PODSUMOWANIE

Mike’s Top 10 (2016/2017)

Zbierając się powoli do podsumowania kończącego się sezonu teatralnego, przygotowałem tradycyjnie listę najlepszych spektakli, jakie w ostatnich dziesięciu miesiącach widziały moje oczy. Dziękuję ich twórcom i twórczyniom za te wspaniałości i czekam na kolejne w przyszłym sezonie. Co ciekawe, po raz pierwszy, odkąd przygotowuję moją ulubioną dziesiątkę, połowa spektakli została wyprodukowana przez warszawskie teatry, a reszta w Starym Teatrze w Krakowie z dwoma wyjątkami na Bydgoszcz i Poznań. Kilka przedstawień, których nie zdążyłem zobaczyć, obejrzę po wakacjach i uwzględnię je w moim podsumowaniu roku 2017 w „Wysokich Obcasach”. A resztę niech sobie ogląda Wanda Zwinogrodzka i jej teatralni klakierzy. Do zobaczenia jesienią!

1. „Klątwa” Stanisława Wyspiańskiego
reżysera Oliver Frljić
Teatr Powszechny w Warszawie

2. „Malowany ptak” Jerzego Kosińskiego 
reżyseria Maja Kleczewska
Teatr Polski w Poznaniu i Teatr Żydowski w Warszawie

3. „Chłopi” Władysława Reymonta
reżyseria Krzysztof Garbaczewski
Teatr Powszechny w Warszawie

 

4. „Berlin Alexanderplatz” Alfreda Döblina
reżyseria Natalia Korczakowska
STUDIO teatrgaleria w Warszawie

5. „Henrietta Lacks”
reżyseria Anna Smolar
Nowy Teatr i CN „Kopernik” w Warszawie

6. „Kopciuszek” Joëla Pommerata
reżyseria Anna Smolar
Narodowy Stary Teatr w Krakowie

7. „Żony stanu…” Jolanty Janiczak
reżyseria Wiktor Rubin
Teatr Polski w Bydgoszczy

8. „Triumf woli” Pawła Demirskiego
reżyseria Monika Strzępka
Narodowy Stary Teatr w Krakowie

9. „Wesele”  Stanisława Wyspiańskiego
reżyseria Jan Klata
Narodowy Stary Teatr w Krakowie

10. „Puppenhaus. Kuracja” Magdy Fertacz
reżyseria Jędrzej Piaskowski
TR Warszawa

FOTO Magda Hueckel/Krzysztof Bieliński/Monika Stolarska

 

Zwykły wpis
FELIETON

Hity i kity 2016: Rok kobiet

Przysięgam, że nie uknułem tego pod wysokobcasowe fanki i fanów, ale kiedy zasiadłem do przygotowania listy teatralnych hitów kończącego się powoli roku, zorientowałem się, że wszystkie zostały wyreżyserowane przez kobiety. Co pokazuje jak na dłoni postępujące w naszym teatrze zjawisko feminizacji reżyserskiego fachu. W końcu! Kiedy myślę o kitach 2016 roku, to wszystkie przykrywa jeden megakit – zniszczenie Teatru Polskiego we Wrocławiu.

Pierwszym hitem jest „Zrób siebie”, spektakl performance w choreografii Marty Ziółek, który można oglądać w Komunie Warszawa i na rozlicznych występach gościnnych. To prawdziwa – nagrodzona niedawno na festiwalu Interpretacje w Katowicach, a wcześniej pokazywana na Open’erze – sceniczna petarda o tym, jak tworzymy siebie już nawet nie w internetowym, ale postinternetowym świecie.

unnamed-1

Kolejny hit zwyciężył w tegorocznym Konkursie na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej. „Holzwege” Marty Sokołowskiej, szczere do bólu i bezpretensjonalne przedstawienie o wybitnym kompozytorze i pianiście Tomaszu Sikorskim wyreżyserowała na deskach TR Warszawa Katarzyna Kalwat.

full_holzwege1_770

W kręcący się w znacznie wolniejszym tempie świat zabiera nas Magda Szpecht – reżyserka onirycznego „Schuberta. Romantycznej kompozycji na dwunastu wykonawców i kwartet smyczkowy”. To przygotowana z grupą miejscowych seniorów, muzyków Filharmonii Sudeckiej i oczywiście aktorów Teatru Dramatycznego w Wałbrzychu opowieść, której narratorką jest muzyka przeplatana biografią Franza Schuberta (i Wojtka Blecharza).

