ROZMOWA

Teatr na haju

Aktorką zdecydowałam się zostać w wieku czternastu lat i postanowienia, jak widzisz, dotrzymałam. Ewelina Żak

W końcu w Warszawie.
– Historia zatoczyła koło, ale walizki jeszcze nie schowałam. Zobacz, torbę też mam zawsze dużą. Na wszelki wypadek.

Ciągle gotowa do wyruszenia w drogę?
– Jakoś tak dziwnie iść do teatru tylko z torbą, bo zawsze ciągnęłam za sobą walizkę. Kiedy jeszcze mieszkałam w Warszawie, śmiałam się, że pracuję w Buenos Aires, bo lot do Buenos trwał tyle, ile jazda do Wałbrzycha.

Który ci w szkole teatralnej nawet do głowy nie przyszedł.
– Nie wyobrażałam sobie wyjechania poza Warszawę, bo wydawało mi się to czymś wręcz uwłaczającym. Warszawa była oczywistością. Tym bardziej, że w szkole miałam cały czas świetne samopoczucie i opinię osoby, która dobrze się zapowiada. Oczywiście nie wiedziałam jaki chcę robić teatr, gdzie chcę iść i kim być, ale jakoś to przecież będzie, bo jestem zdolna.

Zdolna i bez etatu.
– Trzy osoby z mojego roku wzięła do Teatru Współczesnego Agnieszka Glińska. Reszta się rozjechała, a ja zostałam z tym dobrym samopoczuciem na swój własny temat, które zaczęło coraz szybciej znikać. Brałam udział w paru przypadkowych rzeczach tylko po to, żeby utrzymać się na powierzchni, ale i tak się zapadałam w sobie. Byłam coraz bardziej zawiedziona, sfrustrowana, popadałam w coraz większą depresję i nienawidziłam całego świata, który wydał mi się wyjątkowo niesprawiedliwy. Gdyby nie mój syn, dla którego musiałam przecież wstawać co rano, który mobilizował mnie do życia, nie wiem jak to by się skończyło.

Próbowałaś poza teatrem?
– Pewnie, zaczęłam chodzić na castingi do filmów i seriali, ale szybko się okazało, że to nie jest towar, który się szybko sprzeda.

Dlaczego?
– Bo nie jestem wielkiej urody blondynką. Pamiętam, jak mi nawet kiedyś miłe panie doradzały, żebym coś zrobiła z worami pod oczami, bo w kamerze wyglądają na jeszcze większe niż są w rzeczywistości. Pozaliczałam wtedy wszystkie serialowe epizody pielęgniarek i sekretarek. Albo taka historia: casting do filmu i reżyserka mówi, że widzi mnie w roli, a po trzech godzinach przychodzi z informacją, że może mi jedynie zaproponować statystowanie. Po jednej stronie stoją aktorki, a po drugiej statyści – w tym ja. Takich strzałów w serce dostałam dużo.

Nie chciałaś wtedy po prostu zmienić zawodu?
– Nigdy. Czytałam sobie „Labirynt” i „Utopię” Krystiana Lupy, i modliłam się o spotkanie z kimś tak dla teatru ważnym. Czytałam też magazyny teatralne, bo chciałam wiedzieć, co się dzieje. Nie mogłam się dostać do teatru, ale mogłam o nim czytać. W końcu, kiedy Władek miał jakieś pięć lat, postanowiłam ponownie zawalczyć o teatr, ale już bez poczucia krzywdy. Zobaczyłam w internecie trailer „Elektry”, którą Natalia Korczakowska robiła w Jeleniej Górze i przypomniało mi się, że spotykałyśmy się nieraz na korytarzach Akademii Teatralnej. Zadzwoniłam do niej i usłyszałam, że za dwie godziny ma pociąg do Jeleniej, więc może się spotkać na Centralnym. Był z nią wtedy Tomek Śpiewak, który robił w „Elektrze” dramaturgię, a ja – zupełnie nieświadoma, że biorę udział w castingu do jej kolejnego spektaklu, czyli „Nelly” na podstawie „Skrzywdzonych i poniżonych” Dostojewskiego – opowiadałam jakieś głupoty o tym, że wróciłam właśnie z Ciechocinka. Mniej więcej pół godziny po naszej rozmowie Natalia zadzwoniła z pytaniem, czy chcę pojechać do Wałbrzycha. Odpowiedziałam: „Jasne!”, po czym zaczęłam szybko sprawdzać na mapie, gdzie ten Wałbrzych jest.

Daleko.
– To też pokazywała mapa, ale pomyślałam, że na rolę mogę przecież pojechać. I pojechałam. Na siedem lat.

Tam, na końcu świata, artystycznie wręcz bulgotało, a ty zagrałaś w spektaklach czołowych dzisiaj reżyserów: od Krzysztofa Garbaczewskiego przez Radka Rychcika czy Wiktora Rubina do Michała Borczucha.
– Na początku myślałam, że zwariuję, że nie nadążę, bo każda kolejna praca wydawała się ciekawsza od poprzedniej. Oczywiście szybko zrozumiałam, że muszę wyrzucić wszystko, czego nauczyłam się w Akademii Teatralnej. Pamiętam jak Natalia mówiła: „Zapomnij, że to się tak gra, że trzeba to cierpienie tak od kulisy do kulisy nosić”. A do Wałbrzycha przyjeżdżali nie tylko świetni reżyserzy, ale także ich szalone ekipy z gościnnymi aktorami włącznie. Michał Borczuch przywiózł Krzyśka Zarzeckiego, Krzysiek Garbaczewski – Pawła Smagałę. Co to były za próby! Myśmy spędzali razem noce i dnie. Taksówkę zamawiało się wiadomo po co. Jak ktoś pytał: „Zamówić taxi?”, odpowiedź brzmiała: „No, raczej!” albo „Nie, dzisiaj nie piję”. Darek Maj łapał się za głowę i krzyczał: „Ludzie, czy wam odbiło?! O co wam chodzi z tym etatem tutaj?!”. A myśmy nie chcieli stamtąd wychodzić. Byliśmy głodni pracy i nowych artystycznych doświadczeń. Z Wałbrzychem było jak z zakochaniem, kiedy czujesz motyle w brzuchu, wszystko ci się podoba i zapominasz zjeść. Teatr na haju!

Wyczuwam euforię w twoim głosie nawet dzisiaj.
– Bo to było naprawdę coś! Stąd ta euforia i przekonanie, że Teatr Dramatyczny w Wałbrzychu ukształtował mnie jako aktorkę.

Krążymy tak między Warszawą i Wałbrzychem, a ja cię nie zapytałem, skąd ty właściwie jesteś?
– Z niewielkich Żor koło Katowic, które obrosły w epoce gierkowskiej blokami zamieszkanymi przez przyjezdnych pracujących w okolicznych kopalniach. Byli wśród nich także moi rodzice. Tato na kopalni, mama – w domu. A my, dzieciaki, spędzaliśmy czas na podwórku albo w szkole, która ze względu na wyż demograficzny miała klasy od „a” do „h”.

I gdzie w tym wszystkim teatr?
– Aktorką zdecydowałam się zostać w wieku czternastu lat i postanowienia, jak widzisz, dotrzymałam. Najpierw było kółko teatralne założone przez naszą polonistę, a potem grupa teatralna „Węzeł”. Stworzyłyśmy ją razem z koleżankami, nauczyłyśmy się na pamięć „Scenariusza dla trzech aktorów” Schaeffera i grałyśmy go gdzie się dało. Potem zapisałam się do studium aktorskiego Doroty Pomykały w Katowicach, które poleciła mi nieco starsza koleżanka z Żor Sonia Bohosiewicz. To była bardzo dobra rekomendacja. Chodziłam tam na zajęcia, na które zarabiałam sprzedając szaszłyki przy trasie E75. Po studium zdawałam do szkół teatralnych w Krakowie i Warszawie. W Krakowie usłyszałam, że jestem nieplastyczna i niesceniczna, a w Warszawie dostałam na egzaminie brawa.

