PORTRET

Nieśmiała dziewczynka

podroz-ziomowa_1__0413_1

Mam taką konstrukcję, że muszę upaść, żeby móc się potem pozbierać i ruszyć do przodu. Julia Wyszyńska

W Mysłowicach urodzona, w Katowicach wychowana – jednym słowem Ślązaczka. Julia Wyszyńska, rocznik 1986, była beztroskim dzieckiem, które kiedy podrosło, nie zauważyło, że czas już się stać dorosłym człowiekiem. – W liceum sporo balowałam i nie zawracałam sobie zbytnio głowy planowaniem przyszłości. Dużo za to myślała o niej moja mama – mówi aktorka. Mama, dodajmy, twardo stąpająca po ziemi psycholożka, widziała córkę w tym samym zawodzie. Mogłyby nawet praktykować razem. Nic z tego. Julia, co prawda, poszła po maturze na egzaminy na psychologię, ale testy zdała fatalnie. Uniwersytet Śląski jej nie chciał. Nie chciała jej też Państwowa Wyższa Szkoła Teatralna w Krakowie, co akurat bardzo ucieszyło mamę, uważającą aktorstwo za niepoważne zajęcie.

skapiec_2_0087

Skoro wszelkie uczelnie odpadły, Julia zapisała się do Studium Aktorskiego przy Teatrze Śląskim im. Stanisława Wyspiańskiego w Katowicach. Mama z dezaprobatą kręciła tylko głową. Wyszyńska: – Oczywiście musiałam odpokutować moje złe życiowe wybory i niezdane egzaminy, więc zmywałam, szorowałam, odkurzałam i wynosiłam śmieci. Zostałam też odcięta za karę od pieniędzy, bo skoro jestem taka mądra to mogę się utrzymać sama. To była ważna lekcja. Ale w głowie i tak miała tylko teatr. Już w harcerstwie występowała w pierwszych spektaklach, a kiedy na Ogólnopolski Festiwal Sztuki Reżyserskiej „Interpretacje” przyjechał do Katowic „Krum” Krzysztofa Warlikowskiego zupełnie oszalała. – Wtedy zobaczyłam, że teatr wcale nie musi być nudny i sztampowy, że może być nowoczesny i poruszający – wspomina.

wesele2__0148

W studium uczy się rok: – Tam bardzo dobrze przygotowano mnie do egzaminów do szkoły teatralnej. Szczególnie ceniłam zajęcia z wymowy i rytmiki. W wakacje, przed drugim rokiem, jedzie do Londynu. Trzeba zarobić na czesne. Ale wcześniej zdaje jeszcze w tajemnicy po raz drugi egzaminy na aktorstwo: do Warszawy, do Łodzi i do Krakowa. Udaje się w tym ostatnim mieście. Kiedy smaży kiełbaski na BBQ w Muzeum Historii Naturalnej (– Robota ciężka, ale trzeba było harować na szkołę), dzwonią do niej z krakowskiej PWST z dobrą nowiną. Dodzwonić się jednak nie mogą. W końcu kontaktują się z mamą i mówią, że córka została przyjęta. Mama odpowiada krótko: „To pomyłka!”.

podroz-ziomowa_1__0334

W 2006 roku Julia przeprowadza się do Krakowa, studia zaczynają z nią między innymi Mateusz Kościukiewicz i Miron Jagniewski. – Lepiej nie mogłam trafić. Świetna szkoła, świetni ludzie, świetne miasto dla studentów – opowiada. Ciągle była jednak spięta i zestresowana: – Miałam jakieś okropne blokady. Byłam nieprawdopodobnie nieśmiała. Adam Nawojczyk uważał, że nic ze mnie nie będzie, więc myślałam, że po pierwszym roku mnie wyrzucą. Nie wyrzucili. Na szczęście. Bo na drugim roku odżyła, zmieniła się nie do poznania: – Chyba mam taką konstrukcję, że muszę kompletnie upaść, załamać się, rozwalić, żeby móc się potem pozbierać i ruszyć do przodu. Tak też było w szkole.

eurydyka_mowi_0__0427

Na scenie debiutuje w 2010 roku. Do Teatru Polskiego w Bielsku-Białej zaprasza ją Ewelina Marciniak, która przygotowuje „Nowe wyzwolenie” Witkacego: – Z Eweliną znałyśmy się jeszcze ze szkoły. Kiedy zaproponowała mi tę rolę, od razu się zgodziłam, choć rozważałam także zagranie w spektaklu Szymona Kaczmarka, który szykował go w Teatrze Imka w Warszawie. Znajomi pukali się w głowę: „Jeszcze się zastanawiasz? Wiadomo, że Warszawa!”. Wybrała jednak Bielsko-Białą. Spektakl zebrał dobre recenzje, a Julia dostała za swoją rolę nagrodę publiczności na Koszalińskich Konfrontacjach Młodych m-teatr. Dobry początek.

wisniowy_sad_1__0704

Potem jedzie do Wigier, zupełnie przypadkiem. W słynnych warsztatach teatralnych organizowanych co roku przez Tadeusza Słobodzianka bierze udział jej ówczesny chłopak, a ona pływa na kajaku. – Ale tak się złożyło, że zabrakło im aktorów i wzięli mnie. Ten wyjazd zaowocował potem Słobodziankową propozycją zastępstwa w „Gardenii” w reżyserii Aldony Figury w Laboratorium Dramatu i w „Naszej klasie” w Teatrze na Woli (dzisiaj to jedna ze scen stołecznego Teatru Dramatycznego). Na Woli Julia zaczyna znów pracować z Eweliną Marciniak. Do premiery „Bohaterek” jednak nie dochodzi. Reżyserka nie chciała się zgodzić na zaproponowany przez teatr plakat, więc Słobodzianek planowaną premierę odwołał. Wyszyńska: ­– Lepiej nam wyszła z Eweliną praca nad „Medeą”, którą zrobiłyśmy w Laboratorium Dramatu. To prawda, za ten monodram aktorka znów dostała nagrodę – tym razem na Ogólnopolskim Przeglądzie Monodramu Współczesnego w Warszawie.

lalka2__0979

„Medea” pokazywana była także na Festiwalu Monodramów „Monoblok” w Gdańsku, gdzie w jury zasiadał Paweł Łysak, wtenczas dyrektor Teatru Polskiego w Bydgoszczy. – Pomyślałam, że skoro już mnie widział, to może do niego zadzwonię – uśmiecha się Wyszyńska. Zadzwoniła do zastępcy Łysaka, Pawła Sztarbowskiego. Ten powiedział, że na razie nie ma żadnej propozycji, ale jak coś będzie, to da znać. I dał. W czerwcu 2012 roku Julia zadebiutowała na deskach Teatru Polskiego w Bydgoszczy w spektaklu „Źle ma się kraj” w reżyserii Weroniki Szczawińskiej i wkrótce dołączyła do zespołu. To była dobra decyzja? – To był strzał w dziesiątkę! – odpowiada natychmiast. W rzeczy samej.

iwona_burbona_03__0165

Rok później zagrała najpierw Anię w „Wiśniowym sadzie” Czechowa w inscenizacji Pawła Łysaka, a później Elisabeth Fritzl w arcydzielnej „Podróży zimowej” Elfriede Jelinek w reżyserii Mai Kleczewskiej (koprodukcji z Teatrem Powszechnym w Łodzi). Ta doprawdy wstrząsająca kreacja przyniosła jej wielkie uznanie i nagrodę za najlepszą rolę kobiecą na XII Festiwalu Prapremier. To był jej rok. Jesienią czekała Julię ponowna praca z Eweliną Marciniak nad błyskotliwym, przepisanym przez Michała Buszewicza i cieszącym się wielką popularnością wśród widzów „Skąpcu” Moliera (grała Elizę) oraz „Wesele” w reżyserii Marcina Libera (grała Pannę Młodą). Bydgoski rozdział w karierze Wyszyńskiej zamknął spektakl „Cienie. Eurydyka mówi:” Mai Kleczewskiej z gościnnym udziałem Katarzyny Nosowskiej (koprodukcja z Teatrem Muzycznym Capitol we Wrocławiu i stołeczną Imką). Nie pograła w nim jednak długo, bo „Cienie” szybko ściągną z afisza Paweł Wodziński, nowy dyrektor Teatru Polskiego. Podobnie zresztą jak „Skąpca”, który wylądował w śmietniku zaraz po tym, jak dostał nagrodę publiczności na katowickich Interpretacjach.

kazdy_d_0077

Jesienią 2014 Paweł Łysak z Pawłem Sztarbowskim wygrywają konkurs na szefów Teatru Powszechnego w Warszawie i zabierają ze sobą z Bydgoszczy kilkoro aktorów: Karolinę Adamczyk, Michała Czachora, Mateusza Łasowskiego, Michała Jarmickiego i Julię Wyszyńską, która przez dwa lata gra spektakle zupełnie nie dla niej skrojone. Nie jest jej teatrem ani „Iwona, księżniczka z Burbona” Magdy Fertacz w reżyserii Leny Frankiewicz (gra Lolę), ani „Lalka. Najlepsze przed nami” według Bolesława Prusa w reżyserii Wojciecha Farugi (gra Kazimierę Wąsowską), ani nawet bardzo udane skądinąd przedstawienie „Każdy dostanie to, w co wierzy” według „Mistrza i Małgorzaty” Bułhakowa stworzone przez Jolantę Janiczak i Wiktora Rubina. Julia (Małgorzata) gra tam nieudany duet z Dawidem Rafalskim (Mistrz). Na uznanie zasługuje za to jej rola w „Nieznośnie długich objęciach” Iwana Wyrypajewa, choć to też nie do końca jej teatr. Wyszyńska nie gra niestety w spektaklach Mai Kleczewskiej, bo panie przestają się dogadywać.

