ROZMOWA

Nie jestem panem od sceny walca

13330464_10209609679825675_1230466779_n

Z dziką wręcz radością wyginam ciało we wszystkie strony i mam nadzieję, że to się udziela widzom. Z Pawłem Sakowiczem, tancerzem i choreografem, rozmawia Mike Urbaniak

Where are you from High Speed?
– I’m from the future!

From the future?
– And from Białystok.

To zupełnie zmienia postać rzeczy.
– Tak myślałem. A naprawdę jestem poza czasem, bo jako superbohater mam zdolność rozciągania go, zmieniania, wpływania na to, co już było i na to, co będzie. Także, jak widzisz, High Speed jest poważną rolą. Mogę robić wszystko i jestem gotowy na wszystko.

Co do tego nie mam żadnych wątpliwości.
– High Speed został stworzony przez Martę Ziółek, która zaczynając pracę nad „Zrób siebie/Make Yourself” w Komunie Warszawa nadała nam wszystkim imiona. Agnieszka Kryst to Beauty, Ramona Nagabczyńska – Coco, Kasia Sikora – Lordi, Robert Wasiewicz – Glow, a Marta to Angel Dust. Nowe imiona łączą się z naszymi osobowościami i wyobrażeniem Marty o naszym performowaniu.

Twoje ci się spodobało?
– Bardzo, uznałem je za idealne. Niedawno wróciłem z Brazylii, gdzie nazwano mnie Tornado. Tornado i High Speed świetnie współgrają.

Rzeczywiście jesteś nadaktywny.
– Taką mam naturę. Działam na wysokich obrotach, mam umiejętność adaptacji i potrzebuję niewiele czasu na regenerację.

Od zawsze?
– Chyba tak. W szkole byłem kujonem, finalistą olimpiady polonistycznej i miałem najwyższą średnią w liceum. To było spowodowane naturalną chęcią zdobywania wiedzy, rozwoju intelektualnego. Dodam, że byłem lubianym kujonem. Takim, co to chcesz się z nim kumać i od czasu do czasu coś odpisać, a że ładnie piszę, łatwo było ode mnie ściągać. Dodatkowo w klasie maturalnej dostałem od taty starego opla i zabierałem po drodze kolegów do szkoły. Woziliśmy się po Białymstoku. A po lekcjach biegłem za zajęcia taneczne.

A one skąd się wzięły?
– Miałem dziesięć lat, kiedy tato zabrał mnie na turniej tańca towarzyskiego, który sponsorowała jego firma. Bardzo mi się to, co zobaczyłem spodobało i na drugi dzień byłem już zapisany na kurs.

Co ci się tak spodobało?
– Nie wiem, może współzawodnictwo między parami. Moja intensywna przygoda z tańcem towarzyskim trwała prawie dekadę, cały wolny czas poświęcałem treningom i próbom. Byłem dwukrotnym wicemistrzem Polski w tańcach latynoamerykańskich. High Speed od małego!

Robiłeś coś poza nauką i tańcem?
– Niewiele, szkoła i taniec pochłaniały prawie cały mój czas. Potem także czas siostry, która również zaczęła tańczyć – tańczyliśmy nawet w parze, a rodzice dzielnie nas w tym wspierali. Sami świetnie radzą sobie na parkiecie.

To dlaczego poszedłeś na politologię?
– Wybrałem je bez głębszej refleksji. Interesowały mnie po prostu zagadnienia związane z polityką, dyplomacją i życiem społecznym.

Co się stało z tańcem kiedy zacząłeś studiować w Warszawie?
– Umarł śmiercią naturalną. Kontynuacja wymagała jeszcze większego poświęcenia, a ja nie miałem na to ani siły, ani chęci. Byłem już zmęczony całą tą otoczką wokół tańca towarzyskiego: ciuchami, solarium, mimiką i powtarzalnością. Rozstałem się z tańcem z dnia na dzień bez wielkiego dramatu i bardzo świadomie.

Masz jakieś nagrania ze swoich występów?
– Oczywiście, może użyję ich w spektaklu rozliczającym się z tą spuścizną. Gdybym wtedy zamiast czaczą i dżajfem zajął się tańcem współczesnym, pewnie byłbym dzisiaj gdzie indziej. Z drugiej strony takie myślenie jest chyba bez sensu, bo przez dziesięć lat trenowania też się sporo nauczyłem. W każdym razie długo miałem kompleks tańca towarzyskiego.

13327624_10209609603863776_6902710523028981235_n

Po kilku latach taniec jednak do ciebie wrócił.
– Na trzecim roku wyjechałem do Londynu na Erasmusa i…

Dlaczego się śmiejesz?
– Bo teraz będzie historia, jak z amerykańskiego filmu.

Dajesz.
– No dobrze, sam tego chciałeś. Jest piękny dzień, idę sobie przez King’s Cross i widzę nagle przez okno, jak ktoś ćwiczy na sali baletowej przy drążku. Wchodzę do środka i pytam, czy nie ma zajęć dla amatorów. Zapisuję się na nie i już wiem, że kiedy wrócę do Warszawy, piszę pracę dyplomową i aplikuję od razu do London Contemporary Dance School.

