RECENZJA

„Wesele” i pogrzeb

Smutek panował w wagonach pociągu, wielki smutek. Nie było zwyczajowych żartów i żarcików, ploteczek i złośliwostek, anegdot i najświeższych opowieści z wypadów do innych miast. Co chwila powracało tylko pytanie: „I co teraz będzie?”. Po nim następowała wymiana znaczących spojrzeń i wzruszenie ramionami oznaczające tak naprawdę niewiedzę i bezsilność. Miało być „Wesele”, a jedziemy na pogrzeb – ktoś słusznie zauważył. W rzeczy samej, zapowiadał się zjazd rodzinny pełen łez. Takiej premiery w polskim teatrze dawno nie było.

Przygotował ją Jan Klata, dyrektor Narodowego Starego Teatru im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie, który został najnowszą ofiarą „dobrej zmiany”. Mimo znakomicie prowadzonego teatru (choć oczywiście były też, jak w każdym teatrze, repertuarowe wpadki), wyprzedanych biletów, pełnej widowni i nagród na festiwalach, rządzący ministerstwem kultury nieudacznicy postanowili po zaoraniu Teatru Polskiego we Wrocławiu, wziąć się także za naszą perłę w koronie, czyli Stary Teatr. I nie było tu, jak w przypadku każdej innej instytucji, litości. Nie miały znaczenia ani osiągnięcia teatru w ostatnich latach, ani merytoryczne przygotowanie dyrektora i jego pozycja w świecie teatralnym, ani nawet – po raz pierwszy od dawna – głos zespołu. Pisowscy funkcjonariusze i ich medialne kundelki wiedzą najlepiej, co jest dla wszystkich najlepsze, a już na pewno, co jest najlepsze dla naszej kultury. Narodowej, ma się rozumieć.

Tymczasem premierowa widownia Starego pękała w szwach, bo wszyscy byli ciekawi nie tylko tego, co Klata zrobił z naszym wielkim i wiecznie aktualnym dramatem, ale też tego, co się będzie działo potem. Co zrobi zespół, bo donoszono, że zszokowani decyzją ministra aktorzy nie są w stanie zagrać jednej z generalnych prób. Zagrali, jak to zwykle oni, brawurowo, a dzięki decyzjom obsadowym reżysera mogliśmy oglądać na scenie wszystkie pokolenia legendarnego zespołu. Bardzo to było wzruszające.

Klata, jak to Klata, nie ma litości. Zabiera nas w krainę mroku, tak samo, jak rządzący dzisiaj Polską. Scenografia Justyny Łagowskiej nie pozostawia złudzeń. Pokrzywione rusztowanie wypełnione czarną folią dużo mówi o miejscu, w którym przyszło nam żyć. Nie mniej niż stojący na środku sceny wielki pień po ściętym drzewie, na którym wisi kapliczka, ale pusta. Ten posępny obraz dopełniają czterej blackmetalowcy z katowickiego zespołu Furia, którzy swoją świetną, mocną muzyką jeszcze dojeżdżają pesymistyczną, żeby nie powiedzieć grobową wizję dzisiejszej Rzeczpospolitej. Nic tylko się pochlastać.

Nie pomagają nawet zatyczki do uszu, które każdy widz dostaje wchodząc na spektakl. I przez nie wyraźnie słychać ciągłe krzyki, bo „Wesele” Klaty jest – trzeba to powiedzieć – bardzo głośne, wręcz wykrzyczane. Dokładnie takie, jak wyglądają w realu dzisiejsze rozmowy o Polsce – czy to w Sejmie, czy w telewizyjnych programach, czy też na ulicy. Nikt siebie nie słucha i wszyscy mówią na raz albo powtarzają wyklepane regułki. Trudno więc o jakąkolwiek rozmowę o narodowych sprawach. Ale czy ktoś jej tak naprawdę dzisiaj jeszcze chce?

