ROZMOWA

Dobra robota

11705364_10153552303637074_2555536046085825058_n

Najważniejsze było to, że mieliśmy przyzwolenie na porażki, z których nikt nas nie rozliczał. Mogliśmy ryzykować i przypominać ludziom, że teatr nie jest tylko dla rozrywki. Z Sebastianem Majewskim rozmawia Mike Urbaniak

Pierwszy raz w Wałbrzychu.
– Jeszcze w latach osiemdziesiątych. Wałbrzych, jako górnicze miasto, miał dobrze zaopatrzone sklepy oraz zakłady Pol-Sport, produkujące „polskie adidasy” zwane „wałbrzychami”. Przyjeżdżałem po nie z mamą pociągiem z Wrocławia. Wałbrzych mijaliśmy też często jadąc z Wrocławia do Jeleniej Góry. Na stacji Szczawienko zamykaliśmy okna, by uchronić się przed wszechobecnym smogiem. Otwieraliśmy je ponownie na stacji Wałbrzych Główny.

Pierwszy raz w teatrze w Wałbrzychu.
– W 1996 rok i to w sprawie własnego debiutu. Zaczynałem wówczas w Teatrze Wierszalin w Supraślu pracę nad spektaklem „Prawiek i inne czasy” Olgi Tokarczuk i Piotr Tomaszuk wpadł na pomysł, żeby, skoro Olga jest z Wałbrzycha, poprosić o wsparcie finansowe jej miasto. Pojechaliśmy więc z jednego końca Polski na drugi by zdobyć fundusze. Miasto zgodziło się nas wesprzeć, ale postawiło warunek, że premiera musi się odbyć w Wałbrzychu, to poszliśmy z Olgą na spotkanie z ówczesnym dyrektorem teatru Wowo Bielickim. Teatr wywarł na nas przygnębiające wrażenie. Był zapyziały i ponury, a w gabinecie dyrektora panował taki bałagan, że Oldze przykleiła się do ubrania jakaś kartka z gumą do żucia. Odklejaliśmy ją potem od Olgi na korytarzu.

Pierwszy raz jako widz w Wałbrzychu.
– „Rewizor” Jana Klaty. Byłem na nim jako widz, ale też autor programu do spektaklu. Wtedy poznałem nowego dyrektora Piotra Kruszczyńskiego i pamiętam, że poczułem po raz pierwszy w tym teatrze jakąś inną, tworzącą się właśnie wspólnotę. Ludzie w Polsce zaczynali się wtedy dowiadywać, że jest taki Wałbrzych i coś ciekawego tam się kroi.

Wracałeś potem do Wałbrzycha?
– Tak, bo zacząłem robić programy do kolejnych spektakli i oglądać to, co tam powstawało. Wkrótce Piotr zaproponował mi najpierw pracę w dziale promocji na pół etatu (musiałem z niej zrezygnować, bo moja Scena Witkacego.wro dostała pierwszy grant na działalność), a potem prowadzenie spotkań na Fanaberiach Teatralnych. Pojawiałem się więc w Wałbrzychu stosunkowo często.

Miękkie wchodzenie w teatr.
– Nie do końca, bo wiesz, ja jednak nie zakładałem, że tam będę pracował, a już na pewno, że zostanę dyrektorem. Jeździłem do Wałbrzycha, bo to było ciekawe miejsce. Poznawałem miasto oraz pomysł Piotra i Danuty Marosz na ich teatr mówiący o ważnych sprawach przez problemy lokalnej społeczności.

W końcu, mimo, że o tym nie myślałeś, dostałeś propozycję zostania dyrektorem artystycznym teatru.
– Z jednej strony bardzo mnie to ucieszyło, bo pracowałem już ósmy rok w Centrum Kształcenia Animatorów Kultury i Bibliotekarzy we Wrocławiu i potrzebowałem zmiany. Z drugiej strony czułem odpowiedzialność, bo brałem teatr, który już coś znaczył. Oczekiwania były duże, zespół był zauważony i nagrodzony. Spore wyzwanie.

Przejęcie przez ciebie kierownictwa w 2008 roku zapoczątkowało trwającą do dziś tradycję płynnego przekazywania Teatru Dramatycznego w Wałbrzychu z jednych artystycznych rąk do drugich.
– Zostałem zatrudniony w lutym. Sezon trwał, spektakle były zaplanowane. Nie musiałem więc wymyślać nagle programu, mogłem wdrożyć się w teatr. Zresztą dość szybko, bo Piotr zaczął się wycofywać, zostawiając decyzje artystyczne mnie, a ja zacząłem myśleć o kolejnym sezonie, który nazwałem „Kierunek 074”. Pierwszą przeprowadzoną przez mnie od początku do końca premierą była „Nelly” w reżyserii Natalii Korczakowskiej.

Jak cię przyjął zespół?
– To było trudne przyjęcie. Zespół dość długo starał się zrozumieć mój pomysł na teatr, który był przecież inny od pomysłu Piotra. Pamiętam dużo nieufności, która jest zresztą dość naturalna przy okazji zmiany dyrekcji w każdym teatrze, a która w Wałbrzychu trwała prawie cały sezon. Mierzyliśmy się, sprawdzaliśmy kto i gdzie ma zamiar ustąpić. Wejściu w zespół pomogło mi na pewno wprowadzenie kilku nowych aktorów: Agnieszki Kwietniewskiej, Eweliny Żak, Gośki Białek, Andrzeja Kłaka i Daniela Chryca. Kiedy z dyrektorem przychodzi część zespołu, układ sił się zmienia.

Jak na Wałbrzych to była duża część. Dlaczego wziąłeś tę piątkę?
– O Agnieszce Kwietniewskiej powiedział mi Piotrek Kruszczyński, ale sam już nie miał kiedy się z nią spotkać. Kiedy poznałem Kwiecię, od razu kliknęło między nami i wiedziałam, że ją chcę. Ona miała wtedy skomplikowaną historię teatralną, a ja uważam, że jak aktor nie przejdzie pokręconej drogi, to często kończy na czymś powierzchownym. Ewelinę Żak chciała Natalia Korczakowska, mnie też uwiodła. Daniel Chryc pracował wtedy w Płocku, z którego chciał odejść. Odszedł do nas. A Gośkę i Andrzeja wziąłem, bo znałem ich jeszcze ze szkoły teatralnej, prowadziłem z nimi warsztaty. I kiedy Natalia szukała młodej dziewczyny do „Nelly”, przypomniała mi się Gośka, a że była wtedy z Andrzejem – wziąłem ich w pakiecie. Na całe szczęście.

Przyjechałeś do Wałbrzycha z gotowym pomysłem czy on się rodził na miejscu?
– Nie miałem gotowego pomysłu, ale wiedziałem, że chcę opowiadać o Wałbrzychu inaczej niż Piotrek. Spektakle za jego dyrekcji mówiły o mieście w kontekście społeczno-politycznym, a ja miałem poczucie, że ludzie są tym już zmęczeni, że wszystko, co miało być powiedziane, zostało powiedziane, że widzowie nie mają ochoty na epatowanie ich nieustannie biedą i marazmem, upadłymi kopalniami i ogólną beznadzieją. Chciałem pójść w inną stronę.

W stronę afirmacji.
– Bo Wałbrzych wydał mi się po prostu ciekawy. Pomyślałem, że dobrze byłoby pokazać, że to fajne miasto. Bo tak naprawdę myślałem i tak chcieli go widzieć widzowie. W Starej Kopalni była słynna łaźnia łańcuszkowa. Ktokolwiek z zewnątrz przyjeżdżał do Wałbrzycha, zachwycał się nią i chciał tam robić spektakl. Wałbrzyszanie reagowali na to przewracaniem oczu i westchnieniem: „Boże, znowu ta kopalnia!”. Znowu spektakl w tych ciemnościach i pajęczynach. Nie można w ładniejszym miejscu? Mieszkańcy nie chcieli już tego. Chodzili jeszcze na „Diamenty to węgiel, który wziął się do roboty”, bo traktowali ten spektakl jak dobrą farsę, bardzo ich śmieszył. Ale potem był już koniec. Chciałem zmienić temat i trochę się z wałbrzyszanami o coś innego pokłócić.

Ale z wyprowadzania spektakli z teatru nie zrezygnowałeś.
– Nie, bo to akurat było fajne. „Łyska z pokładu Idy” Radka Rychcika zrobiliśmy już nie w łaźni, ale w lampowni Starej Kopalni, a „Królową śniegu” Michała Borczucha w stadninie na Zamku w Książu. To wszystko po to, by udowadniać, że teatr nie jest raz zastaną konwencją, że się zmienia, że nie trzeba do końca życia siedzieć w fotelach z widokiem na tradycyjną scenę. Te miejsca wspaniale zadziałały.

Czy kłócąc się z publicznością, poniosłeś jakieś klęski?
– Były nimi na pewno spektakle Krzysztofa Garbaczewskiego, które bardzo lubiłem, a ludność odrzucała. Były takie wieczory, kiedy mieliśmy więcej aktorów niż widzów. Sukcesem frekwencyjnym nie była wspomniana „Królowa śniegu”. Wałbrzyszanie nie polubili też „Jamesa Bonda” Wiktora Rubina, na którego nie można było ich zaciągnąć nawet przy zastosowaniu najbardziej radykalnych metod marketingowych. Ale jedno było cudowne – mieliśmy przyzwolenie na porażki. Nikt nas z nich nie rozliczał. Mogliśmy ryzykować i przypominać ludziom, że teatr nie jest tylko dla rozrywki.

Jaki wpływ na życie teatru miało coraz większe uznane i sława?
– Zauważenie nas dawało poczucie, że to, co robimy jest ważne. Nagrody i zaproszenia na festiwale posypały się w pewnym momencie dość obficie. Ale czuliśmy też jeżdżąc po Polsce, że jesteśmy jednak z innej ligi albo raczej galaktyki, że nie mieścimy się w wyobrażeniu o publicznym teatrze. Kiedy graliśmy „Niech żyje wojna!!!” na Kontrapunkcie w Szczecinie, przyjęto nas fatalnie. Podobnie było na Festiwalu Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych w Łodzi, gdzie spektakl potraktowano jako coś wulgarnego i strasznie głupiego.

Apogeum waszego sukcesu to XXXI Warszawskie Spotkania Teatralne i Wałbrzych Fest, bezprecedensowe zaproszenie jednego teatru z kilkoma spektaklami. Kiedy wtedy rozmawialiśmy, powiedziałeś, że czujesz protekcjonalny stosunek warszawki.
– Bo czułem go bardzo wyraźnie. Podobnie było na Boskiej Komedii w Krakowie. „No pokaż prowincjonalny teatrzyku, którym tak wielu się podnieca, jaki jesteś wspaniały”. Padliśmy też wtedy ewidentnie ofiarą mody na Wałbrzych, jako ten „egzotyczny” teatr, o którym tak dużo się pisze i mówi. Inaczej traktowano tylko spektakle Moniki Strzępki, resztę oglądano na zasadzie: ale o co chodzi? To, że Wałbrzych stał się tak istotny na teatralnej mapie kraju wynikało z kilku czynników. Spektakle to jedno, ale one nie wystarczają. Wiesz doskonale, że często powstają świetne sztuki, które z jakiegoś powodu przechodzą niezauważone, bo jest tak, że trzeba o nich napisać, wypromować, ucieszyć. Musi się wydarzyć coś, co powoduje, że się o nich mówi. Tak było wtedy z nami, ciągle o nas mówiono.

