącym sezonie wystawić w końcu coś powyżej tej kwoty i zaprosić nas na kilka smakowicie zapowiadających się premier.

Na pierwszą powędrujemy 6 października. Będzie to przedstawienie na motywach monumentalnej pięciotomowej autobiograficznej i uznanej powszechnie na arcydzieło „Mojej walki” Karla Ove Knausgårda w adaptacji Tomasza Śpiewaka i reżyserii Michała Borczucha. Dwa miesiące później, 8 grudnia, udamy na nowy spektakl René Pollescha, a wczesną wiosną Konstantin Bogomołow wystawi w Rozmaitościach „Mistrza i Małgorzatę” Michaiła Bułhakowa.

Od jesieni do wiosny TR we współpracy z Muzeum Polin będzie też kontynuował projekt „Obcy w domu. Wokół Marca ‘68”. Jego pierwszy etap zakończył się wybraniem w lipcu pięciu duetów (Aleksandra Jakubczak i Krzysztof Szekalski, Grzegorz Jaremko i Łukasz Wojtysko, Patrycja Kowańska i Bartosz Ostrowski, Marta Nawrot i Jagoda Wójtowicz, Jędrzej Piaskowski i Hubert Sulima), które przez najbliższe miesiące będą rozwijały swoje pomysły na dzieło o Marcu, aż w końcu zwycięska para zrobi w TR przedstawienie.

Transfery: Do zespołu, jak głosi plotka, ma dołączyć Małgorzata Gorol (kolejna ucieczka ze Starego), a w obsadzie u Borczucha jest Halina Rasiakówna (do niedawna czołowa aktorka Teatru Polskiego we Wrocławiu).

Teatr Powszechny po kierownictwem Pawła Łysaka i Pawła Sztarbowskiego dał ostro do pieca w zeszłym sezonie i stał się najgłośniejszym teatrem IV RP. A co nam ta rozgrzana do czerwoności scena zaserwuje w nadchodzącym sezonie?

Teatr zaczyna 30 września od premiery „Mefista” w reżyserii Agnieszki Błońskiej. Potem, 11 listopada (data, jak rozumiem, nie jest przypadkowa) swój spektakl o superbohaterach pokażą Justyna Sobczyk z Jakubem Skrzywankiem. A na koniec roku, 8 grudnia, Powszechny zaprasza na „Czwartą generację” na podstawie filmów Rainera Wernera Fassbindera w reżyserii Agnieszki Jakimiak. W nowy rok Powszechny wkroczy z Cezarym Tomaszewskim i jego „Kramem z piosenkami”, w lutym Jolanta Janiczak i Wiktor Rubin zaproszą na „Nerona”, a w marcu Michała Zadara wyreżyseruje spektakl pod tytułem „Wypędzenie Żydów z Polski w roku 1968”.

Po sukcesach spektakli Mai Kleczewskiej i Anny Smolar bezdomny Teatr Żydowski pod kierownictwem Gołdy Tencer postanowił w nadchodzącym sezonie doszlusować do najlepszych i stworzył jeden z najciekawszych planów repertuarowych.

Pierwsza warta uwagi premiera będzie 11 września. Michał Buszewicz reżyseruje, oczywiście według swojego tekstu, „Kibiców” – spektakl, w którym biorą udział „aktorzy żydowscy” i kibice Legii Warszawa. Co wyniknie ze spotkania tych dwóch jakże różnych (wrogich?) światów, przekonamy się niebawem w Nowym Teatrze, gdzie spektakl będzie grany gościnnie.

Na drugą interesującą premierę wygląda „Ostatni syn” – bajka Magdy Fertacz w reżyserii Przemysława Jaszczaka opowiadająca o chłopcu, który mieszka w ukryciu i wierzy w kolorowy świat z opowieści swojej matki. Ale pewnego dnia opuszcza kryjówkę i widzi rzeczywistość rozrywaną konfliktami między wyznawcami różnych religii. Próbując zrozumieć dlaczego, rozmawia z napotkanymi po drodze Żydem, Chrześcijanką, Muzułmaninem i Buddystką. Ciekawy jestem, co mu powiedzą. Premiera 1 października.

W listopadzie w Żydowskim będą aż dwie premiery. Za pierwszą odpowiada Maja Kleczewska, która wystawi „Golema” Gustava Meyrinka – opowieść o stworzonej przez Żydów postaci z gliny, która ożywiona miała ochraniać nieustannie zagrożoną społeczność. Za drugą odpowiadają Weronika Murek (tekst) i Jędrzej Piaskowski (reżyseria). Zajmą się Wierą Gran, legendarną pieśniarką, której życiorys jest punktem wyjścia do skonstruowania scenicznej fantazji o związkach sztuki z walką o przetrwanie za wszelką cenę oraz pozycji artysty wobec opresyjnej władzy.

W marcu na spektakl o Marcu ’68 zaprosi Anna Smolar (wysyp marcowych przedstawień spowodowany jest przypadającą w przyszłym roku 50. rocznicą Marca ’68), ale zrobi to z zupełnie innej strony, niż praktykowano to dotychczas. Smolar – urodzona i wychowana w Paryżu córka marcowych emigrantów – pracuje nad przedstawieniem, które oddaje głos drugiemu pokoleniu, czyli dzieciom tych, których wypędzono z Polski. Tekst autorstwa Michała Buszewicza powstanie na podstawie wywiadów z rodzicami i dziećmi, które przeprowadzam od kilku miesięcy w Izraelu, Stanach Zjednoczonych i Europie. Więcej o tych rozmowach i ich bohaterach napiszę niebawem.

W maju do Żydowskiego wkroczą Jolanta Janiczak i Wiktor Rubin, którzy przeniosą na scenę znakomitą, nominowaną do Nagrody Literackiej „Nike” autobiografię Andy Rottenberg „Proszę bardzo” (duet ma zaskakujący i jakże podniecający pomysł na to, kto miałby Andę Rottenberg zagrać, ale na razie musiałem przysiąc na grób Mieczysławy Ćwiklińskiej, że go nie zdradzę, wiec milczę jak zaklęty), a w czerwcu zobaczymy nowe przedstawienie króla musicali Wojciecha Kościelniaka. Będzie to „Lola Blau”, opowieść o młodej Żydówce, odnoszącej pierwsze sukcesy aktorce kabaretowej, która musi uciekać z Austrii po anschlussie i robi w Stanach zawrotną karierę.

Wieść gminna niesie, że w Żydowskim ma też pracować Magda Szpecht, która zainteresowała się tekstem Tomasza Śpiewaka „Polacos” o polskich Żydówkach, które pod koniec dziewiętnastego wieku sprowadzane były przez mafię do południowoamerykańskich burdeli.

W STUDIO teatrgalerii pierwszą premierą, 20 października, będzie „Dobra terrorystka” noblistki Doris Lessing w reżyserii Agnieszki Olsten, a drugą, w listopadzie, „Fallaci” – monodram Remigiusza Grzeli w reżyserii Zbigniewa Brzozy. W rolę słynnej dziennikarki Oriany Fallaci wcieli się Ewa Błaszczyk. A potem czekamy do nowego roku, kiedy to 20 stycznia powędrujemy na „Biesy” Fiodora Dostojewskiego w reżyserii dyrektorki artystycznej STUDIO Natalii Korczakowskiej. Premiera numer dwa, 17 marca, to „Kartoteka” Tadeusza Różewicza w reżyserii Radka Rychcika. A 12 kwietnia na „Srebrny sen Salomei” Juliusza Słowackiego zaprasza miłośnik polskiej klasyki Michał Zadara, który – uwaga! uwaga! – sam stanie na scenie. Dwa tygodnie później w STUDIO zobaczymy „Żaby”, przedstawienie Michała Borczucha na podstawie przepisanych przez Tomasza Śpiewaka komedii Arystofanesa i żywotów starożytnych filozofów. I na koniec sezonu, w czerwcu, do teatru wraca Arek Tworus (reżyser interesującej „Jaskini”), który będzie pracował na Scenie Modelatornia (tym razem zaaranżowanej przez Daniela Burena).

STUDIO będzie także realizowało z działającym przy Polskim Związku Głuchych Teatrem „Cisza na Scenie” projekt „Opera dla głuchych” w reżyserii Wojtka Zrałka-Kossakowskiego, muzyką Roberta Piotrowicza i librettem Adama Stoyanova i Zrałka-Kossakowskiego (polecam przy tej okazji znakomity „Jeden gest” Wojtka Ziemilskiego w Nowym Teatrze) i zaczyna współpracę z REDCAT (Roy and Edna Disney/CalArts Theater) – interdyscyplinarnym centrum sztuki w Los Angeles prowadzonym przez California Institute of the Arts. Korczakowska wyreżyseruje tam spektakl o Witkacym, patronie teatrgalerii i za rok przywiezie go do Polski.

Transfery: Ze zespołu odchodzą Agata Goral, Katarzyna Warnke i Dorota Landowska, a dołącza Dominika Biernat.

Pisząc o najciekawszych stołecznych teatrach nie można pominąć Komuny Warszawa, która biedna jest jak mysz kościelna, a ciągle produkuje mnóstwo wspaniałości. I tak 1 września zobaczymy kolejną odsłonę cyklu „Przed wojną/wojna/po wojnie” przygotowaną przez Agnieszkę Jakimiak, a 1 grudnia „Ośrodek wypoczynkowy” Michała Buszewicza i Anny Smolar – spektakl o tych, którzy w czasie polityczno-społecznej zawieruchy nie włączają się w walkę, ale uciekają w bezpieczne miejsce, udając, że nie widzą, co się wokół dzieje. Do przyjścia na tę premierę zachęca także świetna obsada w składzie Marta Ścisłowicz, Maciej Pesta, Jan Sobolewski, Sonia Roszczuk i Małgorzata Witkowska.

Po wielkim sukcesie Mikroteatru (cyklu 16-minutowych przedstawień), Komuna rusza w nowym sezonie z Makroteatrem, czyli 16-godzinnymi spektaklami w reżyserii Krzysztofa Garbaczewskiego i Wojtka Ziemilskiego oraz kolektywów Komuny i Klancyka (niech Zadara nie myśli, że tylko on umie robić spektakle, na które trzeba przyjść z kanapkami i termosem z wódką).

Na Lubelską wraca też autorka największego hiciora Komuny czyli Marta Ziółek. Jej „Zrób siebie” nadal objeżdża świat, a Ziółek z dramaturgicznym wsparciem Anki HerbutMateusza Szymanówki oraz szatańskim kolektywem w składzie Paweł Sakowicz, Robert Wasiewicz, Katarzyna Sikora, Ramona Nagabczyńska, Agnieszka Kryst i Maria Magdalena Kozłowska zabiera się za „PIXO”, by „zmagać się ze sławą, widzialnością i głodem adrenaliny w procesie transformacji ciała i wizerunku”. Jako osoba, która nie zmaga się ani ze sławą, ani głodem adrenaliny bardzo czekam na ten spektakl. Premiera 27 października.

Nikt się tak nie cieszy i nie chwali planami na nowy sezon jak Michał Kotański, dyrektor Teatru im. Stefana Żeromskiego w Kielcach. Bardzo zresztą słusznie. Udało mu się bowiem stworzyć taką repertuarową ofertę, jakiej mogą mu pozazdrościć najlepsze polskie sceny. Kotański przejął teatr rok temu po śmierci jego wieloletniego szefa Piotra Szczerskiego, który pozwalał na to, by raz w sezonie jego małe królestwo nawiedzały „zdradzieckie mordy”, „rozwrzeszczane lewactwo” i „ubeckie wdowy”, czyli krótko mówiąc najlepsi polscy reżyserzy. Obecny dyrektor postanowił nie tylko zwiększyć częstotliwość ich wizyt, ale zabrał się także w końcu za przebudowę tego kieleckiego kurnika na scenę z prawdziwego zdarzenia. Projekt wielkiej inwestycji jest coraz bardziej zaawansowany i wszystko wskazuje, że niebawem ruszy z kopyta. No, ale to nie jest tekst budowlany, więc przejdźmy do spektakli.

Na pierwszy ogień idą Jolanta Janiczak i Wiktor Rubin, którzy z „Żeromskim” są związani szczególnie mocno, i któremu przynieśli onegdaj sławę swoją znakomitą „Carycą Katarzyną”. Tym razem duet bierze się za legendarnego „Rasputina” (to tytuł ich spektaklu) i przy jego pomocy chce zadać pytania o potrzebę wiary w obliczu cierpienia i strachu. Tytułowego bohatera zagra gościnnie powracający po latach do Kielc Maciej Pesta, do niedawna aktor Teatru Polskiego w Bydgoszczy. Premiera 23 września.

