ZAPOWIEDZI

Ostatni sezon

Koniec z lewactwem i hochsztaplerstwem nowego teatru! Koniec z pedałami, gołymi dupami, cyckami i dyndającymi bezwstydnie męskimi członkami! Koniec z wagonami krwi i mamrotaniem do mikroportów! Koniec z próbami bez tekstu i haniebnym gmeraniem w dramatach ukochanych autorów! Koniec z irytującą wszechobecnością kamer i improwizacjami! Koniec z atakami na święte dla Polaków wartości i symbole! No pasaran! Non possumus! Auf wiedersehen zdradzieckie mordy!

Tak mniej więcej można podsumować polityczną narrację niedawno zakończonego sezonu, w którym polska prawica (PiS, PO i PSL) postanowiła rozprawić się ze swoim największym wrogiem w świecie polskiej kultury, czyli teatrem. I, trzeba przyznać, poszło jej to całkiem nieźle. Najlepsze sceny padały pod prawackim naporem jedna po drugiej, dlatego dzisiaj teatralna mapa polski nie wygląda tak, jak jeszcze rok temu. Na oceanie teatralnej konfekcji ostało już tylko kilka wysp najlepszego teatru (gdzie teraz będą jeździć krytycy niepokorni?), który przez ostatnie dwadzieścia lat, od czasu pamiętnego przewrotu styczniowego 1997 roku, nadawał ton scenicznemu życiu Polski i przyniósł naszemu krajowi zagraniczną sławę oraz niekwestionowaną pozycję lidera.

Za chwilę rozpocznie się sezon teatralny 2017/18, który nazywam ostatnim sezonem. I nie tylko dlatego, że być może w ciągu najbliższych miesięcy Polska stoczy się otchłań autorytarnych rządów i jedynej słusznej, koncesjonowanej przez rząd polityki kulturalnej pod patronatem towarzyszy z komisariatu ludowego ds. kultury i dziedzictwa narodowego. Ale też dlatego, że coś się w polskim teatrze kończy na bardzo wielu poziomach: artystycznym, organizacyjnym, finansowym i pokoleniowym. Dobiegają końca dwie heroiczne dekady polskiego teatru (1997-2017) i nikt nie wie, co będzie dalej.

Tymczasem ostatni sezon jest nadal pełen podniecających planów, choć w coraz mniejszej liczbie teatrów. Sceny, które nadal warto odwiedzać można policzyć na palcach obu rąk i jedną trzeba poświęcić na Warszawę, co jeszcze niedawno było nie do pomyślenia. Stolica wyrosła bowiem w ciągu ostatniego roku na prawdziwą potęgę przyciągającą aktorskich rozbitków z niszczonych scen innych miast. Mamy więc teraz warszawską mocną czwórkę (Nowy Teatr, STUDIO teatrgalerię, TR Warszawa i Teatr Powszechny) z mającym coraz większe ambicje Teatrem Żydowskim i każdego roku lepszą Komuną Warszawa, a w interiorze już tylko kilku ostańców: Teatr im. Stefana Żeromskiego w Kielcach, Teatr Dramatyczny w Wałbrzychu i Teatr Polski w Poznaniu oraz kilka scen, które mają jeszcze od czasu do czasu siłę i chęć na małe szaleństwa, czyli Teatr Zagłębia w Sosnowcu, Teatr im. Juliusza Osterwy w Lublinie i Teatr Śląski w Katowicach. Oto mój homo-lewacko-syjonistyczno-zdradziecko-antypolski przewodnik po ostatnim sezonie.

Świetnie zapowiadają się najbliższe miesiące w Nowym Teatrze w Warszawie pod kierownictwem Karoliny Ochab i Krzysztofa Warlikowskiego. Pierwszą premierą pierwszego września będzie pierwsza cześć pierwszej księgi Biblii. Tak, to nie żart. Całą Księgę Rodzaju („Biblia. Rdz 1-11” to pełny tytuł pierwszego spektaklu) w trzech odsłonach (wrzesień, grudzień, kwiecień) wystawi Michał Zadara – reżyser uwielbiający przenosić na scenę książki, o których wszyscy mówią, ale nikt ich nie przeczytał. 1 września zobaczymy więc przedstawienie opowiadające historię od stworzenia świata do budowy Wieży Babel przeznaczone dla widzów od lat sześciu w górę. Jeśli  ta premiera zakończy się sukcesem, Nowy będzie miał w swoim repertuarze aż pięć fajnych spektakli dla dzieci i młodzieży, czym nie może się pochwalić żaden teatr dramatyczny w Polsce.

Na listopad planowana jest premiera „Procesu” Franza Kafki w reżyserii Krystiana Lupy. To miał być spektakl Teatru Polskiego we Wrocławiu, ale próby do niego zostały przerwane z powodu postępującej morawizacji (dzisiaj ta czołowa niegdyś scena jest pośmiewiskiem teatralnego świata). I oto zdarzył się cud, cztery stołeczne teatry (Nowy, TR, Powszechny i STUDIO) ze wsparciem europejskich partnerów postanowiły wspólnie wyprodukować „Proces”, w dodatku z tą samą obsadą. Co tu dużo gadać, to jedna z najbardziej wyczekiwanych premier sezonu, która będzie później grana w paryskim Odéon Théâtre de l’Europe.

W lutym na Madalińskiego wraca Krzysztof Garbaczewski i weźmie się za „Ucztę” Platona, którą chce połączyć z jego „Obroną Sokratesa” i zapytać w jakim stanie dzisiaj jest demokracja. W marcu pod tym samym adresem zobaczymy nowy spektakl Anny Karasińskiej, a w czerwcu Krzysztofa Warlikowskiego. Dyrektor artystyczny Nowego zmienił pierwotny plan i wyreżyseruje „Pakujemy manatki” Hanocha Levina, sztukę, w której właściwie każdy bohater stoi nad grobem. Nie wspomnę już nawet o wymowie tytułu w kontekście obecnej sytuacji politycznej w Polsce. Niedługo wszyscy chyba spakujemy manatki.

Nie zawiodą się na Nowym wielbiciele tańca, bo teatr postanowił jeszcze mocniej zaangażować się w produkowanie i pokazywanie spektakli opartych na ruchu. Tanecznym programem zarządzać będzie od tego sezonu Joanna Leśnierowska (brawo!), a warsztaty taneczne dla młodszych i starszych poprowadzą Maria Stokłosa i Marta Ziółek. Na scenę Nowego wkroczą niebawem Iza Szostak, Renata Piotrowska czy Paweł Sakowicz.

Transfery: Do zespołu Nowego Teatru dołączają najmłodsze gwiazdy Starego Teatru Jaśmina Polak (w zespole jest jej brat Piotr Polak) i Bartosz Bielenia.

TR Warszawa, który zawiadywany przez Grzegorza Jarzynę i Romana Pawłowskiego wyspecjalizował się ostatnio w produkowaniu spektakli za pięć złotych, postanowił w nadchodzącym sezonie wystawić w końcu coś powyżej tej kwoty i zaprosić nas na kilka smakowicie zapowiadających się premier.

Na pierwszą powędrujemy 6 października. Będzie to przedstawienie na motywach monumentalnej pięciotomowej autobiograficznej i uznanej powszechnie na arcydzieło „Mojej walki” Karla Ove Knausgårda w adaptacji Tomasza Śpiewaka i reżyserii Michała Borczucha. Dwa miesiące później, 8 grudnia, udamy na nowy spektakl René Pollescha, a wczesną wiosną Konstantin Bogomołow wystawi w Rozmaitościach „Mistrza i Małgorzatę” Michaiła Bułhakowa.

Od jesieni do wiosny TR we współpracy z Muzeum Polin będzie też kontynuował projekt „Obcy w domu. Wokół Marca ‘68”. Jego pierwszy etap zakończył się wybraniem w lipcu pięciu duetów (Aleksandra Jakubczak i Krzysztof Szekalski, Grzegorz Jaremko i Łukasz Wojtysko, Patrycja Kowańska i Bartosz Ostrowski, Marta Nawrot i Jagoda Wójtowicz, Jędrzej Piaskowski i Hubert Sulima), które przez najbliższe miesiące będą rozwijały swoje pomysły na dzieło o Marcu, aż w końcu zwycięska para zrobi w TR przedstawienie.

Transfery: Do zespołu, jak głosi plotka, ma dołączyć Małgorzata Gorol (kolejna ucieczka ze Starego), a w obsadzie u Borczucha jest Halina Rasiakówna (do niedawna czołowa aktorka Teatru Polskiego we Wrocławiu).

Teatr Powszechny po kierownictwem Pawła Łysaka i Pawła Sztarbowskiego dał ostro do pieca w zeszłym sezonie i stał się najgłośniejszym teatrem IV RP. A co nam ta rozgrzana do czerwoności scena zaserwuje w nadchodzącym sezonie?

Teatr zaczyna 30 września od premiery „Mefista” w reżyserii Agnieszki Błońskiej. Potem, 11 listopada (data, jak rozumiem, nie jest przypadkowa) swój spektakl o superbohaterach pokażą Justyna Sobczyk z Jakubem Skrzywankiem. A na koniec roku, 8 grudnia, Powszechny zaprasza na „Czwartą generację” na podstawie filmów Rainera Wernera Fassbindera w reżyserii Agnieszki Jakimiak. W nowy rok Powszechny wkroczy z Cezarym Tomaszewskim i jego „Kramem z piosenkami”, w lutym Jolanta Janiczak i Wiktor Rubin zaproszą na „Nerona”, a w marcu Michała Zadara wyreżyseruje spektakl pod tytułem „Wypędzenie Żydów z Polski w roku 1968”.

Po sukcesach spektakli Mai Kleczewskiej i Anny Smolar bezdomny Teatr Żydowski pod kierownictwem Gołdy Tencer postanowił w nadchodzącym sezonie doszlusować do najlepszych i stworzył jeden z najciekawszych planów repertuarowych.