Jaki był temat twojej pracy?
– „Polityczne i społeczne aspekty teatru tańca”. Teraz ty się śmiejesz! Naprawdę pozwolono mi na politologii napisać taką pracę, obroniłem ją na piątkę. Moim promotorem był dr Daniel Przastek. Dlaczego pisałem o teatrze tańca? Do dzisiaj nie wiem, ale to pokazuje jakie miałem wówczas wyobrażenie o tańcu i choreografii.

No dobrze, aplikujesz do Londynu.
– I choć nie mam licencjatu ani z choreografii, ani performansu, tylko z nauk politycznych, przyjmują mnie od razu na studia magisterskie. Dostaję ogromny kredyt zaufania, który muszę spłacić.

To było trudne?
– Pamiętam pierwsze zajęcia z klasyki. Większość była po szkołach baletowych i angażach w teatrach. Próbuję ich naśladować, ale czuję, że to mi wychodzi fatalnie. Biorę się ostro do roboty i postanawiam, że nadrobię. Łatwo nie jest, bo mam ogromne braki zarówno w warsztacie, jak i w wiedzy teoretycznej – tu włączył się licealny kujon.

Londynu by nie było, gdyby nie rodzice, którzy mi bardzo pomagali. Wspólnie zapłaciliśmy za studia, bo wtedy miałem jeszcze jakieś oszczędności, a na życie dorabiałem serwując w weekendy flat white i mimosę w Hampstead. Szlifowałem też angielski, więc oprócz dyplomu magistra, przywiozłem do Polski fake British accent.

Nie chciałeś tam zostać?
– Po skończeniu szkoły zupełnie nie wiedziałem co dalej. Mogłem zostać w Londynie jeszcze kilka miesięcy, bo byłem zaangażowany w jakiś projekt jako tancerz. Jedno wiedziałem na pewno – chcę pracować niezależnie, co wśród moich kolegów i koleżanek było odbierane jako odważna decyzja, bo większość z nich za naturalne uważała dołączenie do kompanii tanecznej. W Wielkiej Brytanii to naturalna ścieżka kariery.           

Ale rozumiem, że nie dla ciebie.
– Mnie to nie interesowało, nie chciałem być tylko wykonawcą czyichś pomysłów. Chciałem robić swoje prace. Zaaplikowałem do Instytutu Muzyki i Tańca, który przyznał mi w 2013 roku rezydencję w Uferstudios w Berlinie, gdzie rozpocząłem pracę nad „Bernhardem” – moim pierwszym solo. Tego samego lata Marysia Stokłosa zaprosiła mnie do zrobienia małej rzeczy w Centrum Sztuki Współczesnej w Warszawie. Tam pokazałem „Bajki muzyczne”.

13308466_10209609602543743_8357377719582234813_o

Zacznijmy od twojego solowego debiutu. Dlaczego zająłeś się Thomasem Bernhardem?
– Zaczytywali się nim moi przyjaciele z Berlina. Mówili, że to nie tylko świetna literatura, ale także niesamowity język. Zacząłem go czytać, pierwsze było „Wymazywanie”. Na początku pociągał mnie stosunek Bernharda do Austrii, który był podobny do mojego stosunku do Polski, ale potem górę wzięła forma jego języka. Finalnie powstało z tego solo o moim stosunku do czytania Bernharda, a nie do jego literatury jako takiej.

„Mój stosunek do Thomasa Bernharda jest dość niejednoznaczny” – to pierwsze zdanie, które wypowiadasz w spektaklu.
– Mój stosunek do książek Bernharda jest taki, że nie mogę przestać ich czytać. Mam dziwną przyjemność z czytania ich w kółko, trochę jak mantrę. Przekładając jego język na ruch, infekując jego literaturą moje ciało, pracowałem dużo z repetycją. Powstał z tego dość formalny, na końcu improwizowany spektakl.

A potem przyszły zaproszenia.
– Pierwszą osobą, która mi zaufała jeszcze przed „Bernhardem” była Ramona Nagabczyńska. Zobaczyła moje „Bajki muzyczne” w CSW i zaprosiła mnie do współpracy.

Zabawna była ta bajka. I ironiczna. Zupełnie inna od „Bernharda”.
– Wyszła mi rzeczywiście dość kampowa etiuda, co wzięło się stąd, że nie wiedziałem, jak sobie poradzić z niezbyt mi leżącym utworem Lutosławskiego, który dostałem z przydziału.

W zeszłym roku powstało twoje drugie solo – „TOTAL”.
– Dostaliśmy razem z Agnieszką Kryst rezydencję w Starym Browarze w Poznaniu, w ramach prowadzonego przez Art Stations Foundation by Grażyna Kulczyk programu Solo Projekt Plus. Każde z nas pracowało nad swoim kawałkiem.