Studiowałaś na roku, który przyćmił Borys Szyc.
– Borys, aktor bez wątpienia charyzmatyczny, od początku był bardzo ekspansywny. Właściwie od początku studiów wiedział, że chce być gwiazdą. Czuliśmy to wszyscy. Jego ego było tak wielkie, że nie starczyło już przestrzeni na budowanie innych relacji. Nie zaprzyjaźniliśmy się z kolegami i koleżankami z roku.

Jakieś ważne spotkania z pedagogami?
– Największe wrażenie zrobiła na mnie Maja Komorowska. Samo jej słuchanie i obserwowanie było bardzo ciekawe, a spotkanie z nią niełatwe, bo Maja Komorowska to wymagający pedagog. Fajne były też zajęcia z Agnieszką Glińską, z którą później zrobiliśmy dyplom.

I za rolę Marii Grekow w „Płatonowie” Czechowa dostałaś na Festiwalu Szkół Teatralnych w Łodzi wyróżnienie.
– Kupiłam sobie za nie super buty, jednak one – co już ustaliliśmy – nigdzie mnie wtedy nie zaniosły.

Ale zagrałaś jeszcze potem w dwóch spektaklach Glińskiej, w Ateneum i w Dramatycznym.
– To były angaże na ratunek, bo Agnieszka próbowała mi jakoś pomóc, także prywatnie. Kiedy spodziewałam się dziecka, dostałam od niej pełną wyprawkę – wspaniały gest. A w szkole jako jedyna mówiła nam, że będziemy mieli przejebane. No, ja miałam na pewno.

Po kilku latach wróciłaś triumfalnie do stolicy, kiedy na Warszawskich Spotkaniach Teatralnych Maciej Nowak zaordynował nam Wałbrzych Fest.
– Nie wiem, czy tak triumfalnie. Pamiętasz, co o nas mówiła Warszawa?

Oczywiście, i pamiętam też, jak Sebastian Majewski, ówczesny dyrektor artystyczny Teatru Dramatycznego w Wałbrzychu, mówił mi o stołecznej widowni, która przyszła oglądać wasze głośne spektakle ze skwaszonymi minami.
– Jacek Wakar napisał wtedy o nas tekst pod tytułem „Wałbrzych: nic”.

Pisał w nim, że „Warszawskie Spotkania Teatralne bezceremonialnie obaliły mit o potędze wałbrzyskiego teatru”.
– To było coś okropnego, zwyczajna pogarda wobec naszej pracy.

Psy szczekały, a karawana jechała dalej.
– Jechała, ku naszej radości, dobrych parę sezonów, ale w końcu zwolniła, bo wysiadł z niej Sebastian Majewski, który powiedział uczciwie, że albo on odejdzie, albo będzie musiało odejść paru aktorów, gdyż teatr potrzebuje zmiany. Miał rację. My też jej potrzebowaliśmy, chcieliśmy iść dalej. Agnieszka Kwietniewska z Andrzejem Kłakiem przenieśli się na przykład do Teatru Polskiego we Wrocławiu.

Ty nie chciałaś?
– Bardzo chciałam, szczególnie kiedy za dyrekcji Piotra Ratajczaka zaczęliśmy skręcać w kierunku, który mnie nie interesował i nie dawał satysfakcji. Myślę, że Piotrek nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo Wałbrzych jest wymagający, że nie można tam być jedną nogą. Wtedy zaczęły się moje rozmowy z Krzysztofem Mieszkowskim o przejściu do Wrocławia, co nie było wcale proste, bo silnych kobiet w tamtejszym zespole nie brakowało.

Ale rok temu już się witałaś z gąską.
– Byłam blisko, bo dostałam rolę w „Procesie” Krystiana Lupy – absolutne spełnienie marzeń.

A w Wałbrzychu były role-marzenia?
– Najbardziej cenię sobie Kurtynę w „Opętanych” Krzyśka Garbaczewskiego i Gerdę w „Królowej Śniegu” Michała Borczucha. Gerda kosztowała mnie najwięcej, była najbardziej wymagająca. Lubiłam też grać w „Łysku z pokładu Idy” Radka Rychcika.

Jakieś niepowodzenia?
– Niezbyt dobrze pracowało mi się z Pawłem Świątkiem przy „Znikających szkołach”. Nie wspominam też z entuzjazmem „W Pustyni i w puszczy” Bartka Frąckowiaka. Nie czułam tych spektakli, ale to też chyba nic nadzwyczajnego.            

Zrezygnowałaś kiedyś roli?
– Nie, mogłabym to zrobić tylko wtedy, gdybym czuła, że jestem traktowana jak narzędzie, a nie partnerka w pracy. Dotychczas miałam szczęście do reżyserów otwartych w mniejszym lub większym stopniu na współtworzenie.

Po rezygnacji z Wałbrzycha weszłaś we wspomniane próby do „Procesu” Lupy we wrocławskim Teatrze Polskim i zagrałaś gościnnie w „Weselu” Rychcika w Teatrze Śląskim w Katowicach oraz we „Wszystko o mojej matce” Borczucha w Łaźni Nowej w Krakowie. Całkiem niezły rok.
– Też tak nawet pomyślałem, ale szczęście nie mogło trwać zbyt długo. Nad Teatr Polski nadciągała katastrofa w postaci Cezarego Morawskiego. Objęcie przez niego funkcji dyrektora pogrzebało najpierw „Proces”, a potem cały teatr. Katowickie „Wesele” przyjęto chłodno, więc z wielkich radości zostało mi „Wszytko o mojej matce”. I nie mówię tu tylko o finalnym efekcie, ale także wspaniałej pracy z Michałem. Takiego cudownego grzebania się i gubienia nie miałam od czasu Gerdy. I do tego ta ekipa: diabelska Halina Rasiakówna, tonująca wszystko Monika Niemczyk, szalona Dominika Biernat i Krzysiek Zarzecki, który wyrywał sobie włosy z głowy i raz się zachwycał, a raz krzyczał, bo nienawidził nas za to, że gramy jego matkę. Podziwiam Tomka Śpiewaka, piszącego przez wszystkie próby tekst, że nie zwariował.

Wyszło z tej pracy piękne przedstawienie.
– Dotarło to do mnie dopiero, kiedy po spektaklach ludzie zaczęli nie tylko gratulować, ale także mówić dlaczego ten spektakl jest dla nich ważny. Z przedstawieniami Michała nigdy nie wiesz wychodząc do braw czy to hit, czy to kit.

Z Borczuchem spotkałaś się ponownie w warszawskim Studio podczas czytania scenariusza „Powolnego ciemnienia malowideł” Grzegorzewskiego, bo to jest teraz twój nowy teatralny dom.
– Kiedy Natalia Korczakowska zaproponowała mi dołączenie do zespołu, właściwie ją zbyłam, bo planowałam przecież swoje życie we Wrocławiu. Poza tym w Studio też było niewesoło, teatr rozdzierał dyrektorski konflikt. Ale wobec nadchodzącego zniszczenia Polskiego i przekonującej koncepcji artystycznej Natalii, zdecydowałam się na powrót po latach do Warszawy.

Jak wyglądało twoje wejście do Studia?
– Dobrze, bo ja się nie nadaję na żadne wojenki, one mnie wykańczają. Chciałam po prostu z tą częścią zespołu, która została i nami, którzyśmy przyszli z różnych teatrów, stworzyć nową ekipę z dobrą energią, choć to oczywiście nie było proste, bo jedni ludzie są poranieni, a inni muszą się odnaleźć w nowej rzeczywistości. Ale myślę, że naprawdę świetna praca nad „Berlin Alexanderplatz” dała nam dużego kopa. Dobrze jest w końcu usłyszeć: „Ale mamy fajną ekipę!”. I to jest prawda. Mam nadzieję, że uda nam się nadal budować wspólnotę, a nie tylko myśleć o tym, czy będzie hicior, czy nie będzie.