Pierwsza warta uwagi premiera będzie 11 września. Michał Buszewicz reżyseruje, oczywiście według swojego tekstu, „Kibiców” – spektakl, w którym biorą udział „aktorzy żydowscy” i kibice Legii Warszawa. Co wyniknie ze spotkania tych dwóch jakże różnych (wrogich?) światów, przekonamy się niebawem w Nowym Teatrze, gdzie spektakl będzie grany gościnnie.

Na drugą interesującą premierę wygląda „Ostatni syn” – bajka Magdy Fertacz w reżyserii Przemysława Jaszczaka opowiadająca o chłopcu, który mieszka w ukryciu i wierzy w kolorowy świat z opowieści swojej matki. Ale pewnego dnia opuszcza kryjówkę i widzi rzeczywistość rozrywaną konfliktami między wyznawcami różnych religii. Próbując zrozumieć dlaczego, rozmawia z napotkanymi po drodze Żydem, Chrześcijanką, Muzułmaninem i Buddystką. Ciekawy jestem, co mu powiedzą. Premiera 1 października.

W listopadzie w Żydowskim będą aż dwie premiery. Za pierwszą odpowiada Maja Kleczewska, która wystawi „Golema” Gustava Meyrinka – opowieść o stworzonej przez Żydów postaci z gliny, która ożywiona miała ochraniać nieustannie zagrożoną społeczność. Za drugą odpowiadają Weronika Murek (tekst) i Jędrzej Piaskowski (reżyseria). Zajmą się Wierą Gran, legendarną pieśniarką, której życiorys jest punktem wyjścia do skonstruowania scenicznej fantazji o związkach sztuki z walką o przetrwanie za wszelką cenę oraz pozycji artysty wobec opresyjnej władzy.

W marcu na spektakl o Marcu ’68 zaprosi Anna Smolar (wysyp marcowych przedstawień spowodowany jest przypadającą w przyszłym roku 50. rocznicą Marca ’68), ale zrobi to z zupełnie innej strony, niż praktykowano to dotychczas. Smolar – urodzona i wychowana w Paryżu córka marcowych emigrantów – pracuje nad przedstawieniem, które oddaje głos drugiemu pokoleniu, czyli dzieciom tych, których wypędzono z Polski. Tekst autorstwa Michała Buszewicza powstanie na podstawie wywiadów z rodzicami i dziećmi, które przeprowadzam od kilku miesięcy w Izraelu, Stanach Zjednoczonych i Europie. Więcej o tych rozmowach i ich bohaterach napiszę niebawem.

W maju do Żydowskiego wkroczą Jolanta Janiczak i Wiktor Rubin, którzy przeniosą na scenę znakomitą, nominowaną do Nagrody Literackiej „Nike” autobiografię Andy Rottenberg „Proszę bardzo” (duet ma zaskakujący i jakże podniecający pomysł na to, kto miałby Andę Rottenberg zagrać, ale na razie musiałem przysiąc na grób Mieczysławy Ćwiklińskiej, że go nie zdradzę, wiec milczę jak zaklęty), a w czerwcu zobaczymy nowe przedstawienie króla musicali Wojciecha Kościelniaka. Będzie to „Lola Blau”, opowieść o młodej Żydówce, odnoszącej pierwsze sukcesy aktorce kabaretowej, która musi uciekać z Austrii po anschlussie i robi w Stanach zawrotną karierę.

Wieść gminna niesie, że w Żydowskim ma też pracować Magda Szpecht, która zainteresowała się tekstem Tomasza Śpiewaka „Polacos” o polskich Żydówkach, które pod koniec dziewiętnastego wieku sprowadzane były przez mafię do południowoamerykańskich burdeli.

W STUDIO teatrgalerii pierwszą premierą, 20 października, będzie „Dobra terrorystka” noblistki Doris Lessing w reżyserii Agnieszki Olsten, a drugą, w listopadzie, „Fallaci” – monodram Remigiusza Grzeli w reżyserii Zbigniewa Brzozy. W rolę słynnej dziennikarki Oriany Fallaci wcieli się Ewa Błaszczyk. A potem czekamy do nowego roku, kiedy to 20 stycznia powędrujemy na „Biesy” Fiodora Dostojewskiego w reżyserii dyrektorki artystycznej STUDIO Natalii Korczakowskiej. Premiera numer dwa, 17 marca, to „Kartoteka” Tadeusza Różewicza w reżyserii Radka Rychcika. A 12 kwietnia na „Srebrny sen Salomei” Juliusza Słowackiego zaprasza miłośnik polskiej klasyki Michał Zadara, który – uwaga! uwaga! – sam stanie na scenie. Dwa tygodnie później w STUDIO zobaczymy „Żaby”, przedstawienie Michała Borczucha na podstawie przepisanych przez Tomasza Śpiewaka komedii Arystofanesa i żywotów starożytnych filozofów. I na koniec sezonu, w czerwcu, do teatru wraca Arek Tworus (reżyser interesującej „Jaskini”), który będzie pracował na Scenie Modelatornia (tym razem zaaranżowanej przez Daniela Burena).

STUDIO będzie także realizowało z działającym przy Polskim Związku Głuchych Teatrem „Cisza na Scenie” projekt „Opera dla głuchych” w reżyserii Wojtka Zrałka-Kossakowskiego, muzyką Roberta Piotrowicza i librettem Adama Stoyanova i Zrałka-Kossakowskiego (polecam przy tej okazji znakomity „Jeden gest” Wojtka Ziemilskiego w Nowym Teatrze) i zaczyna współpracę z REDCAT (Roy and Edna Disney/CalArts Theater) – interdyscyplinarnym centrum sztuki w Los Angeles prowadzonym przez California Institute of the Arts. Korczakowska wyreżyseruje tam spektakl o Witkacym, patronie teatrgalerii i za rok przywiezie go do Polski.

Transfery: Ze zespołu odchodzą Agata Goral, Katarzyna Warnke i Dorota Landowska, a dołącza Dominika Biernat.

Pisząc o najciekawszych stołecznych teatrach nie można pominąć Komuny Warszawa, która biedna jest jak mysz kościelna, a ciągle produkuje mnóstwo wspaniałości. I tak 1 września zobaczymy kolejną odsłonę cyklu „Przed wojną/wojna/po wojnie” przygotowaną przez Agnieszkę Jakimiak, a 1 grudnia „Ośrodek wypoczynkowy” Michała Buszewicza i Anny Smolar – spektakl o tych, którzy w czasie polityczno-społecznej zawieruchy nie włączają się w walkę, ale uciekają w bezpieczne miejsce, udając, że nie widzą, co się wokół dzieje. Do przyjścia na tę premierę zachęca także świetna obsada w składzie Marta Ścisłowicz, Maciej Pesta, Jan Sobolewski, Sonia Roszczuk i Małgorzata Witkowska.

Po wielkim sukcesie Mikroteatru (cyklu 16-minutowych przedstawień), Komuna rusza w nowym sezonie z Makroteatrem, czyli 16-godzinnymi spektaklami w reżyserii Krzysztofa Garbaczewskiego i Wojtka Ziemilskiego oraz kolektywów Komuny i Klancyka (niech Zadara nie myśli, że tylko on umie robić spektakle, na które trzeba przyjść z kanapkami i termosem z wódką).

Na Lubelską wraca też autorka największego hiciora Komuny czyli Marta Ziółek. Jej „Zrób siebie” nadal objeżdża świat, a Ziółek z dramaturgicznym wsparciem Anki HerbutMateusza Szymanówki oraz szatańskim kolektywem w składzie Paweł Sakowicz, Robert Wasiewicz, Katarzyna Sikora, Ramona Nagabczyńska, Agnieszka Kryst i Maria Magdalena Kozłowska zabiera się za „PIXO”, by „zmagać się ze sławą, widzialnością i głodem adrenaliny w procesie transformacji ciała i wizerunku”. Jako osoba, która nie zmaga się ani ze sławą, ani głodem adrenaliny bardzo czekam na ten spektakl. Premiera 27 października.

Nikt się tak nie cieszy i nie chwali planami na nowy sezon jak Michał Kotański, dyrektor Teatru im. Stefana Żeromskiego w Kielcach. Bardzo zresztą słusznie. Udało mu się bowiem stworzyć taką repertuarową ofertę, jakiej mogą mu pozazdrościć najlepsze polskie sceny. Kotański przejął teatr rok temu po śmierci jego wieloletniego szefa Piotra Szczerskiego, który pozwalał na to, by raz w sezonie jego małe królestwo nawiedzały „zdradzieckie mordy”, „rozwrzeszczane lewactwo” i „ubeckie wdowy”, czyli krótko mówiąc najlepsi polscy reżyserzy. Obecny dyrektor postanowił nie tylko zwiększyć częstotliwość ich wizyt, ale zabrał się także w końcu za przebudowę tego kieleckiego kurnika na scenę z prawdziwego zdarzenia. Projekt wielkiej inwestycji jest coraz bardziej zaawansowany i wszystko wskazuje, że niebawem ruszy z kopyta. No, ale to nie jest tekst budowlany, więc przejdźmy do spektakli.

Na pierwszy ogień idą Jolanta Janiczak i Wiktor Rubin, którzy z „Żeromskim” są związani szczególnie mocno, i któremu przynieśli onegdaj sławę swoją znakomitą „Carycą Katarzyną”. Tym razem duet bierze się za legendarnego „Rasputina” (to tytuł ich spektaklu) i przy jego pomocy chce zadać pytania o potrzebę wiary w obliczu cierpienia i strachu. Tytułowego bohatera zagra gościnnie powracający po latach do Kielc Maciej Pesta, do niedawna aktor Teatru Polskiego w Bydgoszczy. Premiera 23 września.