584s

W stolicy przepysznego i bardzo współczesnego „Juliusza Cezara” wystawiła w Teatrze Powszechnym Barbara Wysocka. Nie bez powodu właśnie to dzieło zdobyło Złotego Yoricka 2016 za najlepszą polską inscenizację sztuki Williama Szekspira.

juliusza_cezara_barbara_wysocka_4

Ostatnio nie można już pisać o teatralnych hitach bez Anny Smolar, reżyserki produkującej pierwszorzędne spektakle taśmowo. Ci, którzy nie widzieli jej mającego premierę pod koniec zeszłego roku w Teatrze Polskim w Bydgoszczy „Dybuka” albo tegorocznej warszawskiej „Henrietty Lacks”, niechaj nigdy nie zaznają rozkoszy. Jeśli jednak nie chcieliby z niej rezygnować, zalecam trucht do biletowego okienka.

dybuk-30-52685154b32ee4610a91eaaf00851e81700

Rozkoszy i ekscytacji dostarcza też „Balet koparyczny” w choreografii Izy Szostak, wykonywany (to nie żart!) z wykorzystaniem ciężkiego sprzętu budowlanego – dwóch koparek. Ten spektakl grany jest zwykle w przestrzeniach industrialnych, a dat i miejsc najbliższych pokazów należy szukać w krakowskiej Cricotece, która ów porywający balet wyprodukowała.

Fot. Zbigniew Żupa/Teatralna Maszyna

Autorką następnego hiciora jest Dominika Knapik – aktorka, tancerka i choreografka, która zadebiutowała reżysersko w Teatrze im. S. Jaracza w Łodzi. Jej „Bang Bang”, sceniczna adaptacja kultowego filmu „Thelma i Louise” Ridleya Scotta, to fantastycznie wymyślona i zagrana teatralna wyścigówka.

z20325481IH,bang-bang

Na koniec przeglądu hitów 2016 roku zapraszam tam, gdzie zaczęliśmy, czyli do Komuny Warszawa, bo właśnie w niej Anna Karasińska urządziła w ramach projektu Mikroteatr wystrzałowe „Urodziny”. A z związku z tym, że ludność teatralna i jurorzy paru festiwali zachwycają się głównie jej wyreżyserowanym w Teatrze Polskim w Poznaniu „Drugim spektaklem”, polecam wybranie się na oba przedstawienia i zdecydowanie, które jest lepsze.

mg_9543

Oczywiście mógłbym przygotować listę teatralnych kitów i popastwić się, co zawsze jest przyjemne, nad nieudanymi i prowokującymi podcięcie żył teatralnym biletem spektaklami. Mógłbym napisać właściwie o dowolnym przedstawieniu Teatru Dramatycznego w Warszawie – niegdyś pierwszorzędnej scenie, dzisiaj epicentrum teatralnego smutku. Mógłbym szybciutko wyskrobać fragment o tym, jak stołeczni urzędnicy Hanny Gronkiewicz-Waltz doprowadzili do przejęcia przez znajomych Teatru Studio i podporządkowali go knajpie albo jak doprowadzili do tego, że Teatr Żydowski stracił swoją historyczną siedzibę i wraz z początkiem sezonu znalazł się na bruku. Mógłbym też wyrzeźbić zgrabny akapit na przykład o „Dziadach” w reżyserii Eimuntasa Nekrošiusa w Teatrze Narodowym, na których – w przerwie podczas nielegalnego papierosa w kiblu – szkolna młodzież uroczyście przysięga, że już nigdy więcej nie przyjdzie do teatru, bo lepiej spać za darmo we własnym łóżku, niż płacić za agonię w teatralnym fotelu. Mógłbym w końcu poddać bolesnym torturom co najmniej kilka głupich, żenujących, infantylnych i mordujących widzów premier, ale tego wszystkiego nie zrobię, bo kiedy myślę o kitach 2016 roku, to wszystkie przykrywa jeden megakit – zniszczenie Teatru Polskiego we Wrocławiu, jednej z naszych najważniejszych scen, perły w koronie wrocławskiej kultury i wspaniałego ambasadora polskiej sztuki teatralnej za granicą.