Tymczasem przed nami kolejna premiera z twoim udziałem, czyli „Dziewczynki” Weroniki Murek w reżyserii Gosi Wdowik.
– Praca nad tym przedstawieniem jest dziwnym doświadczeniem i zarazem ciekawym. Szczególnie dla biorących udział w spektaklu dziewczynek, którym chyba nigdy w życiu nie poświęcono tyle uwagi. Ja na razie daję się Gosi prowadzić, pozwalam sobie nie wiedzieć i wracam intensywnie do czasów, kiedy sama byłam mała i formatowano mnie kulturowo do roli, jaką dziewczynka powinna grać.

__________

Ewelina Żak urodziła się w 1977 roku w Żorach na Górnym Śląsku. W roku 2001 skończyła Wydział Aktorski Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie i przez siedem lat zagrała kilka gościnnych ról w stołecznych teatrach repertuarowych i niezależnych. W 2008 roku dołączyła do zespołu Teatru Dramatycznego im. Jerzego Szaniawskiego w Wałbrzychu, gdzie przez kolejnych siedem lat zagrała blisko dwadzieścia ról w często głośnych i nagradzanych spektaklach najlepszych polskich reżyserów młodego pokolenia. Po odejściu z Wałbrzycha była w próbach do „Procesu” Franza Kafki w reżyserii Krystiana Lupy w Teatrze Polskim we Wrocławiu, które zostały przerwane po zmianie tamtejszej dyrekcji. W 2016 roku wystąpiła gościnnie w „Weselu” w reżyserii Radka Rychcika w Teatrze Śląskim w Katowicach i „Wszystko o mojej matce” w reżyserii Michała Borczucha w Łaźni Nowej w Krakowie. Od sezonu 2016/17 jest w zespole STUDIO teatrgalerii w Warszawie, gdzie można ją oglądać w „Berlin Alexanderplatz” Natalii Korczakowskiej i „Wyzwoleniu” Krzysztofa Garbaczewskiego. Obecnie jest w próbach do „Dziewczynek” Weroniki Murek w reżyserii Gosi Wdowik (premiera: 20 kwietnia).

CZYTAJ TAKŻE
Jak zostałem gejem | rozmowa z Krystianem Durmanem
Oskara już mam | rozmowa z Bartoszem Porczykiem
Ciągle dojrzewam | rozmowa z Julianem Świeżewskim
Dziwna jesteś, ale chodź | rozmowa z Justyną Wasilewską
Pani nie ma warunków | rozmowa z Małgorzatą Gorol
Jestem błędem w systemie | rozmowa z Robertem Wasiewiczem
Genu nie wydłubiesz | rozmowa z Bartoszem Gelnerem
Niezdecydowany gość | rozmowa z Dawidem Ogrodnikiem

Foto: Krzysztof Bieliński, Bartłomiej Sowa, Katarzyna Chmura-Cegiełkowska, Klaudyna Schubert

Reklamy
Zwykły wpis
RECENZJA

Soundwork (in progress)

14633148_1070538019727874_1830022812257199125_o

Wojtek Blecharz jest z pewnością jedną z najciekawszych postaci polskiego świata – no właśnie, którego? Muzycznego czy teatralnego? Odpowiedź brzmi: i tego, i tego. Bo Blecharz to jeden z tych artystów, którzy granice między poszczególnymi dziedzinami sztuki mają w głębokim poważaniu. Choć jest wszechstronnie wykształconym kompozytorem, absolwentem Uniwersytetu Muzycznego im. Fryderyka Chopina w Warszawie z doktoratem obronionym na Uniwersytecie Kalifornijskim w San Diego, szczególnie ukochał teatr. Można nawet odnieść wrażenie, że częściej tworzy w przestrzeniach teatralnych (stołecznym Nowym, TR i Powszechnym czy Teatrze Dramatycznym w Wałbrzychu, żeby wymienić ostatnie realizacje) niż w muzycznych. Albo na świeżym powietrzu, na przykład w Królikarni czy Parku Skaryszewskim. Nic go, zdaje się, tak nie odstręcza, jak przestrzenie koncertowe. Nawet kiedy Blecharz dostał możliwość przygotowania opery w Teatrze Wielkim w Warszawie (wspaniałe „Transcryptum”) nie zaprosił nas do wygodnych foteli, orkiestra nie grała w kanale i nikt nie śpiewał na scenie. Kompozytor zabrał nas w muzyczną podróż po zakamarkach Opery Narodowej. Muzyki słuchaliśmy w korytarzach, w pralni, a nawet w windzie.

Blecharz ma misję, chce pokazać polskiej publiczności, że muzyka jest wszędzie i że wszystko jest muzyką. Wystarczy go zresztą posłuchać. O muzyce opowiada z taką pasją i erudycją, że aż dziw bierze, że Blecharz nie ma jeszcze swojej autorskiej audycji w radiowej Dwójce. Kiedy opowiada o tym jak tworzy – a komponując używa zawsze instrumentów na które komponuje – nie wiadomo do końca czy mówi o pisaniu muzyki, czy o uprawianiu miłości. Jest w jego języku tyle czułości, sensualności, soczystości, że człowiek ma ochotę jeśli nie dotykać Blecharza, to co najmniej jego instrumentów. To wielki dar, który on znakomicie przekłada na swoje utwory; czy to autonomiczne, czy też będące częścią większej całości. Myślę choćby o „Schubercie. Romantycznej kompozycji na dwunastu wykonawców i kwartet smyczkowy” w Teatrze Dramatycznym w Wałbrzychu. Razem z reżyserką Magdą Szpecht i choreografem Pawłem Sakowiczem stworzyli coś, co przekracza granice gatunkowe, coś co jest niesione przez słowo, ruch, ale przede wszystkim muzykę.

14712564_1070537796394563_8798750145261135124_o

O funkcjonowaniu Blecharza w co najmniej dwóch światach świadczy też to, że jego premiery przyciągają zarówno teatromanów, jak i melomanów. Obok krytyków teatralnych, siedzą krytycy muzyczni. A na drugi dzień pojawia się zawsze ten sam problem: kto ma o tym napisać? Czy to bardziej teatr, czy bardziej koncert? Cholera wie.

„Soundwork” zapowiadano jako pierwszy spektakl muzyczny w TR Warszawa. Spektakl muzyczny, nie musical – to zasadnicza różnica. Początek jest bardzo teatralny (mniam mniam). Oto wkraczają na scenę aktorzy-muzykanci, wygrywający uwerturę na kije. Rozwija się ona w błyskotliwy i dowcipny zarazem początek pierwszej części, w której Blecharz pokazuje, że można grać dosłownie na wszystkim. Mało tego, można grać na sobie sycząc, klaszcząc, jęcząc i zawodząc. I na tym właściwie spektakl się kończy, bowiem dramaturgii starcza na mniej więcej kwadrans. Potem uczestniczymy w czymś, co nazwałbym raczej wykładem performatywnym (na pewno nie przedstawieniem) z elementami przekupstwa publiczności (wspólne muzykowanie), bo, jak wiadomo, nic tak nie cieszy widzów, jak możliwość zagrania na puszcze czy butelce (ja byłem w sekcji gumowych kaczek).

Jest, trzeba to przyznać, w zaproponowanej przez Blecharza formie i języku duży teatralny potencjał. Warto byłoby go rozwijać, ale jeśli miejscem do tego ma być teatr, proponuję zadzierzgnięcie współpracy z jakimś utalentowanym dramaturgiem, który być może powiedziałby reżyserowi, że kiedy się dostaje do spektaklu takiego aktora jak Paweł Smagała, który jest w stanie zagrać charyzmatycznie nawet pięciolinię, grzechem jest go nie wykorzystać.

