ROZMOWA

Jak zostałem gejem

Kiedy mam wyjść na scenę, cieszę się jak dziecko i tej mojej mojej radości nie mam zamiaru ukrywać. Krystian Durman

Wyobrażam sobie ciebie jako wodzireja na statku w Łebie.
– Widzę, że mnie przyszpiegowałeś!

Sława piratów sięga daleko.
– Ciężko nad nią pracujemy. I ja, i Jack Sparrow.

Od dawna?
– Od kilku lat. Pracę w Łebie zacząłem po pierwszym roku studiów i trwała do ostatnich wakacji. To była bardzo fajna, ale i ciężka robota. Kiedy inni w lipcu i sierpniu odpoczywali, ja zasuwałem na statku, żeby zarobić kasę na cały rok. Robiłem siedem czterdziestopięciominutowych spektakli dziennie, od rana do wieczora. Czasem w pełnym słońcu, czasem w deszczu.

Dobra szkoła improwizacji.
– Tak też to traktowałem. Nie jako chałturę, ale jako wyzwanie. To nie jest łatwa sprawa zabawić turystyczną widownię, czasami także pod wpływem alkoholu. Tu nie ma zmiłuj, nikt cierpliwie nie będzie oglądał, jak się nie spodoba.

Ty się podobałeś?
– Chyba, skoro tak długo to robiłem, a ludzie przychodzili kilkakrotnie albo wracali co roku. Do dzisiaj od czasu do czasu ktoś do mnie pisze na Facebooku z pytaniem o Kapitana Krisa.

W tym roku Kapitan Kris wypłynie w rejs?
– Czekam na kilka decyzji po ostatnich zdjęciach próbnych do filmów i seriali, ale myślę, że i w te wakacje będzie można mnie spotkać w Łebie.

A jak zdjęcia próbne zakończą się licznymi propozycjami, to film wyprze teatr?
– Nie, w żadnym razie! Jeśli chodzi o łączenie teatru i filmu to myślę zawsze o drodze, jaką idzie aktor, którego jestem wielkim fanem, i o którym napisałem pracę magisterską.        

O Marcinie Czarniku.
– Tak, on zrobił kilka filmów i seriali, ale najważniejszy był zawsze teatr. Chciałbym podobnie umieć połączyć granie w teatrze z fajnymi spotkaniami z kamerą, chociaż castingów szczerze nie cierpię, bo nie lubię, a może nawet nie potrafię udowadniać w pięć minut, że jestem zajebisty. A na castingach o to właśnie chodzi.     

Ale ty właśnie sprawiasz wrażenie osoby – że też użyję tego okropnego słowa – zajebistej. Szczególnie jeśli się śledzi twoją aktywność w mediach społecznościowych.
– Wiedziałem, że ktoś mi to w końcu wypomni, ale nie podejrzewałem, że to będziesz ty.

Ja ci niczego nie wypominam. Wręcz przeciwnie, bardzo lubię oglądać twoje kolejne radosne foty z garderoby czy górskich wypraw. Wyglądasz na nich na najszczęśliwszą osobę na świecie.
– Bo ja się cieszę jak dziecko, że gramy kolejny raz „Triumf woli” albo, że spędzę weekend w górach. W ogóle rozpiera mnie energia i jestem nadaktywny: lubię wspinaczkę, bieganie, rower, siłownię, co mi się szczególnie przydało w szkole teatralnej, którą zacząłem jako ponad dziewięćdziesięciokilogramowy pączek. Byłem wtedy do wyrzucenia.

Za kilogramy?
– Nie, za to, że nie wiedziałem, po co tam jestem.

W rodzinnym Kaliszu też byłeś zagubiony?
– W Kaliszu robiłem tysiąc rzeczy. Zaczęło się niewinnie od zbierania pieniędzy na Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy, a po latach mogłem towarzyszyć Jurkowi Owsiakowi i dbać o to, żeby on się nie zgubił. Organizowałem też koncerty, robiłem program kulturalny „Pull Up”, który do dzisiaj można oglądać ku mojej rozpaczy na YouTube. Sporo tego było.

Rodzice to dzielnie znosili?
– Bardzo, a dzisiaj są moimi wiernymi widzami. Zaszczepiłem w nich miłość do gór i przede wszystkim do teatru, bo żadnych artystycznych inklinacji w naszej rodzinie nie było. Mama jest superksięgową, a tato lodziarzem, to znaczy producentem lodów. Wpisanym nawet do „Księgi rekordów Guinnessa” za stworzenie największego loda na świecie!

A ty lodziarzem nie chciałeś zostać?
– Lubię lody, ale wybrałem aktorstwo, choć nie było łatwo. Za pierwszym razem nie przyjęto mnie do żadnej szkoły teatralnej, a w łódzkiej filmówce usłyszałem, że „nie mam jaj do uprawiania tego zawodu”.

Jakże rzeczowe uzasadnienie.
– Prawda? Ale w sumie cieszę się, że mnie nie przyjęli. To mi dobrze zrobiło. Przez poznanych na Woodstocku ratowników górskich trafiłem wtedy do sudeckiego GOPR-u i zacząłem studiować turystykę i rekreację w Wałbrzychu. Góry kocham do dzisiaj. Ratownikiem jednak nie zostałem, chociaż podobno bardzo się nadawałem. Po roku znów zdawałem do szkół teatralnych. W Krakowie na przykład odrzuciła mnie komisja, w której była Dorota Segda i Adam Nawojczyk.

Dzisiaj gracie wspólnie w Starym Teatrze.
– Pozdrawiam Dorotę i Adama!

We Wrocławiu na początku ci chyba nie szło.
– Bo kiedy stawałem na scenie, czułem się jak estradowiec. Ale teraz będzie grańsko! – myślałem. Kompletny bezsens i zero świadomości. Dopiero na drugim roku odpalił mnie Adam Cywka, świetny pedagog. Dojeżdżał mnie nieustannie: „Co ty tu, kurwa, grasz?! Nawet do drzwi nie potrafisz zapukać!” – krzyczał po jakiejś próbie. Taką miał na mnie metodę, jak się okazało skuteczną. Ważne były też spotkania z Krzesisławą Dubielówną i Teresą Sawicką. Wspólnymi siłami w końcu się odblokowałem, zrozumiałem na czym rzecz polega i uspokoiłem, choć cały czas mówiono na mnie „aktor gwałtowny”, bo nie było takiego egzaminu, w którym nie gwałciłbym koleżanek. Teraz w „Triumfie woli” gwałcę postać graną przez Dorotę Pomykałę. Taki już mój aktorski los.

Los, który pozwolił ci zadebiutować jeszcze w szkole w kaliskim Teatrze im. Wojciecha Bogusławskiego.
– Wypuściły mnie tam na trzecim roku Sawicka i Dubielówna.

Gnaj Lorenzo do Kalisza! – powiedziały?
– Mniej więcej. I zagrałem Lorenza w „Kupcu weneckim” Adama Nalepy.

Przyjętym bardzo chłodno.
– Niestety. Myślę, że przenosiliśmy ten spektakl, bo próby trwały trzy i pół miesiąca. Ale lubiłem mojego Lorenza. Nie tak, jak Księdza w dyplomowym „Weselu” Moniki Strzępki, ale jednak. W ogóle myślałem wtedy, żeby zostać w Kaliszu, bo wiedziałem, jak trudno jest o etat w teatrze. Z tego pomysłu wyleczyła mnie moja dziewczyna i przyjaciel z roku. Wróciłem więc do Wrocławia na „Wesele”.

Przyjęte z kolei entuzjastycznie. Za rolę w nim zostałeś wyróżniony na Festiwalu Szkół Teatralnych w Łodzi.
– To była wspaniała praca z Moniką Strzępką, którą o zrobienie dyplomu wybłagali koledzy. Szkoda, że już go nie możemy grać. Do dzisiaj tęsknię za Księdzem.

Jakie było marzenie na „po szkole”?
– Chciałem do Krakowa i uderzałem po kolei do dyrektorów tamtejszych teatrów. Kiedy wszedłem do Starego, całowałem schody. Udało mi się nawet złapać w sekretariacie dyrektora Jana Klatę, który na moje: „Dzień dobry, chciałem zaprosić pana dyrektora na mój spektakl dyplomowy”, tak pierdolnął mi drzwiami przed nosem, że mi zadzwoniło w uszach. Ale nie dałem za wygraną i teraz lubię opowiadać tą historię.

Do Starego w końcu się dostałeś, ale przez Nowy.
– Koleżanka poleciła mnie do spektaklu „Umarła kasta” reżyserowanego w Teatrze Nowym przez Iwonę Jerę. Rola w nim zaowocowała stypendium, dzięki któremu powstało w Nowym kolejne przedstawienie pod tytułem „Wszystkie misie lubią miód”. Przyszedł je zobaczyć najpierw Marcin Czarnik, a potem Jan Klata. Kiedy Janek wszedł do teatru w długim zimowym płaszczu, wyglądał jak Dementor z Harry’ego Pottera. Wziąłem trzy głębokie wdechy i wyszedłem na scenę.

A Dementor zaproponował ci wkrótce gościnne występy w Starym.
– W dodatku u Moniki Strzępki, której „Bitwę warszawską” czy „Nie-Boską komedię” widziałem kilkanaście razy. Na pierwszą próbę szedłem – jakby to delikatnie powiedzieć – posrany.

Strach szybko minął?
– Właśnie nie tak szybko, bo czułem między mną a Moniką lekki chłód, jakiś dystans. A jak się dowiedziałem, że gram geja to uznałem, że mnie Monika z Pawłem Demirskim po prostu nie lubią.

Gej za karę?
– Nie. Chodziło raczej o to, że Paweł pisał tekst pod każdego aktora, a mnie właściwie nie znał. Jakoś to wszystko się nie trzymało kupy. Do tego ta fenomenalna, zgrana ekipa Starego. Ale dobra, przyszły wakacje i poświęciłem je na budowanie roli. Kiedy wróciłem, pierwsze słowa Moniki brzmiały: „Ty się jakiś taki cieplejszy zrobiłeś”.

Zostałeś przez wakacje gejem?
– Gejem, którego w sobie lubię. Tuż przed premierą, jak pracowaliśmy na moim monologiem, a ja nie wiedziałem, czy idę w dobrym kierunku, Monika powiedziała: „Durman, kurwa, patrzę teraz na ciebie, jak na ikonę gejostwa!”. Wtedy się uspokoiłem.

Z tym gejostwem to ja mam w naszym teatrze problem, bo ono leci wyłącznie po prostym, stereotypowym patrzeniu na wielobarwny przecież gejowski świat. Kiedy aktor ma zagrać geja, sprowadza się do zwykle to mówienia wysokim głosem i intensywnego machania rękami.
– Ale wtedy to jest jak wydmuszka, bo nie chodzi tylko o to, jak zagrać, ale dlaczego tak. W jakiej sprawie wychodzę na scenę? Co chcę powiedzieć widzom? Starałem się przede wszystkim zrozumieć, poczuć, polubić bohatera którego gram, stąd wiele przeczytanych książek, obejrzanych filmów i oczywiście dużo muzyki. Nie jestem też w stanie policzyć moich wizyt w gejowskim klubie Cocon w Krakowie, które niekoniecznie podobały się mojej dziewczynie. Ale co zrobić, ja po prostu tak pracuję. Wskakiwałem w rurki, adidaski, kurteczkę z tęczowymi przypinkami i ruszyłem na parkiet.

Miałeś tam pewnie niezłe branie.
– Nie będę zaprzeczał, że nie było klepania po pupie.

Krystian Durman urodził się w 1991 roku w Kaliszu. W 2016 roku skończył wrocławską filię Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Krakowie. Jeszcze podczas studiów w 2014 roku zadebiutował rolą Lorenza w „Kupcu weneckim” Williama Szekspira w reżyserii Adama Nalepy w kaliskim Teatrze im. Wojciecha Bogusławskiego. Za potrójną rolę Księdza/Nosa/Ojca w dyplomowym „Weselu” Stanisława Wyspiańskiego w reżyserii Moniki Strzępki otrzymał w 2015 roku wyróżnienie na Festiwalu Szkół Teatralnych w Łodzi. Po zagraniu w dwóch spektaklach w Teatrze Nowym w Krakowie, dołączył w 2016 roku do zespołu Narodowego Starego Teatru w Krakowie, gdzie zadebiutował w „Triumfie woli” Pawła Demirskiego w reżyserii Moniki Strzępki. Obecnie jest w trakcie prób do „Wesela” w reżyserii Jana Klaty, gdzie gra Jaśka łączącego pokolenia.

CZYTAJ TAKŻE
Samuraj | portret Pawła Tomaszewskiego
Ciągle dojrzewam | rozmowa z Julianem Świeżewskim
Dziwna jesteś, ale chodź | rozmowa z Justyną Wasilewską
Pani nie ma warunków | rozmowa z Małgorzatą Gorol
Jestem błędem w systemie | rozmowa z Robertem Wasiewiczem
Genu nie wydłubiesz | rozmowa z Bartoszem Gelnerem
Niezdecydowany gość | rozmowa z Dawidem Ogrodnikiem

           Foto: Maciej Kulig, Marcin Wilczyński, Pola De, Teatr Nowy w Krakowie, Magda Hueckel

Zwykły wpis
FELIETON

Hańba Klaty

Zaczął fatalnie, z właściwą sobie – nazwijmy to – nonszalancją. Kiedy ponad cztery lata temu obejmował w zarząd Narodowy Stary Teatr w Krakowie udzielił kilku wywiadów, w których obraził niemal wszystkich dumnych mieszkańców tego uroczego galicyjskiego miasteczka. Narracja płynąca z dyrektorskich wypowiedzi brzmiała mniej więcej tak: Kraków to prowincjonalna dziura i ja tu teraz wam pokażę, jak należy robić prawdziwy teatr. Równocześnie nastąpił zmasowany atak prawicowych szczekaczek i ich periodyku pod tytułem „Dziennik Polski”. Nieliczna, ale wyjątkowo głośna grupa postanowiła też wyjęczeć, co o nim myśli i zrobić to podczas jednego z jego spektakli. O słynnej „hańbie!” podczas „Do Damaszku” dowiedziała się wówczas cała Polska. Prasa niepokorna pisała, że „publiczność, która przyszła zobaczyć nowy spektakl w Starym Teatrze nie wytrzymała obsceny!”. Nie miało to oczywiście nic wspólnego z rzeczywistością. Kilka osób przyszło z zamiarem happeningu i wiedziało, że będzie krzyczeć zanim do owej „obsceny” doszło. Reszta, czyli kilkusetosobowa widownia została i ogląda spektakl do końca. „Do Damaszku”, dzieło zresztą nieudane, grane jest do dzisiaj.

Jan Klata dostawał kolejne ciosy z każdej strony. A to Krystian Lupa ogłosił, że jego noga w Starym Teatrze od teraz nie postanie (brak Lupy na scenie przy Starowiślnej jest do dzisiaj bardzo odczuwalną stratą), a to aktorzy-seniorzy – Jerzy Trela i Anna Polony odeszli ze Starego z hukiem. Krótko mówiąc: Klata znalazł się w wizerunkowym piekle, które wydawało jeszcze potem kolejne, ale już mniejsze bulgoty wywołane czy to odejściem Sebastiana Majewskiego (zastępcy Klaty), czy to zerwanymi przez dyrektora próbami do spektakli w reżyserii Olivera Frljicia i Wojtka Ziemilskiego. Jak pech to pech.

Po tym wszystkim Klata zniknął, przestał chlapać jęzorem i skupił się na programowaniu teatru, który traktowany jest w naszym teatralnym świecie jak najbardziej drogocenne srebra rodowe. I wydarzył się cud, przez burzowe chmury coraz częściej przebijały się promienie słońca, które w zetknięciu z kroplami rosy na krakowskich Plantach tworzyły małe tęcze. A poważnie mówiąc, teatr zaczął w końcu sprawnie działać i powoli nabierać prędkości. Można by nawet zaryzykować stwierdzenie, że Narodowy Stary Teatr – ku rozpaczy „dobrej zmiany” – stał się wręcz wzorowo działającą narodową instytucją kultury. I z tego właśnie powodu przejęte przez namiestników suwerena Ministerstwo Kultury tak długo nie wiedziało, co z nim począć. Bo z jednej strony dziady smoleńskie domagają się nadal uciszenia – trzymając się słów minister Wandy Zwinogrodzkiej – „lewicowego wrzasku”, czyli wymiany dyrektora, a z drugiej ta sama Zwinogrodzka – która w odróżnieniu od swojego szefa, ministra Glińskiego, jest inteligentna i doskonale zna się na teatrze – widzi, że Jan Klata świetnie prowadzi powierzony mu teatr. A poza wszystkim w Pałacu Potockich widzą przecież, jak zakończyła się współreżyserowana przez nich wymiana dyrekcji w Teatrze Polskim we Wrocławiu. Ta pierwszorzędna niegdyś scena teatralna zamieniła się w podrzędną budę z biegającymi po niej, pierdzącymi aktorskimi czupiradłami. Myślę, że nawet Wanda Zwinogrodzka musiałaby po zobaczeniu „Chorego z urojenia” w reżyserii Janusza Wiśniewskiego wypić dzbanek szałwii, żeby się nie porzygać.