Na początku grudnia, dokładnie 9, zobaczymy w końcu wielokrotnie przekładaną prapremierę „1946”, sztuki o najbardziej haniebnym wydarzeniu w powojennej historii Kielc i jednym z najbardziej bolesnych rozdziałów w historii stosunków polsko-żydowskich jakim był bez wątpienia pogrom kielecki. Tekst pisze Tomasz Śpiewak, a wyreżyseruje go Remigiusz Brzyk. Panowie pracowali wspólnie niejeden raz i efektem tej kolaboracji były zwykle bardzo udane spektakle. Miejmy nadzieję, że tak będzie i tym razem. Tym bardziej, że to przedstawienie powstaje w mieście, które co rusz rozpala kolejna awantura o pogrom (patrz: niedawny znakomity film dokumentalny Michała Jaskulskiego „Przy Planty 7/9”) i w kraju, w którym rządzący politycy i wasalne wobec nich media coraz bardziej podsycają wśród Polaków pogromowe nastroje. „1946” jest z pewnością jedną z tych najbardziej oczekiwanych premier.

Miesiąc po niej, 13 stycznia, „Żeromski” w koprodukcji ze stołecznym Teatrem IMKA zaprosi widzów na „Jądro ciemności” na motywach książki Josepha Conrada. Tekst pisze Paweł Demirski, a wyreżyseruje go oczywiście Monika Strzępka. To cieniutkie opowiadanie Conrada jest dziełem o wielkiej mocy, co udowodnił ponad wszelką wątpliwość blisko czterdzieści lat temu Francis Ford Coppola swoim obsypanym nagrodami „Czasie apokalipsy”. Do czego Strzępkę i Demirskiego zainspirowała opowieść o niewyobrażalnie okrutnym belgijskim kolonializmie w Wolnym Państwie Kongo, prywatnej własności Leopolda II, dowiemy się niebawem.

Na koniec sezonu, 23 czerwca, do Kielc po raz pierwszy w swojej karierze przyjedzie Maja Kleczewska, która zaprosi widzów do Lasu Ardeńskiego, gdyż ma zamiar – zupełnie na poważnie – wystawić słynną komedię Szekspira „Jak wam się podoba”. Artystka chce nią zadać pytanie o sens sztuki współczesnej, o której współpracujący z nią od niedawna Zbigniew Libera mówi, że „się w Polsce nie przyjęła”. Coś czuję, że śmiać się to my będziemy, ale przez łzy.

Transfery: Do kieleckiego zespołu dołączyli związany z Teatrem Dramatycznym w Płocku Jacek Mąka i absolwent PWST w Krakowie Bartłomiej Cabaj, którego kieleccy widzowie mogli oglądać z zeszłym sezonie w trzech spektaklach.

W Teatrze Zagłębia w Sosnowcu, przywróconym na mapę Polski przez Dorotę Ignatjew, artystyczne rządy objęła niedawno młoda reżyserka i teatrolożka Aneta Groszyńska, co wskazuje na chęć utrzymania w Sosnowcu ambitnego repertuaru. Co więc zobaczymy na scenie największego rywala Teatru Śląskiego w Katowicach?

Sezon otworzy „Wojna światów” Herberta George Wellsa w adaptacji i reżyserii Weroniki Szczawińskiej. Podejrzewam, że ta słynna apokaliptyczna powieść science fiction o Marsjanach podbijających Ziemię ma być pretekstem do zajęcia się tematem, który żywo porusza ostatnio artystów wszelkich dziedzin, czyli coraz większego poczucia zagrożenia wojną i tego, co ona ze sobą niesie oraz wzrastających uprzedzeń i lęków wobec obcych. W sumie, gdyby Ziemian zamienić na Polaków, a Marsjan na uchodźców, których Polacy nigdy na żywo nie widzieli, ale bardzo się ich boją, to mielibyśmy „Wojnę światów 2017” jak malowaną. Premiera 4 listopada.

Cztery miesiące później, 9 marca, widzowie będą mogli obejrzeć „Wroga – instrukcję obsługi”, spektakl dla dzieci i młodzieży w reżyserii Justyny Sobczyk. A na przełomie marca i kwietnia do Sosnowca zaprosi Maciej Podstawny (dyrektor artystyczny Teatru Dramatycznego w Wałbrzychu reżyseruje w Teatrze Zagłębia Sosnowcu, a dyrektorka artystyczna Teatru Zagłębia w Sosnowcu reżyseruje w Teatrze Dramatycznym w Wałbrzychu). To zresztą nie jedyna oznaka sosnowiecko-wałbrzyskiej kooperacji, bo 8 czerwca zobaczymy premierę koprodukowanej przez obie sceny „Duchologii polskiej” Olgi Drendy.

Transfery: Z zespołu Teatru Zagłębia do Teatru im. Juliusza Osterwy odchodzą Edyta Ostojak i Sebastian Węgrzyn, a na ich miejsce przychodzą z Teatru im. Wojciecha Bogusławskiego w Kaliszu Natasza Aleksandrowitch i dotychczasowy wolny strzelec Łukasz Stawarczyk.

Skoro już o Wałbrzychu mowa to plan tamtejszego Teatru Dramatycznego im. Jerzego Szaniawskiego wygląda następująco: 21 września będzie premiera spektaklu w reżyserii Jakuba Skrzywanka „Kiedy mój tata zamienił się w krzak” Joke van Leeuwen, dzięki której spojrzymy na świat oczami dziewczynki-uchodźcy. W październiku reżysersko zadebiutuje gombrowiczowską „Iwoną, księżniczką Burgunda” Grzegorz Jaremko. Na początku grudnia Maciej Podstawny wystawi „Lorda Jima” Josepha Conrada w koprodukcji z Teatrem Współczesnym w Szczecinie. A w nowym roku najpierw zobaczymy spektakl „Sienkiewicz Superstar” Anety Groszyńskiej, a 30 marca „Mausa” Arta Spiegelmana – sceniczną wersję jednego z najsłynniejszych komiksów świata w reżyserii debiutującego reżysersko scenografa Mirka Kaczmarka.

W Teatrze im. Juliusza Osterwy w Lublinie kierowanym przez Dorotę Ignatjew warto zwrócić uwagę na szykowaną na połowę grudnia premierę „Hindele, siostra sztukmistrza” Patrycji Dołowy w reżyserii Pawła Passiniego, bo postać Hinde Ester Singer Kreytman, siostry Izaaka Baszewisa Singera jest naprawdę fascynująca. W marcu w „Osterwie” będzie reżyserował Jędrzej Piaskowski, pod koniec sezonu Remigiusz Brzyk (tytuły się jeszcze kokoszą).

Transfery: Do zespołu dołączają z Teatru Zagłębia w Sosnowcu Sebastian Węgrzyn i Edyta Ostojak oraz Maciej Grubich, absolwent PWST w Krakowie.

I last but not least Teatr Polski w Poznaniu kierowany przez Marcina Kowalskiego i Macieja Nowaka. Ta niewielka, acz bezczelna scena sieje w wielkopolskiej stolicy coraz większy artystyczny zamęt i nie ma zamiaru zaprzestać, na co dowodem jest zaplanowana na połowę listopada premiera, o której będą mówić i pisać wszyscy. Dlaczego? Bo będzie to spektakl o samym Naczelniku, Polskim Duce, Słońcu Tatr i Jutrzence Piastowskiej Ziemi! „Czas Kaczyńskiego” (nie mylić z „Czasem apokalipsy”) wystawią Monika Strzępka i Paweł Demirski.

Polski próbuje nieustannie eksplorować lokalne tematy, więc tym razem na afisz trafi jesienią „Lekcja poznańskiego” w reżyserii Julii Szmyt – spektakl na podstawie „Szneki z glancem. Elementarza gwary poznańskiej” Elizy Piotrowskiej. Będzie też kolejna odsłona cieszącej się dużą popularnością „Extravaganzy” Joanny Drozdy i spółki.

A co w nowym roku? Same delicje. W styczniu Jakub Skrzywanek wyreżyseruje „Kordiana” Juliusza Słowackiego, w marcu „Odysa” Marcina Cecki wystawi Ewelina Marciniak, w kwietniu na „Wielkiego Fryderyka” Adolfa Nowaczyńskiego zaprasza Jan Klata, a w czerwcu na „Korczaka” Anna Smolar (czy na podstawie świetnej biografii autorstwa Joanny Olczak-Ronikier?). No, to jest plan!

Na koniec zachęcam też do zaglądania do teatrów, których repertuar na co dzień dupy nie urywa (pozdrawiam Krystynę Jandę!), ale od czasu do czasu pozytywnie zaskakuje. Na pewno nie można przegapić premiery „Króla” Szczepana Twardocha w adaptacji Pawła Demirskiego i reżyserii Moniki Strzępki w Teatrze Polskim w Warszawie. Warto się wybrać na „Szajbę” Małgorzaty Sikorskiej-Miszczuk w reżyserii Marcina Libera (13 stycznia) i spektakl taneczny Izy Szostak w Teatrze im. Aleksandra Fredry w Gnieźnie. Trzeba obejrzeć „Korfantego” z tekstem i w reżyserii Przemysława Wojcieszka (27 października) i „Kobietę pod presją” na podstawie scenariusza Johna Cassavetesa w reżyserii Mai Kleczewskiej (16 marca) w Teatrze Śląskim w Katowicach. I pewnie parę innych spektakli, o których będę informował już po wakacjach. Ahoj przygodo!

FOTO | PILNE: Krystian Lupa powiedział

Reklamy
Zwykły wpis
RECENZJA

Lubelskie egzorcyzmy

Teatr im. Juliusza Osterwy w Lublinie pod nowym kierownictwem Doroty Ignatjew powoli, z pewną taką nieśmiałością, zaczyna nabierać prędkości i staje się coraz ciekawszą sceną, która – miejmy nadzieję – zaistnieje niebawem w krajowym teatralnym obiegu. A zadanie to nieproste, bo mieszczańska do bólu publiczność „Osterwy” kocha lekki, łatwy i przyjemny teatrzyk oglądany z perspektywy wygodnych, pluszowych foteli. Tymczasem Ignatjew, bardzo słusznie, nie ma zamiaru żadnego teatrzyku serwować, co udowodniła ze sporym sukcesem w kierowanym poprzednio przez siebie Teatrze Zagłębia w Sosnowcu. Pod jej kierownictwem tamtejsza scena zaczęła przyciągać coraz częściej krytyków teatralnych, za którymi przyszły zaproszenie na rozliczne festiwale oraz nagrody. Taki też jest, zdaje się, plan na Lublin.

Tym razem do jego realizacji zaprzęgnięty został Kuba Kowalski, który ma już za sobą jeden spektakl w „Osterwie”. W zeszłym sezonie zrobił tam pretensjonalną i nudną jak flaki z olejem „Panią Bovary” Gustava Flauberta. W tym sezonie się zrehabilitował biorąc na sceniczny warsztat świetne reportaże związanego z lubelską „Gazetą Wyborczą” i „Dużym Formatem” Pawła Piotra Reszki. Jego „Diabeł i tabliczka czekolady” to uhonorowane Nagrodą im. Ryszarda Kapuścińkiego opowieści z marginesu, którego linii nie chcemy zwykle przekraczać. To historie poruszające tematy wstydliwe, bolesne, często kontrowersyjne. I, co jest ważne w kontekście premiery w Teatrze im. Osterwy, zbierane na Lubelszczyźnie. Proponując Kubie Kowalskiemu tę, a nie inną książkę Dorota Ignatjew usmażyła kilka pieczni na jednym ogniu: po pierwsze – wybrała świetną literaturę faktu, po drugie – dodała do repertuaru coraz popularniejszy w polskim teatrze reportaż i po trzecie – zaserwowała lokalnej publiczności lubiany zwykle Heimattheater, choć reportaże Reszki mimo swej lokalności są historiami jak najbardziej uniwersalnymi.

Kowalski z dramaturżką Julią Holewińską wybrali z „Diabła” kilka reportaży i przygotowali z nich dobrą adaptacją, choć niełatwo z wielu niepołączonych ze sobą historii stworzyć spójny spektakl. To się udało. Całość jest zwarta, sensowna, wartka i przypomina w swojej konstrukcji inny spektakl ze Wschodu, czyli „Białystok. Białą siłę, czarną pamięć” z Teatru Dramatycznego im. Aleksandra Węgierki w reżyserii Piotra Ratajczaka, opartą na mocnych reportażach Marcina Kąckiego z Białostocczyny.