Na początku grudnia, dokładnie 9, zobaczymy w końcu wielokrotnie przekładaną prapremierę „1946”, sztuki o najbardziej haniebnym wydarzeniu w powojennej historii Kielc i jednym z najbardziej bolesnych rozdziałów w historii stosunków polsko-żydowskich jakim był bez wątpienia pogrom kielecki. Tekst pisze Tomasz Śpiewak, a wyreżyseruje go Remigiusz Brzyk. Panowie pracowali wspólnie niejeden raz i efektem tej kolaboracji były zwykle bardzo udane spektakle. Miejmy nadzieję, że tak będzie i tym razem. Tym bardziej, że to przedstawienie powstaje w mieście, które co rusz rozpala kolejna awantura o pogrom (patrz: niedawny znakomity film dokumentalny Michała Jaskulskiego „Przy Planty 7/9”) i w kraju, w którym rządzący politycy i wasalne wobec nich media coraz bardziej podsycają wśród Polaków pogromowe nastroje. „1946” jest z pewnością jedną z tych najbardziej oczekiwanych premier.

Miesiąc po niej, 13 stycznia, „Żeromski” w koprodukcji ze stołecznym Teatrem IMKA zaprosi widzów na „Jądro ciemności” na motywach książki Josepha Conrada. Tekst pisze Paweł Demirski, a wyreżyseruje go oczywiście Monika Strzępka. To cieniutkie opowiadanie Conrada jest dziełem o wielkiej mocy, co udowodnił ponad wszelką wątpliwość blisko czterdzieści lat temu Francis Ford Coppola swoim obsypanym nagrodami „Czasie apokalipsy”. Do czego Strzępkę i Demirskiego zainspirowała opowieść o niewyobrażalnie okrutnym belgijskim kolonializmie w Wolnym Państwie Kongo, prywatnej własności Leopolda II, dowiemy się niebawem.

Na koniec sezonu, 23 czerwca, do Kielc po raz pierwszy w swojej karierze przyjedzie Maja Kleczewska, która zaprosi widzów do Lasu Ardeńskiego, gdyż ma zamiar – zupełnie na poważnie – wystawić słynną komedię Szekspira „Jak wam się podoba”. Artystka chce nią zadać pytanie o sens sztuki współczesnej, o której współpracujący z nią od niedawna Zbigniew Libera mówi, że „się w Polsce nie przyjęła”. Coś czuję, że śmiać się to my będziemy, ale przez łzy.

Transfery: Do kieleckiego zespołu dołączyli związany z Teatrem Dramatycznym w Płocku Jacek Mąka i absolwent PWST w Krakowie Bartłomiej Cabaj, którego kieleccy widzowie mogli oglądać z zeszłym sezonie w trzech spektaklach.

W Teatrze Zagłębia w Sosnowcu, przywróconym na mapę Polski przez Dorotę Ignatjew, artystyczne rządy objęła niedawno młoda reżyserka i teatrolożka Aneta Groszyńska, co wskazuje na chęć utrzymania w Sosnowcu ambitnego repertuaru. Co więc zobaczymy na scenie największego rywala Teatru Śląskiego w Katowicach?

Sezon otworzy „Wojna światów” Herberta George Wellsa w adaptacji i reżyserii Weroniki Szczawińskiej. Podejrzewam, że ta słynna apokaliptyczna powieść science fiction o Marsjanach podbijających Ziemię ma być pretekstem do zajęcia się tematem, który żywo porusza ostatnio artystów wszelkich dziedzin, czyli coraz większego poczucia zagrożenia wojną i tego, co ona ze sobą niesie oraz wzrastających uprzedzeń i lęków wobec obcych. W sumie, gdyby Ziemian zamienić na Polaków, a Marsjan na uchodźców, których Polacy nigdy na żywo nie widzieli, ale bardzo się ich boją, to mielibyśmy „Wojnę światów 2017” jak malowaną. Premiera 4 listopada.

Cztery miesiące później, 9 marca, widzowie będą mogli obejrzeć „Wroga – instrukcję obsługi”, spektakl dla dzieci i młodzieży w reżyserii Justyny Sobczyk. A na przełomie marca i kwietnia do Sosnowca zaprosi Maciej Podstawny (dyrektor artystyczny Teatru Dramatycznego w Wałbrzychu reżyseruje w Teatrze Zagłębia Sosnowcu, a dyrektorka artystyczna Teatru Zagłębia w Sosnowcu reżyseruje w Teatrze Dramatycznym w Wałbrzychu). To zresztą nie jedyna oznaka sosnowiecko-wałbrzyskiej kooperacji, bo 8 czerwca zobaczymy premierę koprodukowanej przez obie sceny „Duchologii polskiej” Olgi Drendy.

Transfery: Z zespołu Teatru Zagłębia do Teatru im. Juliusza Osterwy odchodzą Edyta Ostojak i Sebastian Węgrzyn, a na ich miejsce przychodzą z Teatru im. Wojciecha Bogusławskiego w Kaliszu Natasza Aleksandrowitch i dotychczasowy wolny strzelec Łukasz Stawarczyk.

Skoro już o Wałbrzychu mowa to plan tamtejszego Teatru Dramatycznego im. Jerzego Szaniawskiego wygląda następująco: 21 września będzie premiera spektaklu w reżyserii Jakuba Skrzywanka „Kiedy mój tata zamienił się w krzak” Joke van Leeuwen, dzięki której spojrzymy na świat oczami dziewczynki-uchodźcy. W październiku reżysersko zadebiutuje gombrowiczowską „Iwoną, księżniczką Burgunda” Grzegorz Jaremko. Na początku grudnia Maciej Podstawny wystawi „Lorda Jima” Josepha Conrada w koprodukcji z Teatrem Współczesnym w Szczecinie. A w nowym roku najpierw zobaczymy spektakl „Sienkiewicz Superstar” Anety Groszyńskiej, a 30 marca „Mausa” Arta Spiegelmana – sceniczną wersję jednego z najsłynniejszych komiksów świata w reżyserii debiutującego reżysersko scenografa Mirka Kaczmarka.

W Teatrze im. Juliusza Osterwy w Lublinie kierowanym przez Dorotę Ignatjew warto zwrócić uwagę na szykowaną na połowę grudnia premierę „Hindele, siostra sztukmistrza” Patrycji Dołowy w reżyserii Pawła Passiniego, bo postać Hinde Ester Singer Kreytman, siostry Izaaka Baszewisa Singera jest naprawdę fascynująca. W marcu w „Osterwie” będzie reżyserował Jędrzej Piaskowski, pod koniec sezonu Remigiusz Brzyk (tytuły się jeszcze kokoszą).

Transfery: Do zespołu dołączają z Teatru Zagłębia w Sosnowcu Sebastian Węgrzyn i Edyta Ostojak oraz Maciej Grubich, absolwent PWST w Krakowie.

I last but not least Teatr Polski w Poznaniu kierowany przez Marcina Kowalskiego i Macieja Nowaka. Ta niewielka, acz bezczelna scena sieje w wielkopolskiej stolicy coraz większy artystyczny zamęt i nie ma zamiaru zaprzestać, na co dowodem jest zaplanowana na połowę listopada premiera, o której będą mówić i pisać wszyscy. Dlaczego? Bo będzie to spektakl o samym Naczelniku, Polskim Duce, Słońcu Tatr i Jutrzence Piastowskiej Ziemi! „Czas Kaczyńskiego” (nie mylić z „Czasem apokalipsy”) wystawią Monika Strzępka i Paweł Demirski.

Polski próbuje nieustannie eksplorować lokalne tematy, więc tym razem na afisz trafi jesienią „Lekcja poznańskiego” w reżyserii Julii Szmyt – spektakl na podstawie „Szneki z glancem. Elementarza gwary poznańskiej” Elizy Piotrowskiej. Będzie też kolejna odsłona cieszącej się dużą popularnością „Extravaganzy” Joanny Drozdy i spółki.

A co w nowym roku? Same delicje. W styczniu Jakub Skrzywanek wyreżyseruje „Kordiana” Juliusza Słowackiego, w marcu „Odysa” Marcina Cecki wystawi Ewelina Marciniak, w kwietniu na „Wielkiego Fryderyka” Adolfa Nowaczyńskiego zaprasza Jan Klata, a w czerwcu na „Korczaka” Anna Smolar (czy na podstawie świetnej biografii autorstwa Joanny Olczak-Ronikier?). No, to jest plan!

Na koniec zachęcam też do zaglądania do teatrów, których repertuar na co dzień dupy nie urywa (pozdrawiam Krystynę Jandę!), ale od czasu do czasu pozytywnie zaskakuje. Na pewno nie można przegapić premiery „Króla” Szczepana Twardocha w adaptacji Pawła Demirskiego i reżyserii Moniki Strzępki w Teatrze Polskim w Warszawie. Warto się wybrać na „Szajbę” Małgorzaty Sikorskiej-Miszczuk w reżyserii Marcina Libera (13 stycznia) i spektakl taneczny Izy Szostak w Teatrze im. Aleksandra Fredry w Gnieźnie. Trzeba obejrzeć „Korfantego” z tekstem i w reżyserii Przemysława Wojcieszka (27 października) i „Kobietę pod presją” na podstawie scenariusza Johna Cassavetesa w reżyserii Mai Kleczewskiej (16 marca) w Teatrze Śląskim w Katowicach. I pewnie parę innych spektakli, o których będę informował już po wakacjach. Ahoj przygodo!

FOTO | PILNE: Krystian Lupa powiedział

Zwykły wpis
ZJAWISKO

Nogi roztańczone

Po latach marginalizowania i medialnego ignorowania polski taniec współczesny zdobywa szturmem publiczność i rozgłos, ale ciągle czeka na poważny mecenat publiczny.