Ogłoszenie last minute konkursu na dyrektora Narodowego Starego Teatru w Krakowie pokazuje po raz kolejny, że w resorcie kultury nie chodzi o żadną sztukę, ale o bolszewicką w duchu czystkę. Usunięci mają zostać wszyscy, którzy nie będą posłusznie wykonywać wytycznych Komitetu Centralnego rządzącej partii. Nawet za cenę zniszczenia najważniejszych instytucji artystycznych w kraju nieprawomyślni muszą zostać wyprowadzeni ze swych gabinetów, co szczególnie w przypadku Klaty jest o tyle zabawne/absurdalne (odpowiednie skreślić), że przecież Klata żadnym lewakiem (cokolwiek to dzisiaj w Polsce znaczy) nie jest. Chyba, że za lewackie uznać należy jego felietoniki w skrajnie lewicowym, żeby nie powiedzieć ateistyczno-żydowskim „Tygodniku Powszechnym”. Może przeniesienie się ze swoją publicystyką do „Gościa Niedzielnego” jakoś by Klacie pomogło?

Ale dość tych nieśmiesznych żarcików, bo i śmiać się nie ma z czego. W najbliższym czasie będą się ważyły losy najważniejszego dzisiaj polskiego teatru, który za czasów Jana Klaty ma się znakomicie. I nie zmienią tego żadne lamenty funkcjonariuszy prasy rządowej. Nawet jeśli wyprodukują tysiąc dodatków o Starym Teatrze i zaproszą do pozorowanej debaty na swoich łamach stu teatrologów, nie zmienią rzeczywistości. A wygląda ona tak, że Stary Teatr pod kierownictwem Jana Klaty produkuje głównie znakomite spektakle (można się naturalnie z nimi zgadzać albo nie, ale świetnej jakości im odmówić nie można), jest nieustannie zapraszany na festiwale i zdobywa na nich kolejne nagrody. Klata ma też świetną intuicję, która pozwala mu na przechwytywanie do Starego wielkich talentów: czy to świeżych absolwentów szkół teatralnych, jak Jaśmina Polak, Bartosz Bielenia czy ostatnio Krystian Durman, czy to aktorów z innych teatrów, jak choćby Małgorzata Gorol – uciekinierka ze zniszczonego Teatru Polskiego we Wrocławiu. Na poziomie czysto zarządczym też nie ma się do czego przyczepić. Stary działa jak dobrze naoliwiona i – co ważne w dzisiejszych niespokojnych czasach – stabilna maszyna: ma wzorową frekwencję na wszystkich scenach, sprzedaje tony biletów, a w finansach wszystko się zgadza. Proszę mi też pokazać w jakimkolwiek teatrze w Polsce tak nowoczesne miejsce, jak stworzony za dyrekcji Klaty MICET (Muzeum Interaktywne Centrum Edukacji Teatralnej). Bilans, jak widać, wygląda haniebnie.

Powiedzmy sobie wprost, ministerstwo kultury nie ma ani jednego argumentu za tym, by nie przedłużyć kadencji Janowi Klacie. To znaczy nie, przepraszam, ma jeden – polityczno-ideologiczny. Pozostaje mieć jednak nadzieję, że ów konkurs jest tylko po to, by Klatę przeczołgać. Niech się pogimnastykuje, niech się ukorzy, niech przywędruje we włosienicy przed oblicze „dobrej zmiany”. Żadnego innego sensu tu nie widać. No, ale ja nie podejmuję się analizy meandrów myślowych kierownictwa ministerstwa kultury, bo nie jestem psychiatrą.

CZYTAJ TAKŻE
Remix Starego | rozmowa z Janem Klatą i Sebastianem Majewskim
Homolobby z dobrą zmianą | rozmowa z Wandą Zwinogrodzką
Ratuj się kto może | felieton
Szczebiotyzacja Starego | felieton

Fot. Jacek Poremba

Zwykły wpis
ROZMOWA

Z motyką na słońce

Wroclaw 08.12.2009 Proba spektaklu Akropolis. Rekonstrukcja na motywach dramatu Stanislawa Wyspianskiego i przedstawienia Jerzego Grotowskiego w rezyserii Michaela Marmalinosa. n/z dyr teatru Krystyna Meissner Fot. Wojtek Wilczynski / FORUM

W poszukiwaniu najlepszego teatru byłam na takich zadupiach, że jak dzisiaj o tym myślę to nie mogę uwierzyć.  Z Krystyną Meissner rozmawia Mike Urbaniak

Imponująca lista przodków.
– Z jakiego powodu?

Ojciec, Alfred – żołnierz Armii Krajowej i powstaniec warszawski. Dziadek, Wojciech – powstaniec styczniowy. Pradziadek, Andrzej – powstaniec listopadowy. Brat pradziadka, Mieczysław – powstaniec wielkopolski.
– Ale błagam, niech pan nie myśli, że to był wynik jakiejś nadzwyczajnej patriotycznej atmosfery w naszym domu. Kiedy dzisiaj słyszę te wszystkie bogoojczyźniane przemowy, to nie mogę się nadziwić. U nas w rodzinie pewne rzeczy były oczywiste, nie trzeba było o tym trąbić. Polska w potrzebie – trzeba dołączyć. Tyle. Bez wielkich słów.

A co robiły kobiety?
– Pewnie wspierały mężczyzn, takie czasy. Nie tylko zresztą u Meissnerów, ale także po stronie mamy, której dziadkiem był Wojciech Górski, znakomity pedagog i założyciel polskiego gimnazjum w Warszawie, jeszcze pod rosyjskim zaborem. Jest w stolicy ulica jego imienia.

Meissnerowie to poznańska rodzina?
– Od pokoleń. Poznańską tradycję zerwał dopiero mój ojciec, który wyjechał do Niemiec, by zdać maturę i kontynuować naukę.

Nie musiał wyjeżdżać do Niemiec, bo Poznań był wtedy, na przełomie XIX i XX wieku, ich częścią.
– Dla nas i większości poznaniaków Poznań nigdy nie był niemiecki. Był polski, tylko pod zaborem. Ojciec kształcił się więc w Niemczech i szło mu to nadzwyczaj dobrze. Po maturze podjął studia medyczne i po nich rozpoczął swoją lekarską karierę. Kiedy Polska odzyskała niepodległość, natychmiast się spakował i przyjechał do Warszawy. Został przez władze poproszony o uporządkowanie spraw stomatologii w młodym kraju. Trzeba dodać, że był jeszcze przed czterdziestką, a już powierzono mu tak odpowiedzialne zadanie. Rodzina była z tego bardzo dumna. Dziś ojciec jest postacią zapomnianą, ale kiedy byłam młodą dziewczyną, pamiętam, że powiedzenie „córka profesora Alfreda Meissnera” robiło wrażenie.

Mama też była lekarką, prawda?
– Niezupełnie. Skończyła stomatologię, to prawda, ale nigdy nie pracowała w zawodzie. Wie pan, ojciec nie był święty i miał oko na studentki. Kiedyś zawiesił je na Marii Alchimowicz, mojej matce, młodszej o ponad dwadzieścia lat, ale na tyle mądrej, by utrzymać związek i w końcu doprowadzić do ślubu. Z tego małżeństwa urodziło się siedmioro dzieci, w tym ja. Przyszłam na świat druga w kolejności, w roku 1933.

W jakim domu?
– Skierowanym na mojego ojca. On był najważniejszy. Kiedy pracował, trzeba było być cicho. Był też najwyższą instancją jeśli chodziło o kary. Zasadniczy, surowy i konkretny poznaniak. Kiedy powiedział: „Koniec!”, sprawa rzeczywiście kończyła bieg. Nie było odwołania. Natomiast rodzina mamy pochodziła ze Wschodu, z Rosji. Mama była ciepła, otwarta i wiedziała, że trzeba nas przed ojcem strzec.

Ojciec wychowywał, czy zwykle był nieobecny?
– Wychowywał nas kiedy wracał do domu. I zwracał uwagę na wszystko, od zachowania przy stole poczynając. Odkąd pamiętam wiedziałam, że nie można nic zostawiać na talerzu, co się zresztą przydało, kiedy wybuchła wojna. Pamiętam też, że polecił nam się uczyć dziesięciu przykazań Bożych i potem nas odpytywał albo jak zawezwał nas do siebie, kazał ustawić się w rządku według wzrostu i powiedział: „W Polsce jest taki bardzo ważny kompozytor. Nazywał się Karol Szymanowski. Zapamiętajcie to sobie”. I mogliśmy iść.

Pani się ojca bała?
– W jakimś sensie tak. Trochę się bałam, trochę szanowałam. Wiedziałam, że jest kimś bardzo ważnym, że się z nim liczą. Jak coś teraz opowiem, to się pan uśmieje. Będąc już studentką spytałam ojca, czy mogłabym przyjść na przeprowadzaną przez niego operację. Pamiętam, że operował wtedy źle zszytą wargę. Ciągle poprawiał spartaczone przez innych lekarzy roboty. Zgodził się. Wchodzę do szpitala, widzę ojca otoczonego przez ludzi w białych kitlach, podchodzę do niego i – nie wiem dlaczego – przywitałam się z nim całując go w rękę!

Rodzice się kochali? To było dobre małżeństwo?
– Bardzo. Przeszli wspólnie przez trudne czasy: wojnę, powojnie, zmianę systemu politycznego. Powiem więcej, ojciec, który był rozwodnikiem doprowadził jakoś do tego, że jego małżeństwo z moją mamą zostało usankcjonowane przez Kościół.

Mama żałowała rezygnacji z kariery?
– Nigdy. Bardzo kochała ojca, choć nie był łatwym człowiekiem. Czasami zdarzały się jakieś napięcia, awantury i wtedy chowaliśmy się po kątach. Ale mama to wszystko znosiła pod hasłem, że mój ojciec jest wielkim człowiekiem i ma do różnych zachowań prawo. Panował u nas kult ojca.

Przed wojną rodzina mieszkała przy Alejach Ujazdowskich.
– To było duże, ładne mieszkanie, ale bez ekstrawagancji. Wojna nauczyła nas szybko, żeby do mieszkań się nie przywiązywać. Przeprowadzaliśmy się nieustannie przez Niemców, którzy zaproponowali ojcu objęcie kliniki w Berlinie i zostanie nawet nie Volksdeutschem, ale Reichsdeutschem. Wyobraża sobie pan? Taka to była oferta! A że Niemcy to straszni biurokraci, wymyśliliśmy, że nas nie znajdą, jak się będziemy ciągle przenosić. Kiedy wpadali na nasz trop, byliśmy już gdzieś indziej.

Był też dom pod Warszawą.
– Majątek zakupiony przez kochającego rolę ojca. Był urządzany przez kilka lat i miał być otwarty z pompą na imieniny mamy we wrześniu 1939 roku. Sam pan rozumie, otwarcia nie było. Ta część rodzeństwa, która zdążyła się urodzić do wojny była tam wychowywana. Trzymaliśmy się zawsze razem, byliśmy chowani we wspólnocie. Nawet za przewinienia odpowiadaliśmy kolektywnie.

Dlaczego wojny nie spędzili państwo w majątku tylko w Warszawie?
– Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. Kiedy wybuchła wojna do majątku zjechała cała rodzina. Wszyscy uważali, że na wsi będzie bezpieczniej. Mama miała w tej sprawie najwyraźniej inny pogląd. Spakowała mnie z rodzeństwem i wróciła do Warszawy. Zamieszkaliśmy przy ulicy Kredytowej. Wojnę przeżyłam w piwnicy czytając „Alicję w Krainie Czarów”. To było ważniejsze niż spadające na głowę bomby.

Kilkuletnia wówczas Krysia rozumiała, co się dzieje?
– Krysia nie miała pojęcia co to znaczy wojna. Pamiętam tylko, że któregoś dnia wychyliłam się z bramy i przechodząca obok kobieta powiedziała do mnie: „Dziewczynko nie wychodź na ulicę, bo masz czerwoną sukienkę! Mogą cię zastrzelić!”. Nie rozumiałam tego, czułam tylko niepokój. Wiedziałam też, że z jakiegoś powodu jest ciężko i trzeba to znieść. Jest mniej jedzenia, trudno. Jest gorsze, trudno. Inni mieli gorzej.

Na przykład Żydzi.
– Żydzi istnieli w domowych rozmowach jako ludzie, których trzeba chronić. My, dzieci, nie wiedziałyśmy dlaczego, tylko, że chronić. I, że nie należy pod żadnym pozorem mówić o tym, że ktoś jest Żydem. Nigdy!

Pani ojciec pomagał Żydom przeprowadzając im operacje nosów.
– 
Przeprowadzał zabiegi usunięcia chrząstek, które tworzyły na nosach charakterystyczne garbiki. W czasach skazywania na śmierć za niearyjski wygląd właściwy kształt nosa mógł uratować życie.

Kiedy ma pani jedenaście lat wybucha powstanie warszawskie.
– Mama nam powiedziała, że będzie trwało trzy dni i na tyle mieliśmy zapasów jedzenia. Okazało się, że trwało sześćdziesiąt trzy dni. Pamiętam je głownie tak, że rodziców nie było cały czas w domu. Oboje należeli do Armii Krajowej i byli powstańcami. Pamiętam też dużo zabawnych momentów. Ktoś miał na przykład imieniny i mówiło się, że dostanie fantastyczny prezent. Solenizant rozwijał sreberko, a w środku był kartofel. Bardzo nas to śmieszyło. Po upadku powstania wyszliśmy razem z cywilną ludnością z Warszawy. Dotarliśmy do Pruszkowa. Ktoś rozpoznał ojca i wyciągnął nas z transportu. Wojnę jakimś cudem przeżyliśmy w komplecie.    

Po wojnie wrócili państwo do Warszawy?
– Nie, bo Warszawy nie było. Zostały tylko ruiny. Tymczasową stolicą została Łódź, do której nowe władze wezwały ojca, by zrobił to, co robił, kiedy odradzała się II Rzeczpospolita, czyli odbudowywał polską stomatologię. Ojciec został też wtedy dziekanem Wydziału Stomatologicznego Uniwersytetu Medycznego w Łodzi. Matka natomiast w obawie o nasze bezpieczeństwo, bo czasy tużpowojenne były rzeczywiście okropne, porozdzielała dzieci do szkół zakonnych. Ja trafiłam do klasztoru Sacré Coeur pod Poznaniem, w którym spędziłam osiem lat, do matury. Wyszłam stamtąd niewierząca.

Dlaczego?
– Z przekory. Kiedy miałam piętnaście lat rozniosło się po klasztorze, że jedna z koleżanek jest niewierząca. Kiedy zobaczyłam, co się wokół niej dzieje postanowiłam oznajmić wszystkim, że ja też w Boga nie wierzę.

I coś się stało?
– Przede wszystkim zaczęto ze mną w dziwny sposób rozmawiać i izolować od koleżanek. Miałam wskazaną w kaplicy oddzielną ławkę, jakbym była trędowata. Zorganizowano nawet spotkanie z biskupem, żebym powiedziała jaki jest powód, że przestałam wierzyć.

Co mu pani powiedziała?
– A jaki jest powód, żeby twierdzić, że jest Bóg?

Co na to rodzice?
 Ojciec już nie żył, a mama przyjechała i powiedziała: „Mówią, że nie wyrośnie z ciebie nic dobrego. Ale ja w to nie wierzę”.

Jak rodzina radziła sobie po śmierci ojca?
 Było ciężko, ale ojciec miał obsesję związaną ze swoim wiekiem, to znaczy z tym, że jest dużo starszy od mamy i na pewno wcześniej umrze. Gromadził więc kosztowności, które po śmierci ojca mama rzeczywiście długo sprzedawała, by mieć na życie.

Po maturze postanowiła pani zdawać na reżyserię do Szkoły Filmowej w Łodzi. Dlaczego?
 Poszłam do kina i oszalałam. Zobaczyłam jakie film daje możliwości i pomyślałam, że też tak chcę. Nie dano mi jednak szansy. Problem okazali się rodzice w AK oraz klasztor. Na egzaminie pytano mnie nieustannie o papieża; jaki mam do niego stosunek i tak dalej. W ich oczach byłam reakcyjną katoliczką. Przepadłam. Ale wyszedł za mną wykładający na filmówce reżyser Antoni Bohdziewicz i powiedział: „Niech pani pójdzie na jakiś wydział humanistyczny, skończy go i wróci do nas”. Tak zrobiłam. Choć też z problemami. Chciałam studiować dziennikarstwo, ale mi nie pozwolono. Skończyło się na polonistyce na Uniwersytecie Warszawskim.