Czy sukces Wałbrzycha stał się w którymś momencie obciążeniem?
– Może to zabrzmi dziwnie, ale to powiem. Ja się generalnie boję sukcesu, bo sukces mnie przerasta. Jest miły, ale wiadomo, że się skończy. Nie można na nim jechać przez lata. Pamiętam trudną rozmowę o znakomitym spektaklu Bartka Frąckowiaka „W pustyni i w puszczy”, kiedy zdaliśmy sobie sprawę, że on nigdzie nie pojedzie, że może zostać niezauważony. Dlaczego? Skoro jednego roku pokazaliśmy na festiwalach wszystko, co mieliśmy, to wiadomo, że w przyszłym roku zaproszenie może już nie nadejść, bo ile można? Drugą trudną rozmowę odbyłem z aktorami, kiedy zdałem sobie sprawę, że są dwie drogi do nowego otwarcia: albo odchodzę ja i na moje miejsce przychodzi ktoś ze świeżymi pomysłami, albo wymieniam cały zespół i zaczynam z nim nową przygodę. Na całe szczęście mogłem wybrać pierwszą opcję.

I odszedłeś do Starego Teatru w Krakowie.
– To wydarzyło się zupełnie niezależnie. Odszedłbym z Wałbrzycha nawet, gdybym nie miał propozycji od Janka Klaty. W ogóle uważam, że teatrem nie można kierować dłużej niż pięć lat. Teatr potrzebuje nieustającej zmiany i świeżości, nowej energii i nowych pomysłów.

Przekazałeś teatr Piotrowi Ratajczakowi.
– Ten pomysł się wziął z tego, że Piotr pracował w Wałbrzychu dwukrotnie. Wyreżyserował „Bohatera roku” i „Sorry, Winnetou”. Był jednym z nielicznych, którzy mieli inną koncepcję teatru: nieelitarnego, ale dla ludzi. I jeszcze jedno, na jego spektakle przychodziły tłumy.

Dlaczego tak niewiele reżyserowałeś w swoim teatrze?
– Uważałem i zdania nie zmienię, że jako dyrektor jestem po to, by stwarzać warunki pracy dla innych. To jest wystarczająco absorbujące. Poza tym wydawało mi się, że nie muszę reżyserować, skoro mam w teatrze reżyserów o wiele ode mnie lepszych. Bardziej mnie cieszyło pozyskanie dla nas kolejnego ciekawego nazwiska, niż włażenie na scenę samemu.

Odszedłeś z Wałbrzycha z poczuciem sukcesu?
– Nie, odszedłem z poczuciem, że zrobiłem tam wszystko, co miałem zrobić. I była to całkiem dobra robota.

CZYTAJ TAKŻE:
Drugie życie / rozmowa z Mają Kleczewską
Nowy od nowa / rozmowa z Piotrem Kruszczyńskim
Wałbrzyscy celebryci / rozmowa z Moniką Strzępką i Pawłem Demirskim

____

Sebastian (Seb) Majewski urodził się w 1971 roku we Wrocławiu. Jest dramaturgiem, reżyserem i aktorem, absolwentem Wydziału Sztuki Lalkarskiej Akademii Teatralnej w Warszawie (filia w Białymstoku). Przez kilka lat był związany był z Teatrem Wierszalin w Supraślu, gdzie zadebiutował w 1997 roku spektaklem „Prawiek i inne czasy” na podstawie prozy Olgi Tokarczuk. Jest założycielem wrocławskiej Sceny Witkacego.wro. W roku 2006 zadebiutował w roli dramaturga przy spektaklu „Transfer!” w reżyserii Jana Klaty, by w tej roli współpracować później także z Krzysztofem Garbaczewskim, Marcinem Liberem, Piotrem Ratajczakiem i Natalią Korczakowską. W latach 2008 – 2012 był dyrektorem artystycznym Teatru Dramatycznego im. Jerzego Szaniawskiego w Wałbrzychu umacniając jego pozycję jako jednej z najlepszych polskich scen. W latach 2013-2015 był zastępcą dyrektora ds. artystycznych Narodowego Starego Teatru w Krakowie. Od 2015 roku jest dyrektorem artystycznym Teatru im. Stefana Jaracza w Łodzi.

_____

Rozmowa powstała do publikacji „Szaniawski. Monografia Teatru Dramatycznego 1964-2015” pod redakcją Doroty Kowalkowskiej, wydanej przez Teatr Dramatyczny im. Jerzego Szaniawskiego w Wałbrzychu przy finansowym wsparciu Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

_____

Fot. Sebastian Majewski

Reklamy
Zwykły wpis
KOMENTARZ

Jaki świetny koleżka

Matyszkowicz-Mateusz-1024x662

Czy Mateusz Matyszkowicz zrobi z TVP Kultura pluralistyczną telewizję? Śmiem wątpić. I apeluję o umiar w zachwytach oraz odrobinę krytycznego myślenia.

W mediach trwa festiwal Mateusza Matyszkowicza, nowego szefa TVP Kultura. Co drugi dzień można przeczytać jakąś rozmowę z dyrektorem tej anteny. Na Facebooku „gorszy sort Polaków, esesmani i gestapowcy” rozpisują się, że nie taki diabeł straszny jak go malują, że spoko gość, że – owszem owszem – mówi całkiem sensownie. Będzie nowe otwarcie, nowe prądy myślowe pojawią się w programach, grupy niereprezentowane dotychczas dostaną głos i nie będzie żadnej czystki w zastanej – lewackiej przecież z natury – ekipie. Po prostu sielanka. Właściwie to nawet dobrze, że Katarzyna Janowska złożyła rezygnację, bo Matyszkowicz zrobi w końcu pluralistyczną i rewelacyjną telewizję.

Mnie się zdaje, niechaj się mylę, że Jacek Kurski, jedna z najobrzydliwszych postaci polskiego życia publicznego i główny propagandzista PiS-u, nie został szefem TVP po to, by było pluralistycznie, tylko po to, by dokonać w niej czystek personalnych i włączyć wszystkie anteny publicznej, to znaczy – przepraszam – narodowej telewizji w machinę propagandową „dobrej zmiany”. Może i „Fronda Lux”, którą kierował Matyszkowicz była lekkostrawną, hipsterską czy jak ją tam nazwiemy wersją „Frondy”, ale jednak tytuł zobowiązuje. Matyszkowicz jest, co prawda hodującym zioła, ale jednak ultrakonserwatystą i wywodzi się z bardzo określonego środowiska „wielkiej Polski”. Nie dostał propozycji kierowania TVP Kultura, by w końcu otworzyć tę antenę na świat.

Zadziwiające jest to, że nikt nie pyta Matyszkowicza o uczestniczenie w skoku na media. Przecież on został dyrektorem TVP Kultura w ramach bezprecedensowego i do bólu politycznego wymiecenia dotychczasowych szefów anten. Mało tego, zainstalowali go przy Woronicza politycy, którzy otwarcie, jeszcze przed wyborami, tworzyli listy proskrypcyjne dziennikarzy, których nienawidzą i którzy mieli być natychmiast zwolnieni z pracy (i zostali). Mało tego, nawoływali do tego (co jest już kompletnym zdziczeniem) inni dziennikarze z do niedawna mediów niepokornych, dziś rządowych. To mu nie przeszkadza? Nie przeszkadza tym wszystkim, którzy piszą, że całkiem fajny z Matyszkowicza koleżka? Nie przeszkadza nikomu, że jego prawdziwym zwierzchnikiem jest Jarosław Kaczyński, który dzięki małej nowelizacji ustawy medialnej, za pomocą umieszczonego w ministerstwie skarbu mapeta, może go w każdej chwili odwołać? Jest to doprawy zadziwiające.

Żeby tego było mało, Matyszkowicz powołał na swojego zastępcę w TVP Kultura wyjątkowo odstręczającego Piotra Zarembę, który napisał niedawno w polskim „Der Stürmerze” czyli w tygodniku „W Sieci” tekst pod tytułem „Teatr hochsztaplerów”. Zaremba, którego fenomenalnie obnażył jako skończonego półgłówka wicedyrektor Instytutu Teatralnego prof. Dariusz Kosiński, wymienia w tym tekście z nazwiska czołowych polskich reżyserów, jak Maja Kleczewska, Radosław Rychcik czy Monika Strzępka, pisząc wprost, że nie powinno być dla nich miejsca w teatrze. Mało tego, Zaremba podpisał się pod ohydnym i donosicielskim listem do ministra kultury Piotra Glińskiego, w którym domagał się wyrzucenia Jana Klaty ze Starego Teatru, bo ten teatr mu się nie podoba. Za ten podpis Jacek Rakowiecki nazwał go trafnie szmalcownikiem. To ma być wicedyrektor TVP Kultura, który wraz z Matyszkowiczem stworzy otwartą dla wszystkich i wielobarwną antenę?

Nie chcę wyjść na wielkiego obrońcę Katarzyny Janowskiej, bo TVP Kultura wcale nie była pod jej kierownictwem, jak pisało ostatnio wielu, wzorem z Sèvres, a raczej miejscem otwartym dla bardzo określonej grupy ludzi, powiązanych ze sobą zarówno zawodowo, jak i towarzysko. Gdyby prześledzić programy tej stacji to właściwie przez lata mogliśmy oglądać te same gadające głowy, aż do wyrzygania. Nikt mi nie wmówi, że to była pluralistyczna telewizja, ale nie można jej też odmówić ambicji i misyjności. Czy Matyszkowicz zrobi z tej stacji kulturalną BBC? Śmiem wątpić. I apeluję o umiar w zachwytach oraz odrobinę krytycznego myślenia.

Mike Urbaniak 

Zwykły wpis
ROZMOWA

Lubię się podszywać

 

z-Radkiem-IMG_0019

Kiedy byłem na Nikiszowcu, od razu zobaczyłem chłopców w brytyjskich mundurkach i Beatlesów. Dlatego „Wesele” w Teatrze Śląskim przenoszę do Irlandii Północnej. Z Radosławem Rychcikiem rozmawia Mike Urbaniak

Coś ty się tak zawziął na polską klasykę?
– 
Nie pochwalasz?

Pochwalam, ale interesuje mnie dlaczego?
– 
Pomysł na tryptyk – „Dziady”, „Balladyna” i „Grażyna” – był tym z gatunku nieodpowiedzialnych i pozwolił mi naprawdę na poważnie przerobić język polskich poetów. Miło mi, że doceniła to także niedawno komisja konkursu „Klasyka żywa” nagradzając „Grażynę”. Ale z tą polską klasyką bym nie przesadzał, bo w międzyczasie przygotowaliśmy z Anią Karczmarską oraz Piotrem i Michałem Lisami z The Natural Born Chillers choćby „Utalentowanego pana Ripleya” w Teatrze Studio w Warszawie czy koncert finałowy „Wielkie przemówienia” na Przeglądzie Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu.

I wracasz do polskiej klasyki „Weselem” w Teatrze Śląskim w Katowicach.
– 
Bo to jest po „Dziadach” najważniejszy polski dramat, nie mogłem go nie zrobić. Fajnie jest znów chwycić za mocną partyturę.