tp_1

Owo zniszczenie dokonywane jest rękami nowego dyrektora Cezarego Morawskiego – pośledniego aktorzyny, którego w Teatrze Polskim z zadaniem artystycznego zrównania go z ziemią i uciszenia „lewicowego wrzasku” zainstalowała osobliwa koalicja PO-PSL-PiS. Jak widać, zwalczający się na co dzień politycy są w stanie bardzo szybko się dogadać, jeśli trzeba spacyfikować niepokorną instytucję kulturalną. Jak widać, są wydarzenia, które w takim samym stopniu cieszą zarówno kompromitującego codziennie swój urząd ministra kultury Piotra Glińskiego, jak i kreującego się na wielkiego mecenasa kultury prezydenta Wrocławia Rafała Dutkiewicza. O ironio losu, wszystko to odbywa się w roku, w którym stolica Dolnego Śląska nosi tytuł Europejskiej Stolicy Kultury, co okazało się jednym wielkim nieporozumieniem, bo jedyny tytuł, na który zapracowali dla swojego miasta prezydent i marszałek Cezary Przybylski, to Europejska Stolica Obłudy.

Pierwszoligowy teatr, a przede wszystkim zespół, buduje się latami. To żmudna robota, która, jeśli się uda, owocuje nie tyle dobrymi, ile wybitnymi spektaklami. Spektaklami dostarczającymi widzom prawdziwych duchowych i estetycznych uniesień, wyciągającymi z myślowych kolein i zadającymi trudne pytania. Taki właśnie był przez ostatnie lata Teatr Polski we Wrocławiu. Teatr, o którym z racji jego rangi mówiło się „narodowy”. Teatr, który oklaskiwała na stojąco nie tylko wrocławska czy polska publiczność, ale też teatromani od Awinionu i Paryża po Pekin, Seul i Tokio. Dzisiaj już go nie ma, została po nim żałoba. Wraz z końcem 2016 roku wrocławski Teatr Polski z artystycznej instytucji najwyższej rangi stał się zwykłą budą. Do niedawna praca na tej scenie była marzeniem każdego, dzisiaj – po obłożeniu środowiskową anatemą – robienie tam czegokolwiek byłoby dla każdego posiadającego kręgosłup twórcy zwykłym wstydem.

CZYTAJ TAKŻE:
Zrób siebie | recenzja
Odnowa w ciele | rozmowa z Martą Ziółek
Holzwege | recenzja
Schubert. Romantyczna kompozycja… | recenzja
Juliusz Cezar | recenzja
Dybuk | recenzja
Jak HeLa zmieniła świat | rozmowa z Anną Smolar
Nie napiszę nic o tańcu | felieton
Bang Bang | recenzja
Nie umiem zauczestniczyć | portret Anny Karasińskiej
Perła rzucona przed wieprze | felieton

_____

Tekst ukazał się w „Wysokich Obcasach” 3 grudnia 2016 r. 
Fot. Witek Orski, Magda Hueckel, Krzysztof Bieliński, Zbigniew Żupa/Teatralna Maszyna, Anna Tomczyńska, Monika Lisiecka, mat.pras.

Zwykły wpis
AKTORZY/AKTORKI, DYREKTORZY/DYREKTORKI, REŻYSERZY/REŻYSERKI

Koniec pewnej epoki

Szymon Szurmiej, fot.Marek Górecki

„Teatr był we mnie od zawsze. Od narodzin. I był jak wyrok, przeznaczenie, los” – mówił Szymon Szurmiej. Teatrowi był wierny do końca życia. A życie miał długie i barwne.

Łuck nie był największym miastem województwa wołyńskiego, większe było Równe. Ale to on był stolicą tego daleko wysuniętego na wschód regionu II Rzeczpospolitej. Żyli tam wspólnie Polacy, Żydzi, Ukraińcy, Rosjanie, Tatarzy, katolicy, prawosławni, protestanci, muzułmanie. W domach i na ulicach słychać było polski, rosyjski, ukraiński i jidysz, zwany żydowskim. Jedni szli w niedzielę do kościoła, inni do cerkwi, a jeszcze inni, ale w piątek, do synagogi – tych było w Łucku najwięcej. Blisko połowa 40-tysięcznej populacji miasta to Żydzi.