Po skończeniu polonistyki wróciła pani do filmówki?
– Oczywiście, natychmiast. I znów mnie nie przyjęto. Byłam kompletnie załamana. Wtedy mój chłopak powiedział: „Do cholery, to idź na reżyserię do szkoły teatralnej!”. Poszłam. Egzaminowali mnie Aleksander Bardini, Bohdan Korzeniewski i Erwin Axer. Nie pytali o papieża. Zostałam przyjęta. Myślałam, że zwariuję ze szczęścia.

Chłopak, który panią wysłał do szkoły teatralnej nazywał się Ludwik Erhardt, późniejszy muzykolog, wybitny krytyk muzyczny i przez prawie czterdzieści lat redaktor naczelny „Ruchu Muzycznego”.
 To była pierwsza, wielka miłość.

Gdzie się państwo poznali?
Na Krakowskim Przedmieściu, obok uniwersytetu. Zwróciłam na niego uwagę, bo stał na przystanku autobusowym w starym, za dużym płaszczu pożołnierskim. Był rudy, piegowaty, po prostu ohyda. I kiedy postanowiłyśmy z koleżanką, że w ramach poszerzenia horyzontów będziemy chodziły jako wolne słuchaczki na muzykologię – on tam był. Wtedy zostaliśmy parą. Dość szybko zamieszkaliśmy razem w mieszkaniu, w którym teraz rozmawiamy i na wszelki wypadek wzięliśmy ślub. Z pierwszą dużą ratą pomogła nam moja mama, a resztę spłacał głównie Jurek (pod tym imieniem Ludwik funkcjonował prywatnie). Ja studiowałam.

Spotkała panią na tych zdominowanych przez mężczyzn studiach jakaś dyskryminacja?
 Nie ze strony pedagogów. Kolegów chyba też nie. Spotkałam się z nią dopiero po szkole, ze strony dyrektorów teatrów, którzy nieraz traktowali mnie niepoważnie, bo kobieta-reżyser? No, niemożliwe!

Na propozycje współpracy, które rozesłała pani do wielu teatrów, odpowiedział tylko jeden.
 Tak, zostałam zaproszona do Teatru Dramatycznego w Białymstoku, którym kierował Jerzy Zegalski, człowiek dobry i rozsądny.

Mogła pani reżyserować, co chciała?
 A skąd! Na początku musiałam spełniać życzenia dyrektorów. Dlatego potem, kiedy sama została dyrektorem, bardzo sobie ceniłam rozmowy z reżyserami.

Pracowała pani głównie w teatrach prowincjonalnych.
 I bardzo mi to odpowiadało. Wiedziałam, że po szkole nic nie potrafię i muszę się uczyć. Poza tym na prowincji często można było więcej, bo nie na świeczniku i często właśnie na scenach prowincjonalnych świetni twórcy robili świetne spektakle.

Co niekończące się podróże między teatrami zrobiły małżeństwu?
– Niedobrze robiły.

Mąż nie żałował, że sam panią na tę drogę skierował?
– Gdybym była w domu nasze małżeństwo też by się rozpadło. Jurek chciał założyć rodzinę, a ja byłam rozhulana i spragniona nowych doświadczeń.

Ale córka się państwu urodziła.
– W ostatnim momencie, kiedy chciałam jeszcze reperować nasz związek.

Dziecko na zgodę?
– Nie, to nie była planowana ciąża. Powiem panu więcej, bo jestem już taka stara, że mogę. Dziecko było wtedy Jurkowi nie na rękę i zakwestionował swoje ojcostwo. Był proces, który przegrał, bo badanie krwi wykazało jednoznacznie, że jest ojcem. Ale niczego nie żałuję, bo mieć dziecko to cudowna sprawa.

A mieć dziecko w tym zawodzie?
– Jest trudno, naprawdę trudno, ale jak widać to możliwe.

Skąd pomysł na pokierowanie teatrem?
 Wymyślił go mój kolega ze studiów, Stanisław Wieszczycki, późniejszy dyrektor Teatru im. Wandy Siemaszkowej w Rzeszowie.  Któregoś razu mnie zapytał: „Krystyna, a właściwie dlaczego ty nie jesteś dyrektorem teatru?”. „Ja?” – odpowiedziałam. „Tak, ty! Obserwuję jak sobie świetnie radzisz, jesteś znakomitą organizatorką. Już czas!”. Myślałam o tym potem i dziwiłam się, że się dziwię. Poszłam więc do Domu Partii, siedziby KC PZPR i powiedziałam, że chciałbym pokierować teatrem. Jakiś sekretarz od kultury mnie wysłuchał i podziękował. Po jakimś czasie dostaję wiadomość, że jest ewentualnie do wzięcia teatr w Legnicy.

I co?
– Jak to co? Pojechałam. Wchodzę do teatru, patrzę, a tu sami radzieccy oficerowie świecący złotymi zębami. „Nigdy w życiu!” – pomyślałam i zwiałam stamtąd natychmiast. Wróciłam do KC i mówię: „Bardzo miło w tej Legnicy, ale nie macie czegoś innego?”. Mieli Zieloną Górę. Zadzwoniłam do mojego przyjaciela – malarza, scenografa i reżysera – Krzysztofa Pankiewicza i pytam: „Co robić Krzysiu?”. „Natychmiast brać!” – usłyszałam. To wzięłam.

Mamy rok 1980. Przybywa pani do Teatru im. Leona Kruczkowskiego w Zielonej Górze i co pani tam zastaje?
– Rozbity zespół aktorski i mnóstwo złej energii, co mnie dopingowało do jeszcze cięższej pracy. Kiedy zaczęliśmy odnosić pierwsze sukcesy, dobry duch powrócił do teatru. Spędziłam w nim trzy niezwykłe sezony, podczas których mogłam prowadzić teatr według własnego pomyślunku. Teatr, w którym spektakl musi być o czymś, musi być z potrzeby duszy, a nie z potrzeby popisu. Zielona Góra była dla mnie wielką szkołą dyrektorowania. O reżyserii miałam mniej więcej pojęcie, o kierowaniu teatrem żadnego. Szybko poczułam się bardzo samotna, bo musiałam myśleć całościowo, a aktorzy – i słusznie – myśleli tylko o sobie. Wtedy postanowiłam ściągnąć reżyserów zaraz po szkole i tchnąć w teatr młodego ducha. Udało się. Spektakle zaczęli u mnie robić Wojciech Maryański, Krzysztof Kelm czy Edward Wojtaszek. To była nowa energia, nowe pomysły, szukanie nowego języka teatralnego. Krótko mówiąc zaczął się twórczy ferment, którego finałem był bunt młodych przeciwko mnie.

Z jakiego powodu?
 Być może byłam zbyt apodyktyczna, bo trochę się bałam, że wejdą mi w końcu na głowę. Ale i wtedy, i dziś uważam, że takie bunty są bardzo potrzebne, bo zmuszają obie strony do wyraźniejszego sformułowania swoich zasad.

Może zamiast młodzieży trzeba było zaprosić doświadczonych reżyserów?
 Ale po co? Chciałam młodych! Nie interesowało mnie chodzenie wydeptanymi ścieżkami, ale to, co mają do powiedzenia ci, którzy kończą szkoły i tryskają świeżymi pomysłami. Dzięki temu działo się w Zielonej Górze, oj działo.

Meissner-reżyserka ucierpiała na działalności Meissner-dyrektorki?
– Oczywiście. Miałam mniej czasu na pracę reżyserską i zaczęłam być oceniana wyłącznie przez pryzmat dyrektorski. Taka cena.

Dyrektorskie zdolności oceniano celująco i w 1983 roku dostała pani propozycję pokierowania Teatrem im. Wilama Horzycy w Toruniu.
 Zaproponował mi to odchodzący dyrektor tej sceny Marek Okopiński. Zadrżałam wtedy z trwogi, bo to był duży skok: nie tylko większy teatr w dużym mieście, ale też organizowany tam od lat festiwal. Dzwonię tradycyjnie do Pankiewicza: „Krzysiu, co myślisz?”. On na to: „Brać!”.

Komitet Centralny się zgodził bez problemu?
– Żadnego, co było tym bardziej ciekawe, że nigdy nie splamiłam się polityczną przynależnością. Nie należałam ani do Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, ani do Związku Młodzieży Socjalistycznej, choć na polonistyce próbował mnie do ZMS-u zwerbować Andrzej Jarecki, późniejszy współzałożyciel Studenckiego Teatru Satyryków i dyrektor Teatru Rozmaitości. Nie wiem, co go do tego skłoniło, bo to uczciwy człowiek był. W każdym razie przekazanie teatru odbyło się wzorowo. Okopiński wyłożył mi wszelkie problemy, z którymi muszę się zmierzyć. Dostałam także w spadku Festiwal Teatrów Polski Północnej, który mi się nie podobał i postanowiłam go radykalnie zmienić.

Umówmy się, nie zmienić, tylko stworzyć nowy. Tak powstał na początku lat 90. Międzynarodowy Festiwal Teatralny „Kontakt”.
– Po prostu uznałam, że regionalny Festiwal Teatrów Polski Północnej nic nie załatwia, a Polska potrzebowała wtedy wglądu w Europę, w świat. I odwrotnie. „Kontakt” miał nas połączyć z innymi, głównie z Zachodem. Początek nie był łatwy. Wielu się pukało w głowę. „Co pani? Z motyką na słońce?” – pytali. „Tak, z motyką!” – odpowiadałam i robiłam swoje.

Jak wyglądał początek?
 Trzeba było zacząć śledzić co się dzieje za granicą. Najpierw czytać, potem ruszyć w drogę. Z tym był kłopot, bo nie chciałam, by moje podróże uszczuplały zanadto skromny budżet festiwalu. Miałam zasadę, żeby wydawać jak najmniej. Dlatego cieszyłam się, kiedy ktoś mnie zapraszał albo oferował nieodpłatny nocleg.

Oglądała pani nagrania?
– Tak, ale szybko się przekonałam, że oglądanie zarejestrowanych na wideo spektakli nie ma zupełnie sensu, że wszędzie trzeba pojechać i zobaczyć na żywo.

Co decydowało o zaproszeniu spektaklu?
 Tylko to, czy mnie zachwycił. Nigdy nie kierowałam się opiniami innych. Nie zapraszałam spektakli tylko dlatego, że były popularne. Nigdy też nie praktykowałam – jakże dziś popularnej wśród polskich festiwali – polityki „ty zaprosisz mnie, ja zaproszę ciebie”.

Przemierzała pani Europę Wschodnią teatralnym polonezem.
 Którym kierował fantastyczny pan Franio. Wsiadałam do naszego poloneza z kierowniczką literacką teatru Anką Błaszczak i w drogę. Pamiętam jak kiedyś się kompletnie zgubiliśmy wracając z Litwy. Dojechaliśmy do skrzyżowania bez żadnych drogowskazów. Zarządziłam wtedy, że jedziemy w kierunku zachodzącego słońca, bo skoro Polska jest za zachodzie to może jakoś dojedziemy. Nocowaliśmy w miejscach, w których było tak zimno, że spaliśmy w ubraniu. Kiedyś w pociągu z Wilna do Mińska skwierczał taki mróz, że w akcie desperacji strzeliłyśmy sobie z Anką o szóstej rano po kieliszku wódki na ogrzanie i przetrwanie. Byłam na takich zadupiach, że jak dzisiaj o tym myślę to nie mogę uwierzyć. Wszystko w poszukiwaniu najlepszego teatru. Dotarłam nawet na Syberię, chyba do Omska. Spektakl był całkiem ciekawy, ale nie na festiwal.

Kontakt” stał się szybko jednym z najważniejszych festiwali, pełnym znakomitych międzynarodowych nazwisk.
– Wie pan co było najdziwniejsze? Że „Kontakt” odkrywał dla Polski reżyserów, którzy już w Polsce byli, ale nie zostali zauważeni. Jak choćby Eimuntas Nekrošius, wielki Litwin, na którego spektakl w Teatrze Dramatycznym w Warszawie nie przyszedł pies z kulawą nogą. Trzeba było dopiero odpowiedniej oprawy, jaką dawał „Kontakt”, by Nekrošius został w Polsce zauważony i doceniony.

W 1994 roku otrzymała pani Paszport „Polityki” przyznany „za podtrzymywanie kontaktów polskiego teatru ze światowym teatrem”. „Express Wieczorny” drukuje rok później tekst pod tytułem: „Niech Bóg chroni panią Krystynę!”. Padła pani ofiarą sukcesu „Kontaktu”?
 Ma pan rację, padłam. Moja praca jako dyrektorki teatru i reżyserki znalazła się kompletnie w cieniu festiwalu. „Kontakt” przygasił wszystko inne, choć każde zadanie życiowe traktowałam bardzo poważnie. No, może poza małżeństwem.

Tymczasem zbliża się rok 1997 i dostaje pani propozycję najwyższego awansu – pokierowania Starym Teatrem w Krakowie. Propozycja okazuje się szybko pocałunkiem śmierci.
 Zadzwonił do mnie Andrzej Wajda i powiedział, że jest taka oferta i byłoby wspaniale, gdybym się zgodziła. Mnie, przyznaję, zamurowało, bo po pierwsze, zostałam kompletnie zaskoczona, a po drugie, znałam Stary bardzo dobrze. Nigdy tam nic nie robiłam, ale wiedziałam z opowieści, co się tam dzieje i mimo, że niezawodny Krzyś Pankiewicz na moje pytanie: „Co robić?”, znów powiedział: „Brać!”, zadzwoniłam jeszcze do Jerzego Jarockiego i mówię: „A co jeśli zespół się nie zgodzi?”. Jarocki mnie uspokajał: „Krystyna, spokojnie, nadamy temu pozytywny bieg”.

Nie nadali.
 Więcej, to że byłam ich – reżyserów – kandydatką jeszcze bardziej mi zaszkodziło, ale o tym dowiedziałam się później. Zespół nie chciał mnie zaakceptować. Próbowałam namacać przyczyny, ale bezskutecznie. Jak zostałam dyrektorem, sytuacja nabrzmiewała. Kiedy zorientowałam się jakie są gromadzone przeciw mnie zarzuty już wiedziałam, że nic z tego nie będzie.

Zarzuty zespołu były od początku kuriozalne, że wspomnę anegdotyczne już zabranie aktorom telewizora z bufetu. Nie chodziło o żaden telewizor, chodziło o panią – „spadochroniarkę z Torunia”.
 Tak, chodziło o mnie. Pycha aktorów Starego Teatru nie mogła znieść, że kierować nimi będzie osoba, która przed nimi nie klęka. Aktorzy nie mogli też znieść tego, że ma rządzić kobieta, w dodatku z prowincji. „Tu byli zawsze wielcy reżyserzy! Wielcy dyrektorzy! A teraz ona?!” – taka to była mniej więcej atmosfera.

Pani się czuła upokorzona?
 Takiego uczucia nie pamiętam i nie żałowałam tego, co przeżyłam w Krakowie, choć coś takiego mi się nigdy nie zdarzyło. Nigdy żaden zespół mnie nie odrzucił od tak, na dzień dobry. Niech pan sobie wyobrazi, że codziennie rano w sekretariacie czekała na mnie Anna Polony, żeby mnie poinformować co niedobrego dzieje się w teatrze. Oczywiście z mojej winy. Przyjmowałam ją, słuchałam, uśmiechałam się. W końcu te jej wizyty nawet polubiłam.

I wtedy ówczesna ministra kultury Joanna Wnuk-Nazarowa wywaliła panią ze Starego Teatru.
– Chciała żebym ustąpiła. Powiedziałam: „W żadnym wypadku. Proszę mnie wyrzucić”. Tak też zrobiła. Przekazałam pęczek kluczy do Starego mojemu następcy Jerzemu Bińczyckiemu. Nie porządził jednak długo, szybko zmarł na zawał.

A pani natychmiast ruszyła do kolejnego teatru.
– Nie miałam wyjścia. Zjawił się u mnie w mieszkaniu wtenczas prezydent Wrocławia Bogdan Zdrojewski, wręczył mi bukiet róż i spytał czy nie chciałabym pokierować Wrocławskim Teatrem Współczesnym. Co było robić?

Wyjeżdżając z Torunia powiedziała pani, że nie zamierza tworzyć konkurencji dla „Kontaktu”. Tymczasem we Wrocławiu wymyśliła pani i stworzyła Międzynarodowy Festiwal Teatralny „Dialog-Wrocław”. Kontakt oklapł i dzisiaj nikogo już nie podnieca, a „Dialog” zaczął szybko błyszczeć.
– To wszystko wina Bogdana Zdrojewskiego, bo kiedy już objęłam Współczesny zaczął mnie męczyć z festiwalem. W końcu uległam, choć ile razy można wymyślać festiwal? Spróbowałam i się udało. „Dialog” jest od początku miejscem rozmowy o tym, czego nie rozumiemy, a nie rozumiemy dużo, jest więc o czym dialogować.