Najpierw szokował ubiorem, potem fryzurą, w końcu tworzoną przez siebie choreografią. Kiedy Conrad Drzewiecki wrócił na początku lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku z Paryża do rodzinnego Poznania nikt nawet nie przeczuwał, że wkrótce zrewolucjonizuje polski balet. Wiedział to chyba tylko sam Drzewiecki, najpierw jako kierownik baletu Opery Poznańskiej, potem kierownik artystyczny szkoły baletowej, w końcu jako twórca Polskiego Teatru Tańca, który powołał do życia w roku 1973. Tym samym, w którym Pina Bausch zostaje szefową artystyczną Opernhaus Wuppertal – z niego niebawem wykluje się jej sławny Tanztheater. Pina Bausch została światową legendą tańca współczesnego, a Conrad Drzewiecki polską, choć nie można oczywiście pominąć innych tak ważnych dla naszego rodzimego ruchu postaci jak założyciel Wrocławskiego Teatru Pantomimy Henryk Tomaszewski czy twórca Teatru Ekspresji i uczeń Tomaszewskiego Wojciech Misiuro, o Kantorze czy Grotowskim nie wspominając.

Erę dominujących i apodyktycznych choreografów skupiających wokół siebie kolejne roczniki tancerzy zamyka w Polsce Śląski Teatr Tańca Jacka Łumińskiego. Przez ponad dwadzieścia lat swego istnienia Bytom, gdzie swoją siedzibę miał ŚTT, był wibrującym ośrodkiem tanecznym. Łumiński, czerpiący chętnie z polskich i żydowskich tańców ludowych, stworzył styl zwany „polską techniką tańca”, a ukoronowaniem jego edukacyjnej pasji było doprowadzenie do powołania do życia bytomskiego Wydziału Teatru Tańca – filii krakowskiej Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej. WTT to dzisiaj jedyny akademicki ośrodek w naszym kraju kształcący aktorów-tancerzy.

Nie pies, ni wydra – tak o aktorach-tancerzach myślą zwykle dyrektorzy publicznych teatrów dramatycznych, których mamy ponad setkę. Dlatego absolwenci bytomskiego wydziału jeśli nie chcą być bezrobotni muszą brać gościnny udział w rozmaitych projektach albo tworzyć własne inicjatywy, jak na przykład Ruchomy Kolektyw. Skazani są jednak wtedy na niepewny byt zagrożony wszechobecną grantozą, czyli uzależnieniem od finansowych grantów, o które muszą nieustannie walczyć, by stworzyć spektakl. O etatach mogą zapomnieć. W Polsce tylko dwie nakierowane na taniec współczesny instytucje mają etatowych tancerzy – Polski Teatr Tańca i Kielecki Teatr Tańca. Mizeria jak na prawie czterdziestomilionowy kraj.

Ale nie ma się co zamykać w granicach narodowych, których taniec nigdy nie poważał. Nie zamknęła się w nich na pewno dzisiejsza czołówka polskich tancerzy i choreografów młodego pokolenia wykształcona na Zachodzie. Kaya Kołodziejczyk skończyła Performing Arts Research and Training Studios w Brukseli i Hochschule für Musik und Darstellende Kunst we Frankfurcie nad Menem, absolwentką tej ostatniej jest też Ramona Nagabczyńska, z kolei Marta Ziółek, Magdalena Ptasznik i Maria Stokłosa studiowały w School for New Dance Development w Amsterdamie, Paweł Sakowicz w London Contemporary Dance School w Londynie, Anna Nowicka w Salzburg Experimental Academy of Dance i Hochschule für Schauspielkunst w Berlinie, Iza Szostak w Rotterdam Dance Academy, a Maria Zimpel na Inter-University Centre for Dance w Berlinie. Można by tak wymieniać bez końca.

To pokolenie trzydziestoparolatków, choć zdarzają się i młodsze sztuki, które w pracy posługuje się językiem angielskim równie często, co polskim, bierze udział w międzynarodowych rezydencjach i projektach artystycznych, a do samolotu wsiada nie rzadziej niż do pociągu. To w końcu silna ekipa, która postanowiła z bardzo różnych przyczyn wrócić do Polski i na główne miejsce swojej pracy wybrać Warszawę. Stolica bowiem zaczyna coraz bardziej doceniać taniec współczesny, co jest zjawiskiem stosunkowo nowym, bo dwudziestowieczny polski taniec współczesny nigdy warszawskocentryczny nie był (patrz: Poznań, Gdańsk, Wrocław, Bytom, Kielce, Lublin). To nie Warszawa wspierała debiuty taneczne i nie za publiczne pieniądze. Robiła to na przykład Grażyna Kulczyk, która latami poprzez swoją Art Stations Foundation finansowała w poznańskim Starym Browarze (robi do skromniej do dzisiaj) program taneczny Stary Browar/Nowy Taniec. Kierująca nim Joanna Leśnierowska – krytyczka i kuratorka jest jedną z kilku w naszym kraju niezmordowanych promotorek współczesnego tańca i choreografii. Jest nią z pewnością także kuratorka, krytyczka i historyczka tańca Anna Królica, która niedawno także przeflancowała się do stolicy Wielkopolski i koordynuje programowo Polski Teatr Tańca, a w Warszawie – Edyta Kozak, kiedyś solistka Teatru Wielkiego, dzisiaj szefowa Międzynarodowego Festiwalu Ciało/Umysł.

Świat polskiego tańca postanowiło także (w końcu!) wesprzeć systemowo państwo, choć nie tak mocno, jakby sobie tego życzyło środowisko. W 2010 roku ówczesny minister kultury Bogdan Zdrojewski powołał do życia Instytut Muzyki i Tańca, bo taniec w Polsce musi być zawsze przyklejony do innej dziedziny i na własną instytucję nie zasługuje. Ale trzeba się podobno cieszyć z tego, co się ma, bo to i tak znacząca zmiana. Instytut – za taniec odpowiada jego wykształcona w Paryżu wicedyrektorka Joanna Szymajda – gromadzi wiedzę o tańcu (taniecpolska.pl), wspiera taneczną edukację, publikacje i instytucje produkujące taniec. Prowadzi także kilka ważnych programów, jak choćby ten wspierający przekwalifikowanie zawodowych tancerzy (szczególnie krótki jest zawodowy żywot tancerzy baletowych), jak „Scena dla tańca” – program wspierający instytucje, które chcą u siebie taniec pokazywać czy „Zamówienia choreograficzne” – dzięki niemu choreografowie i tancerze mogą tworzyć spektakle. To wszystko i wiele więcej instytut realizuje za śmieszną kwotę około dwóch i pół miliona złotych rocznie przeznaczonych na taniec, czyli ponad dwudziestokrotnie mniej niż wynosi budżet jednego tylko Teatru Narodowego.

Jednak mimo chronicznego niedoinwestowania, braku etatów i tanecznej infrastruktury (brak porządnego centrum tańca powinien być wielkim wstydem warszawskiego biura kultury) coś się ruszyło, szczególnie w ostatnich sezonach. Taniec, który zawsze był w Polsce marginalizowany, który do dzisiaj uznaje się za niszowy, i na który nie ma zwykle miejsca w mediach, zawarł (ponownie) sojusz z bardzo silnym w naszym kraju teatrem (sama Warszawa na swoje sceny wydaje blisko sto milionów złotych). Wiąże się to w dużej mierze z pokoleniem młodych reżyserów traktujących ruch jako ważny element spektaklu i otwarciem się kilku teatrów na taniec. Pomysł na to, by robić stricte choreograficzne spektakle poprzez wcześniejszą współpracę z reżyserami przy ich dziełach zaczyna się sprawdzać. Pojawiły się już pierwsze odważne teatry dramatyczne, które postanowiły wyprodukować i wprowadzić do swoich repertuarów przedstawienia ruchowe. Dobry przykład dała wszystkim niezależna Komuna Warszawa, której „Zrób siebie” w choreografii Marty Ziółek zostało hitem zeszłego sezonu i grane jest z powodzeniem do dzisiaj od Warszawy do Tel Awiwu. Wyczuł to szybko wrażliwy na nowe zjawiska stołeczny Nowy Teatr, który już ma w repertuarze taniec, a w jego ślady idzie Teatr Studio rozwijający przy wsparciu Instytutu Muzyki i Tańca projekt Scena Tańca Studio. Jego kolejne odsłony gromadzą coraz większą publiczność. Duża w tym zasługa programujących STS kuratorów, szczególnie Mateusza Szymanówki wybierającego za każdym razem dla publiczności taneczne smakołyki.

Ale każdy kij ma, jak wiadomo, dwa końce. Otworzenie przez taniec teatralnych drzwi, choć znaczące i dobroczynne, znów sprowadza tancerzy i choreografów do roli petentów, czy też twórców niższej kategorii, szczególnie wobec reżyserów teatralnych, którym przecież w tej konfiguracji mają służyć. Choreografowie zaprzęgani są w wizję reżyserską i choć mają mniejszą lub większą wolność to jednak muszą się podporządkować. Dlatego tak ważne jest zapraszanie do teatru choreografów z myślą o produkcji autonomicznych dzieł tanecznych, w których nie reżyser, ale choreograf jest głównodowodzącym. Drugą ważną sprawą są zarobki. Niektórzy teatralni dyrektorzy postanowili skorzystać z postępującej mody na taniec i zapraszać do współpracy choreografów, proponując im stawki, za które reżyser nie wyszedłby nawet z domu. Takie postępowanie z punktu widzenia chytrego dyrektora ma same korzyści, bo z jednej strony można się pochwalić tańcem w repertuarze, a z drugiej ilością premier w raporcie dla (za przeproszeniem) organu prowadzącego. Nie bez winy są też sami tancerze i choreografowie, którzy przyzwyczajeni do strasznych warunków finansowych, na głodowe stawki się po prostu godzą. Wspierają tym samym wykańczający ich i pauperyzujący całe środowisko chory system. Być może jakimś rozwiązaniem byłoby powołanie organizacji, która stworzyłaby standardy finansowo-organizacyjne i pilnowałaby stosowania ich przez instytucje, ale wiąże się to z wglądem takiej organizacji w umowy z poszczególnymi tancerzami. W środowisku teatralnym takie próby spełzły na niczym, ale w środowisku sztuk wizualnych zakończyły się częściowym sukcesem. Obywatelskie Forum Sztuki Współczesnej doprowadziło do tego, że najważniejsze muzea i galerie w Polsce podpisały umowę dotyczącą minimalnych wynagrodzeń dla artystów za pokazywanie ich prac.