Mieszkali na „Żydowszczyźnie”, jak nazywano ich dzielnicę, której epicentrum była potężna, zbudowana w 1628 roku za zgodą króla Zygmunta III Wazy, renesansowa synagoga w wieżą obronną. To do niej chodziła Rebeka Biterman, zwana Ryfką. „Die kluge Rifke” – mówili w Równem, bo Rebeka miała opinię mądrej i zaradnej kobiety.

Była córką Mojżesza Bitermana, drzewnego przedsiębiorcy i człowieka wielkiej pobożności, prawej ręki cadyka w Międzyborza. Mojżeszowi córkę porwał (dosłownie!) Jan Szurmiej – „zruszczony polski szlachciura” jak mówił o nim syn lub „po prostu Ukrainiec” jak pisał Henryk Grynberg. Pobrali się i zamieszkali właśnie w Łucku, gdzie Ryfka prowadziła sklep z butami, a Jan był elektrykiem. Za kołnierz nie wylewał, więc cały dom był na głowie Rebeki. Biedowali okropnie.

Mieli kilkoro dzieci, które jednak szybko umierały. Przeżył dopiero on, urodzony 18 czerwca 1923 r. syn. Dostał na imię Szymon czyli Symcha, co po żydowsku znaczy „radość”. Siedem lat po nim na świat przyszła jeszcze Fejgełe (po żydowsku „ptaszek”) czyli Żenia Iwanowna – jedyna siostra Szymona.

Zagrać diabła
Mały Szymek był, jak to się kiedyś mówiło, żywym srebrem. Śpiewał, opowiadał dowcipy (całe życie był niezmordowanym kawalarzem), recytował wiersze, występował. „Teatr był we mnie od zawsze. Od narodzin. I był jak wyrok, przeznaczenie, los” – wspominał po latach. Miłością do rosyjskiej literatury zaraził go ojciec, wielbiciel Aleksandra Puszkina. Ważne też było kino (w Łucku były dwa – „Bałtyk” i „Słońce”), w którym Szymon, zakradając się na seanse nielegalnie przez okno w toalecie, zobaczył po raz pierwszy Charliego Chaplina. Często go potem naśladował.

Niełatwo było w tych czasach pochodzić z mieszanej rodziny. Polacy nazywali Szymona parchem, a Żydzi mamzerem czyli bękartem, ale on się nie przejmował, zawzięcie grał w jasełkach (oczywiście diabła) i spektaklach purimowych. Ojciec zabierał go do kościoła, a matka do synagogi, z ojcem rozmawiał po polsku, a z matką w jidysz, w domu była choinka na święta Bożego Narodzenia i maca na Pesach. Ta podwójna tożsamość polsko-żydowska będzie do końca życia jego motorem napędowym.

Poszedł – nalegała na to matka – do szkoły prowadzonej przez CISZO czyli Centrale Jidisze Szuł – Organizacje (Centralną Żydowską Organizację Szkolną), należał też do SKIF-u czyli Socjalistiszer Kinder-Farband (Socjalistycznego Związku Dziecięcego), żydowskiego harcerstwa, a potem wstąpił do Jugent Bund „Cukunft” (Związku Młodzieży „Przyszłość”). I CISZO, i SKIF, i Cukunft były afiliowane przy Bundzie, jak w skrócie nazywano Allgemajner Jidischer Arbeiterbund in Lite, Poilen un Rusland (Powszechny Żydowski Związek Robotniczy na Litwie, Polsce i Rosji). Wychowywano go więc od małego w duchu antysyjonistycznym i socjalistycznym. Ważnym elementem tego wychowania była oczywiście nauka jidysz. To właśnie w CISZO-wskiej szkole Szymon zapisał się do kółka dramatycznego, gdzie poznał wielkie nazwiska żydowskiej literatury. Icchak Lejb Perec, Mendele Mojcher Sforim czy Szolem Alejchem zostaną z nim do końca.