992_660x

O „Weselu” zaraz porozmawiamy, ale chciałem cię jeszcze podpytać o twój romantyczny tryptyk. Od początku chciałeś zrobić jednym ciągiem „Dziady”, „Balladynę” i „Grażynę”?
– 
Nie, to był trochę przypadek, a trochę odpowiedź na zapotrzebowanie w ramach „Klasyki żywej”. Na „Dziady” przyjechał dyrektor Teatru im. Wandy Siemaszkowej w Rzeszowie i zaproponował mi od razu „Balladynę”. Chyba zobaczył w Teatrze Nowym w Poznaniu możliwość wypromowania swojego teatru podobnym spektaklem. To był szybki pomysł na rewolucję.

Plan się częściowo udał, bo „Siemaszkowa” po raz pierwszy od dawna została zaproszona na ważny festiwal teatralny.
– 
Rzeczywiście, premierę mieliśmy na Boskiej Komedii w Krakowie, ale na nią nie zdążyliśmy, spektakl nie był zapięty na sto procent. To się wiązało z tym, że nie udało się zbudować pewności w zespole, i z tym, że czuliśmy presję sprostania dużym oczekiwaniom po „Dziadach”. Presja była też ze strony rzeszowskiego teatru, który obchodził swój jubileusz, co nawiasem mówiąc skończyło się przymusową galą w scenografii „Balladyny” i to nam się nie podobało.

W Teatrze im. Siemaszkowej pracowałeś pierwszy raz. Z jakim nastawieniem tam jechałeś?
– 
Zawsze jadę ciekawy nowego, uważam, że to jest jedna z najlepszych rzeczy w pracy reżysera teatralnego. Polecam wszystkim objazd po Polsce, szczególnie po tej, do której się często nie zagląda. Nowe miejsce to nowi ludzi i nowa energia. Ważne, by nie jechać nigdzie z aroganckim nastawieniem, że oto ja, uznany reżyser czy reżyserka, pokażę wam teraz na prowincji prawdziwy teatr. To jest pułapka i chyba w nią nie wpadłem.

18843_Balladyna_1

Musiałeś pokonać jakieś przeszkody?
– 
Powiedzmy, że z powodów estetycznych, musieliśmy wywrzeć presję co do środków jakich chcieliśmy użyć. I to jest dobre, bo często prowadzi do nieodwracalnej zmiany w instytucji i inni mogą mieć potem łatwiej. Ale to były też problemy natury, nazwijmy je, organizacyjnej. Bo jeśli robimy casting dla niepełnosprawnych i później zapraszamy ich na wielogodzinne próby, to jest dość jasne, że wypadałoby opiekunom tych osób zaproponować kawę czy herbatę. Musieliśmy na to zwrócić uwagę.

Czyli rzeszowski wózek pchało się z trudem.
– 
Tak, dlatego nie zdążyliśmy na Boską.

Aktorzy pchali go z tobą?
– 
Nie wszyscy, niektórzy udawali, że pchają.

Potem zrobiłeś „Grażynę” w Teatrze im. Ludwika Solskiego w Tarnowie.
– 
Miałem na nią pomysł zainspirowany serialem „Homeland”, gdzie główną bohaterką jest szpieg, agentka CIA. Pomieszałem więc „Grażynę” z „Konradem Wallenrodem”, dodałem „Homeland” i wyszedł nam, zdaje się, bardzo udany spektakl o kobiecie. Chcieliśmy też, konsekwentnie realizując nasz romantyczny tryptyk, by rzecz się działa na boisku do koszykówki.

W „Grażynie” bardzo ważny jest tarnowski chór GOS.PL prowadzony przez Annę Podkościelną-Cyz. Kiedy go zobaczyłem i usłyszałem w jakiejś salce katechetycznej, od razu włączył mi się amerykański filtr. Zobaczyłem „Palindromy” Todda Solondza, amerykańską prowincję i fantazję na temat ludzi, którzy spotykają się po pracy, by wspólnie muzykować. Tarnowski chór śpiewał o Panu Jezusie, a ja słyszałem amerykański song. W naszym spektaklu wyśpiewuje przebieg bitwy z krzyżakami, a w trakcie tego jest mecz koszykówki.

5562e0b19f097_o,size,933x0,q,70,h,8b3501

Mówisz, że włączył ci się amerykański filtr, ale czy ty go kiedykolwiek wyłączasz?
– 
Nikt go chyba nigdy do końca nie wyłącza, bo wszyscy jesteśmy – czy nam się to podoba, czy nie – ukształtowani przez amerykańską popkulturę, szczególnie kino. Ale „Wesela” zdecydowałem się nie robić w Ameryce, będzie w Belfaście.

Jak widzowie w Rzeszowie i Tarnowie reagowali na twoje spektakle?
– 
Publika rzeszowska chyba nie pokochała „Balladyny”, też dlatego, że ten spektakl był dla niej za długi. Z kolei w Tarnowie „Grażyna” często grana jest rankami, dla szkół, więc zdarza mi się dostać od aktorów esemesy około trzynastej, że są już po drugiej owacji na stojąco.

Pracując w Rzeszowie i Tarnowie przypomniał mi się mój początek w Kielcach. Kiedy robiłem tam „Samotność pól bawełnianych”, była ona dla ówczesnej widowni Teatru im. Stefana Żeromskiego szokiem, ale potem znaczna część kielczan zaczęła się snobować – w dobrym sensie tego słowa – na „awangardę”. „Samotność…”, a potem kolejne spektakle, choćby Joli Janiczak i Wiktora Rubina, zdobyły swoją wierną publiczność.

„Dziady” miały przyjęcie, jak żaden inny spektakl w ostatnich latach. Okrzyknięto je arcydziełem, zdobyły nagrody i objechały cały kraj. „Balladyna” została przyjęta chłodno, a „Grażyna”, mimo nagrody na „Klasyce żywej”, przeszła jednak niezauważona. Też masz takie poczucie?
– 
Mam. I myślę, że zadecydowała odległość. Nikomu się nie chciało jechać do Tarnowa. Może w nowym roku paru krytyków się pofatyguje, by ją zobaczyć.

Rok temu dostałeś za „Dziady” Paszport „Polityki”. Coś ci dał?
– 
Wiarygodność, rozpoznawalność i trochę więcej propozycji.

A propozycja wyreżyserowania „Wesela” w Teatrze Śląskim kiedy przyszła?
– 
Jeszcze na Festiwalu „Interpretacje” w Katowicach w 2014 roku, gdzie dostałem od Teatru Śląskiego Nagrodę Wyspiańskiego i zaproszenie do współpracy. Robert Talarczyk, szef Śląskiego, chciał „Wesele”, więc je robimy. I znów jestem w teatrze, w którym pracuję po raz pierwszy.

Dlaczego „Wesele” będzie irlandzkie?
– 
Kiedy byłem po raz pierwszy na Nikiszowcu, od razu zobaczyłem chłopców w brytyjskich mundurkach i Beatlesów. Potem przeczytałem w „Dużym Formacie” fragmenty reportażu Aleksandry Łojek o Irlandii Północnej i sięgnąłem po jej, wydaną przez Czarne, książkę „Belfast. 99 ścian pokoju”. Wtedy wiedziałam, że „Wesele” będzie o Irlandii Północnej, i że postaciom Wyspiańskiego dopiszemy biografie bohaterów „Belfastu”. Mam ciągle ochotę na podszywanie się, na najlepiej rozumianą podmianę, bo ona może z powodzeniem – co pokazały „Dziady” – uniwersalizować nasze polskie tematy.

f4ec8e453cf6d59a7cdcd19ddb601cc8da24bd91

„Wesele” jest w gruncie rzeczy o dwóch grupach: chłopach i panach, czyli inteligencji. Nic innego tam nie ma – tylko chłopi i panowie. I między nimi trwa rozmowa. Czasem ostra, jak w Irlandii Północnej między republikanami i rojalistami, między katolikami i protestantami. Może „Wesele” jest tekstem, który udźwignie cudze dylematy?

W jakich czasach będzie się rozgrywało?
– 
Stylizacja wskazywałaby na lata siedemdziesiąte, w których działy się „The Troubles”, ale książka Aleksandry Łojek jest o tym, gdzie są dzisiaj bohaterowie tamtych wydarzeń. Gdzie są kaci, a gdzie ofiary i jak to się dzieje, że kat wychodzi czasami na porządnego człowieka, a ofiara nie. Jeśli uda nam się tym arcypolskim dziełem opowiedzieć niepolską historię to będziemy szczęśliwi.

W Katowicach również ogłosiłeś casting. Tym razem na „typ irlandzki”. Znalazłeś na Śląsku bladych i rudych chłopców?
– 
Oczywiście, w dodatku tańczących! Bo, jak to na weselu, tańczyć będziemy sporo, ale do nieco innych niż jesteśmy w Polsce przyzwyczajeni melodii. Zresztą nie tylko tańczyć, ale więcej nie powiem. Trzeba przyjść do Teatru Śląskiego i zobaczyć. Chciałbym, żeby widzowie, oglądając nasz spektakl i patrząc na historię, która dzieje się w Belfaście, zobaczyli swoją własną. Żeby odpowiedzieli sobie na pytanie: czy wesele może uratować naród i czy może doprowadzić do pojednania?

860f78f5f93ed567a2950696d6999e1aafa7210e

„Wesele” jest kolejnym przedstawieniem, które robisz ze swoją ekipą, do której należą wspomniani już Anna Maria Karczmarska (scenografia i kostiumy) oraz bracia Michał i Piotr Lisowie (muzyka i wideo). Jeszcze się sobą nie znudziliście?
– 
Nie tylko się nie znudziliśmy, ale nadal potrafimy się zaskakiwać. Dlatego ciągle razem pracujemy. Poza tym pomaga nam na pewno to, że tworzymy ciągle w nowych teatrach, z nowymi dla nas zespołami i może na szczęście nie ciągniemy ze sobą żadnej ekipy aktorskiej.

A aktorzy Śląskiego poszli za wami?
– 
Cztery osoby nie chciały z nami iść i odeszły, co jest zupełnie zrozumiałe. Nie ma sprawy. Zostaliśmy więc z tymi, którzy chcą i pracujemy dzielnie.

Może po prostu niektórzy nieufnie podchodzą do estetyki teatralnej, której się w ich teatrze zwykle nie uprawia?
– 
Mnie się zdaje, że rzecz nie jest w estetyce, tylko w pułapie możliwości. I nie chodzi o to, że ktoś nie może wysokiego pułapu osiągną, tylko o to, że nie chce. A tak nie można, nie można się nie zmieniać.

Pełna zgoda. Udowodniła to swoją „Morfiną” Ewelina Marciniak, która zaraz po tobie robi w Teatrze Śląskim spektakl o Leni Riefensthal. Czujesz, że uczestniczysz w rozwibrowywaniu tej skostniałej sceny?
– Czuję, ale tego nie lubię. Przychodzę z czystymi intencjami – chce zrobić spektakl. Wszystko, co się ewentualnie wydarzy obok jest dodatkiem. Nie zajmuję się reformowaniem teatrów, ale poszukiwaniami artystycznymi, których celem jest przygotowanie przedstawienia.

Myślisz, że śląska, konserwatywna publiczność pokocha teatr Rychcika?
– 
Jeśli tylko uwierzy w to, że miłość dwojga ludzi może pogodzić zwaśnione strony konfliktu, to tak. Tym bardziej, że może czytać „Wesele” przez historię własnego regionu, która jest w dużej mierze o dwóch walczących ze sobą stronach, ale ja tego nie powiedziałem.