A pokazywać i oglądać jest naprawdę co, w tańcu ma się rozumieć. Udowodnia to  program kolejnej odsłony Polskiej Platformy Tańca, która w najbliższą sobotę wystartuje w Bytomiu. Platforma służy pokazaniu tego, co zdaniem niezależnej i powołanej przez Instytut Muzyki i Tańca komisji mamy najlepszego. A pokazane zostaną spektakle powstałe w różnej estetyce: od intelektualnego i dowcipnego solo „Total” wschodzącej gwiazdy Pawła Sakowicza, przez spektakularny „Balet koparycznego” w choreografii Izy Szostak, do pozbawionego linearnej narracji, wieloosobowego „Poza horyzontem” Kieleckiego Teatru Tańca w choreografii Jacka Przybyłowicza.

Na Platformę oprócz rodzimej publiczności zaproszono kuratorów z całego świata po to, by pochwalić się tym, co mamy najlepszego. A mamy się czym chwalić. Wielu już o tym wie. Dobrze, gdyby jeszcze dowiedziała się o tym szersza polska publiczność, bo przecież taniec jest obok muzyki czymś, co od urodzenia otacza każdego z nas. Mało tego, wszyscy jesteśmy tancerzami, nawet jeśli nie zdajemy sobie z tego sprawy. Tańczymy już jako małe dzieci. Muzyka uruchamia nas bezwiednie, bo ciało nieraz jest szybsze od głowy. Tańczymy wystukując rytm słuchanej muzyki palcami, ruszając stopą i kręcąc biodrami, co spektakularnie udowodniła w słynnej scenie „Roztańczone nogi” z filmu „Halo, Szpicbródka” niezapomniana Irena Kwiatkowska w roli bufetowej Makowskiej, która „angaż miała pod kogutem w Eldorado i tournée wspaniałe Łowicz-Kutno-Radom”.

CZYTAJ TAKŻE
Nie napiszę nic o tańcu | felieton
Zrób sobie dobrze | recenzja „Zrób siebie”
Odnowa w ciele | rozmowa z Martą Ziółek
Wykradam czas na ruch | rozmowa z Dominiką Knapik
Jestem błędem w systemie | rozmowa z Robertem Wasiewiczem
Nie jestem panem od sceny walca | rozmowa z Pawłem Sakowiczem

Polska Platforma Tańca | Bytom, 1-4 kwietnia 2017 r.

Foto:
Marta Ankiersztejn/ Witek Orski/ Monika Stolarska/ Bartosz Kruk/ Jakub Wittchen/ Maciej Rukasz/ Aleksander Joachimiak/ Marcandrea

 

Zwykły wpis
PORTRET

Dziewczyna z zajezdni

1176115_10201548023718449_1285955354_n

Nie myślę o robieniu teatru jak o drodze po trupach do celu. Upokarzanie współpracowników i nadużywanie reżyserskiej władzy wydaje mi się haniebne i antyteatralne. Magda Szpecht 

Dobrzej jest się urodzić w jakimś mieście z teatrem i ona to szczęście miała, choć zaczęła do niego chodzić stosunkowo późno, bo w połowie liceum, kiedy kierował nim krótko Wojtek Klemm. Czas swojej świetności, kiedy reżyserowali tam młodzi Krystian Lupa i Mikołaj Grabowski Teatr im. Cypriana Kamila Norwida w Jeleniej Górze miał już dawno za sobą, ale znów pojawiła się szansa na coś ciekawego.

Magda Szpecht (rocznik 1990) odkąd pamięta dużo czytała i uprawiała intensywnie sport, od nart do biegania z psem. Wiadomo – w zdrowym ciele, zdrowy duch. Nieobca była jej też motoryzacja, bo rodzice pracują w Miejskim Zakładzie Komunikacyjnym. – Jestem dzieckiem autobusów – uśmiecha się reżyserka i opowiada, jak chętnie spędzała czas w wielkiej sali pod biurem mamy, gdzie były modele autobusów, trolejbusów i tramwajów. Inklinacji artystycznych w rodzinie nie odnotowano: – Kiedy patrzę na moich znajomych z artystycznych rodzin, wydaje mi się, że paradoksalnie mają trudniej, że to jest obciążenie. Są ciągle oceniani przez pryzmat rodziny i muszą ciężej pracować na swoją indywidualność. Dlatego lepiej chyba być dziewczyną z zajezdni.

delfin-1-52685154b32ee4610a91eaaf00851e81518

Oprócz Klemmowego teatru dramatycznego, fascynują ją we wczesnej młodości teatry uliczne. Ich festiwal odbywa się co roku w Jeleniej Górze. Szczudlarze, klauni, grajkowie zachwycają ją bez reszty. W Teatrze im. Norwida z kolei nie może się nadziwić, jak to jest możliwe, że aktorzy mówią tekst z pamięci przez godzinę lub dwie. Nie rozumie dlaczego „Hamlet” wystawiany jest po raz kolejny, skoro już wcześniej ktoś go wyreżyserował. Uważa, że „Romeo i Julia” to dokument epoki, w której żyli kochankowie. Stąd przeświadczenie, że w czasach Szekspira ludzie mówili do siebie wierszem.

Pierwszym spektaklem, który oglądała nie dziecinnie, a dorośle była dziesięć lat temu jeleniogórska „Śmierć Człowieka-Wiewiórki” Małgorzaty Sikorskiej-Miszczuk w reżyserii Natalii Korczakowskiej: – Pamiętam Lidkę Schneider grającą Urlike Meinhof. Kochałam jej pasję dla rewolucji i odwagę. Widziałam ten spektakl chyba sześć razy. Jako siedemnastolatka wiele pewnie z niego nie rozumiałam, ale to mi specjalnie nie przeszkadzało. Do dzisiaj tak mam. Na sceniczny świat jest bardzo zachłanna. Uwielbia siadać w pierwszym rzędzie i nie wyobraża sobie nic gorszego, niż ktoś siedzący przed nią: – Dla mnie najlepszy spektakl to taki, podczas oglądania którego chcę z widowni przejść na scenę i już na niej zostać. Tak było choćby z „Factory 2” Krystiana Lupy w Starym Teatrze w Krakowie.

acb52b7d-adef-4448-a031-aad87a8152b9

Myśl o pójściu na reżyserię rodzi się podczas prób w szkolnym kółku teatralnym, gdzie spektakle są zwykle wysiłkiem zbiorowym i wszyscy robią wszystko. Magda Szpecht orientuje się wtedy, że wstydzi się wychodzić na scenę. Lepiej jest po drugiej stronie. Zanim jednak postanowi zdawać na Wydział Reżyserii Dramatu PWST w Krakowie, idzie na dziennikarstwo i komunikację społeczną na Uniwersytecie Wrocławskim: – To mnie autentycznie interesowało, szczególnie reportaż. Kiedy czytasz Hannę Krall, uczysz się wrażliwości, uczysz się słuchać i nie oceniać. Studia dziennikarskie były dobrym wyborem, bo musisz się na nich interesować wszystkim, być ciekawym świata. Możesz oczywiście na boku budować swój własny, ale musisz wiedzieć, co się dzieje wokół niego. Na studiach Szpecht zaczyna też pisać recenzje, żeby mieć darmowe wejścia do teatru. Bardzo to lubi i dzisiaj wie, co to znaczy napisać o spektaklu mieszcząc się w określonym sztywno limicie znaków. Publikuje w „Newsweeku”, „Tygodniku Powszechnym”, „Znaku”, ale wie, że to jest tymczasowa sprawa. Pisanie to długie, samotne godziny przy biurku, a ona chce z ludźmi.

Chodzi do wszystkich teatrów w mieście: od Polskiego do Arki, tworzącej przedstawienia z osobami niepełnosprawnymi. Wpada też na wybrane zajęcia na teatrologii, fascynuje ją antropologia teatru czy teatr Dalekiego Wschodu. Do domu jeździ coraz rzadziej, myśli już nad teczką, którą chce złożyć do krakowskiej szkoły teatralnej. Jest rok 2012, przyjmują ją za pierwszym razem. Uczy się bardzo dobrze, jest piątkową studentką, która szczególnie ceni sobie zajęcia z Krystianem Lupą, ale i młodszymi, jak Michał Borczuch czy Maciej Podstawny: – W szkole są dwa rodzaje profesorów – tłumaczy. – Jedni, jak Mikołaj Grabowski czy Rudolf Zioło uczą warsztatu i albo potem tego, co się nauczyłeś używasz, albo nie, ale dobrze mieć to w swojej reżyserskiej skrzynce z narzędziami. Drudzy, jak Krystian, mówią, żeby po prostu robić swoje, iść za intuicją, nie bać się eksperymentować. Są jeszcze, nie zapominajmy, teoretycy, jak Iga Gańczarczyk czy Grzegorz Niziołek, od których też nauczyłam się dużo. I, co najważniejsze, miałam w szkole ogromne poczucie wolności. Nigdy nie usłyszałam, że nie mogę czegoś zrobić.

schubertrkndwiks_szp_wal_04

Nie przypomina sobie ze szkoły żadnego seksistowskiego zachowania. No, poza kolegą, który klepną ją któregoś razu w tyłek. Dzisiaj żałuje, że mu nie oddała: – Reżyserkom jest o tyle trudniej, bo otoczenie jest przyzwyczajone do reżyserów. Facetowi więcej wolno i ma z automatu przypisaną charyzmę. Jak jesteś dziewczyną, musisz się więcej napracować i przekonać do siebie innych.