Po środku
Wojna dociera do Łucka w 1941 roku i zaczyna się dla osiemnastoletniego Szymona od wywózki z przystankami w Kujbyszewie, Czkałowie, Ługańsku i Dżambule (dzisiaj to Taraz, miasto w południowym Kazachstanie). Siomka, jak go tam nazywano, pracował najpierw przy wyrębie lasu, potem w cukrowni i fabryce spirytusu. Wszędzie gdzie się pojawiał zakładał jakiś estradnyj ensambl. Tak przynajmniej twierdził.

Jego opowieść o latach zsyłki, trudna do zweryfikowania, jest pełna anegdot i dowcipu. Śmierci, przemocy i cierpienia właściwie w niej nie ma. Można odnieść wrażenie, że Siomka właściwie świetnie się bawił. Dlatego są tacy, którzy tym opowieściom nie dają wiary. Więcej jest tu pytań niż odpowiedzi. Szurmiej opowiadał, że zaczął, będąc w Dżambule, chodzić do Rosyjskiego Teatru Dramatycznego. Co to za teatr? Gdzie ten teatr był? Dlaczego więzień mógł chodzić do teatru? Jak w ogóle tam trafił? Żadnych odpowiedzi. Podobno chciał się też zapisać od Armii Andresa, ale go nie przyjęto, bo Żydom kazano stanąć na lewo, Polakom na prawo, a on stał po środku. To raczej kolejna anegdota Szurmieja. Jego zmyślony świat nieustannie przeplatał się z tym prawdziwym. Jedno jest pewne. W Dżambule Szymon poznał Aidę, która szybko zaszła w ciążę, więc trzeba było się ożenić. Równie szybko.

Powrót do Polski (już innej)
W 1946 roku 23-letni Szymon Szurmiej wraca do Polski, ale nie do tej, z której go wywieziono i nie sam. II RP zastąpiła Polska Ludowa, a Szymon nie jest już kawalerem. Wywieziony z „ziem utraconych”, przyjechał na „ziemie odzyskane”. Już z żoną – Aidą, która niedługo po tym, jak wysiedli w Jaworze niedaleko Wrocławia, urodziła ich syna. Dostał na imię Jan, po dziadku Szurmieju. Cała rodzina szybko przeprowadziła się do Wrocławia, gdzie młody Szymon angażował się zarówno w życie artystyczne, jak i żydowskie. Rok później urodziło mu się drugie dziecko – córka Helena (zwana Leną). Małżeństwa to jednak nie uratowało. Aida zabrała dzieci i odeszła od męża. Szymon Szurmiej znów jest wolny i może oddać się sztuce.

Zaczyna w 1951 r. jako asystent Jakuba Rotbauma w Dolnośląskim Teatrze Żydowskim we Wrocławiu. Rotbaum, reżyser i malarz, uczeń Konstantego Stanisławskiego i Wsiewołoda Meyerholda, wrócił do Polski po wojnie namówiony przez Idę Kamińską. Kieruje najpierw Dolnośląskim Teatrem Żydowskim, a od 1952 r. Teatrem Polskim. W Polskim Szurmiej asystuje potem także Wilamowi Horzycy, by w końcu wyreżyserować swój pierwszy spektakl – „Chirurga” (oryginalny tytuł: „Płaton Kreczet”) Ołeksandra Korniejczuka, szefa Związku Pisarzy Sowieckich Ukrainy i członka Rady Najwyższej ZSRR, a prywatnie męża Wandy Wasilewskiej.

Na takiej premierze nie mogło zabraknąć komunistycznych dygnitarzy. Był wśród nich i Gieorgij Michajłowicz Popow, ambasador Związku Radzieckiego w Polsce, któremu Szymon Szurmiej żali się, że nie ma żadnych wieści o swojej rodzinie, która została w Łucku. Popow odezwał się po jakim czasie i poinformował Szurmieja, że ojciec i siostra żyją. Niestety nic nie wiadomo o matce.