CZYTAJ TAKŻE TO

_____

Radosław Rychcik (rocznik 1981) jest reżyserem teatralnym. Ukończył filologię polską na Uniwersytecie Warszawskim i reżyserię dramatu na PWST im. Ludwika Solskiego w Krakowie. Był asystentem Krystiana Lupy. Od 2008 roku wyreżyserował 17 spektakli w teatrach Krakowa, Kielc, Warszawy, Wałbrzycha, Szczecina, Poznania, Rzeszowa i Tarnowa. Jest laureatem kilku nagród, wśród nich Lauru Konrada i Paszportu „Polityki”. Uznanie przyniósł mu zrealizowany w 2009 roku Teatrze im. Stefana Żeromskiego w Kielcach spektakl „Samotność pól bawełnianych”, który zarejestrowała kilka lat później i wyemitowała TVP Kultura, a wyreżyserowane przez niego w 2014 roku w Teatrze Nowym w Poznaniu „Dziady” stały się sensacją sezonu i jednym z najgłośniejszych spektakli ostatnich lat. Obecnie w Teatrze Śląskim w Katowicach pracuje nad „Weselem” Stanisława Wyspiańskiego. Premiera 8 stycznia.

_____

© Mike Urbaniak
Fot. Piotr Lis/Jakub Wittchen/Tadeusz Poźniak/mat. pras.

Zwykły wpis
REŻYSERZY/REŻYSERKI

Słowa mają moc

38440_1534082040725_4388325_n

Na drugim roku studiów filologicznych poszedłem do Teatru Rozmaitości na „Magnetyzm serca” Grzegorza Jarzyny. Po spektaklu wiedziałem już kim chcę być. Z Radosławem Rychcikiem rozmawia Mike Urbaniak.

Czy wyście powariowali? Wszyscy robią teraz „Dziady”!
– Szaleństwo nie ma tu nic do rzeczy, chodzi o kasę. Ministerstwo Kultury ogłosiło konkurs „Klasyka żywa” i się zaczęło. Robi się to, na co są pieniądze. Chciałem robić w Teatrze Nowym w Poznaniu „Taksówkarza”, ale skoro jest zapotrzebowanie na polską klasykę, to trzeba było walnąć z grubej rury – stąd „Dziady”.

A sam z siebie nie myślałeś o wyreżyserowaniu „Dziadów”?
– Nie, przynajmniej nie teraz. Myślałem o nich jako o czymś na kiedyś.

Dlaczego?
– Bo może jeszcze za wcześnie, nie ten moment. Poza tym podobałem się sobie w tej aspiracji, bo to oznaczało, że mam przed czymś respekt.

Nasze romantyczne arcydzieło jest koszmarem polskich uczniów, którzy katowani są przez nauczycieli jednymi słusznymi interpretacjami i uczą się na pamięć fragmentów utworu. Ty w szkole też byłeś torturowany na lekcjach polskiego?
– Ja byłem jednak zawsze trochę inny. Nikt mnie nie katował, bo uwielbiałem romantyzm. Chciałem być poetą i te „Dziady” sam sobie recytowałem chodząc z książką po parku. Ale masz rację, że młodzi ludzie nie mają chyba dobrych wspomnień z Mickiewiczem, który ich albo nudzi, albo jest niezrozumiały i archaiczny. Dlatego w celu przywołania przyjemnych wspomnień ze szkolnych czasów poprosiłem rodziców, przygotowując się do reżyserowania „Dziadów”, o kasetę wideo z mojej studniówki. Puściłem ją aktorom na próbie.

Zmarli ze śmiechu?
– Prawie.

Pamiętam, że w liceum też robiliśmy „Dziady” i one były oczywiście w konwencji: półmrok, prześcieradła, znicze. Nie umiemy zrezygnować z tej jedynej słusznej opcji inscenizacyjnej?
– Rzeczywiście, kiedy googlujesz „Dziady”, połowa wyników to plakaty teatralne, a druga połowa to różne szkolne – nazwijmy je – szopki w stylu prześcieradło ze świecami. Ale można mieć w tym wszystkim nadal fajne wspomnienia. Nie siedziałeś z jakimś fajnym kolegą pod tym prześcieradłem?

Z tobą bym posiedział.
– Proszę bardzo i zobacz ile ciekawych skojarzeń możemy wokół nabudować; mała przestrzeń konspiracji, zabawa po lekcjach, tajne bractwa, Stowarzyszenie Umarłych Poetów, wspólnota, tajemnica.

W szkole nie skończyła się, jak mniemam, twoja przygoda z „Dziadami”, bo studiowałeś potem filologię polską na Uniwersytecie Warszawskim. Nadal czytałeś Mickiewicza w parku?
– Nie, ale pamiętam wspaniałe wykłady, nieżyjącego już niestety, prof. Eligiusza Szymanisa, fenomenalnego pedagoga, który powtarzał, że Mickiewicza nikt nie rozumie, bo on mówi, że zbawienie jest nie z tego świata, a my zawsze czytamy wszystko dosłownie.

A dlaczego w ogóle poszedłeś na polonistykę?
– Żeby być poetą, ale szybko się zorientowałem, że to jest jednak zbyt niszowa sprawa. Pamiętam, że chodziłem razem z Marcinem Cecko na różne konkursy jednego wiersza i zawsze je wygrywał Marcin, ja byłem tuż za nim. Na drugim roku studiów poszedłem do Teatru Rozmaitości i zobaczyłem „Magnetyzm serca” Grzegorza Jarzyny. Po spektaklu wiedziałem już kim chcę być.

I zdałeś na reżyserię.
– Jeszcze nie, zacząłem najpierw chodzić do teatru.

Wcześniej nie chodziłeś?
– Nie, moja działdowska prowincja uchroniła mnie przed teatrem, ale odbiłem sobie na studiach. Chodziłem nieustannie i wszędzie. Byłem nawet przez rok bileterem w Teatrze Studio za czasów Zbigniewa Brzozy.

Co ci się podobało?
– Wiadomo, Jarzyna i Warlikowski. To był ten czas: nowość, szaleństwo, konflikt młodych i starych, awangarda, po bandzie. Nie będę nawet wspominał tych magicznych momentów wielogodzinnego oczekiwania z książką w ręku i słuchawkami w uszach po wejściówki. To była kompletna fascynacja. Dlatego napisałem pracę magisterską o Warlikowskim i w końcu poszedłem na reżyserię.

Dlaczego do Krakowa?
– Bo wiedziałem, że tam się to dzieje, że tam trzeba być, a nie w Warszawie. Byłem na roku z Krzysiem Garbaczewskim i Szymonem Kaczmarkiem.

Były „Dziady” w szkole teatralnej?
– Ja nic z nimi nie robiłem, był za to Słowacki. Chociaż tyle.

Za co ty tak lubisz romantyzm?
– Za to, że jest w nim tęsknota za mówieniem do siebie pięknie, za mówieniem wierszem, mówieniem długo, pozwoleniem sobie na celebrowanie słowa. Czyż to nie są wystarczające powody?

Jaki chciałeś robić teatr?
– Dowiedziałem się tego, kiedy, jeszcze na studiach, pojechaliśmy z Krzyśkiem Garbaczewskim na zaproszenie dyrektora Tomasza Koniny do Teatru im. Jana Kochanowskiego w Opolu. Ja robiłem „O lepszy świat” Rolanda Schimmelpfenniga, a Krzysio „Chór sportowy” Elfriede Jelinek, premiery były zaplanowane dzień po dniu. Podczas pracy okazało się, że ja do końca nie wiem jak, że coś nie gra. Aktorzy zaczęli panikować i na dwa tygodnie przed premierą dyrektor Konina odebrał mi reżyserię.

Załamałeś się?
– Kompletnie, to był cios. Popłakałem się po tym okropnie, nie mogłem się pozbierać. Zacząłem się zastanawiać czy w ogóle potrafię reżyserować czy nie, czy umiem sklecić spektakl. Na szczęście mogłem wrócić do szkoły i się pozbierać. Postanowiłem zmienić wszystko, sposób pracy, podejście i wyreżyserowałem w Teatrze Nowym w Krakowie „Versus” Brechta.

A na premierę Garbaczewskiego pojechałeś?
– Oczywiście i pierwszy zerwałem się do braw.

„Versus” w Nowym uważasz za swój debiut?
– Tak, choć wcześniej zrobiłem jeszcze blogi.pl w Starym Teatrze. Ale prawdziwe przyjemności pojawiły się w dopiero Teatrze Dramatycznym w Warszawie.

Zaprosił cię Paweł Miśkiewicz?
– Tak, znaliśmy się, bo był moim profesorem na PWST. W Dramatycznym najpierw zrobiłem „Fragmenty dyskursu miłosnego” i rok później „Madame Bovary”.

Twoja praca w Teatrze Dramatycznym nie była łatwa. Ścierałeś się ostro z dyrekcją, prawda?
– Rzeczywiście łatwo nie było. Po raz pierwszy zostałem postawiony w sytuacji, w której dyrektor artystyczny każe mi coś zmieniać w spektaklu. Ten konflikt zakończył się naszą wygraną, bo dyrektorowi powiedziałem, że zmieniamy, a z zespołem ustaliliśmy, że nie zmieniamy. To była oczyszczająca konfrontacja.

Między obydwoma zrobionymi przez ciebie spektaklami w Dramatycznym, wyreżyserowałeś w Teatrze im. Stefana Żeromskiego w Kielcach „Samotność pól bawełnianych” Koltèsa. Ta inscenizacja przyniosła ci duży rozgłos i zabrała cię w świat. Jak trafiłeś do Kielc?
– Przyjechał do mnie Władek Jankowski, wtedy szef impresariatu teatru i zaczął mnie namawiać, żebym odwiedził Kielce. Napiliśmy się wódki, skusiłem się. Był tam jeden aktor, którego znałem ze szkoły czyli Wojtek Niemczyk. Pomyślałem, że wezmę jeszcze Tomka Nosińskiego, coś tam szybko zrobimy i spadamy.

Tymczasem…
– Okazało się, że odpaliliśmy małą bombę z czego zdałem sobie sprawę na drugiej próbie generalnej. Spektakl stał się rzeczywiście głośny, a my pojechaliśmy z nim w tournée po Stanach Zjednoczonych i Kanadzie.

A ty, po powrocie do ziem ojczystych, pognałeś prosto do rozgrzewającego się Teatru Dramatycznego w Wałbrzychu robić „Łyska z pokładu Idy”.
– To był wspaniały czas. Super miejsce, super ludzie, super energia. Strzępka z Demirskim pracowali wtedy, równolegle z nami, nad „Był sobie Andrzej Andrzej Andrzej i Andrzej”. Sebastian Majewski totalnie nam ufał, panowała tam zupełna wolność.

Gustaw Morcinek należy do panteonu śląskich pisarzy. Stresowałeś się, kiedy jechałeś z „Łyskiem” na festiwal Interpretacje do Katowic?
– Nie, dlatego, że zanim zacząłem pracę nad tym spektaklem postanowiłem nie udawać, że jestem znawcą Śląska, kopalni i tak dalej. I, zobacz, ten nieodpowiedzialny gest spowodował, że się udało.

Udało to mało powiedziane. Zdobyłeś Laur Konrada!
– Bardzo się ucieszyłem, bo pamiętałem, kto tę nagrodę dostał przede mną.

I wróciłeś do Kielc, by tym razem zrobić „Hamleta”.
– Z którego nie jestem do końca zadowolony, ale wiem, że wielu się podobał. Wygrał nawet konkurs na najlepszą inscenizację dzieł Szekspira.