klatwa_414

W końcu aktorka wraca do wielkiej formy odważną kreacją w „Klątwie” według Wyspiańskiego w reżyserii kontrowersyjnego Olivera Frljicia. Aktualne są jej słowa, że musi upaść, żeby się pozbierać i ruszyć do przodu. Tak ruszyła, że dwie zagrane przez nią sceny wywołały ogólnopolską awanturę i niespotykaną od lat nagonkę na teatr. Wyszyńską odsądzono od czci i wiary za scenę seksu oralnego z figurą Jana Pawła II i monolog o zbiórce pieniędzy na zabójstwo Jarosława Kaczyńskiego, w której tłumaczy widzom, że takiej zbiórki przeprowadzić nie może, bo zabrania tego polskie prawo. Ale to, co aktorka mówi ze sceny nie ma w medialnym maglu żadnego znaczenia. Spektakl, a raczej wyobrażenie o nim zaczyna żyć własnym życiem. Prawicowe media, politycy rządzącej partii, a nawet Episkopat Polski oskarżają ją i teatr o nawoływanie do przemocy i bluźnierstwo. Za „Klątwę” lanie dostają wszyscy, ale najmocniejsze razy dostaje ona – nieśmiała dziewczynka ze Śląska, która zaryzykowała dla roli cały swój aktorski dorobek i została tym samym najodważniejszą z odważnych.

CZYTAJ TAKŻE
Klątwa | recenzja
Nienasycona | rozmowa z Eweliną Marciniak
Widelcem w oko | rozmowa z Mają Kleczewską

Fot. Magda Hueckel

 

Reklamy
Zwykły wpis
ROZMOWA

Pani nie ma warunków

12670940_10208887646017213_7000866602392870212_n

Ciągle chciałam występować. Jest nawet takie rodzinne nagranie, na którym wypycham brata i siostrę z kadru, i zaczynam tańczyć. Z Małgorzatą Gorol, aktorką Teatru Polskiego we Wrocławiu, rozmawia Mike Urbaniak

Ale jesteś gryfno frelka!
– Ja, jo żech jest.

Ślōnskŏ gŏdka jest w użyciu?
Godom, kiedy się czuję swobodnie. W domu po śląsku mówili dziadkowie ze strony taty. Mama mniej.

A tato jak do ciebie mówił?
– Nie powiem, bo to się wiązało z tym, że byłam pulchnym dzieckiem.

Dlatego postanowiłaś się zająć gimnastyką?
– Zaczęłam ćwiczyć, kiedy miałam siedem lat, czyli wcale nie tak wcześnie. Koleżanka mnie zabrała na trening i już zostałam. Od tego czasu przez siedem dni w tygodniu po szkole trenowałam w Klubie Sportowym „Kolejarz 24” w Katowicach.

Miałaś wolny czas?
– Tak, wtedy bawiłam się z bratem klockami Lego i w inne zabawy, głównie dla chłopców, które wymagały odwagi i sprawności fizycznej. Chciałam bardzo być niegrzeczna.

Chciałaś czy byłaś?
– Byłam. Czasami. Biegałam wtedy z chłopakami po drzewach i dachach.

Myślałem, że po hałdach. Twój tato jest górnikiem?
– Na szczęście już emerytowanym. Pracował w Kopalni Węgla Kamiennego „Staszic” na katowickim Giszowcu. Mieszkaliśmy w familoku i zawsze była w naszym domu obchodzona Barbórka.

Lubiłaś to?
– Bardzo, ale kiedy poszłam do szkoły, zazdrościłam trochę dzieciom, które mieszkały w blokach. Było w tym na pewno trochę wstydu, ale dzisiaj już mi przeszedł.

Od kiedy występowałaś?
– Od zawsze, ciągle wchodziłam przed kamerę. Jest nawet takie rodzinne nagranie, na którym wypycham brata i siostrę z kadru, i zaczynam tańczyć. Mówiłam oczywiście wiersze, śpiewałam, w szkole zaliczyłam wszystkie akademie i konkursy recytatorskie.

z19248939Q,Malgorzata-Gorol-w-spektaklu--Smierc-i-dziewczyna-

Byłaś bardzo zajętą dziewczynką.
– Na brak zajęć nie narzekałam. Dobrze się uczyłam, choć kujonem nie byłam, mogłam więc oddawać się pozaszkolnym pasjom.

Kiedy pomyślałaś, że mogłabyś zostać aktorką?
– Przede wszystkim chciałam być trenerką gimnastyki artystycznej.

Byłaś w tym dobra?
– Nie, i to był właśnie problem. Nie posiadam tak zwanych warunków by zostać zawodową gimnastyczką, bo moje ciało jest zbudowane tak, że nie mam wymaganej w tej profesji giętkości kręgosłupa. Ciągle słyszałam od trenerki, że się nie nadaję.

To dlaczego tyle lat trenowałaś?
– Bo to kochałam. Byłam dobra technicznie, miałam dużo wdzięku i do pewnego momentu to wystarczało, potem już nie. Mogłam wykonać daną figurę, proszę bardzo, ale nie tak, by zdobyć medal na olimpiadzie. Nie należałam też do faworyzowanych dziewczynek.

Długo trenowałaś?
– Kilka lat. Załapałam się na końcówkę sportu Polski Ludowej z rosyjskim baletmistrzem, dresami klubowymi, obozami sportowymi i trenerką, która paliła papierosy na sali gimnastycznej. To było wspaniałe! Z początkiem lat dziewięćdziesiątych ten świat zaczął się rozpadać. Zostały tylko te dziewczynki, których mamy miały napinkę na gimnastyczne kariery swoich córek. Moja mama nie miała, ale i tak odeszłam jako jedna z ostatnich. Nie umiałam zrezygnować z gimnastyki.

Co wtedy?
– Wielka pustka, którą próbowałam wypełnić sportem, bo jak trenujesz coś kilka lat wyczynowo, nie umiesz inaczej. Musisz coś robić, domaga się tego i duch, i ciało. Było więc karate, capoeira, a potem gitara i zajęcia plastyczne. Długo szukałam.

I znalazłaś teatr?
– Z teatrem było tak jak z gimnastyką. Koleżanka zaciągnęła mnie na zajęcia teatralne do Klubu Osiedlowego „Józefinka”, gdzie się dowiedziałam, że aktorstwo można studiować w Krakowie. Długo myślałam, że to jedyna szkoła teatralna w Polsce. Uznałam, że będę tam zdawać.

Ostro się przygotowywałaś?
– Oczywiście, zabrałam się za to na poważnie, ale był jeden problem: usłyszałam, że nie mam warunków.

Znowu?
– No właśnie, ale zdążyłam zamarzyć o aktorstwie tak mocno, że już nie mogłam się poddać. Chociaż wstyd przed tym marzeniem i chyba właśnie strach, że usłyszę „nie”, zdecydował o tym, że nie zdawałam do szkoły teatralnej od razu po maturze. Potem tego żałowałam. Rodzicom powiedziałam: „Nie martwcie się, ale nie pójdę na studia w tym roku. Chcę zdawać do szkoły teatralnej i potrzebuję jeszcze trochę czasu”. Zrozumieli.

7600970e_jpg-lg

I co robiłaś przez ten rok?
– Pracowałam jako barmanka w nieistniejącym już Klubie Studenckim „Kwadraty” w Katowicach i przygotowywałam się do egzaminów z aktorem Teatru Śląskiego Jerzym Głybinem i wiesz co od niego na koniec usłyszałam?

Że nie masz warunków?
– Żebym nie zdawała do Krakowa i Warszawy, bo jestem za niska i mam krzywe zęby. „Ewentualnie Wrocław albo Łódź” – powiedział Głybin. Posłuchałam głupia jego rady i pojechałam na egzaminy do Wrocławia i Łodzi. I mnie tam nie przyjęli!

Załamka?
– Płakać zaczęłam już w dziekanacie filmówki, potem płakałam idąc po Łodzi, płakałam u znajomych cioci, u których się zatrzymałam, a potem od rana – w pociągu do Wrocławia. We Wrocławiu też mnie nie chcieli. Wróciłam ledwo żywa do Katowic. Kiedy się otrząsnęłam, postanowiłam pójść do Studium Aktorskiego przy Teatrze Śląskim w Katowicach, żeby mieć codziennie kontakt z teatrem. Oczywiście z przekonaniem, że za rok znów zdaję do szkół teatralnych. Wszystkich.

I jak ci poszło?
– W Łodzi, Warszawie i Wrocławiu po raz kolejny usłyszałam, że nie. W Krakowie przeszłam do drugiego etapu, ale byłam pod kreską. I wtedy już się naprawdę zdenerwowałam. Wróciłam do Katowic do studium z decyzją, że za rok będę zdawała trzeci raz. I lepiej, żeby ostatni.

Studium ci nie wystarczało?
– Było naprawdę dobrym wyborem, sporo się tam nauczyłam, ale ja cały czas chciałam naprawdę studiować. Dlatego poszłam na filologię polską na Uniwersytecie Śląskim. Nie postudiowałam jednak długo, bo za trzecim razem zostałam przyjęta w końcu, cztery lata po maturze!, do mojej wymarzonej PWST w Krakowie.