Pod koniec szkoły Magda Szpecht robi tylko jedną asystenturę. Wybiera Michała Borczucha i pracuje z nim przy „Fauście” Goethego w Teatrze Polskim w Bydgoszczy: – Oglądałam spektakle Michała i bardzo je lubiłam, byłam ciekawa jak on je tworzy. Robota okazała się świetna, także przez niewidomych, którzy grają w „Fauście” i dają zupełnie inną perspektywę poznania rzeczywistości. Podobnie jak „Delfin, który mnie kochał” biorący na warsztat eksperyment, w którym badano komunikację człowieka z delfinem. Reżyserka pracuje nad nim z dramaturgiem Szymonem Adamczakiem, którego Roman Pawłowski, kurator Sopot Non Fiction, zaprosił na festiwalową rezydencję. Praca nad „Delfinem” jest jednocześnie dobrą zabawą. Biorą w niej udział młodzi aktorzy: Jaśmina Polak, Jan Sobolewski i Angelika Kurowska. Spektakl nie wzbudza w Polsce wielkiego zainteresowania do czasu otrzymania nagrody na nieistniejącym już Festiwalu 100° Berlin, wtedy rusza w trasę po Polsce. Jest grany w Poznaniu, Krakowie i Bydgoszczy.

Na pytanie, jaki teatr chce robić, Magda Szpecht zwykle odpowiada, że taki, jaki wyjdzie. A wychodzi jej teatr intensywnie wykorzystujący choreografię jako narzędzie badania spraw, które ją interesują. Teatr uciekający od tradycyjnej sceny, lokujący się gdzieś w okolicy performansu, tańca, sztuk wizualnych. Teatr, w którym niezwykle ważną rolę odgrywa muzyka, a niekoniecznie człowiek.

szpecht-3

Po pokazywanym także w TR Warszawa „Delfinie, który mnie kochał” artystka dostaje propozycję debiutu w teatrze instytucjonalnym. Chce zrobić u Grzegorza Jarzyny znowu coś o zwierzętach, ale po przejrzeniu z Romanem Pawłowskim literatury na ten temat, nie znajduje nic interesującego: – Wtedy Roman podsunął mi „Możliwość wyspy” Michela Houellebecqa i to było to, czego szukałam. W TR pracuje od rana do nocy: szósta – dziesiąta – plan filmowy, dziesiąta – czternasta – próba, czternasta – osiemnasta – plan, osiemnasta – dwudziesta druga – próba. Powstały z tego maratonu trzy godziny spektaklu ze scenografią Zbigniewa Libery i dwa półgodzinne filmy. „Możliwość wyspy” przyjęto chłodno, ale Szpecht broni swego debiutu jak lwica: – To dla mnie bardzo ważna praca. Kiedy ją skończyłam, nie mogłam znaleźć sobie przez miesiąc miejsca. Codziennie śniły mi się kolejne postaci, zresztą zawsze śni mi się to nad czym pracuję. Od Houellebecqa uwalnia ją dopiero zrobiony w zeszłym roku w Teatrze Dramatycznym w Wałbrzychu „Schubert. Romantyczna kompozycja na dwunastu wykonawców i kwartet smyczkowy”. Reżyserka uciekła z teatru i przeniosła „Schuberta” w postindustrialną przestrzeń. Stworzyła z kompozytorem Wojtkiem Blecharzem, choreografem Pawłem Sakowiczem i scenografką Zuzą Golińską przepiękne, oniryczne dzieło, które przyniosło jej niedawno nagrodę na Międzynarodowym Festiwalu Boska Komedia w Krakowie.

Szpecht pracuje bardzo demokratycznie, nie jest ani dyktatorką: – Tego typu praca w ogóle mnie nie interesuje. Nie myślę o robieniu teatru jak o drodze po trupach do celu. Upokarzanie współpracowników i nadużywanie reżyserskiej władzy wydaje mi się po prostu haniebne i antyteatralne. Jej ostatnią premierą jest oparta na prozie zapomnianego Delmore’a Schwartza instalacja „In Dreams Begin Responsibilities”, którą przygotowała w podległym Teatrowi im. Juliusza Słowackiego w Krakowie Małopolskim Ogrodzie Sztuki. To intymna podróż we wspomnienia i relacje z rodzicami, bardzo w swoimi duchu schubertowska i pokazująca jednoznacznie, w którym kierunku Magda Szpecht wędruje. Warto się z nią w tę wędrówkę zabrać, naprawdę warto.

Spektakle Magdy Szpecht w repertuarach teatrów:
„Możliwość wyspy” | TR Warszawa
„Schubert…| Teatr Dramatyczny w Wałbrzychu
„In Dreams Begin Responsibilities” | Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie

Portret ukazuje się w cyklu poświęconym reżyserkom teatralnym, które niedawno wkroczyły na polskie sceny.

CZYTAJ TAKŻE
Anna Karasińska: Nie umiem zauczestniczyć
Gosia Wdowik: Jestem gdzieś pomiędzy

W przygotowaniu Aleksandra Jakubczak.

Fot. mat. pras. 

Zwykły wpis
FELIETON

Hity i kity 2016: Rok kobiet

Przysięgam, że nie uknułem tego pod wysokobcasowe fanki i fanów, ale kiedy zasiadłem do przygotowania listy teatralnych hitów kończącego się powoli roku, zorientowałem się, że wszystkie zostały wyreżyserowane przez kobiety. Co pokazuje jak na dłoni postępujące w naszym teatrze zjawisko feminizacji reżyserskiego fachu. W końcu! Kiedy myślę o kitach 2016 roku, to wszystkie przykrywa jeden megakit – zniszczenie Teatru Polskiego we Wrocławiu.

Pierwszym hitem jest „Zrób siebie”, spektakl performance w choreografii Marty Ziółek, który można oglądać w Komunie Warszawa i na rozlicznych występach gościnnych. To prawdziwa – nagrodzona niedawno na festiwalu Interpretacje w Katowicach, a wcześniej pokazywana na Open’erze – sceniczna petarda o tym, jak tworzymy siebie już nawet nie w internetowym, ale postinternetowym świecie.

unnamed-1

Kolejny hit zwyciężył w tegorocznym Konkursie na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej. „Holzwege” Marty Sokołowskiej, szczere do bólu i bezpretensjonalne przedstawienie o wybitnym kompozytorze i pianiście Tomaszu Sikorskim wyreżyserowała na deskach TR Warszawa Katarzyna Kalwat.

full_holzwege1_770

W kręcący się w znacznie wolniejszym tempie świat zabiera nas Magda Szpecht – reżyserka onirycznego „Schuberta. Romantycznej kompozycji na dwunastu wykonawców i kwartet smyczkowy”. To przygotowana z grupą miejscowych seniorów, muzyków Filharmonii Sudeckiej i oczywiście aktorów Teatru Dramatycznego w Wałbrzychu opowieść, której narratorką jest muzyka przeplatana biografią Franza Schuberta (i Wojtka Blecharza).

584s

W stolicy przepysznego i bardzo współczesnego „Juliusza Cezara” wystawiła w Teatrze Powszechnym Barbara Wysocka. Nie bez powodu właśnie to dzieło zdobyło Złotego Yoricka 2016 za najlepszą polską inscenizację sztuki Williama Szekspira.

juliusza_cezara_barbara_wysocka_4

Ostatnio nie można już pisać o teatralnych hitach bez Anny Smolar, reżyserki produkującej pierwszorzędne spektakle taśmowo. Ci, którzy nie widzieli jej mającego premierę pod koniec zeszłego roku w Teatrze Polskim w Bydgoszczy „Dybuka” albo tegorocznej warszawskiej „Henrietty Lacks”, niechaj nigdy nie zaznają rozkoszy. Jeśli jednak nie chcieliby z niej rezygnować, zalecam trucht do biletowego okienka.

dybuk-30-52685154b32ee4610a91eaaf00851e81700

Rozkoszy i ekscytacji dostarcza też „Balet koparyczny” w choreografii Izy Szostak, wykonywany (to nie żart!) z wykorzystaniem ciężkiego sprzętu budowlanego – dwóch koparek. Ten spektakl grany jest zwykle w przestrzeniach industrialnych, a dat i miejsc najbliższych pokazów należy szukać w krakowskiej Cricotece, która ów porywający balet wyprodukowała.

Fot. Zbigniew Żupa/Teatralna Maszyna

Autorką następnego hiciora jest Dominika Knapik – aktorka, tancerka i choreografka, która zadebiutowała reżysersko w Teatrze im. S. Jaracza w Łodzi. Jej „Bang Bang”, sceniczna adaptacja kultowego filmu „Thelma i Louise” Ridleya Scotta, to fantastycznie wymyślona i zagrana teatralna wyścigówka.

z20325481IH,bang-bang

Na koniec przeglądu hitów 2016 roku zapraszam tam, gdzie zaczęliśmy, czyli do Komuny Warszawa, bo właśnie w niej Anna Karasińska urządziła w ramach projektu Mikroteatr wystrzałowe „Urodziny”. A z związku z tym, że ludność teatralna i jurorzy paru festiwali zachwycają się głównie jej wyreżyserowanym w Teatrze Polskim w Poznaniu „Drugim spektaklem”, polecam wybranie się na oba przedstawienia i zdecydowanie, które jest lepsze.

mg_9543

Oczywiście mógłbym przygotować listę teatralnych kitów i popastwić się, co zawsze jest przyjemne, nad nieudanymi i prowokującymi podcięcie żył teatralnym biletem spektaklami. Mógłbym napisać właściwie o dowolnym przedstawieniu Teatru Dramatycznego w Warszawie – niegdyś pierwszorzędnej scenie, dzisiaj epicentrum teatralnego smutku. Mógłbym szybciutko wyskrobać fragment o tym, jak stołeczni urzędnicy Hanny Gronkiewicz-Waltz doprowadzili do przejęcia przez znajomych Teatru Studio i podporządkowali go knajpie albo jak doprowadzili do tego, że Teatr Żydowski stracił swoją historyczną siedzibę i wraz z początkiem sezonu znalazł się na bruku. Mógłbym też wyrzeźbić zgrabny akapit na przykład o „Dziadach” w reżyserii Eimuntasa Nekrošiusa w Teatrze Narodowym, na których – w przerwie podczas nielegalnego papierosa w kiblu – szkolna młodzież uroczyście przysięga, że już nigdy więcej nie przyjdzie do teatru, bo lepiej spać za darmo we własnym łóżku, niż płacić za agonię w teatralnym fotelu. Mógłbym w końcu poddać bolesnym torturom co najmniej kilka głupich, żenujących, infantylnych i mordujących widzów premier, ale tego wszystkiego nie zrobię, bo kiedy myślę o kitach 2016 roku, to wszystkie przykrywa jeden megakit – zniszczenie Teatru Polskiego we Wrocławiu, jednej z naszych najważniejszych scen, perły w koronie wrocławskiej kultury i wspaniałego ambasadora polskiej sztuki teatralnej za granicą.