I znów ściąga pani wielkie nazwiska europejskiego teatru: Alvisa Hermanisa, Luka Percevala czy Roberta Wilsona. Kierowany przez panią Wrocławski Teatr Współczesny produkuje i koprodukuje kultowe dziś spektakle, jak „Oczyszczeni” Krzysztofa Warlikowskiego czy „Transfer!” Jana Klaty.
– Wspomniane przedstawienia powstały rzeczywiście z mojej inicjatywy, ale nie byłby tak świetne, gdyby nie ich twórcy. Mnie zawsze cieszyło, kiedy przyczyniałam się do powstawania wartościowego, ciekawego teatru.

A co dzisiaj panią ciekawi w polskim teatrze?
– Niewiele.

Dlaczego?
– Bo bardzo zdolni, młodzi ludzie obrali sobie złe cele, a najważniejszym jest jak najszybsze zrobienie kariery. Z kolei uznani już twórcy boją się głównie utraty pozycji, przez co są mało odważni i nieciekawi. Jedną osobą, która ma ciągle odwagę jest starzec Krystian Lupa. On się nie krępuje i nie kalkuluje. Dlatego właśnie jest wielkim artystą.

CZYTAJ TAKŻE:
Dyrektor wirus
| rozmowa z Maciejem Nowakiem
Dobra robota | rozmowa z Sebastianem Majewskim
Słowa mają moc | rozmowa z Radkiem Rychcikiem
Nienasycona | rozmowa z Eweliną Marciniak
Dziecko Jarocina | rozmowa z Remigiuszem Brzykiem
Niezgoda | rozmowa z Krzysztofem Garbaczewskim
Wszystko jest polityczne | rozmowa z Wojtkiem Klemmem
Widelcem z oko | rozmowa z Mają Kleczewską
Wybacz, królowo! | rozmowa z Moniką Strzępką
Zakłócanie spokoju | rozmowa z Ingmarem Villqistem
Trzeba się rozpychać | rozmowa z Marcinem Liberem
Nowy od nowa | rozmowa z Piotrem Kruszczyńskim
Matka stołecznych teatrów | rozmowa z Agnieszką Glińską
Rewolucjonista | rozmowa z Pawłem Łysakiem
Warszawa to nie bułka z masłem | rozmowa z Krzysztofem Warlikowskim

_____

meissner_k_09a

Krystyna Meissner (ur. 1933 w Warszawie) – reżyserka teatralna, dyrektorka teatrów i festiwali teatralnych. Absolwentka polonistyki na Uniwersytecie Warszawskim i reżyserii na stołecznej PWST (obecnie Akademia Teatralna). Zadebiutowała w 1962 roku na deskach Teatru Dramatycznego w Białymstoku. Była szefową kolejno: Teatru im. Leona Kruczkowskiego w Zielonej Górze (dzisiaj Lubuski Teatr im. Leona Kruczkowskiego), Teatru im. Wilama Horzycy w Toruniu, Starego Teatru w Krakowie i Wrocławskiego Teatru Współczesnego. Stworzyła i przez lata prowadziła Międzynarodowy Festiwal Teatralny „Kontakt” w Toruniu oraz Międzynarodowy Festiwal Teatralny Dialog-Wrocław. Jest laureatką wielu nagród i odznaczeń, między innymi Paszportu „Polityki”, Nagrody Goethego, Medalu Gloria Artis i Krzyża Oficerskiego Orderu Odrodzenia Polski. Mieszka w Warszawie. 

Fot. Wojtek Wilczyński/mat. pras. WTW

 

Zwykły wpis
KOMENTARZ

Perła rzucona przed wieprze

tp_1

Krzysztof Mieszkowski jest krnąbrny i bezczelny. Nie ma w sobie za grosz pokory, nie para się dyplomacją. Często jest irytującym chwalipiętą. Bardzo nie lubi przymilać się do urzędników i polityków (dzisiaj sam jest posłem). To generalnie typ, który by znakomicie funkcjonował w Stanach Zjednoczonych, gdzie szczególnie się ceni ludzi odnoszących spektakularne sukcesy i mających dużą siłę przebicia. W Polsce takich się przede wszystkim nienawidzi, w świecie teatralnym wzbudzają głównie zawiść – szczególnie kiedy się zaczyna mówić i pisać o ich teatrze „najlepsza polska scena” albo „wrocławski teatr narodowy”. Bo taki mniej więcej status osiągnął w ostatnich latach Teatr Polski we Wrocławiu, status teatru narodowego – wielkiej sceny wielkich artystów wystawiających wielkie inscenizacje na wielkie tematy. To dzisiaj teatr publiczny przez wielkie „P”, chluba już nie tylko Wrocławia czy Dolnego Śląska, ale kraju. To teatr podziwiany od Paryża do Pekinu, gdzie gra spektakle kończące się owacjami na stojąco. Teatr krnąbrny i bezczelny jak jego dyrektor.

Wielkie sukcesy Polskiego nie miały jednak nigdy żadnego znaczenia dla Dolnośląskiego Urzędu Marszałkowskiego, który przy wsparciu Ministerstwa Kultury prowadzi tę scenę. Instytucja będąca artystyczną wizytówką Europejskiej Stolicy Kultury (sic!) cierpi od niepamiętnych czasów na chroniczne niedofinansowanie. Budżet Polskiego wystarcza właściwie na opłacenie kosztów stałych związanych z utrzymaniem budynku i zatrudnionych w nim ludzi na głodowych pensjach. Na działalność artystyczną zostają śmieszne pieniądze. Mieszkowski prowadził niekończącą się batalię o zwiększenie budżetu, ale zawsze słyszał od urzędników zarówno wojewódzkich, jak i centralnych, że nic więcej nie dadzą. Produkował więc kolejne spektakle (to statutowa powinność każdej publicznej sceny), zadłużając Polski i doprowadzając do szału panującą w nim finansową niesubordynacją oraz artystyczną wolnością spięte polityczne dupy wszelkiej maści. Teatr Polski próbowali zniszczyć politycy Platformy Obywatelskiej (partia kulturalnych szkodników), Sojuszu Lewicy Demokratycznej (jaki kraj, taka lewica), Polskiego Stronnictwa Ludowego (wieś tańczy, wieś śpiewa) oraz Prawa i Sprawiedliwości (Sieg Heil!), bo tak naprawdę różnice między nimi są niewielkie. Polityków wszystkich tych partii łączy kompletny brak wiedzy o kulturze, filozofia prowadzenia kulturalnych instytucji polegająca na obsadzaniu dyrektorskich foteli kolegami gwarantującymi mierną politykę repertuarową świętego spokoju oraz cierpienie na dolegliwość, którą w Międzynarodowej Klasyfikacji Chorób oznacza jest symbolem F70 czyli debilizm.

Najbardziej spektakularną egzemplifikacją tego schorzenia jest ostatnimi czasy minister kultury Piotr Gliński, chodzące kuriozum jakiego żadna partia polityczna nigdy nie wprowadziła do Pałacu Potockich. Ten nierozumiejący kompletnie zasad funkcjonowania kultury aparatczyk o sowieckiej mentalności jest nie tylko niekompetentnym urzędnikiem i publicznym pośmiewiskiem, ale także zwyczajnie mściwym człowiekiem. Od czasu swojej pierwszej głośnej autokompromitacji, kiedy domagał się ocenzurowania spektaklu „Śmierć i dziewczyna” w reżyserii Eweliny Marciniak, nienawidzi Krzysztofa Mieszkowskiego do szpiku. Gdyby marszałek Dolnego Śląska chciał na jego miejsce wprowadzić do gabinetu dyrektorskiego Teatru Polskiego konia (choć nawet konie w Janowie Podlaskim zaczęły zdychać za czasów „dobrej zmiany”), Gliński natychmiast wydałby na to zgodę. Dlatego zupełnie nie dziwi, że marszałek z ministrem ukartował zainstalowanie we Wrocławiu niejakiego Cezarego Morawskiego. Ów mierny serialowy aktorzyna, uznany przez sąd za winnego niegospodarności w Związku Artystów Scen Polskich, ma zagwarantować jeszcze lepszy poziom artystyczny teatru i wyprowadzić go z kłopotów finansowych. Nazwanie tego kpiną to mało.

Ale nie chcę w gruncie rzeczy pisać ani o żenujących dolnośląskich politykach, ani o haniebnym ministrze kultury, ani nawet o nieposiadającym za grosz honoru Morawskim. Chcę napisać o zespole Teatru Polskiego we Wrocławiu, bo to przecież dla niego wlekliśmy się godzinami – jeszcze przed nastaniem pendolino – do Wrocławia. Ciągnęliśmy nie tylko z Warszawy (a kapryśną i wygodnicką ludność stołeczną trudno wyciągnąć z miasta), ale także z Krakowa, Trójmiasta, Katowic czy Poznania. Od lat niemal każda premiera w Polskim jest obowiązkowym punktem w kalendarzu teatromanów. To teatr, w którym nie można nic przegapić i choć nie wszystko oczywiście było tam zawsze udane, jednego nikt nam nie mógł zabrać – przyjemności oglądania wspaniałych aktorek i aktorów, którzy nie tylko stworzyli na scenach Polskiego fenomenalne kreacje, ale pokazali, co to znaczy siła zespołu – fundamentu polskiego teatru publicznego.

O aktorkach i aktorach Teatru Polskiego we Wrocławiu mówi się czasem „żołnierze” albo „wojownicy”, bo są odważni i gotowi na wszystko, ciągle trenują, wygrywają bitwę za bitwą, zamiast ślepaków używają ostrej amunicji, znają tajemne sztuki walki i są skuteczni w najtrudniejszych warunkach polowych. To artyści, którzy teatr stawiają zawsze na pierwszym miejscu. Kiedy rozmawiam ze studentami i studentkami szkół teatralnych, na pytanie o wymarzoną scenę zawsze słyszę ten sam zestaw: TR i Nowy w Warszawie, Stary w Krakowie i Polski we Wrocławiu. To crème de la crème naszego teatru, najsmakowitsze artystyczne konfitury. Polski pracował bez wytchnienia, żeby się znaleźć na tej półce i stanął na niej dzięki znakomitym artystom, którzy stworzyli w nim niezapomniane spektakle i wielkie role. Ostatecznym dowodem na imperialne ambicje i znaczenie tej wrocławskiej sceny było wystawienie w całości „Dziadów” Adama Mickiewicza. Tym bezprecedensowym w dziejach polskiego teatru wydarzeniem Polski udowodnił, że nie ma dla niego rzeczy niemożliwych.

Nie jestem w stanie wyliczyć wszystkich artystycznych rozkoszy przeżytych w ostatnich latach w Teatrze Polskim we Wrocławiu. Kiedy zamykam oczy, widzę niezapomniane sceny z „Tęczowej trybuny” Moniki Strzępki: Jolantę Zalewską w roli kąsanej przez komary Pani Prezydent albo Marcina Pempusia pojawiającego się w koszmarnym śnie urzędnika jako wielka tarantula. Widzę Adama Szczyszczaja i Michała Opalińskiego w „Wycince” Krystiana Lupy, którzy knują w kiblu jak zrobić karierę. Widzę Wojciecha Ziemiańskiego, który w tej samej „Wycince” wyciąga z buzi własną szczękę. Widzę rozmazany tusz do rzęs na zapłakanej twarzy Courtney Love wspaniale granej przez Katarzynę Strączek. Widzę Halinę Rasiakównę odpalającą w „Kliniken” Łukasza Twarkowskiego papierosa za papierosem. Widzę trzymających się za ręce Mirandę i Ferdynanda granych w „Burzy” Krzysztofa Garbaczewskiego przez Małgorzatę Gorol i Andrzeja Kłaka. Pamiętam jak dzisiaj poruszający monolog Adama Cywki w „Kronosie” Garbaczewskiego i Bartosza Porczyka w roli Gustawa w „Dziadach” Michała Zadary. To pierwsze z brzegu obrazy, które przychodzą mi do głowy, bo niepodobna wymienić wszystkie. Ileż emocji dostarczyli nam Anna Ilczuk i Marta Zięba, Michał Mrozek i Mariusz Kilian, Sylwia Boroń i Agnieszka Kwietniewska… Trudno to wyliczyć. Tak, jak trudno przyjąć do wiadomości próbę morderstwa z premedytacją, której w biały dzień dokonują właśnie na Polskim władze Dolnego Śląska z cichym wsparciem Glińskiego.

Zniszczenie instytucji kultury, a szczególnie teatru jest najprostszą rzeczą na świecie. Byliśmy tego świadkami po wielokroć. Piekielnie trudne i czasochłonne jest natomiast zbudowanie prawdziwego zespołu, najlepszej artystycznej jakości i prestiżu. To wszystko udało się Krzysztofowi Mieszkowskiemu, jego aktorom i aktorkom oraz reszcie ekipy Polskiego. Jeśli jest jakiś powód, dla którego Wrocław szczególnie zasługiwał na tytuł Europejskiej Stolicy Kultury, był nim właśnie Teatr Polski we Wrocławiu – perła w koronie dolnośląskiej kultury rzucona przed polityczne wieprze.

Zwykły wpis
AKTORZY/AKTORKI, DYREKTORZY/DYREKTORKI

Prywatny teatr ważnych spraw

karolak

Którego razu zobaczyłem kolorowe czasopismo z moją gębą na okładce i pomyślałem sobie: „Karolak, przecież ty taki nie jesteś! Weź się ogarnij!”. I dałem nura w teatr. Z Tomaszem Karolakiem rozmawia Mike Urbaniak.

Jak się zdobywa pieniądze na prywatny teatr?
 To jest proces, nie dzieje się to z dnia na dzień. Kiedy zaczynałem tworzyć Imkę, nie znałem ludzi, którzy decydują w wielkich firmach o wydatkach marketingowych. Teatr założyłem za własne pieniądze, które zarobiłem na moich lepszych i gorszych występach telewizyjnych. Sponsorzy pojawili się, kiedy zauważyli, że nie interesuje mnie szybki zarobek i schlebianie niskim gustom. A mogliśmy przecież z grupą znanych aktorów wystawić jakąś dobrą londyńską farsę i sprzedawać to na pniu.

Dlaczego nie poszedłeś tą drogą?
– Bo wyrosłem z innego teatralnego korzenia. Oglądałem wielkich aktorów grających na deskach Starego Teatru w Krakowie, potem debiutowałem w Teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie. Nie interesował mnie teatr robiony dla kasy i rechotu. I żeby była jasność, nie mam nic przeciwko farsie czy komedii, pod warunkiem, że o czymś do widzów gada, coś chce przekazać, a nie jest zbiorem głupich gagów.

W Warszawie jest więcej teatrów, które „coś chcą przekazać”, ale jakoś nie są ochoczo wspierane przez prywatny biznes. Dlaczego?
– Zapytałem kiedyś o to jednego prezesa i wiesz, co mi odpowiedział? Że państwowe to niczyje, że pieniądze przekazane państwowemu teatrowi giną w czeluściach, że nie wiadomo jak są wydane, jaki wywołują efekt. Do tego dochodzi biurokracja, archaiczne przepisy, przetargi – to wszystko powoduje, że w Polsce prywatny biznes nie jest szczególnie zainteresowany wspieraniem publicznych instytucji kultury.

Pewien mecenas kultury opowiedział mi, że wsparł raz kwotą 100 tysięcy złotych spektakl w państwowym teatrze i wyszedł z niego bardzo zdziwiony twierdząc, że to, co widział mogło kosztować najwyżej połowę tej kwoty. U nas w Imce tak się nie da, bo jesteśmy rozliczani z każdej złotówki, tabelka po tabelce, rubryka po rubryce. Co cztery miesiące mamy spotkanie z radą biznesową – złożoną z ludzi, który wspierają Imkę – i tłumaczymy przed nią każdy grosz. Publicznemu teatrowi takie działanie jest obce.

Publiczne znaczy złe?
– Nie, w żadnym razie. Nie jestem przeciwnikiem publicznego, tylko zwolennikiem rozsądku. Sponsorzy nie będą wspierać czegoś, czego nie potrafią ocenić. Powiedz, ile kosztuje w Polsce wyprodukowanie spektaklu?

Nie ma na to pytanie odpowiedzi. Od pięciu złotych do paru milionów.
– Otóż to! I ludzie biznesu tego nie rozumieją. Tak samo zresztą, jak urzędnicy, którzy nie kumają tego, że jakiś teatr dostaje kilka milionów złotych dotacji i mówi, że nic się za to nie da zrobić.

Czyja to wina?
– Nasza! Ludzi teatru. Nie umiemy tego wytłumaczyć tym, którzy dysponują pieniędzmi. Ja biorę prezesa firmy za rękę i mówię: „Chodź, zobacz na co dajesz, a jak czegoś nie rozumiesz, to ja ci wszystko wyjaśnię”. Pamiętaj, to są zwykle ludzie porozumiewający się na co dzień innym językiem, innymi kategoriami. Dziwią się na przykład, że dają na coś 100 milionów, a dostają w zamian 20.