Dwa lata temu, za zamówienie Muzeum Powstania Warszawskiego, stworzyłeś znakomity spektakl „Powstanie”. To było duże wyzwanie?
– Było, ale od razu podjąłem decyzję, że nie grzebiemy z księgach, nie studiujemy wszystkich dzienników i zapisków powstańczych, bo i tak tego nie ogarniemy. To by było bez sensu. Powiedziałem aktorom, że mamy do zapisania czystą kartę i musimy sobie odpowiedzieć na pytanie: co my, młodzi ludzie, wiemy dzisiaj o powstaniu?

Męczysz w tym spektaklu aktorów niemiłosiernie. Zresztą nie tylko w tym. Dlaczego?
– Bo aktorzy, zdradzę ci w tajemnicy, uwielbiają być męczeni. To sprawia, że wychodząc z próby czują, że nad czymś pracują.

Twoje spektakle są też niezwykle emocjonalne. Są nawet tacy, którzy uważają, że emocje w teatrze Rychcika są ponad wszystko. Zgadzasz się?
– A po co innego chodzić do teatru, jeśli nie po przeżywanie emocji? Teatr to żywy organizm, spotkanie oko w oko z żywym człowiekiem. W kinie możesz rzucić pomidorem w ekran, a w teatrze? To jest właśnie jego siła.

W większości twoich spektakli gra Tomasz Nosiński. Do niedawna aktor Teatru im. Stefana Żeromskiego w Kielcach, dzisiaj w zespole Teatru Nowego w Poznaniu. Jak się poznaliście?
– W szkole teatralnej. Tomek był rok wyżej na Wydziale Aktorskim. Zaprzyjaźniliśmy się, spędzaliśmy ze sobą sporo czasu, ale nie pracowaliśmy razem. Zagrał u mnie dopiero po studiach. Pierwszym naszym spektaklem był „Versus”. Nie wiem jaka jest tajemnica naszej przyjaźni. Myślę, że ciągle sobie imponujemy, ciągle chcemy coś udowodnić. Nie będę tu leciał teraz banałami, jakim to Tomek jest wspaniałym aktorem, bo to oczywiste, ale bez wątpienia jest bardzo ważny w moich spektaklach, uwielbiam go na scenie. W „Dziadach” zagra Guślarza.

Obok którego zrobiłeś też miejsce dla Martina Luthera Kinga czy Malcolma X. Skąd ten pomysł?
– Uważam, że to tekst, który ma coś powiedzieć nie tylko o nas, ale także o innych i byłoby wspaniale popatrzeć na „Dziady” nie tylko przez nas, przez naszą historię, przez nasze traumy. Może się wtedy okazać, że to jest dzieło o przesłaniu uniwersalnym, że nie jest uwięzione na polskim podwórku. Mickiewicz to słowa, wielka moc słów. One mogą zmienić świat. Podobnie uważał Martin Luther King.

_____

Radosław Rychcik (rocznik 1981) jest reżyserem teatralnym. Ukończył filologię polską na Uniwersytecie Warszawskim i reżyserię dramatu w PWST im. Ludwika Solskiego w Krakowie. Był asystentem Krystiana Lupy. Od 2008 roku wyreżyserował 12 spektakli w teatrach Krakowa, Kielc, Warszawy, Wałbrzycha, Szczecina i Poznania. Jest laureatem kilku nagród, wśród nich Lauru Konrada dla najlepszego reżysera za „Łyska z pokładu Idy” (Teatr Dramatyczny w Wałbrzychu). Największy rozgłos przyniósł mu zrealizowany w Teatrze im. Stefana Żeromskiego w Kielcach spektakl „Samotność pól bawełnianych”, który zarejestrowała TVP Kultura. Obecnie pracuje nad „Dziadami” Adama Mickiewicza, których premiera jest zaplanowana na 22 marca tego roku w Teatrze Nowym w Poznaniu.

_____

© Mike Urbaniak | Fot. Michał Korta

Zwykły wpis
AKTORZY/AKTORKI, DYREKTORZY/DYREKTORKI, REŻYSERZY/REŻYSERKI

Nowa Sodoma

1050429

Niedawno ogłosił, że Kraków nie jest już polską stolicą kultury, czym doprowadził do szału lokalny establiszment i władzę. Po co? „Żeby coś się zmieniło, trzeba szturchać, kopać, gryźć. Do skutku!”. Z Piotrem Siekluckim rozmawia Mike Urbaniak.

Lubisz przypieprzyć.
– Lubię. To jest bardzo ważne w takim mieście jak Kraków, gdzie wszystko jest grzeczne i ułożone. Stary porządek trzeba rozwalać. Oczywiście drzwi, które wyważamy, w Warszawie już dawno wypadły z zawiasów, a w Krakowie nadal są zamknięte.

Kto trzyma klucze?
– Lokalna, mieszczańska elita. Polityka kulturalna magistratu w ostatnim czasie uległa zmianie, głównie za sprawą Magdaleny Sroki, ale jeszcze do niedawna była zatrważająca. Niestety, pomimo wielkiej charyzmy pani wiceprezydent nie wszystko udaje się zmienić. Krakowskie instytucje kultury to beton! Weźmy jeden z miejskich teatrów, gdzie od lat obowiązki dyrektora pełnił pewien poseł PO, który ogłosił, że idzie na emeryturę, i namaścił kolegę na swojego następcę. Tak się zostaje szefem instytucji kultury w Krakowie: namaszczenia, koleżeństwo, brak konkursów. I jeszcze pół biedy, gdyby dyrektorem została jakaś wybitna postać, która artystycznie namiesza, zmieni oblicze tego teatru. Dyrektorzy w teatrach Słowackiego, Bagatela, Ludowego czy Groteska siedzą po dziesięć, piętnaście, dwadzieścia lat w swoich fotelach. A to, co proponują, wstyd czasem oglądać!

Dlatego ogłosiłeś manifest „0 kulturę obywatelską”, którego pierwsze zdanie brzmi „Kraków nie jest stolicą kultury”? Wywołałeś tym w zeszłym tygodniu furię kulturalnego establiszmentu miasta.
– Manifest został ogłoszony po to, żeby wstrząsnąć środowiskiem kulturalnym, wywołać debatę i pokazać, że w krakowskiej kulturze nie jest tak kolorowo, jak to widzi choćby Bartosz Szydłowski, szef Teatru Łaźnia Nowa. Z jednej strony mamy wielkie, świetne i bez wątpienia potrzebne festiwale z ogromnymi budżetami, a z drugiej organizacje pozarządowe, które wiodą ciężki żywot. Poza tym kultura w Krakowie jest kołtuńska, konserwatywna i katolicka. Wystarczy spojrzeć na repertuar naszych scen teatralnych, to jedna wielka słabizna.

Dlatego postanowiłeś założyć teatr?
– Powodem była chęć realizowania własnych pomysłów artystycznych. Spotkałem na swojej drodze wielu fantastycznych ludzi, z którymi stworzyliśmy teatr. Przede wszystkim Janusza Marchwińskiego, właściciela gejowskiego klubu Cocon, byłego redaktora Radia Wolna Europa. Spotkaliśmy się przypadkiem, po zobaczeniu którejś mojej realizacji Janusz zaproponował mi oddanie kilkuset metrów w piwnicach klubu i powiedział: „Rób teatr!”.

Ale zanim się poznaliście i zanim w 2006 r. powstał Teatr Nowy, ty już działałeś niezależnie na polu artystycznym. Pamiętam twój debiut sprzed dziesięciu lat. To był spektakl „Griga obchodzi imieniny” według Czechowa. Graliście w ciasnej salce klubu Alchemia na Kazimierzu.
– Tak, to był początek. Chcieliśmy, studenci szkoły teatralnej, zrobić coś swojego, bo na uczelni było strasznie nudno. Na drugim roku postanowiliśmy z Dominikiem Nowakiem i Anetą Wirzinkiewicz zrobić spektakl, który będzie dowcipny i spodoba się naszym znajomym.

I obraziła się na was Anna Polony.
– Po spektaklu zwróciła się do widowni złożonej ze studentów PWST i rozkazała wszystkim natychmiast wyjść. Mówiła, że jej uczniowie nie mogą tak haniebnie grać i znieważać sztuki. Poczuła się chyba dodatkowo urażona zdaniem, że „aktorzy nic nie robią, ale ruble biorą”. Kiedy ono padło, spojrzeliśmy na nią i wszyscy gruchnęli śmiechem. Na tym spektaklu była także Agnieszka Mandat, ówczesna dziekan Wydziału Aktorskiego, i skończyło się tym, że rada wydziału zakazała nam grać „Grigę”.

Podporządkowaliście się zakazowi?
– A skąd! Graliśmy po kryjomu. Po dwóch latach pojechaliśmy z „Grigą” na festiwal Zdarzenia do Tczewa, w którego jury zasiadał Jerzy Stuhr. Zmroziło nas, ale cóż, trzeba było zagrać. Stuhr się zachwycił spektaklem i wysłał nas na Festiwal Szkół Teatralnych do Łodzi, gdzie zebraliśmy świetne recenzje i – jak pisała prasa – spektaklem uratowaliśmy honor PWST. „Grigę” gramy już dziesięć lat.

Urodziłeś się i wychowałeś we Wrocławiu. Dlaczego tam nie zostałeś?
– Chciałem. Zaraz po maturze zdawałem na tamtejszy Wydział Aktorski, ale mnie nie przyjęli. Bardzo się wówczas przyjaźniłem ze wspaniałym aktorem i moim mistrzem Igorem Przegrodzkim. Byłem przekonany, że to mi otworzy wszelkie drzwi.

Nie otworzyło.
– Na egzaminie odpadłem w pierwszym etapie.

Szok?
– Totalny. Nie mogłem w to uwierzyć. Igor twierdził, że nasza przyjaźń mi zaszkodziła, bo środowisko – jak wiadomo – jest wredne i pewnie mnie upupili ze względu na niego.

A może po prostu byłeś nieprzygotowany?
– Może, może byli lepsi.

I co dalej?
– Zapisałem się do studium teatralnego, ale strasznie mnie irytowało. Wszyscy tam byli przekonani, że są świetni, tylko przez przypadek nie dostali się do szkoły aktorskiej.

Czyli pasowałeś tam jak ulał.
– Niech będzie. W każdym razie po roku zdawałem poraź drugi. Tym razem do Wrocławia i Krakowa. Dostałem się i tu, i tu. Wybrałem Kraków.

Dlaczego poszedłeś na aktorstwo, a nie na reżyserię?
– Bo chciałem być aktorem, reżyseria w ogóle mnie nie interesowała. Chciałem być jak Igor Przegrodzki. Ubierałem się jak on, czesałem się jak on, próbowałem nawet naśladować jego sposób mówienia.

Przecież on miał 70 lat, a ty niespełna 20.
– Ale co może wiedzieć 18-letni chłopak? Byłem w niego zapatrzony i koniec. Może dlatego nie przyjęli mnie za pierwszym razem do szkoły aktorskiej, bo stanął przed nimi nastolatek, który zachowywał się jak stary dziad.

Krakowska PWST była dla ciebie zwykłą zawodówką czy czymś więcej?
– Zawodówką, którą skończyłem z przyjaźnią z Edwardem Lubaszenką. Edward przyszedł na „Grigę”, zakochał się w tym spektaklu, dał nam 5 tys. zł i powiedział: „Róbcie drugą część”. Zrobiliśmy nie tylko to, ale także kilka innych spektakli z Edwardem oraz wspaniały koncert muzyki rosyjskiej i radzieckiej. Ach, zapomniałbym! Szkoła to także wspaniały Bogdan Hussakowski, który potem otwierał Nowy Teatr spektaklem „Pan Jasiek”.