Grałaś już coś wtedy w Teatrze Śląskim, prawda?
– W „Mateczce” Andrzeja Majczaka, jednym ze spektakli dyplomowych aktorów studium, która – można powiedzieć – była moim małym debiutem na profesjonalnej scenie. Zaczynając studia w krakowskiej szkole teatralnej miałam więc za sobą studium w Katowicach, rolę w Śląskim i trochę polonistyki.

Jak na PWST wyglądała konfrontacja marzenia z rzeczywistością?
– Byłam pracowita i dawałam z siebie wszystko. Chciałam być najlepsza, ale nie byłam kujonem i lizusem. Nie należałam do grona faworytów.

z18969726Q,Proba-prasowa-spektaklu-Media-Medea-w-rezyserii

Marzenie o Teatrze Polskim we Wrocławiu kiedy się pojawiło?
– Na trzecim roku, bo przez pierwsze dwa lata marzyłam o Starym Teatrze. To wynikało oczywiście z fascynacji pedagogami, którzy w większości są aktorami Starego, ale potem zrozumiałam, że trzeba się od nich uwolnić.

Uwalniałaś się przy pomocy dyplomowych spektakli z młodymi reżyserami – Szymonem Kaczmarkiem i Pawłem Świątkiem.
– Bardzo chcieliśmy pracować z młodymi i Dorota Segda, opiekunka naszego roku, przyklasnęła temu pomysłowi.

I to właśnie Paweł Świątek wprowadził cię do wrocławskiego Polskiego.
– Paweł zaproponował mi gościnną rolę w „Mitologiach” Tomka Jękota.

Co to było za wejście do teatru?
– Miękkie i przyjemne, bo Pawła znałam, Tomka znałam, Jankę Woźnicką też, bo była w szkole rok wyżej ode mnie, a Ewa Skibińska była na moim dyplomie w reżyserii Szymona i napisała mi wiadomość, że bardzo mocno trzyma za mnie kciuki. Kiedy spotkałyśmy się na pierwszej próbie w Polskim, powiedziała: „A widzisz!”.

Po „Mitologiach” dostałaś propozycję etatu?
– Najpierw połówkę.

Można za nią przeżyć?
– No co ty? Musiałam zacząć gdzieś indziej zarabiać, żeby się utrzymać. Tym bardziej, że przesuwała się premiera „Zachodniego wybrzeża” Michała Borczucha, w którym miałam grać. Był więc nadmiar czasu, niedomiar kasy. Trzeba było coś z tym zrobić – to takie śląskie podejście.

Poszłaś w nieruchomości.
– Sprzedawałam mieszkania i najlepszej transakcji dokonałam tuż przed premierą z Michałem. Zamknęłam się w teatralnym kiblu i negocjowałam. To był mój życiowy rekord sprzedażowy. Najlepiej, można powiedzieć, sprzedałam za Borczucha!

Jak ci się z nim pracowało?
– Podczas prób z niewiadomego powodu panowała jakaś ciężkawa atmosfera, rola Abada była też dość męcząca jeśli chodzi o charakteryzację, a poza wszystkim to był po prostu dla mnie niezbyt dobry czas. Straciłam chwilowo zapał do aktorstwa. Spadło mi ciśnienie.

04

Które musiałaś podnieść pracując ponownie ze Świątkiem nad „Smutkami tropików” Mateusza Pakuły w Łaźni Nowej?
– Praca z Pawłem daje mi rzeczywiście dużego kopa.

Po którym wróciłaś do Teatru Polskiego, by pracować nad „Podróżą zimową” z Pawłem Miśkiewiczem.
– To też była niełatwa robota z racji tego, że premierę przenoszono o dziewięć miesięcy. Musiałam wtedy ponownie zająć się nieruchomościami. To cud, że ten spektakl w ogóle powstał.

„Tak wyraziste pojawienie się młodego aktora we wrocławskim teatrze zdarza się raz na lata. Mając tak wspaniałe partnerki [w „Podróży zimowej” – MU], Gorol błysnęła wszechstronnością aktorskich środków i kto wie, czy nie na nią będzie się na to przedstawienie chodzić”.
– Bardzo się z moją współlokatorką uśmiałyśmy czytając tę recenzję. Potem wypiłyśmy wino i poszłyśmy na pilates.

„Za mistrzowskie łączenie bycia opowiadającym i opowiadanym. Za aktorstwo, które jest jednocześnie emocjonalne, intuicyjne i świadome”.
– Czy ty się teraz ze mnie naśmiewasz?

Cytuję tylko uzasadnienie dla nagrody aktorskiej, którą dostałaś na Kaliskich Spotkaniach Teatralnych.
– W Kaliszu miałam słaby przebieg.

Strach pomyśleć, co by napisali, gdybyś miała dobry. Kolejną nagrodę dostałaś na Festiwalu Nowego Teatru w Rzeszowie. „Zapowiada się wielka artystka” – pisały w gazety.
– Rozumiem, że teraz się będziesz nade mną znęcał. Jeszcze jakiś cytat?

„Aktorka totalna”.
– Dobre.

„Ma osobowość małej bomby atomowej”.
– Możesz już przestać?

Co ci to robi?
– Odpowiem słowami mojej koleżanki z teatru Sylwii Boroń: „Słucham tego z uprzejmym dystansem”.

12265557_1069255589792538_6430994528649399023_o

Która z twoich dotychczasowych ról była jak dotąd największym wyzwaniem?
– Bez wątpienia ta w „Śmierci i dziewczynie” Eweliny Marciniak. Nie potrafię tego inaczej nazwać, jak tylko jedną wielką harówą. Znamy się z Eweliną jeszcze z czasów szkolnych, robiłyśmy wspólnie egzaminy i czytania. Bez wątpienia jest ona o wiele dojrzalsza niż kilka lat temu, ale pozostała taką samą terrorystką. Z prób z nią wychodziliśmy ledwo żywi. Do tego doszedł jeszcze wiadomy skandal.

Jak on na ciebie wpłynął?
– Pierwszy raz w życiu spotkałam się z czymś takim jak hejt. To było dość szokujące, w pewnym momencie zwyczajnie się wystraszyłam.

Czego?
– Że nasi aktorzy porno zostaną zaatakowani, że ktoś zrobi im krzywdę. Albo, że na spektakl przyjdą ludzie, którzy zaczną w nas czymś rzucać. Rozmawialiśmy nawet o tym, co robić, kiedy coś takiego zadzieje się na widowni. Cała ta afera coś nam dała – przede wszystkim ogromną reklamę, ale też coś zabrała. Zaburzyła odbiór spektaklu, a porno zostało użyte inaczej niż mogło. I nie chodzi o to, że Ewelina zrezygnowała ze swojego pomysłu. On się po prostu zmienił naturalnie w reakcji na okoliczności.

Recenzje skupiły się jednak na treści spektaklu i ogłoszono w nich narodziny nowej gwiazdy.
– Czyli jednak mam warunki?

CZYTAJ TAKŻE:
Chcieliście porno, to macie! / rozmowa z Eweliną Marciniak
„Śmierć i dziewczyna” / recenzja

____

12821431_10156610996470484_6073667720251904805_n-1

Małgorzata Gorol (rocznik 1986) urodziła się i wychowała w Katowicach. Skończyła Studium Aktorskie Teatru Śląskiego w Katowicach i Państwową Wyższą Szkołę Teatralną im. Ludwika Solskiego w Krakowie. Zadebiutowała w 2013 roku w „Mitologiach” Tomasza Jękota w reżyserii Pawła Świątka w Teatrze Polskim we Wrocławiu, gdzie dotychczas zagrała z spektaklach Michała Borczucha („Zachodnie wybrzeże. Powrót na pustynię”), Krzysztofa Garbaczewskiego („Burza” i „Kronos”), Michała Zadary („Dziady”), Marcina Libera („Media Medea”) i Eweliny Marciniak („Śmierć i dziewczyna”). Za swoją rolę w „Podróży zimowej” zdobyła nagrody aktorskie na Kaliskich Spotkaniach Teatralnych, Festiwalu Nowego Teatru w Rzeszowie i Międzynarodowym Festiwalu Teatralnym Boska Komedia w Krakowie. W tym roku otrzymała Nagrodę im. Leona Schillera i Nagrodę Kulturalną „Gazety Wyborczej – Wrocław” WARTO, do której była także nominowana rok temu. Niedawno zaczęła próby do „Procesu” Franza Kafki w reżyserii Krystiana Lupy w Teatrze Polskim we Wrocławiu.

____

Fot. Edgar de Poray (portrety)/mat. pras. (spektakle)

Zwykły wpis
AKTORZY/AKTORKI

Genu nie wydłubiesz

unnamed

Nie chciałbym zostać zapamiętany jako ładny chłopiec, tylko dobry aktor. Z Bartoszem Gelnerem rozmawia Mike Urbaniak.

Ładnym ludziom jest podobno łatwiej.
– Tego nie wiem, musisz spytać kogoś ładnego.

Właśnie pytam.
 Bardzo ci dziękuję, ale oprócz ładności musi być chyba jednak coś jeszcze. Myślisz, że uroda przekreśla talent?