W moim przypadku wszystko szło w bardzo różnych kierunkach: od pomysłu na taniec non stop, do pomysłu na to, że tańca nie będzie w ogóle. A wziąłem na warsztat temat wirtuozerii i wyobrażenia tego, czym w ogóle taniec jest, szczególnie w kontekście miejsca, w którym powstawał. Interesowałem się konfrontacją mnie – choreografa ze mną – wykonawcą, interesowałem się oczekiwaniami – tym, jak spektakl może być odebrany, interesowała mnie w końcu kwestia porażki – na ile mogę zaplanować to, że spektakl się nie uda. To był dla mnie długi proces myślowy. Praca nad „TOTALEM” odbywała się przede wszystkim w książkach, notatkach i mojej głowie, a głównym narzędziem była spekulacja. Tradycyjnie rozumianego tańca jest w tym spektaklu mało.

Twoje wyobrażenie o zawodzie tancerza i choreografa z czasów szkolnych pokrywa się z rzeczywistością?
– Z grubsza tak, choć myślałem, że moje życie zawodowe będzie odrobinę bardziej uporządkowane. Nie zdawałem też sobie sprawy, jak ważną jego częścią jest negocjowanie dat. Największym problemem jest to, że nie mogę być w dwóch miejscach jednocześnie.

Takie problemy mają tylko ci, którzy są zapracowani.
– Dlatego nie narzekam. Wolę mieć kłopoty z bilokacją, niż pusty kalendarz.      

Odmówiłeś komuś współpracy, mimo, że kalendarz ci na nią pozwalał?
– Zdecydowaną większość propozycji przyjmowałem. Odmowy były sporadyczny i wiązały się z tym, że nie chciałem po prostu z kimś pracować. Trudność odmawiania jest zasadniczym problemem dla kogoś, kto jest wolnym strzelcem. Nie można się zajechać na śmierć, a z drugiej strony kocham być w ruchu.

Nie da się nie zauważyć. Tydzień temu występowałeś w „Zrób siebie” w Komunie Warszawa, zaraz po byłeś na Scenie Tańca Studio w „Collective Jumps”, a ostatni weekend spędziłeś w Pszczynie, gdzie z Izą Szostak pokazywaliście „Balet koparyczny”.
– Skłamałbym, gdybym powiedziałbym, ze nie czuję fizycznego zmęczenia, ale mnie to jara.

13248363_10209609601023705_1597865501680954308_o

Każdy z tych spektakli jest w kompletnie innej stylistyce. Trudno jest ci się przestawiać?
– Trudno, ale wydaje mi się, że wypracowałem w sobie umiejętność przełączania się bez uszczerbku dla tego, co akurat robię. Inaczej bym zwariował, bo każda z tych rzeczy wymaga od mnie czegoś zupełnie innego, jest robiona na innym poziomie energetycznym. Oprócz tego, co wymieniłeś, gram cały czas „TOTAL” – najbliższy w czerwcu na Malcie w Poznaniu, a w lipcu zaczynam w KEM-ie próby z Alexem Baczyńskim-Jenkinsem, ich rezultat pokażemy na lipcowej STS. Oprócz mnie i Alexa, biorą w tym udział Ramona Nagabczyńska i Korina Kordova. Już nie mogę się już doczekać.

Pracując z choreografem czy choreografką lubisz wiedzieć gdzie wędrujecie, czy wolisz się zgubić?
– Zdecydowanie wolę drugą opcję, uwielbiam błądzić. Czuję się wtedy bardziej zaangażowany w proces powstawania. Oczywiście ważna jest wizja. Tak było, kiedy robiłem w Teatrze Dramatycznym w Wałbrzychu choreografię do „Schuberta. Romantycznej kompozycji na dwunastu wykonawców i kwartet smyczkowy” w reżyserii Magdy Szpecht. Magda wiedziała, co chce zrobić, jaki jest cel, ale drogi do niego szukaliśmy wspólnie nieraz zbaczając z obranego kursu. Mimo presji czasu, która jest w teatrze repertuarowym obecna, daliśmy sobie prawo do próby, z której nic nie wyszło, ale dzięki niej zdobyliśmy wiedzę o tym, czego na pewno nie chcemy. Nie spisuję takich prób na straty.

Teatr dramatyczny to kolejne pole twojej działalności.
– Przed „Schubertem” zrobiłem kilka mniejszych rzeczy. Z Olą Jakubczak współpracowałem przy spektaklu „Wietnam/Warszawa” w Teatrze Powszechnym, a z Magdą Miklasz przy „Mistrzu i Małgorzacie” w stołecznym Dramatycznym. Pierwszą choreografię zrobiłem w teatrze w Kaliszu do dyplomu łódzkiej Szkoły Filmowej w reżyserii Rudolfa Zioło i nie była to łatwa praca.

Ale dobrze się czujesz w teatrze, prawda?
– Bardzo, i cieszę się, że młodzi reżyserzy i reżyserki zapraszają choreografów i choreografki oraz z tego, czego od nas chcą, rozwalając przy tym dotychczasowy porządek władzy i hierarchię teatralną, w której na samym szczycie jest reżyser, a reszta to podrzędni wykonawcy jego żądań.