Liczyłeś po szkole na jakiś wymarzony etat?
– Przed tym najgorszym z możliwych scenariuszy uratował mnie Rafał Kmita, który zaproponował mi wzięcie udziału w spektaklu „Aj waj!, czyli historie z cynamonem”, co pozwoliło mi się uniezależnić finansowo. Zarabiałem naprawdę sporo pieniędzy. Moje miesięczne dochody wynosiły nieraz tyle, ile roczna dotacja z magistratu dla naszego teatru.

Czyli?
– Około 10 tys. zł na rok. Teraz dostajemy niewiele więcej.

Teraz dostajecie z miasta 100 tys. rocznie, czyli 10 razy więcej.
– No dobrze, ale to jest nic w porównaniu z innymi teatrami w Krakowie. A robimy dużo i ciekawie. Ze 100 tys. konkurujemy ze scenami, które mają milionowe dotacje. I wypadamy całkiem nieźle.

Mówisz o teatrach publicznych, które działają na innych zasadach. Teatr Nowy jest organizacją pozarządową i ma coś, czego nie mają inne miejskie sceny – kompletną niezależność.
– To prawda, żyjemy poza urzędniczą cenzurą. Dlatego też mamy w magistracie taką opinię, jaką mamy.

Czyli?
– Pedały i skandaliści.

Zacznijmy od pedałów. Siedzibę macie w budynku klubu gejowskiego.
– Ale jakie to ma znacznie, gdzie jest nasza siedziba? Liczy się to, co robimy. Nasz pierwszy pedalski spektakl, czyli „Lubiewo”, wystawiliśmy po sześciu latach działalności. Czy szanowny krakówek zauważył u nas poetyckie sztuki Radka Rychcika, Marysi Spiss czy Szymona Kaczmarka? Kiedy na „Encyklopedię duszy rosyjskiej” przyszedł do nas Andrzej Wajda, powiedział, że słyszał sporo o naszym teatrze, ale same złe rzeczy. Był pod wielkim urokiem tego, co zobaczył. Poszliśmy potem razem na kolację. Z kolei nasz częsty gość Adam Michnik opowiadał, że kiedy wspomniał na jakimś spotkaniu w Krakowie, że wieczorem wybiera się do nas, usłyszał, że nie ma po co tam chodzić. I tak sobie w tej pedalskiej aurze żyjemy i tworzymy, choć większość kierownictwa naszego teatru to zaprzysięgli heterycy.

A może to wcale nie wina Krakowa? Bo – przechodząc do skandali – wywołujesz je także w innych miastach. Piotr Szczerski, dyrektor Teatru im. Stefana Żeromskiego w Kielcach, zerwał próby do „Draculi” w twojej reżyserii, bo chciałeś zawiesić różaniec na świńskim ryju.
– O wszystkim można rozmawiać, ale dyrektor Szczerski nie chciał. Zakończył próby i mi podziękował. Ale chciałem ci przypomnieć, że w Kielcach zrobiłem wcześniej kilka bardzo udanych sztuk, więc nie wiem, skąd ten brak zaufania i obruszenie.

To prawda. Twoje spektakle: „Pijany na cmentarzu” Hłaski, „Trans-Atlantyk” Gombrowicza czy „Nocą na pewnym osiedlu” Bergera były przez kielecką publiczność przyjęte bardzo dobrze.
– Ano właśnie, więc różaniec na świńskim ryju traktuję jako wymówkę, a nie prawdziwą przyczynę zakończenia mojej pracy w Kielcach.

A jaka była prawdziwa przyczyna?
– Może dyrektora Szczerskiego zmartwiły plotki, że zostanę jego następcą?

Dlaczego ty właściwie ciągle reżyserujesz, choć zaklinałeś się, że to cię nie kręci?
– Może dlatego, że nikt oprócz Hussakowskiego nie chciał mnie reżyserować.

Dlaczego?
– Nie wiem.

Nie zastanawiałeś się?
– Ale co chcesz, żebym ci powiedział, że jestem kiepskim aktorem?

Chcę, żebyś mi powiedział, dlaczego nikt nie chce cię reżyserować.
– Naprawdę nie wiem. Bo byłem problematyczny? Bo nie walczyłem o swoje? Bo nie chodziłem z reżyserami na wódkę? Bo mi się zwyczajnie nie chciało? Nie wiem, wybierz sobie którąś odpowiedź.

Może się ciebie boją?
– Myślisz?

Może masz reputację…
– Chuja?

Na przykład.
– To by się zgadzało, jestem zodiakalnym Koziorożcem.

I prowokatorem.
– Ja? Kiedy?

A kto maszerował w czerwcu zeszłego roku po Krakowie w stroju włoskiego carabinieri z dramaturgiem Tomaszem Kireńczukiem przebranym za papieża? W waszej procesji szła też europosłanka Joanna Senyszyn.
– Kraków ma długą tradycję procesji i my chcieliśmy z niej skorzystać. Katolicy mają Boże Ciało, a my nasze ciała.

Ja nie ma nic przeciw waszym procesjom i waszym ciałom. Chodzi mi tylko o to, że to było celowo zaplanowane wydarzenie, które miało wywołać w Krakowie skandal. Tyle.
– Nie!

Zaprzeczasz i się śmiejesz.
– Bo to jest dla nas naprawdę zabawa. Manifestujemy przy okazji to, co nas irytuje albo zwyczajnie doprowadza do szału. Joanna Senyszyn była tam przypadkowo, aczkolwiek muszę ci powiedzieć, że bardzo zaangażowała się w pomoc teatrowi, kiedy ignorowano nas przy rozdzielaniu grantów. Interweniowała w Ministerstwie Kultury, w krakowskim magistracie. I zadziałało! Bardzo jestem jej za to wdzięczny.

Lubisz szturchać ten skostniały Kraków, co?
– Żeby coś się zmieniło, trzeba szturchać, kopać, gryźć. Do skutku. Kto wie, może kiedyś przyjdzie do nas szef Wydziału Kultury, którego noga nigdy w Teatrze Nowym nie postała.

A Magdalena Sroka, wiceprezydent od kultury, była u was?
– Była i powiedziała po zobaczeniu „Lubiewa”, że to odważne jak na Kraków i że opinia o nas jest wiadomo jaka. Dodała, że nie wie, co chcemy osiągnąć naszymi prowokacjami, ale będzie nas wspierała, bo taka jest rola urzędnika odpowiedzialnego za kulturę. Cieszę się, że za kulturę w Krakowie odpowiada właśnie taka osoba.

Mądrze i uczciwie powiedziała. A może ty powinieneś się wynieść z Krakowa, skoro tak ci tam źle?
– Nie ma mowy! Zbyt dużo mamy tu do zrobienia. Budujemy naszą publiczność, która coraz chętniej do nas przychodzi. Bilety na „Lubiewo” mamy wyprzedane do marca. Nie wyobrażam sobie wyprowadzki stąd. Dowalam temu miastu, wkurwia mnie, ale jest moje i się nigdzie nie wybieram.

Ale tu masz nieustanne problemy. Nie mogłeś nawet znaleźć aktorów do „Lubiewa”. Wszyscy w Krakowie odmawiali?
– Tak, dostawałem najróżniejsze odpowiedzi: „Panie Piotrze, nie mogę. To jest wulgarne, obsceniczne, a ja mam żonę i dzieci” albo „To jest syf, nie literatura”. Inni wykręcali się brakiem czasu lub po prostu przestali odbierać telefon. Ale czemu się dziwić, skoro tekst jest wulgarny, teatr pedalski i ten potworny Sieklucki. W końcu musiałem wziąć aktorów z Wrocławia, z czym oczywiście nie było żadnych problemów.

„Lubiewo” dostało niedawno Grand Prix na Festiwalu Prapremier w Bydgoszczy, zostało pokazane na Boskiej Komedii w Krakowie i zaraz będzie je można zobaczyć w Teatrze IMKA w Warszawie. Ty poszedłeś za ciosem i zrobiłeś tym razem sztukę „Gniew dzieci” o pedofilii w Kościele katolickim.
– Nawet ksiądz Adam Boniecki uznał chyba, że trzeba nas zbawić, i przyszedł do nas do teatru na jedno ze spotkań w ramach „Sztuki gniewu”. Wziął udział w dyskusji „Czy w chrześcijaństwie jest miejsce na gniew?”. Podziwiam jego odwagę. Kiedy wszedł do mojego biura, rozejrzał się wokół, zobaczył figurę Matki Boskiej obok portretu Władimira Putina i powiedział: „No, to jestem w piekle”.

_____

Piotr Sieklucki urodził się w 1980 roku we Wrocławiu. Jest absolwentem Wydziału Aktorskiego Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej im. Ludwika Solskiego w Krakowie. Zadebiutował jako aktor i reżyser sztuką „Griga obchodzi imieniny”, którą wystawił pod szyldem Avant’ Teatr w 2002 r. w Krakowie. W 2006 r. założył na krakowskim Kazimierzu Teatr Nowy, którym kieruje do dziś. W latach 2007-2010 reżyserował w Teatrze im. Stefana Żeromskiego w Kielcach. Jego „Lubiewo” według prozy Michała Witkowskiego otrzymało w zeszłym roku Grand Prix na Festiwalu Prapremier w Bydgoszczy. W Krakowie uchodzi za prowokatora i skandalistę, a kierowany przez niego teatr za siedlisko zła i zepsucia.

_____

Rozmowa ukazała się w „Przekroju” 11.02.2013 r.

_____

© Mike Urbaniak | Fot. Adam Golec

Zwykły wpis
DYREKTORZY/DYREKTORKI, REŻYSERZY/REŻYSERKI

Nowy od nowa

14155_10201090959768655_807233355_n

Chciałbym spróbować znaleźć poznańską duszę, wejść do niej, zobaczyć, co się kryje pod wszystkimi pozorami, naszą słynną przedsiębiorczością oraz dobrym wychowaniem. Z Piotrem Kruszczyńskim rozmawia Mike Urbaniak.

Nie masz biurka?
– Jakoś się nie dorobiłem. Ale nie brakuje mi go. Nie jestem dyrektorem gabinetowym, spędzam czas, chodząc po teatrze. Lubię być blisko sceny.

Trudno się robi teatr w takim nudnym mieście jak Poznań?
– Spodziewałem się tego pytania. Tak, trudno. Poznań jest nudny i mieszczański, a ja sam jestem nudnym mieszczuchem.

A poważnie?
– Trudno być prorokiem we własnym kraju. Nie mam tu takiego dystansu do miasta, jaki miałem, kiedy tworzyłem teatr w Wałbrzychu. Tam byłem obcym, przybyszem z innego świata, zafascynowałem się miastem, robiłem o nim teatr. W Poznaniu żyję czterdzieści parę lat i mam to miasto w genach. Teraz muszę zapraszać ludzi z zewnątrz, żeby mi opowiedzieli, co się tu ich zdaniem dzieje.

Czyli jednak coś się dzieje?
– Myślę, że jakby podnieść te porzundne dywany, to znalazłoby się trochę fafołów, czyli paprochów. Zastanawiam się nad tym, czy Poznań nie potrzebuje swojej Elfriede Jelinek, która by pogrzebała w naszych pruskich duszach.

I?
– Wyciągnęłaby z nich jakieś demony.

