ZAPOWIEDZI

Ostatni sezon

Koniec z lewactwem i hochsztaplerstwem nowego teatru! Koniec z pedałami, gołymi dupami, cyckami i dyndającymi bezwstydnie męskimi członkami! Koniec z wagonami krwi i mamrotaniem do mikroportów! Koniec z próbami bez tekstu i haniebnym gmeraniem w dramatach ukochanych autorów! Koniec z irytującą wszechobecnością kamer i improwizacjami! Koniec z atakami na święte dla Polaków wartości i symbole! No pasaran! Non possumus! Auf wiedersehen zdradzieckie mordy!

Tak mniej więcej można podsumować polityczną narrację niedawno zakończonego sezonu, w którym polska prawica (PiS, PO i PSL) postanowiła rozprawić się ze swoim największym wrogiem w świecie polskiej kultury, czyli teatrem. I, trzeba przyznać, poszło jej to całkiem nieźle. Najlepsze sceny padały pod prawackim naporem jedna po drugiej, dlatego dzisiaj teatralna mapa polski nie wygląda tak, jak jeszcze rok temu. Na oceanie teatralnej konfekcji ostało już tylko kilka wysp najlepszego teatru (gdzie teraz będą jeździć krytycy niepokorni?), który przez ostatnie dwadzieścia lat, od czasu pamiętnego przewrotu styczniowego 1997 roku, nadawał ton scenicznemu życiu Polski i przyniósł naszemu krajowi zagraniczną sławę oraz niekwestionowaną pozycję lidera.

Za chwilę rozpocznie się sezon teatralny 2017/18, który nazywam ostatnim sezonem. I nie tylko dlatego, że być może w ciągu najbliższych miesięcy Polska stoczy się otchłań autorytarnych rządów i jedynej słusznej, koncesjonowanej przez rząd polityki kulturalnej pod patronatem towarzyszy z komisariatu ludowego ds. kultury i dziedzictwa narodowego. Ale też dlatego, że coś się w polskim teatrze kończy na bardzo wielu poziomach: artystycznym, organizacyjnym, finansowym i pokoleniowym. Dobiegają końca dwie heroiczne dekady polskiego teatru (1997-2017) i nikt nie wie, co będzie dalej.

Tymczasem ostatni sezon jest nadal pełen podniecających planów, choć w coraz mniejszej liczbie teatrów. Sceny, które nadal warto odwiedzać można policzyć na palcach obu rąk i jedną trzeba poświęcić na Warszawę, co jeszcze niedawno było nie do pomyślenia. Stolica wyrosła bowiem w ciągu ostatniego roku na prawdziwą potęgę przyciągającą aktorskich rozbitków z niszczonych scen innych miast. Mamy więc teraz warszawską mocną czwórkę (Nowy Teatr, STUDIO teatrgalerię, TR Warszawa i Teatr Powszechny) z mającym coraz większe ambicje Teatrem Żydowskim i każdego roku lepszą Komuną Warszawa, a w interiorze już tylko kilku ostańców: Teatr im. Stefana Żeromskiego w Kielcach, Teatr Dramatyczny w Wałbrzychu i Teatr Polski w Poznaniu oraz kilka scen, które mają jeszcze od czasu do czasu siłę i chęć na małe szaleństwa, czyli Teatr Zagłębia w Sosnowcu, Teatr im. Juliusza Osterwy w Lublinie i Teatr Śląski w Katowicach. Oto mój homo-lewacko-syjonistyczno-zdradziecko-antypolski przewodnik po ostatnim sezonie.

Świetnie zapowiadają się najbliższe miesiące w Nowym Teatrze w Warszawie pod kierownictwem Karoliny Ochab i Krzysztofa Warlikowskiego. Pierwszą premierą pierwszego września będzie pierwsza cześć pierwszej księgi Biblii. Tak, to nie żart. Całą Księgę Rodzaju („Biblia. Rdz 1-11” to pełny tytuł pierwszego spektaklu) w trzech odsłonach (wrzesień, grudzień, kwiecień) wystawi Michał Zadara – reżyser uwielbiający przenosić na scenę książki, o których wszyscy mówią, ale nikt ich nie przeczytał. 1 września zobaczymy więc przedstawienie opowiadające historię od stworzenia świata do budowy Wieży Babel przeznaczone dla widzów od lat sześciu w górę. Jeśli  ta premiera zakończy się sukcesem, Nowy będzie miał w swoim repertuarze aż pięć fajnych spektakli dla dzieci i młodzieży, czym nie może się pochwalić żaden teatr dramatyczny w Polsce.