Mam przyjemność pracować z osobami, które nie traktują mnie jak pana od sceny walca, bo nim nie jestem. Dla mnie to jest też świetna szkoła współtworzenia z dużą ilością ludzi, bo, jak wiesz, w polskim tańcu dominują produkcje kameralne. Trzy osoby to już superprodukcja! Cieszy mnie także to, że młodzi reżyserzy i reżyserki coraz częściej decydują, by punktem wyjścia dla spektaklu nie był tekst dramatyczny i widzą duży potencjał w choreografii.

A co ci się w teatrze nie podoba?
– Chciałbym, żeby dyrektorzy mieli większe zaufanie do tego, co nie jest w teatrze typowe. Choreografia może być abstrakcyjna, może przetwarzać, może zmieniać, może stać w opozycji do tego, co się dzieje w spektaklu.

Taniec współczesny ma to do siebie, że często jest abstrakcyjny, a spektakle gra się rzadko. Tymczasem teatr repertuarowy musi dbać o to, by grać zrozumiałe, bo trzeba co wieczór wypełniać ludźmi widownię.
– Masz rację, dlatego robiąc w Wałbrzychu „Schuberta” pilnowaliśmy z Magdą, by stworzyć spektakl, na który publiczność będzie chciała przychodzić. To nie była oczywiście nasza naczelna zasada, ale nie zapominaliśmy o widzach. Mam w ogóle wrażenie, że uczestniczymy teraz w Polsce w wytwarzaniu języka, którym można opowiadać o tańcu i performansie w sposób komunikatywny, zrozumiały dla widzów, bo dużym problemem jest z pewnością jego przeintelektualizowanie.

To samo pomyślałem czytając opisy twoich spektakli.
– No dobrze, posypuję głowę popiołem. Myślę, że to się bierze z tego, że taniec współczesny jest tak bardzo zainteresowany filozofią i sztukami wizualnymi.

A mnie się wydaje, że te wasze wydumane, zrozumiałe dla mało kogo opisy spektakli biorą się z tego, że taniec jest bardzo środowiskowy. Na spektakle taneczne przychodzi niewielka grupa ludzi. Dusicie się we własnym sosie pokazując kto jest większym erudytą. Nie interesuje was zaciekawienie tańcem szerszej grupy odbiorców, tylko popisywanie się przed sobą.
– Przyjmuję tę krytykę z pokorą i obiecuję większe otwarcie się na widzów.

Przy kolejnym solo?
– Nie chcę robić pracy solowej. Chciałbym zrobić teraz grupową, ale na razie nie mam na nią pieniędzy, więc pomysł musi poczekać.     

Może zrobisz ją w KEM-ie, który współtworzysz?
– KEM, którego liderami są Marta Ziółek i Alex Baczyński-Jenkins jest cudownym miejscem otwartym na wszystko od samby do jogi kundalini, bo my się lubujemy w takich remiksach. To otwarta na rezydencje przestrzeń do pracy, a nas łączy to, że nie udajemy, że nie żyjemy w czasach, w których żyjemy – tak bym to ujął najkrócej. Interesuje nas Internet, lajfstajl, popkultura, ale każde z nas ma swój język. Mój jest bardzo oszczędny, a Marta kocha wypas, czego przykładem jest „Zrób siebie”. Mam w nim ogromną przyjemność performowania, z dziką wręcz radością wyginam ciało we wszystkie strony i mam nadzieję, że to się udziela widzom. Ty też, widziałem, kręciłeś łydką.

CZYTAJ TAKŻE:
Wykradam czas na ruch | Dominika Knapik
Jestem błędem w systemie | Robert Wasiewicz

____

13064635_10209484619739251_6829952246801035410_o

Paweł Sakowicz urodził się w 1988 roku w Białymstoku, gdzie przez prawie dziesięć lat trenował taniec towarzyski. Był dwukrotnym wicemistrzem Polski w tańcach latynoamerykańskich. Ukończył politologię na Wydziale Nauk Politycznych i Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego oraz performans i choreografię w London Contemporary Dance School. Latem 2013 roku odbył rezydencję choreograficzną w berlińskim Uferstudios, gdzie rozpoczął pracę nad debiutanckim spektaklem solowym „Bernhard”. Spektakl został zakwalifikowany do pokazów w ramach Polskiej Platformy Tańca w Lublinie. W 2015 roku jako artysta-rezydent w Art Stations Foundation by Grażyna Kulczyk (Stary Browar Nowy Taniec w ramach Solo Projektu Plus 2015) przygotował drugi solowy spektakl „TOTAL”. Współpracował z m.in. Jeannie Steele, Marią Stokłosą, Ramoną Nagabczyńską, Sjoerdem Vreugdenhilem, Mikołajem Mikołajczykiem, Martą Ziółek, Izą Szostak, Alexem Baczyńskim-Jenkinsem, Rebecką Lazier, Isabelle Schad, Aleksandrą Jakubczak, Magdą Szpecht i Joanną Leśnierowską. Stypendysta Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, zrzeszony z warszawską przestrzenią performatywną KEM. Mieszka w Warszawie.