Błogosławionej pamięci Rebece
„Tę cząstkę marmuru wmurowaną w ścianę poświęcam mojej najdroższej matce błogosławionej pamięci Rebece Biterman Szurmiej zamordowanej przez hitlerowskich zbirów podczas II wojny światowej. Nie wiem, gdzie znajdują się twoje prochy, ale w moim sercu wraz z twą wielką zamordowaną rodziną – pozostaniesz na zawsze. Twój syn Szymon z żoną Gołdą, synem Dawidem, siostrą Żenią i wszystkimi moimi dziećmi wnukami i prawnukami”. Tablica z taką inskrypcją wisi na murze cmentarza żydowskiego przy ulicy Okopowej w Warszawie.

Do rodzinnego Łucka Szurmiej jedzie w 1963 r., bo – jak mówił – dopiero wtedy go wpuszczono. Zdążył zobaczyć się jeszcze z chorym już bardzo ojcem (zmarł w 1964 r.) i siostrą Żenią.

Koniec Broadwayu
W roku 1955 Szymon Szurmiej przenosi się do Opola (podobno we Wrocławiu nie chciał go Rotbaum), gdzie zostaje kierownikiem artystycznym Teatru Ziemi Opolskiej. W międzyczasie wyjechał też ochoczo budować Nową Hutę, którą komuniści próbowali poskromić Kraków. Wraca jednak do Wrocławia – znów obejmując stanowisko kierownika. Tym razem Estrady Wrocławskiej i Dolnośląskiego Teatru Powszechnego. Ma także etat w Teatrze Rozmaitości (dzisiaj to Wrocławski Teatr Współczesny).

Wrocław był wtedy obok Łodzi najważniejszym centrum żydowskiego życia teatralnego. Jesienią 1949 r. połączono żydowskie sceny obu miast i upaństwowiono. Na czele nowopowstałej i ulokowanej w Warszawie instytucji pod nazwą Państwowy Teatr Żydowski stanęła wybitna żydowska aktorka i reżyserka Ida Kamińska. W 1955 roku scena dostała imię jej matki, nazywanej też do dzisiaj „matką żydowskiego teatru” – Ester Racheli Kamińskiej. Szurmiej zaczyna wtedy w Warszawie gościnne występy.

5 czerwca 1967 r. wybucha wojna między koalicją Egiptu, Syrii i Jordanii, a Państwem Izraela. Ida Kamińska z Szymonem Szurmiejem i całym zespołem Teatru Żydowskiego są na gościnnych występach na Brodwayu. Z Warszawy przychodzi nakaz natychmiastowego przerwania tournée i powrotu do kraju. Wracają. Ida Kamińska głównie po to, żeby znów się spakować i opuścić swoją ojczyznę na zawsze. W powietrzu coraz mocniej czuć odór antysemityzmu, nadchodzi powoli rok 1968. Kamińska wróci do Polski tylko na chwilę w roku 1975, na obchody 50-lecia śmierci swojej wielkiej matki. Powie wtedy: „Drodzy warszawiacy. Ja wyjechałam, inni zostali, nie wiem, kto z nas miał rację”.

Nowy teatr, nowa żona
Wśród tych, którzy zostali był Szymon Szurmiej, który po krótkim okresie rządów Juliusza Bergera (aktora i reżysera, urodzonego także w Łucku) objął 1 września 1969 funkcję dyrektora naczelnego Teatru Żydowskiego. Wielu nigdy mu tego nie wybaczyło oskarżając go o koniunkturalizm. Jak można było przyjąć od komunistów fotel szefa Teatru Żydowskiej po upokorzonej i wyrzucanej z kraju Idzie Kamińskiej? Szurmiej tłumaczył to zawsze tym, że ratował teatr. Wielu nie dawało tym zapewnieniom wiary. W 1971 r., po śmierci Chewela Buzgana, nowy dyrektor naczelny obejmuje także kierownictwo artystyczne i rządzi nieprzerwanie Teatrem Żydowskim do swojej śmierci 16 lipca 2014 roku. Niemal 45 lat!

Dyrektura była równoznaczna z przenosinami do stolicy. Szurmiej przyjechał tu jednak sam. Jego druga żona Ewa i córka Małgorzata zostały we Wrocławiu. Do Warszawy tymczasem przyjeżdża z Łodzi dziewiętnastoletnia piękność, która marzy o tym, żeby zostać aktorką. Nazywa się Gołda Tencer. Wkrótce zostaje trzecią i ostatnią żoną Szurmieja.