Na listopad planowana jest premiera „Procesu” Franza Kafki w reżyserii Krystiana Lupy. To miał być spektakl Teatru Polskiego we Wrocławiu, ale próby do niego zostały przerwane z powodu postępującej morawizacji (dzisiaj ta czołowa niegdyś scena jest pośmiewiskiem teatralnego świata). I oto zdarzył się cud, cztery stołeczne teatry (Nowy, TR, Powszechny i STUDIO) ze wsparciem europejskich partnerów postanowiły wspólnie wyprodukować „Proces”, w dodatku z tą samą obsadą. Co tu dużo gadać, to jedna z najbardziej wyczekiwanych premier sezonu, która będzie później grana w paryskim Odéon Théâtre de l’Europe.

W lutym na Madalińskiego wraca Krzysztof Garbaczewski i weźmie się za „Ucztę” Platona, którą chce połączyć z jego „Obroną Sokratesa” i zapytać w jakim stanie dzisiaj jest demokracja. W marcu pod tym samym adresem zobaczymy nowy spektakl Anny Karasińskiej, a w czerwcu Krzysztofa Warlikowskiego. Dyrektor artystyczny Nowego zmienił pierwotny plan i wyreżyseruje „Pakujemy manatki” Hanocha Levina, sztukę, w której właściwie każdy bohater stoi nad grobem. Nie wspomnę już nawet o wymowie tytułu w kontekście obecnej sytuacji politycznej w Polsce. Niedługo wszyscy chyba spakujemy manatki.

Nie zawiodą się na Nowym wielbiciele tańca, bo teatr postanowił jeszcze mocniej zaangażować się w produkowanie i pokazywanie spektakli opartych na ruchu. Tanecznym programem zarządzać będzie od tego sezonu Joanna Leśnierowska (brawo!), a warsztaty taneczne dla młodszych i starszych poprowadzą Maria Stokłosa i Marta Ziółek. Na scenę Nowego wkroczą niebawem Iza Szostak, Renata Piotrowska czy Paweł Sakowicz.

Transfery: Do zespołu Nowego Teatru dołączają najmłodsze gwiazdy Starego Teatru Jaśmina Polak (w zespole jest jej brat Piotr Polak) i Bartosz Bielenia.

TR Warszawa, który zawiadywany przez Grzegorza Jarzynę i Romana Pawłowskiego wyspecjalizował się ostatnio w produkowaniu spektakli za pięć złotych, postanowił w nadchodzącym sezonie wystawić w końcu coś powyżej tej kwoty i zaprosić nas na kilka smakowicie zapowiadających się premier.

Na pierwszą powędrujemy 6 października. Będzie to przedstawienie na motywach monumentalnej pięciotomowej autobiograficznej i uznanej powszechnie na arcydzieło „Mojej walki” Karla Ove Knausgårda w adaptacji Tomasza Śpiewaka i reżyserii Michała Borczucha. Dwa miesiące później, 8 grudnia, udamy na nowy spektakl René Pollescha, a wczesną wiosną Konstantin Bogomołow wystawi w Rozmaitościach „Mistrza i Małgorzatę” Michaiła Bułhakowa.

Od jesieni do wiosny TR we współpracy z Muzeum Polin będzie też kontynuował projekt „Obcy w domu. Wokół Marca ‘68”. Jego pierwszy etap zakończył się wybraniem w lipcu pięciu duetów (Aleksandra Jakubczak i Krzysztof Szekalski, Grzegorz Jaremko i Łukasz Wojtysko, Patrycja Kowańska i Bartosz Ostrowski, Marta Nawrot i Jagoda Wójtowicz, Jędrzej Piaskowski i Hubert Sulima), które przez najbliższe miesiące będą rozwijały swoje pomysły na dzieło o Marcu, aż w końcu zwycięska para zrobi w TR przedstawienie.

Transfery: Do zespołu, jak głosi plotka, ma dołączyć Małgorzata Gorol (kolejna ucieczka ze Starego), a w obsadzie u Borczucha jest Halina Rasiakówna (do niedawna czołowa aktorka Teatru Polskiego we Wrocławiu).

Teatr Powszechny po kierownictwem Pawła Łysaka i Pawła Sztarbowskiego dał ostro do pieca w zeszłym sezonie i stał się najgłośniejszym teatrem IV RP. A co nam ta rozgrzana do czerwoności scena zaserwuje w nadchodzącym sezonie?