U Kowalskiego akcja jest może nawet zbyt wartka w tym sensie, że po wybranych przez siebie historiach reżyser się nieraz prześlizguje i je prześmieszkowuje. Przynajmniej jak na mój gust. Ja rozumiem, że postać leczącego z homoseksualizmu samozwańczego „terapeuty”, który zdesperowanym gejom proponuje terapię snickersem i przytulankami o wyśmianie aż się prosi, ale mamy też przecież w tej historii ogrom rozpaczy osób, które nie mogąc pogodzić się ze swoją orientacją, czy też poddani presji społecznej, decydują się na tak desperacki krok, jak tak zwana „terapia reparatywna”. Tego smutku, żeby nie powiedzieć tragizmu zawartego w reportażach Reszki często w spektaklu nie ma. W znaczącej dawce pojawia się dopiero pod koniec spektaklu w monologu słynnej na całą Polskę kobiety, która rodziła dzieci, mordowała je i składowała w beczce oraz w świadectwie Miguela Nauje, najprawdziwszego bohatera jednego z reportaży, który mówi o tym, że najlepiej w Lublinie czuje się we własnym domu, bo poza nim ciągle ktoś za nim woła jak nie „czarnuch” to „asfalt”.

Jeśli chodzi o aktorstwo, to wielkich kreacji w tym spektaklu nie zobaczymy, choć zagrany jest porządnie. Na dobre słowo zasługują szczególnie Paweł Kos, Krzysztof Olchawa i Nina Skołuba-Uryga, która jest niepodważalnym dowodem na to, że – niech mi będzie wybaczona bezczelność – w starym piecu diabeł pali. Gdybym miał reżyserować kiedyś w Osterwie (niech Bóg nas broni przed taką perspektywą!), pierwsza w obsadzie byłaby Skołuba-Uryga. I to od razu w roli głównej. Dobrą robotę wykonali też realizatorzy, szczególnie Agata Skwarczyńska, która zabudowała całą scenę (to na niej siedzą widzowie) plastikowymi skrzynkami, bo oglądanie przedstawienia o wykluczonych (także ekonomicznie) w wygodnym fotelu było jednak perwersją. Słuchajcie tych historii w takich warunkach, w jakich zbierał ich Reszka – zdaje się mówić Skwarczyńska. Bardzo słuszny to postulat. Słuchamy ich uważnie w rytm wykonywanej tradycyjnie na żywo muzyki Radka Dudy.

„Diabeł i tabliczka czekolady” – choć ma swoje niedoskonałości – jest całkiem udanym, zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że jednym z najlepszych przedstawień Kuby Kowalskiego. A przede wszystkim mądrym i o ważnych sprawach. Myślę, że może się bardzo spodobać lubelskim widzom, czego im i „Osterwie” gorąco życzę.

            Paweł Piotr Reszka „Diabeł i tabliczka czekolady”
reż. Kuba Kowalski, Teatr im. Juliusza Osterwy w Lublinie
 premiera: 31 marca 2017 r.

Foto: Natalia Kabanow

 

Zwykły wpis
ROZMOWA

A tu taka niespodzianka!

9e888528bf3b1f924020b6b1dba96c47

Od razu zakochałem się w „Krakowiakach i Góralach” i od razu poczułem, jak bardzo aktualny jest dramat Bogusławskiego. Z Michałem Kmiecikiem rozmawia Mike Urbaniak.

Przerabiałeś na polskim „Krakowiaków i Górali”?
Nie, bo to nie jest lektura obowiązkowa.

To dlaczego ich robisz?
Kiedy Maciej Nowak został dyrektorem artystycznym Teatru Polskiego w Poznaniu, zadzwonił do mnie i poprosił bym szybko tę nadobowiązkową lekturę przerobił i zastanowił się, co z nią począć na scenicznych deskach.

Krótko mówiąc, dostałeś pracę domową.
Którą sumiennie odrobiłem. Maciek chciał wystawić „Krakowiaków i Górali” od dawna, jeszcze kierując Teatrem Wybrzeże w Gdańsku, ale nie było jakoś ku temu sposobności.

Dlaczego tak mu zależało?
Bo uważa, że kanoniczny dla polskiej kultury teatralnej tekst Wojciecha Bogusławskiego należy zrobić w końcu na poważnie.

Nigdy nie zrobiono go na poważnie?
Powiedzmy, że ten tekst nie miał dotychczas szczęścia.

Ty mu to szczęście przyniesiesz?
Przekonamy się niebawem. Ale mówiąc o zajęciu się „Krakowiakami i Góralami” na poważnie i o braku szczęścia w poprzednich inscenizacjach, nie chcę powiedzieć, że stworzymy teraz arcydzieło, tylko, że naprawdę sumiennie zabraliśmy się za ten pierwszy nowoczesny polski dramat.

Słowa to jedno, jest jeszcze muzyka.
Z nią był wielki problem, bo poznanie oryginalnej muzyki skomponowanej przez Jana Stefaniego graniczyło z cudem. Nigdzie nie mogliśmy znaleźć nagrań w sumie prawie trzydziestu piosenek. W końcu wyszperał je w bibliotece którejś akademii muzycznej Adam Domurat, kierownik muzyczny spektaklu. Dotarliśmy też do ścieżki dźwiękowej „Krakowiaków i Górali” w reżyserii Kazimierza Dejmka z Warszawskiej Opery Kameralnej, gdzie niestety grano na instrumentach barokowych, a to raczej nie jest muzyka, która interesowała nas i pewnie Stefaniego.

Jaka była twoja pierwsza reakcja na propozycję reżyserii „Krakowiaków i Górali?
Tak jest panie dyrektorze!”. To jest bardzo w stylu Nowaka, żeby zacząć swoją artystyczną dyrekcję od czegoś zaskakującego, żeby wziąć na deski prawie niewystawiany w teatrach dramatycznych tekst ojca polskiego teatru i powierzyć go „najmłodszemu reżyserowi”, uchodzącemu nieustannie za chłopca w krótkich spodenkach, który niezauważenie już z nich wyrósł.

Rzeczywiście informacja o tym, że będziesz reżyserował „Krakowiaków i Górali” wywoływała zwykle zdziwienie. Dlaczego?
Po pierwsze dlatego, że właśnie ten tekst. Po drugie dlatego, że robię go ja. I po trzecie dlatego, że w ogóle robię. Kiedy Nowak powiedział dyrektorom poznańskich teatrów, że pierwszą premierą jego dyrekcji będą „Krakowiacy i Górale”, szefowie zarówno Teatru Muzycznego, jak i Teatru Wielkiego, dziwili się, bo to przecież dramat oddany scenom muzycznym, traktowany jak opera. A tu taka niespodzianka!

Wracając do zdziwienia twoją reżyserią, może ona wynika z tego, że funkcjonujesz jednak bardziej jako dramaturg, autor sztuk i adaptacji?
Dostałem w ostatnim czasie kilka bardzo ciekawych propozycji współpracy dramaturgicznej, które przyjąłem. Tak było z Remikiem Brzykiem w Teatrze im. Osterwy w Lublinie i w łódzkim Nowym, z Marcinem Liberem w krakowskiej PWST czy z debiutującą reżyserko w Gnieźnie Justyną Łagowską. Wydaje mi się, że umiem pisać i mogę to robić, ale mam już – przyznaję – trochę dosyć, bo bardziej niż ślęczenie tygodniami nad adaptacją, wolę pracować z ludźmi nad spektaklem. To mnie kręci najbardziej. Tym bardziej nie mogłem odmówić Nowakowi i Kowalskiemu. Zresztą nie mam w zwyczaju odmawiać pracy.

Jakie wrażenia miałeś po pierwszej lekturze „Krakowiaków i Górali”?
Od razu zakochałem się w tym tekście i od razu poczułem też jego aktualność, bo historia dwóch „plemion” (Krakowiaków i Górali), które napierdalają się o dziewczynę, to wypisz, wymaluj dzisiejsza walka dwóch „plemion” podzielonej jak nigdy Polski. Jeśli pochodzący głównie z robotniczych rodzin policjanci biją się na ulicach z pochodzącymi głównie z robotniczych rodzin łysymi chłopcami, to mamy zasadniczo problem, który przykrywa sprawy o wiele ważniejsze. Tak samo, jak u Bogusławskiego – Krakowiacy biją się Góralami, a pańszczyzna nadal nie jest zniesiona. Prapremiera tego tekstu mocno wyrezonowała w ówczesnej Warszawie, bo została wprzęgnięta w uniesienie insurekcją kościuszkowską. Pracujemy nad tym, by być równie skuteczni.

Mówiłeś, że był problem z muzyką, ale z tekstem też nie jest łatwo.
Bo dramat został wydany parę dobrych lat po prapremierze i nawet nie wiemy pod jakim tytułem. „Cud mniemany” został podobno dodany do tytułu później we Lwowie. Nie mamy kanonicznej wersji „Krakowiaków i Górali”, ona ciągle ewoluowała, podobnie jak teksty piosenek. Jest więc w czym wybierać.

Jakieś przykłady?
Najpopularniejsza wersja „Marszu kosynierów” brzmi tak: „Niechaj baba gospodarzy, niech pilnują roli starzy”, ale jest też taka: „Niech tam kto chce gospodarzy, niech pilnują roli starzy”. Albo: „Harda w nas dusza, nie boim się Rusa, Prusa”, a w innej wersji: „Harda w nas dusza, nie bojewa się kontusza”. Zasadnicza różnica, prawda?

W jakiej konwencji będzie spektakl?
Gramy trochę konwencją ludowości, ale nie będzie to przedstawienie w formie, którą proponowali poprzedni inscenizatorzy czy też zespół „Mazowsze”, bo kiedy widzisz bohaterów w strojach krakowskich, w kierecyjach wyszywanych i haftowanych, to trudno jest sobie wyobrazić, że niebawem chwycą za kosy i cepy, by walczyć o swoje. W ogóle komercja i podkolorowany wiejski obrazek kompletnie zajebały żywioł chłopski i my szukamy czegoś, co pozwoli nam go odzyskać.         

Jakieś dopiski?
Nic nie dopisujemy, tylko uczymy się oryginalnego tekstu: kadencja, antykadencja, średniówka i te sprawy. Wszystko jak należy. Długo rozczytywaliśmy „Krakowiaków i Górali”, bo trzeba było dokładnie ogarnąć kto z kim gada i w jakiej sprawie. Zależało mi na tym, by bardzo dokładnie się dowiedzieć, co tam Bogusławski poukrywał między literakami.

Gdzie zbierałeś inspiracje?
Inspiracją była głównie muzyka, ale też „Wieszanie” – wspaniała książka Jarosława Marka Rymkiewicza, który z wielką erudycją odmalowuje wydarzenia z insurekcji kościuszkowskiej, łącząc je ze współczesną Warszawą. Dzięki temu tworzy znakomite połączenie między historią i dzisiejszym czytelnikiem.

Muzykę do „Krakowiaków i Górali” tworzy – nomen omen – Gooral.
Mateusz „Gooral” Górny to wybitny muzyk, który robi dokładnie to, co dwieście lat temu robił Jan Stefani, czyli we współczesną sobie muzykę popularną, wplata elementy ludowe, głównie góralszczyznę. W przypadku Goorala to ciężkawa elektronika połączona z – na przykład – głosami baców.

A reszta ekipy?
Z Justyną Łagowską zadzierzgnęliśmy współpracę przy okazji „Alicji” w Teatrze im. Aleksandra Fredry w Gnieźnie. To jedna z najwybitniejszych polskich scenografek i bardzo się cieszę, że możemy razem pracować. Choreografią zajmuje się Maćko Prusak, który przejął robotę od Cezarego Tomaszewskiego. Cezary zaczął z nami, reżyserując w tym samym czasie „Żołnierza królowej Madagaskaru” w Kaliszu i okazało się, że komunikacja kolejowa między dwoma dużymi miastami Wielkopolski uniemożliwiła nam współpracę. Maćko świetnie wyciągnął to, co zaczął Cezary i zaproponował swoje rzeczy. Kostiumy projektuje Julia Kosmynka, z którą pierwszy raz pracowałem, kiedy reżyserowałem „Vatzlava” Sławomira Mrożka w Teatrze Nowym w Łodzi.

A w roli dramaturga debiutuje dr Piotr Morawski, badacz kulturowej historii widowisk z Instytutu Kultury Polskiej UW.
Bo jak wiadomo Teatr Polski w Poznaniu jest świetnym miejscem na debiuty dramaturgiczne. Piotr jest znawcą teatru Oświecenia, prowadzi o nim wykłady. Kiedy zaproponowałem mu współpracę, zareagował entuzjastycznie, co udzieliło się nam wszystkim.

Także aktorom?
Oczywiście, bo to są w ogóle entuzjaści teatru, wyśmienici artyści, których talenty były niestety przez ostatnie sezony ukrywane przed Polską, ale liczę, że to się wkrótce zmieni. Wszyscy są zaangażowani na sto procent i cholernie pracowici. Spektakl będzie wspólnym głosem całego zespołu.

„Krakowiacy i Górale” mają otworzyć nowy rozdział w historii Teatru Polskiego w Poznaniu. Czujesz w związku z tym większą presję niż zwykle?
Gdybyśmy pracowali myśląc: „Boże! Boże! Pierwsza premiera nowej dyrekcji!” to byśmy się zabili. Tymczasem nikt się nie zabił, próby trwają i mam nadzieję, że uda nam się „Krakowiakami i Góralami” rozbroić konflikt zanim ogarnie ulice.