Ale kultura nie jest od zarabiania pieniędzy. Nie taka jest rola publicznych instytucji kultury.
– Ty to wiesz i ja to wiem, ale zarządzający biznesem czy polityką już niekoniecznie. I – powtarzam – to nie jest ich wina, tylko nasza. Bo nie umiemy mówić językiem, którego oni używają. Dlatego właśnie w Imce zatrudniłem Wojciecha Michałowskiego – menadżera, człowieka z korporacji, który kocha teatr. On nie tylko mówi językiem ludzi ze świata biznesu, ale jeszcze znakomicie zarządza kasą.

Krzysztof Mieszkowski, dyrektor Teatru Polskiego we Wrocławiu, mówi, że menadżerowie nie nadają się do kierowania instytucjami kultury.
– Niech Krzysztof Mieszkowski przestanie pleść bzdury! Kilka lat temu protestowaliśmy przeciwko wprowadzeniu menadżerów do teatru, bo uważaliśmy, że to będą ludzie, którzy zniszczą wolność artystyczną. Ale na miły Bóg, przecież to my – artyści nie mamy pojęcia o robieniu pieniędzy! To są mechanizmy nam zupełnie obce. Na Broadwayu teatrami zarządzają wykształceni menadżerowie.

Ale to są teatry komercyjne.
– Zgoda, ale niekomercyjnym też by się przydało zarządzanie przez profesjonalistów.

Jaki świetny menadżer przyjdzie z biznesu do kultury, gdzie wynagrodzenia są głodowe?
– Do Imki przyszedł i masz rację – nie byłoby mnie na niego stać – gdyby nie system, który skopiowaliśmy z zachodnich teatrów. Polega on na tym, że teatr płaci mu 1/3 pensji, a pozostałe 2/3 – sponsorzy, którzy teatr wspierają. Dzięki temu wszyscy mają pewność, że dyrektor jest lojalny i dba o interesy obu stron.

Menadżer menadżerem, ale Imka dostaje też 200 tysięcy złotych z Ministerstwa Kultury. Czyli publiczne wsparcie jednak jest.
– Jest, ale to nie są pieniądze na nasze produkcje, tylko na wymyślony przez nas i cieszący się ogromnym zainteresowaniem Festiwal Polska w Imce, dzięki któremu sprowadzamy do Warszawy najciekawsze spektakle z całego kraju. Ja tej kasy z ministerstwa w ogóle nie dotykam, ona w całości jest transferowana do publicznych teatrów, które zapraszamy.

Ale zobacz, co się dzieje. Kiedy zaczyna się rozmowa o kulturze i pieniądzach od razu wszystkim włosy stają dęba. A skąd on ma? A dlaczego? A może to jest jakiś układ towarzyski? Dlatego trzeba wszystko tłumaczyć. Tak samo powinno być w teatrach państwowych. Urzędnik mówi, że daje pieniądze, a teatr jest ciągle pod kreską. Dlaczego budżet się chociaż nie zeruje? I wtedy trzeba wyjaśnić: Kochani, tak się nie da! Jeśli nie chcecie, żeby wasze dzieci były tumanami, to muszą mieć styczność z najwyższej próby sztuką, a ona często kosztuje. Chyba, że wywalamy z konstytucji zapis o tym, że państwo ma obowiązek wspierać kulturę. Wtedy, proszę bardzo. Urynkowimy publiczne teatry, bilety będą kosztowały 300 zł, a nie 30 i posprzątane. Podejrzewam, że wszystko do tego zmierza.

Teraz masz sporą wiedzę o mechanizmach zarządzania kulturą, ale kiedy zakładałeś Teatr Imka byłeś jak dziecko we mgle.
– To mało powiedziane! Tydzień po otwarciu była katastrofa smoleńska i ludzie przestali chodzić do teatru. Zaraz potem nadszedł kryzys finansowy i sponsorzy zamrozili budżety. Do tego nie potrafiłem odmawiać moim kolegom aktorom, różne firmy wykorzystywały naszą niewiedzę i naciągały na zbędne wydatki. Po prostu masakra! Miałem dwa wyjścia: albo zamknąć teatr, albo wziąć kredyt i grać. Wybrałem to drugie.

Włożyłeś w teatr 1,5 mln swoich prywatnych pieniędzy zarobionych w kinie, telewizji i reklamie. Po co ci to było?
– To prywatna rozgrywka z samym sobą. Mój krakowski teatralny korzeń nijak się miał do tego, co robiłem w Warszawie. Tu pochłonęła mnie lekka, łatwa i przyjemna komercja, stałem się „znany i lubiany”, a to aktora rozleniwia niemożebnie. Dlatego chciałem wrócić do teatru, który jest bardzo wymagający i zmusza aktora do – jak to mówi Mikołaj Grabowski – walki ze swoim kurestwem, bo w każdym aktorze jest kurwa. We mnie też. Którego razu zobaczyłem kolorowe czasopismo z moją gębą na okładce i pomyślałem sobie: „Karolak, przecież ty taki nie jesteś! Weź się ogarnij!”. I dałem nura w teatr.

Dałeś nura i walnąłeś głową w dno, bo nie dostałeś takiego kredytu zaufania i wsparcia medialnego, jak Krystyna Janda startująca ze swoimi teatrami.
– Koledzy dziennikarze okazali się totalnymi burakami. Wyśmiewano mnie w prasie, że jestem kolejnym celebrytą, który postanowił założyć teatr i grać głupie farsy z serialowymi aktorami. I powiem ci, że choć mam grubą skórę, to mnie to zabolało.

A nie uważasz, że sam sobie trochę na to zapracowałeś występami w produkcjach nie najwyższych lotów?
– Ty mówisz o telewizji czy kinie, a moja teatralna historia jest zupełnie inna. Ale zgoda, ludzie mieli prawo tak mnie postrzegać. Byłem dla wielu głupkowatym cielakiem. Tym bardziej się zawziąłem i postanowiłem udowodnić, że ten „głupi Karolak” zrobi dobry teatr.

Szybko się okazało, że nie tylko nie idziesz w serialowych celebrytów, a i repertuar jest mało komercyjny.
– A to przecież nie mogło się wydarzyć, prawda?! Jak to?! „Dzienniki” Gombrowicza, „Sprzedawcy gumek” Lewina czy „Generał” Jakubowskiego u Karolaka?! Kiedy zaczęliśmy dostawać nagrody na ważnych festiwalach teatralnych, przestano mieć wątpliwości jaką drogę wybraliśmy. Chcielibyśmy oczywiście więcej, lepiej, ambitniej, ale wyżej dupy nie podskoczymy. Musimy rzeźbić w tym, co mamy.

Umiesz przewidzieć, co będzie hitem?
– A gdzie tam! Nie mam zielonego pojęcia, co o tym decyduje. Kiedy zabieraliśmy się za „Dzienniki”, wszyscy nam mówili, żebyśmy dali spokój, bo nikt na to nie przyjdzie. A tu proszę! Ten spektakl wyprzedajemy zawsze na pniu.

Bo grają w nim gwiazdy: ty, Magdalena Cielecka, Piotr Adamczyk, Jan Peszek.
– W naszej „Kopenhadze” też grają bardzo znani aktorzy: Adam Woronowicz, Aleksandra Popławska i Jan Frycz, ale nie byliśmy zadowoleni z finałowego rezultatu i tę sztukę zrobimy jeszcze raz. Chciałbym, żeby ją wyreżyserowała Monika Pęcikiewicz.

Jak powstaje repertuar Imki? To twoje pomysły?
– W części moje, w części wymyślone podczas rozmów z reżyserami. Festiwal Polska w Imce wymyśliliśmy razem z Jackiem Cieślakiem z „Rzeczpospolitej”. Ale wiesz, człowiek planuje, a Pan Bóg się śmieje. I my o tym doskonale wiemy. Przewagą prywatnego teatru jest też to, że szybko podejmujemy decyzje. Coś, co w państwowym teatrze zabiera dwa miesiące, u nas – dwie minuty. Kiedy wymyśliliśmy z Jackiem Polskę w Imce, po trzech tygodniach grał już u nas gościnnie pierwszy spektakl, bo zarobiłem akurat dwie dychy na jakimś serialu i dawaj, ściągamy ich do Warszawy!

Tak było na początku, ale teraz – jak rozumiem – twoje plany muszą być zaakceptowane przez sponsorów.
– I ja się z tego bardzo cieszę, bo to jest nasz wspólny teatr.

Jak takie spotkanie z prezesami wygląda?
– Opowiadam im, co chcemy zrobić i dlaczego. Wtedy zawsze pada pytanie o aktorów. To podstawa. Potem jest różnie. Jednego prezesa pociąga idea, którą chcemy spektaklem poruszyć. Inny jest wielkim znawcą Gombrowicza. Ale bywa też tak, że prezesi coś proponują, bo wydaje im się warte uwagi. Tak było na przykład z Janem Karskim, o którym zrobimy spektakl. Zagra go w dodatku amerykański aktor David Strathairn, znany między innymi z filmu George’a Clooney’a „Good Night, and Good Luck”, a spektakl – do którego zaprosimy też studentów szkoły aktorskiej w Krakowie – wyreżyseruje Derek Goldman, szef teatru studenckiego na Uniwersytecie Georgetown w Waszyngtonie, na którym Karski wykładał.

To powiedz kim są ci prezesi, którzy wspierają twój teatr.
– Głównym sponsorem i naprawdę super gościem jest Jacek Krawiec, prezes PKN Orlen. Ja go w ogóle nie znałem. Przeszedł po prostu do Imki na „Wodzireja” i powiedział: „Chcę w tym być”. Prawdziwym teatromanem i głównym mecenasem Festiwalu Polska w Imce jest Zbigniew Jagiełło, prezes Banku PKO BP. Bardzo nam też pomagają Przemysław Krych, prezes Griffin Artspace, Radosław Martyniak, prezes Funduszu Fenix, Leszek Bać, szef firmy SPAR i Hubert Gierowski, szef Browarów Lubelskich produkujących piwo Perła. Całość spina nasz główny lobbysta Lejb Fogelman. Bez tych panów i wsparcia kierowanych przez nich firm nie powstałby żaden nasz spektakl. A ty w ogóle możesz to napisać?

A dlaczego nie?
– Bo w Polsce media jak ognia boją się wymieniać nazwy firm, które wspierają kulturę. Uważa się to za kryptoreklamę albo obciach. I to jest jeden z głównych powodów, dla których biznes w tak niewielkim stopniu wspiera kulturę. Ja po każdej premierze w naszym teatrze dziękuję naszym sponsorom i zapraszam ich na scenę. Byłem i właściwie nadal jestem za to strofowany przez wiele osób, szczególnie ze świata teatralnego. Że to żenada jakaś. A Piotr Skrzynecki robił to samo w swojej Piwnicy Pod Baranami. Zawsze na koniec dziękował wszystkim, dzięki którym artyści mogli wystąpić na scenie.

Co w tym sezonie zobaczymy w Imce?
– Przed chwilą ściągnęliśmy do nas znakomity spektakl „Był sobie Polak Polak Polak i diabeł” w reżyserii Remigiusza Brzyka z Teatru im. Juliusza Osterwy w Lublinie, a w przyszłym tygodniu zapraszam na „Smutki tropików” w reżyserii Pawła Świątka z Teatru Łaźnia Nowa w Krakowie. Z Łaźnią współpracujemy już niemal na stałe. W ten weekend można u nas obejrzeć znakomitą „Klątwę” Pawła Demirskiego w reżyserii Moniki Strzępki – teatralny i bardzo polityczny serial, który Imka produkuje z Łaźnią.

Przyjedzie też do nas z Teatru im. Stefana Żeromskiego w Kielcach „Caryca Katarzyna” – jeden z najgłośniejszych i najczęściej nagradzanych spektakli ostatniego sezonu, zrealizowany przez – nagrodzony w tym roku Paszportami „Polityki” – duet Jolanta Janiczak i Wiktor Rubin. To do końca tego roku. Przyszły jeszcze planujemy, ale myślę, że nasi widzowie będę mieli okazję zobaczyć „Janis Joplin” w reżyserii Tomasza Gawrona. To z kolei produkcja Teatru Muzycznego Capitol we Wrocławiu z genialną Natalią Sikorą w roli Janis.

To wszystko w ramach Polski w Imce. A własne produkcje?
– Będziemy mieli wspomniany już spektakl o Janie Karskim. Grzegorz Warchoł wyreżyseruje „Skradzioną tożsamość” według książki Romana Fristera. To opowieść o Żydzie, który chcąc ratować swoje życie podczas drugiej wojny światowej ukradł dokumenty Polakowi, pod którego się podszywał. Polaka później rozstrzelano. Wiele lat po wojnie do Żyda zapukało UB i oskarżyło go o kolaborację z SS, a kolaborował rozstrzelany już Polak. To autentyczna historia, którą chcemy poruszyć jakże aktualny dzisiaj problem tożsamości.

Mikołaj Grabowski zrobi spektakl o dwóch kobietach Adolfa Hitlera – Leni Riefenstahl, która Hitlera popierała i Marlenie Dietrich, która go zwalczała. W rolach głównych zobaczymy Iwonę Bielską i Grażynę Dyląg. Później czas na „Hamleta”, którego wyreżyseruje Joanna Drozda, a zagra go Piotr Polak. Na scenie zobaczymy także Macieja Stuhra, Sebastiana Pawlaka i Tomasza Tyndyka. A na koniec sezonu (mam nadzieję, że się wyrobimy) widzowie obejrzą „Władcę pierścieni” w reżyserii Pawła Świątka. To będzie spektakl o inwigilacji. Czekamy też na kolejny odcinek „Klątwy” Pawła Demirskiego i Moniki Strzępki, i chciałbym, żeby Monika zrobiła u nas „Muminki” dla dzieci, ale siedzimy jeszcze nad kalendarzem. A kolejny sezon otworzy „Bolesław Śmiały” w reżyserii Macieja Podstawnego z premierą na Wawelu i mam wielką nadzieję, że uda mi się namówić Jerzego Trelę na „Króla Leara”. Na razie pan Jerzy nie powiedział nie.

Dlaczego ci się udało?
– Uważasz, że mi się udało?

Tak uważam, bo Teatr Imka to nie jedyna prywatna scena w Warszawie. Swoje teatry mają Krystyna Janda, Emilian Kamiński, Michał Żebrowski. Ale to właśnie tobie udało się stworzyć teatr z ambicjami, który przyciąga coraz częściej czołowych polskich twórców teatralnych.
– Imka ma dopiero cztery lata i jest jeszcze teatrem w pieleszach. Zapytaj mnie, czy się udało za jakieś 10 albo 15 lat. Jeśli się wtedy spotkamy i teatr będzie nadal działał oferując widzom ambitne spektakle, to uznam, że mi się udało. To co, umówieni?

_____

Tomasz Karolak jest aktorem filmowym, telewizyjnym i teatralnym oraz wokalista zespołu Pączki w Tłuszczu. Ukończył Wydział Aktorski Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej im. Ludwika Solskiego w Krakowie i debiutował w 1997 roku na deskach krakowskiego Teatru im. Juliusza Słowackiego, by następnie w latach 1999-2003 być aktorem Teatru Nowego im. Kazimierza Dejmka w Łodzi. Znany jest głównie ze swoich ról telewizyjnych (m.in. „Kryminalni”, „39 i pół”, „Rodzinka.pl”, „Baron 24”) i kinowych (m.in. „Milion dolarów”, „Śniadanie do łóżka”, „Listy do M.”, ” Ciacho”, „Testosteron”). W 2010 roku założył Teatr Imka w Warszawie, który jest dzisiaj jedną z najciekawszych stołecznych scen.

_____

Rozmowa ukazała się na portalu Gazeta.pl 4.10.2014 r.

_____

© Mike Urbaniak 

Zwykły wpis
AKTORZY/AKTORKI

Genu nie wydłubiesz

unnamed

Nie chciałbym zostać zapamiętany jako ładny chłopiec, tylko dobry aktor. Z Bartoszem Gelnerem rozmawia Mike Urbaniak.

Ładnym ludziom jest podobno łatwiej.
– Tego nie wiem, musisz spytać kogoś ładnego.

Właśnie pytam.
 Bardzo ci dziękuję, ale oprócz ładności musi być chyba jednak coś jeszcze. Myślisz, że uroda przekreśla talent?

A skądże.
– Może wróćmy do tego pytania za jakiś czas, jak już się pomarszczę. Nie chciałbym zostać na etapie domniemanej ładności, chciałbym to przewalczyć kolejnymi rolami. Z drugiej strony nie da się ukryć, że tak zwane warunki decydują o tym, jakie się dostaje role.