Teatr zaczyna 30 września od premiery „Mefista” w reżyserii Agnieszki Błońskiej. Potem, 11 listopada (data, jak rozumiem, nie jest przypadkowa) swój spektakl o superbohaterach pokażą Justyna Sobczyk z Jakubem Skrzywankiem. A na koniec roku, 8 grudnia, Powszechny zaprasza na „Czwartą generację” na podstawie filmów Rainera Wernera Fassbindera w reżyserii Agnieszki Jakimiak. W nowy rok Powszechny wkroczy z Cezarym Tomaszewskim i jego „Kramem z piosenkami”, w lutym Jolanta Janiczak i Wiktor Rubin zaproszą na „Nerona”, a w marcu Michała Zadara wyreżyseruje spektakl pod tytułem „Wypędzenie Żydów z Polski w roku 1968”.

Po sukcesach spektakli Mai Kleczewskiej i Anny Smolar bezdomny Teatr Żydowski pod kierownictwem Gołdy Tencer postanowił w nadchodzącym sezonie doszlusować do najlepszych i stworzył jeden z najciekawszych planów repertuarowych.

Pierwsza warta uwagi premiera będzie 11 września. Michał Buszewicz reżyseruje, oczywiście według swojego tekstu, „Kibiców” – spektakl, w którym biorą udział „aktorzy żydowscy” i kibice Legii Warszawa. Co wyniknie ze spotkania tych dwóch jakże różnych (wrogich?) światów, przekonamy się niebawem w Nowym Teatrze, gdzie spektakl będzie grany gościnnie.

Na drugą interesującą premierę wygląda „Ostatni syn” – bajka Magdy Fertacz w reżyserii Przemysława Jaszczaka opowiadająca o chłopcu, który mieszka w ukryciu i wierzy w kolorowy świat z opowieści swojej matki. Ale pewnego dnia opuszcza kryjówkę i widzi rzeczywistość rozrywaną konfliktami między wyznawcami różnych religii. Próbując zrozumieć dlaczego, rozmawia z napotkanymi po drodze Żydem, Chrześcijanką, Muzułmaninem i Buddystką. Ciekawy jestem, co mu powiedzą. Premiera 1 października.

W listopadzie w Żydowskim będą aż dwie premiery. Za pierwszą odpowiada Maja Kleczewska, która wystawi „Golema” Gustava Meyrinka – opowieść o stworzonej przez Żydów postaci z gliny, która ożywiona miała ochraniać nieustannie zagrożoną społeczność. Za drugą odpowiadają Weronika Murek (tekst) i Jędrzej Piaskowski (reżyseria). Zajmą się Wierą Gran, legendarną pieśniarką, której życiorys jest punktem wyjścia do skonstruowania scenicznej fantazji o związkach sztuki z walką o przetrwanie za wszelką cenę oraz pozycji artysty wobec opresyjnej władzy.

W marcu na spektakl o Marcu ’68 zaprosi Anna Smolar (wysyp marcowych przedstawień spowodowany jest przypadającą w przyszłym roku 50. rocznicą Marca ’68), ale zrobi to z zupełnie innej strony, niż praktykowano to dotychczas. Smolar – urodzona i wychowana w Paryżu córka marcowych emigrantów – pracuje nad przedstawieniem, które oddaje głos drugiemu pokoleniu, czyli dzieciom tych, których wypędzono z Polski. Tekst autorstwa Michała Buszewicza powstanie na podstawie wywiadów z rodzicami i dziećmi, które przeprowadzam od kilku miesięcy w Izraelu, Stanach Zjednoczonych i Europie. Więcej o tych rozmowach i ich bohaterach napiszę niebawem.

W maju do Żydowskiego wkroczą Jolanta Janiczak i Wiktor Rubin, którzy przeniosą na scenę znakomitą, nominowaną do Nagrody Literackiej „Nike” autobiografię Andy Rottenberg „Proszę bardzo” (duet ma zaskakujący i jakże podniecający pomysł na to, kto miałby Andę Rottenberg zagrać, ale na razie musiałem przysiąc na grób Mieczysławy Ćwiklińskiej, że go nie zdradzę, wiec milczę jak zaklęty), a w czerwcu zobaczymy nowe przedstawienie króla musicali Wojciecha Kościelniaka. Będzie to „Lola Blau”, opowieść o młodej Żydówce, odnoszącej pierwsze sukcesy aktorce kabaretowej, która musi uciekać z Austrii po anschlussie i robi w Stanach zawrotną karierę.

Wieść gminna niesie, że w Żydowskim ma też pracować Magda Szpecht, która zainteresowała się tekstem Tomasza Śpiewaka „Polacos” o polskich Żydówkach, które pod koniec dziewiętnastego wieku sprowadzane były przez mafię do południowoamerykańskich burdeli.