Nie za późno na to? Ja już dostałem różańcem po twarzy.
Ja jeszcze nie.

_____

Michał Kmiecik (ur. 1992) jest dramatopisarzem, dramaturgiem i reżyserem teatralnym. W roku 2011, mając 19 lat, wygrał – organizowany przez Teatr Polski w Poznaniu – konkurs „Metafory Rzeczywistości”. Od tego czasu jego teksty wygrały kilka innych konkursów, jeden („Wesele”) był półfinalistą IV edycji Gdyńskiej Nagrody Dramaturgicznej. Reżysersko debiutował w 2012 roku spektaklem „Kto zabił Alonę Iwanowną?” w Teatrze Dramatycznym w Warszawie. Następnie reżyserował kolejno w Teatrze Polskim we Wrocławiu, Teatrze Dramatycznym w Wałbrzychu i Teatrze Nowym w Łodzi. Jako dramaturg współpracuje w Marcinem Liberem, Remigiuszem Brzykiem i ostatnio Justyną Łagowską. Od stycznia 2015 roku jest etatowym dramaturgiem Teatru Nowego w Łodzi. Obecnie w Teatrze Polskim w Poznaniu reżyseruje „Krakowiaków i Górali” Wojciecha Bogusławskiego (premiera 19 grudnia).
_____

© Mike Urbaniak | Fot. Teatr Nowy w Łodzi

Zwykły wpis
ROZMOWA

Dziecko Jarocina

5447af873eeca_o

Jestem staromodny, niemedialny i nie ma mnie na Facebooku. Mam za to niewyparzony język i bardzo nie lubię, kiedy pracuję ciężko nad spektaklem, który nie jest potem grany. Nie umiem też pracować w warunkach dyrektorskiego zapotrzebowania na hit. Z Remigiuszem Brzykiem rozmawia Mike Urbaniak.

„Ziemia obiecana” to jedna z moich ulubionych książek.
Też bardzo ją lubię i dlatego robię do niej już drugie podejście, zresztą dokładnie w tym samym teatrze, czyli łódzkim Nowym. Chciałem ją wystawić zaraz po „Brygadzie szlifierza Karhana”, ale nie zdążyłem, bo Zbigniew Brzoza, ówczesny dyrektor teatru, stracił stanowisko. Potem „Ziemię obiecaną” zrobił w Teatrze Polskim we Wrocławiu Janek Klata, więc odpuściłem.

Podobał ci się wrocławski spektakl?
Tak, choć parę innych spektakli Janka podobało mi się bardziej. Mimo cudownych kreacji Ewy Skibińskiej czy Bartosza Porczyka, miałem problem z tym, że Klata po pierwsze, nie zrobił Reymonta tylko Wajdę, a po drugie, zupełnie wyciął Łódź.

Ty, rozumiem, robisz Reymonta?
Jak najbardziej, będzie to adaptacja książki, a nie filmu.

„Ziemia obiecana” w Nowym była twoim pomysłem?
Nie, moim pomysłem była sztuka Pawła Demirskiego „W imię Jakuba S.”.

To dlaczego jej nie robisz?
Bo po zrobieniu „Polaka” w Teatrze im. Juliusza Osterwy w Lublinie i „Niech żyje wojna!!!” w PWST w Krakowie, zdałem sobie sprawę, że Demirski nie zrobi Teatrowi Nowemu w Łodzi tego, co „Ziemia obiecana”.

Dlaczego?
Dlatego, że nasze krajowe podwórko teatralne z jakiegoś powodu podniecają tylko wyreżyserowane przez Monikę Strzępkę sztuki Demirskiego. Polityka świeżych bułek nie przewiduje miejsca na pieczywo odgrzane w innym piecu. W związku z tym zaczęliśmy się zastanawiać z Michałem Kmiecikiem i Zdzisławem Jaskułą – między jego jedną chemią a drugą – co by tu zrobić. Wtedy nagle zmarł Jan Kulczyk i zobaczyliśmy, co się wokół niego dzieje. Kmiecik powiedział, że sorry, ale czas na „Ziemię obiecaną”.

Reymont napisał książkę o budzącym się pod koniec dziewiętnastego wieku kapitalizmie w mieście Łodzi. O marzycielu Karolu Borowieckim, który jest Polakiem i chce założyć fabrykę, ale nie ma kasy i wchodzi na poziom milionerów dopiero wtedy, gdy żeni się Madą Müller. I o tym zrobił film Andrzej Wajda. Dla mnie jednak to jest przede wszystkim książka o tysiącach ludzi, którzy mamieni „amerykańskim snem”, ciągną do Łodzi z nadzieją na lepsze życie i umierają w farbiarniach i przędzalniach na różne choroby.

Albo w nich giną.
Ale to nie jest żaden problem, bo są następni, którymi uzupełnia się braki. Łódź jest przerażającym i fascynującym miastem, w którym egzystują obok siebie bardzo blisko dwa światy: świat Müllerów i Bucholców oraz świat „niewolników”.

Dosłownie obok, bo pałac Izraela Poznańskiego oddzielał od jego fabrycznego imperium tylko płot.
Właśnie, i to jest niezwykłe. Milionerzy nie mieli pałaców za miastem, ale tuż przy swoich fabrykach. Wszystko chcieli mieć na oku. Kiedy się na to patrzy i wie, co wydarzyło się w Łodzi w 1905 roku, jak to wszystko pieprznęło, to widać, że Władysław Reymont czuł katastrofę w powietrzu, czuł, że to wybuchnie.

Dzisiaj znów jesteśmy w momencie wielkich kryzysów, światowych niepokojów. Mam wrażenie, że bomba tyka. Nie wiemy tylko kiedy wybuchnie i gdzie. Wiemy za to, że między bogatymi i biednymi narasta coraz większe napięcie.

Odkleisz się od filmu?
Muszę, chociaż to jest bardzo trudne, bo wszyscy film Wajdy widzieli, a książkę czytał mało kto. To nie Reymont, ale Wajda zawładnęli naszym imaginarium. Nie chcę wchodzić w opozycję wobec filmu, bo każdy artysta tworzy co i jak chce, ale w jakimś sensie opozycją moim spektaklem będę, bo buduję zupełnie inną narrację.

Widziałem kiedyś reklamę z hasłem: „Łódź. Ziemia obiecana” i pomyślałem: „No, panowie politycy, nie odrobiliście lekcji. Książki nie przeczytaliście”. Przecież „Ziemia obiecana” jest tytułem do bólu ironicznym, zamiast raju czekało tu na dziesiątki tysięcy ludzi piekło.

Kiedy Karol Borowiecki przychodzi w odwiedziny do Müllerów, stary Müller oprowadza go po swoim pałacu i kusi, by się ożenił z jego Madą. Reymont trzaska zdanie po zdaniu, jakie tam są pokoje, dzieła sztuki, cuda wianki i kiedy zestawisz to z tym, w jakim otoczeniu stał pałac, jaka wokół panowała bieda, wtedy możesz zrozumieć cóż to była za „ziemia obiecana” i dla kogo. Dlatego moją ulubioną postacią w spektaklu jest ta, którą Michał Kmiecik, autor adaptacji, nazwał Wdową z Czwórką Dzieci.

Jej mężowi urwało w fabryce Bucholca głowę.
I ona, która przyjechała ze wsi do tej „ziemi obiecanej”, by się dorobić i godnie żyć, została nagle bez środków do życia. Jedyne na co może liczyć to odszkodowanie, ale fabryka Bucholca wcale się do niego nie kwapi. I co to teraz znaczy? Co znaczy wdowa z czwórką dzieci w świecie łódzkich pałaców? Moją ambicją jest spróbować odpowiedzieć na to pytanie.

Dopisaliście coś z Kmiecikiem Reymontowi?
Ani jednego słowa, bo wierzę w dobry tekst. Wielu mi nawet zarzuca, że jestem w tej materii niedzisiejszy, że nie wchodzę w świat postdramatyczny. Wierzę też w widowisko i czuję, że polska publiczność jest zmęczona niszowym teatrem w małych salkach. I nie mówię, że on nie powinien powstawać, ale chyba jednak ostatnio zachwiane zostały proporcje, a publika to nasz strategiczny sojusznik, jedyny ratunek dla teatru publicznego w Polsce. Trzeba o tę wspólnotę dbać. Będzie więc w mojej „Ziemi obiecanej” i tekst Reymonta, i dziewiętnastowieczna Łódź.

„Ziemia obiecana” jest łódzką Biblią. Czy…?
Czy aby na pewno? Czy rzeczywiście jest przerobiona?

Oczywiście, że nie jest, bo – co już ustaliliśmy – większość zna ją z filmu, a nie z książki. Ale Biblię też mało kto przeczytał. Czy to, że spektakl powstaje w Łodzi wpływa na to, co zobaczymy na scenie?
I tak, i nie. Widziałem nagranie ze szkolnej akademii, na której dziewczynka z emfazą recytowała początek „Ziemi obiecanej”, że Łódź była taka wspaniała. Robiła to, jakby opowiadała co najmniej o piramidach egipskich. Tymczasem tuż po pierwszym zdaniu: „Łódź się budziła”, Reymont pisze o buchających kominach, kłębach dymu, ciemności, deszczu i błocie. Chłoszcze Łódź od pierwszej stronnicy i dlatego chciałbym to miasto pokazać uczciwie, takim, jakim było. I jasne, myślę o ludziach, którzy przyjdą do Teatru Nowego i będą oglądać spektakl o ulicach po których chodzą, ale nie chciałbym, żeby to, co przygotowuję było czytelne tylko w Łodzi. Reymont nie dostał Nagrody Nobla za napisanie książki o Lipcach, tylko o czymś więcej. Podobnie jest z Łodzią w „Ziemi obiecanej”. Przedstawienie nad którym pracuję ma mieć uniwersalny przekaz i być zrozumiałe w Detroit.

Mówisz, że wierzysz w widowisko. To widać w twoich spektaklach. Lubisz operować dużymi scenami i uruchamiać całą teatralną maszynerię.
Lubię do tego stopnia, że cierpię, kiedy mam w obsadzie mniej niż dziesięć osób. Ale po to właśnie są zespołowe teatry publiczne, żeby móc to robić, a jest w tym względzie coraz gorzej. Coraz mniej teatrów może sobie pozwolić na wystawienie „Wesela”. Dlatego mnie czasami zapraszają, żebym ugotował zupę z gwoździa.

Coś z niczego?
Coś dużego z niewielkich zasobów. Tak było, kiedy z Tomkiem Śpiewakiem zaczęliśmy pracować w Teatrze Zagłębia w Sosnowcu. Jak na pewno zauważyłeś nie pracuję w teatrach mainstreamowych. Inwestuję raczej w miejsca, które zmartwychwstają, walczą o swoje, chcą zacząć nowe rozdziały. Kiedy trafiam na takie sceny, odzywa się we mnie od razu dziecko Jarocina.

Teatr Zagłębia rzeczywiście włożyłeś „Korzeńcem”, a potem „Koniem, kobietą i kanarkiem” na teatralną mapę Polski.
Jak ostatnio, swoim „Dybukiem”, Maja Kleczewska Teatr Żydowski.

A dlaczego nie robisz na scenach, jak je określasz, mainstreamowych?
Bo one mnie unikają.

Z jakiego powodu?
Nie wiem. Może jestem staromodny, może niemedialny. Nie ma mnie na Facebooku, nie mam kolegów krytyków. Mam za to niewyparzony język i bardzo nie lubię, kiedy pracuję ciężko nad spektaklem, który nie jest potem grany. Bo szanuję publiczność i publiczne pieniądze. Teatr jest dla widzów, a nie na festiwale. Nie umiem też pracować w warunkach dyrektorskiego zapotrzebowania na hit. Kontynuować?

Bardzo proszę.
A może po prostu tego nie szukam. Rajcuje mnie praca i na nią nie narzekam. Mam zaplanowany ten sezon i kolejny. Pracuję też ze studentami, co mnie niezmiernie cieszy. Nie potrzebuję do robienia teatru siedzenia na świeczniku.

To trauma po odejściu z Teatru Powszechnego w Warszawie?
Traumę miałem wtedy, ale dawno minęła. Wyszedłem z tego potłuczony, nie dostawałem propozycji pracy, ogólnie było niewesoło. Ale się nie żalę, bo widziały gały co brały. Powszechny jest wyraźną cezurą w mojej pracy i dzisiaj wiem, że nie mogło mi się wydarzyć nic lepszego, bo przeszedłem chrzest bojowy.                      