A skądże.
– Może wróćmy do tego pytania za jakiś czas, jak już się pomarszczę. Nie chciałbym zostać na etapie domniemanej ładności, chciałbym to przewalczyć kolejnymi rolami. Z drugiej strony nie da się ukryć, że tak zwane warunki decydują o tym, jakie się dostaje role.

Nie zagrałbyś Cetha w „Kabarecie warszawskim” Krzysztofa Warlikowskiego albo Michała w „Płynących wieżowcach” Tomasza Wasilewskiego, gdybyś wyglądał…
– Jak pół dupy zza krzaka? Tak, masz rację, pewnie bym nie zagrał. Pamiętasz scenę z „Samotnego mężczyzny” Toma Forda, kiedy Colin Firth spotyka pod sklepem pięknego faceta?

Oczywiście, jak mógłbym zapomnieć boskiego Jona Kortajarenę.
– Siła tej sceny w ogromnym stopniu bierze się z tego, jak on wygląda. Kiedy byłem małym chłopcem, ciągle słyszałem, jaki jestem ładny, a dokładniej, jaką jestem ładną dziewczynką. Dzisiaj też się zdarza, kiedy idziemy ulicą z Agnieszką (Żulewską, aktorką, dziewczyną Bartosza – przyp. red.), że jacyś panowie krzyczą do nas: „Hej, dziewczyny!” i chcą mi oczywiście dać w mordę. Taki los, ale jak mówi moja mama: „Genu nie wydłubiesz”. Nie chciałbym jednak być zapamiętany jako ładny chłopiec, tylko jako dobry aktor. To jest mój cel i nie zgadzam się na zamykanie mnie w jakiejś szufladzie.

Zawsze chciałeś być aktorem?
– Nie, zdecydowałem się bardzo późno, właściwie tuż przed maturą. Z kolegami z liceum w Chorzowie robiliśmy co prawda kabaret, ale chodziło nam tylko o dobrą zabawę i zwalnianie się z lekcji. Zupełnie nie wiedziałem, co chcę robić. Wszyscy szli na prawo albo na lewo, a ja postanowiłem spróbować ze szkołą teatralną. Znajomy rodziców znał aktorkę Małgorzatę Zajączkowską i umówił mnie z nią na spotkanie. Przyjechałem z Katowic do Warszawy w wyprasowanej koszuli, z bukietem kwiatów i poszedłem do pani Małgosi, której miałem zaprezentować swój talent.

Jak go oceniła?
– Po jej minie wiedziałem, że nie jest dobrze, ale co miała powiedzieć, żeby nie zniechęcać młodego człowieka? Że jest potencjał, ale trzeba jeszcze popracować. Zdawałem do szkół teatralnych w Warszawie, Krakowie i we Wrocławiu. Nigdzie się nie dostałem, ale wiedziałem, że będę próbował za rok. Spytałem rodziców, czy zasponsorują mi rok Policealnego Studium Aktorskiego „Lart” w Krakowie. Zgodzili się.

Nowe krakowskie życie?
– Wiadomo! Wynajęliśmy z kolegami mieszkanie i zaczęło się. Jedynym minusem było to, że nie miałem studenckiej legitymacji, ale trzeba było sobie jakoś radzić. Zacząłem też wtedy chodzić nałogowo do teatru.

Na Śląsku nie chodziłeś?
– Chodziłem, ale nie tak często i na inne spektakle. W Krakowie to był jednak Narodowy Stary Teatr z największymi nazwiskami. Inna liga. Tam po raz pierwszy zobaczyłem spektakl Krystiana Lupy „Tako rzecze Zaratustra”. Mało z niego zrozumiałem, ale jednocześnie byłem zachwycony. Potem oglądałem kolejne jego spektakle: „Factory” i „Kalkwerk”. Chodziłem też oczywiście na innych reżyserów.

I po roku ponownie zdawałeś do szkoły teatralnej.
– Niejednej, bo oprócz Krakowa, Warszawy i Wrocławia zdawałem także do Łodzi. Byłem już o wiele lepiej przygotowany i wiedziałem, jak wyglądają egzaminy. Na szczęście przyjęli mnie do Krakowa. Ależ to była radość!

Kiedy uczyłem się w Larcie, moi kumple współlokatorzy, którzy studiowali na Uniwersytecie Jagiellońskim, Akademii Górniczo-Hutniczej i Politechnice Krakowskiej, zazdrościli mi, że mogę długo spać, bo zajęcia zaczynałem o czternastej. A kiedy byłem na PWST, śmiali się, że nigdzie nie możemy wyjść wieczorem, bo ja siedzę na uczelni od rana do nocy.

Do tego doszła jeszcze praca w wakacje.
– Już po pierwszym roku dostałem rolę w serialu o wodnych ratownikach „Przystań”. Tam zresztą poznałem Mateusza Banasiuka, z którym zagrałem później w „Płynących wieżowcach”. Siedzieliśmy z ekipą przez trzy miesiące w Giżycku i kręciliśmy: fajna przygoda, pierwsze ostukanie się z planem filmowym, jakaś kasa zarobiona.

Kiedy serial miał premierowy odcinek, zrobiliśmy z kumplami party w naszym krakowskim mieszkaniu. Mój przyjaciel Sylwester Piechura, dzisiaj aktor Teatru im. Jana Kochanowskiego w Opolu, wydrukował nawet plakaty z moją podobizną. Przyjechali też z Katowic moi rodzice i była kupa śmiechu.

Na trzecim roku studiów zadebiutowałeś z kolei na dużym ekranie.
– „Salą samobójców” Jana Komasy. To też kręciliśmy w wakacje. Film został bardzo dobrze przyjęty i dostałem po nim kilka propozycji zagrania w serialach, już bez castingu. Zdecydowałem się wtedy na „Czas honoru”. Tymczasem nadchodził czwarty rok na PWST i spektakle dyplomowe z Szymonem Kaczmarkiem i Pawłem Świątkiem. Grałem w nich i przeprowadziłem się do Warszawy. Tu zaczęły się castingi do „Płynących wieżowców” i dostałem pierwszą propozycję pierwszoplanowej roli w filmie fabularnym.

Jak wyglądała praca nad nim?
– Tomek Wasilewski poświęcił nam, czyli Mateuszowi Banasiukowi, Marcie Nieradkiewicz i mnie, naprawdę dużo czasu; mieliśmy dużo prób, dobrze się poznaliśmy. Sporo mnie to też kosztowało, bo temat był niełatwy.

„Płynące wieżowce” okrzyknięto pierwszym polskim filmem gejowskim. Znalazł się on nagle w gorącym centrum debaty o homofobii, sytuacji osób LGBT, związkach partnerskich. Trafiliście z Mateuszem Banasiukiem na okładkę „Wprost”, opatrzoną tytułem: „Zabić geja. Witajcie w tolerancyjnej Polsce”. Skrajnie prawicowa „Fronda” donosiła o „homoataku” na swoją redakcję, polegającą na tym, że baner reklamujący film było widać z redakcyjnych okien. „Pętla homoseksualnego oblężenia zaciska się wokół nas” – donosiła „Fronda”.
– Rzeczywiście, trafiliśmy w jakieś przesilenie z naszym filmem. Dostaliśmy wtedy mnóstwo zaproszeń do wielu programów publicystycznych, w których chciano z nami dyskutować o homofobii. Film w pewnym momencie zszedł na drugi plan. A ja chciałem, jako aktor, mówić o mojej roli, a nie o stosunku do gejów, bo on jest chyba jasny.

Najważniejsze, że „Płynące wieżowce” zostały bardzo dobrze przyjęte przez widzów i krytykę. Myślę, że ten film sporo zmienił. Obejrzeli go też moi koledzy z osiedla z Katowic.

I co powiedzieli?
– „Nawet fajny ten film, ale naprawdę musiałeś się całować z tym facetem?!”. Trochę żeśmy się pośmiali. Może po „Płynących wieżowcach” mniej osób będzie krzyczało na gejów na ulicy: „Ej, pedały!”.

Za tobą tak krzyczeli? W Polsce – odnoszę wrażenie – zagranie geja to nadal akt odwagi.
– Ktoś tam od czasu do czasu coś krzyknął. Ale co z tego? Idziemy dalej.

Dalej i na barykady. Byłeś wśród aktorów czytających przed Pałacem Kultury „Golgotę Picnic” Rodriga Garcii, którą Michał Merczyński, dyrektor poznańskiego Malta Festivalu, zdjął z afisza pod wpływem ataku ze strony katolickich fundamentalistów i kiboli. Dlaczego wziąłeś udział w tym czytaniu?
– Bo nie podoba mi się ograniczanie wolności słowa i wolności ekspresji artystycznej. Nie podoba mi się też terroryzowanie jednej grupy przez inną. Ja nie zabraniam nikomu stania pod krzyżem, proszę mi więc nie zabraniać oglądania takich spektakli, na jakie mam ochotę. I, żeby była jasność, wziąłem udział w tym czytaniu nie po to, by kogoś atakować, ale żeby przeczytać tekst. Jak mówi mój kolega: „Trzeba zajebać dobrym serduszkiem”.

Twoje role przychodziły do ciebie same?
– Przychodziły jako możliwość, ale musiałem o nie powalczyć. Starałem się też uczyć ile wlezie i korzystałem z różnych opcji zdobycia doświadczenia. Już w szkole dużo statystowałem. Za pierwszy epizod w „W11” dostałem 50 złotych, potem był epizod mówiony już za 150. Jaka to była kasa! Wszystkim stawiałem piwko. I nie tylko się tego statystowania nie wstydzę, ale uważam, że to była fajna szkoła.

