ROZMOWA

Teatr z zapałek

15390750_10155557833517571_5157187852988385878_n

Często spotykam ludzi, którzy mówią, że nie cierpią teatru i czasem myślę sobie, że chcę robić spektakle właśnie dla nich. Z Anną Smolar, laureatką Paszportu „Polityki” 2016, rozmawia Mike Urbaniak

Dobre nazwisko.
– Proszę cię, nie zaczynajmy od nazwiska.

Dlaczego?
– To bez sensu.

Dlaczego?
– Bo wszystko po nim będzie nieważne.

Dlaczego?
– Ludzi emocjonuje, kto jest czyim synem lub córką i mogą wyrabiać sobie pogląd tylko na podstawie nazwiska. Naprawdę chcesz tak ustawić naszą rozmowę?

Mam pomysł na dramaturgię, ale widzę, że ty chcesz reżyserować.
– Tylko początek, obiecuję.

„Anna Smolar to reżyserka polsko-francuska”. Co to znaczy?
– To, że wychowałam się w dwóch kulturach: polskiej i francuskiej. Dorastałam i dojrzewałam głównie w tej drugiej. Moja ścieżka edukacyjna wiodła przez publiczne, republikańskie szkoły francuskie, które mnie ukształtowały. I szczerze ci powiem, nie przypuszczałam, że przyjadę do Polski w innym celu niż odwiedziny rodziny. Nagle się okazało, że Polska mnie wciąga, że polski korzeń jest całkiem mocny, a jest przecież jeszcze ten żydowski – nie tak mocny, ale żywy.

Lubiłaś tu przyjeżdżać?
– Bardzo, Polska kojarzyła mi się zawsze z moimi ukochanymi babciami, choć szaro-bura, peerelowska rzeczywistość lat osiemdziesiątych nie była dla dziecka bardzo atrakcyjna.

Gorszy świat?
– Nie gorszy. To był kraj moich rodziców, więc bliski i pełen wrażeń. Powiedzmy, że mniej rozrywkowy, ale za to zielony. Miał też smak sękacza i pierogów z wiśniami.

add46330-55dc-45f2-87bf-e4772ad2e0de

A w paryskim domu była polskość?
– Rodzice mówili do mnie i brata wyłącznie po polsku, a my odpowiadaliśmy im po francusku. Dzisiaj ja mówię do moich dzieci po francusku, a one odpowiadają po polsku. Nasz rodzinny dom był też zawsze bardzo polski ze względu na przyjaciół i znajomych rodziców, którzy u nas często bywali. Polskich paryżan, którzy wyemigrowali na dobre i tych przyjeżdżających z Polski – generalnie były to osoby związane z opozycją antykomunistyczną.

Rodzice od początku emigracji byli zaangażowani w działania opozycyjne. Słuchali całymi godzinami radia, a do telefonu mieli podłączony sprzęt nagrywający, spisywali to, co przyjaciele z Polski opisywali i puszczali dalej do zagranicznej prasy: BBC czy Radia Wolna Europa. Założyli i redagowali „Aneks”, drukowali też inne pisma polskiej opozycji, żeby zagraniczni czytelnicy mieli do nich dostęp. Można więc powiedzieć, że cały dom wibrował polskimi sprawami.

Dobrze pamiętam, jak moi koledzy spróbowali u nas pierwszy raz w życiu barszczu. Koncepcja zupy z buraka nie mieściła się w ich francuskich głowach. Na Boże Narodzenie łączyliśmy obie tradycje: były polskie potrawy i francuskie, na przykład kurczak z kasztanami.

Żydowska tradycja też była?
– W naszym domu była zupełnie nieobecna. Ojciec raz albo dwa coś przywiózł z podróży: raz menorę, raz kipę. Ale w dzieciństwie nigdy kontaktu z tradycją żydowską nie miałam i nic o niej nie wiedziałam. Zetknęłam się z nią dopiero pracując nad „Aktorami żydowskimi”. Słuchając opowieści artystów występujących dziś na deskach Teatru Żydowskiego, zaczęłam badać własną tożsamość. Dla moich rodziców istotne i naturalne było zaszczepienie w dzieciach poczucia identyfikacji z Polską.

Z której twojego ojca, Aleksandra Smolara, wyrzucono.
– Powiedzmy, że stracił pracę i został w ’68 roku zachęcony do wyjazdu po tym, jak spędził rok w więzieniu. Ale to go od polskości nie odcięło, wręcz przeciwnie. Wyjeżdżając wiedział, że będzie działał dla kraju. A odłączenie od żydowskiej tradycji nastąpiło dużo wcześniej. Oboje rodzice wychowywali się w domach zasymilowanych i ateistycznych.

Znasz historię dziadków?
– Lepiej poznaję ją teraz, bo zaczęłam prowadzić z ojcem rozmowy, które nagrywam. Pojawiła się we mnie potrzeba wiedzy precyzyjnej, interesują mnie szczegóły. Chciałabym moim synom umieć kiedyś odpowiedzieć na pytania, które być może zaczną zadawać. Tym bardziej, że historia naszej rodziny była taka, a nie inna. Powiedzmy, że zawiła. Podobne rozmowy chcę też przeprowadzić z mamą o jej rodzinie.

Rodzice chcą rozmawiać?
– Tak, chociaż to ich na pewno trochę kosztuje, muszą konfrontować się z brakiem wiedzy na temat własnych rodziców, z tym, że pewnych rzeczy się już nie dowiedzą. To są historie pełne przemilczeń, część rodziny zginęła, nie zawsze wiadomo w jakich okolicznościach. O tym rodzaju milczenia świetnie opowiada książka Mikołaja Grynberga „Oskarżam Auschwitz”, opisująca lęk przed rozmową, przed nazywaniem tego, co traumatyczne, czyli też próba ochrony tak zwanego drugiego pokolenia, drugiego od czasu Holocaustu. To zjawisko nie dotyczy tylko żydowskich rodzin, w Polsce każda rodzina jest tym w jakiś sposób dotknięta. Żałuję, że nie mogę osobiście porozmawiać z dziadkami, bo nie żyją.

Historia twoich dziadków, komunistycznych działaczy, to temat na pełen zwrotów akcji film przygodowy, że nie powiedzieć thriller. Wstydziłaś się jej kiedyś?
– Ale czego właściwie?