14608656_1070537886394554_403402892644360850_o

To jeśli chodzi o formę. Ale jest też z „Soundwork” problem z treścią, bo jeśli mam iść na dwie godziny do teatru, chciałbym wiedzieć w jakiej sprawie. Dlaczego Wojtek Blecharz chce, żebym przyszedł i posłuchał tego, co ma mi do powiedzenia? Jakie ważne treści chce mi przekazać? Niestety, niczego odkrywczego w TR Warszawa się nie dowiemy, poza tym, co wiadomo już od dawna, czyli że wszystko jest dźwiękiem, że wszystko może być instrumentem, że muzykę można tworzyć ze wszystkiego i na wszystkim. Tymczasem wystarczy się wybrać do Muzeum Sztuki w Łodzi na poświęconą muzyce i sztuce alternatywnej drugiej połowy XX wieku wystawę „Notatki z podziemia”, by się przekonać, że wszystko, co nam pokazuje w TR Warszawa Wojtek Blecharz już było. Był Koncert na muchy Władimira Tarasowa, był Andrzej Mitan improwizujący wokalnie w towarzystwie czterdziestu papug, był Krzysztof Skoczylas i Andrzej Bieżan z „symfonią na tłuczone talerze z Ćmielowa”, były w końcu tworzone dosłownie ze wszystkiego instrumenty muzyczne, jak choćby utiugon – instrument Timura Nowikowa i Iwana Sotnikowa zrobiony ze stołu i żelazek.

Bardzo kibicuję Wojtkowi Blecharzowi w jego muzyczno-teatralnych wędrówkach, ale martwi mnie, że zaczyna chodzić ostatnimi czasy tą samą ścieżką, a wolałbym, żeby zboczył na teren jeszcze przez siebie i innych nieudeptany. Wtedy z chęcią pójdę za nim.

CZYTAJ TAKŻE:
Obój śni mi się po nocach | rozmowa w Wojtkiem Blecharzem
Transcryptum | recenzja

___

„Soundwork”
muzyka, scenariusz i reżyseria Wojtek Blecharz
TR Warszawa 

Fot. Krzysztof Bieliński/TR Warszawa

Zwykły wpis
RECENZJA

Wolę ciemne piwnice

05-Robert_Robur_2087_03

Podczas któregoś wywiadu, Krzysztof Garbaczewski powiedział mi, że marzy o wystawieniu „Niezwykłych przygód Roberta Robura” Mirosława Nahacza. Było to jakieś dwa, trzy lata temu. Marzenie, jak się okazuje, w końcu zostało spełnione, w dodatku w najlepszym do tego teatrze – TR Warszawa. To jest jedyny spektakl, jaki w zakończonym sezonie zrealizował w Polsce Garbaczewski, który wyreżyserował najpierw „Makbeta” w Teatrze Aleksandryjskim w Sankt Petersburgu, a potem „Locus Solus” w berlińskiej Volksbühne. Nie dziwi więc, że „Robert Robur” był jeszcze bardziej niż zwykle wyczekiwaną premierą.

Pierwsza część spektaklu nadzieję na teatralną jazdę bez trzymanki spełniła z naddatkiem. To stary dobry Garbaczewski, tylko bardziej. Powrót do stylówy wałbrzyskiej „Gwiazdy śmierci” sprzed sześciu lat, ale z mocno dzisiaj zaznaczoną wizją scenograficzną Aleksandry Wasilkowskiej, która – jak sama mówi – zakwasza trashowe wizje reżysera własną zabawą z estetyką surrealizmu. Efekt jest fantastyczny. Równie świetnie działa podmianka, którą Garbaczewski musiał zrobić po tym, jak z obsady wypadł za pięć dwunasta mający grać tytułową rolę Dawid Ogrodnik. W jego miejsce reżyser wstawił swojego najwierniejszego żołnierza Pawła Smagałę, który nie mógł jednak w tak krótkim czasie nauczyć się tekstu, wiec podkłada go z offu Justyna Wasilewska. Wyszedł z tego kapitalny duet. Aktorsko to w ogóle jest bezbłędna robota, a Agnieszka Żulewska jest po prostu zachwycająca.

Spektakl zaczyna jednak męczyć w kolejnych częściach, a ostatnia – „łemkowska” (Nahacz był Łemkiem i jeśli ktoś tego nie wie, od razu odpada) to już zwyczajna męczarnia. Osobiście wolałbym, żeby Krzysztof Garbaczewski nie zabierał mnie na wycieczkę do Beskidu Niskiego. Zdecydowanie bardziej od tych etnoszamańskich klimatów wolę jego szalone pogonie z kamerą po ciemnych piwnicach.

CZYTAJ TAKŻE:
Cyberpunk | rozmowa o Krzysztofie Garbaczewskim
Niezgoda | rozmowa z Krzysztofem Garbaczewskim

___

„Robert Robur”, na podst. „Niezwykłych przygód Roberta Robura” Mirosława Nahacza
reż. Krzysztof Garbaczewski, TR Warszawa

Fot. mat. pras. TR Warszawa

 

Zwykły wpis
REŻYSERZY/REŻYSERKI

Cyberpunk

ZYCIE_DZIKICH_0814

Krzysztof Garbaczewski jest dzisiaj jednym z oryginalniej myślących artystów teatru, po prostu wizjonerem. Z Jackiem Poniedziałkiem rozmawia Mike Urbaniak.

– To jest jakaś prowokacja, że ty będziesz ze mną rozmawiał o Krzyśku?

Nie. Dlaczego?
– Wiadomo przecież, że macie kosę.

Nie ma żadnej kosy. Krzysztof po prostu obraził się na mnie śmiertelnie za recenzję jego Pocztu Królów Polskich w Starym Teatrze w Krakowie.
– Pojechałeś ostro po tym spektaklu.

Ale o wiele więcej spektakli Garbaczewskiego mnie zachwycało, niż wyprowadziło z równowagi. Powiedz mi, kiedy po raz pierwszy o nim usłyszałeś? Pamiętasz?
– Pamiętam, że najpierw zwróciła moją uwagę jego uroda nadwrażliwego chłopca. Kręcił się w okolicy Starego Teatru w Krakowie, był wtedy chyba asystentem Krystiana Lupy.

Przy „Factory 2”.
– A przedstawiła nas sobie Agata Siwiak. Krzysiek był bardzo nieśmiały, małomówny i wsobny. Kiedy szliśmy potem razem z Kazimierza na Rynek nie powiedział do mnie ani słowa.

Później od czasu do czasu ocieraliśmy się gdzieś o siebie, a to na jakiejś imprezie, a to na premierze. Jak o reżyserze zacząłem o nim myśleć, gdy zrobił „Opętanych” Gombrowicza w Opolu. Bardzo lubię tę powieść i zaciekawiło mnie, że ktoś się za nią zabiera. Recenzje jego pierwszych spektakli były chłodne i zdystansowane. Pisano, że to, co proponuje jest interesujące, ale jeszcze niegotowe, nieposkładane, niejasne. Ciekawe, że o spektaklach Krzyśka Warlikowskiego pisano podobnie: jest w nich coś interesującego, ale brak im komunikatywności i spójności.

A kiedy zobaczyłeś pierwszy raz spektakl Garbaczewskiego?
– Dopiero, gdy zaczęliśmy pracować nad „Życiem seksualnym dzikich” w Nowym Teatrze. Pierwsza była „Odyseja” z Opola.

Wspaniały spektakl.
– Mnie też się bardzo spodobał, ale nie cały. Zakochałem się w pierwszej części, druga mnie zmęczyła, bo nie rozumiałem tego potwornie „wklęsłego” Odysa. Ale siedząca obok mnie Renate Klett, krytyczka „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, była zachwycona i powiedziała, że to, co proponuje Garbaczewski, to zupełnie nowy język teatralny. Miała rację.