Ale czy poznańska publiczność jest na to gotowa? Zaobserwowałem, że poruszenie na widowni wywołuje zwykłe ściągnięcie przez aktora spodni. Dodam, mającego majtki.
 Majtki w wielu miejscach w Polsce wywołują poruszenie, a tym bardziej ich brak. W Poznaniu mamy raczej do czynienia z aplauzem dla różnych aktorskich gestów. Wkurzam się, gdy widownia akceptuje tanie komediowe chwyty. Ale jeszcze bardziej wkurza mnie bezrefleksyjny aplauz dla hermetycznej artystowskiej wypowiedzi. A są reżyserzy, którzy się w tym specjalizują.

Pijesz do Krzysztofa Garbaczewskiego i jego głośnej ostatnio, wywołującej kontrowersje w Poznaniu „Balladyny”?
– Ktoś piszący o teatrze wyraził na Facebooku pogląd, że gdyby był dyrektorem teatru, to zbudowałby piwniczkę dla wybranych reżyserów. Mogliby się w niej komfortowo zamykać na dowolnie długi czas ze swoimi ulubionymi aktorami, ale pod jednym warunkiem: widzów by się tam nie wpuszczało wcale. Tak, irytują mnie skrajności w polskim teatrze. Nie godzę się na to, by za publiczne pieniądze produkować w teatrze komedyjki i farsy. Ale nie ma też we mnie zgody na robienie spektakli, które wynikają z chwilowej potrzeby wyrażenia siebie w sposób niezrozumiały dla odbiorców.

Wyczytałem gdzieś, że jesteś konserwatystą. To prawda?
– Nie. Jestem za tym, żeby teatr był komunikatywny, żeby twórcy starali się nawiązać kontakt z widownią, podejmowali z nią istotny dla obu stron dialog. Zamiast tego mamy często buńczuczne prowokacje. Też byłem młody i chciałem opowiedzieć o wszystkim, co siedzi w mojej głowie, rozumiem taką potrzebę. Jednak jako dyrektor publicznego teatru staram się dbać o wzajemną inspirację między sceną i widownią.

Dlaczego po maturze poszedłeś na architekturę?
– Dlatego, najprościej mówiąc, że jestem poznaniakiem. Urodziłem się w rodzinie, w której był i lekarz, i adwokat, i inżynier. A że przejawiałem talent artystyczny – dokładnie rzecz biorąc plastyczny – to trzeba było mnie posłać na jakieś przyzwoite studia, godne rodziny z inżynierami i adwokatami. Skoro rysuje, niech już rysuje, ale chociaż coś pożytecznego.

Czyli to nie był twój wybór?
– Dokonywałem go, kiedy miałem 16 lat, bo o dwa lata wcześniej poszedłem do szkoły. Trudno więc mówić w tym wieku o świadomych wyborach. Znajomy rodziny był architektem, uczył rysunku. Przekonał moich rodziców i mnie, że można się spełniać artystycznie przy projektowaniu mostów.

Dlaczego poszedłeś dwa lata wcześniej do szkoły?
– Uznano, że jestem wybitnie uzdolniony.

Sprawdziło się?
– Jak widać nie. Na uczelnię poszedłem jako nieświadomy 17-latek. Miałem, pamiętam, taki tymczasowy, czerwony dowód osobisty, z orłem bez korony.

Lubiłeś te studia?
– Bardzo. Wszyscy byli starsi ode mnie. Byłem takim beniaminkiem. Oczywiście niepijącym i niepalącym.

Oczywiście?
– Pijący i palący nieletni w Poznaniu? Nie do pomyślenia. Na studiach poznałem zwariowanych profesorów-artystów, którzy zburzyli mój pogląd na uporządkowaną edukację inżynierską. Byli wspaniali, nieco „przedwojenni”. Potem, już w szkole teatralnej, też miałem szczęście do starych dobrych nauczycieli. Byli wśród nich i Holoubek, i Zapasiewicz. To znaczący ludzie w moim życiu.

Kiedy pojawił się teatr?
– Tak na poważnie wraz z Jerzym Gurawskim, który uczył na architekturze i jako scenograf Grotowskiego był człowiekiem świetnie zorientowanym w teatrze. Anegdotami o Grocie sypał jak z rękawa.

A przed studiami miałeś jakieś teatralne ciągoty?
– Oczywiście były amatorskie próby teatralne. Pamiętam trudne rozmowy dyrektorki liceum z moją mamą, która usłyszała, że mam talent i powinno się mnie wysłać na wydział aktorski. No i zaczął się dramat. Matka porządna, ojciec porządny, a syn aktor? Tragedia.

Posłuchałeś rodziców.
– Tak, ale już po pierwszym roku architektury pojechałem potajemnie do warszawskiej szkoły teatralnej. Przesłuchał mnie Jan Englert i powiedział, że jestem okej. Chciałem nawet złożyć papiery, ale akurat wtedy mój ukochany dziadek dostał zawału i wylądował w szpitalu. Poszedłem go odwiedzić i on na szpitalnym łożu szepnął: „Tylko nie bądź aktorem, proszę cię”. Nie pojechałem na egzaminy.

Naprawdę tak powiedział?
– Przysięgam, choć sam był dość niestandardowym adwokatem, bo pisał wiersze i malował obrazy. Myślę, że w gruncie rzeczy to on zasiał we mnie tak zwaną artystyczną wrażliwość.

Dlaczego tak bardzo nie chciał, żebyś został aktorem?
– Widocznie uważał, że to nie jest wystarczająco twórcze, samodzielne. Dzisiaj się z nim zgadzam. Za dużo jest w zawodzie aktora przypadku i skazania na decyzje innych.

Dziadek przeżył ten pobyt w szpitalu?
– Jasne. Żył jeszcze wiele lat, a ja skończyłem architekturę.

Jaki był temat twojego dyplomu?
– „Analiza historyczna układów przestrzeni teatralnej z przykładem jej adaptacji w warunkach współczesnych. Dom – teatr”.

Skąd ten pomysł?
– Moi dziadkowie ze strony ojca mieli dom na poznańskiej Wildzie. Nazywał się „Willa Helena”, bo był zbudowany na cześć mojej prababci. Stwierdziłem, że jestem w stanie przeistoczyć ten dom w miejsce teatralne, i zrobiłem taki projekt.

Udało się?
– Na projekcie? Fantastycznie. W środku było miejsce na scenę kameralną z widownią na 100 osób, a na zewnątrz 300-osobowy amfiteatr. Zaprojektowałem też świątynkę Melpomeny. Dyplom złożyłem na ręce rodziców i wyprowadziłem się z domu, żeby zamieszkać w komunie. Najfajniejsze w tym moim buncie i ucieczce z domu było to, że codziennie rano mama przywoziła mi do tej komuny kanapki.

Co to była za komuna?
– Różni, bardzo kolorowi ludzie kręcący się wokół teatru. Była wśród nich dziewczyna, której bogaci rodzice oddali do użytku willę, no i myśmy w niej zalegli. Robiliśmy różne teatralne wydarzenia i w końcu z paroma osobami pojechałem zdawać na reżyserię do Warszawy. Miałem pod pachą „Peepshow” George’a Taboriego. Tą sztuką zainaugurowałem niedawno moją dyrekcję w Teatrze Nowym. Historia zatoczyła koło.

Jak było na studiach w Warszawie?
– Jako jedyny na roku człowiek spoza stolicy próbowałem się wkomponować w stołeczne realia, co nie było łatwe, bo pierwszy raz w życiu wyjechałem z Poznania. Od razu, na dzień dobry, usłyszałem od pani w szkolnym bufecie, że mówię z poznańskim akcentem.

Szkoła teatralna była tym, czym sobie wyobrażałeś, że będzie?
– Ja sobie w ogóle niczego nie wyobrażałem, bo jak można sobie wyobrazić coś tak abstrakcyjnego jak reżyseria? To, mam wrażenie, w ogóle nie jest zawód.

A co?
– Potrzeba opowiadania własnej historii i zarażania nią innych. Reżyseria jest przede wszystkim pasją i świetnie, kiedy ta pasja przynosi jakieś profity, które pozwalają z niej żyć. Ale nie zawsze jest tak różowo.

Po reżyserii wróciłeś od razu do Poznania. Dlaczego?
– Mam to miasto we krwi. Jeszcze podczas studiów uciekałem ze szkoły w jakieś poznańskie asystentury, bo tu mogłem praktycznie współuczestniczyć w robieniu teatru. Taką możliwość w Teatrze Nowym dał mi jego ówczesny dyrektor Eugeniusz Korin.

Ale dlaczego akurat wybrałeś Nowy?
– Bo jest wyjątkowy.

Dlaczego?
– Na nim się wychowywałem. Tu była Izabella Cywińska, wielka osobowość teatralna. Tu oglądałem pierwsze spektakle. Pamiętam, jak wielkie wrażenie zrobiła na mnie „Balladyna” w reżyserii Janusza Wiśniewskiego. Miałem wówczas 13 lat. Na tej scenie widziałem w czasach Peerelu rzeczy ważne i odważne. Od zawsze lubiłem być w tym teatrze. Tu mogłem jeszcze przed studiami podglądać na scenie próby z Tadeuszem Łomnickim. A poza wszystkim, jako człowiek porządny, wygodny i nielubiący się przemieszczać, wybrałem rodzinne miasto.

Nielubiący się przemieszczać? Przecież po skończeniu reżyserii jeździłeś nieustannie. Robiłeś spektakle w teatrach Gdyni, Gdańska, Kalisza, Gniezna, Jeleniej Góry, Warszawy, Krakowa, Wrocławia.
– Taki jest los reżysera.

Co to był za czas, ta tułaczka po kraju?
– Po szkole czekałem rok na debiut. W końcu zrobiłem sztukę „Fernando Krapp napisał do mnie ten list” Tankreda Dorsta w Teatrze Polskim w Poznaniu. Spektakl widziała Julia Wernio, która kierowała wtedy Teatrem Miejskim w Gdyni, i zaproponowała mi pracę. Pamiętam to uczucie: jadę do Gdyni, mam niesamowity zapał i energię, poznaję nowych aktorów, coś wspaniałego. Dostałem do tego wszystkiego piękny pokój w Orłowie. Pierwszego poranka wyszedłem na balkon – słońce, morze… I pomyślałem sobie: „Kurczę, tak chcę żyć”. Ale sielanka szybko się skończyła, bo przenieśli mnie do Domu Aktora, gdzie miałem pokój w piwniczce ze śmierdzącą wykładziną i grzybem.

Skąd się wziął w twoim życiu Wałbrzych?
– Z nieba. Zadzwonił do mnie Jacek Głomb i powiedział, że potrzeba dyrektora artystycznego w Teatrze Dramatycznym w Wałbrzychu i czy bym nie chciał.

Dlaczego zadzwonił do ciebie?
– Nie mam pojęcia, naprawdę. Myśmy się wtedy znali raczej słabo. Może pomyślał, że inżynier z menedżerską głową to dobra opcja? W każdym razie pojechałem najpierw ten Wałbrzych zobaczyć. Ruszyłem instynktownie w kierunku Katowic, bo przecież wiedziałem, że węgiel i kopalnie, choć nigdy tam nie byłem. Na szczęście coś mnie tknęło i zerknąłem na mapę. Wjechałem do innego świata. Bida tam była potworna. Na deski sceny kapała deszczówka i śmierdziało stęchlizną. Uznałem, że to naprawdę fajne wyzwanie, żeby się tym miejscem zaopiekować. Zanim jeszcze podpisałem umowę, wymyśliłem festiwal Wałbrzyskie Fanaberie Teatralne. Chciałem najpierw zobaczyć, jak ludzie zareagują na teatralne święto. Zareagowali super, przyszły tłumy. A kiedy Majka Kleczewska zrobiła „Lot nad kukułczym gniazdem”, to już wiedziałem, że mogę zwieźć tam z Poznania swoje kartony i walizki.