Tego, że instalowali sowiecki reżim w Polsce.
– Ciekawe jest to, jak bardzo w Polsce postrzega się człowieka przez pryzmat jego przodków, ciemnych kart rodzinnej historii. Jak mogę się wstydzić czegoś, czego ani nie zrobiłam, ani nie do końca rozumiem? Czuję bezsilność, kiedy próbuję ocenić tamte czasy. Nie jestem w stanie identyfikować się z czarno-biała narracją.

Nie rozumiem, kiedy ktoś mówi, że się wstydzi za kogoś, albo za rządzących, albo nawet za własny kraj. W tym kontekście kategoria wstydu jest, moim zdaniem, błędnym rozumieniem kwestii odpowiedzialności. Zresztą bardzo mnie interesuje i przejmuje kwestia odpowiedzialności zbiorowej, która zaczyna się od tej indywidualnej – biorę odpowiedzialność za siebie, za swoje czyny, za swój głos w wyborach, za uczestnictwo w demokracji, za to jaką jestem matką, żoną, pracowniczką i za planetę, na której dano mi żyć. Tak się poszerzają obszary mojej odpowiedzialności, więc jako członek rodziny, tak, jestem gotowa mierzyć się z przeszłością. Z tym, co złe i z tym, co dobre.

Moi dziadkowie byli odważnymi i inteligentnymi ludźmi, którzy mieli trudne życie i ideały, o które walczyli, utrzymując jednocześnie wobec wielu wydarzeń krytyczny dystans. Stosunek dziadka, Grzegorza Smolara, do własnej działalności komunistycznej był bardzo złożony.

Dlaczego wyjechał do Izraela, a babcia, Walentyna Najdus-Smolar, została?
– To, że wyjechał sam, nie dziwi, bo więź z babcią już wcześniej się rozluźniła. Babcia była historykiem, specjalistką od historii Polski. Dziadek pisarzem i dziennikarzem żydowskim, pisał w języku jidysz.

Z komunisty stał się syjonistą?
– Nie, komunistą już nie był, a syjonistą nigdy nie został. Był dość krytyczny wobec Izraela i jednocześnie zafascynowany jego historią. Odwiedziłam kiedyś dziadka w Tel Awiwie, miałam jakieś osiem lat i cudownie wspominam ciepłe wakacje nad morzem. W pamięci szczególnie mi utkwiła góra Synaj. Pamiętam też samotność dziadka i napięcie wokół spowodowane trwającą wówczas Intifadą. Dzisiaj w Izraelu mieszka mój brat Piotr, który od dwóch lat jest korespondentem francuskiego dziennika „Le Monde”. Miał nawet pomysł na napisanie książki o dziadku, może to kiedyś zrobi.

dybuk-30-52685154b32ee4610a91eaaf00851e81700

A rodzina mamy?
– Też była żydowska. Dziadek Leon – historyk i długie lata komunista, a babcia Olga – ortodonta, wykładowczyni na stołecznej Akademii Medycznej. Uciekła z getta warszawskiego dzięki aryjskiej urodzie i doskonałemu niemieckiemu. Pamiętam z dzieciństwa naszą rozmowę o Bogu. Babcia rozmawiała ze mną poważnie. Przypuszczam, że to były dla niej kłopotliwe pytania, jednak od nich nie uciekała. Traktowała mnie jak pełnoprawnego partnera do rozmowy.

Wszystko to składa mi się na bardzo udane dzieciństwo.
– Było wspaniałe, oczywiście. Dzięki dziadkom, a przede wszystkim fantastycznym rodzicom, którzy dbali o to, byśmy mieli z bratem otwarte głowy. Ale wiadomo, jest też ta druga strona, niezależna od urodzenia i otoczenia. Mierzyłam się ze wszystkimi problemami, z którymi mierzą się nastolatki. Miałam swój mroczny, pełen lęku i melancholii świat. Byłam trochę nieśmiała, trochę wycofana. Mój starszy o sześć lat brat szybko wykazał zainteresowanie tematami dorosłych i płynnie się poruszał zarówno wśród rówieśników, jak i w towarzystwie rodziców i ich bliskich. Ja nie bardzo.

Jak z tym „nie bardzo” weszłaś do teatru?
– Inicjatywa wyszła chyba od mojej mamy. Pewnie przeczuwała, że zajęcia teatralne pomogą mi się otworzyć. Zapisałam się na nie w ostatniej klasie gimnazjum, mając czternaście lat. Kółko teatralne prowadziła wspaniała polonistka, to znaczy – przepraszam – romanistka, która zapraszała jako współprowadzących ciekawych aktorów i reżyserów. Jeden z nich zabrał nas na festiwal do Awinionu, gdzie pokazaliśmy „Tristana i Izoldę”. Grałam Tristana. Nikogo to nie dziwiło, a ja czułam się w tej roli wspaniale. Wtedy jeszcze uwielbiałam występować. Potem okazało się, że nasza wychowawczyni przyjaźni się z Peterem Brookiem, dwa razy pokazywał w naszej salce swoje spektakle, jeszcze przed premierą. Zobaczyłam wtedy jego „Qui est là?” – spektakl, a właściwie teatralny esej wokół „Hamleta” Szekspira, który emanował niesamowitą prostotą, łączył w sobie różne konwencje, proponował refleksję nad istotą teatru w bardzo luźny i otwarty sposób. Dobrze to zapamiętałam.

I poszłaś do szkoły aktorskiej.
– Prywatnej, bo do państwowej bym się nie dostała.

Dlaczego?
– Jestem, jakby to powiedzieć, ukonstytuowana antyaktorsko. Na szczęście zaczęła mnie interesować reżyseria i założyłam z kolegami własną grupę. Jeszcze przed maturą wystawiliśmy „Nie wolno igrać z ogniem” Augusta Strindberga. Miałam wtedy siedemnaście lat i odkryłam w sobie cechy przywódcze, o które wcześniej się nie podejrzewałam. Wtedy już wiedziałam, że chcę reżyserować, niebawem założyłam własną trupę i wystawiłam z nią „Gorzkie łzy Petry Von Kant” Fassbindera. Zrobiliśmy w sumie trzy spektakle i nawet trochę je pograliśmy. Jednocześnie skończyłam literaturoznawstwo na Sorbonie i zostałam asystentką Andrzeja Seweryna: najpierw w Comédie-Française, a potem w Teatrze Narodowym w Warszawie.