A miało być tak pięknie.
Miało, ale nie było. Zostałem dyrektorem artystycznym Powszechnego, bo myślałem naiwnie, że jest tam chęć zmiany. Aktorzy zapewniali mnie, że oczywiście. Kiedy jednak zacząłem je wprowadzać, okazało się, że jest zasadniczy opór.

Który przerodził się w otwartą wojnę związaną ze słynnym regulaminem kierownika literackiego Roberta Bolesto. Punkt ósmy regulaminu brzmiał: „Pierdol naszego szanownego patrona”.
Ten regulamin nie był nigdy wywieszony w teatrze. Miał go przez chwilę w swoim pokoju Bolesto i kiedy go zobaczyłem, kazałem natychmiast zdjąć ze ściany. Potem nagle ktoś go wyciągnął i upublicznił. To był pretekst by rozpętać wojnę i się mnie pozbyć. Aktorzy Powszechnego nie chcieli bowiem żadnych nowych porządków. A było tak, że jeden aktor tłumaczył mi, że nie może brać udziału w próbach, gdyż gra w serialu, a na moją sugestię, żeby wziął w takim razie bezpłatny urlop, odpowiedział: „Co pan sobie wyobraża?!”. Drugi aktor poinformował mnie, że zawsze w kwietniu jeździ na żagle i każdy dyrektor to rozumiał. I tak dalej. Nie masz pojęcia, co tam się działo. Oni myśleli, że przyjdzie miły chłopiec, ale ja się wziąłem z nimi za bary i one mnie przewróciły. Nie ta kategoria wagowa.

Dlaczego w końcu zrezygnowałeś, a nie dałeś się wywalić?
Bo nie wierzę w takie gesty. Trzeba trwać na posterunku do momentu, gdy to ma sens, bo szkoda czasu i pieniędzy podatnika. Takie długotrwałe wojny odbywają się zawsze ogromnym kosztem teatru.

Powiedziałeś kiedyś, że „Warszawa jest miejscem bardzo nieprzyjaznym do robienia teatru”. Podtrzymujesz tę opinię?
W stu procentach. Uwielbiam pracować z aktorem i żeby to się powiodło, teatr musi być dla aktora na pierwszym miejscu. Wiem, że cienko się w nim płaci, ale jednak. Tymczasem w Warszawie to jest prawie niemożliwe, Warszawa likwiduje myślenie o teatrze na pierwszym miejscu. To miasto fuch i chałtur, telewizji i seriali – mnóstwa rozpraszaczy. Nie chcę być niesprawiedliwy, bo są w stolicy wspaniali artyści, którzy myślą o teatrze priorytetowo, ale to jest zdecydowana mniejszość.

W Łodzi jest inaczej?
Podobnie, ale jednak nie na warszawską skalę. Co rusz kogoś opieprzam, kiedy słyszę, że ma na boku „dżoba”. Albo robimy spektakl, albo do widzenia. Od kiedy uczę studentów aktorstwa jeszcze wyraźniej widzę, ilu zdolnych ludzi kończy co roku szkoły i marzy o teatrze, więc skoro ktoś traktuje teatr jak przerywnik w serialu, nie widzę powodu, by blokował etat. Trzeba wybierać odważniej.

Stały zespół, będę to powtarzał bez końca, jest kręgosłupem polskiego teatru publicznego. To najważniejsze co mamy od dwustu pięćdziesięciu lat. Nie można tego zaprzepaścić. A poza tym aktorskie roboty na boku są gorszące dla innych pracowników teatru. Krawcowa nie powie, że nie uszyje kostiumów, bo właśnie ma zlecenie na garsonkę dla sąsiadki. Dlaczego więc aktor ma mieć inne prawa?

Uczysz od jakiegoś czasu we Wrocławiu, w szkole, którą sam skończyłeś dwadzieścia lat temu. Skąd teatr w twoim życiu?
To marzenie z ogólniaka w Jaworze. Chciałem być reżyserem, ale wydawało mi się, że nie jestem jeszcze gotowy. Wybrałem więc lalkarstwo, bo kojarzyło mi się i z aktorstwem, i z plastyką. Skończyłem je i mam dyplom aktora-lalkarza, który był prezentem dla rodziców, ale po drugim roku zdawałem na reżyserię do Warszawy, gdzie mnie nie przyjęto.

Dlaczego?
Powiedzieli, że na reżysera się po prostu nie nadaję. Rok później zdawałem do Krakowa i przyjęli mnie od razu.

Zdążyłeś coś zagrać jako aktor-lalkarz?
Tylko spektakle dyplomowe. W jednym grałem Listonosza w „Królu Maciusiu Pierwszym”. Moją rolą było zbieranie od dzieci ich marzeń i odczytywanie ich potem, na wezwanie Króla, na scenie. Jedno dziecko napisało: „Żeby to okropne przedstawienie się już skończyło”, a inne: „Żeby nasza pani umarła”. To była moja ostatnia kwestia jako aktora.

Jak było na reżyserii?
Wspaniale. Miałem dużo zajęć z Krystianem Lupą, potem byłem jego asystentem przy „Rodzeństwie”. To Lupa zaszczepił we mnie pasję rzucania się na teatr z rozbiciem głowy włącznie, choć trzeba było się pilnować, by nie dać się mu pożreć, a nasze sceny były w pewnym momencie Lupowe do bólu. Świetnie wspominam też zajęcia z Bogdanem Hussakowskim i księdzem Józefem Tischnerem, miałem chyba szczęście do nauczycieli.

Zadebiutowałeś Teatrze im. Stefana Jaracza w Łodzi.
Zaprosił mnie Waldemar Zawodziński, któremu wcześniej asystowałem. Zrobiłem tam trzy spektakle, ale kiedy przestało mi się w „Jaraczu” podobać, zwinąłem manatki.

I przeniosłeś się do łódzkiego Nowego.
Do Mikołaja Grabowskiego, który budował siłę tego teatru na naszej młodej krwi, i który obejmując wkrótce fotel dyrektora Starego Teatru, zostawił nas w Łodzi.

Wychodzi na to, że Łódź jest niezwykle ważna w twoim teatralnym życiu.
Może nawet najważniejsza, zawsze lubiłem w niej pracować. Potem, po doświadczeniu w Powszechnym w Warszawie, przestałem inwestować w jedno wybrane miejsce. Wolę się nieustająco przemieszczać.

Ale są takie sceny, na które regularnie wracasz.
Z Dorotą Ignatjew, dyrektorką artystyczną Teatru Zagłębia, umówiliśmy się, że będę u niej robił spektakl co dwa sezony. Wracam tam, bo uważam, że Dorota naprawdę uruchomiła swoim talentem to miejsce i jeśli mogę w tym nadal uczestniczyć, chętnie to robię.

Chciałbyś dzisiaj pokierować teatrem?
W żadnym razie, choć jestem od czasu do czas w tej sprawie sondowany. Wolę reżyserować, kalendarz mam wypełniony.         

Robisz spektakle z różnymi zespołami, ale są takie osoby, z którymi szczególnie lubisz współpracować, jak Jacek Grudzień, Tomasz Śpiewak, a ostatnio Iga Słupska z Szymonem Szewczykiem czy Michał Kmiecik.
Staram się być zawsze z moimi współpracownikami szczery i jak się z jakiegoś powodu energia między nami wypala, zmieniamy konstelację. Z Jackiem pracuję od pradziejów. Pierwszym moim spektaklem, do którego skomponował muzykę były piętnaście lat temu „Czarownice z Salem” i nieustannie do siebie wracamy, co mnie cieszy, bo Jacek jest, obok Pawła Mykietyna, najwybitniejszym kompozytorem tworzącym dla polskiego teatru.

Kiedyś intensywnie współpracowałem z Justyną Łagowską, ale potem Justyna zaangażowała się w pracę z Klatą i miała dla mnie coraz mniej czasu, a ja nie lubię rozmawiać przez asystentów. Od niedawna działam scenograficznie z duetem Słupska/Szewczyk, który na ASP w Katowicach wynalazła Dorota Ignatjew i można powiedzieć, że to moi wychowankowie.

Z Tomkiem Śpiewakiem w pewnym momencie staliśmy się jednym organizmem, co jest niebezpieczne. Dlatego cieszę się, że Tomek zaczął współpracę z Michałem Borczuchem i sam też wziął się za reżyserię. Jestem przekonany, że jeszcze razem popracujemy. A moje spotkanie z Michałem Kmiecikiem przy lubelskim „Mordorze” było tak udane, że kontynuujemy współpracę przy „Ziemi obiecanej”.

Powtarzasz, że robisz teatr antyterapeutyczny. „Ziemia obiecana” też taka będzie?
Nie wierzę, zresztą nie tylko ja, w terapeutyczną siłę teatru. Teatr nie ma przynosić ukojenia, ale ból z rozgrzebywanych ran. Ma zaglądać pod dywany i do szaf, w których nadal jest mnóstwo szkieletów.

Czyli łódzka publiczność nie zobaczy opowiastki o „ziemi obiecanej”?
Nie ma takiej możliwości, a to dlatego, że ja publiczność traktuję poważnie i w związku z tym nie mogę jej oszczędzać. Laurka dla Łodzi, bezkrytyczne czy zgoła fałszywe jej pokazanie, byłoby zwykłym brakiem szacunku.

_____

Remigiusz Brzyk urodził się w 1970 roku w Jaworze na Dolnym Śląsku. Ukończył lalkarstwo na PWST we Wrocławiu i reżyserię na PWST w Krakowie. Zadebiutował w 1998 roku „Fomą” wg. Fiodora Dostojewskiego w Teatrze im. Stefana Jaracza w Łodzi. Od tego czasu na deskach teatrów Krakowa, Wrocławia, Gdańska, Warszawy, Jeleniej Góry, Bydgoszczy, Sosnowca, Lublina, Poznania i wielokrotnie Łodzi wystawił ponad trzydzieści spektakli. W łódzkim Teatrze Nowym był przez kilka lat etatowym reżyserem, a w Teatrze Powszechnym w Warszawie krótko dyrektorem artystycznym. Laureat kilkunastu nagród, w tym dwukrotnie Lauru Konrada: w 2001 roku za „Czarownice z Salem” Arthura Millera (Teatr im. Stefana Jaracza w Łodzi) i 2014 za „Konia, kobietę i kanarka” Tomasza Śpiewaka (Teatr Zagłębia w Sosnowcu). Jest – poza Moniką Strzępką – jedynym polskim reżyserem, który wystawia i to z powodzeniem sztuki Pawła Demirskiego. Obecnie w Teatrze Nowym w Łodzi reżyseruje „Ziemię obiecaną” Władysława Reymonta w adaptacji Michała Kmiecika (premiera 4 grudnia).

_____

© Mike Urbaniak | Fot. Tomasz Bołt

Zwykły wpis
AKTORZY/AKTORKI, DYREKTORZY/DYREKTORKI

Prywatny teatr ważnych spraw

karolak

Którego razu zobaczyłem kolorowe czasopismo z moją gębą na okładce i pomyślałem sobie: „Karolak, przecież ty taki nie jesteś! Weź się ogarnij!”. I dałem nura w teatr. Z Tomaszem Karolakiem rozmawia Mike Urbaniak.

Jak się zdobywa pieniądze na prywatny teatr?
 To jest proces, nie dzieje się to z dnia na dzień. Kiedy zaczynałem tworzyć Imkę, nie znałem ludzi, którzy decydują w wielkich firmach o wydatkach marketingowych. Teatr założyłem za własne pieniądze, które zarobiłem na moich lepszych i gorszych występach telewizyjnych. Sponsorzy pojawili się, kiedy zauważyli, że nie interesuje mnie szybki zarobek i schlebianie niskim gustom. A mogliśmy przecież z grupą znanych aktorów wystawić jakąś dobrą londyńską farsę i sprzedawać to na pniu.

Dlaczego nie poszedłeś tą drogą?
– Bo wyrosłem z innego teatralnego korzenia. Oglądałem wielkich aktorów grających na deskach Starego Teatru w Krakowie, potem debiutowałem w Teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie. Nie interesował mnie teatr robiony dla kasy i rechotu. I żeby była jasność, nie mam nic przeciwko farsie czy komedii, pod warunkiem, że o czymś do widzów gada, coś chce przekazać, a nie jest zbiorem głupich gagów.

W Warszawie jest więcej teatrów, które „coś chcą przekazać”, ale jakoś nie są ochoczo wspierane przez prywatny biznes. Dlaczego?
– Zapytałem kiedyś o to jednego prezesa i wiesz, co mi odpowiedział? Że państwowe to niczyje, że pieniądze przekazane państwowemu teatrowi giną w czeluściach, że nie wiadomo jak są wydane, jaki wywołują efekt. Do tego dochodzi biurokracja, archaiczne przepisy, przetargi – to wszystko powoduje, że w Polsce prywatny biznes nie jest szczególnie zainteresowany wspieraniem publicznych instytucji kultury.