Wielką nam zgotował Stary Teatr aktorską ucztę, oj wielką. Nie wiadomo właściwie od chwalenia kogo zacząć. Czy od fenomenalnej Panny Młodej w wykonaniu Moniki Frajczyk? Czy od kolejnej rewelacyjnej kreacji Bartosza Bieleni w roli Księdza? Od rozkosznego duetu Anny Dymnej (Radczyni) z Elżbietą Karkoszką (Klimina) czy też Anny Radwan (Zosia) z Ewą Kaim (Haneczka)? A może od Czepca (Krzysztof Zawadzki), Dziennikarza (Roman Gancarczyk) albo Gospodarza (Juliusz Chrząstowski)? Doprawdy, niepodobna zdecydować, bo od ról wspaniałych „Wesele” Klaty się po prostu mieni pokazując po raz wtóry z jakiej klasy zespołem aktorskim mamy do czynienia w naszym krakowskim „Staruszku”.

Na koniec były brawa, wielka brawa. Owacja bez końca. I łzy. Na scenie i na widowni. Aktorzy i widzowie niby na „Wesele” przyszli, a jednak widać było pogrzebowy smutek w oczach. Dokładnie taki sam, jak w pociągu z Warszawy do Krakowa. I znowu ktoś zapytał: I co teraz będzie?. Tego nie wie nikt. A bilety na wszystkie czerwcowe spektakle „Wesela”, dwa pokazy dziennie!, wyprzedano co do jednego.

Stanisław Wyspiański „Wesele”
reż. Jan Klata, Narodowy Stary Teatr w Krakowie
premiera: 12 maja 2017 r.

Foto: Magda Hueckel

 

Reklamy
Zwykły wpis
AKTORZY/AKTORKI

Niezdecydowany gość

csm_Dawid_Ogrodnik_2_TR_Warszawa_fot._Kuba_Dabrowski_01_4ad79b76a0

Myślałem, że jestem zajebisty, a studia pokazały, że nic nie umiem. Kiedy wychodziłem na scenę, wszyscy się śmiali. Z Dawidem Ogrodnikiem rozmawia Mike Urbaniak.

Miałeś być klarnecistą.
– Uczyłem się w gimnazjum, a potem liceum muzycznym w Poznaniu. Ale zacząłem już wcześniej w moim rodzinnym Wągrowcu. Szło mi bardzo dobrze, wygrywałem nawet konkursy. Moja starsza siostra uczyła się fortepianu, a młodsza skrzypiec.

Muzyczna rodzina.
– Rodzice jakoś tak to wymyślili, choć muzykami nie są. Ale dziadek grał na klarnecie, więc może stąd moje zainteresowania. Lubiłem ten instrument, ale miałem problemy z innymi przedmiotami, jak kształcenie słuchu czy rytmika. Ciągle mnie uwalali na jakichś egzaminach.

Dlatego nie zdawałeś na akademię muzyczną?
– Nie interesowało mnie odbębnianie narzuconego programu. Już w liceum wkurzało mnie to, że musiałem grać coś, czego nie chciałem. Miałem nawet indywidualny tok nauczania, żeby móc więcej ćwiczyć, ale głównie grałem w kosza. Czułem, że moje oczekiwania i wymagania nauczycieli się rozmijają. Pamiętam mój egzamin komisyjny z fortepianu. Przygotowywałem się do niego ostro. Tłukłem tych Bachów, prawdziwa trauma. Na egzaminie dostaję nuty. Gra tylko lewa ręka, potem prawa. Razem nie chcą. Egzaminatorka przerwała mi i spytała: „Co ty chcesz, Dawid, robić w życiu?” I ja odpowiedziałem: „Chcę być aktorem”. Zaliczenie dostałem.

Skąd pomysł na aktorstwo?
– Kiedy moja wychowawczyni poszła na urlop macierzyński, zastąpiła ją inna polonistka – Anna Szymańska, dziś moja przyjaciółka. Ania prowadziła szkolny teatr i mnie do niego zgarnęła.