Nie zagrałbyś Cetha w „Kabarecie warszawskim” Krzysztofa Warlikowskiego albo Michała w „Płynących wieżowcach” Tomasza Wasilewskiego, gdybyś wyglądał…
– Jak pół dupy zza krzaka? Tak, masz rację, pewnie bym nie zagrał. Pamiętasz scenę z „Samotnego mężczyzny” Toma Forda, kiedy Colin Firth spotyka pod sklepem pięknego faceta?

Oczywiście, jak mógłbym zapomnieć boskiego Jona Kortajarenę.
– Siła tej sceny w ogromnym stopniu bierze się z tego, jak on wygląda. Kiedy byłem małym chłopcem, ciągle słyszałem, jaki jestem ładny, a dokładniej, jaką jestem ładną dziewczynką. Dzisiaj też się zdarza, kiedy idziemy ulicą z Agnieszką (Żulewską, aktorką, dziewczyną Bartosza – przyp. red.), że jacyś panowie krzyczą do nas: „Hej, dziewczyny!” i chcą mi oczywiście dać w mordę. Taki los, ale jak mówi moja mama: „Genu nie wydłubiesz”. Nie chciałbym jednak być zapamiętany jako ładny chłopiec, tylko jako dobry aktor. To jest mój cel i nie zgadzam się na zamykanie mnie w jakiejś szufladzie.

Zawsze chciałeś być aktorem?
– Nie, zdecydowałem się bardzo późno, właściwie tuż przed maturą. Z kolegami z liceum w Chorzowie robiliśmy co prawda kabaret, ale chodziło nam tylko o dobrą zabawę i zwalnianie się z lekcji. Zupełnie nie wiedziałem, co chcę robić. Wszyscy szli na prawo albo na lewo, a ja postanowiłem spróbować ze szkołą teatralną. Znajomy rodziców znał aktorkę Małgorzatę Zajączkowską i umówił mnie z nią na spotkanie. Przyjechałem z Katowic do Warszawy w wyprasowanej koszuli, z bukietem kwiatów i poszedłem do pani Małgosi, której miałem zaprezentować swój talent.

Jak go oceniła?
– Po jej minie wiedziałem, że nie jest dobrze, ale co miała powiedzieć, żeby nie zniechęcać młodego człowieka? Że jest potencjał, ale trzeba jeszcze popracować. Zdawałem do szkół teatralnych w Warszawie, Krakowie i we Wrocławiu. Nigdzie się nie dostałem, ale wiedziałem, że będę próbował za rok. Spytałem rodziców, czy zasponsorują mi rok Policealnego Studium Aktorskiego „Lart” w Krakowie. Zgodzili się.

Nowe krakowskie życie?
– Wiadomo! Wynajęliśmy z kolegami mieszkanie i zaczęło się. Jedynym minusem było to, że nie miałem studenckiej legitymacji, ale trzeba było sobie jakoś radzić. Zacząłem też wtedy chodzić nałogowo do teatru.

Na Śląsku nie chodziłeś?
– Chodziłem, ale nie tak często i na inne spektakle. W Krakowie to był jednak Narodowy Stary Teatr z największymi nazwiskami. Inna liga. Tam po raz pierwszy zobaczyłem spektakl Krystiana Lupy „Tako rzecze Zaratustra”. Mało z niego zrozumiałem, ale jednocześnie byłem zachwycony. Potem oglądałem kolejne jego spektakle: „Factory” i „Kalkwerk”. Chodziłem też oczywiście na innych reżyserów.

I po roku ponownie zdawałeś do szkoły teatralnej.
– Niejednej, bo oprócz Krakowa, Warszawy i Wrocławia zdawałem także do Łodzi. Byłem już o wiele lepiej przygotowany i wiedziałem, jak wyglądają egzaminy. Na szczęście przyjęli mnie do Krakowa. Ależ to była radość!

Kiedy uczyłem się w Larcie, moi kumple współlokatorzy, którzy studiowali na Uniwersytecie Jagiellońskim, Akademii Górniczo-Hutniczej i Politechnice Krakowskiej, zazdrościli mi, że mogę długo spać, bo zajęcia zaczynałem o czternastej. A kiedy byłem na PWST, śmiali się, że nigdzie nie możemy wyjść wieczorem, bo ja siedzę na uczelni od rana do nocy.

Do tego doszła jeszcze praca w wakacje.
– Już po pierwszym roku dostałem rolę w serialu o wodnych ratownikach „Przystań”. Tam zresztą poznałem Mateusza Banasiuka, z którym zagrałem później w „Płynących wieżowcach”. Siedzieliśmy z ekipą przez trzy miesiące w Giżycku i kręciliśmy: fajna przygoda, pierwsze ostukanie się z planem filmowym, jakaś kasa zarobiona.

Kiedy serial miał premierowy odcinek, zrobiliśmy z kumplami party w naszym krakowskim mieszkaniu. Mój przyjaciel Sylwester Piechura, dzisiaj aktor Teatru im. Jana Kochanowskiego w Opolu, wydrukował nawet plakaty z moją podobizną. Przyjechali też z Katowic moi rodzice i była kupa śmiechu.

Na trzecim roku studiów zadebiutowałeś z kolei na dużym ekranie.
– „Salą samobójców” Jana Komasy. To też kręciliśmy w wakacje. Film został bardzo dobrze przyjęty i dostałem po nim kilka propozycji zagrania w serialach, już bez castingu. Zdecydowałem się wtedy na „Czas honoru”. Tymczasem nadchodził czwarty rok na PWST i spektakle dyplomowe z Szymonem Kaczmarkiem i Pawłem Świątkiem. Grałem w nich i przeprowadziłem się do Warszawy. Tu zaczęły się castingi do „Płynących wieżowców” i dostałem pierwszą propozycję pierwszoplanowej roli w filmie fabularnym.

Jak wyglądała praca nad nim?
– Tomek Wasilewski poświęcił nam, czyli Mateuszowi Banasiukowi, Marcie Nieradkiewicz i mnie, naprawdę dużo czasu; mieliśmy dużo prób, dobrze się poznaliśmy. Sporo mnie to też kosztowało, bo temat był niełatwy.

„Płynące wieżowce” okrzyknięto pierwszym polskim filmem gejowskim. Znalazł się on nagle w gorącym centrum debaty o homofobii, sytuacji osób LGBT, związkach partnerskich. Trafiliście z Mateuszem Banasiukiem na okładkę „Wprost”, opatrzoną tytułem: „Zabić geja. Witajcie w tolerancyjnej Polsce”. Skrajnie prawicowa „Fronda” donosiła o „homoataku” na swoją redakcję, polegającą na tym, że baner reklamujący film było widać z redakcyjnych okien. „Pętla homoseksualnego oblężenia zaciska się wokół nas” – donosiła „Fronda”.
– Rzeczywiście, trafiliśmy w jakieś przesilenie z naszym filmem. Dostaliśmy wtedy mnóstwo zaproszeń do wielu programów publicystycznych, w których chciano z nami dyskutować o homofobii. Film w pewnym momencie zszedł na drugi plan. A ja chciałem, jako aktor, mówić o mojej roli, a nie o stosunku do gejów, bo on jest chyba jasny.

Najważniejsze, że „Płynące wieżowce” zostały bardzo dobrze przyjęte przez widzów i krytykę. Myślę, że ten film sporo zmienił. Obejrzeli go też moi koledzy z osiedla z Katowic.

I co powiedzieli?
– „Nawet fajny ten film, ale naprawdę musiałeś się całować z tym facetem?!”. Trochę żeśmy się pośmiali. Może po „Płynących wieżowcach” mniej osób będzie krzyczało na gejów na ulicy: „Ej, pedały!”.

Za tobą tak krzyczeli? W Polsce – odnoszę wrażenie – zagranie geja to nadal akt odwagi.
– Ktoś tam od czasu do czasu coś krzyknął. Ale co z tego? Idziemy dalej.

Dalej i na barykady. Byłeś wśród aktorów czytających przed Pałacem Kultury „Golgotę Picnic” Rodriga Garcii, którą Michał Merczyński, dyrektor poznańskiego Malta Festivalu, zdjął z afisza pod wpływem ataku ze strony katolickich fundamentalistów i kiboli. Dlaczego wziąłeś udział w tym czytaniu?
– Bo nie podoba mi się ograniczanie wolności słowa i wolności ekspresji artystycznej. Nie podoba mi się też terroryzowanie jednej grupy przez inną. Ja nie zabraniam nikomu stania pod krzyżem, proszę mi więc nie zabraniać oglądania takich spektakli, na jakie mam ochotę. I, żeby była jasność, wziąłem udział w tym czytaniu nie po to, by kogoś atakować, ale żeby przeczytać tekst. Jak mówi mój kolega: „Trzeba zajebać dobrym serduszkiem”.

Twoje role przychodziły do ciebie same?
– Przychodziły jako możliwość, ale musiałem o nie powalczyć. Starałem się też uczyć ile wlezie i korzystałem z różnych opcji zdobycia doświadczenia. Już w szkole dużo statystowałem. Za pierwszy epizod w „W11” dostałem 50 złotych, potem był epizod mówiony już za 150. Jaka to była kasa! Wszystkim stawiałem piwko. I nie tylko się tego statystowania nie wstydzę, ale uważam, że to była fajna szkoła.

Szczególnie kiedy się statystuje na scenie Narodowego Starego Teatru z Janem Peszkiem.
– O kurczę! Tak! Zupełnie o tym zapomniałem. Jeszcze przed szkołą aktorską byłem jednym z chłopców Gonzala w „Trans-Atlantyku” Witolda Gombrowicza w reżyserii Mikołaja Grabowskiego, więc to był mój homoseksualny debiut w teatrze. I to jaki! U boku Jana Peszka na deskach Starego Teatru. Lataliśmy z chłopakami w białych gaciach po scenie, a w przerwach siedzieliśmy w teatralnym bufecie i za każdym razem, kiedy wchodził jakiś aktor, zrywaliśmy się z krzeseł i mówiliśmy „Dzień dobry!”.

W naszym „Trans-Atlantyku” była scena, do której wychodziliśmy z Janem Peszkiem z foyer teatru, gdzie stoi popiersie Konrada Swinarskiego. Peszek zawsze, przechodząc obok tego popiersia, klepał je z czułością. Uwielbiałem na to patrzeć, bo pokazywało to niezwykłą skromność wielkiego aktora.

Oglądałeś, będąc w szkole, jakieś spektakle Krzysztofa Warlikowskiego?
– Pierwszy był „Krum”, ale widziałem go na DVD. A pierwszym spektaklem zobaczonym na żywo była „(A)pollonia”, która przyjechała na Boską Komedię do Krakowa. Wielkie wrażenie zrobił na mnie rozmach tego spektaklu. Potem przyjechałem do Warszawy na „Anioły w Ameryce”, na których się popłakałem.

A potem dostałeś od Warlikowskiego propozycję zagrania w „Kabarecie warszawskim”. Nieźle.
– Jechałem wtedy do Łodzi, gdzie w Teatrze Nowym miałem grać w „Samuelu Zborowskim” Juliusza Słowackiego w reżyserii Szymona Kaczmarka. Kiedy zadzwonił telefon z Nowego Teatru w Warszawie, natychmiast zmieniłem kierunek. Było mi głupio przed Szymonem, że tak nagle się wycofuję, ale nie miałem innego wyjścia. Myślę, że każdy na moim miejscu zrobiłby to samo, prawda?

Raczej! Popędziłeś do Nowego bardzo zestresowany zbliżającym się spotkaniem z Warlikowskim i jego zespołem?
– A wiesz, że nawet nie. Ale nie dlatego, że byłem taki pewny siebie, ale dlatego, że nie miałem czasu na stres. To wszystko wydarzyło się tak szybko, że nim się obejrzałem, już byłem na scenie. Gram w „Kabarecie warszawskim” Cetha – młodego chłopca, którego bierze do trójkąta para gejów: Jamie i James, grani przez Maćka Stuhra i Piotrka Polaka. I jest tam scena, w której Jamie pyta o mnie Jamesa: „Jak ci się podoba?” i James odpowiada: „Jest zajebisty”. Wtedy poczułem, że będzie dobrze.

Grasz w telewizji, kinie i teatrze. Nie chciałbyś z czegoś zrezygnować?
– Bardzo bym nie chciał, bo to różne rodzaje pracy i wszystkie sprawiają mi frajdę. Poza tym płodozmian jest zawsze wskazany. Chciałbym teraz zagrać jakąś ciekawą rolę w kinie.

Grasz przecież w nowym filmie Katarzyny Rosłaniec.
– Tak, ale to niewielka rola, choć bardzo przyjemna. Zdjęcia mam jesienią. Myślę, że ten film będzie kolejnym głosem naszego pokolenia, tak jak to było z poprzednimi obrazami, w których grałem.

A gdybyś dostał propozycję zagrania w filmie typu „Pokaż kotku, co masz w środku”?
– To film przyrodniczy?

Można tak powiedzieć.
– Rozumiem, że to jest złośliwe pytanie o to, czy zagrałbym w czymś nie najwyższych lotów. Szczerze, nie wiem. Jeśli powiem ci teraz, że nigdy w życiu, i to kiedyś zrobię, to mi to potem wyciągniesz. Powiem tak: chciałbym grać w dobrych filmach.

Masz dwadzieścia sześć lat, jesteś w zespole najbardziej prestiżowego teatru w Polsce, grasz w dobrych filmach. Co dalej?
– Wiadomo, apetyt rośnie w miarę jedzenia. Chciałbym dostawać coraz ciekawsze i coraz większe role, nabierać doświadczenia i jednocześnie pilnować, żeby głowa była nieustannie przewietrzona.

Jestem teraz w próbach do „Apokalipsy” w reżyserii Michała Borczucha w Nowym Teatrze w Warszawie. To spektakl na podstawie tekstów Piera Paola Pasoliniego i Oriany Fallaci. Gram w nim wampira-imigranta, który przejeżdża z własną ziemią z Afryki do Europy, tylko ta Europa nie za bardzo mnie chce.

I będziesz podobno wampirem hetero.
– Tak, w końcu! I będę gryzł co popadnie.

_____

Bartosz Gelner (ur. 1988) urodził się i wychował w Katowicach. Jest aktorem teatralnym, filmowym i telewizyjnym. Ukończył Wydział Aktorski Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej im. Ludwika Solskiego w Krakowie. Na kinowym ekranie zadebiutował w głośnym filmie Jana Komasy „Sala samobójców”, a w zeszłym roku zagrał wraz z Mateuszem Banasiukiem w równie głośnym filmie „Płynące wieżowce” Tomasza Wasilewskiego. Od tego roku jest etatowym aktorem Nowego Teatru w Warszawie, gdzie gra w „Kabarecie warszawskim” w reżyserii Krzysztofa Warlikowskiego i „Apokalipsie” w reżyserii Michała Borczucha. Mieszka w Warszawie.

_____

Rozmowa ukazała się na portalu Gazeta.pl 3.10.2014 r.

_____

© Mike Urbaniak | Fot. Magda Hueckel

Zwykły wpis
AKTORZY/AKTORKI

Jestem bachantką

csm_Maria_Maj_2_TR_Warszawa_fot._Kuba_Dabrowski_01_d2c4f095a7

Nie chciałbym nigdy uczyć, bo sama chce się uczyć. Uczę się od młodych i nie mam zamiaru przestać. Do końca życia. To metoda na to, żeby ciągle być żywym. Trzeba iść za młodymi i chaps! – wbijać ząbki w młode ciałka. Z Marią Maj rozmawia Mike Urbaniak.

Dlaczego nie udzielasz wywiadów?
– 
Bo nikt o nie nie prosi.

Dlaczego?
– 
Nie jestem celebrytką, nie gram głównych ról w serialach. Nawet kiedy dostałam nagrodę za najlepszą drugoplanową rolę w „Moich pieczonych kurczakach” w reżyserii Iwony Siekierzyńskiej na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, zrobiono ze mną jeden wywiad, który zresztą potem się nie ukazał.

Trudno opowiadać o sobie?
– 
Bardzo, chyba tego nie umiem. Poza tym jestem tchórzem. Boję się negatywnych opinii, krytycznych wpisów, złośliwych komentarzy. Lubię moją słabą rozpoznawalność.

Nie zostałaś, jakby powiedzieli paparazzi, „ryjem”.
– 
Dziękować Bogu! To pewnie wynika też z tego, że przez dłuższy czas grałam w teatrach prowincjonalnych. Do Warszawy zjechałam na początku lat 90. i nigdy nie interesowało mnie gwiazdorstwo, kochałam pracę w zespole.

Nie pchałaś się przed szereg?
– 
Kiedyś mieliśmy w teatrze warsztaty, na których trzeba było pokazać – jednym gestem, bez słów – kim jesteśmy. Zgłosiłam się od razu. Stanęłam na środku sceny w świetle reflektorów i zaraz uciekłam w kąt. Nie wiem skąd się to bierze? Czy to jest lęk przed odpowiedzialnością? Czy to jest związane z dzieciństwem?