Jak się zostaje asystentką Seweryna?
– Znałam go od dzieciństwa, bywał u nas w domu. Kiedy się dowiedział, że interesuję się reżyserią, obejrzał mój pierwszy spektakl i dał szansę. Dzięki niemu mogłam obserwować pracę teatru od kulis, byłam nawet suflerką. Po tej pracy Andrzej zaproponował mi asystenturę w Teatrze Narodowym w Warszawie, gdzie wystawiał „Ryszarda II” Szekspira i jednocześnie usłyszał o mnie Henryk Baranowski, dyrektor Teatru Śląskiego w Katowicach, który poszukiwał młodych talentów. Tam się odbył mój polski debiut reżyserski – „Zamiana” Paula Claudela.

Jak rodzice patrzyli na twój wybór drogi zawodowej?
– Myślę, że czuli lekki niepokój. Ale wspierali mnie oczywiście. Nie chronili przed ryzykiem.

henrietta_lacks_galeria_12

Masz dwadzieścia cztery lata i przyjeżdżasz do Polski.
– Gdzie po raz pierwszy dostaję honorarium za pracę w teatrze i gdzie szybko poznaję fantastycznych ludzi. Jestem podekscytowana i ciekawa, ale nadal zakładałam, że zostanę trzy miesiące. Z tych trzech zrobiły się kolejne trzy, aż w końcu Polska została moim domem.

Miłość nie wybiera.
– Właśnie nie wiem, jak to jest z tym wyborem, bo jednak czułam wtedy, że podejmuję świadomą dojrzałą decyzję. Nie wahałam się zbyt długo, nie bałam się. To przekonanie, że jest tu coś, czego szukam i potrzebuję było bardzo silne. W dodatku, asystując Andrzejowi w Narodowym, jednocześnie pracowałam z nim nad „Antygoną” Sofoklesa w Teatrze Telewizji, gdzie poznałam Rafała Paradowskiego, operatora filmowego, mojego przyszłego męża.

Wiedziałaś coś wtedy o polskim teatrze?
– Troszkę. Widziałam w Awinionie „Iwonę, księżniczkę Burgunda” Grzegorza Jarzyny, „Dybuka”, „Burzę” i „Bachantki” Krzysztofa Warlikowskiego, kilka spektakli Krystiana Lupy oraz „Błądzenie” i „Kosmos” Jerzego Jarockiego w Teatrze Narodowym. Nagle język polski, którym nie najlepiej umiałam władać, wydał mi się muzyczny, mocny i soczysty. W polskim teatrze poczułam coś, czego we francuskim szukałam bez skutku.

Miałaś problemy językowe?
– Ogromne! Co prawda rozumiałam wszystko, ale brakowało mi słów. Pamiętam poczucie bezsilności, kiedy wszyscy na planie teatru telewizji rozmawiają i żartują, a ja nie jestem w stanie się podłączyć ze względu na ograniczenia językowe. Włożyłam wiele wysiłku w język polski. Zresztą dzisiaj najlepiej o pracy mówi mi się po polsku, a kiedy jadę do Francji czuję się przyblokowana. Mój francuski wydaje się zardzewiały i oczywiście nadal robię błędy w polszczyźnie, a akcent nasila mi się w sytuacjach stresowych.

Czy teraz już mogę zapytać o nazwisko?
– Ale które, bo noszę nazwisko po ojcu i jestem z ojcem bardzo związana, ale też mocno identyfikuję się z matką, Ireną Grosfeld – z jej historią i rodziną. Matka, profesor ekonomii, bardzo wpłynęła na moje poczucie własnej wartości. Od zawsze była wzorem kobiety niezależnej i zaangażowanej w życie rodzinne oraz zawodowe. Z perspektywy widzę, jak naturalnie podchodziła do tych dwóch ról, jak potrafiła je łączyć bez uszczerbku dla żadnej z nich.

Jestem świadoma dobrego urodzenia. Już jako dziecko wiedziałam, kim są moi rodzice. Dzięki nim miałam kontakt z pasjonującym światem, który otwierał horyzonty. Być może nie zostałabym asystentką Andrzeja Seweryna, gdyby nie bywał u nas w domu. Ale tu pojawia się to jałowe pytanie: co by było gdyby?

Mogę oczywiście popaść w poczucie winy, zresztą jestem na to podatna. Mogłabym pytać siebie co rano – czy zasłużyłam na te przywileje? Czy w tym kontekście sukces nie jest podejrzany? Ale takie podejście byłoby ogromną stratą czasu i energii, a wniosek byłby zawsze ten sam. Zamiast skupiać się na sobie, wolę wykorzystać narzędzia, które dostałam i pracować, a jeśli będzie trzeba, jestem gotowa na mierzenie się z hejtem za nazwisko.

Spotkałaś się z nim?
– Na razie nie, bo też jako reżyserka teatralna nie jestem znana szerokiej publiczności, ale może to się teraz zmieni po otrzymaniu Paszportu „Polityki”. Może pojawią się internetowe komentarze: A właściwie dlaczego ona? Kto to jest? Jaką przeszłość ma jej rodzina?

W teatrze ktoś ci zadawał takie pytania?
– Nigdy.

Z tego właśnie powodu od tego zacząłem, bo nigdy nie słyszałem, by ktokolwiek kiedykolwiek powiedział, że osiągnęłaś coś dzięki nazwisku. Mam nawet poczucie, że udało ci się niejako od niego odłączyć, co rzadko się udaje.
– Być może wiąże się to z tym, że mój sukces nie był ani szybki, ani spektakularny. Debiutowałam w 2005 roku i przez dziesięć lat robiłam spektakle, które raz były zauważane, raz niezauważane, raz docenione, raz rozjeżdżane. Poza tym nie pochodzę z rodziny artystycznej, więc rodzice nie mogli mieć wpływu na moją pracę. Jedyne, co mogli zrobić, to poznać mnie z osobami, które otwierały mi głowę, pozwalały obserwować swoją pracę, jak Andrzej Seweryn czy Agnieszka Holland. Bardzo jestem im za to wdzięczna. Dzięki temu uczyłam się przez praktykę.

1521_660x

Dzisiaj jesteś na fali i robisz jeden świetny spektakl za drugim.
– Trochę mnie zaniepokoiło, kiedy napisałeś w „WO”, że pracuję taśmowo.