Zachwyciło mnie użycie tych wszystkich gadżetów z technologicznego śmietniska naszych czasów, gier komputerowych, dziwacznych zabawek, instrumentów, kabli, jarzeniówek, plastikowych rurek – czyli wszystkiego, z czego znany jest dzisiaj teatr Krzyśka. Niezwykła jest jego umiejętność wplatania w artystyczne dzieła banalnych przedmiotów dnia codziennego, na które zazwyczaj nie zwracamy uwagi, a które w jego sztukach dostają inne, nowe życie. Na przykład stare kasety wideo. Zachwyciły mnie też Grażyna Misiorowska i Zofia Bielewicz grające Penelopę, no i oczywiście zjawiskowy Paweł Smagała jako Telemach. To było takie swobodne aktorstwo, niewysilone, niewyduszone, niewypracowane w każdym słowie i geście, niewyreżyserowane do cna. Leciutkie. Po prostu znakomite.

Ale ten reżyserski kij ma dwa końce.
– To prawda. Czasami taka metoda się sprawdza, jak w przypadku „Iwony, księżniczki Burgunda” z Opola czy wrocławskiego „Kronosa”, a czasami prowadzi do katastrofy, jak w przypadku „Gwiazdy śmierci” z Wałbrzycha, która była dla mnie hermetycznym i niekomunikatywnym potworkiem. Miałem wrażenie, że aktorzy nie rozumieją ani jednego wypowiadanego słowa, że każdy brał ze swojego skarbczyka to, co miał najlepszego, ale niewiele z tego wynikało. Nie było przygody ani zmysłowej, ani intelektualnej. Jestem zwolennikiem wolności w sztuce, ale gdy ona prowadzi widza do bezradności, to czasem staje się nadużyciem. Oglądając ten spektakl tak właśnie się czułem – bezradnie.

Z jakim więc nastawianiem przystąpiłeś do prób nad „Życiem seksualnym dzikich”?
– Oczywiście z podnieceniem, byłem bardzo ciekaw tej pracy. Z zazdrością patrzyłem na Pawła Smagałę – alter ego Krzyśka – bo on jest aktorem realizującym najbardziej nawet szalone koncepty Garbaczewskiego. Paweł jest, w jak najlepszym znaczeniu tego słowa, klaunem – kocha się bawić słowami, obiektami, przestrzenią, swoim ciałem. Ja nie jestem takim aktorem, jestem raczej surowy i nie mam tak plastycznej wyobraźni. Przynajmniej tak mi się wydaje. Dlatego też owej zazdrości towarzyszyła obawa czy podołam. Niestety – mówię to z wielką przykrością, bo Krzyśka bardzo lubię i się kolegujemy – praca nad „Życiem seksualnym dzikich” okazała się dla mnie męką.

Dlaczego?
– Trwała miesiącami. Długo nic nie próbowaliśmy, tylko gadaliśmy i oglądaliśmy mnóstwo filmów (dodam, że znakomitych). Nieustająco czekaliśmy na tekst, który Marcin Cecko dostarczył nam krótko przed premierą i był niezrozumiały. Nie mogłem go więc opanować, właściwie nigdy się go nie nauczyłem tak do końca.

To dlaczego nie zrezygnowałeś z udziału w tym spektaklu?
– Bo chciałem w nim zagrać, przeżyć nową przygodę! Przecież sam wiesz, jak powstaje spektakl – wszystko się rodzi w ostatnich dniach. Ale wcześniej powinny już rysować się jakieś sceny, które dają aktorowi nadzieję, że wyjdzie z tego sensowna całość. My, i owszem, mieliśmy takie dni, ale potem znów wpływaliśmy na mielizny. Nie mieliśmy pomysłu, jak to wszystko połączyć, a Krzysiek trochę kapitulował.

Był konflikt?
– Nie, bo z Krzyśkiem nie da się kłócić. To nie jest typ konfliktowy, tylko naprawdę fajny, łagodny człowiek.

I jak się skończyła praca nad „Życiem…”?
– Sam widziałeś, premiera to było kompletne dno – niezborna, wymęczona, spięta. No, okropna. Potem udało nam się złapać trochę wiatru w żagle, ale tylko na kilku spektaklach. Za każdym razem, kiedy mieliśmy to grać miałem stany lękowe, co nigdy wcześniej mi się nie zdarzało i w końcu musiałem zrezygnować z grania w tym spektaklu.

Jak to wpłynęło na twoje i Krzysztofa relacje?
– Bardzo się ochłodziły, rzadko się widywaliśmy, a ja sobie pomyślałem, że on jest w jakimś niedobrym momencie, że ma talent i intuicję, ale nie potrafi tego przełożyć na spektakl.

Dlaczego?
– Miał wtedy chyba spory chaos w głowie, chwytał zbyt wiele srok za ogon i w gruncie rzeczy nie można było dojść, co chce powiedzieć. Mówił wsobnym, niespójnym językiem, zawsze urywał myśl, nie dochodził do konkluzji. Czuło się, że jest mądry, że dużo wie, dużo przeczytał, ale był jakiś błąd w komunikacji, jakiś error. Pomyślałem sobie wtedy, że dopóki tego nie naprawi, to nie zrobi dobrego przedstawiania.

Naprawił?
– Kiedy zobaczyłem w zeszłym roku jego „Iwonę, księżniczkę Burgunda” to odleciałem! Nie mogłem uwierzyć, że to ten sam reżyser. „Iwona…” to precyzyjny, logiczny, klarowny, znakomicie poprowadzony spektakl i fenomenalna praca z kamerą. Wszystko w tym spektaklu jest znakomite: gra aktorów, scenografia, muzyka. A kiedy niedługo potem zobaczyłem „Kronosa” – w mojej opinii najwybitniejszy obok „Dziadów” Radka Rychcika spektakl ostatniego sezonu – to już wiedziałem, że error został naprawiony,  a Krzysiek jest w świetnym momencie swojej twórczości, w fenomenalnej formie.

Coś cię zaskoczyło?
– To, że w jego – jak sam mówi – cyberpunkowym, chropowatym, odrzucającym wszelkie konwencje, ironicznym i ośmieszającym wysoki ton teatrze, pojawiła się czułość, dużo czułości. Rodzaj – nie wiem – liryzmu. I to wielkie zaufanie, jakim obdarzył aktorów – jak za dawnych czasów u Lupy. Ten przepiękny monolog Agnieszki Kwietniewskiej, wbijające w fotel i do bólu szczere wyznanie Adama Cywki, świetny Adam Szczyszczaj – mógłbym tak bez końca. „Kronos” jest dla mnie, póki co, szczytowym osiągnięciem Krzyśka. To jest dzisiaj inny reżyser niż przed kilkoma laty. Wielki, choć wciąż bardzo swobodny artysta.

Poukładał już chaos w swojej głowie?
– Nie, ale go ukierunkował i wysublimował. Wyeliminował też elementy zaciemniające i bełkotliwe, który dawniej sprawiały mu przyjemność – może z przekory, może z niedojrzałości. Znakomicie kieruje go intuicja, która każe też dawać aktorom niemal nieograniczoną wolność.

Co to znaczy?
– Że aktor musi mu bezgranicznie zaufać i uruchomić własną kreatywność. To daje niezwykłe efekty – uwierz mi. Zrozumiałem to niedawno, kiedy kręciliśmy film „Proust – Pamuk – Pamięć”, będący częścią większego projektu teatralnego. Krzysiek tylko podpowiadał nam tropy, a my – aktorzy sami musieliśmy węszyć i proponować. Ta swoboda i nonszalancja dały nadspodziewanie dobre efekty. To jest ryzykowne, wiem, ale działa.