____

Fot. Jakub Wittchen, Sławomir Klimkowski, Zbigniew Żupa/Teatralna Maszyna

 

Reklamy
Zwykły wpis
ROZMOWA

Jestem błędem w systemie

12998620_10206440115345190_6807804618762052743_n

Niezależnie od przedsięwzięcia w jakim biorę udział, staram się nie rozdzielać aktorstwa i ruchu. Z tancerzem i aktorem Robertem Wasiewiczem rozmawia Mike Urbaniak

Co byś wpisał w rubrykę zawód?
– 
Aktor-tancerz.

A co masz napisane na dyplomie?
– 
Aktor teatru tańca, ale w teatrze tańca nie pracuję. We wszystkich spektaklach, w których gram, wykorzystuję zarówno moje doświadczenie teatralne jak i taneczne, więc mówię o sobie aktor-tancerz.

Jak się nim zostaje?
– 
Trzeba skończyć bytomski Wydział Teatru Tańca krakowskiej PWST i grać jako aktor i tancerz w różnych spektaklach. Trzeba też przygotować się na nieustannie zadawane pytanie: „No dobra, ale jesteś tancerzem czy aktorem?”.

Zostanie jednym i drugim było marzeniem od zawsze?
– 
Najpierw chciałem być piosenkarzem, ale mutacja wszystko pokrzyżowała.

Słyszałem jak śpiewasz, masz dobry głos.
– 
Nie żartuj.

Gdzie miałeś pierwszą publiczność?
– 
W moim rodzinnym Żabieńcu koło Piaseczna. Potem w szkole podstawowej i gimnazjum w Piasecznie. W końcu w liceum w Warszawie.

W Piasecznie było kółko teatralne w ośrodku kultury, a w Warszawie – klasa o profilu teatralnym. Jak to się zaczęło?
– 
Od konkursu recytatorskiego, na którym mówiłem „Na straganie” Jana Brzechwy i muszę zaznaczyć, że fragment „mój buraku, mój czerwony” miał w mojej interpretacji wybitnie erotyczny wydźwięk. Tam podeszła do mnie pani, która prowadziła grupę teatralną w ośrodku kultury i powiedziała: „Widzę talent”. Nie mogłem zaprzeczyć. W kółku teatralnym najbardziej spodobała mi się zespołowość. Do dzisiaj ją najbardziej cenię w pracy w teatrze.

To teatr, a gdzie ruch?
– 
Do ruchu zachęcali rodzice, którzy chcieli mnie trochę odchudzić, bo byłem monstrualnych rozmiarów.

Że co proszę?
– 
Wiem, że trudno jest w to dzisiaj uwierzyć, ale tak było. Pokażę ci zdjęcie.

Rzeczywiście pulpet, ale żeby od razu monstrum to bym nie powiedział. A co tu grasz?
– 
Kaczora, bo obsadzano mnie po warunkach i rola amanta nie wchodziła raczej w grę. Trzeba było więc się trochę zacząć ruszać. Próbowałem tenisa, piłki nożnej (w przerwie były hot-dogi) i tańca, ale nigdy nie zostawałem na dłużej, szybko rezygnowałem. Za to teatru trzymałem się długo, a kiedy wziąłem udział w warsztatach z aktorami z Gardzienic, zacząłem interesować się fizycznym treningiem aktorskim. W liceum nieustannie szukałem kontaktu z teatrem i ruchem. Brałem udział w kolejnych warsztatach, jak tych w Teatrze Narodowym, gdzie spotkałem się z Januszem Gajosem, Janem Englertem czy Anną Chodakowską. Kiedy zebrałem na osiemnaste urodziny pokaźną sumę pieniędzy, postanowiłem, że przeznaczę ją w całości na teatr i będę chodził przez rok na wszystkie spektakle do wszystkich teatrów w Warszawie. I tak zrobiłem.

Co ci się najbardziej podobało?
– 
Znalazłem swój świat na spektaklach Krystiana Lupy, bywałem też dużo w TR Warszawa.

Osiemnastka skończona, czas wybrać studia.
– 
Długo się zastanawiałem, co ze sobą zrobić. Ciągnął mnie teatr, ale też taniec. W końcu ktoś mi powiedział, że w Bytomiu jest Wydział Teatru Tańca, który – jak sama nazwa wskazuje – łączy teatr i taniec, który próbuje taniec redefiniować, który jest eksperymentem i poszukiwaniem, który proponuje coś, co się nazywa polską techniką tańca współczesnego. Pomyślałem, że to jest może dla mnie, ale się przestraszyłem, bo słyszałem, że tam zdają ludzie po szkołach baletowych, tancerze praktykujący od lat, a ja do żadnej z tych grup nie należałem, miałem niewielkie taneczne doświadczenie. Ale trudno, trzeba ryzykować. Złożyłem w końcu papiery na Wydział Aktorski i Wydział Teatru Tańca. Na pierwszy mnie nie przyjęli, na drugi tak. Postanowiłem spróbować z zamiarem ponownego zdawania za rok na Wydział Aktorski.