Początek tego ponad czterdziestoletniego małżeństwa nie był łatwy. Nikt nie dawał im szans. Gołdę uważano po prostu za „tą kolejną”. Nie było przecież tajemnicą, jakim zatwardziałem kobieciarzem jest Szymon, który mówił po latach w jednym z telewizyjnych programów o Gołdzie: „Ona wniosła mi w wiano młodość, a ja jej troje dzieci i dwie żony”. A jednak, małżeństwo – mimo rozlicznych burz i ogromnej różnicy wieku – przetrwało długie lata. Jego owocem jest urodzony 1985 roku Dawid Szurmiej – kolejny członek aktorskiego klanu.

Siła klanu
Inaczej niż klan o rodzinie Szurmiejów nigdy nie mówiono. Jego rodową siedzibą jest Teatr Żydowski. Choć publiczny, traktowany był przez Szymona Szurmieja niemal jak rodzinna własność. Tak też jest postrzegany na zewnątrz. Zatrudnienie w nim znalazło wielu członków klanu. Wszyscy – trzeba dodać – parają się teatrem i/lub filmem: i Jan Szurmiej (syn z pierwszą żoną), i Lena Szurmiej (córka z pierwszą żoną), i Małgorzata Szurmiej (córka z drugą żoną), i Dawid Szurmiej (syn z trzecią żoną) i Joanna Szurmiej-Rzączyńska (wnuczka Szymona, córka Jana), i Jakub Szurmiej (wnuk Szymona, syn Jana)…

Prasa wielokrotnie krytykowała tę sytuację nazywając ją po prostu nepotyzmem, na mieście krążyły zawsze dowcipy, że jak chce się coś zrobić z Teatrze Żydowskim, to trzeba najpierw zostać członkiem rodziny Szurmiejów. Powszechny jest też pogląd, że stanowisko dyrektora Teatru Żydowskiego jest dziedziczne i zostawać nim mogą i będą kolejni członkowie rodziny. Ta krytyka i żarty były zawsze przy placu Grzybowskim, gdzie mieści się scena, przyjmowane bardzo nerwowo. Gołda Tencer, która została także wicedyrektorką teatru, czyli zastępczynią swojego męża, tłumaczyła to zawsze tradycją wielkich aktorskich klanów.

Wilf i Blanka
W swoim teatrze Szymon Szurmiej zagrał kilkadziesiąt ról i wyreżyserował tyleż samo spektakli. Jego najbardziej znaczące, odnotowane w biogramach, kreacje to Menachem Mendł w „Tewje mleczarzu” Szolema Alejchema, Meszułach w „Dybuku” Szymona An-skiego czy Mendel Krzyk w „Zmierzchu” Izaaka Babla.

Szurmiej grał również w kinie, niemal wyłącznie Żydów. W ciągu czterdziestu lat swojej kinowej aktywności, wystąpił w blisko czterdziestu filmach. Widzowie pamiętają go być może jako Żyda recytującego fałszywe wersy Koheleta w „Sanatorium pod Klepsydrą” Wojciecha Jerzego Hasa albo karczmarza Jankiela w „Janosiku” Jerzego Passendorfera. Ale tak naprawdę jedyną rolą filmową Szurmieja, którą znają wszyscy kinomani jest jego Wilf w legendarnej „Austerii” w reżyserii Jerzego Kawalerowicza z 1982 r. I nie można tu zapomnieć o żonie Wilfa – Blance, którą grała Gołda Tencer.

Szurmiej nie był wybitnym aktorem i reżyserem, jak można było przeczytać w kilku nekrologach. Był w swoim fachu być może niezły, szczególnie w rolach komediowych („Zawsze chciałem być klaunem. Największa satysfakcja jest wtedy, kiedy mogę rozśmieszać ludzi” – mówił). Stworzył kilka ról, które zapadły w pamięć, ale chyba tym starszym bywalcom teatru, bo współczesny świat teatralny (w tym czołowi krytycy i ryżyserzy) omija Teatr Żydowski szerokim łukiem uważając go – najkrócej ujmując – za cepelię. Teatr Szurmieja zatrzymał się bowiem w poprzedniej epoce i nie miał zamiaru się z niej ruszać. Dyrektor uważał do końca swój archaiczny teatr „z pejsami na rzepy” za miejsce powstawania znakomitej sztuki. Jednak żadna znakomita sztuka od lat w jego teatrze nie powstała.