Dlaczego zgarnęła ciebie?
– Podobno byłem inny. Kiedy pytała mnie o jakąś lekturę, mówiłem, że jej nie przeczytałem, ale możemy o tym pogadać. W każdym razie zwerbowała mnie szybko i po maturze zdawałem już na Akademię Teatralną w Warszawie.

Z jakim wynikiem?
– Nie przyjęli mnie. Wróciłem do Poznania i postanowiłem, że skoro sam nie zostanę artystą, to będę pomagał innym, i założyłem agencję artystyczną. Oczywiście to nie wypaliło, zajmowałem się głównie zbieraniem kasy, żeby starczyło na ZUS. W następnym roku znowu zdawałem na akademię.

Z jakim wynikiem?
– Nie przyjęli mnie. Ale nie obrażałem się na nich, nie mówiłem, że to chuje. Wiedziałem, że czegoś mi brakuje, coś nie działa. Tylko nie wiedziałem co. Sprzedałem więc wszystko, co miałem w domu: biurko, komputer i takie tam, i pojechałem do Krakowa – do Lartu.

Na ratunek do policealnej szkoły aktorskiej?
– Tak. I to była dobra decyzja, bo oni mi tam pokazali, że jest pewna prawda, uczciwość, którą mam, ale przykrywam ją graniem. Myślałem, że jestem zajebisty, a oni mi pokazali, że nic nie umiem. Kiedy wychodziłem na scenę, to się śmiali. Wtedy zrozumiałem, że trzeba się spalić, żeby móc potem świecić. Po sześciu miesiącach było już dobrze. Wróciłem do domu i chodziłem po lesie, ładowałem akumulatory. Potem podjąłem trzecią próbę dostania się na akademię.

Z jakim wynikiem?
– Nie przyjęli mnie. Ale tylko do Warszawy. Dostałem się za to i do filmówki w Łodzi, i do szkoły teatralnej w Krakowie.

Miałeś dylemat, gdzie zacząć studia?
– Na początku. Bo w Łodzi mnie bardzo ciepło potraktowali. Pytali, czy będę u nich studiował. Powiedziałem, że tak. Wróciłem do domu i po jakimś czasie dostałem od nich list, że w związku z brakiem podpisanej deklaracji zostałem skreślony z listy studentów. Zorientowałem się, że w Krakowie czeka mnie to samo, więc jak stałem, wskoczyłem w pociąg, pojechałem do Krakowa i wszystko podpisałem.

To było twoje miejsce?
– Nie do końca, bo jednak w dalszym ciągu nie umiałem funkcjonować w systemie szkolnictwa. Znów chodziłem tylko na te przedmioty, które mnie interesowały. Przed wywaleniem ze szkoły uratował mnie atak wyrostka. Wylądowałem w szpitalu i dzięki temu przełożono mi egzaminy z tych tańców i innych, które omijałem szerokim łukiem.

Miałeś w szkole mistrza?
 Romka Gancarczyka, niesamowitego człowieka, aktora i pedagoga. To najpiękniejsza rzecz, jaka mi się w szkole mogła przytrafić. Romek daje studentom ogromną wolność, pozwala wykiełkować temu, co wykiełkować powinno. No i pani Małgosia Hajewska– Krzysztofik, genialna!

Szkoła się kończy i co?
– Wiadomo, każdy chce grać w TR Warszawa Jarzyny albo w Nowym Warlikowskiego, ale te marzenia weryfikuje życie i ludzie są tak posrani ze strachu, że nie będą mieć pracy, że biorą wszystko.

Ty dostałeś propozycję ze świetnego Teatru Polskiego w Bydgoszczy, ale jej nie przyjąłeś.
– Za blisko domu.