Urodziłaś się w Międzylesiu koło Wałbrzycha.
– 
Do Międzylesia ściągnął mamę mój ojciec. Poznali się po wojnie w Wiesbaden. Podczas wojny tato był w oflagu w Murnau, a mama pracowała w fabryce szyjącej mundury dla armii.

Jak się tam znaleźli?
– 
Tato pochodził z ziemiańskiej rodziny, był oficerem Wojska Polskiego. To był wystarczający powód. A mamę zgarnięto podczas jednej z łapanek w Warszawie.

Wielka miłość?
– 
Tak, ale nie między mamą i tatą, ale między mamą i najlepszym przyjacielem taty – Wackiem. Wacek był Polakiem, obywatelem USA, który wyzwalał Europę jako amerykański żołnierz. Po wojnie mieli razem jechać do Ameryki, mama miała już nawet załatwione papiery. Niestety wszystko pokrzyżowała babcia, która słała z Łodzi do Niemiec listy, w których prosiła, żeby córka wracała, bo to już ostatnie transporty do kraju. I mama, zamiast za ocean, wróciła do rodzinnej Łodzi.

A tam?
– 
Tragedia – bieda, ciasnota, rozczarowanie.

Wróciła sama?
– 
Tak, ale z ojcem nadal korespondowała. Podejrzewam, że pisała mu o trudnej sytuacji bytowej i ogólnej beznadziei, i wtedy on zaproponował, żeby przyjechała do niego do Międzylesia, gdzie osiadł po wojnie. „Przyjeżdżaj do mnie. Tu jest pięknie. Są wille do wzięcia” – tak sobie wyobrażam list ojca do mamy. Pojechała. I to jest początek mojej tragedii.

Dlaczego?
– 
Bo mama ojca nie kochała, a w Niemczech to go nawet chyba nie lubiła, bo zajmował jej ukochanemu Wackowi czas, który ten powinien poświęcać jej. Ale się zdecydowała, spakowała walizki, wzięła babcię i pojechała do Międzylesia. Tam w 1948 roku urodziłam się ja. Po dwóch latach mama znów spakowała walizki, zgarnęła babcię i mnie, i wróciła do Łodzi. To był koniec związku. Wychowanie dziecka wzięła na siebie. Nigdy nic o ojcu nie mówiła. Dowiedziałam się o jego istnieniu mając 14 lat. Przypadkiem.

W jaki sposób?
– 
Wybierałam się z koleżanką do jej babci do Wrocławia i powiedziałam o tym wujkowi Ksaweremu, bratu mamy. A on: „O, to może spotkasz swojego ojca”. Wiedziałam tylko, że mama miała przed wojną męża i że on miał na nazwisko Maj. Myślę sobie: „Świetnie, w końcu go poznam”.

Nigdy nie pytałaś mamy o ojca?
– 
Nie, bo bardzo ją kochałam i respektowałam to, że nie chce o nim mówić. Miałam ją, babcię i wujka Ksawerego. Oni mi wystarczali.

Pojechałaś do tego Wrocławia?
– 
Pojechałam i poszłam od razu odwiedzić mojego ojca chrzestnego, którego też nigdy nie widziałam. Znałam go tylko z prezentów, które mi od czasu do czasu wysyłał do Łodzi. I on mi mówi: „A wiesz, że tu mieszka twój ojciec?”. Odpowiedziałam pewnie, że tak. „Józek. Józek Dąbrowski się nazywa” – dodał. „Jak to Józek Dąbrowski?” – zdziwiłam się bardzo. „Przecież mój tato nazywa się Jan Maj!”. „Ojej, chyba coś chlapnąłem” – zmartwił się chrzestny i jęknął tylko: „Twoja mama mnie zabije”.

Czyli Jan Maj był pierwszym mężem twojej mamy, a Józef Dąbrowski – twoim ojcem.
– 
Dokładnie tak. Dowiedziałam się potem, że za Jana Maja wydała ją bardzo wcześnie za mąż babcia, że mama go nie kochała i uciekła od niego tuż przed wojną, mając 19 lat, do Warszawy, gdzie zwinięto ją w łapance i wysłano do obozu.

A co z ojcem? Rozpoczęłaś śledztwo?
– 
Nie było wyjścia, musiałam go odnaleźć. Wymusiłam na chrzestnym, żeby mi dał jego adres i razem z koleżanką poszłyśmy na spotkanie z moim tatą. Pukamy do drzwi i otwiera nam jakiś brzuchaty facet. Mówimy, że my do Józefa Dąbrowskiego. A brzuchacz patrzy na mnie i krzyczy: „Ty jesteś jego córką! Taka podobna, taka podobna! Krysia, patrz! – woła jakąś kobietę – Córka Józka!”. Okazało się, że ojciec już tam nie mieszka, że przeniósł się pod Warszawę. Dostałam kontakt do jego przyjaciółki, która w końcu, ale niechętnie, dała mi jego adres, dodając na odchodne: „Ale dziecko, po co ty chcesz go poznać? Nie warto. To nie jest dobry człowiek”.

Adres zdobyty. Co dalej?
– 
Siedzę oszołomiona z tą moją koleżanką u jej babci we Wrocławiu i mówię: „Aniu, muszę natychmiast jechać do mojego ojca. Muszę!”. I wsiadłam w nocny pociąg do Warszawy. Nad ranem opanowały mnie wątpliwości, wysiadłam w Koluszkach i wróciłam do Łodzi. Mamie nic nie powiedziałam. Do ojca napisałam list. Odpisał, żebym do niego przyjechała.

Mama nie pytała, gdzie jedziesz?
– 
Jeździłyśmy wtedy z koleżanką na ciuchy do Warszawy Wschodniej, więc była wymówka. Ale w końcu mama zaczęła coś podejrzewać i spytała: „Do kogo ty tam tak jeździsz?”. A ja niewiele myśląc wypaliłam: „Do tatusia!”. Mama zbladła. To był dla niej cios. Miała potem do mnie o to długo żal.

Dlaczego?
– 
Po pierwsze nie znosiła ojca, podobnie jak swojego pierwszego męża. Scaliła ich w jedną, negatywną postać. A po drugie, ojciec się mną nigdy nie interesował, nie dawał na moje utrzymanie ani grosza. Mama ciężko pracowała, żeby zapewnić mi byt i wykształcić. Myślę, że zrezygnowała z powodu bycia samotną matką z wymarzonej kariery lekarki. Została pielęgniarką, pracowała w Przychodni Przeciwgruźliczej na Bałutach, z czego – nawiasem mówiąc – byłam bardzo dumna. Poświęciła mi życie, a ja się okazałam taka niewdzięczna. Ale kiedy ten pan z brzuchem we Wrocławiu krzykną na mój widok: „Taka podobna! Córka Józka!”, to pomyślałam sobie: „Boże! Tatuś mnie kocha i o mnie pamięta!”.

Kochał? Pamiętał?
– 
On się zwyczajnie nie nadawał na bycie ojcem, choć ożenił się po rozstaniu z mamą i miał potem jeszcze syna. Był mocny, raptowny, dużo pił. Prawdziwy przedwojenny ułan. Nie umiał też poradzić sobie z rozpadem poprzedniego świata. Polska Ludowa – zupełnie mu obca – skazywała go na wegetację. Zostało mi po nim kilka medali z Józefem Piłsudskim i napisem „Polska Swemu Obrońcy”.

Jak wyglądało wasze pierwsze spotkanie?
– 
Pojechałam do niego do Kawęczyna pod Warszawą. Pamiętam to, jak dziś. Było lato 1962 roku. Wchodzę przez bramę, przez którą wjeżdża też nyska. Wysiada z niej wysoki, przystojny facet w ciemnych okularach, battledressach w pepitkę z naszywkami na łokciach. „Marysia?”. „Tatuś?”. I żeśmy się pokochali.

Znaleźliście wspólny język?
– 
Nie bardzo, bo różniły nas, jak się szybko okazało, światopoglądy. Ja mu ciągle mówiłam, że socjalizm jest wspaniały, bo mi tyle dał; mogę się uczyć, mamusia pracuje, analfabetyzm i gruźlica prawie zwalczone. A on Peerelu nienawidził. Nasze kontakty były coraz rzadsze, a w 1968 roku zmarł. Miałam 20 lat i znów zostałam bez ojca.

Ale z mamą.
– 
I, prawdę powiedziawszy, przez całe życie spełniałam jej marzenia.

Dlaczego?
– 
Może przesadzam, ale bardzo kochałam mamę i chciałam, żeby była ze mnie zadowolona.

Chciała, żebyś została aktorką?
– 
Nie wiem, ale bardzo kochała teatr, głównie balet, operę, operetkę. Kino też kochała. Zaczęła dużo oglądać jeszcze w Niemczech. Uwielbiała Danusię Szaflarską i kiedy się dowiedziała, że Jerzy Duszyński nie jest jej mężem, tylko Hanki Bielickiej, nie mogła tego przeżyć. Gdyby wiedziała, że dzisiaj siedzę z Danusią w jednej garderobie to byłaby przeszczęśliwa.

To mama zabrała cię pierwszy raz do teatru?
– 
Najpierw chciała mnie zapisać do Baletu Parnella, ale Feliks Parnell spojrzał na mnie i powiedział: „Wykluczone, ona jest za chuda”, więc mama – która ponownie wyszła za mąż i chciała mieć chyba więcej czasu dla siebie i męża – zapisała mnie do kółka teatralnego w Młodzieżowym Domu Kultury.

Gdzie wtedy mieszkałyście?
– 
Najpierw na Bałutach, w typowej łódzkiej kamienicy bez łazienki i bieżącej wody. W podwórzu była wygódka, a piec opalało się węglem. Potem przeniosłyśmy się do Śródmieścia i to był haj lajf. Łódź w tym czasie, czyli w latach 60., była cudowna, pełna życia, kolorowa. Chodziłam do super liceum, miałam świetnych nauczycieli, wspaniałych kolegów i koleżanki. Miałam też moje kółko teatralne i zaczęłam intensywnie chodzić do teatru, kochając się oczywiście w rozmaitych aktorach.

Jak było w kółku teatralnym?
– 
Na początku niełatwo, bo się bardzo wstydziłam, ale chodziłam tam, bo tak chciała mama. Z czasem zaczęłam się wciągać, co się skończyło tym, że zamiast na paleontologię lub etnografię, jak planowałam, poszłam studiować aktorstwo w łódzkiej Szkole Filmowej. Mama cię cieszyła, tato był niezadowolony, bo „wiadomo, co to za towarzystwo, ci aktorzy”. Dostałam się za pierwszym razem i natychmiast znalazłam sobie najfajniejszego chłopaka na roku – Romka Talarczyka, z którym spędzałam niemal cały czas. Po pierwszym roku wywalono mnie ze studiów.

Za co?
– 
Miałam tylko jedną dwójkę z tempa i oddechu, i w zasadzie, gdybym o to zabiegała, to bym została w tej szkole. Ale nie spotkałam tam wtedy żadnej indywidualności wśród nauczycieli, wiec szkoła okazała się rozczarowująca.

Co z miłością do teatru?
– 
Kwitła nieustająco, ale nie za sprawą Filmówki tylko Henryka Tomaszewskiego. A było tak, że pod koniec liceum pojechaliśmy na klasową wycieczkę do Wrocławia. Rutynowy program: Rynek, Zoo, teatr. Kiedy wieczorem weszliśmy już ledwo żywi do teatru, pomyślałam, że w końcu odpocznę po tym intensywnym dniu zwiedzania i się zdrzemnę. Gaśnie światło, podnosi się kurtyna i… oszalałam!

Co zobaczyłaś?
– 
„Ogród miłości” Henryka Tomaszewskiego. Boże, jakie to było wspaniałe!

Henryk Tomaszewski, legendarny tancerz, mim, choreograf, pedagog, reżyser, założyciel Wrocławskiego Teatru Pantomimy to znakomity kandydat na wielką teatralną miłość.
– 
Ale jak! On spełnił moje marzenia, kochałam jego i tworzony przez niego teatr. „Ogród miłości” był doznaniem, które mnie zupełnie zmieniło. Naprawdę. Oglądałam potem wszystko, co Tomaszewski zrobił.

Miłość prywatna też kwitła?
– 
Pobraliśmy się z Romkiem i niedługo potem urodziła się nasza córka Kasia. To nie był łatwy czas. W 1968 roku Romka wzięto do wojska, z Polski wyrzucano kolejnych moich kolegów z liceum za to, że byli Żydami (po latach odnalazłam kilku z nich w Izraelu), a ja musiałam znaleźć pracę po relegowaniu z Filmówki.

Znalazłaś ją w łódzkim Teatrze Lalek „Arlekin”.
– 
Bo mama mojej koleżanki była jego dyrektorką administracyjną. Poszłam tam na zasadzie: o Jezu, lalkarze i te ich lalki, no dobra, trzeba gdzieś pracować. I od razu zachwyciłam się tym miejscem totalnie. Poznałam cudownych, utalentowanych ludzi, pasjonatów. Oni tym lalkom naprawdę dawali życie. Byłam tam adeptką, zdałam potem egzamin eksternistyczny i dostałam dyplom aktorki-lalkarki. Wciągnął mnie ten lalkowy świat, nawet proponowano mi pojechanie do praskiej szkoły lalkowej na studia reżyserskie, ale gdzie mi w głowie takie rzeczy. Zdałam potem jeszcze jeden egzamin eksternistyczny – tym razem na aktorkę dramatyczną. Mąż wyszedł z wojska, skończył Filmówkę i dostaliśmy propozycję pracy w teatrze w Jeleniej Górze. Spakowaliśmy manatki i nasza trzyosobowa rodzina wyjechała z Łodzi.W Jeleniej Górze było pięknie. Dostaliśmy fajne mieszkanie. A po tygodniu do teatru wszedł nie kto inny, jak sam Henryk Tomaszewski. Zaczynał tam próby do „Legendy”.

I spełniasz swoje wielkie marzenie. Grasz u Henryka Tomaszewskiego. To był twój zawodowy debiut jako aktorki dramatycznej. Mamy jesień 1972 roku. Na scenę wchodzisz jako Rusałka.
– 
Tak, ale tak naprawdę zadebiutowałam na scenie w Teatrze Młodego Widza w domu kultury w Łodzi w roku 1964, więc, to już 50 lat na deskach teatralnych.

Jadąc do Jeleniej Góry miałaś poczucie przenosin na prowincję?
– 
Nie, zupełnie nie. To się zmieniło kiedy weszłam do teatru, tam rzeczywiście pracowali aktorzy prowincjonalni.

Co to znaczy?
– 
Byli to poniekąd – poza nielicznymi wyjątkami – ludzie niezrealizowani, podejrzliwi, mający za złe młodemu człowiekowi to, że jest młody. Nie byli partnerscy, grali od ściany do ściany – oczywiście zawsze w ten sam sposób. Generalnie było tam nieświeżo. Ale na szczęście szybko się to zmieniło wraz z przybyciem kolejnych reżyserów, bo prowincjonalność to nie jest kategoria geograficzna, ale mentalna.

Chyba, że z perspektywy Warszawy.
– 
To prawda. Z Warszawy wszystko jest prowincją, a już na pewno było wtedy, w latach 70., bo aktorzy warszawscy grali nie tylko w teatrze, ale w kinie, w telewizji, w radiu. Myśmy dostępu do tego właściwie nie mieli.

Jak ci się pracowało z Tomaszewskim?
– 
Wspaniale, to była prawdziwa szkoła. Do tej pory, kiedy wchodzę na scenę, mówię sobie: „Pamiętaj – śpiewasz i tańczysz”. Bo pan Henryk nauczył mnie, że to, jak się poruszam, co robię z ciałem, jest tak samo ważne, jak to, co i jak mówię.Ważne było też dla mnie spotkanie ze Wandą Laskowską, która dała mi dużą rolę „Rachunku nieprawdopodobieństwa” Jerzego Jurandota. Mogłam się wtedy pokazać na scenie, no i praca z Wandą była niezwykła.

Kolejnym ważnym reżyserem był dla ciebie Krzysztof Pankiewicz.
– 
Dzięki niemu stałam się aktorką. Obsadził mnie w roli Stelli w „Przy drzwiach zamkniętych” Jean-Paul Sartre’a. To był rok 1975 i tam się pojawiła, chyba jedna z pierwszych w polskim teatrze, nagość na scenie. Nie w Warszawie, ale w Jeleniej Górze! Ja leżałam nago na kanapie, a mój kolega Maciej Staszewski – grający Garcina – wygłaszał, też kompletnie nagi, swój monolog. To była mała scena więc widownia siedziała na wyciągnięcie ręki. Wyobraź sobie jak reagowały zwiezione spod jeleniogórskich wsi i miasteczek gospodynie domowe. Zasłaniały oczy, chichotały. Ale nasze obnażenie się na scenie to był pikuś wobec tego jakie piekło relacji międzyludzkich pokazaliśmy w tym spektaklu.