Szczególnie kiedy się statystuje na scenie Narodowego Starego Teatru z Janem Peszkiem.
– O kurczę! Tak! Zupełnie o tym zapomniałem. Jeszcze przed szkołą aktorską byłem jednym z chłopców Gonzala w „Trans-Atlantyku” Witolda Gombrowicza w reżyserii Mikołaja Grabowskiego, więc to był mój homoseksualny debiut w teatrze. I to jaki! U boku Jana Peszka na deskach Starego Teatru. Lataliśmy z chłopakami w białych gaciach po scenie, a w przerwach siedzieliśmy w teatralnym bufecie i za każdym razem, kiedy wchodził jakiś aktor, zrywaliśmy się z krzeseł i mówiliśmy „Dzień dobry!”.

W naszym „Trans-Atlantyku” była scena, do której wychodziliśmy z Janem Peszkiem z foyer teatru, gdzie stoi popiersie Konrada Swinarskiego. Peszek zawsze, przechodząc obok tego popiersia, klepał je z czułością. Uwielbiałem na to patrzeć, bo pokazywało to niezwykłą skromność wielkiego aktora.

Oglądałeś, będąc w szkole, jakieś spektakle Krzysztofa Warlikowskiego?
– Pierwszy był „Krum”, ale widziałem go na DVD. A pierwszym spektaklem zobaczonym na żywo była „(A)pollonia”, która przyjechała na Boską Komedię do Krakowa. Wielkie wrażenie zrobił na mnie rozmach tego spektaklu. Potem przyjechałem do Warszawy na „Anioły w Ameryce”, na których się popłakałem.

A potem dostałeś od Warlikowskiego propozycję zagrania w „Kabarecie warszawskim”. Nieźle.
– Jechałem wtedy do Łodzi, gdzie w Teatrze Nowym miałem grać w „Samuelu Zborowskim” Juliusza Słowackiego w reżyserii Szymona Kaczmarka. Kiedy zadzwonił telefon z Nowego Teatru w Warszawie, natychmiast zmieniłem kierunek. Było mi głupio przed Szymonem, że tak nagle się wycofuję, ale nie miałem innego wyjścia. Myślę, że każdy na moim miejscu zrobiłby to samo, prawda?

Raczej! Popędziłeś do Nowego bardzo zestresowany zbliżającym się spotkaniem z Warlikowskim i jego zespołem?
– A wiesz, że nawet nie. Ale nie dlatego, że byłem taki pewny siebie, ale dlatego, że nie miałem czasu na stres. To wszystko wydarzyło się tak szybko, że nim się obejrzałem, już byłem na scenie. Gram w „Kabarecie warszawskim” Cetha – młodego chłopca, którego bierze do trójkąta para gejów: Jamie i James, grani przez Maćka Stuhra i Piotrka Polaka. I jest tam scena, w której Jamie pyta o mnie Jamesa: „Jak ci się podoba?” i James odpowiada: „Jest zajebisty”. Wtedy poczułem, że będzie dobrze.

Grasz w telewizji, kinie i teatrze. Nie chciałbyś z czegoś zrezygnować?
– Bardzo bym nie chciał, bo to różne rodzaje pracy i wszystkie sprawiają mi frajdę. Poza tym płodozmian jest zawsze wskazany. Chciałbym teraz zagrać jakąś ciekawą rolę w kinie.

Grasz przecież w nowym filmie Katarzyny Rosłaniec.
– Tak, ale to niewielka rola, choć bardzo przyjemna. Zdjęcia mam jesienią. Myślę, że ten film będzie kolejnym głosem naszego pokolenia, tak jak to było z poprzednimi obrazami, w których grałem.

A gdybyś dostał propozycję zagrania w filmie typu „Pokaż kotku, co masz w środku”?
– To film przyrodniczy?

Można tak powiedzieć.
– Rozumiem, że to jest złośliwe pytanie o to, czy zagrałbym w czymś nie najwyższych lotów. Szczerze, nie wiem. Jeśli powiem ci teraz, że nigdy w życiu, i to kiedyś zrobię, to mi to potem wyciągniesz. Powiem tak: chciałbym grać w dobrych filmach.

Masz dwadzieścia sześć lat, jesteś w zespole najbardziej prestiżowego teatru w Polsce, grasz w dobrych filmach. Co dalej?
– Wiadomo, apetyt rośnie w miarę jedzenia. Chciałbym dostawać coraz ciekawsze i coraz większe role, nabierać doświadczenia i jednocześnie pilnować, żeby głowa była nieustannie przewietrzona.

Jestem teraz w próbach do „Apokalipsy” w reżyserii Michała Borczucha w Nowym Teatrze w Warszawie. To spektakl na podstawie tekstów Piera Paola Pasoliniego i Oriany Fallaci. Gram w nim wampira-imigranta, który przejeżdża z własną ziemią z Afryki do Europy, tylko ta Europa nie za bardzo mnie chce.

I będziesz podobno wampirem hetero.
– Tak, w końcu! I będę gryzł co popadnie.

_____

Bartosz Gelner (ur. 1988) urodził się i wychował w Katowicach. Jest aktorem teatralnym, filmowym i telewizyjnym. Ukończył Wydział Aktorski Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej im. Ludwika Solskiego w Krakowie. Na kinowym ekranie zadebiutował w głośnym filmie Jana Komasy „Sala samobójców”, a w zeszłym roku zagrał wraz z Mateuszem Banasiukiem w równie głośnym filmie „Płynące wieżowce” Tomasza Wasilewskiego. Od tego roku jest etatowym aktorem Nowego Teatru w Warszawie, gdzie gra w „Kabarecie warszawskim” w reżyserii Krzysztofa Warlikowskiego i „Apokalipsie” w reżyserii Michała Borczucha. Mieszka w Warszawie.

_____

Rozmowa ukazała się na portalu Gazeta.pl 3.10.2014 r.

_____

© Mike Urbaniak | Fot. Magda Hueckel

Zwykły wpis
REŻYSERZY/REŻYSERKI

Słowa mają moc

38440_1534082040725_4388325_n

Na drugim roku studiów filologicznych poszedłem do Teatru Rozmaitości na „Magnetyzm serca” Grzegorza Jarzyny. Po spektaklu wiedziałem już kim chcę być. Z Radosławem Rychcikiem rozmawia Mike Urbaniak.

Czy wyście powariowali? Wszyscy robią teraz „Dziady”!
– Szaleństwo nie ma tu nic do rzeczy, chodzi o kasę. Ministerstwo Kultury ogłosiło konkurs „Klasyka żywa” i się zaczęło. Robi się to, na co są pieniądze. Chciałem robić w Teatrze Nowym w Poznaniu „Taksówkarza”, ale skoro jest zapotrzebowanie na polską klasykę, to trzeba było walnąć z grubej rury – stąd „Dziady”.

A sam z siebie nie myślałeś o wyreżyserowaniu „Dziadów”?
– Nie, przynajmniej nie teraz. Myślałem o nich jako o czymś na kiedyś.

Dlaczego?
– Bo może jeszcze za wcześnie, nie ten moment. Poza tym podobałem się sobie w tej aspiracji, bo to oznaczało, że mam przed czymś respekt.

Nasze romantyczne arcydzieło jest koszmarem polskich uczniów, którzy katowani są przez nauczycieli jednymi słusznymi interpretacjami i uczą się na pamięć fragmentów utworu. Ty w szkole też byłeś torturowany na lekcjach polskiego?
– Ja byłem jednak zawsze trochę inny. Nikt mnie nie katował, bo uwielbiałem romantyzm. Chciałem być poetą i te „Dziady” sam sobie recytowałem chodząc z książką po parku. Ale masz rację, że młodzi ludzie nie mają chyba dobrych wspomnień z Mickiewiczem, który ich albo nudzi, albo jest niezrozumiały i archaiczny. Dlatego w celu przywołania przyjemnych wspomnień ze szkolnych czasów poprosiłem rodziców, przygotowując się do reżyserowania „Dziadów”, o kasetę wideo z mojej studniówki. Puściłem ją aktorom na próbie.

Zmarli ze śmiechu?
– Prawie.

Pamiętam, że w liceum też robiliśmy „Dziady” i one były oczywiście w konwencji: półmrok, prześcieradła, znicze. Nie umiemy zrezygnować z tej jedynej słusznej opcji inscenizacyjnej?
– Rzeczywiście, kiedy googlujesz „Dziady”, połowa wyników to plakaty teatralne, a druga połowa to różne szkolne – nazwijmy je – szopki w stylu prześcieradło ze świecami. Ale można mieć w tym wszystkim nadal fajne wspomnienia. Nie siedziałeś z jakimś fajnym kolegą pod tym prześcieradłem?

Z tobą bym posiedział.
– Proszę bardzo i zobacz ile ciekawych skojarzeń możemy wokół nabudować; mała przestrzeń konspiracji, zabawa po lekcjach, tajne bractwa, Stowarzyszenie Umarłych Poetów, wspólnota, tajemnica.

W szkole nie skończyła się, jak mniemam, twoja przygoda z „Dziadami”, bo studiowałeś potem filologię polską na Uniwersytecie Warszawskim. Nadal czytałeś Mickiewicza w parku?
– Nie, ale pamiętam wspaniałe wykłady, nieżyjącego już niestety, prof. Eligiusza Szymanisa, fenomenalnego pedagoga, który powtarzał, że Mickiewicza nikt nie rozumie, bo on mówi, że zbawienie jest nie z tego świata, a my zawsze czytamy wszystko dosłownie.