tp_1

Owo zniszczenie dokonywane jest rękami nowego dyrektora Cezarego Morawskiego – pośledniego aktorzyny, którego w Teatrze Polskim z zadaniem artystycznego zrównania go z ziemią i uciszenia „lewicowego wrzasku” zainstalowała osobliwa koalicja PO-PSL-PiS. Jak widać, zwalczający się na co dzień politycy są w stanie bardzo szybko się dogadać, jeśli trzeba spacyfikować niepokorną instytucję kulturalną. Jak widać, są wydarzenia, które w takim samym stopniu cieszą zarówno kompromitującego codziennie swój urząd ministra kultury Piotra Glińskiego, jak i kreującego się na wielkiego mecenasa kultury prezydenta Wrocławia Rafała Dutkiewicza. O ironio losu, wszystko to odbywa się w roku, w którym stolica Dolnego Śląska nosi tytuł Europejskiej Stolicy Kultury, co okazało się jednym wielkim nieporozumieniem, bo jedyny tytuł, na który zapracowali dla swojego miasta prezydent i marszałek Cezary Przybylski, to Europejska Stolica Obłudy.

Pierwszoligowy teatr, a przede wszystkim zespół, buduje się latami. To żmudna robota, która, jeśli się uda, owocuje nie tyle dobrymi, ile wybitnymi spektaklami. Spektaklami dostarczającymi widzom prawdziwych duchowych i estetycznych uniesień, wyciągającymi z myślowych kolein i zadającymi trudne pytania. Taki właśnie był przez ostatnie lata Teatr Polski we Wrocławiu. Teatr, o którym z racji jego rangi mówiło się „narodowy”. Teatr, który oklaskiwała na stojąco nie tylko wrocławska czy polska publiczność, ale też teatromani od Awinionu i Paryża po Pekin, Seul i Tokio. Dzisiaj już go nie ma, została po nim żałoba. Wraz z końcem 2016 roku wrocławski Teatr Polski z artystycznej instytucji najwyższej rangi stał się zwykłą budą. Do niedawna praca na tej scenie była marzeniem każdego, dzisiaj – po obłożeniu środowiskową anatemą – robienie tam czegokolwiek byłoby dla każdego posiadającego kręgosłup twórcy zwykłym wstydem.

CZYTAJ TAKŻE:
Zrób siebie | recenzja
Odnowa w ciele | rozmowa z Martą Ziółek
Holzwege | recenzja
Schubert. Romantyczna kompozycja… | recenzja
Juliusz Cezar | recenzja
Dybuk | recenzja
Jak HeLa zmieniła świat | rozmowa z Anną Smolar
Nie napiszę nic o tańcu | felieton
Bang Bang | recenzja
Nie umiem zauczestniczyć | portret Anny Karasińskiej
Perła rzucona przed wieprze | felieton

_____

Tekst ukazał się w „Wysokich Obcasach” 3 grudnia 2016 r. 
Fot. Witek Orski, Magda Hueckel, Krzysztof Bieliński, Zbigniew Żupa/Teatralna Maszyna, Anna Tomczyńska, Monika Lisiecka, mat.pras.

Zwykły wpis
RECENZJA

Soundwork (in progress)

14633148_1070538019727874_1830022812257199125_o

Wojtek Blecharz jest z pewnością jedną z najciekawszych postaci polskiego świata – no właśnie, którego? Muzycznego czy teatralnego? Odpowiedź brzmi: i tego, i tego. Bo Blecharz to jeden z tych artystów, którzy granice między poszczególnymi dziedzinami sztuki mają w głębokim poważaniu. Choć jest wszechstronnie wykształconym kompozytorem, absolwentem Uniwersytetu Muzycznego im. Fryderyka Chopina w Warszawie z doktoratem obronionym na Uniwersytecie Kalifornijskim w San Diego, szczególnie ukochał teatr. Można nawet odnieść wrażenie, że częściej tworzy w przestrzeniach teatralnych (stołecznym Nowym, TR i Powszechnym czy Teatrze Dramatycznym w Wałbrzychu, żeby wymienić ostatnie realizacje) niż w muzycznych. Albo na świeżym powietrzu, na przykład w Królikarni czy Parku Skaryszewskim. Nic go, zdaje się, tak nie odstręcza, jak przestrzenie koncertowe. Nawet kiedy Blecharz dostał możliwość przygotowania opery w Teatrze Wielkim w Warszawie (wspaniałe „Transcryptum”) nie zaprosił nas do wygodnych foteli, orkiestra nie grała w kanale i nikt nie śpiewał na scenie. Kompozytor zabrał nas w muzyczną podróż po zakamarkach Opery Narodowej. Muzyki słuchaliśmy w korytarzach, w pralni, a nawet w windzie.

Blecharz ma misję, chce pokazać polskiej publiczności, że muzyka jest wszędzie i że wszystko jest muzyką. Wystarczy go zresztą posłuchać. O muzyce opowiada z taką pasją i erudycją, że aż dziw bierze, że Blecharz nie ma jeszcze swojej autorskiej audycji w radiowej Dwójce. Kiedy opowiada o tym jak tworzy – a komponując używa zawsze instrumentów na które komponuje – nie wiadomo do końca czy mówi o pisaniu muzyki, czy o uprawianiu miłości. Jest w jego języku tyle czułości, sensualności, soczystości, że człowiek ma ochotę jeśli nie dotykać Blecharza, to co najmniej jego instrumentów. To wielki dar, który on znakomicie przekłada na swoje utwory; czy to autonomiczne, czy też będące częścią większej całości. Myślę choćby o „Schubercie. Romantycznej kompozycji na dwunastu wykonawców i kwartet smyczkowy” w Teatrze Dramatycznym w Wałbrzychu. Razem z reżyserką Magdą Szpecht i choreografem Pawłem Sakowiczem stworzyli coś, co przekracza granice gatunkowe, coś co jest niesione przez słowo, ruch, ale przede wszystkim muzykę.

14712564_1070537796394563_8798750145261135124_o

O funkcjonowaniu Blecharza w co najmniej dwóch światach świadczy też to, że jego premiery przyciągają zarówno teatromanów, jak i melomanów. Obok krytyków teatralnych, siedzą krytycy muzyczni. A na drugi dzień pojawia się zawsze ten sam problem: kto ma o tym napisać? Czy to bardziej teatr, czy bardziej koncert? Cholera wie.

„Soundwork” zapowiadano jako pierwszy spektakl muzyczny w TR Warszawa. Spektakl muzyczny, nie musical – to zasadnicza różnica. Początek jest bardzo teatralny (mniam mniam). Oto wkraczają na scenę aktorzy-muzykanci, wygrywający uwerturę na kije. Rozwija się ona w błyskotliwy i dowcipny zarazem początek pierwszej części, w której Blecharz pokazuje, że można grać dosłownie na wszystkim. Mało tego, można grać na sobie sycząc, klaszcząc, jęcząc i zawodząc. I na tym właściwie spektakl się kończy, bowiem dramaturgii starcza na mniej więcej kwadrans. Potem uczestniczymy w czymś, co nazwałbym raczej wykładem performatywnym (na pewno nie przedstawieniem) z elementami przekupstwa publiczności (wspólne muzykowanie), bo, jak wiadomo, nic tak nie cieszy widzów, jak możliwość zagrania na puszcze czy butelce (ja byłem w sekcji gumowych kaczek).

Jest, trzeba to przyznać, w zaproponowanej przez Blecharza formie i języku duży teatralny potencjał. Warto byłoby go rozwijać, ale jeśli miejscem do tego ma być teatr, proponuję zadzierzgnięcie współpracy z jakimś utalentowanym dramaturgiem, który być może powiedziałby reżyserowi, że kiedy się dostaje do spektaklu takiego aktora jak Paweł Smagała, który jest w stanie zagrać charyzmatycznie nawet pięciolinię, grzechem jest go nie wykorzystać.

14608656_1070537886394554_403402892644360850_o

To jeśli chodzi o formę. Ale jest też z „Soundwork” problem z treścią, bo jeśli mam iść na dwie godziny do teatru, chciałbym wiedzieć w jakiej sprawie. Dlaczego Wojtek Blecharz chce, żebym przyszedł i posłuchał tego, co ma mi do powiedzenia? Jakie ważne treści chce mi przekazać? Niestety, niczego odkrywczego w TR Warszawa się nie dowiemy, poza tym, co wiadomo już od dawna, czyli że wszystko jest dźwiękiem, że wszystko może być instrumentem, że muzykę można tworzyć ze wszystkiego i na wszystkim. Tymczasem wystarczy się wybrać do Muzeum Sztuki w Łodzi na poświęconą muzyce i sztuce alternatywnej drugiej połowy XX wieku wystawę „Notatki z podziemia”, by się przekonać, że wszystko, co nam pokazuje w TR Warszawa Wojtek Blecharz już było. Był Koncert na muchy Władimira Tarasowa, był Andrzej Mitan improwizujący wokalnie w towarzystwie czterdziestu papug, był Krzysztof Skoczylas i Andrzej Bieżan z „symfonią na tłuczone talerze z Ćmielowa”, były w końcu tworzone dosłownie ze wszystkiego instrumenty muzyczne, jak choćby utiugon – instrument Timura Nowikowa i Iwana Sotnikowa zrobiony ze stołu i żelazek.