W STUDIO teatrgalerii pierwszą premierą, 20 października, będzie „Dobra terrorystka” noblistki Doris Lessing w reżyserii Agnieszki Olsten, a drugą, w listopadzie, „Fallaci” – monodram Remigiusza Grzeli w reżyserii Zbigniewa Brzozy. W rolę słynnej dziennikarki Oriany Fallaci wcieli się Ewa Błaszczyk. A potem czekamy do nowego roku, kiedy to 20 stycznia powędrujemy na „Biesy” Fiodora Dostojewskiego w reżyserii dyrektorki artystycznej STUDIO Natalii Korczakowskiej. Premiera numer dwa, 17 marca, to „Kartoteka” Tadeusza Różewicza w reżyserii Radka Rychcika. A 12 kwietnia na „Srebrny sen Salomei” Juliusza Słowackiego zaprasza miłośnik polskiej klasyki Michał Zadara, który – uwaga! uwaga! – sam stanie na scenie. Dwa tygodnie później w STUDIO zobaczymy „Żaby”, przedstawienie Michała Borczucha na podstawie przepisanych przez Tomasza Śpiewaka komedii Arystofanesa i żywotów starożytnych filozofów. I na koniec sezonu, w czerwcu, do teatru wraca Arek Tworus (reżyser interesującej „Jaskini”), który będzie pracował na Scenie Modelatornia (tym razem zaaranżowanej przez Daniela Burena).

STUDIO będzie także realizowało z działającym przy Polskim Związku Głuchych Teatrem „Cisza na Scenie” projekt „Opera dla głuchych” w reżyserii Wojtka Zrałka-Kossakowskiego, muzyką Roberta Piotrowicza i librettem Adama Stoyanova i Zrałka-Kossakowskiego (polecam przy tej okazji znakomity „Jeden gest” Wojtka Ziemilskiego w Nowym Teatrze) i zaczyna współpracę z REDCAT (Roy and Edna Disney/CalArts Theater) – interdyscyplinarnym centrum sztuki w Los Angeles prowadzonym przez California Institute of the Arts. Korczakowska wyreżyseruje tam spektakl o Witkacym, patronie teatrgalerii i za rok przywiezie go do Polski.

Transfery: Ze zespołu odchodzą Agata Goral, Katarzyna Warnke i Dorota Landowska, a dołącza Dominika Biernat.

Pisząc o najciekawszych stołecznych teatrach nie można pominąć Komuny Warszawa, która biedna jest jak mysz kościelna, a ciągle produkuje mnóstwo wspaniałości. I tak 1 września zobaczymy kolejną odsłonę cyklu „Przed wojną/wojna/po wojnie” przygotowaną przez Agnieszkę Jakimiak, a 1 grudnia „Ośrodek wypoczynkowy” Michała Buszewicza i Anny Smolar – spektakl o tych, którzy w czasie polityczno-społecznej zawieruchy nie włączają się w walkę, ale uciekają w bezpieczne miejsce, udając, że nie widzą, co się wokół dzieje. Do przyjścia na tę premierę zachęca także świetna obsada w składzie Marta Ścisłowicz, Maciej Pesta, Jan Sobolewski, Sonia Roszczuk i Małgorzata Witkowska.

Po wielkim sukcesie Mikroteatru (cyklu 16-minutowych przedstawień), Komuna rusza w nowym sezonie z Makroteatrem, czyli 16-godzinnymi spektaklami w reżyserii Krzysztofa Garbaczewskiego i Wojtka Ziemilskiego oraz kolektywów Komuny i Klancyka (niech Zadara nie myśli, że tylko on umie robić spektakle, na które trzeba przyjść z kanapkami i termosem z wódką).

Na Lubelską wraca też autorka największego hiciora Komuny czyli Marta Ziółek. Jej „Zrób siebie” nadal objeżdża świat, a Ziółek z dramaturgicznym wsparciem Anki HerbutMateusza Szymanówki oraz szatańskim kolektywem w składzie Paweł Sakowicz, Robert Wasiewicz, Katarzyna Sikora, Ramona Nagabczyńska, Agnieszka Kryst i Maria Magdalena Kozłowska zabiera się za „PIXO”, by „zmagać się ze sławą, widzialnością i głodem adrenaliny w procesie transformacji ciała i wizerunku”. Jako osoba, która nie zmaga się ani ze sławą, ani głodem adrenaliny bardzo czekam na ten spektakl. Premiera 27 października.