A dlaczego w ogóle poszedłeś na polonistykę?
– Żeby być poetą, ale szybko się zorientowałem, że to jest jednak zbyt niszowa sprawa. Pamiętam, że chodziłem razem z Marcinem Cecko na różne konkursy jednego wiersza i zawsze je wygrywał Marcin, ja byłem tuż za nim. Na drugim roku studiów poszedłem do Teatru Rozmaitości i zobaczyłem „Magnetyzm serca” Grzegorza Jarzyny. Po spektaklu wiedziałem już kim chcę być.

I zdałeś na reżyserię.
– Jeszcze nie, zacząłem najpierw chodzić do teatru.

Wcześniej nie chodziłeś?
– Nie, moja działdowska prowincja uchroniła mnie przed teatrem, ale odbiłem sobie na studiach. Chodziłem nieustannie i wszędzie. Byłem nawet przez rok bileterem w Teatrze Studio za czasów Zbigniewa Brzozy.

Co ci się podobało?
– Wiadomo, Jarzyna i Warlikowski. To był ten czas: nowość, szaleństwo, konflikt młodych i starych, awangarda, po bandzie. Nie będę nawet wspominał tych magicznych momentów wielogodzinnego oczekiwania z książką w ręku i słuchawkami w uszach po wejściówki. To była kompletna fascynacja. Dlatego napisałem pracę magisterską o Warlikowskim i w końcu poszedłem na reżyserię.

Dlaczego do Krakowa?
– Bo wiedziałem, że tam się to dzieje, że tam trzeba być, a nie w Warszawie. Byłem na roku z Krzysiem Garbaczewskim i Szymonem Kaczmarkiem.

Były „Dziady” w szkole teatralnej?
– Ja nic z nimi nie robiłem, był za to Słowacki. Chociaż tyle.

Za co ty tak lubisz romantyzm?
– Za to, że jest w nim tęsknota za mówieniem do siebie pięknie, za mówieniem wierszem, mówieniem długo, pozwoleniem sobie na celebrowanie słowa. Czyż to nie są wystarczające powody?

Jaki chciałeś robić teatr?
– Dowiedziałem się tego, kiedy, jeszcze na studiach, pojechaliśmy z Krzyśkiem Garbaczewskim na zaproszenie dyrektora Tomasza Koniny do Teatru im. Jana Kochanowskiego w Opolu. Ja robiłem „O lepszy świat” Rolanda Schimmelpfenniga, a Krzysio „Chór sportowy” Elfriede Jelinek, premiery były zaplanowane dzień po dniu. Podczas pracy okazało się, że ja do końca nie wiem jak, że coś nie gra. Aktorzy zaczęli panikować i na dwa tygodnie przed premierą dyrektor Konina odebrał mi reżyserię.

Załamałeś się?
– Kompletnie, to był cios. Popłakałem się po tym okropnie, nie mogłem się pozbierać. Zacząłem się zastanawiać czy w ogóle potrafię reżyserować czy nie, czy umiem sklecić spektakl. Na szczęście mogłem wrócić do szkoły i się pozbierać. Postanowiłem zmienić wszystko, sposób pracy, podejście i wyreżyserowałem w Teatrze Nowym w Krakowie „Versus” Brechta.

A na premierę Garbaczewskiego pojechałeś?
– Oczywiście i pierwszy zerwałem się do braw.

„Versus” w Nowym uważasz za swój debiut?
– Tak, choć wcześniej zrobiłem jeszcze blogi.pl w Starym Teatrze. Ale prawdziwe przyjemności pojawiły się w dopiero Teatrze Dramatycznym w Warszawie.

Zaprosił cię Paweł Miśkiewicz?
– Tak, znaliśmy się, bo był moim profesorem na PWST. W Dramatycznym najpierw zrobiłem „Fragmenty dyskursu miłosnego” i rok później „Madame Bovary”.

Twoja praca w Teatrze Dramatycznym nie była łatwa. Ścierałeś się ostro z dyrekcją, prawda?
– Rzeczywiście łatwo nie było. Po raz pierwszy zostałem postawiony w sytuacji, w której dyrektor artystyczny każe mi coś zmieniać w spektaklu. Ten konflikt zakończył się naszą wygraną, bo dyrektorowi powiedziałem, że zmieniamy, a z zespołem ustaliliśmy, że nie zmieniamy. To była oczyszczająca konfrontacja.

Między obydwoma zrobionymi przez ciebie spektaklami w Dramatycznym, wyreżyserowałeś w Teatrze im. Stefana Żeromskiego w Kielcach „Samotność pól bawełnianych” Koltèsa. Ta inscenizacja przyniosła ci duży rozgłos i zabrała cię w świat. Jak trafiłeś do Kielc?
– Przyjechał do mnie Władek Jankowski, wtedy szef impresariatu teatru i zaczął mnie namawiać, żebym odwiedził Kielce. Napiliśmy się wódki, skusiłem się. Był tam jeden aktor, którego znałem ze szkoły czyli Wojtek Niemczyk. Pomyślałem, że wezmę jeszcze Tomka Nosińskiego, coś tam szybko zrobimy i spadamy.

Tymczasem…
– Okazało się, że odpaliliśmy małą bombę z czego zdałem sobie sprawę na drugiej próbie generalnej. Spektakl stał się rzeczywiście głośny, a my pojechaliśmy z nim w tournée po Stanach Zjednoczonych i Kanadzie.

A ty, po powrocie do ziem ojczystych, pognałeś prosto do rozgrzewającego się Teatru Dramatycznego w Wałbrzychu robić „Łyska z pokładu Idy”.
– To był wspaniały czas. Super miejsce, super ludzie, super energia. Strzępka z Demirskim pracowali wtedy, równolegle z nami, nad „Był sobie Andrzej Andrzej Andrzej i Andrzej”. Sebastian Majewski totalnie nam ufał, panowała tam zupełna wolność.

Gustaw Morcinek należy do panteonu śląskich pisarzy. Stresowałeś się, kiedy jechałeś z „Łyskiem” na festiwal Interpretacje do Katowic?
– Nie, dlatego, że zanim zacząłem pracę nad tym spektaklem postanowiłem nie udawać, że jestem znawcą Śląska, kopalni i tak dalej. I, zobacz, ten nieodpowiedzialny gest spowodował, że się udało.

Udało to mało powiedziane. Zdobyłeś Laur Konrada!
– Bardzo się ucieszyłem, bo pamiętałem, kto tę nagrodę dostał przede mną.

I wróciłeś do Kielc, by tym razem zrobić „Hamleta”.
– Z którego nie jestem do końca zadowolony, ale wiem, że wielu się podobał. Wygrał nawet konkurs na najlepszą inscenizację dzieł Szekspira.

Dwa lata temu, za zamówienie Muzeum Powstania Warszawskiego, stworzyłeś znakomity spektakl „Powstanie”. To było duże wyzwanie?
– Było, ale od razu podjąłem decyzję, że nie grzebiemy z księgach, nie studiujemy wszystkich dzienników i zapisków powstańczych, bo i tak tego nie ogarniemy. To by było bez sensu. Powiedziałem aktorom, że mamy do zapisania czystą kartę i musimy sobie odpowiedzieć na pytanie: co my, młodzi ludzie, wiemy dzisiaj o powstaniu?

Męczysz w tym spektaklu aktorów niemiłosiernie. Zresztą nie tylko w tym. Dlaczego?
– Bo aktorzy, zdradzę ci w tajemnicy, uwielbiają być męczeni. To sprawia, że wychodząc z próby czują, że nad czymś pracują.

Twoje spektakle są też niezwykle emocjonalne. Są nawet tacy, którzy uważają, że emocje w teatrze Rychcika są ponad wszystko. Zgadzasz się?
– A po co innego chodzić do teatru, jeśli nie po przeżywanie emocji? Teatr to żywy organizm, spotkanie oko w oko z żywym człowiekiem. W kinie możesz rzucić pomidorem w ekran, a w teatrze? To jest właśnie jego siła.

W większości twoich spektakli gra Tomasz Nosiński. Do niedawna aktor Teatru im. Stefana Żeromskiego w Kielcach, dzisiaj w zespole Teatru Nowego w Poznaniu. Jak się poznaliście?
– W szkole teatralnej. Tomek był rok wyżej na Wydziale Aktorskim. Zaprzyjaźniliśmy się, spędzaliśmy ze sobą sporo czasu, ale nie pracowaliśmy razem. Zagrał u mnie dopiero po studiach. Pierwszym naszym spektaklem był „Versus”. Nie wiem jaka jest tajemnica naszej przyjaźni. Myślę, że ciągle sobie imponujemy, ciągle chcemy coś udowodnić. Nie będę tu leciał teraz banałami, jakim to Tomek jest wspaniałym aktorem, bo to oczywiste, ale bez wątpienia jest bardzo ważny w moich spektaklach, uwielbiam go na scenie. W „Dziadach” zagra Guślarza.