Ale tak jest: „Aktorzy żydowscy” w Teatrze Żydowskim w Warszawie, „Dybuk” w Teatrze Polskim w Bydgoszczy, „Henrietta Lacks” w Centrum Nauki Kopernik i Nowym Teatrze Warszawie, „Najgorszy człowiek na świecie” w Teatrze im. Wojciecha Bogusławskiego w Kaliszu. Długo czekałaś na sukces. Za długo?
– Nie, wcześniej byłam niedojrzała artystycznie, nie umiałam nazwać wielu rzeczy, nie wiedziałam do końca, jaki teatr chcę robić. Podążałam za intuicją, błądziłam, testowałam bardzo różne formy. Było mi to potrzebne. A poza tym w międzyczasie urodziłam dwóch synów. I byłam szczęśliwa, że mam czas na to doświadczenie, że się nie spieszę.

Robiłaś jeden spektakl rocznie. Nie frustrowało cię to?
– Momentami tak, oczywiście, bo kiedy idziesz z propozycjami do dyrektorów i oni nie mają dla ciebie czasu albo nie oddzwaniają, to nie jest miłe. Musiałam się utrzymywać z innych zajęć. Długo czułam, że to, co opowiadam, nie wzbudza zaufania ani zainteresowania. Miałam też po drodze nieszczęśliwą przygodę w pewnym teatrze, w którym doszło do zerwania prób. Zrezygnowałam wtedy, skonfliktowana z dyrekcją i aktorami, z pracy nad spektaklem miesiąc przed premierą.

Trudno mi to sobie wyobrazić.
– Bo jestem rzeczywiście mało konfliktowa, a tu taki cios. Mogłabym spokojnie zwalić całą winę na nich, ale szybko zaczęłam analizować własne zachowanie i zobaczyłam, ile było we mnie pychy. Miałam w głowie plan i forsując go nie byłam w stanie skontaktować się z aktorami. Budowałam iluzoryczną sytuację w przekonaniu, że powstanie wielkie dzieło. Dzisiaj widzę, jaką drogę przeszłam. Nie dostałam od nikogo recepty, a pewnie mogłabym. Nie bez znaczenia był też na pewno fakt, że nie skończyłam reżyserii.

Nie chciałaś?
– Miałam taki pomysł, oczywiście. Ubolewałam nad tym, że nie ma we Francji szkoły artystycznej z kierunkiem reżyserii. Pisałam nawet do PWST w Krakowie, ale wtedy pojawiły się propozycje pracy i nie miałam już czasu, a potem ochoty na studiowanie. Dostałam szansę asystowania Jacques’owi Lassalle’owi i Krystianowi Lupie. Chciałam być na sali prób, a nie w szkole.

Coś cię w polskim teatrze zadziwiło?
– Paradoks polegający na tym, że relacje w środowisku teatralnym są znacznie mniej hierarchiczne niż we Francji, a jednocześnie występują w nim opresyjne zachowania na różnych poziomach. Widziałam nieraz ogromną arogancję ze strony dyrekcji, stosowanie mobbingu, dyskryminacyjne podejście do pracowników, a też nieracjonalny opór zespołu aktorskiego stawiany reżyserowi. Z drugiej strony zaskoczyła mnie otwartość ludzi, ciekawość siebie, zdolność do rozmowy wykraczająca poza powierzchowne wymiany uprzejmości i gotowość do podejmowania bardzo trudnych tematów nawet po pięciu minutach znajomości. Wtedy zrozumiałam, dlaczego tak długo nie odnajdywałam się w życiu towarzyskim i zawodowym Francji.

Usłyszałaś kiedyś, że dobrze, że nie reżyserujesz jak kobieta.
– Tak, i żeby była jasność, aktor, który mi to powiedział, uważał, że to komplement. A mnie się właśnie wydaje, że w pracy szukam jakości, które można odnieść do kobiecych cech. Stawiam na partnerstwo i wcale się nie martwię, że ktoś to wykorzysta przeciwko mnie. Traktuję swoich współpracowników jako dorosłych ludzi, którzy mogą tworzyć w atmosferze szacunku, dialogu i nie potrzebują figury apodyktycznego reżysera stosującego upokarzające metody.

W zeszłym roku pojawiło się w naszym teatrze mnóstwo reżyserek, a na Wydział Reżyserii PWST w Warszawie przyjęto chyba po raz pierwszy w historii same kobiety. Czujesz, że płyniesz na tej kobiecej fali?
– Można tak powiedzieć i mam nadzieję, że to zjawisko – dość wyjątkowe na tle europejskiego teatru – doczeka się szczegółowej analizy. Trzeba jednak pamiętać o różnorodności propozycji, które powstają z kobiecych rąk. O tym, że każda z nas rozwija swój świat i pochyla się nad pasjonującymi ją tematami, niezależnie od płci.

Interesuje mnie to, jak coraz większa ilość kobiet w polskim teatrze wpływa na relacje w pracy. Wydaje mi się, że następuje bardzo pozytywny proces feminizacji metod pracy, które zresztą są udziałem zarówno mężczyzn jak i kobiet. Pojawia się nowa jakość w stosunkach między zespołem aktorskim i reżyserem, między reżyserem i pozostałymi twórcami. Idziemy w stronę demokratyzacji tych relacji, powstawania nieformalnych kolektywów, które, mam nadzieję, zamienią się kiedyś w stabilnie funkcjonujące zespoły.

Jeśli miałabym jeszcze wskazać pozytywny wpływ kobiecej fali w polskim teatrze, byłaby nim otwarta wymiana, która rodzi się między nami – reżyserkami. Rozmawiamy o naszej pracy, nie uciekamy od krytyki, ale też inspirujemy się nawzajem. Kiedy robiłam niedawno w Kaliszu „Najgorszego człowieka na świecie” Małgorzaty Halber, na próby generalne przychodziła kierowniczka artystyczna kaliskiej sceny Weronika Szczawińska. Rozmowy z Weroniką były bardzo budujące i niezwykle mi pomogły na ostatniej prostej. To jest wspaniałe, że możemy, na przekór potencjalnej rywalizacji, szczerze rozmawiać i wspierać się.

najgorszy_czlowiek_na_swiecie_teatr_kaliszi012

Wyobrażam sobie ciebie jako reżyserkę będącą ostoją spokoju, dobrze przygotowaną do prób i precyzyjną, otwartą na propozycje aktorów i nie rzucającą mięsem. Jak moje wyobrażenie ma się do rzeczywistości?
– Wiem że sprawiam wrażenie osoby spokojnej, ale to bardziej symptom mojej samokontroli, niż autentyczny stan ducha. Kiedy relacja z aktorami jest pozytywna, można sobie pozwolić na bardzo wiele, zresztą sala prób jest chyba jedynym miejscem, w którym bluźnię, co jest przyjemne, a czasem wręcz konieczne.