Ale czy bierzesz pod uwagę to, że ty, Paweł Smagała, Justyna Wasilewska, Krzysztof Zarzecki, Bartosz Gelner czy Agnieszka Żulewska jesteście przyzwyczajeni do takiego teatru i systemu pracy? Że nie wszyscy aktorzy muszę się w nim odnaleźć?
– A czy Krzysiek musi pracować ze wszystkimi aktorami? Ma wokół siebie takich, którzy rozumieją się (i rozumieją jego) bez słów, razem tworzą unikalną jakość w polskim teatrze. Tego, co robi Krzysiek nie można porównać z niczym; ani z teatrem Strzępki, ani Zadary, ani Kleczewskiej, ani Klaty. On jest odrębną wyspą.

O czym, twoim zdaniem, jest teatr Krzysztofa Garbaczewskiego?
– Porusza mnie na przykład to, że mówi tak szczerze o pożądaniu, o tym co jest wstydliwe, zdaniem wielu niegodne, by się tym zajmować, prostackie albo niskie. A dla mnie to jeden z zasadniczych elementów naszego życia. Mówi o pożądaniu śmiało i bardzo to cenię. Interesuje go z pewnością to, co nieświadome: sen, to co na styku serca, mózgu i świata wirtualnego, technologii.

Kiedy w 2011 roku odbierał Paszport „Polityki” w uzasadnieniu napisano, że dostał go „za nieoczywiste operowanie materią sceniczną, za zmysł przygody, improwizacji, zespołowości. Za ambicję badania przy pomocy teatru form i granic człowieczeństwa w dobie rozwoju technologii i mediów”.
Lepiej bym tego nie ujął, to wszystko prawda. Trzeba tylko pamiętać, że teatr Krzyśka to nie tylko zachwyt nad tym, jakie możliwości stwarza nam dzisiaj technologia, ale też lęk przed pewną technologiczną opresją.

A co z formą jego teatru?
– Zachodnia cywilizacja dotarła do ściany jeśli chodzi o konwencję, estetykę w teatrze. Dlatego bezcenny jest język „Garbusia” z tą jego otwartością na eksperyment i – nazwijmy to – zakodowanym futuryzmem, bo pokazuje możliwe drogi, nowe życie dla teatru w świecie obrazów, komputerów, robotów, nowych form komunikacji. On daje pewną odpowiedź na pytanie o przyszłość teatru, które jest nie tylko interesująca, ale coraz bardziej spójna. Dlatego nie można go odrzucać od tak, trzeba starać się zrozumieć, otworzyć się na jego świat pełen dziwaków, szaleńców, cyberpunków. Myślę, że Krzysztof Garbaczewski jest dzisiaj jednym z oryginalniej myślących artystów teatru. Jest po prostu wizjonerem.

Jaką rolę w twórczości Garbaczewskiego odgrywa Marcin Cecko?
– To dla mnie bardzo trudna sprawa. Cenię Marcina, uważam, że jest piekielnie błyskotliwym facetem, ale muszę powiedzieć szczerze, że nie podobało mi się nic, co Marcin zrobił z Krzyśkiem. Przykro mi to mówić, ale tak jest. Spektakle Krzyśka, do których teksty napisał Marcin są mało zrozumiałe i trochę nużące. Hermetyczność twórczości Marcina z szaleństwem Krzyśka tworzą męczącą mieszankę, z której niewiele wynika. Wiem, że wyrządzam chłopakom wielką przykrość, mówiąc to tak stanowczo, ale mam nadzieję, że mi wybaczą.

Co uczeń Garbaczewski wziął od nauczyciela Lupy?
– Afirmację buntu i wolności. Krystian zawsze zwraca uwagę, na samodzielność myślenia, oryginalność, podążanie za intuicją. Krzysiek posłuchał go i chwała mu, że nigdy nie robił tego, co inni młodzi reżyserzy-studenci Lupy – nie kopiował, bo często kończy się to katastrofą.

Krzysztof jest nieustająco atakowany przez sporą część krytyki. Są nawet tacy, którzy uważają, że nie powinno się go w ogóle wpuszczać do teatru. Dlaczego?
– Bo tworzy sztukę, która – ku przerażeniu konserwatywnych i zachowawczych krytyków – może zmieść obecny teatr, do którego jesteśmy przyzwyczajeni i który bez wysiłku rozumiemy. Tymczasem świat się nieustannie zmienia i teatr też musi się zmieniać. Nie możemy stać w miejscu i robić z teatru muzeum. On musi żyć! Sztuka Krzyśka jest niczym innym, jak owocem tej epoki. Trzeba się na nią otworzyć, dać jej szansę i chcieć wybrać się w fascynującą podróż.

Dokąd?
– Do teatru przyszłości.

_____

0013

Jacek Poniedziałek (ur. 1965 w Krakowie) jest aktorem teatralnym i filmowym, tłumaczem i reżyserem. Ukończył Wydział Aktorski PWST w Krakowie i w 1990 r. zadebiutował na deskach tamtejszego Teatru im. Juliusza Słowackiego, by po dwóch sezonach dołączyć do zespołu Narodowego Starego Teatru. Od 1999 r. był aktorem TR Warszawa (Teatr Rozmaitości), a od 2008 jest w zespole Nowego Teatru Krzysztofa Warlikowskiego. W 2010 ukazał się wywiad-rzeka z aktorem pod tytułem „Wyjście z cienia”, a w zeszłym roku jego przekłady dramatów Tennessee Williamsa „Tramwaj zwany porządaniem i inne dramaty”. Ostatnio, na deskach Teatru im. Jana Kochanowskiego w Opolu, wyreżyserował „Szklaną menażerię” Williamsa.

_____

Rozmowa ukazała się w „Notatniku Teatralnym” (75-76/2014).

_____

© Mike Urbaniak | Fot. Magda Hueckel (na górze) i Konrad Pustoła (na dole)

Zwykły wpis
REŻYSERZY/REŻYSERKI, SCENOGRAFOWIE/SCENOGRAFKI

Niezgoda

175561_4078584680349_1916072119_o

Robienie czegoś po to, żeby się spodobało jest szalenie niebezpieczne, bo uzależnia od innych i blokuje dostęp do siebie. Jeśli artysta robi pod publikę, to jest automatycznie w dupie. Z Krzysztofem Garbaczewskim rozmawia Mike Urbaniak.

Z jakiej przeleciałeś planety?
– To jest tajne. Mogę tylko powiedzieć, że nie jest to nasz układ słoneczny. Jestem dowodem na życie pozaziemskie.

Czyli krytycy nazywający cię kosmitą mają rację?
– Mamy różne dyskursy dotyczące Innego w polskim teatrze. Dlaczego nie wstawić się za tymi, którzy są nie z tej ziemi? Rozumiem, że nazywanie mnie kosmitą jest w gruncie rzeczy komplementem, bo może oznaczać, że robię teatr inny niż wszyscy.

A może to wynika z tego, że krytyka ma trudności z opisywaniem twojego teatru? Wtedy najłatwiej nazwać coś kosmicznym.
 – Może, ale ja z księżyca jednak nie spadłem. Powołuję się wręcz na określoną tradycję, pewien rodzaj kontynuacji teatru Kantora czy nawet Grotowskiego. I nie w sensie przejmowania ich estetyki, ale łączenia teatru ze sztukami wizualnymi, artystycznego działania w obu obszarach jednocześnie.

Kosmiczna metafora wzięła się także – jak rozumiem – z pozaziemskich tematów, które razem z Marcinem Cecko eksplorowaliśmy dość intensywnie, choćby w spektaklach „Gwiazda śmierci” czy „Życie seksualne dzikich”. Ale sam dla siebie nie jestem w stanie zdefiniować swojej inności, bo nie mam żadnego punktu odniesienia. Nie ma przecież żadnego klubu kosmitów, w którym moglibyśmy się wszyscy spotkać. Jest podobno homolobby, ale kosmolobby brak. Jesteśmy więc niejako poszkodowaną mniejszością polskiego teatru.