Obok którego zrobiłeś też miejsce dla Martina Luthera Kinga czy Malcolma X. Skąd ten pomysł?
– Uważam, że to tekst, który ma coś powiedzieć nie tylko o nas, ale także o innych i byłoby wspaniale popatrzeć na „Dziady” nie tylko przez nas, przez naszą historię, przez nasze traumy. Może się wtedy okazać, że to jest dzieło o przesłaniu uniwersalnym, że nie jest uwięzione na polskim podwórku. Mickiewicz to słowa, wielka moc słów. One mogą zmienić świat. Podobnie uważał Martin Luther King.

_____

Radosław Rychcik (rocznik 1981) jest reżyserem teatralnym. Ukończył filologię polską na Uniwersytecie Warszawskim i reżyserię dramatu w PWST im. Ludwika Solskiego w Krakowie. Był asystentem Krystiana Lupy. Od 2008 roku wyreżyserował 12 spektakli w teatrach Krakowa, Kielc, Warszawy, Wałbrzycha, Szczecina i Poznania. Jest laureatem kilku nagród, wśród nich Lauru Konrada dla najlepszego reżysera za „Łyska z pokładu Idy” (Teatr Dramatyczny w Wałbrzychu). Największy rozgłos przyniósł mu zrealizowany w Teatrze im. Stefana Żeromskiego w Kielcach spektakl „Samotność pól bawełnianych”, który zarejestrowała TVP Kultura. Obecnie pracuje nad „Dziadami” Adama Mickiewicza, których premiera jest zaplanowana na 22 marca tego roku w Teatrze Nowym w Poznaniu.

_____

© Mike Urbaniak | Fot. Michał Korta

Zwykły wpis
AKTORZY/AKTORKI, DYREKTORZY/DYREKTORKI, REŻYSERZY/REŻYSERKI

Nowa Sodoma

1050429

Niedawno ogłosił, że Kraków nie jest już polską stolicą kultury, czym doprowadził do szału lokalny establiszment i władzę. Po co? „Żeby coś się zmieniło, trzeba szturchać, kopać, gryźć. Do skutku!”. Z Piotrem Siekluckim rozmawia Mike Urbaniak.

Lubisz przypieprzyć.
– Lubię. To jest bardzo ważne w takim mieście jak Kraków, gdzie wszystko jest grzeczne i ułożone. Stary porządek trzeba rozwalać. Oczywiście drzwi, które wyważamy, w Warszawie już dawno wypadły z zawiasów, a w Krakowie nadal są zamknięte.

Kto trzyma klucze?
– Lokalna, mieszczańska elita. Polityka kulturalna magistratu w ostatnim czasie uległa zmianie, głównie za sprawą Magdaleny Sroki, ale jeszcze do niedawna była zatrważająca. Niestety, pomimo wielkiej charyzmy pani wiceprezydent nie wszystko udaje się zmienić. Krakowskie instytucje kultury to beton! Weźmy jeden z miejskich teatrów, gdzie od lat obowiązki dyrektora pełnił pewien poseł PO, który ogłosił, że idzie na emeryturę, i namaścił kolegę na swojego następcę. Tak się zostaje szefem instytucji kultury w Krakowie: namaszczenia, koleżeństwo, brak konkursów. I jeszcze pół biedy, gdyby dyrektorem została jakaś wybitna postać, która artystycznie namiesza, zmieni oblicze tego teatru. Dyrektorzy w teatrach Słowackiego, Bagatela, Ludowego czy Groteska siedzą po dziesięć, piętnaście, dwadzieścia lat w swoich fotelach. A to, co proponują, wstyd czasem oglądać!

Dlatego ogłosiłeś manifest „0 kulturę obywatelską”, którego pierwsze zdanie brzmi „Kraków nie jest stolicą kultury”? Wywołałeś tym w zeszłym tygodniu furię kulturalnego establiszmentu miasta.
– Manifest został ogłoszony po to, żeby wstrząsnąć środowiskiem kulturalnym, wywołać debatę i pokazać, że w krakowskiej kulturze nie jest tak kolorowo, jak to widzi choćby Bartosz Szydłowski, szef Teatru Łaźnia Nowa. Z jednej strony mamy wielkie, świetne i bez wątpienia potrzebne festiwale z ogromnymi budżetami, a z drugiej organizacje pozarządowe, które wiodą ciężki żywot. Poza tym kultura w Krakowie jest kołtuńska, konserwatywna i katolicka. Wystarczy spojrzeć na repertuar naszych scen teatralnych, to jedna wielka słabizna.

Dlatego postanowiłeś założyć teatr?
– Powodem była chęć realizowania własnych pomysłów artystycznych. Spotkałem na swojej drodze wielu fantastycznych ludzi, z którymi stworzyliśmy teatr. Przede wszystkim Janusza Marchwińskiego, właściciela gejowskiego klubu Cocon, byłego redaktora Radia Wolna Europa. Spotkaliśmy się przypadkiem, po zobaczeniu którejś mojej realizacji Janusz zaproponował mi oddanie kilkuset metrów w piwnicach klubu i powiedział: „Rób teatr!”.

Ale zanim się poznaliście i zanim w 2006 r. powstał Teatr Nowy, ty już działałeś niezależnie na polu artystycznym. Pamiętam twój debiut sprzed dziesięciu lat. To był spektakl „Griga obchodzi imieniny” według Czechowa. Graliście w ciasnej salce klubu Alchemia na Kazimierzu.
– Tak, to był początek. Chcieliśmy, studenci szkoły teatralnej, zrobić coś swojego, bo na uczelni było strasznie nudno. Na drugim roku postanowiliśmy z Dominikiem Nowakiem i Anetą Wirzinkiewicz zrobić spektakl, który będzie dowcipny i spodoba się naszym znajomym.

I obraziła się na was Anna Polony.
– Po spektaklu zwróciła się do widowni złożonej ze studentów PWST i rozkazała wszystkim natychmiast wyjść. Mówiła, że jej uczniowie nie mogą tak haniebnie grać i znieważać sztuki. Poczuła się chyba dodatkowo urażona zdaniem, że „aktorzy nic nie robią, ale ruble biorą”. Kiedy ono padło, spojrzeliśmy na nią i wszyscy gruchnęli śmiechem. Na tym spektaklu była także Agnieszka Mandat, ówczesna dziekan Wydziału Aktorskiego, i skończyło się tym, że rada wydziału zakazała nam grać „Grigę”.

Podporządkowaliście się zakazowi?
– A skąd! Graliśmy po kryjomu. Po dwóch latach pojechaliśmy z „Grigą” na festiwal Zdarzenia do Tczewa, w którego jury zasiadał Jerzy Stuhr. Zmroziło nas, ale cóż, trzeba było zagrać. Stuhr się zachwycił spektaklem i wysłał nas na Festiwal Szkół Teatralnych do Łodzi, gdzie zebraliśmy świetne recenzje i – jak pisała prasa – spektaklem uratowaliśmy honor PWST. „Grigę” gramy już dziesięć lat.

Urodziłeś się i wychowałeś we Wrocławiu. Dlaczego tam nie zostałeś?
– Chciałem. Zaraz po maturze zdawałem na tamtejszy Wydział Aktorski, ale mnie nie przyjęli. Bardzo się wówczas przyjaźniłem ze wspaniałym aktorem i moim mistrzem Igorem Przegrodzkim. Byłem przekonany, że to mi otworzy wszelkie drzwi.

Nie otworzyło.
– Na egzaminie odpadłem w pierwszym etapie.

Szok?
– Totalny. Nie mogłem w to uwierzyć. Igor twierdził, że nasza przyjaźń mi zaszkodziła, bo środowisko – jak wiadomo – jest wredne i pewnie mnie upupili ze względu na niego.

A może po prostu byłeś nieprzygotowany?
– Może, może byli lepsi.

I co dalej?
– Zapisałem się do studium teatralnego, ale strasznie mnie irytowało. Wszyscy tam byli przekonani, że są świetni, tylko przez przypadek nie dostali się do szkoły aktorskiej.

Czyli pasowałeś tam jak ulał.
– Niech będzie. W każdym razie po roku zdawałem poraź drugi. Tym razem do Wrocławia i Krakowa. Dostałem się i tu, i tu. Wybrałem Kraków.

Dlaczego poszedłeś na aktorstwo, a nie na reżyserię?
– Bo chciałem być aktorem, reżyseria w ogóle mnie nie interesowała. Chciałem być jak Igor Przegrodzki. Ubierałem się jak on, czesałem się jak on, próbowałem nawet naśladować jego sposób mówienia.

Przecież on miał 70 lat, a ty niespełna 20.
– Ale co może wiedzieć 18-letni chłopak? Byłem w niego zapatrzony i koniec. Może dlatego nie przyjęli mnie za pierwszym razem do szkoły aktorskiej, bo stanął przed nimi nastolatek, który zachowywał się jak stary dziad.

Krakowska PWST była dla ciebie zwykłą zawodówką czy czymś więcej?
– Zawodówką, którą skończyłem z przyjaźnią z Edwardem Lubaszenką. Edward przyszedł na „Grigę”, zakochał się w tym spektaklu, dał nam 5 tys. zł i powiedział: „Róbcie drugą część”. Zrobiliśmy nie tylko to, ale także kilka innych spektakli z Edwardem oraz wspaniały koncert muzyki rosyjskiej i radzieckiej. Ach, zapomniałbym! Szkoła to także wspaniały Bogdan Hussakowski, który potem otwierał Nowy Teatr spektaklem „Pan Jasiek”.