Kiedyś szłam na próby bardzo przygotowana, miałam mnóstwo notatek i przychodziłam godzinę przed rozpoczęciem. Na szczęście porzuciłam ten model. Dzięki temu podczas pracy wydarza się coś, czego nie planowałam. Pracuję bardziej chaotycznie, przychodzę z ogólnym obrazem w głowie i szukam razem z aktorami. Zresztą każdy spektakl wymusza na mnie inną metodę pracy.

Jesteś jedną z nielicznych reżyserek, która robi także spektakle dla najmłodszych widzów. Celowo nie używam słowa „dziecięce”, bo one mi się kojarzą z infantylnymi przedstawieniami, które serwują głównie teatry lalkowe. W Teatrze im. Jana Kochanowskiego w Opolu wyreżyserowałaś „Bullerbyn. O tym jak dzieci domowym sposobem zrobiły sobie las i co z niego wyrosło” Tomasza Śpiewaka na podstawie kultowych „Dzieci z Bullerbyn” Astrid Lindgren, w Nowym w Warszawie „Pinokia” Joëla Pommerata, w końcu w Bydgoszczy wspomnianego „Dybuka” An-skiego, przepisanego przez Ignacego Karpowicza i adresowanego głównie do młodzieży. Dlaczego je robisz? Czy to ma związek z tym, że sama jesteś matką? I czy stworzenie spektaklu dla małego widza jest większym wyzwaniem?
– Zrobienie „Bullerbyn” zaproponował mi ówczesny dyrektor opolskiego teatru Tomasz Konina. Byłam wtedy w ciąży z pierwszym dzieckiem i pomyślałam, że ta sytuacja jest idealna: urodzę i wrócę do teatru z synem pod pachą, by zmierzyć się z małym widzem. Kiedy zasiedliśmy do pracy z piszącym tekst Tomkiem Śpiewakiem i scenografką Anią Met, szybko zrozumieliśmy, że nie wciśniemy dzieciom żadnego kitu, bo to najbardziej wyczulona na fałsz i bezlitosna widownia. Wtedy chyba po raz pierwszy śmiało spojrzałam widzom w oczy, przeniosłam całkowicie moją uwagę na nich. Zapraszając dzieci do teatru chcę sprawić, by chciały nieustannie do niego wracać. By młody widz poczuł, że na scenie znajdują się dorośli gotowi rozmawiać na każdy temat, bez tabu i moralizowania.

Są tacy reżyserzy i reżyserki, z którymi od razu kojarzymy pewne tematy. Z tobą jest problem, trudniej cię ometkować. Kiedy myślę o twoich spektaklach, przychodzą mi na myśl sprawy związane z mechanizmami społecznymi i tym, jak one wpływają na jednostkę. O tym jest teatr Anny Smolar?
– Rzeczywiście, zbiorowe sytuacje i mechanizmy, którymi są podszyte wracają w moich przedstawianiach jako ważny motyw i definiują moje prace na jakimś etapie. W tym kontekście myślę też o zespole aktorskim jako odzwierciedleniu zbiorowości. Ale nieustannie czuję opór przed przyklejeniem sobie metki. Wiem, że ona jest potrzebna, bo pomaga w interpretacji, spełnia oczekiwania, ale jak zacznę tworzyć pod potencjalną etykietę to sądzę, że wiele stracę, zanim nawet zdążę się dowiedzieć, jaki ten mój teatr jest.

Teatr, którego znakiem rozpoznawczym jest też kameralność.
– Od dawna odrzuca mnie scena ociekająca pieniędzmi. Kiedy czuję, że coś jest nadbudową efektów i bodźców, przestaję interesować się aktorami, a wtedy już tracę poczucie sensu. Mnie pociąga zagospodarowanie wyobraźni aktora i widza małymi rzeczami. Głęboko wierzę, że skoro z dziećmi można zbudować epicką opowieść używając kasztanów i zapałek, można to też zrobić z dorosłymi. Często spotykam ludzi, którzy mówią, że nie cierpią teatru i czasem myślę sobie, że chcę robić spektakle właśnie dla nich.

CZYTAJ TAKŻE:
Jak HeLa zmieniła świat | rozmowa z Anną Smolar
Najgorszy człowiek na świecie | recenzja
Dybuk | recenzja
Aktorzy żydowscy | recenzja

_____

184842_1790922006869_886605_n

Anna Smolar (ur. 1980) jest reżyserką teatralną, absolwentką literaturoznawstwa na paryskiej Sorbonie. Zadebiutowała w 2005 roku w Teatrze Śląskim w Katowicach i od tego czasu wyreżyserowała trzynaście spektakli. Uznanie przyniosły jej szczególnie ostatnie realizacje: „Aktorzy żydowscy” w Teatrze Żydowskim w Warszawie i „Dybuk” w Teatrze Polskim w Bydgoszczy. Ostatnio wystawiła „Najgorszego człowieka na świecie” Małgorzaty Halber w Teatrze im. Wojciecha Bogusławskiego w Kaliszu. Jest tegoroczną laureatką Paszportu „Polityki”. Mieszka w Warszawie.

Fot. Leszek Zych/Polityka, Magda Hueckel, Bartek Warzecha         

Reklamy
Zwykły wpis
AKTORZY/AKTORKI

Aktorka prowincjonalna

fd756bae2fd96a875f564b4e1db55485

Za kulisami nadal jestem Sierotką Marysią. Nie potrafię siebie sprzedać czy na przykład poprosić o rolę. Wstydzę się. Natomiast na scenie budzi się we mnie jakiś monster. Z Danutą Stenką rozmawia Mike Urbaniak.

„Stenka jest jak wino”.
– Zależy jakie wino. Może jakiś kwach.

„Stenka jest jak miód”.  
– Słodko. Kto to powiedział?

Andrzej Grabowski. „Stenka jest po prostu dobra”.
– To Jan Frycz. Może i jest w tym odrobina prawdy.

„Stenka jest ikoną”.
– O, do tego to już nie umiem się odnieść.

„Stenka jest perłą w koronie”.
– Wyłamuje mi pan wskaźniki.

„Matka Boska Gowidlińska”.
– To słowa Andrzeja Saramonowicza.

Mogę tak bez końca. Dobrze o pani mówią.
– Jeśli tak jest, to może sprawdza się moja filozofia bycia tamą dla złych przekazów – nie puszczam ich dalej w świat i wysyłam, w miarę możliwości, pozytywną energię.