Nikt się tak nie cieszy i nie chwali planami na nowy sezon jak Michał Kotański, dyrektor Teatru im. Stefana Żeromskiego w Kielcach. Bardzo zresztą słusznie. Udało mu się bowiem stworzyć taką repertuarową ofertę, jakiej mogą mu pozazdrościć najlepsze polskie sceny. Kotański przejął teatr rok temu po śmierci jego wieloletniego szefa Piotra Szczerskiego, który pozwalał na to, by raz w sezonie jego małe królestwo nawiedzały „zdradzieckie mordy”, „rozwrzeszczane lewactwo” i „ubeckie wdowy”, czyli krótko mówiąc najlepsi polscy reżyserzy. Obecny dyrektor postanowił nie tylko zwiększyć częstotliwość ich wizyt, ale zabrał się także w końcu za przebudowę tego kieleckiego kurnika na scenę z prawdziwego zdarzenia. Projekt wielkiej inwestycji jest coraz bardziej zaawansowany i wszystko wskazuje, że niebawem ruszy z kopyta. No, ale to nie jest tekst budowlany, więc przejdźmy do spektakli.

Na pierwszy ogień idą Jolanta Janiczak i Wiktor Rubin, którzy z „Żeromskim” są związani szczególnie mocno, i któremu przynieśli onegdaj sławę swoją znakomitą „Carycą Katarzyną”. Tym razem duet bierze się za legendarnego „Rasputina” (to tytuł ich spektaklu) i przy jego pomocy chce zadać pytania o potrzebę wiary w obliczu cierpienia i strachu. Tytułowego bohatera zagra gościnnie powracający po latach do Kielc Maciej Pesta, do niedawna aktor Teatru Polskiego w Bydgoszczy. Premiera 23 września.

Na początku grudnia, dokładnie 9, zobaczymy w końcu wielokrotnie przekładaną prapremierę „1946”, sztuki o najbardziej haniebnym wydarzeniu w powojennej historii Kielc i jednym z najbardziej bolesnych rozdziałów w historii stosunków polsko-żydowskich jakim był bez wątpienia pogrom kielecki. Tekst pisze Tomasz Śpiewak, a wyreżyseruje go Remigiusz Brzyk. Panowie pracowali wspólnie niejeden raz i efektem tej kolaboracji były zwykle bardzo udane spektakle. Miejmy nadzieję, że tak będzie i tym razem. Tym bardziej, że to przedstawienie powstaje w mieście, które co rusz rozpala kolejna awantura o pogrom (patrz: niedawny znakomity film dokumentalny Michała Jaskulskiego „Przy Planty 7/9”) i w kraju, w którym rządzący politycy i wasalne wobec nich media coraz bardziej podsycają wśród Polaków pogromowe nastroje. „1946” jest z pewnością jedną z tych najbardziej oczekiwanych premier.

Miesiąc po niej, 13 stycznia, „Żeromski” w koprodukcji ze stołecznym Teatrem IMKA zaprosi widzów na „Jądro ciemności” na motywach książki Josepha Conrada. Tekst pisze Paweł Demirski, a wyreżyseruje go oczywiście Monika Strzępka. To cieniutkie opowiadanie Conrada jest dziełem o wielkiej mocy, co udowodnił ponad wszelką wątpliwość blisko czterdzieści lat temu Francis Ford Coppola swoim obsypanym nagrodami „Czasie apokalipsy”. Do czego Strzępkę i Demirskiego zainspirowała opowieść o niewyobrażalnie okrutnym belgijskim kolonializmie w Wolnym Państwie Kongo, prywatnej własności Leopolda II, dowiemy się niebawem.

Na koniec sezonu, 23 czerwca, do Kielc po raz pierwszy w swojej karierze przyjedzie Maja Kleczewska, która zaprosi widzów do Lasu Ardeńskiego, gdyż ma zamiar – zupełnie na poważnie – wystawić słynną komedię Szekspira „Jak wam się podoba”. Artystka chce nią zadać pytanie o sens sztuki współczesnej, o której współpracujący z nią od niedawna Zbigniew Libera mówi, że „się w Polsce nie przyjęła”. Coś czuję, że śmiać się to my będziemy, ale przez łzy.

Transfery: Do kieleckiego zespołu dołączyli związany z Teatrem Dramatycznym w Płocku Jacek Mąka i absolwent PWST w Krakowie Bartłomiej Cabaj, którego kieleccy widzowie mogli oglądać z zeszłym sezonie w trzech spektaklach.

W Teatrze Zagłębia w Sosnowcu, przywróconym na mapę Polski przez Dorotę Ignatjew, artystyczne rządy objęła niedawno młoda reżyserka i teatrolożka Aneta Groszyńska, co wskazuje na chęć utrzymania w Sosnowcu ambitnego repertuaru. Co więc zobaczymy na scenie największego rywala Teatru Śląskiego w Katowicach?