Często słyszysz, że twoje spektakle są inne?
– Tak, szczególnie za granicą, co potwierdza moje przekonanie, że wybrałem właściwe podejście do teatru, do moich spektakli, których spektaklami nie nazywałem. Mówiłem o nich raczej instalacje.

Nazywanie spektakli instalacjami jest wybiegiem? Bezpiecznikiem eksperymentatora? Bo przecież one powstają nieustannie na deskach teatrów dramatycznych, a nie w galeriach.
– Rzeczywiście instalacje odnosimy zwykle do galerii sztuki współczesnej i to jest dla mnie istotny kontekst, ale mimo wszystko to, co robię, jest spektaklem. Teatr oddziałuje o wiele szerzej niż sztuki wizualne i musi być w nim także uwzględniony zawsze kontekst społeczny.

Bo teatr zakłada widownię, która się zamyka na jakiś czas w jednym pomieszczeniu z tym, co jej przygotujesz. Bierzesz zakładników.
– Biorę, i to jest najciekawszy aspekt robienia teatru. Bez widzów nie istnieję. Dzieło sztuki może istnieć bez odbiorcy, może leżeć latami z magazynie. Z teatrem tak się nie da. On istnieje tu i teraz. Nie poleży i nie poczeka.

Jak bardzo myślisz o widzach przygotowując swoje spektakle?
– Wszystko, co robię, jest po to, by widzów zainteresować. Nawet kiedy rzucam im kłody pod nogi albo próbuję nokautować albo po prostu wystrzelić ich w kosmos, żeby sobie trochę poorbitowali wokół innych planet.

Ale czy zdarza się, że masz odlotowy pomysł, ale myślisz sobie, że ludzie go nie ogarną i rezygnujesz z niego? Czy też idziesz w zaparte nie patrząc na to, że widownia się słabo z tym, co wymyśliłeś komunikuje?
– Zacznijmy od tego, że nie ma jednej widowni i to trzeba sobie wyraźnie powiedzieć. Kiedyś Jacek Poniedziałek zaprosił mnie na farsę, w której grał. Oglądając ten spektakl zrozumiałem, że nie można mówić „widownia”, tylko trzeba mówić „widownie”. I nie chodzi o to, że jedna jest lepsza, a druga gorsza. One są po prostu inne. W związku z tym każdy spektakl musi szukać swojej widowni. Dla jednych spektakli będą to ludzie, którzy chcą się pośmiać i wiedza, którą z teatru wynoszą, to kto z kim spał w pokoju jakiego koloru. Dla innych ważne jest eksplorowanie sztuki, intelektualne potyczki czy szukanie odpowiedzi na ważne pytania. Ja robię spektakle dla tej drugiej widowni.

Tej mniejszościowej.
– Nie wiem, czy mniejszościowej. Na pewno niedowartościowanej przez twórców, dyrektorów teatrów i krytyków. Widowni, na którą czekam, ale do której się nie łaszę. O teatrze myślę podobnie jak prawdziwi rockowi muzycy, którzy mówią, że śpiewają o tym, co ich interesuje, szczerze i z serca, o tym, co ich otacza i dotyka. Jeśli się to komuś nie podoba, to może słuchać przecież innej muzyki. Myślę, że to jest bardzo uczciwe. Robienie czegoś po to, żeby się spodobało jest szalenie niebezpieczne, bo uzależnia od innych i blokuje dostęp do siebie. Jeśli artysta robi pod publikę, to jest automatycznie w dupie.

Z drugiej strony są tacy, którzy uważają, że to, co ty robisz jest eksperymentowaniem, że powinieneś ze swoimi spektaklami zamknąć się w piwnicy, bo one się nie nadają na scenę i są tak niezrozumiałe, że nie są w stanie zapełnić dużej teatralnej widowni.
– To jest nieprawda, bo moje spektakle się sprzedają i zapełniają widownie. Tę fałszywą tezę obalają po prostu liczby. I teraz należy zadać głośno pytanie czy chcemy teatru stymulującego intelektualnie czy nie? Czy chcemy być innowacyjni, czy pozostać tanią siłą roboczą Europy? Czy chcemy teatru lekkiego i rozrywkowego, czy poszukującego i ryzykującego? Czy chcemy społeczeństwa krytycznego, czy niekoniecznie?

Masz misję?
– Oczywiście, bo teatr publiczny jest misją, a przynajmniej powinien nią być. Zadaniem teatru publicznego jest wnosić pozytywną wartość do społeczeństwa, nawet jeśli taki proces jest dla niego bolesny. Bo – powtarzam – artysta nie jest od zadowalania. Jest od pokazywania innej, często bolesnej perspektywy. Ja, z moimi współpracownikami, staram się podnosić poprzeczkę możliwie wysoko, często ryzykując i nie uważamy, że miejscem do tego jest piwnica.

Jesteś ryzykantem?
– Jeśli nazwiesz ryzykowaniem sięganie wbrew zdrowemu rozsądkowi po trudne działa literackie, które mi samemu sprawiają trudność w odczytaniu i przez to prowokują do procesu intelektualnego – to tak, jestem ryzykantem.

Czy aktor powinien dostać na pierwszej próbie tekst od reżysera?
– Zależy, który i przy jakim spektaklu. Jeśli tekst powstaje w trakcie prób, bo pisze go Marcin Cecko, to wiadomo, że go nie ma od początku. Ale jeśli biorę się za coś gotowego, jak na przykład „Iwonę, księżniczkę Burgunda” czy „Kaligulę”, to wiadomo, że tekst jest od pierwszej próby.

Inna sprawa to aktorzy. Są tacy, którzy muszą dostać gotowy tekst, bo inaczej nie potrafią pracować. Ale są też inni, dla których to koszmar. Myślę, że gdybym przyszedł na próbę i dał Pawłowi Smagale albo Justynie Wasilewskiej gotowy tekst i powiedział: „Tu stajesz, teraz wychodzisz z prawej, a na koniec z lewej”, to oni by się na mnie po prostu obrazili, bo potrzebują współuczestniczyć z procesie tworzenia, lubią szukać, chodzić po bezdrożach.

Ty też lubisz bezdroża.
– Bardzo, taki mam charakter. Lubię pobłądzić, szukać inspiracji, coś sprowokować, zapuścić się w nieznane. Dlatego dużą część prób poświęcam różnym kreatywnym poszukiwaniom i spektakl składam w całość właściwie na dziesięć dni przed premierą.

Co nieraz stresuje aktorów, szczególnie tych, którzy z tobą wcześniej nie pracowali.
– Kiedy robiłem „Opętanych” w Wałbrzychu i zaczęła panować nerwówka, powiedziałem aktorom: „Nie martwcie się, ja ten spektakl mogę wyreżyserować na dwóch próbach”. Oni pewnie sobie wtedy pomyśleli: „Co za arogancki chuj”. Podobnie było, kiedy robiliśmy „Poczet Królów Polskich” w Starym Teatrze. Aktorzy byli przerażeni i nie wiedzieli dokąd zmierzamy, aż przyszedł ten moment, kiedy poukładałem sobie wszystkie klocki w głowie i złożyłem w całość bardzo szybko. Ania Radwan nawet mnie zapytała, czy coś zażyłem. A ja po prostu tak pracuję. Nie lubię też rzeczy, które są przepróbowane. Lubię, gdy coś się otwiera w ostatnim momencie, bo jest wtedy najświeższe.

Wspomniałeś Pawła Smagałę, Justynę Wasilewską i Marcina Ceckę. Ostatnio pracujesz też sporo z Aleksandrą Wasilkowską. Dlaczego razem pracujecie?
– Moich współpracowników łączy to, że mają nieograniczoną wyobraźnię. Wszyscy, bez wyjątku. Nie tylko te osoby, które wymieniłeś, ale także Svenja Gassen, która robi kostiumy, Robert Mleczko i Marek Kozakiewicz – odpowiedzialni za wideo, Jacqueline Sobiszewski i Bartek Nalazek – reżyserzy światła, czy Jan Duszyński i Julia Marcell – muzycy i kompozytorzy. Oni i jeszcze parę innych osób to znakomici artyści, z którymi można zrobić, co się tylko chce.