Pewien mecenas kultury opowiedział mi, że wsparł raz kwotą 100 tysięcy złotych spektakl w państwowym teatrze i wyszedł z niego bardzo zdziwiony twierdząc, że to, co widział mogło kosztować najwyżej połowę tej kwoty. U nas w Imce tak się nie da, bo jesteśmy rozliczani z każdej złotówki, tabelka po tabelce, rubryka po rubryce. Co cztery miesiące mamy spotkanie z radą biznesową – złożoną z ludzi, który wspierają Imkę – i tłumaczymy przed nią każdy grosz. Publicznemu teatrowi takie działanie jest obce.

Publiczne znaczy złe?
– Nie, w żadnym razie. Nie jestem przeciwnikiem publicznego, tylko zwolennikiem rozsądku. Sponsorzy nie będą wspierać czegoś, czego nie potrafią ocenić. Powiedz, ile kosztuje w Polsce wyprodukowanie spektaklu?

Nie ma na to pytanie odpowiedzi. Od pięciu złotych do paru milionów.
– Otóż to! I ludzie biznesu tego nie rozumieją. Tak samo zresztą, jak urzędnicy, którzy nie kumają tego, że jakiś teatr dostaje kilka milionów złotych dotacji i mówi, że nic się za to nie da zrobić.

Czyja to wina?
– Nasza! Ludzi teatru. Nie umiemy tego wytłumaczyć tym, którzy dysponują pieniędzmi. Ja biorę prezesa firmy za rękę i mówię: „Chodź, zobacz na co dajesz, a jak czegoś nie rozumiesz, to ja ci wszystko wyjaśnię”. Pamiętaj, to są zwykle ludzie porozumiewający się na co dzień innym językiem, innymi kategoriami. Dziwią się na przykład, że dają na coś 100 milionów, a dostają w zamian 20.

Ale kultura nie jest od zarabiania pieniędzy. Nie taka jest rola publicznych instytucji kultury.
– Ty to wiesz i ja to wiem, ale zarządzający biznesem czy polityką już niekoniecznie. I – powtarzam – to nie jest ich wina, tylko nasza. Bo nie umiemy mówić językiem, którego oni używają. Dlatego właśnie w Imce zatrudniłem Wojciecha Michałowskiego – menadżera, człowieka z korporacji, który kocha teatr. On nie tylko mówi językiem ludzi ze świata biznesu, ale jeszcze znakomicie zarządza kasą.

Krzysztof Mieszkowski, dyrektor Teatru Polskiego we Wrocławiu, mówi, że menadżerowie nie nadają się do kierowania instytucjami kultury.
– Niech Krzysztof Mieszkowski przestanie pleść bzdury! Kilka lat temu protestowaliśmy przeciwko wprowadzeniu menadżerów do teatru, bo uważaliśmy, że to będą ludzie, którzy zniszczą wolność artystyczną. Ale na miły Bóg, przecież to my – artyści nie mamy pojęcia o robieniu pieniędzy! To są mechanizmy nam zupełnie obce. Na Broadwayu teatrami zarządzają wykształceni menadżerowie.

Ale to są teatry komercyjne.
– Zgoda, ale niekomercyjnym też by się przydało zarządzanie przez profesjonalistów.

Jaki świetny menadżer przyjdzie z biznesu do kultury, gdzie wynagrodzenia są głodowe?
– Do Imki przyszedł i masz rację – nie byłoby mnie na niego stać – gdyby nie system, który skopiowaliśmy z zachodnich teatrów. Polega on na tym, że teatr płaci mu 1/3 pensji, a pozostałe 2/3 – sponsorzy, którzy teatr wspierają. Dzięki temu wszyscy mają pewność, że dyrektor jest lojalny i dba o interesy obu stron.

Menadżer menadżerem, ale Imka dostaje też 200 tysięcy złotych z Ministerstwa Kultury. Czyli publiczne wsparcie jednak jest.
– Jest, ale to nie są pieniądze na nasze produkcje, tylko na wymyślony przez nas i cieszący się ogromnym zainteresowaniem Festiwal Polska w Imce, dzięki któremu sprowadzamy do Warszawy najciekawsze spektakle z całego kraju. Ja tej kasy z ministerstwa w ogóle nie dotykam, ona w całości jest transferowana do publicznych teatrów, które zapraszamy.

Ale zobacz, co się dzieje. Kiedy zaczyna się rozmowa o kulturze i pieniądzach od razu wszystkim włosy stają dęba. A skąd on ma? A dlaczego? A może to jest jakiś układ towarzyski? Dlatego trzeba wszystko tłumaczyć. Tak samo powinno być w teatrach państwowych. Urzędnik mówi, że daje pieniądze, a teatr jest ciągle pod kreską. Dlaczego budżet się chociaż nie zeruje? I wtedy trzeba wyjaśnić: Kochani, tak się nie da! Jeśli nie chcecie, żeby wasze dzieci były tumanami, to muszą mieć styczność z najwyższej próby sztuką, a ona często kosztuje. Chyba, że wywalamy z konstytucji zapis o tym, że państwo ma obowiązek wspierać kulturę. Wtedy, proszę bardzo. Urynkowimy publiczne teatry, bilety będą kosztowały 300 zł, a nie 30 i posprzątane. Podejrzewam, że wszystko do tego zmierza.

Teraz masz sporą wiedzę o mechanizmach zarządzania kulturą, ale kiedy zakładałeś Teatr Imka byłeś jak dziecko we mgle.
– To mało powiedziane! Tydzień po otwarciu była katastrofa smoleńska i ludzie przestali chodzić do teatru. Zaraz potem nadszedł kryzys finansowy i sponsorzy zamrozili budżety. Do tego nie potrafiłem odmawiać moim kolegom aktorom, różne firmy wykorzystywały naszą niewiedzę i naciągały na zbędne wydatki. Po prostu masakra! Miałem dwa wyjścia: albo zamknąć teatr, albo wziąć kredyt i grać. Wybrałem to drugie.

Włożyłeś w teatr 1,5 mln swoich prywatnych pieniędzy zarobionych w kinie, telewizji i reklamie. Po co ci to było?
– To prywatna rozgrywka z samym sobą. Mój krakowski teatralny korzeń nijak się miał do tego, co robiłem w Warszawie. Tu pochłonęła mnie lekka, łatwa i przyjemna komercja, stałem się „znany i lubiany”, a to aktora rozleniwia niemożebnie. Dlatego chciałem wrócić do teatru, który jest bardzo wymagający i zmusza aktora do – jak to mówi Mikołaj Grabowski – walki ze swoim kurestwem, bo w każdym aktorze jest kurwa. We mnie też. Którego razu zobaczyłem kolorowe czasopismo z moją gębą na okładce i pomyślałem sobie: „Karolak, przecież ty taki nie jesteś! Weź się ogarnij!”. I dałem nura w teatr.

Dałeś nura i walnąłeś głową w dno, bo nie dostałeś takiego kredytu zaufania i wsparcia medialnego, jak Krystyna Janda startująca ze swoimi teatrami.
– Koledzy dziennikarze okazali się totalnymi burakami. Wyśmiewano mnie w prasie, że jestem kolejnym celebrytą, który postanowił założyć teatr i grać głupie farsy z serialowymi aktorami. I powiem ci, że choć mam grubą skórę, to mnie to zabolało.

A nie uważasz, że sam sobie trochę na to zapracowałeś występami w produkcjach nie najwyższych lotów?
– Ty mówisz o telewizji czy kinie, a moja teatralna historia jest zupełnie inna. Ale zgoda, ludzie mieli prawo tak mnie postrzegać. Byłem dla wielu głupkowatym cielakiem. Tym bardziej się zawziąłem i postanowiłem udowodnić, że ten „głupi Karolak” zrobi dobry teatr.

Szybko się okazało, że nie tylko nie idziesz w serialowych celebrytów, a i repertuar jest mało komercyjny.
– A to przecież nie mogło się wydarzyć, prawda?! Jak to?! „Dzienniki” Gombrowicza, „Sprzedawcy gumek” Lewina czy „Generał” Jakubowskiego u Karolaka?! Kiedy zaczęliśmy dostawać nagrody na ważnych festiwalach teatralnych, przestano mieć wątpliwości jaką drogę wybraliśmy. Chcielibyśmy oczywiście więcej, lepiej, ambitniej, ale wyżej dupy nie podskoczymy. Musimy rzeźbić w tym, co mamy.

Umiesz przewidzieć, co będzie hitem?
– A gdzie tam! Nie mam zielonego pojęcia, co o tym decyduje. Kiedy zabieraliśmy się za „Dzienniki”, wszyscy nam mówili, żebyśmy dali spokój, bo nikt na to nie przyjdzie. A tu proszę! Ten spektakl wyprzedajemy zawsze na pniu.

Bo grają w nim gwiazdy: ty, Magdalena Cielecka, Piotr Adamczyk, Jan Peszek.
– W naszej „Kopenhadze” też grają bardzo znani aktorzy: Adam Woronowicz, Aleksandra Popławska i Jan Frycz, ale nie byliśmy zadowoleni z finałowego rezultatu i tę sztukę zrobimy jeszcze raz. Chciałbym, żeby ją wyreżyserowała Monika Pęcikiewicz.

Jak powstaje repertuar Imki? To twoje pomysły?
– W części moje, w części wymyślone podczas rozmów z reżyserami. Festiwal Polska w Imce wymyśliliśmy razem z Jackiem Cieślakiem z „Rzeczpospolitej”. Ale wiesz, człowiek planuje, a Pan Bóg się śmieje. I my o tym doskonale wiemy. Przewagą prywatnego teatru jest też to, że szybko podejmujemy decyzje. Coś, co w państwowym teatrze zabiera dwa miesiące, u nas – dwie minuty. Kiedy wymyśliliśmy z Jackiem Polskę w Imce, po trzech tygodniach grał już u nas gościnnie pierwszy spektakl, bo zarobiłem akurat dwie dychy na jakimś serialu i dawaj, ściągamy ich do Warszawy!

Tak było na początku, ale teraz – jak rozumiem – twoje plany muszą być zaakceptowane przez sponsorów.
– I ja się z tego bardzo cieszę, bo to jest nasz wspólny teatr.

Jak takie spotkanie z prezesami wygląda?
– Opowiadam im, co chcemy zrobić i dlaczego. Wtedy zawsze pada pytanie o aktorów. To podstawa. Potem jest różnie. Jednego prezesa pociąga idea, którą chcemy spektaklem poruszyć. Inny jest wielkim znawcą Gombrowicza. Ale bywa też tak, że prezesi coś proponują, bo wydaje im się warte uwagi. Tak było na przykład z Janem Karskim, o którym zrobimy spektakl. Zagra go w dodatku amerykański aktor David Strathairn, znany między innymi z filmu George’a Clooney’a „Good Night, and Good Luck”, a spektakl – do którego zaprosimy też studentów szkoły aktorskiej w Krakowie – wyreżyseruje Derek Goldman, szef teatru studenckiego na Uniwersytecie Georgetown w Waszyngtonie, na którym Karski wykładał.

To powiedz kim są ci prezesi, którzy wspierają twój teatr.
– Głównym sponsorem i naprawdę super gościem jest Jacek Krawiec, prezes PKN Orlen. Ja go w ogóle nie znałem. Przeszedł po prostu do Imki na „Wodzireja” i powiedział: „Chcę w tym być”. Prawdziwym teatromanem i głównym mecenasem Festiwalu Polska w Imce jest Zbigniew Jagiełło, prezes Banku PKO BP. Bardzo nam też pomagają Przemysław Krych, prezes Griffin Artspace, Radosław Martyniak, prezes Funduszu Fenix, Leszek Bać, szef firmy SPAR i Hubert Gierowski, szef Browarów Lubelskich produkujących piwo Perła. Całość spina nasz główny lobbysta Lejb Fogelman. Bez tych panów i wsparcia kierowanych przez nich firm nie powstałby żaden nasz spektakl. A ty w ogóle możesz to napisać?

A dlaczego nie?
– Bo w Polsce media jak ognia boją się wymieniać nazwy firm, które wspierają kulturę. Uważa się to za kryptoreklamę albo obciach. I to jest jeden z głównych powodów, dla których biznes w tak niewielkim stopniu wspiera kulturę. Ja po każdej premierze w naszym teatrze dziękuję naszym sponsorom i zapraszam ich na scenę. Byłem i właściwie nadal jestem za to strofowany przez wiele osób, szczególnie ze świata teatralnego. Że to żenada jakaś. A Piotr Skrzynecki robił to samo w swojej Piwnicy Pod Baranami. Zawsze na koniec dziękował wszystkim, dzięki którym artyści mogli wystąpić na scenie.