Dlaczego, dzięki temu spektaklowi stałaś się aktorką?
– 
Podczas prób czułam nieustannie, że Krzysztof jest ze mnie niezadowolony, że coś jest nie tak. Bardzo mnie to denerwowało i podczas trzeciej próby generalnej, chyba z tej złości, coś we mnie pękło – stałam się graną przez siebie postacią. Jakby dybuk we mnie wstąpił.

Piękna chwila.
– 
Jednocześnie trudna, bolesna. Ale tylko taki teatr mnie interesuje. Dlatego uwielbiałam zawsze aktorów Starego Teatru w Krakowie, którzy swoimi kreacjami służyli spektaklom. Gwiazdorskie aktorstwo, dominujące na scenach warszawskich, nigdy mnie nie pociągało, bo ja muszę uwierzyć w to, co dzieje się na scenie. Chcę, żeby coś we mnie skruszało, zostało naruszone, chcę przeżyć katharsis. Do tego służy teatr! I to nie musi być, od razu mówię, wielki spektakl Luka Percivala czy Alvisa Hermanisa. Widziałam monodram „Uwaga! Złe psy” Małgosi Rożniatowskiej, na którym mi pękło serce. Trochę się wstydzę, że tak ci to opowiadam.

Pięknie opowiadasz o teatrze.
– 
Bo ja teatr kocham. On mnie nigdy nie zawiódł. To jest miłość bezinteresowna. Tyle od teatru w życiu dostałam, że aż sama nie mogę w to uwierzyć. Alina Obidaniak, która kierowała naszym teatrem w Jeleniej Górze, bardzo dbała o rozwój sceny. W 1976 r. pojechaliśmy w tournée po Ameryce Środkowej i Południowej. Byliśmy w Wenezueli, Panamie, Kostaryce, Kolumbii. Pierwszy raz wyjechałam za granicę, pierwszy lot samolotem, szał. Pokazywaliśmy tam „Don Juana” Molièra w reżyserii Pankiewicza. Grałam Elwirę i kiedy stałam na scenie Teatro Nacional de Venezuela w Caracas modliłam się: „Panie Boże, spraw, żeby przyjechał tu Henryk Tomaszewski, niech oni zobaczą jego wspaniały teatr”. Wracamy do Polski. Dzwoni telefon do teatru. W słuchawce słyszę głos Tomaszewskiego: „Pani Mario, mamy wyjazd z «Przyjeżdżam jutro» do Meksyku i Wenezueli. Potrzebuję zastępstwa. Czy pani może?”. Odpowiedziałam spokojnie: „Oczywiście, panie Henryku”. Po czym odłożyłam słuchawkę, wbiegłam do teatralnego bufetu i krzyczałam: „Ludzie! Ludzie! Lecę z Tomaszewskim do Ameryki! Ludzie!”. I kiedy ponownie stanęłam na scenie Teatro Nacional i uświadomiłam sobie, że jestem tam z moimi ukochanymi aktorami, w moim ukochanym spektaklu, w reżyserii mojego ukochanego Tomaszewskiego, to łzy ciekły mi po policzkach.

Znowu samo przyszło.
– 
Nie wiem, jak to się dzieje, ale rzeczywiście tak jest. A zaraz potem w naszym teatrze zjawił się młody student reżyserii Krystian Lupa i szybko żeśmy się zaprzyjaźnili, bo Krystian nie był moim mistrzem, tylko kolegą. Ale oczywiście od razu było widać, że to niezwykła osobowość.

Na czym ta niezwykłość polegała?
– 
Na ponadprzeciętnej inteligencji, otwartości, atrakcyjności. Miał wiedzę nieporównywalnie większą od naszej. Imponował wszystkim swoją znajomością muzyki, sztuki, literatury. Nawet, kiedy jechaliśmy na wakacje, to musieliśmy coś tworzyć. Nie można było po prostu leżeć i nic nie robić. A potem oglądałam te jego wszystkie spektakle w Starym Teatrze w Krakowie i zobaczyłam mistrzostwo Krystiana w całej okazałości.

A był czas na życie poza teatrem?
– 
Nie bardzo, siedzieliśmy w nim od rana do nocy.

Aktorskie małżeństwo kwitło?
– 
Aktorskie małżeństwo się rozpadło, bo nie byłam robiącą na drutach żoną przy mężu, nie stałam w jego cieniu.

Zazdrościł żonie?
– 
Nie, historia była inna. W naszym życiu pojawiał się artysta, którego oboje uwodziliśmy. I pomimo tego, że Romek powinien zwyciężyć, wygrałam ja.

Dlaczego zdecydowałaś się wyjechać z Jeleniej Góry?
– 
Zdecydowały sprawy osobiste i zawodowe. Czułam, że ten rozdział trzeba już zamknąć. Najpierw było Opole (Teatr im. Jana Kochanowskiego), potem Poznań (Teatr Polski i Teatr Nowy) i w końcu z grupą Janusza Wiśniewskiego przyjechałam do Warszawy.

W międzyczasie zmienił się system. Socjalizm został zastąpiony przez kapitalizm.
– 
I nie bardzo umieliśmy się w nim odnaleźć. Człowiek całe życie tułał się po teatrach, mieszkał w domach aktora, żył sztuką i nagle się orientuje, że nie ma mieszkania, nie ma oszczędności, rodziny porozsypywane, czterdziestka przekroczona. W Warszawie przeżyłam wtedy kilka bardzo trudnych lat. Zaczęło mi brakować pieniędzy, więc wspierali mnie dzielnie przyjaciele zza granicy. Ale jak długo tak można? W pewnym momencie zaczęłam głośno krzyczeć: „Ludzie! Pomóżcie!”. I pomogli. Olga Stokłosowa spytała mnie czy nie chciałbym popracować jako asystentka Janusza Stokłosy (to było zaraz po wielkim sukcesie „Metra”). Poszłam więc do pracy do Teatru Studio Buffo jako sekretarka. Ale bycie po drugiej stronie sceny uwierało i wtedy zaczęłam współpracę z Henrykiem Baranowskim. To z nim w 1995 roku wkroczyłam do Teatru Rozmaitości, w którym jestem do dzisiaj.

Pamiętasz dzień, w którym tam weszłaś?
– 
Bardzo dokładnie. Usiadłam na widowni i pomyślałam sobie, że łódź przybiła do brzegu, że to będzie mój dom.

Ten dom stanie się niebawem najgorętszym teatrem w Polsce. Wkroczy to niego młody absolwent reżyserii krakowskiej PWST Grzegorz Jarzyna. Maczałaś w tym swoje palce.
– 
Od lat byłam zaprzyjaźniona z Krakowem i często tam jeździłam. Wtedy też zobaczyłam jeden z egzaminów reżyserskich Grzegorza i się zakochałem. Pomyślałam, że to musi być niesłychany artysta, człowiek wielkiej wyobraźni. Niedługo potem ówczesny dyrektor Rozmaitości Bogdan Słoński i zaprosił Grześka do nas. Tak zaczęła się nasza wielka przygoda.

Ta wielka przygoda rozpoczęła się dokładnie 18 stycznia 1997 roku. Wtedy na deskach dwóch warszawskich scen swoje premiery dają równocześnie reżyserzy – rewolucjoniści. W Teatrze Dramatycznym „Elektrę” wystawił Krzysztof Warlikowski, a w Teatrze Rozmaitości Grzegorz Jarzyna zrobił „Bzika tropikalnego”, w którym grasz Tatianę. Czułaś wtedy, że idzie nowe?
– 
Nie, jedyne co czułam to wielkie szczęście, bo nie tylko grałam z „Bziku tropikalnym”, ale także asystowałam Grześkowi. To była wielka przyjemność, choć z momentami krytycznymi. Grzegorz konsekwentnie egzekwował swoje pomysły testując cierpliwość dyrekcji, a ja byłam jak ta kura chroniąca jajko. W końcu daliśmy premierę odnosząc wielki sukces. Kochaliśmy to grać, to był nasz ukochany „Bzikuś”. I Grześka też żeśmy pokochali.

A on rok później, w wieku 30 lat, został dyrektorem artystycznym Rozmaitości.
– 
Zupełnie się tego nie spodziewaliśmy. Pamiętam, że zaprosił cały zespół na spotkanie i powiedział, jaki teatr chce robić. Zaczęła się rewolucja i rok później dołączył do nas Krzysztof Warlikowski.

Kolejny ważny reżyser, z którym pracujesz.
– Zaczęliśmy pracę nad „Hamletem” i to było magiczne. Jacek Poniedziałek grał go genialnie, bo grał siebie. Jego Hamlet był gejem poszukującym swojej tożsamości. Kiedy mówił do Ofelii, że by szła do klasztoru, bo on jej nic nie dał – nie kłamał. To robiło wielkie wrażenie było bardzo przejmujące. Zobacz, znów się wzruszam. Ale to i tak nic w porównaniu z „Bachantkami”, które uważam za najwspanialszy spektakl Krzyśka. On przeniósł tego Eurypidesa na scenę nie uroniwszy ani kropli. To było fenomenalne, transowe, odlotowe. I w tym wszystkim my – trzy baby, jako chór: Magda Kuta, Staszka Celińska i ja. Ostatnio byłam na egzaminie w szkole teatralnej i Tomek Cyz użył muzyki z „Bachantek”. Aż się zerwałam by wejść na scenę. Chciałam krzyknąć: „Dziewczyny! Magda! Stasia! Wchodzimy!”. Tak to we mnie siedzi do dzisiaj.

Mówisz, jak natchniona.
– 
Bo ja jestem bachantką!

Może powinnaś uczyć w szkole teatralnej?
– 
Nie chciałbym nigdy uczyć, bo sama chce się uczyć. Uczę się od młodych i nie mam zamiaru przestać. Do końca życia. Danusia Szaflarska, która ma 99 lat, też to robi. To metoda na to, żeby ciągle być żywym. Trzeba iść za młodymi i chaps! – wbijać ząbki w młode ciałka. Oczywiście metaforycznie.

To wcale nieczęsta postawa wśród starszych aktorów.
– 
Bo najłatwiej się zamknąć i mówić, że to nowe to nie teatr. My jesteśmy wspaniali w naszej twierdzy. A ja lubię u wszystkich. I u Lupy, i u Jarzyny, i u Cywińskiej, i u Glińskiej. Podziwiam Jacka Poniedziałka, że przestał grać tylko w spektaklach Krzysia Warlikowskiego, że pozwala sobie na skoki w bok i gra na przykład w „Weekendzie z R.” w Och-Teatrze. Świetnie się na tym bawiłam.

Rzeczywiście, znakomita farsa.
– 
No właśnie. Dlaczego nie? Można robić dobrze różny teatr. Jest tylko jeden warunek – trzeba to robić z pasją. Wiesz jak ja się ucieszyłam, kiedy Iza Cywińska zaproponowała mi w zeszłym roku zagranie w „Babie Chanel” w Teatrze Polonia? Jaka to przyjemność spotkać się na scenie z Dorotą Pomykałą czy Elą Jarosik. A potem wracam do siebie, to TR, gdzie robimy inny teatr.

Kiedy w TR doszło do rozłamu i Krzysztof Warlikowski odszedł z częścią zespołu i założył swój Nowy Teatr byłaś jedną z nielicznych osób, które powiedziały wprost, że to bardzo dobrze.
– 
Bo Grzesiek i Krzysiek to zbyt wielkie osobowości na tak mały teatrzyk jak nasz. Obaj zasługiwali na to by mieć własne teatry, własne zespoły. Oczywiście to rozstanie było dla nas bardzo bolesne, bo my aktorzy zostaliśmy jak te dzieci rozwodzących się rodziców. Rozbita rodzina.

Nie miałaś wątpliwości, że zostajesz?
– 
Żadnych.

Jesteś szczęściarą?
– 
W teatrze – tak. Henryk Tomaszewski spełnił wszystkie moje marzenia. Reszta to bonusy.

Nie miałaś większych ambicji zostania wielką gwiazdą?
– 
A co to znaczy być wielką gwiazdą? Dla mnie teatr to było przede wszystkim spotkanie z fascynującymi ludźmi, a nie miejsce realizacji jakichś gwiazdorskich planów. Zawsze obchodzili mnie ludzie, nie sława.

Trudne jest funkcjonowanie z takim podejściem w skrajnie przecież egotycznym świecie teatralnym?
– 
Nie, pod warunkiem, że spotykasz na scenie prawdziwych partnerów, którzy nie grają na siebie, ale na spektakl. Taką wspaniałą partnerką jest na przykład Ola Konieczna. Albo ostatnio robiłam Teatr Telewizji z Krzysztofem Stroińskim. Boże, jak to była frajda z nim grać!

Żałowałaś kiedyś, że zostałaś aktorką?
– 
Czasami, kiedy moje życie osobiste wyglądało nieciekawie. Moja córka Kasia notorycznie oskarżała teatr o rodzinne niepowodzenia, wpychała mnie w poczucie winy. Nigdy mi nie wybaczyła tej artystycznej tułaczki.

Dlaczego?
– 
Bo w Jeleniej Górze ja byłam królową i ona była królową. Mieszkałyśmy w domu aktora, gdzie toczyło się kolorowe życie. Nagle, decyzją o wyprowadzce do Opola, wyrwałam ją z tego otoczenia. Potem przeniosłyśmy się do Poznania, następnie do Warszawy – i wtedy Kasia protestowała już najgłośniej.

A miała do ciebie pretensje, że wychowuje się – podobnie jak kiedy ty – bez ojca?
– 
O to akurat nigdy, bo bardzo zabiegałam, by Kasia miała z ojcem jak najlepsze relacje. Zamieszkała z nim nawet na jakiś czas w Gdyni, ale szybko chciała wracać do mojego szalonego świata. Miałam oczywiście poczucie winy wynikające z tego, że zawsze wieczorem, kiedy być może inne matki czytały dzieciom bajki do snu, ja wychodziłam do teatru. Ale taki wybrałam zawód i nie ma co ukrywać, że życie teatralne kolidowało nieraz z naszym życiem rodzinnym.

Jacek Sieradzki napisał o tobie w jednym ze swoich „Subiektywnych spisów aktorów”: „Jest w ansamblu Rozmaitości etatową matką-kumpelą”.
– 
Może dlatego, że jestem bez skóry, nie buduję dystansu, lubię ludzi.

W filmach też grasz matki, opiekunki, pielęgniarki, wychowawczynie.
– 
Bo jest we mnie jakaś macierzyńska energia.

W grudniu 2009 roku ukazał się w „Wysokich Obcasach” wywiad z twoją córką Katarzyną Talarczyk, któremu towarzyszyła modowa sesja zdjęciowa. Kasia była już wtedy bardzo chora, właściwie umierała na raka, który zabił ją pół roku później. W rozmowie z Katarzyną Bosacką – pełnej humoru i pozytywnej energii – Kasia mówi, że kiedy zachorowała, bardzo się poprawiły wasze relacje.
– 
To prawda, bardzo. Zaczęłyśmy się świetnie rozumieć przechodząc wspólne przez jej chorobę, nieustanną walkę o życie.

Długo to trwało?
– 
Dwa lata.

Piekło?
– 
Też, ale było wokół nas dużo miłości. Wspierałam Kasię jak mogłam, a mnie wspierał teatr. Próby do „Metafizyki dwugłowego cielęcia” Michała Borczucha ratowały mi życie. Dużo zawdzięczam Adasiowi Woronowiczowi, który jako człowiek mocno wierzący potrafił ze mną normalnie rozmawiać. Patrzeć, jak cierpi i umiera twoje dziecko to jest coś niewyobrażalnego. Świat się wali.

Krystyna Janda opowiadała, że kiedy zmarł jej mąż Edward Kłosiński to tego samego dnia, wieczorem, musiała stanąć na scenie i zagrać spektakl.
– 
Jestem jej bardzo wdzięczna za monolog, który wygłasza w „Tataraku” Andrzeja Wajdy. Krystyna Janda mówiła o swoje tragedii w sposób tak ludzki, naturalny, że to mi pomogło.

„Umarł tak, żebym zdążyła na spektakl” – mówi w tym monologu Janda.
– 
Bo ważny jest jak najszybszy powrót do normalności, do przyjaciół, do pracy. Kiedy wróciłam ze spopielarni, przez chwilę byłam sama. Żeby nie zwariować, zaczęłam kroić mięso na stypę. Wtedy wpadł do mnie Eryk Lubos i mnie po prostu przytulił. Rozumiesz, nic więcej, tylko mnie mocno przytulił. Za to jestem mu wdzięczna, bo takie gesty pomagają człowiekowi pójść dalej. Przeszłyśmy jakoś przez to razem – ja i moje wnuczki Julia i Daria. Dzisiaj jest też z nami Franio, mój prawnuk.

A partner jest?
– 
Mam kotkę Wandzię, bo nie chcę już inwestować uczuciowo w żadnego kocura.

_____

Rozmowa ukazała się w „Wysokich Obcasach” 24.08.2014 r.

_____

© Mike Urbaniak | Fot. TR Warszawa

Zwykły wpis