To trudne, kiedy się pracuje w zawistnym przecież środowisku aktorskim?
– Inni nie mają tu nic do rzeczy, to gimnastyka własnego charakteru. We mnie oczywiście nieraz pojawia się zazdrość, kiedy widzę, jak ktoś fantastycznie zagrał, ale dopóki ta zazdrość mobilizuje mnie do pracy, pozwalam jej robić swoje. A kiedy pojawia się robal zawiści, zgniatam go, zanim zacznie mnie toczyć.

Gowidlino to pani Wadowice?
– Dobre! Właśnie wczoraj stamtąd wróciłam. Dopadła mnie melancholia, bo moje Gowidlino znika. Mam poczucie, jakby mi ktoś karczował dzieciństwo. Niedawno we wsi rozpadła się ostatnia kaszubska chata z pruskim murem, kryta strzechą.

Co to było za miejsce?
– Zwykła wieś, w której był kościół, poczta, szkoła i sklep. I jeszcze przystanek autobusowy. I remiza strażacka. Tyle.

Sielskie wiejskie dzieciństwo?
– Tam było jezioro, cały mój świat. Dopiero kiedy wyjechałam ze wsi, zrozumiałam, że nie poznałam rzeczy, które znały dzieciaki z miasta.

Miała pani poczucie jakiejś straty?
– Raczej wstydu. Moi rówieśnicy swobodnie poruszali się w miejscach, które dla mnie były obce: chodzili do kina, teatru, na basen. Ja nie, bo nie wiedziałabym, jak się zachować. Nad naszym gowidlińskim jeziorem wszystko było jasne, ale na basenie? Jakieś bilety, jakieś prysznice, jakieś kabiny. Na odległość byłoby widać, że nie przynależę. Ten wstyd towarzyszył mi przez lata. Dopiero jako dojrzała osoba zdałam sobie sprawę z tego, że moje korzenie nie są słabością, kulą u nogi, ale fundamentem, na którym mocno stoję, rdzeniem, z którego czerpię siłę.

Kawał życia ze wstydem.
– Sporo czasu i energii zmarnowałam na maskowanie dziewczyny ze wsi. Wstyd był ze mną w liceum w Kartuzach, w studium aktorskim w Gdańsku, w kolejnych teatrach. Dopiero aktorstwo pomogło go ze mnie wytrzepać. Zrozumiałam, że jeśli nie chcę się pogubić wśród postaci, w które się wcielam, gęb, które mi się przyprawia, masek, za którymi się chowam, muszę wiedzieć, kim jestem, skąd przychodzę i dokąd idę.

Ludzie z małych miejscowości mówią często, że są „spod Wrocławia”, „spod Krakowa”. Pani też była „spod”?
– Oczywiście, ponieważ Gowidlino nic nikomu nie mówiło. Dodawałam, że to niedaleko Kartuz, jednak i to nie pomagało. Musiałam więc być „spod Gdańska”. Ale to było podszyte wstydem, bo za tym kryło się wszystko, czego nie miałam, o co byłam uboższa.

Zawsze pięknie pani opowiada o domu rodzinnym. Dużo w tym idealizacji?
– Pewnie tak, ale to zupełnie naturalne. Tęsknota do czasu dzieciństwa, młodości zostawia w pamięci przyjemne sytuacje, a nieprzyjemne czy nawet tragiczne pozbawia mocy. W moim domu bywały trudne sytuacje, problemy, jak wszędzie, ale w sumie dzieciństwo miałam naprawdę świetne, nie wymieniłabym go na inne. Wie pan, że dzisiaj, kiedy jestem w Gowidlinie, to prawie nie widuję dzieciaków.

Siedzą na Facebooku.
– Prawdopodobnie. A my biegaliśmy po wsi przez cały rok. Górne Gowidlino miało swoją zgraję, dolne swoją, a nad jeziorem spotykaliśmy się wszyscy. Czasu i pór roku nie wystarczało na nasze zabawy i pomysły. Ale, jak widać, to już minęło.

Pani tata elektryfikował wieś, mama uczyła w miejscowej szkole rosyjskiego. Rodzice chcieli panią wypchnąć w wielki świat?
– Chcieli, żebym się uczyła. Marzyli o studiach, ale żeby aż wielki świat? Nie sądzę. Ja chciałam być nauczycielką tak jak mama. Jej chyba też się marzyło, żebym po studiach wróciła do naszej gowidlińskiej szkoły.

Także jako nauczycielka rosyjskiego?
– Niekoniecznie. W liceum byłam w klasie o profilu matematyczno-fizycznym, choć lubię rosyjski, siedziałam w książkach mamy i poznawałam rosyjskie literki, zanim zaczęłam naukę w szkole. Pamiętam natomiast, że kiedy dostałam się do studium aktorskiego, tato był bardzo szczęśliwy. Mama też się cieszyła, że mi się powiodło, choć pewnie to była radość w lekkim przykurczu. Bała się, że mogę się pogubić w tym świecie.

Z domu rodzinnego wybyła pani jednak szybko, bo już po podstawówce.
– Nie było wyjścia, najbliższe liceum mieściło się w Kartuzach. Mieszkałam w internacie, czego początkowo strasznie się bałam. Zaczęło się odcinanie pępowiny.

Nie cieszyła się pani, że wyfruwa z gniazda spod oka rodziców?
– Nie, skąd! Traktowałam to jako dopust boży. Do domu wolno nam było jeździć raz w tygodniu, w sobotę. Czasem dopiero wieczorem, bo przepełniony do granic możliwości wcześniejszy pekaes nie zabierał wszystkich. A wracało się już w niedzielę po obiedzie. Oczywiście z torbą pełną wałówki.

Czyli była pani „słoikiem”.
– I tego też się wstydziłam. Pamiętam swój pierwszy wyjazd do studium aktorskiego do Gdańska. Mama usmażyła mi kotlety schabowe na kilka pierwszych dni. A wtedy zdobycie schabu w naszym wiejskim sklepie graniczyło z cudem. To był rok 1981, wprowadzono właśnie kartki na mięso. Zamieszkałam w pokoju z dziewczyną z południa Polski, z miasta. Nadszedł czas kolacji, ona wyjęła swój miejski prowiant. Pomyślałam, że to będzie jakaś wiocha, jeśli wyciągnę z torby te kotlety. Wstydziłam się ją poczęstować, a nie było warunków, żeby zjeść po kryjomu. Popsuły się i musiałam je wyrzucić. To było straszne, bo wiedziałam, że mama dała mi to, co najlepsze.