Sezon otworzy „Wojna światów” Herberta George Wellsa w adaptacji i reżyserii Weroniki Szczawińskiej. Podejrzewam, że ta słynna apokaliptyczna powieść science fiction o Marsjanach podbijających Ziemię ma być pretekstem do zajęcia się tematem, który żywo porusza ostatnio artystów wszelkich dziedzin, czyli coraz większego poczucia zagrożenia wojną i tego, co ona ze sobą niesie oraz wzrastających uprzedzeń i lęków wobec obcych. W sumie, gdyby Ziemian zamienić na Polaków, a Marsjan na uchodźców, których Polacy nigdy na żywo nie widzieli, ale bardzo się ich boją, to mielibyśmy „Wojnę światów 2017” jak malowaną. Premiera 4 listopada.

Cztery miesiące później, 9 marca, widzowie będą mogli obejrzeć „Wroga – instrukcję obsługi”, spektakl dla dzieci i młodzieży w reżyserii Justyny Sobczyk. A na przełomie marca i kwietnia do Sosnowca zaprosi Maciej Podstawny (dyrektor artystyczny Teatru Dramatycznego w Wałbrzychu reżyseruje w Teatrze Zagłębia Sosnowcu, a dyrektorka artystyczna Teatru Zagłębia w Sosnowcu reżyseruje w Teatrze Dramatycznym w Wałbrzychu). To zresztą nie jedyna oznaka sosnowiecko-wałbrzyskiej kooperacji, bo 8 czerwca zobaczymy premierę koprodukowanej przez obie sceny „Duchologii polskiej” Olgi Drendy.

Transfery: Z zespołu Teatru Zagłębia do Teatru im. Juliusza Osterwy odchodzą Edyta Ostojak i Sebastian Węgrzyn, a na ich miejsce przychodzą z Teatru im. Wojciecha Bogusławskiego w Kaliszu Natasza Aleksandrowitch i dotychczasowy wolny strzelec Łukasz Stawarczyk.

Skoro już o Wałbrzychu mowa to plan tamtejszego Teatru Dramatycznego im. Jerzego Szaniawskiego wygląda następująco: 21 września będzie premiera spektaklu w reżyserii Jakuba Skrzywanka „Kiedy mój tata zamienił się w krzak” Joke van Leeuwen, dzięki której spojrzymy na świat oczami dziewczynki-uchodźcy. W październiku reżysersko zadebiutuje gombrowiczowską „Iwoną, księżniczką Burgunda” Grzegorz Jaremko. Na początku grudnia Maciej Podstawny wystawi „Lorda Jima” Josepha Conrada w koprodukcji z Teatrem Współczesnym w Szczecinie. A w nowym roku najpierw zobaczymy spektakl „Sienkiewicz Superstar” Anety Groszyńskiej, a 30 marca „Mausa” Arta Spiegelmana – sceniczną wersję jednego z najsłynniejszych komiksów świata w reżyserii debiutującego reżysersko scenografa Mirka Kaczmarka.

W Teatrze im. Juliusza Osterwy w Lublinie kierowanym przez Dorotę Ignatjew warto zwrócić uwagę na szykowaną na połowę grudnia premierę „Hindele, siostra sztukmistrza” Patrycji Dołowy w reżyserii Pawła Passiniego, bo postać Hinde Ester Singer Kreytman, siostry Izaaka Baszewisa Singera jest naprawdę fascynująca. W marcu w „Osterwie” będzie reżyserował Jędrzej Piaskowski, pod koniec sezonu Remigiusz Brzyk (tytuły się jeszcze kokoszą).

Transfery: Do zespołu dołączają z Teatru Zagłębia w Sosnowcu Sebastian Węgrzyn i Edyta Ostojak oraz Maciej Grubich, absolwent PWST w Krakowie.

I last but not least Teatr Polski w Poznaniu kierowany przez Marcina Kowalskiego i Macieja Nowaka. Ta niewielka, acz bezczelna scena sieje w wielkopolskiej stolicy coraz większy artystyczny zamęt i nie ma zamiaru zaprzestać, na co dowodem jest zaplanowana na połowę listopada premiera, o której będą mówić i pisać wszyscy. Dlaczego? Bo będzie to spektakl o samym Naczelniku, Polskim Duce, Słońcu Tatr i Jutrzence Piastowskiej Ziemi! „Czas Kaczyńskiego” (nie mylić z „Czasem apokalipsy”) wystawią Monika Strzępka i Paweł Demirski.