Co w tym sezonie zobaczymy w Imce?
– Przed chwilą ściągnęliśmy do nas znakomity spektakl „Był sobie Polak Polak Polak i diabeł” w reżyserii Remigiusza Brzyka z Teatru im. Juliusza Osterwy w Lublinie, a w przyszłym tygodniu zapraszam na „Smutki tropików” w reżyserii Pawła Świątka z Teatru Łaźnia Nowa w Krakowie. Z Łaźnią współpracujemy już niemal na stałe. W ten weekend można u nas obejrzeć znakomitą „Klątwę” Pawła Demirskiego w reżyserii Moniki Strzępki – teatralny i bardzo polityczny serial, który Imka produkuje z Łaźnią.

Przyjedzie też do nas z Teatru im. Stefana Żeromskiego w Kielcach „Caryca Katarzyna” – jeden z najgłośniejszych i najczęściej nagradzanych spektakli ostatniego sezonu, zrealizowany przez – nagrodzony w tym roku Paszportami „Polityki” – duet Jolanta Janiczak i Wiktor Rubin. To do końca tego roku. Przyszły jeszcze planujemy, ale myślę, że nasi widzowie będę mieli okazję zobaczyć „Janis Joplin” w reżyserii Tomasza Gawrona. To z kolei produkcja Teatru Muzycznego Capitol we Wrocławiu z genialną Natalią Sikorą w roli Janis.

To wszystko w ramach Polski w Imce. A własne produkcje?
– Będziemy mieli wspomniany już spektakl o Janie Karskim. Grzegorz Warchoł wyreżyseruje „Skradzioną tożsamość” według książki Romana Fristera. To opowieść o Żydzie, który chcąc ratować swoje życie podczas drugiej wojny światowej ukradł dokumenty Polakowi, pod którego się podszywał. Polaka później rozstrzelano. Wiele lat po wojnie do Żyda zapukało UB i oskarżyło go o kolaborację z SS, a kolaborował rozstrzelany już Polak. To autentyczna historia, którą chcemy poruszyć jakże aktualny dzisiaj problem tożsamości.

Mikołaj Grabowski zrobi spektakl o dwóch kobietach Adolfa Hitlera – Leni Riefenstahl, która Hitlera popierała i Marlenie Dietrich, która go zwalczała. W rolach głównych zobaczymy Iwonę Bielską i Grażynę Dyląg. Później czas na „Hamleta”, którego wyreżyseruje Joanna Drozda, a zagra go Piotr Polak. Na scenie zobaczymy także Macieja Stuhra, Sebastiana Pawlaka i Tomasza Tyndyka. A na koniec sezonu (mam nadzieję, że się wyrobimy) widzowie obejrzą „Władcę pierścieni” w reżyserii Pawła Świątka. To będzie spektakl o inwigilacji. Czekamy też na kolejny odcinek „Klątwy” Pawła Demirskiego i Moniki Strzępki, i chciałbym, żeby Monika zrobiła u nas „Muminki” dla dzieci, ale siedzimy jeszcze nad kalendarzem. A kolejny sezon otworzy „Bolesław Śmiały” w reżyserii Macieja Podstawnego z premierą na Wawelu i mam wielką nadzieję, że uda mi się namówić Jerzego Trelę na „Króla Leara”. Na razie pan Jerzy nie powiedział nie.

Dlaczego ci się udało?
– Uważasz, że mi się udało?

Tak uważam, bo Teatr Imka to nie jedyna prywatna scena w Warszawie. Swoje teatry mają Krystyna Janda, Emilian Kamiński, Michał Żebrowski. Ale to właśnie tobie udało się stworzyć teatr z ambicjami, który przyciąga coraz częściej czołowych polskich twórców teatralnych.
– Imka ma dopiero cztery lata i jest jeszcze teatrem w pieleszach. Zapytaj mnie, czy się udało za jakieś 10 albo 15 lat. Jeśli się wtedy spotkamy i teatr będzie nadal działał oferując widzom ambitne spektakle, to uznam, że mi się udało. To co, umówieni?

_____

Tomasz Karolak jest aktorem filmowym, telewizyjnym i teatralnym oraz wokalista zespołu Pączki w Tłuszczu. Ukończył Wydział Aktorski Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej im. Ludwika Solskiego w Krakowie i debiutował w 1997 roku na deskach krakowskiego Teatru im. Juliusza Słowackiego, by następnie w latach 1999-2003 być aktorem Teatru Nowego im. Kazimierza Dejmka w Łodzi. Znany jest głównie ze swoich ról telewizyjnych (m.in. „Kryminalni”, „39 i pół”, „Rodzinka.pl”, „Baron 24”) i kinowych (m.in. „Milion dolarów”, „Śniadanie do łóżka”, „Listy do M.”, ” Ciacho”, „Testosteron”). W 2010 roku założył Teatr Imka w Warszawie, który jest dzisiaj jedną z najciekawszych stołecznych scen.

_____

Rozmowa ukazała się na portalu Gazeta.pl 4.10.2014 r.

_____

© Mike Urbaniak 

Zwykły wpis
DRAMATURDZY/DRAMATURŻKI, DYREKTORZY/DYREKTORKI, REŻYSERZY/REŻYSERKI

Remix Starego

20121230-203230

Nie będziemy robić teatru o tym, że kiedyś to było wspaniale, wielcy reżyserzy, piękni aktorzy i do tego śliczne recenzje pisano, a wszyscy się kochali. Z Janem Klatą i Sebastianem Majewskim rozmawia Mike Urbaniak.

Kiedy się poznaliście?
Jan Klata (K): – Dziesięć lat temu, we Wrocławiu, podczas prac nad moją pierwszą produkcją „Uśmiech grejpruta”, na którą musiałem wyłożyć całą moją kasę, czyli 500 zł, pożyczonych zresztą. Przygotowywałem to w Teatrze Polskim, aktorzy zgodzili się zagrać za darmo i trzeba było jeszcze tylko zrobić scenografię. Pomyślałem, że wykorzystam to, co w Polsce najtańsze – ludzi, czyli bio-obiekty. Moja żona Justyna Łagowska przyjaźniła się z Sebastianem i poleciła mi go, bo wiedziała, że on zna ludzi potencjalnie chętnych do wzięcia udziału w takim przedsięwzięciu teatralnym, prowadził zajęcia z młodymi.
Sebastian Majewski (M): – To byli słuchacze Studium Kształcenia Animatorów Kultury, wśród nich Łukasz Rostkowski (dzisiejszy L.U.C.), Małgosia Łakomska i Angelika Cegielska (dzisiaj aktorki Teatru Dramatycznego w Wałbrzychu) czy Mikołaj Roznerski, kiedyś związany z Teatrem im. Juliusza Osterwy, dzisiaj rozchwytywany przez seriale.

Krótko mówiąc – grupa pod wezwaniem.
K: – I to na spotkanie z nią przyprowadził mnie Sebastian, a ja starałem się wszystkich przekonać, żeby wzięli udział w moim spektaklu. Zgodzili się gremialnie i w efekcie dostawali chyba za wyjście na scenę 5 zł minus podatek. Byli świetnymi bioobiektami.
M: Potem moja przyjaciółka Asia Howańska poleciła Jankowi Maćka Prusaka, utalentowanego mima i tancerza, który do dzisiaj zajmuje się u niego ruchem scenicznym.
K: – Chwilę później komando Klaty powiększyło się o Mirka Kaczmarka, który pierwsze kostiumy zrobił do mojego „Rewizora” w Wałbrzychu. Polecił mi go z kolei Piotr Kruszczyński, który dzisiaj kieruje Teatrem Nowym w Poznaniu.
M: – I wszyscy czuliśmy, pracując z Jankiem, że robimy coś fajnego. Potem się okazało, że „Uśmiech grejpruta” został bardzo dobrze przyjęty przez publiczność i dodany do repertuaru teatru. Bardzo to wszyscy przeżywaliśmy, szczególnie bioobiekty.

Różne teatralne duety mają swoje patenty na współpracą. Jaki jest wasz?
M: – Świetnie się razem z Jankiem bawimy, to na pewno.
K: – Jest to być może powód niewystarczający, ale konieczny. Wzrusza nas Budka Suflera. „Wizje chodźcie do mnie/ Blisko najbliżej/Zostańcie w mojej głowie/ Najdziksze sny/Oto jest nasza scena/Reflektorniże]/Korowód naszych marzeń/Wiruje ci”. Jaka piękna wizja! Zapraszamy do niej wszystkich.
M: – Zacząłem, jako dramaturg, pracować z Jankiem przy „Transferze!”. Kiedy mnie o to poprosił, było mi miło i jednocześnie byłem bardzo zestresowany, bo nigdy wcześniej tego nie robiłem. Ale jakoś poszło. Każda nasza kolejna realizacja była świetną przygodą, bo zabieramy się za rzeczy, które są szalone. W ogóle pracujemy na granicy szaleństwa, nic nie jest pewne. I ta zabawa, o której mówię, wydaje mi się o tyle ważna, że daje nam dystans do materiału, nad którym pracujemy, i do siebie. Kiedy szukam jakichś tekstów, kontekstów. Janek często puszcza mi dużo muzyki, która kojarzy mu się z tekstem, i ona za każdym razem coś we mnie otwiera.
K: – Dla mnie praca z Sebastianem ma wymiar artystycznego spełnienia i przyjaźni, a mam kłopoty z wchodzeniem w przyjacielskie relacje. Sebastianowi ufam – można powiedzieć – bezgranicznie. Poza wielkim talentem i pracowitością posiada wiele rzeczy, których ja nie mam: choćby urok osobisty czy żelazko, które – jako mężczyzna niebywale elegancki – wozi ze sobą wszędzie. Umie też coś powiedzieć człowiekowi i go nie obrazić, a to jest – jak wiesz – dość ważne. Jest też cudownym mediatorem, ostatnią instancją, do której się udają członkowie naszej bandy, kiedy dochodzi do konfliktu. I może to nie zabrzmi szczególnie oryginalnie, ale my się po prostu znakomicie uzupełniamy.

A daliście sobie kiedyś po mordzie?
K: – Sebastianowi po mordzie?
M: – Nie było mordobicia, bo mamy dokładnie ustawione nasze relacje reżyser – dramaturg. Moim zadaniem jest podążanie za myślą reżysera i nawet jeśli czuję, że coś jest nie najlepsze, to się nie oburzam, nie forsuję pomysłu, tylko szukam sposobu na modyfikację, na inne ubranie w słowa.
K: – Nie trzeba wchodzić w konflikt po to, żeby wyzwolić w sobie energię potrzebną do aktu twórczego, przynajmniej ja takiej potrzeby nie mam. Nie wyznaję też zasady, że ważniejsza jest dobra atmosfera podczas pracy niż efekt. Nie praktykuję spijania z dzióbków. Z Sebastianem nie obrzucamy się elementami rodowych zastaw Rosenthala, żeby w ramach pojednania osiągnąć nirwanę.

Skąd pomysł na wystartowanie w konkursie na stanowisko dyrektora Narodowego Starego Teatru w Krakowie?
K: – Od kilku lat chodziły plotki, że dyrektor Mikołaj Grabowski ma pomysł, żebym przejął po nim schedę. Potem minister kultury urządził konkurs i z Sebastianem złożyliśmy w nim naszą ofertę. Ale wiesz, to nie było tak, że Klata nie chce sam, bo nie ma know-how i musi prosić o pomoc Majewskiego, który z wielkimi sukcesami kierował teatrem w Wałbrzychu. Pracowaliśmy razem i razem opisaliśmy nasz pomysł na Stary Teatr.

Decyzja o zawalczeniu o Stary była oczywista?
K: – Początkowo o tyle nieoczywista, że musiałem sam sobie powiedzieć „tak”, ale na etapie rozpisania konkursu już byłem pewien.

A ty, Sebastian?
M: – Kiedy zaproponowałeś mi wspólny start w konkursie, dla mnie decyzja była oczywista. Uznałem, ze skoro nadarza się taka okazja, to powinniśmy ją wykorzystać. Kierowanie Starym Teatrem daje możliwość mówienia z pozycji instytucji narodowej. To jednak głos z placu Szczepańskiego w Krakowie, a nie z placu Teatralnego w Wałbrzychu.
K: – W zachodnim modelu życia teatralnego to absolutny standard, że ktoś, kto zrobił ciekawy teatr w Bochum, dostaje później Berlin albo Wiedeń. W Polsce to jest nie do pomyślenia, więc tym bardziej się cieszę z naszego precedensu. Takiego szczęścia nie ma na przykład Paweł Łysak, który po zrobieniu z Teatru Polskiego w Bydgoszczy jednej z najlepszych krajowych scen nie dostaje szansy na pracę w Warszawie.