W liceum było podobnie?
– Trochę inaczej, bo Kartuzy to jednak miasto powiatowe. Koleżanki i koledzy w szkole przyjeżdżali też z okolicznych wiosek, część z nich mówiła po kaszubsku.

A pani?
– Rodzice rozmawiali po kaszubsku z dziadkami i między sobą. Mój brat ze swoimi kolegami również. Natomiast ze mną wszyscy rozmawiali po polsku. Pod koniec podstawówki zostałam na lekcji wychowania obywatelskiego wywołana do tablicy, żeby opowiedzieć po kaszubsku legendę Gowidlina. Cała klasa miała niezłą zabawę. Wtedy umówiłam się z babcią, że będę z nią w sekrecie trenowała.

Pani naprawdę nie chciała być aktorką?
– Nie. Aktorkę zobaczyła we mnie moja polonistka z liceum w Kartuzach. Była tak zdeterminowana w tej kwestii, że pod koniec szkoły zabrała mnie do Trójmiasta, żeby znaleźć studium aktorskie. To były czasy przedinternetowe, więc pukałyśmy do teatralnych drzwi Gdyni i Gdańska. Wreszcie dowiedziałyśmy się, że to studium mieści się przy Teatrze Wybrzeże w Gdańsku i że w tym roku nie ma naboru, więc wróciłyśmy do Kartuz.

I?
– Zdawałam na rusycystykę na Uniwersytet Gdański, połowicznie. Poszłam na egzamin pisemny, ale na ustny już się nie wybrałam. Czułam, że to nie jest moje miejsce. Rodzicom nałgałam, że pytania były za trudne.

Wróciła pani do Gowidlina?
– Tak, i pracowałam w szkole jako nauczycielka rosyjskiego. Jednocześnie podjęłam naukę w studium pedagogicznym, a po roku miałam zdawać na studia i wrócić do pierwotnych planów, pójść w ślady mamy.

Rodzice ucieszyli się z takiego obrotu spraw?
– Tato był niezadowolony, że się nie dostałam na studia, a mama wiedziała, że prędzej czy później je skończę. Poza tym chyba się cieszyła, że pracuję pod jej skrzydłami.

Pani nauczycielska kariera nie trwała długo, bo rok później była już pani w studium aktorskim w Gdańsku. Dlaczego tam pani wróciła?
– Cud! Do Gowidlina przyjechał na wakacje kuzyn mojej przyjaciółki. Przywiózł ze sobą „Głos Wybrzeża”, w którym była informacja o naborze do studium. „Co ci szkodzi, spróbuj!” – powiedział, więc spróbowałam.

„Opłacało się to studium założyć choćby po to, żeby Stenka je skończyła”.
– To powiedział Jan Banucha, scenograf i przyjaciel Ryszarda Majora, naszego ukochanego profesora w szkółce i mojego pierwszego dyrektora w teatrze. Przyglądał mi się podczas jakiejś próby i dodał: „Co to za ścierwo! Rzucisz je na scenę, nic nie wie, nic nie rozumie i gra!”. Na początku rzeczywiście niewiele rozumiałam, poruszałam się w tej pracy wyłącznie intuicyjnie.

Miała pani kompleks w związku ze skończeniem „szkółki”, „przyzakładówki” – to pani określenia – a nie akademii teatralnej?
– Ależ oczywiście. Byłam przekonana, że ci po szkołach teatralnych więcej umieją, są lepszymi aktorami.

Kończy pani studium z propozycjami z trzech teatrów: Współczesnego w Szczecinie, Wybrzeże w Gdańsku i Słowackiego w Krakowie.
– Dostać takie propozycje to był cud. Zdecydowałam się na Szczecin.

Dlaczego? Jak można było wybrać Szczecin zamiast Krakowa?

– Nie była to łatwa decyzja, ale w Szczecinie dyrektorem był nasz ukochany Major. Intuicja podpowiadała, żeby iść do niego.

Nawet pani koledzy pukali się w czoło i mówili: „Nie idź do Majora, bo kto cię tam zobaczy, stamtąd się już nie wydostaniesz”.
– Tak mówili.

Szybko zaczęła pani dostawać nagrody.
– Dużo grałam.

Rzeczywiście, doliczyłem się czterech premier w każdym sezonie. Jednak po czterech latach rezygnuje pani ze Szczecina i przenosi się do kierowanego przez Izabellę Cywińską Teatru Nowego w Poznaniu. Dlaczego?
– Dokładnie rzecz ujmując, zostaję wypchnięta przez moich przyjaciół z teatru, którzy uznali, że muszę się rozwijać, iść dalej. Jechałam do Poznania z duszą na ramieniu i jakaż była moja radość, kiedy okazało się, że Cywińska ma próbę, więc nie zdążę się z nią spotkać, bo musze wrócić na spektakl do Szczecina. Już wychodziłam, kiedy pojawiła się koleżanka ze szkółki i jej znajomi. Postanowili wyciągnąć „Cywę” z próby. Zapomniałam ze strachu, jak się nazywam. Na szczęście Cywińska pamiętała i powiedziała: „Nagradzałam cię, dziecko, na festiwalu w Toruniu”. Umówiła się ze mną na kolejny termin i wtedy już zaprosiła mnie do zespołu.

Do Poznania przeniósł się także wtedy pani przyszły mąż Janusz Grzelak. Ukartowaliście to wcześniej?
– Ja do Nowego, Janusz do Polskiego. Chcieliśmy być razem. Gdziekolwiek.

Jak się państwo poznali?
– Na festiwalu teatralnym w Toruniu. Dostałam nagrodę, Janusz zadzwonił z gratulacjami. Zaprosiłam go na opijanie. Zaczęliśmy się spotykać, jeździć między Szczecinem i Toruniem, aż w końcu osiedliśmy razem w Poznaniu.

Wtedy pani była tą „cycatą babą przy kości”?
– Ważyłam 70 kilogramów, ale z każdą premierą ubywało mi na wadze.

A nie można być w teatrze cycatą babą przy kości?
– Jak najbardziej, ale wtedy się jest aktorką charakterystyczną.