Polski próbuje nieustannie eksplorować lokalne tematy, więc tym razem na afisz trafi jesienią „Lekcja poznańskiego” w reżyserii Julii Szmyt – spektakl na podstawie „Szneki z glancem. Elementarza gwary poznańskiej” Elizy Piotrowskiej. Będzie też kolejna odsłona cieszącej się dużą popularnością „Extravaganzy” Joanny Drozdy i spółki.

A co w nowym roku? Same delicje. W styczniu Jakub Skrzywanek wyreżyseruje „Kordiana” Juliusza Słowackiego, w marcu „Odysa” Marcina Cecki wystawi Ewelina Marciniak, w kwietniu na „Wielkiego Fryderyka” Adolfa Nowaczyńskiego zaprasza Jan Klata, a w czerwcu na „Korczaka” Anna Smolar (czy na podstawie świetnej biografii autorstwa Joanny Olczak-Ronikier?). No, to jest plan!

Na koniec zachęcam też do zaglądania do teatrów, których repertuar na co dzień dupy nie urywa (pozdrawiam Krystynę Jandę!), ale od czasu do czasu pozytywnie zaskakuje. Na pewno nie można przegapić premiery „Króla” Szczepana Twardocha w adaptacji Pawła Demirskiego i reżyserii Moniki Strzępki w Teatrze Polskim w Warszawie. Warto się wybrać na „Szajbę” Małgorzaty Sikorskiej-Miszczuk w reżyserii Marcina Libera (13 stycznia) i spektakl taneczny Izy Szostak w Teatrze im. Aleksandra Fredry w Gnieźnie. Trzeba obejrzeć „Korfantego” z tekstem i w reżyserii Przemysława Wojcieszka (27 października) i „Kobietę pod presją” na podstawie scenariusza Johna Cassavetesa w reżyserii Mai Kleczewskiej (16 marca) w Teatrze Śląskim w Katowicach. I pewnie parę innych spektakli, o których będę informował już po wakacjach. Ahoj przygodo!

FOTO | PILNE: Krystian Lupa powiedział

Reklamy
Zwykły wpis
PORTRET

Nieśmiała dziewczynka

podroz-ziomowa_1__0413_1

Mam taką konstrukcję, że muszę upaść, żeby móc się potem pozbierać i ruszyć do przodu. Julia Wyszyńska

W Mysłowicach urodzona, w Katowicach wychowana – jednym słowem Ślązaczka. Julia Wyszyńska, rocznik 1986, była beztroskim dzieckiem, które kiedy podrosło, nie zauważyło, że czas już się stać dorosłym człowiekiem. – W liceum sporo balowałam i nie zawracałam sobie zbytnio głowy planowaniem przyszłości. Dużo za to myślała o niej moja mama – mówi aktorka. Mama, dodajmy, twardo stąpająca po ziemi psycholożka, widziała córkę w tym samym zawodzie. Mogłyby nawet praktykować razem. Nic z tego. Julia, co prawda, poszła po maturze na egzaminy na psychologię, ale testy zdała fatalnie. Uniwersytet Śląski jej nie chciał. Nie chciała jej też Państwowa Wyższa Szkoła Teatralna w Krakowie, co akurat bardzo ucieszyło mamę, uważającą aktorstwo za niepoważne zajęcie.

skapiec_2_0087

Skoro wszelkie uczelnie odpadły, Julia zapisała się do Studium Aktorskiego przy Teatrze Śląskim im. Stanisława Wyspiańskiego w Katowicach. Mama z dezaprobatą kręciła tylko głową. Wyszyńska: – Oczywiście musiałam odpokutować moje złe życiowe wybory i niezdane egzaminy, więc zmywałam, szorowałam, odkurzałam i wynosiłam śmieci. Zostałam też odcięta za karę od pieniędzy, bo skoro jestem taka mądra to mogę się utrzymać sama. To była ważna lekcja. Ale w głowie i tak miała tylko teatr. Już w harcerstwie występowała w pierwszych spektaklach, a kiedy na Ogólnopolski Festiwal Sztuki Reżyserskiej „Interpretacje” przyjechał do Katowic „Krum” Krzysztofa Warlikowskiego zupełnie oszalała. – Wtedy zobaczyłam, że teatr wcale nie musi być nudny i sztampowy, że może być nowoczesny i poruszający – wspomina.