A propozycja z Teatru Wybrzeże w Gdańsku?
– Też w końcu jej nie przyjąłem. Ale nie dlatego, że uważałem, że czeka mnie coś lepszego, tylko dlatego, że jestem niezdecydowanym gościem. Kiedy zadzwonili do mnie z TR i zaproponowali zagranie w „Nietoperzu” Kornela Mundruczó, powiedziałem: owszem, super, wchodzę w to, ale proszę o telefon za trzy tygodnie, bo teraz jestem tak wkręcony w plan filmowy, że nie mam czasu na myślenie o czymkolwiek innym.

I jak ci się pracowało w tym legendarnym teatrze?
– Świetnie. Zobaczyłem tam ludzi z ogromną pasją. Oni się kumplują, ale jest pstryk i kończymy śmiechy, zaczynamy robotę. Tekst dostają wczoraj, jutro grają scenę. Pomyślałem: ja pierdzielę, co tu się dzieje? Nie ma to tamto, tylko gramy. Totalne wariaty! Zobaczyłem w tym teatrze, że można, naprawdę można. W pięć tygodni zrobiliśmy spektakl.

Grasz w nim chłopaka z porażeniem mózgowym, byłego mistrza origami. Za kilka miesięcy na ekrany kin wejdzie film „Chce się żyć” Macieja Pieprzycy, w którym także grasz chłopaka z porażeniem. Jak rozdzieliłeś te dwie role?
– Rola w filmie, który skończyliśmy przed rozpoczęciem prób do spektaklu, bardzo mi w teatrze pomogła. Nie wiem, czy byłbym w stanie zagrać to, co zagrałem w TR, bez przygotowania do filmu. Mateusz (rola w filmie) nie rusza się i nie mówi. Łukasz (rola w teatrze) porusza się i mówi. W filmie jest wózek inwalidzki, w teatrze zaproponowałem balkonik. To te różnice, którymi starałem się oddzielić moje obie kreacje.

Przed TR-em grałeś u Mai Kleczewskiej, Pawła Miśkiewicza, Michała Borczucha. Niezłe nazwiska jak na początkującego aktora.
– Tak się potoczyło. Z Mają robiliśmy dyplom na PWST, więc była niejako z rozdzielnika. Potem miałem egzaminy u Miśkiewicza i on wziął mnie i Marcina Kowalczyka do swojego „Klubu Polskiego” w Dramatycznym w Warszawie. Ale chcę powiedzieć, że ja te propozycje dostawałem. Nic sobie nie załatwiałem, żadnych znajomości. Tylko praca.

Czujesz, że rozbiłeś bank?
– Ja?

Tak, jednego dnia jest premiera świetnego „Nietoperza”, drugiego – premiera filmu Jesteś Bogiem”, w którym grasz Rahima. Film w pierwszy weekend obejrzało prawie pół miliona Polaków.
– To był ostry tydzień. Ale miałem tyle na głowie. Odbierałem rodziców z dworca, na koncert Coldplay do Warszawy przyjechała moja kuzynka, oczywiście z przyjaciółkami. Miałem próby. Biegałem z jednego miejsca do drugiego. Trochę jeszcze tego wszystkiego nie ogarniam, ale nie narzekam, bo, stary, czego więcej chcieć? Chciałbym ciągle dostawać role, które wymagają ode mnie totalnej transformacji, chciałbym mieć w rękach materiał, który rżnie mnie po plecach. Nic więcej.

Jak dostałeś rolę w „Jesteś Bogiem”?
– Leszek Dawid przyszedł do Teatru Dramatycznego na „Klub Polski” i po spektaklu złożył mi propozycję. Zaprosił mnie na próby z chłopakami, którzy już byli wkręceni. No siema, siema, jedziemy, składamy, dajesz, dajesz. Myślę sobie: Matko Boska! Stałem tam cały mokry i zestresowany. Ale szybko złapaliśmy wspólny język i poszło.