Niezmordowany działacz
Teatr, film, świat sztuki – to jedno. Drugie to polityka i działalność społeczna. Obydwie dziedziny bardzo interesowały Szymona Szurmieja i w obydwu działał. W jednej intensywnie, w drugiej nie tak intensywnie, jakby chciał.

Był Szurmiej członkiem powołanej w stanie wojennym reżimowej Narodowej Rady Kultury, która miała doradzać generałowi Wojciechowi Jaruzelskiemu, a w drugiej połowie lat 80. został posłem na Sejm PRL z ramienia Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej i był wiceprzewodniczącym Sejmowej Komisji Kultury. W III Rzeczpospolitej próbował dwukrotnie zostać parlamentarzystą (raz posłem, raz senatorem) z ramienia SLD, ale nie udało mu się wygrać wyborów.

Znacznie lepiej szło Szurmiejowi w działalności społecznej. Przez blisko dwie dekady przewodniczył Towarzystwu Społeczno-Kulturalnemu Żydów w Polsce, koncesjonowanej przez komunistów organizacji założonej i kierowanej onegdaj przez Grzegorza Smolara, a zbudowanej na zgliszczach Żydowskiego Towarzystwa Kultury i Centralnego Komitetu Żydów Polskich. Był także szefem Komisji Koordynacyjnej Organizacji Żydowskich w Polsce, wiceprzewodniczącym Światowej Federacji Żydów Polskich i członkiem Światowego Kongresu Żydów.

Za jego wyjątkowo rozbudowaną, choć dyskusyjną w obszarze zaangażowania politycznego w poprzedni system, aktywność społeczną i artystyczną otrzymał Szymon Szurmiej mnóstwo nagród, wyróżnień i medali, m.in. Złoty Medal „Gloria Artis”, Krzyż Wielki Orderu Odrodzenia Polski, Wielki Krzyż Zasługi Republiki Federalnej Niemiec czy Medal „Zasłużony dla Tolerancji”. Odcisną też swoją dłoń na Promenadzie Gwiazd w Międzyzdrojach, a dziesięć lat temu został Honorowym Obywatelem Warszawy. Jego kolejne jubileusze gromadziły zawsze w Teatrze Żydowskim wielu ważnych gości ze świata kultury i polityki, głównie lewicy. W zeszłym roku, podczas obchodów swoich 90. urodzin, Szurmiej gościł m.in. Daniela Olbrychskiego, Aleksandra Kwaśniewskiego, Hannę Gronkiewicz-Waltz, Marylę Rodowicz, Marka Borowskiego, Olgę Lipińską, Józefa Oleksego czy Ninę Andrycz.

Koniec pewnej epoki
Ma rację ministra kultury Małgorzata Omilanowska, która powiedziała, że wraz ze śmiercią Szymona Szurmieja kończy się pewna epoka. Epoka, którą ten aktor, reżyser i dyrektor próbował w prowadzonym przez siebie Teatrze Żydowskim za wszelką cenę ocalić i dlatego stworzył przy placu Grzybowskim swego rodzaju mikroświat. W nim mówiono w jidysz, wystawiano Szolema Alejchema, noszono chałaty i opowiadano szmoncesy. Ale tego świata już nie ma i nie ma tej sceny. Właśnie opuścił ją jej ostatni aktor.

_____

Korzystałem z książek: „Szymon Szurmiej” Krystyny Gucewicz, „Teatr żydowski w Polsce” pod. red. Anny Kuligowskiej-Korzeniewskiej i Małgorzaty Leyko, „Moje życie” Idy Kamińskiej, „25 lat Państwowego Teatru Żydowskiego w Polsce” oraz zasobów Pracowni Dokumentacji Teatru Instytutu Teatralnego im. Zbigniewa Raszewskiego w Warszawie.

_____

© Mike Urbaniak | Fot. Marek Górecki

Zwykły wpis