Czego jednak nie zrobiłeś.
– 
Bo po trzech miesiącach wiedziałem, że Wydział Teatru Tańca jest dla mnie, że właśnie to chcę robić i zostałem w Bytomiu. Byliśmy drugim rokiem na nowoutworzonym wydziale, więc wszystko było jednym wielkim eksperymentem. Nikt nie wiedział kim właściwie aktor teatru tańca ma być. Czuliśmy się wolni i bezkarni, choć na tej beztrosce kładł się cień niepewności, bo wydział nie miał jeszcze żadnych absolwentów, nie wiadomo było kto i czy w ogóle przyjmie nas po studiach, jak wygląda rynek pracy.

Tam kaczor zamienił się w łabędzia?
– 
Chudnąć zacząłem już w liceum, ale radykalna zmiana nastąpiła w Bytomiu. Dostałem tam taki wycisk fizyczny, jakiego wcześniej nie miałem. Tańca mieliśmy tak dużo, że niektórzy nie dawali rady. Dzisiaj program taneczno-aktorski jest bardziej zbalansowany.

980301_10200114432767079_385678393_o

Co o twoich wyborach myślą rodzice?
– 
Są wspaniali, zawsze bardzo mnie wspierali. Jeżdżą na wszystkie moje premiery jeśli tylko mogą i raz na jakiś czas pytają kontrolnie, czy jestem szczęśliwy, czy cieszy mnie to co robię – szczególnie kiedy pojawiają się trudne momenty.

Jakie trudne momenty?
– 
Związane zarówno z nieregularnymi dochodami, co jest od czasu do czasu problemem każdego wolnego strzelca, jak i trudnymi procesami twórczymi, które znoszę bardzo różnie.

Dlaczego spektakle dyplomowe Wydziału Teatru Tańca nie są pokazywane na Festiwalu Szkół Teatralnych w Łodzi?
– 
Nasze akurat były, ale ani rocznik przed nami, ani żaden po nas rzeczywiście nie był zaproszony do konkursu. Nie wiem dlaczego, nie jestem dobrym adresatem tego pytania, ale na pewno jest to duża strata dla studentów.

Może nie jesteście uważani za aktorów?
– 
Być może, ale przecież nimi jesteśmy, choć z pewnością są tacy absolwenci, którzy odnajdują się bardziej w tańcu.

Na rzeczonym festiwalu dostałeś nagrodę Radia Łódź za swoją rolę w „Czyż nie dobija się koni?” w reżyserii Waldemara Raźniaka.
– 
Miałem wielki sztuczny brzuch, byłem bardzo gruby, więc może to jest jakiś znak? Może powinienem wrócić do poprzedniej wagi?

Ruszyłeś po szkole na rozmowy z dyrektorami teatrów?
– 
Nie, odbyłem tylko jedną, polecony przez mojego profesora. Podczas tej rozmowy dyrektor zaproponował mi, bym porozmawiał z reżyserami, którzy mieli w tamtym czasie współpracować z teatrem. Nie porozmawiałem.

Chciałbyś być etatowym tancerzem-aktorem teatru dramatycznego?
– 
Jasne, jest kilka ciekawych, otwartych na eksperymenty zespołów, do których z chęcią bym dołączył. Nie wyobrażam sobie jednak zupełnej rezygnacji z pracy z ciałem. Niezależnie od przedsięwzięcia w jakim biorę udział, staram się nie rozdzielać aktorstwa i ruchu. W jednych spektaklach – upraszczając – jestem bardziej aktorem, w innych bardziej tancerzem, w jednych mam tekst, w innych nie, ale to jest kwestia proporcji, a nie rezygnowania z czegoś.

Skończyłeś szkołę w 2013 roku. Masz poczucie, że jesteś szczęściarzem, bo wszedłeś do teatru, kiedy ten zaczął otwierać się na ruch?
– 
Miałem rzeczywiście od początku wielkie szczęście, bo zacząłem od razu pracować z bardzo fajnymi ludźmi i mam nadzieję, że to się nie zmieni. Cieszę się, że teatr dramatyczny otwiera się na ruch.

Praca sama do ciebie przyszła, czy musiałeś się o nią wystarać?
– 
Różnie. Zwykle było tak, że jeden spektakl uruchamiał następny, ale też zdarzały się – na szczęście krótkie – przestoje, gdy wiele osób powiedziało, że chce ze mną pracować i nagle nic z tego nie wyszło.

I co wtedy?
– 
Wtedy zaczynają topnieć oszczędności, aż w końcu musisz coś pożyczyć. Stawiasz na samorozwój i pojawiasz się na castingach, szukasz. Aż w końcu dzwoni telefon, odbierasz i słyszysz: „Widziałem cię na scenie, popracujemy razem?”.