Bardzo kibicuję Wojtkowi Blecharzowi w jego muzyczno-teatralnych wędrówkach, ale martwi mnie, że zaczyna chodzić ostatnimi czasy tą samą ścieżką, a wolałbym, żeby zboczył na teren jeszcze przez siebie i innych nieudeptany. Wtedy z chęcią pójdę za nim.

CZYTAJ TAKŻE:
Obój śni mi się po nocach | rozmowa w Wojtkiem Blecharzem
Transcryptum | recenzja

___

„Soundwork”
muzyka, scenariusz i reżyseria Wojtek Blecharz
TR Warszawa 

Fot. Krzysztof Bieliński/TR Warszawa

Zwykły wpis
FELIETON

Nie napiszę nic o tańcu

Fot. Zbigniew Żupa/Teatralna Maszyna

Takiego tłumu przed niewielką siedzibą Komuny Warszawa nie pamiętają nawet najstarsi mieszkańcy stolicy. Kolorowa ludność kłębiła się na praskim podwórzu przy nasypie kolejowym, czekając na rozpoczęcie nowego spektaklu Marty Ziółek „Zrób siebie”. W końcu, upchnięci jak szprotki na bałtyckim kutrze, dostaliśmy to, po co przyszliśmy. Kapitalną robotę w wykonaniu tancerzy z piekła rodem: Agnieszki Kryst, Ramony Nagabczyńskiej, Katarzyny Sikory, Pawła Sakowicza, Roberta Wasiewicza, samej Ziółek, i fenomenalnie śpiewającej Marii Magdaleny Kozłowskiej.

Portiernię produkujących elektrofiltry zakładów Elwo w Pszczynie oblężono w późnych godzinach wieczornych i nie była to akcja związkowa. Nic z tych rzeczy. To kilkuset mieszkańców Śląska gotowało się do zajęcia najlepszych miejsc w jednej z hal, w której silniki grzały już dwie koparki o wdzięcznej nazwie CAT. Za sterami „kociaków”, także w pełnej gotowości i glamourowych outfitach, zasiedli Iza Szostak i Paweł Sakowicz. Za chwilę wykonają „Balet koparyczny”. Kto nie widział tego zjawiskowego baletu maszyn, ten niczego nie widział. Gdybym miał kapcie, spadłyby mi z wrażenia. Dwoje tancerzy z dramaturgicznym wsparciem Anki Herbut, która maczała też palce w „Zrób siebie”, stworzyło, używając ciężkiego sprzętu budowlanego, pełnokrwiste i zachwycające dzieło. Brawom nie było końca.

To tylko dwa pierwsze z brzegu przykłady świetnej roboty, jaką wykonali ostatnio nasi choreografowie/choreografki i tancerze/tancerki, bo nie mam tu przecież miejsca, by napisać więcej o pokazywanym na Scenie Tańca Studio znakomitym „Nowym nieskończonym solo na obuwie sportowe, czas przeszły i grupę osób” Mateusza Szymanówki i Przemka Kamińskiego czy o błyskotliwym performansie Alexa Baczyńskiego-Jenkinsa i jego dream teamu na wystawie choreograficznej „Układy odniesienia” w Muzeum Sztuki w Łodzi. Nie mam miejsca, by napisać o ciekawych wydarzeniach dziejących się w stołecznych KEM-ie i Centrum w Ruchu, w bytomskim Rozbarku i w mazurskim Burdągu.

Nie mam miejsca, by napisać o ruchowym zwrocie w Teatrze Polskim w Bydgoszczy, Nowym Teatrze w Warszawie czy Teatrze Dramatycznym w Wałbrzychu, które rozumieją, że zamykanie drzwi przed choreografami i tancerzami to dzisiaj po prostu obciach. Nie mam miejsca, by napisać o tym, ile dla polskiego tańca współczesnego robi Grażyna Kulczyk od lat finansująca Art Stations Foundation, dzięki której – pod czujnym okiem Joanny Leśnierowskiej – powstały w Starym Browarze w Poznaniu dziesiątki tanecznych prac. Nie mam miejsca, by napisać o Dominice Knapik, Kai Kołodziejczyk czy Tomaszu Wygodzie pracujących z najlepszymi reżyserami i cudownie wprawiających ich aktorów w ruch. Nie mam miejsca, by napisać o Wydziale Teatru Tańca w Bytomiu (filii PWST w Krakowie), którego studenci nie mogą pokazywać swoich często zachwycających spektakli dyplomowych na Festiwalu Szkół Teatralnych w Łodzi, bo kierujące tym festiwalem zakute pały tańca nie poważają.

Nie mam miejsca, by opisać najważniejsze działania Instytutu Muzyki i Tańca czy tanecznych projektów Cricoteki. Nie mam miejsca, by napisać o festiwalach: lubelskim Maat, krakowskich KRokach, warszawskim Ciele/Umyśle. Nie napiszę także ani słowa o rolach Roberta Wasiewicza (tancerza i aktora w jednej osobie) w spektaklach Natalii Korczakowskiej i Mai Kleczewskiej, o Mikołaju Mikołajczyku pracującym z seniorami w domu kultury w wielkopolskim Zakrzewie, o Krzysztofie Pastorze kierującym Polskim Baletem Narodowym, o pięknym „Station de corps” Tomasza Bazana, o hipnotyzujących „Collective Jumps” Isabelle Schad i ocenzurowanym „This Is a Musical” Karola Tymińskiego.

Nie mam gdzie o tym wszystkim napisać, gdyż na taniec brak po prostu miejsca. A poza tym, umówmy się, o czym miałbym klecić zdania? Przecież w polskim tańcu współczesnym tak niewiele się dzieje.

CZYTAJ TAKŻE:
Wykradam czas na ruch | Dominika Knapik
Jestem błędem w systemie | Robert Wasiewicz
Nie jestem panem od sceny walca | Paweł Sakowicz

Zrób sobie dobrze | recenzja „Zrób siebie”

____

Felieton ukazał sie w „Wysokich Obcasach” 18.06.2016 r.
fot. Zbigniew Żupa/Teatralna Maszyna

Zwykły wpis
RECENZJA

Zrób sobie dobrze

unnamed-1

Robienie siebie zdaje się być dzisiaj głównym zajęciem większości ludzi. To bardzo skomplikowane i czasochłonne zadanie, bo trzeba niemal dwadzieścia cztery godziny na dobę śledzić zmieniające się jak w kalejdoskopie trendy, które atakują nas ze wszystkich stron. Joga, rower, siłka, basen. Wczoraj burgery, dzisiaj krłasąty, jutro wszystko bez glutenu. Psychoterapia, osobisty trener, grupowe zajęcia z samodoskonalenia. Rejbany, podwinięte nogawki, kroksy, trampki, mokasyny. Piling, botoks, wybielanie, odsysanie, ujędrnianie, lajkowanie, tłitowanie. Ciągłe selfi, memy, gify.

Nie ma zmiłuj, nie ma potem, nie ma – może jutro. Trzeba ćwiczyć, trzeba rzeźbić, trzeba się pokazać. Tylko nie wiadomo już kto się pokazuje. My, nasze wyobrażenie o sobie czy wyobrażenie innych o nas? Jesteśmy jeszcze prawdziwymi ludźmi, czy już tylko awatarami, jak Coco (Ramona Nagabczyńska), Lordi (Katarzyna Sikora), Beauty (Agnieszka Kryst), High Speed (Paweł Sakowicz) i Glow (Robert Wasiewicz), którym przewodzi szamanka Angel Dust (Marta Ziółek). Nie wiadomo jedynie, gdzie ich w końcu zaprowadzi: do krainy doskonałości czy do dyskoteki pod Łodzią. W noszonych przez siebie kostiumach wszyscy znakomicie odnaleźliby się w jednej i drugiej rzeczywistości.

Błyskotliwość „Zrób siebie” polega w dużej mierze na tym, że nie rości sobie pretensji do sierioznej krytyki niesprawiedliwości tego świata, która już niejedno teatralne czy taneczne dzieło położyła. Nie ma w tym spektaklu napinki i śpiewania wysokim tonem (a śpiewa znakomita Maria Magdalena Kozłowska). Owszem, skrytykujemy ślepy konsumpcjonizm, ale „generalnie mamy wyjebane”. Mówimy, co chcemy powiedzieć, a potem ściągamy neonowe outfity i jedziemy na melanż na Saską Kępę. Jest hajp, jest spin, czek dis ałt mada faka! Kto ma dżointa? Kto popersa? Albo chociaż kolę zero?

Marta Ziółek udowodniła po raz kolejny, że ma znakomitą intuicję w dobieraniu współpracowników. Do swojej bombastycznej stylówy i jakże aktualnego tematu zaprosiła absolutnych świrusów, pierwszorzędnych tancerzy i performerów, którzy na scenie zrobią co tylko będą chcieli. In nomine Patris et Filii et Spiritus Sancti. Widać też, że wszyscy mają duży fun – bawią się równie dobrze jak publiczność, ale jednocześnie wykonują precyzyjnie plan.

Dawno nie dostałem takiego kopa energetycznego w teatrze. Trudno jest na tym spektaklu wysiedzieć. Po kilkunastu minutach sam chciałem wskoczyć w różowe getry i dołączyć do zespołu jako Pink Glam, choć nie wiem czy Anka Herbut, autorka dramaturgii, byłaby zadowolona, że jej wchodzę w szkodę. Ale może trzeba było zaszaleć, dlaczego nie? W końcu nieczęsto dostajemy w stołecznym teatrze takie rarytasy jak „Zrób siebie”, bo – co tu dużo gadać – na koniec sezonu Komuna Warszawa zafundowała nam prawdziwy hit.

____

„Zrób siebie”, chor. Marta Ziółek, Komuna Warszawa

fot. Witek Orski

Zwykły wpis