W 2005 r. w wywiadzie dla „Przekroju”, zapytany przez Łukasza Drewniaka, czy będziesz kiedyś dyrektorem, odpowiedziałeś: „A po co? Pracuję w dobrych teatrach prowadzonych przez świetnych dyrektorów. Ale w Warszawie dyrektor to funkcja dożywotnia. Na całym świecie ludzie prowadzący sceny są rozliczani ze swojej pracy. Muszą pomyśleć, do jakiej publiczności kierują spektakle, co chcą swoim repertuarem powiedzieć. A nasi nie wychodzą poza idee zatrudniania kolejnej gwiazdy z monodramem, wabienie kasą wielkich reżyserów z nadzieją, że to pomoże wyjechać na światowe festiwale i osłonić brak jakiejkolwiek strategicznej wizji”.
K: – Myślę, że moje słowa są dzisiaj jeszcze bardziej aktualne niż siedem lat temu. Z wyjątkiem pierwszych trzech wyrazów.

Bo w końcu jednak tym dyrektorem zostałeś.
K: – Ale nie w Warszawie. I powiedzmy sobie od razu, że się o to nie starałem. W stolicy zmiany są tylko na gorsze. Jeden z dyrektorów rządzi od 1969 r., drugi od 1983 r. i tak dalej. Kiedy to opowiadam moim przyjaciołom z zagranicy, oni mówią, że to się nadaje do Księgi rekordów Guinnessa. Ale skończmy to, bo naprawdę nie chce mi się już wypowiadać na temat życia teatralnego stolicy i stosunku warszawskich włodarzy do kultury.
M: – My, pamiętam, bardzo się cieszyliśmy, że na Warszawskich Spotkaniach Teatralnych będzie Wałbrzych Fest, ale potraktowano nas jak prowincjuszy, takie małpy, które przyjechały do Warszawy. No, pokażcie nam teraz, co potraficie!
K: – Co tu dużo mówić, stołeczna publiczność zasługuje na lepsze teatry,

Kiedy gruchnęła wieść, że minister Bogdan Zdrojewski oddaje wam we władanie Stary Teatr, w prasie pojawiło się sporo tekstów, że irokez w teatrze, że belzebuby w świątyni, że dzicy atakują.
K: – Tak, pojawili się niespodzianie. Jeden z pałą, drugi z dzidą i podpalą teatr!
M: – Ale to nas nie zaskoczyło. Przyjęliśmy zasadę, że nie będziemy rozmawiać z prasą do czasu, aż poinformujemy zespół o naszych planach, bo nie chcieliśmy, żeby dowiedział się o nich z gazet. Nie potrzebowaliśmy problemów w garderobach. To pisanie o nas opierało się na najprostszych skojarzeniach tego, co dotychczas obaj robiliśmy. Nie były to z pewnością analizy naszych programów. Ale ten wysyp tekstów pokazał, że to ważna zmiana, że to konkretny gest.
K: – Jako ten irokez chcę tylko dodać, że to zmiana wyrazista, ale jednocześnie płynna. Nie mamy tu przypadku osoby, która nigdy nie była w Starym i teraz robi zamach na narodową instytucję kultury wbrew wszystkim. My z Sebastianem pracujemy tu od sześciu sezonów, znamy ten budynek, znamy ludzi. Nie przejmujemy władzy przy pomocy agencji ochroniarskiej, nie włamujemy się do gabinetu, nie wysyłamy SMS-ów z pogróżkami.

Ale nie obyło się bez afery medialnej, którą rozpętał Krystian Lupa, zapowiadając odejście ze Starego Teatru i udzielając serii wywiadów, w których nieustannie cię łomotał.
K: – Najdłuższej serii wywiadów w dziejach nowożytnego teatru. Czuję się nieprzytomnie wyłomotany, jednakowoż bez sensu.

Mówił w nich, że jesteś egocentryczny, despotyczny, nieznoszący sprzeciwu i w ogóle nie nadajesz się do tego, żeby kierować Starym.
M: – Każdy ma prawo do wypowiedzi. Komentowanie tego uważam za niefortunne. Poza tym nie wyobrażam sobie dyrektora teatru, który nie jest despotyczny, taka jest też rola reżysera i o tym akurat Krystian Lupa wie doskonale.
K: – Cóż mogę dodać? Jestem pod ogromnym wrażeniem wnikliwego portretu psychologicznego mojej osoby, który zarysował Krystian Lupa na podstawie naszej kilkumiesięcznej znajomości z roku bodajże 1996, bo od tego czasu właściwie się nie spotykaliśmy.

Zabolały cię te słowa?
K: – Dość długo funkcjonuję w tzw. obiegu środowiskowym, więc niewiele wyssanych z palca twierdzeń jest mnie w stanie zaboleć. Ale oczywiście tak po ludzku zrobiło mi się przykro. Zaskoczyły mnie straszne emocje w wypowiedziach Lupy, bo przecież nie dałem mu do nich żadnego powodu.

Planujecie się spotkać?
K: – Tak, ale oficjalnie, jak dyrektor z reżyserem.

Wasz program na najbliższych pięć sezonów ma się opierać na pięciu wielkich teatralnych nazwiskach: Swinarski, Jarocki, Wajda, Lupa i Kantor. Powiedzcie coś więcej.
M: – Ci twórcy są dla nas niezwykle ciekawi nie tyle nawet przez same spektakle, które zrobili, ile energię, która spowodowała, że one powstały. Interesują nas także te rzeczy, które mieli robić, ale to się im nie udało. Podczas naszych rozmów o Konradzie Swinarskim zrozumieliśmy, że jego najbardziej radykalnym spektaklem była „Nie-Boska komedia”, która zeszła z afisza po kilkudziesięciu przedstawieniach i nie cieszyła się w Krakowie estymą. Czyli Swinarski jako artysta rewolucyjny, który dzisiaj często jest stawiany za wzór jakiegoś klasycznego teatru, będącego miotłą na brewerie Moniki Strzępki, Radka Rychcika, Marcina Libera czy Jana Klaty. A my sobie pomyśleliśmy, że może gdyby Konrad Swinarski żył, to byłby „po naszej stronie”. To wszystko nas bardzo interesuje i tak chcemy budować repertuar.
K: – Zawsze jest dobrze trafić w jądro, a jądrem Starego Teatru jest przeszłość. Ludzie z Krakowa mogą udawać, że tak naprawdę są mentalnymi nowojorczykami, ale to nieprawda. Z przeszłości można czerpać bardzo twórczo i dlatego ci wielcy reżyserzy są obiektami naszego zainteresowania. Warto przyjrzeć się wnikliwiej tym postaciom, zastanowić się nad rolą reżysera despoty, popatrzeć, jakie ich sztuka odciska piętno, czy ich strategie i środki działają nadal. W kulturze jest przecież coś takiego jak coverversion, jak remix, jak mashup, jak odkrywanie na nowo przeszłości. I my to chcemy robić w Starym Teatrze, zremiksujmy tych królów Polski! Ci, którzy mówią, że nasz program to jakieś muzealnictwo, nie mają o nim pojęcia. Przecież nie będziemy uprawiać żadnych naftalinowych afirmacji. Nie będziemy robić teatru o tym, że kiedyś to było wspaniale, wielcy reżyserzy, piękni aktorzy i do tego śliczne recenzje pisano, a wszyscy się kochali. I nie mamy też zamiaru jak nastolatki odkrywać, że rodzice mi czasem skłamią, życie jest złe, a może tak naprawdę jestem adoptowany.

Remiksować klasyków zaczniecie jesienią 2013 r. Co planujecie na teraz?
K: – Przejmujemy teatr w połowie trwającego sezonu i to przejęcie jest gładkie oraz pokojowe. Mikołaj Grabowski pozwolił nam planować spektakle od stycznia do czerwca, choć nie musiał. Jesteśmy mu za to bardzo wdzięczni. Postanowiliśmy wykorzystać ten czas do wprowadzenia do teatru reżyserów, którzy wcześniej nie mieli okazji pracować w Starym, a są cenieni i wnoszą nową jakość do polskiego życia teatralnego. Zacznie w marcu Krzysztof Garbaczewski – wyreżyseruje „Poczet królów polskich”, który współtworzy znakomity pisarz science fiction Jacek Dukaj.
M: – Potem na dużej scenie zadebiutują Monika Strzępka z Pawłem Demirskim w spektaklu o narodzie. Paweł Passini zajmie się w maju znaną krakowianką – Wandą, co nie chciała Niemca, a bohaterem ostatniej premiery w tym sezonie będzie Steve Jobs. Wyreżyseruje ją Marcin Liber. I do tego dwa projekty wyreżyserowane przez studentów reżyserii PWST na podstawie jednej powieści – „Dumanowskiego” Wita Szostaka.

Imponująca ta połówka sezonu.
M: – Bardzo biograficzna.
K: – W pełnym sezonie chcemy dawać 10 premier.

Starczy na nie tych 14 min zł, które ma rocznie teatr?
K: – Z tych 14 mln, które brzmią wspaniale, 90 proc. pochłaniają koszty stałe. Twórczo wydać możemy pozostałe 10 proc. Ustawowe zamrożenie funduszu płac powoduje, że wkrótce państwo polskie będzie miało instytucje kultury, w których nic się nie będzie działo.

Będą jakieś zmiany w zespole aktorskim?
K: – Oczywiście, ale najpierw przyglądamy się tym artystom, którzy już u nas są. Nowe twarze, dusze i talenty przybędą na etat od nowego sezonu.

Dla kogo ma być wasz Stary Teatr?
M: – Chcemy konsekwentnie budować jego widownię, bo teraz jest dla wszystkich, czyli dla nikogo. Teatr musi być platformą ważnych debat o naszej rzeczywistości i chcemy do niego zaprosić tych, którzy będą chcieli dyskutować.
K: – I nie tylko w Krakowie, bo teatr powinien dużo jeździć: od Nowego Sącza do Nowego Jorku. I nie będziemy przygotowywać żadnego lżejszego repertuaru dla tzw. prowincji, co to pewnie nic nie rozumie – w odróżnieniu od nas, ludzi z miasta królów i słynnego uniwersytetu. I nie będziemy przygotowywać żadnych bezsmakowych euro produktów skrojonych pod międzynarodowe festiwale. Mamy grać, grać, grać! SJN! Spektakl Jest Najważniejszy! Ale nie można go zostawić samemu sobie, trzeba spektakle obudowywać programami, które pozwolą je zrozumieć większej liczbie widzów. Nie można wykluczać tych, którzy się nie załapali na nasz fanpage. Nie lajkujesz? This is the end, mogiła, Temida Stankiewicz-Podhorecka i lud smoleński. To jest wygodne dla niektórych twórców, ale zabójcze dla publicznego teatru.

Sebastian, chciałeś coś dodać?
M: Nie mam już nic do dodania. Sam teraz widzisz, jak wygląda nasza współpraca. Janek powiedział wszystko.

_____

Jan Klata urodził się w 1973 r. w Warszawie. W wieku 12 lat napisał pierwszą sztukę „Słoń zielony”, która została opublikowana w miesięczniku „Dialog” i wystawiona przez Teatr im. St.I. Witkiewicza w Zakopanem. Studiował na Wydziale Reżyserii Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Warszawie, a następnie na Wydziale Reżyserii Dramatu PWST w Krakowie. Był m.in. copywriterem, dziennikarzem muzycznym, reżyserem talk-show, felietonistę, niedoszłym grabarzem. Zadebiutował jako reżyser w 2003 r. „Rewizorem” Mikołaja Gogola w Teatrze Dramatycznym im. Jerzego Szaniawskiego w Wałbrzychu. Od tego czasu zrobił 30 spektakli na deskach teatrów we Wrocławiu, w Gdańsku, Bydgoszczy, Krakowie i Warszawie oraz Grazu, Dusseldorfie, Bochum i Berlinie. W 2005 r., w ramach Warszawskich Spotkań Teatralnych, odbył się „Klata Fest” – przegląd spektakli Jana Klaty. Jest laureatem wielu nagród, m.in. Paszportu „Polityki” i Nagrody im. Konrada Swinarskiego.

Sebastian Majewski urodził się w 1971 r. we Wrocławiu. Jest reżyserem, dramaturgiem, aktorem i scenografem. Ukończył Wydział Sztuki Lalkarskiej w Białymstoku (filii Akademii Teatralnej w Warszawie). Przez kilka lat związany był z Teatrem Wierszalin w Supraślu, gdzie zadebiutował w 1997 r. jako reżyser sztuką „Prawiek i inne czasy” Olgi Tokarczuk. Jest założycielem wrocławskiej niezależnej Sceny Witkacego. W 2006 r. zadebiutował w roli dramaturga spektaklu „Transfer!” Jana Klaty, z którym do dzisiaj tworzy artystyczny tandem. W latach 2008-2012 był dyrektorem artystycznym Teatru Dramatycznego im. Jerzego Szaniawskiego w Wałbrzychu, umacniając jego pozycję jako jednej z najlepszych polskich scen.

_____

Rozmowa ukazała się w „Przekroju” 31.12.2012 r.

_____

© Mike Urbaniak | Fot. Adam Golec

Zwykły wpis