Liczyłeś po szkole na jakiś wymarzony etat?
– Przed tym najgorszym z możliwych scenariuszy uratował mnie Rafał Kmita, który zaproponował mi wzięcie udziału w spektaklu „Aj waj!, czyli historie z cynamonem”, co pozwoliło mi się uniezależnić finansowo. Zarabiałem naprawdę sporo pieniędzy. Moje miesięczne dochody wynosiły nieraz tyle, ile roczna dotacja z magistratu dla naszego teatru.

Czyli?
– Około 10 tys. zł na rok. Teraz dostajemy niewiele więcej.

Teraz dostajecie z miasta 100 tys. rocznie, czyli 10 razy więcej.
– No dobrze, ale to jest nic w porównaniu z innymi teatrami w Krakowie. A robimy dużo i ciekawie. Ze 100 tys. konkurujemy ze scenami, które mają milionowe dotacje. I wypadamy całkiem nieźle.

Mówisz o teatrach publicznych, które działają na innych zasadach. Teatr Nowy jest organizacją pozarządową i ma coś, czego nie mają inne miejskie sceny – kompletną niezależność.
– To prawda, żyjemy poza urzędniczą cenzurą. Dlatego też mamy w magistracie taką opinię, jaką mamy.

Czyli?
– Pedały i skandaliści.

Zacznijmy od pedałów. Siedzibę macie w budynku klubu gejowskiego.
– Ale jakie to ma znacznie, gdzie jest nasza siedziba? Liczy się to, co robimy. Nasz pierwszy pedalski spektakl, czyli „Lubiewo”, wystawiliśmy po sześciu latach działalności. Czy szanowny krakówek zauważył u nas poetyckie sztuki Radka Rychcika, Marysi Spiss czy Szymona Kaczmarka? Kiedy na „Encyklopedię duszy rosyjskiej” przyszedł do nas Andrzej Wajda, powiedział, że słyszał sporo o naszym teatrze, ale same złe rzeczy. Był pod wielkim urokiem tego, co zobaczył. Poszliśmy potem razem na kolację. Z kolei nasz częsty gość Adam Michnik opowiadał, że kiedy wspomniał na jakimś spotkaniu w Krakowie, że wieczorem wybiera się do nas, usłyszał, że nie ma po co tam chodzić. I tak sobie w tej pedalskiej aurze żyjemy i tworzymy, choć większość kierownictwa naszego teatru to zaprzysięgli heterycy.

A może to wcale nie wina Krakowa? Bo – przechodząc do skandali – wywołujesz je także w innych miastach. Piotr Szczerski, dyrektor Teatru im. Stefana Żeromskiego w Kielcach, zerwał próby do „Draculi” w twojej reżyserii, bo chciałeś zawiesić różaniec na świńskim ryju.
– O wszystkim można rozmawiać, ale dyrektor Szczerski nie chciał. Zakończył próby i mi podziękował. Ale chciałem ci przypomnieć, że w Kielcach zrobiłem wcześniej kilka bardzo udanych sztuk, więc nie wiem, skąd ten brak zaufania i obruszenie.

To prawda. Twoje spektakle: „Pijany na cmentarzu” Hłaski, „Trans-Atlantyk” Gombrowicza czy „Nocą na pewnym osiedlu” Bergera były przez kielecką publiczność przyjęte bardzo dobrze.
– Ano właśnie, więc różaniec na świńskim ryju traktuję jako wymówkę, a nie prawdziwą przyczynę zakończenia mojej pracy w Kielcach.

A jaka była prawdziwa przyczyna?
– Może dyrektora Szczerskiego zmartwiły plotki, że zostanę jego następcą?

Dlaczego ty właściwie ciągle reżyserujesz, choć zaklinałeś się, że to cię nie kręci?
– Może dlatego, że nikt oprócz Hussakowskiego nie chciał mnie reżyserować.

Dlaczego?
– Nie wiem.

Nie zastanawiałeś się?
– Ale co chcesz, żebym ci powiedział, że jestem kiepskim aktorem?

Chcę, żebyś mi powiedział, dlaczego nikt nie chce cię reżyserować.
– Naprawdę nie wiem. Bo byłem problematyczny? Bo nie walczyłem o swoje? Bo nie chodziłem z reżyserami na wódkę? Bo mi się zwyczajnie nie chciało? Nie wiem, wybierz sobie którąś odpowiedź.

Może się ciebie boją?
– Myślisz?

Może masz reputację…
– Chuja?

Na przykład.
– To by się zgadzało, jestem zodiakalnym Koziorożcem.

I prowokatorem.
– Ja? Kiedy?

A kto maszerował w czerwcu zeszłego roku po Krakowie w stroju włoskiego carabinieri z dramaturgiem Tomaszem Kireńczukiem przebranym za papieża? W waszej procesji szła też europosłanka Joanna Senyszyn.
– Kraków ma długą tradycję procesji i my chcieliśmy z niej skorzystać. Katolicy mają Boże Ciało, a my nasze ciała.

Ja nie ma nic przeciw waszym procesjom i waszym ciałom. Chodzi mi tylko o to, że to było celowo zaplanowane wydarzenie, które miało wywołać w Krakowie skandal. Tyle.
– Nie!

Zaprzeczasz i się śmiejesz.
– Bo to jest dla nas naprawdę zabawa. Manifestujemy przy okazji to, co nas irytuje albo zwyczajnie doprowadza do szału. Joanna Senyszyn była tam przypadkowo, aczkolwiek muszę ci powiedzieć, że bardzo zaangażowała się w pomoc teatrowi, kiedy ignorowano nas przy rozdzielaniu grantów. Interweniowała w Ministerstwie Kultury, w krakowskim magistracie. I zadziałało! Bardzo jestem jej za to wdzięczny.

Lubisz szturchać ten skostniały Kraków, co?
– Żeby coś się zmieniło, trzeba szturchać, kopać, gryźć. Do skutku. Kto wie, może kiedyś przyjdzie do nas szef Wydziału Kultury, którego noga nigdy w Teatrze Nowym nie postała.

A Magdalena Sroka, wiceprezydent od kultury, była u was?
– Była i powiedziała po zobaczeniu „Lubiewa”, że to odważne jak na Kraków i że opinia o nas jest wiadomo jaka. Dodała, że nie wie, co chcemy osiągnąć naszymi prowokacjami, ale będzie nas wspierała, bo taka jest rola urzędnika odpowiedzialnego za kulturę. Cieszę się, że za kulturę w Krakowie odpowiada właśnie taka osoba.

Mądrze i uczciwie powiedziała. A może ty powinieneś się wynieść z Krakowa, skoro tak ci tam źle?
– Nie ma mowy! Zbyt dużo mamy tu do zrobienia. Budujemy naszą publiczność, która coraz chętniej do nas przychodzi. Bilety na „Lubiewo” mamy wyprzedane do marca. Nie wyobrażam sobie wyprowadzki stąd. Dowalam temu miastu, wkurwia mnie, ale jest moje i się nigdzie nie wybieram.

Ale tu masz nieustanne problemy. Nie mogłeś nawet znaleźć aktorów do „Lubiewa”. Wszyscy w Krakowie odmawiali?
– Tak, dostawałem najróżniejsze odpowiedzi: „Panie Piotrze, nie mogę. To jest wulgarne, obsceniczne, a ja mam żonę i dzieci” albo „To jest syf, nie literatura”. Inni wykręcali się brakiem czasu lub po prostu przestali odbierać telefon. Ale czemu się dziwić, skoro tekst jest wulgarny, teatr pedalski i ten potworny Sieklucki. W końcu musiałem wziąć aktorów z Wrocławia, z czym oczywiście nie było żadnych problemów.

„Lubiewo” dostało niedawno Grand Prix na Festiwalu Prapremier w Bydgoszczy, zostało pokazane na Boskiej Komedii w Krakowie i zaraz będzie je można zobaczyć w Teatrze IMKA w Warszawie. Ty poszedłeś za ciosem i zrobiłeś tym razem sztukę „Gniew dzieci” o pedofilii w Kościele katolickim.
– Nawet ksiądz Adam Boniecki uznał chyba, że trzeba nas zbawić, i przyszedł do nas do teatru na jedno ze spotkań w ramach „Sztuki gniewu”. Wziął udział w dyskusji „Czy w chrześcijaństwie jest miejsce na gniew?”. Podziwiam jego odwagę. Kiedy wszedł do mojego biura, rozejrzał się wokół, zobaczył figurę Matki Boskiej obok portretu Władimira Putina i powiedział: „No, to jestem w piekle”.

_____

Piotr Sieklucki urodził się w 1980 roku we Wrocławiu. Jest absolwentem Wydziału Aktorskiego Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej im. Ludwika Solskiego w Krakowie. Zadebiutował jako aktor i reżyser sztuką „Griga obchodzi imieniny”, którą wystawił pod szyldem Avant’ Teatr w 2002 r. w Krakowie. W 2006 r. założył na krakowskim Kazimierzu Teatr Nowy, którym kieruje do dziś. W latach 2007-2010 reżyserował w Teatrze im. Stefana Żeromskiego w Kielcach. Jego „Lubiewo” według prozy Michała Witkowskiego otrzymało w zeszłym roku Grand Prix na Festiwalu Prapremier w Bydgoszczy. W Krakowie uchodzi za prowokatora i skandalistę, a kierowany przez niego teatr za siedlisko zła i zepsucia.

_____

Rozmowa ukazała się w „Przekroju” 11.02.2013 r.

_____

© Mike Urbaniak | Fot. Adam Golec

Zwykły wpis