To zupełnie nie pasuje do dzisiejszego obrazu „pięknej i luksusowej” Danuty Stenki.
– Powtarzam od lat i do znudzenia, że owszem, odpowiednim światłem, charakteryzacją, fryzurą, kostiumem można ze mnie zrobić tak zwaną piękną kobietę, ale na co dzień jestem średnią krajową. Spędziłam z sobą w różnych sytuacjach ponad 50 lat, więc wiem, co mówię.

Przecież cała Polska oglądała pani boskie nogi w „Tańcu z gwiazdami”. One też były zrobione przez odpowiednie światło?
– Przecież ja nie mam nóg! To znaczy takich nóg, o jakich mowa. Pamiętam taką sytuację z czasów podstawówki. Tato leży na kanapie i woła mnie: „Danka, chodź no tu. Stań przede mną. Odejdź trochę dalej. Złącz nogi”. Zrobiłam, co kazał, a tato na to: „Matko Zbawna, tobie toby dzik między nogami przebiegł!”

Na początku lat 90. przybywa pani do Warszawy.
– Już chyba nie muszę powtarzać, że śmiertelnie przerażona.

Do stolicy ściągnął panią Maciej Prus, ówczesny dyrektor Teatru Dramatycznego.
– Zadzwonił do teatru na centralę i poprosił mnie do telefonu, ale odebrała pani garderobiana. Myśląc, że rozmawia ze mną, zaproponował jej etat. Chwalić Boga, nie przyjęła, bo mogłabym już nie dostać kolejnej szansy. Cieszyłam się, jadąc do Warszawy, ale jednocześnie umierałam ze strachu.

Przed czym?
– Przed tym, że się wyda, że się w końcu okaże, że nic nie umiem, że przez tych kilka lat jakoś mi się udawało. I tak właściwie, proszę pana, mam do dziś.

Warszawski zespół dobrze panią przyjął?
– Bardzo dobrze. Zajęli się mną, nie czułam się tam bezpańska. Weszłam od razu w próby.

Ale teatr przeżywał bardzo trudny czas. Dramatyczny padł ofiarą sukcesu musicalu „Metro”, który okupował scenę.
– A my zostaliśmy zepchnięci na małą scenę. Siedzieliśmy już na walizkach, czekając na nasz koniec. Zresztą ja byłam przyzwyczajona do tego, że teatr jest swego rodzaju rodziną, że się w nim spędza czas, pracuje się czy po prostu się jest. Tymczasem w Warszawie wszyscy gdzieś pędzili – na plan filmowy, do telewizji. Wkrótce i ja zaczęłam biegać.

Po sześciu latach w Warszawie poznaje pani młodego reżysera Krzysztofa Warlikowskiego, który zabiera się do „Elektry” Sofoklesa.
– To była zupełnie inna praca niż dotąd, wielkie teatralne laboratorium. Wyznaczony czas prób przestał istnieć. Przesiadywaliśmy w teatrze do nocy, rozmawialiśmy, dłubaliśmy. Wytworzyła się wówczas między nami jakaś szczególna więź – ja się nawet w Krzyśku podkochiwałam.

Zrobiliście jeszcze „Poskromienie złośnicy” i kilka lat później spotkała się pani z innym ważnym dla nowego teatru reżyserem – Grzegorzem Jarzyną. Tak powstała „Uroczystość”, grana w TR Warszawa już 13 lat!
– To ważny dla mnie spektakl, ale trudne spotkanie. U Warlikowskiego było tworzenie świata, a u Jarzyny – zderzenie ze światem. Czuło się w tej pracy jakieś napięcie, ciśnienie. Adam Ferency powtarzał od czasu do czasu: „Danka, spieprzaj stąd. To nie jest miejsce dla ciebie”. Miał rację. Nie umiem pracować pod presją. Po premierze nie byłam w stanie pójść na bankiet, czułam się jak przejechana walcem. Wiedziałam, że to nie moje miejsce. Po czym… zaangażowałam się do tego teatru.

I nic pani w nim nie zagrała.
– Nie mam pojęcia dlaczego. Byłam w obsadzie „Burzy”, ale zagrał ktoś inny. Więc się po dwóch sezonach wymeldowałam. Z Jarzyną spotkałam się, dopiero kiedy odeszłam z Rozmaitości, w spektaklu „Bash” Neila LaBute’a. Praca wyglądała już zupełnie inaczej, Grzegorz był wtedy na innym etapie.

W 2003 roku dołącza pani do zespołu Teatru Narodowego i dostaje jako pierwsza aktorka w historii Paszport „Polityki”. Tu spotyka się pani z trzecim ważnym nazwiskiem – Mają Kleczewską. „Fedra”, „Marat/Sade” i „Oresteja” – zrobiły panie razem trzy spektakle.
– Niezwykle ważne, różne i każdy na swój sposób wyjątkowy.

Kleczewska wypruła z pani flaki?
– Nie, raczej nieustannie mnie stymulowała, po czym siadała i słuchała. Czułam się tak, jakby mnie zaopatrywała w najlepszy sprzęt, zabezpieczała, stawała na skraju jaskini i pozwalała schodzić tak głęboko, jak chcę i potrafię. I z nią się nie bałam, schodziłam.

Jak to możliwe, że ta ciągle zlękniona Stenka pracowała z najodważniejszymi reżyserami?
– Za kulisami nadal jestem Sierotką Marysią. Nie potrafię siebie sprzedać czy na przykład poprosić o rolę. Wstydzę się. Natomiast na scenie budzi się we mnie jakiś monster. Nie znam go do końca, ciągle go odkrywam i jestem go piekielnie ciekawa.

Ten monster rzeczywiście gdzieś siedzi, bo kiedy wychodzi pani na scenę jako Ethel Rosenberg w „Aniołach w Ameryce”, czy Katarzyna Medycejska w „Królowej Margot”, to ja już się boję. Szkoda mi Roya Cohna, na którego śmierć pani czeka, nie mówiąc już o Karolu IX, którego dusi pani swoim futrem. Czuje pani w sobie silny emocjonalny ładunek?
– Nie codziennie. Czasem czuję wielką pustkę. Wczoraj moc, dzisiaj echo. Ostatnio mam też poczucie, że nie schodzę w głąb jaskini i kręcę się wokół tego, co już znam.

„Za dużo jest teraz porządku, a za mało szaleństwa”?
– Chciałabym jeszcze podrążyć, wyprawić się w nieznane, podjąć ryzyko.

_____

Rozmowa ukazała się w „Wysokich Obcasach” 28.12.2013 r.

_____

© Mike Urbaniak

Zwykły wpis