Od samego początku twojej reżyserskiej kariery jest z tobą Paweł Smagała. Dlaczego gra w prawie każdym twoim spektaklu?
– Tu muszę od razu zaapelować do wszystkich, którzy mnie zapraszają do pracy, żeby brali pod uwagę Pawła, gdyż jest on niezbędny w moich spektaklach.

Bo?
– Jest absolutnie wyjątkowym artystą, świetnym i magnetyzującym aktorem. Pierwszy raz zobaczyłem go na PWST w egzaminie u Jana Peszka. W jednej ze scen Paweł grał w szachy i dosłownie każdym powolnym ruchem pionka na szachownicy wywoływał niewiarygodne emocje, trzymał widownię za gardło. Od tego czasu pracujemy razem niemal nieustannie.

Paweł niezwykle działa na grupę, uruchamia bardzo różne wymiary. Działa performatywnie, wymyśla interakcje z otoczeniem i po tylu latach naszej współpracy nadal jest twórczy i inspirujący. Chroni mnie też w jakimś sensie przed rutyną, bo kiedy już wie, jak coś będzie wyglądało, to mnie tym irytuje i wymusza zmiany. Dlatego jest niezbędny.

Skąd się wziął Krzysztof Garbaczewski – scenograf?
– To przyszło naturalnie. Jestem, można powiedzieć, scenografem amatorem, bo nigdy się w tej dziedzinie nie kształciłem. Ale coś mnie w tę stronę ciągnęło od wczesnej młodości, kiedy pomagałem tacie w warsztacie stolarskim. Zamiast zająć się robotą, coś tam sobie na boku strugałem. Tak też było ze scenografią. Myśląc o spektaklu, zaczynałem od razu coś szkicować na skrawkach papieru. Nie umiałem i nie umiem do dzisiaj wykonać prawdziwych, profesjonalnych rysunków technicznych jak zawodowi scenografowie, ale to mi jakoś nie przeszkadza.

Sam też robisz adaptacje do swoich spektakli.
– Ludzie, przestrzeń, tekst – to trzy najważniejsze elementy spektaklu i tak się rzeczywiście złożyło, że sam je ogarniam. I to też było bardzo naturalne. Kiedy coś czytam, niemal automatycznie rodzi mi się w głowie pomysł na sceniczną adaptację. Czasami przybiera to nieprzewidywalne formy, jak było w przypadku „Kronosa”, który zainspirował proces twórczy polegający na tym, że aktorzy napisali swoje własne „kronosy”.

„Kronos” jest kolejnym dziełem Witolda Gombrowicza, które wziąłeś na teatralny warsztat. Skąd to Gombrowiczowskie odchylenie?
– Bliskie jest mi pewnego rodzaju niedostosowanie Gombrowicza, niezgoda na otaczający świat. Zacząłem go kiedyś namiętnie czytać i tak mi zostało. Czytałem jego i o nim, zdając sobie sprawę jak boleśnie aktualna jest twórczość Gombrowicza, szczególnie jeśli odrzuci się całą gombrowiczologię, którą przez lata obrosły jego działa i dyskurs o samym autorze. Okazało się, że jest między nami jakieś dziwne połączenie.

Przygotowujesz się do wystawienia w Opolu „W poszukiwaniu straconego czasu” Prousta, chcesz też wyreżyserować „Fausta” Goethego i „Ucztę” Platona…
– Ostatnio przyplątał się też Szekspir i stanął do rodzinnego zdjęcia. Planuję w przyszłym sezonie zrobić jego „Burzę” w Teatrze Polskim we Wrocławiu. Myślę także od dłuższego czasu o „Hamlecie”. Ludzie niby znają klasykę, ale rzadko ktoś rzeczywiście po te teksty sięga i zgłębia. Klasyka, szczególnie ta, o której się mówi, że jest strasznie trudna, to wspaniałe pole do eksploatacji.

Ale, żeby nie było, że tylko klasyka mnie kręci. Bardzo interesująca wydaje mi się postać Mirosława Nahacza i jego niezwykła twórczość, szczególnie ostatnia książka o wdzięcznym tytule „Niezwykłe przygody Roberta Robura” – zjechana niesłusznie przez krytykę. Czuję, że mamy z Nahaczem jakiś wspólny świat. Nie tylko z tego powodu, że byliśmy niemal w tym samym wieku.

Jak wybierasz teksty, które trafiają potem na deski teatralne?
– Albo sam coś wygrzebuję, albo podpowiadają mi osoby, którym ufam, jak Tomasz Konina czy Krzysztof Mieszkowski. „Iwona…” była propozycją Tomka, a „Burza” Krzyśka.

Tomasz Konina, szef Teatru im. Jana Kochanowskiego w Opolu, uchodzi za twojego odkrywcę. To u niego debiutowałeś i często do Opola wracasz. Co to dla ciebie za miejsce?
– Niesamowita scena, niesamowici ludzie i niesamowita energia. Tomek rzeczywiście jako pierwszy mi zaufał i dał szansę, a potem ponawiał zaproszenie, otwierając kierowany przez siebie teatr na przyjazdy kosmitów, którzy ciężko tam pracowali.

Przed zdaniem na wydział reżyserii zrobiłeś film, który uznałeś za nieudany i zamiast do szkoły filmowej, poszedłeś do teatralnej. To była z dzisiejszej perspektywy dobra decyzja?
– Bardzo, bo polski teatr ma wielki potencjał i niezmiennie jest jednym z najciekawszych zjawisk artystycznych w Europie. Mam poczucie bycia częścią tej kreatywnej wspólnoty, która robi dużo dobrego dla naszej debaty o sprawach ważnych. Polski film natomiast nie podejmuje ryzyka i nie inwestuje w twórcze osobowości, ale to już też się zmienia z czego bardzo się cieszę.

Chciałbyś wyreżyserować pełnometrażowy film fabularny?
– Tak, i myślę, że idę w dobrym kierunku. Bergman dużo robił w teatrze i od czasu do czasu kręcił film. To mi się podoba, też bym tak chciał. Póki co nakręciłem niedawno krótki metraż „Proust-Pamuk-Pamięć”, który był pokazywany w Stambule jako część międzynarodowego spektaklu. Teraz go przemontowuję, żeby był autonomicznym dziełem i by można go było pokazać w Polsce.

Czy twoi rodzice oglądają twoje spektakle?
– Mama jeździ i ogląda.

I co po nich mówi?
– „Ale wymyśliłeś!”.

_____

Krzysztof Garbaczewski (ur. 1983 w Białymstoku) jest jednym z najważniejszych, najgłośniejszych i najbardziej kontrowersyjnych reżyserów teatralnych młodego pokolenia. Tworzy także scenografie i adaptacje teatralne. Jest absolwentem Wydziału Reżyserii Dramatu PWST w Krakowie, był asystentem Krystiana Lupy. Zadebiutował w 2008 r. „Chórem sportowym” Elfriede Jelinek na deskach Teatru im. Jana Kochanowskiego w Opolu. Od tego czasu wystawił 12 spektakli w teatrach w Opolu, Wałbrzychu, Wrocławiu (Teatr Polski), Poznaniu (Teatr Polski), Krakowie (Stary Teatr) i Warszawie (Nowy Teatr, Opera Narodowa). Tworzy interdyscyplinarne spektakle – nazywane często instalacjami – łączące teatr, performance, muzykę i sztuki wizualne. Jest laureatem wielu nagród, w tym Paszportu „Polityki”.

_____

Rozmowa ukazała się w „Notatniku Teatralnym” (75-76/2014).

1534994_10153413134182571_6329304726349658175_n

_____

© Mike Urbaniak | Fot. Rilk Mob

Zwykły wpis