Co wiedziałeś o Paktofonice wcześniej?
– Nic. Kojarzyłem kawałki „Jestem Bogiem” i „Ja to ja”, z reklamy lodów oczywiście. Ale przejście ze stanu niewiedzy do stanu wiedzy nie jest trudne. Trudniejsze jest przejście ze stanu wiedzy do stanu świadomości. Ja oczywiście chwytałem wszystko od Google’a do płyt, czytałem, słuchałem, wchodziłem w to, tu skejci, tu grafficiarze, jak to funkcjonuje, kto z kim, muzyka, teksty, co jest w tekście, o czym mowa, co czują, Katowice, Mikołów, towarzystwo, koncerty, backstage, ludzie, koncerty, zakamarki, ławki, rodzice Magika, teledyski. Wciągałem wszystko jak odkurzacz.

Kiedy poczułeś się pewnie?
– Nie było takiego momentu, ale taka miała być moja postać – niepewna.

Robienie filmu o legendzie ciążyło?
– I tak, i nie. Przed zdjęciami coś nas podkusiło i weszliśmy w necie na jakąś stronę, i tam pod informacją o filmie było mnóstwo komentarzy, w większości negatywnych: że wszystko źle, że ściema, że co to, kurwa, jest? Wtedy postanowiliśmy już nie wchodzić do sieci i po prostu robić film. Musieliśmy się odblokować, bo inaczej ten obraz by nie powstał.

Grasz Sebastiana „Rahima” Salberta. Przegadaliście wiele godzin?
– Nie. Konsultowałem z Rahimem wiele faktów, przegadaliśmy scenariusz kilka razy, ale taką emocjonalną, prywatną rozmowę o Magiku mieliśmy jedną. To wystarczyło.

Co Rahim i Fokus powiedzieli po filmie?
– Że się jarają, że film im się bardzo podobał. Dla nas najważniejsze było to, jaki będzie odbiór środowiska, i jest chyba generalne poczucie, że zrobiliśmy uczciwą robotę. Reszta może pisać, co chce.

Krytyczne głosy cię nie interesują?
– Głównie mnie irytują. I bolą, ze względu na Magika.

Ty za rolę Rahima i Tomasz Schuchardt za rolę Fokusa dostaliście w tym roku na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni nagrody za najlepsze drugoplanowe role męskie. Może nie ma się czym irytować?
– To było ekstra, że weszliśmy tam razem. Dużo się od Tomka nauczyłem i to była świetna wspólna praca. Nagrody są ważne, jasne, ale uciekłem stamtąd po dwóch dniach. Wolę być obserwatorem, a w Gdyni byłem obserwowany i to mnie wkurzało.

Chyba żartujesz. Bycie w centrum zainteresowania jest wpisane w genotyp aktora.
– Ja nie mam takiego chromosomu.
_____

Dawid Ogrodnik (ur. w 1986 r.) jest tegorocznym absolwentem Wydziału Aktorskiego Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Krakowie. Ukończył także klasę klarnetu w Szkole Muzycznej w Poznaniu. Za rolę w filmie Jesteś Bogiem” Leszka Dawida otrzymał (z Tomaszem Schuchardtem) nagrodę za najlepszą drugoplanowa, rolę męską podczas tegorocznego Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Świat teatralny zachwyciła jego fenomenalna kreacja w „Nietoperzu” Karola Mundruczó w TR Warszawa. Niedługo na ekrany kin wejdzie film „Chce się żyć” Macieja Pieprzycy, w którym Ogrodnik zagrał główną rolę, a w Teatrze im. Jana Kochanowskiego w Opolu wystąpi wiosną w „Braciach i siostrach” na podstawie „Braci Karamazow” Dostojewskiego, „Trzech sióstr” Czechowa i „Na dnie” Gorkiego w reżyserii Mai Kleczewskiej.
_____

Rozmowa ukazała się w „Wysokich Obcasach” 19.11.2012 r.
_____

© Mike Urbaniak | Fot. TR Warszawa

Zwykły wpis