W zeszłym roku Michał Borczuch zaprosił cię do „Fausta” w Teatrze Polskim w Bydgoszczy. Ten spektakl – takie mam przynajmniej wrażenie – otworzył nowy rozdział twojej teatralnej historii. Prawda to, czy zmyślam?
– 
Kiedy dowiedziałem się, że jestem w obsadzie bardzo się ucieszyłem, bo od dawna jestem fanem teatru Michała. Pomyślałem sobie, że coś się zaczyna i rzeczywiście „Faust” wydaje się być punktem zwrotnym na mojej drodze. Po „Fauście” zacząłem dostawać więcej propozycji, o wiele więcej pracuję. Po za tym, było to dla mnie bardzo ważne artystyczne doświadczenie. Zupełnie inny proces twórczy od tych, których doświadczyłem wcześniej. Naprawdę dużo się w Bydgoszczy uformowało, ale nie chcę deprecjonować poprzednich spektakli, bo one też były dla mnie z różnych powodów ważne.

10428498_10204070801073814_624963075102396059_n

Prawdziwa droga mleczna.
– Bez przesady, podejmowałem także złe decyzje, ale nawet wtedy walczyłem o swoje, starałem się zrobić jak najlepiej moją robotę. I póki co nie zdarzyło mi się wychodzić ze wstydem na scenę. W tej pracy zawsze coś sensownego można ukręcić.

Dużo pracujesz, kalendarz ci gęstnieje, grasz w kilku miejscach w Polsce. Wyrabiasz się na zakrętach?
– 
Był taki czas, kiedy przestałem się wyrabiać, dlatego musiałem zrobić przerwę od zajęć w Bytomiu, gdzie byłem asystentem. Wtedy jednego dnia grałem spektakl w Koszalinie, drugiego w Krakowie, a trzeciego w Bydgoszczy. Noce spędzałem ledwo żywy w kuszetkach, ale zawsze wejście do teatru i spotkanie ze świetnymi ludźmi daje ci takiego kopa, że zapominasz o zmęczeniu i znów masz energię, którą możesz oddać widzom.

Może musisz zacząć nauczyć się odmawiać?
– 
Ale po co odmawiać ciekawych propozycji, lepiej coś poprzestawiać. Poza tym, jak wiadomo, bezrobocie nie śpi, trzeba być czujnym i pracować.

W tym roku zagrałeś w „Wyznawcy” w reżyserii Natalii Korczakowskiej w Teatrze Studio w Warszawie, a za kilka dni masz premierę „Głosu ludzkiego” w reżyserii Mai Kleczewskiej w Operze Narodowej.
– 
W „Wyznawcy” gram ruchowe alter ego głównego bohatera, reprezentuję jego ukrywane żydowskie korzenie. To była ciekawa praca i duże wyzwanie być nieustannie na scenie niemal nic nie mówiąc. Szukaliśmy z Natalią pomysłów na moją obecność, nie chcieliśmy by stała się tylko formalnym zabiegiem i myślę, że udało nam się z grającym główną rolę Mateuszem Królem wytworzyć mocną więź, co bardzo sobie w tym spektaklu cenię. Natalia jest reżyserką otwartą na ruch i godziła się na moje narzędzia twórcze – w dużej mierze to ode mnie zależało, co robię na scenie. Dodam, że „Wyznawca” jest naszą drugą wspólną pracą, pierwszą były „Dziady” w Teatrze Dramatycznym w Białymstoku.

A Maja jest nie tylko wspaniałą reżyserką, ale i zwolenniczką ogromnej wolności dawanej współpracownikom. Dlatego praca z nią jest ogromnym wyzwaniem i przyjemnością. Po raz kolejny miałem szczęście trafić na ciekawy proces otwarty na eksperymenty. W „Głosie ludzkim” za pomocą działań ruchowych i aktorskich dopełniamy historię głównej bohaterki, w którą wciela się Joanna Woś.

Dopełniamy?
– 
My, czyli czworo tancerzy, bo oprócz mnie w spektaklu biorą udział Kaya Kołodziejczyk, Michał Ciećka i Góo Bâ, a za choreografię odpowiada Tomek Wygoda. Wszyscy jesteśmy zamknięci w cudownej wizualnej formie stworzonej przez Wojtka Pusia i kostiumach Konrada Parola. Podstawowymi elementami scenografii są wraki samochodów i praca z tego typu obiektami stanowi spore wyzwanie dla ciała.

Słyszałem, że pracujesz wyjątkowo ofiarnie.
– 
Mam parę ekstremalnych działań, dlatego być może słyszałeś o mojej „ofiarności”, którą najlepiej podsumował jeden z realizatorów, pytając mnie, czy jestem kaskaderem. Swoją drogą, to dziwne uczucie, kiedy wychodzisz z próby cały powyginany i poobijany, po tym jak przez ostatnią godzinę, próbowałeś wpasować swoje ciało w obcą materię jaką jest stary citroën i widzisz wokół siebie piękne, wyprostowane i kroczące majestatycznie baletowe ciała. Oczywiście nie chcę powiedzieć, że tancerze baletowi nie wiedzą, co to ból i wysiłek. Trenowałem klasykę i wiem jak ciężka jest ta technika. Wspomniany kontrast wynika z różnicy w estetyce i sposobie pracy z ciałem. Dlatego w operze czuję, że jestem jakimś błędem w systemie.