Czyli nie byłeś dyrektorem dojeżdżającym?
– Nie, przeprowadziłem się z całym majdanem do pokoju teatralnego na poddaszu teatru. Miałem wspólną łazienkę i kuchnię z aktorami. Tak żeśmy sobie żyli przez sześć lat.

Zostałeś dyrektorem podupadłego teatru w zdegradowanym mieście na końcu świata. Skąd wziąłeś pomysł na podźwignięcie tej sceny?
– Z ulicy. Chodziłem po mieście i rozmawiałem z ludźmi, a mieszkańcy Wałbrzycha byli bardzo otwarci i komunikatywni. Nazwałbym ten ich styl życia peerelowskim: wszyscy mają kupę czasu i integrują się przeciw siermiężnej rzeczywistości wokół. Gadałem w sklepach, w aptekach, na stacjach benzynowych i szybko zrozumiałem potrzebę wałbrzyszan do opowiadania historii. Kierunek stał się jasny: trzeba tym ludziom, w mieście z wieloma problemami, przywrócić godność przez teatr, poopowiadać o nich ze sceny. I zaczęło się kręcić, ludzie zaczęli przychodzić do teatru, uważać to miejsce za swoje i wyjątkowe. To było bardzo uzdrowicielskie dla Wałbrzycha. Zauważono, że w miejscu o dość dramatycznym stopniu beznadziei pojawiło się coś, co zaczyna być tego miejsca wizytówką.

Teatr Dramatyczny w Wałbrzychu stał się ogólnopolskim fenomenem. Zaczęło się o nim mówić i pisać, do miasta zjeżdżali krytycy teatralni, powstawały głośne i ważne spektakle. Jak to przyjąłeś?
– A jak mogłem przyjąć? Fajne to było, ale dla mnie niezbyt istotne. Istotne okazało się za to dla zespołu aktorskiego, którego członkowie nagle stali się rozpoznawalni, jeździli na festiwale, dostawali nagrody. Przestali być anonimowi, a to jest chyba w gruncie rzeczy istotą tego zawodu. Planu na sukces nie było, robiliśmy po prostu swoje. Dla mnie to, co się wydarzyło, było naturalne, bo jak ktoś robi coś uczciwie, to w końcu ktoś inny może to zauważy.

Teatr stał się pieszczochem władzy?
– Trochę tak, i zacząłem się nawet tego bać, bo to ryzykowne.

Dlaczego?
– Teatr zawsze musi iść wspak wobec obowiązującego porządku. Na szczęście zadowolenie i pochwały właściciela teatru, czyli samorządu Dolnego Śląska, zrównoważyły prawicowe środowiska Wałbrzycha, część miejskich radnych i niektórzy księża, którzy nas zaatakowali z ambon, na przykład za kalanie imienia Matki Boskiej w teatrze.

Zrezygnowałeś z funkcji dyrektorskiej u szczytu potęgi wałbrzyskiej sceny. Jaki był powód?
– Zadecydowało zagrożenie oczywistością działań, bo po latach nasyciła się we mnie potrzeba opowiadania o mieście. Tę opowieść uznałem za zakończoną. Nałożyły się też na to sprawy prywatne. Wróciłem do Poznania.

Rozstanie z Wałbrzychem było trudne?
– Nie, bo bardzo potrzebowałem już nowego środowiska, nowych wyzwań. Kiedy dyrektor zbyt wiele lat siedzi z tym samym zespołem, to ma coraz większą trudność w odkrywaniu jego nowej energii, znajdowaniu nowych znaczeń. Zmiany są dobre. Poza tym mam dziwną tendencję do uciekania od sukcesów. Kiedy odebrałem nagrodę ministra kultury za spektakl zrobiony w Teatrze Polskim w Warszawie w 2002 r., uciekłem od reżyserowania. Kiedy zaczął mi doskwierać sukces wałbrzyski – też zwiałem. Nie chciałem być pochowany na cmentarzu junikowskim w Poznaniu z napisem: „Tu leży Piotr Kruszczyński, ale powinien leżeć w Wałbrzychu”.

Niezwykłe było też płynne przejęcie schedy po tobie. Niespotykane w naszym kraju.
– Ktoś napisał, że było to „pierwsze pokojowe przejęcie w dziejach polskiego teatru”. Nie zdecydowałbym się odejść z Wałbrzycha bez dobrego następcy. I tu wielki ukłon w stronę władz, które bez mrugnięcia okiem przyjęły moją propozycję, by stery teatru przejął Sebastian Majewski.

Który przez ostatnie cztery lata świetnie nim kierował. Wyobrażam sobie, że kiedy zrezygnowałeś z Wałbrzycha, zostałeś zasypany ofertami pracy z całej Polski.
– Owszem, od aktorów. Zespoły aktorskie chciały, żebym u nich zrobił taki teatr jak w Wałbrzychu. Ale nie można być skutecznym dyrektorem, kiedy jest się nominowanym przez pracowników.

Nie było propozycji od samorządów?
– Nie, politycy nie śledzą pilnie tego, co się dzieje w życiu kulturalnym. W Niemczech, kiedy się odniesie sukces w mniejszym teatrze, dostaje się propozycję poprowadzenia większego, wędruje nieustannie w górę, aż do najbardziej prestiżowych scen. U nas tak się nie dzieje, oferty się więc nie posypały.

Zaskoczyło cię to?
– Tak, ale we frustrację nie popadłem. Zabrałem się za reżyserowanie, bo jestem przede wszystkim reżyserem. Dyrektorem tylko bywam.

Nastąpił powrót do walizek?
– Jasne. I czasem na niedzielny obiad u poznańskiej babci.

Od półtora roku jesteś dyrektorem Teatru Nowego w Poznaniu. Tego samego, w którym przesiadywałeś, kiedy byłeś nastolatkiem.
– To trochę taka historia od pucybuta do milionera, a raczej od widza do dyrektora. Pierwsze spotkanie z aktorami było dla mnie wielkim przeżyciem. Stanąłem przed ludźmi, których podziwiałem na scenie, kiedy byłem dzieciakiem. Ale są też i tacy, których nie widziałem nigdy w żadnych znaczących rolach. Dlatego postanowiłem, że każdy dostanie szansę zagrania ważnej roli. To był rok demokracji.

Demokracja w teatrze? Dość oryginalnie.
– Na krótko. Ten czas się już kończy i teraz bierzemy się za wyzwania.

Jakie?
– No właśnie. Ten teatr jest bardzo harmonijną instytucją. Bilety się sprzedają, widownie (bo mamy trzy sceny) są pełne, ludzie przychodzą na swoich ulubionych aktorów, biją brawo, często na stojąco.

Wczoraj na „Dwunastu gniewnych ludziach” Radosława Rychcika wstali.
– Cieszę się.

I widownia była rzeczywiście pełna, a był wtorek.
– No właśnie, a bilety nie są takie tanie. Dzięki wpływom z kasy możemy produkować tyle premier, żeby 40-osobowy zespół miał w czym grać.

No dobrze, ludzie przychodzą, produkujecie kolejne premiery, bilety się sprzedają. To co to za wyzwania?
– W tym całym układzie brakuje czegoś, o czym mówiliśmy na początku – prowokacji, zajrzenia pod poznańskie dywany, czasami nawet foliowane, żeby się nie zabrudziły. Chciałbym w tym pogrzebać, spróbować znaleźć poznańską duszę, wejść do niej, zobaczyć, co się kryje pod wszystkimi pozorami, naszą słynną przedsiębiorczością i dobrym wychowaniem.

Na afiszu Nowego jest już sporo nazwisk z teatralnej młodej czołówki reżyserskiej: Monika Strzępka, Marcin Liber, Radosław Rychcik. Oni się do poznańskiej duszy nie doszperali?
– Nie takie było ich zadanie. Zaprosiłem ich, żeby poznańscy widzowie mogli się zapoznać z życiem teatralnym Polski, topowymi nazwiskami, bo nasz poznański światek teatralny był dotąd dość hermetyczny i trzeba go było otworzyć. Teraz mamy już nawet Garbaczewskiego, ale w sąsiednim teatrze.

Jak są przyjmowane te gorące nazwiska?
– Jak to w Poznaniu, gościnnie. Czyli niepokojąco bardzo dobrze.

A może to jest tak, że publiczność klaszcze i mówi, że bardzo fajnie, bo jest – jak twierdzisz – dobrze wychowana, ale potem wraca do domu i nie zostawia na tym, co zobaczyła, suchej nitki?
– I tu trafiłeś w sedno duszy poznaniaka, który jest nad wyraz gościnny. Podejrzewam, że trochę ze strachu przed nowym, nieoczekiwanym, zaskakującym.

W tym roku Teatr Nowy obchodzi naciągany jubileusz 90-lecia powstania i nienaciągany jubileusz 40-lecia reaktywacji sceny przez Izabellę Cywińską.
– Ten pierwszy rzeczywiście jest średnio interesujący, ot, w 1923 r. w miejscu, w którym obecnie jesteśmy, powstała scena dramatyczna. Niedługo potem zresztą zbankrutowała. Bliski jest mi natomiast drugi jubileusz, bowiem w 1973 r. Izabella Cywińska reaktywowała ten teatr i zrobiła z niego bardzo ważną scenę. Warto przypomnieć poznaniakom, jaką rolę odgrywał we współczesnej historii Teatr Nowy. Tu działy się rzeczy niepokorne, awangardowe, zajmowano się sprawami aktualnymi, a nie żadnym teatralnym muzealnictwem. To był zawsze teatr obywatelski, kształtujący określone postawy społeczne w Peerelu. Tu się mówiło aluzyjnie o ustroju i otwarcie o wypadkach czerwcowych. Dlaczego nie mielibyśmy tej tradycji kontynuować w nowych, współczesnych odsłonach?

Taki masz plan?
– Tak właśnie chcę nasz teatr programować. Odcinanie kuponów od sukcesów z przeszłości uważam za śmierć zawodową. W Nowym zaczynam od nowa.

_____

Piotr Kruszczyński urodził się w 1967 r. Jest rodowitym poznaniakiem, absolwentem Wydziału Architektury Politechniki Poznańskiej i Wydziału Reżyserii Dramatu Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej (dzisiaj Akademii Teatralnej) w Warszawie. Jako reżyser debiutował w 1997 r. sztuką „Fernando Krapp napisał do mnie ten list” Tankreda Dorsta na deskach Teatru Polskiego w Poznaniu. Zrealizował ponad 30 spektakli w polskich miastach oraz w Niemczech i USA. W latach 2002-2008 był dyrektorem artystycznym Teatru Dramatycznego im. Jerzego Szaniawskiego w Wałbrzychu, z którego zrobił jedną z najlepszych i najciekawszych polskich scen. Laureat wielu nagród kulturalnych. Od jesieni 2011 r. jest dyrektorem Teatru Nowego im. Tadeusza Łomnickiego w Poznaniu.

_____

Rozmowa ukazała się w „Przekroju” 15.04.2013 r.

_____

© Mike Urbaniak | Fot. Bartłomiej Sowa

Zwykły wpis