12308386_10205549522200918_4730402700268900039_n

Zaangażowałeś się też niedawno w KEM – nowe miejsce na mapie Warszawy, stworzone dla ruchu i performensu.
– 
KEM jest cudownym miejscem stworzonym przez Martę Ziółek i Alexa Baczyńskiego-Jenkinsa. Ja jestem tylko zaprzyjaźnionym artystą. Otworzyliśmy wspólnie KEM kilka tygodni temu tworząc obiekty choreograficzne. Marta z Alexem zaprosili do współpracy wielu fantastycznych ludzi o skrajnych doświadczeniach – od tancerki buyo Hany Umedy do artysty wizualnego i performera Jaysona Pattersona.

KEM jest dla mnie przestrzenią niezwykłej (fry)wolności, a dla ciebie?
– 
Póki co, rzeczywiście pracujemy jak każde nowe miejsce trochę na wariata, ale to nie jest tak, że idę do KEM-u, żeby się świetnie pobawić. Marta i Alex są doświadczeni i profesjonalni, ciężko pracują i wiedzą doskonale, jaki cel chcą osiągnąć, dlatego pracę nad spektaklem w KEM-ie traktuję tak samo poważnie jak pracę w operze. Poczucie frywolności o którym mówisz bierze się pewnie stąd, że się znamy, kumplujemy, imprezujemy, ale kiedy jest robota to nie ma litości.

Co po operze?
– 
Zaczęliśmy już próby do kolejnej premiery Marty Ziółek „Zrób siebie/Make Yourself” w Komunie Warszawa, nad którą pracuje odlotowy zespół w składzie Paweł Sakowicz, Ramona Nagabczyńska, Kasia Sikora, Aga Kryst, Krzyś Bagiński, Anka Herbut, Lubomir Grzelak, ja i oczywiście Marta. Plany na jesień też już są, ale nic nie powiem, dopóki nie podpiszę umów. A w przyszłym roku chciałbym zrobić w końcu pierwszą własną choreografię, przyjdziesz zobaczyć?

CZYTAJ TAKŻE:
Wykradam czas na ruch / rozmowa z Dominiką Knapik

____

549966_4529639522561_476698432_n

Robert Wasiewicz (rocznik 1989) jest absolwentem Wydziału Teatru Tańca w Bytomiu, filii Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej im. Ludwika Solskiego w Krakowie, gdzie zagrał w spektaklach dyplomowych „Czyż nie dobija się koni?” w reżyserii Waldemara Raźniaka (2011, Nagroda Radia Łódź na Festiwalu Szkół Teatralnych) i „Swan Lake” w choreografii Idana Cohena (2011). Jeszcze podczas studiów występował na deskach Śląskiego Teatru Tańca w przedstawieniach Jacka Łumińskiego „La, la, land” i „Nie całkiem ciemny, nawet kolorowy (na szczycie góry trudno się zgubić)” oraz Teatru Polskiego w Bielsku-Białej („Hotel Nowy Świat” w reżyserii Magdaleny Piekorz, 2012) i Teatru Śląskiego w Katowicach („Meblościanka” w reżyserii Błażeja Peszka, 2012). Po szkole zadebiutował w 2013 roku w Teatrze Palladium w Warszawie w spektaklu Marcina Wrony „Chopin musi umrzeć” i w tym samym roku zagrał w przygotowanym na Festiwal Czterech Kultur w Łodzi „Podwórku 37” w reżyserii Krzysztofa Garbaczewskiego oraz wystawionym w łódzkim Teatrze Chorea „Muzgu” w reżyserii Tomasza Rodowicza. Kolejne przedstawienia z jego udziałem to: „Dziady” w reżyserii Natalii Korczakowskiej w Teatrze Dramatycznym w Białymstoku (2014), „Faust” w reżyserii Michała Borczucha w Teatrze Polskim w Bydgoszczy (2015), „Tit Anik” w reżyserii Kai Kołodziejczyk w TR Warszawa (2015), „Smells Like Fashion” w choreografii Marty Ziółek w ASP w Warszawie (2015), „Piosenki miłości i śmierci” w reżyserii Cezarego Tomaszewskiego w Cricotece w Krakowie (2015), „Bezwietrzne lato” w reżyserii Barbary Wiśniewskiej w Bałtyckim Teatrze Dramatycznym w Koszalinie (2015), „TO” w choreografii Marty Ziółek na MAAT Festival w Lublinie (2015) i „Wyznawca” w reżyserii Natalii Korczakowskiej w Teatrze Studio w Warszawie (2016). Obecnie jest w trakcie prób do „Głosu ludzkiego” Francisa Poulenca w reżyserii Mai Kleczewskiej w Teatrze Wielkim – Operze Narodowej w Warszawie, premiera 16 maja.

____

Fot. arch. pryw./Adam Sztokinier

Zwykły wpis