wesele2__0148

W studium uczy się rok: – Tam bardzo dobrze przygotowano mnie do egzaminów do szkoły teatralnej. Szczególnie ceniłam zajęcia z wymowy i rytmiki. W wakacje, przed drugim rokiem, jedzie do Londynu. Trzeba zarobić na czesne. Ale wcześniej zdaje jeszcze w tajemnicy po raz drugi egzaminy na aktorstwo: do Warszawy, do Łodzi i do Krakowa. Udaje się w tym ostatnim mieście. Kiedy smaży kiełbaski na BBQ w Muzeum Historii Naturalnej (– Robota ciężka, ale trzeba było harować na szkołę), dzwonią do niej z krakowskiej PWST z dobrą nowiną. Dodzwonić się jednak nie mogą. W końcu kontaktują się z mamą i mówią, że córka została przyjęta. Mama odpowiada krótko: „To pomyłka!”.

podroz-ziomowa_1__0334

W 2006 roku Julia przeprowadza się do Krakowa, studia zaczynają z nią między innymi Mateusz Kościukiewicz i Miron Jagniewski. – Lepiej nie mogłam trafić. Świetna szkoła, świetni ludzie, świetne miasto dla studentów – opowiada. Ciągle była jednak spięta i zestresowana: – Miałam jakieś okropne blokady. Byłam nieprawdopodobnie nieśmiała. Adam Nawojczyk uważał, że nic ze mnie nie będzie, więc myślałam, że po pierwszym roku mnie wyrzucą. Nie wyrzucili. Na szczęście. Bo na drugim roku odżyła, zmieniła się nie do poznania: – Chyba mam taką konstrukcję, że muszę kompletnie upaść, załamać się, rozwalić, żeby móc się potem pozbierać i ruszyć do przodu. Tak też było w szkole.

eurydyka_mowi_0__0427

Na scenie debiutuje w 2010 roku. Do Teatru Polskiego w Bielsku-Białej zaprasza ją Ewelina Marciniak, która przygotowuje „Nowe wyzwolenie” Witkacego: – Z Eweliną znałyśmy się jeszcze ze szkoły. Kiedy zaproponowała mi tę rolę, od razu się zgodziłam, choć rozważałam także zagranie w spektaklu Szymona Kaczmarka, który szykował go w Teatrze Imka w Warszawie. Znajomi pukali się w głowę: „Jeszcze się zastanawiasz? Wiadomo, że Warszawa!”. Wybrała jednak Bielsko-Białą. Spektakl zebrał dobre recenzje, a Julia dostała za swoją rolę nagrodę publiczności na Koszalińskich Konfrontacjach Młodych m-teatr. Dobry początek.

wisniowy_sad_1__0704

Potem jedzie do Wigier, zupełnie przypadkiem. W słynnych warsztatach teatralnych organizowanych co roku przez Tadeusza Słobodzianka bierze udział jej ówczesny chłopak, a ona pływa na kajaku. – Ale tak się złożyło, że zabrakło im aktorów i wzięli mnie. Ten wyjazd zaowocował potem Słobodziankową propozycją zastępstwa w „Gardenii” w reżyserii Aldony Figury w Laboratorium Dramatu i w „Naszej klasie” w Teatrze na Woli (dzisiaj to jedna ze scen stołecznego Teatru Dramatycznego). Na Woli Julia zaczyna znów pracować z Eweliną Marciniak. Do premiery „Bohaterek” jednak nie dochodzi. Reżyserka nie chciała się zgodzić na zaproponowany przez teatr plakat, więc Słobodzianek planowaną premierę odwołał. Wyszyńska: ­– Lepiej nam wyszła z Eweliną praca nad „Medeą”, którą zrobiłyśmy w Laboratorium Dramatu. To prawda, za ten monodram aktorka znów dostała nagrodę – tym razem na Ogólnopolskim Przeglądzie Monodramu Współczesnego w Warszawie.

lalka2__0979

„Medea” pokazywana była także na Festiwalu Monodramów „Monoblok” w Gdańsku, gdzie w jury zasiadał Paweł Łysak, wtenczas dyrektor Teatru Polskiego w Bydgoszczy. – Pomyślałam, że skoro już mnie widział, to może do niego zadzwonię – uśmiecha się Wyszyńska. Zadzwoniła do zastępcy Łysaka, Pawła Sztarbowskiego. Ten powiedział, że na razie nie ma żadnej propozycji, ale jak coś będzie, to da znać. I dał. W czerwcu 2012 roku Julia zadebiutowała na deskach Teatru Polskiego w Bydgoszczy w spektaklu „Źle ma się kraj” w reżyserii Weroniki Szczawińskiej i wkrótce dołączyła do zespołu. To była dobra decyzja? – To był strzał w dziesiątkę! – odpowiada natychmiast. W rzeczy samej.

iwona_burbona_03__0165

Rok później zagrała najpierw Anię w „Wiśniowym sadzie” Czechowa w inscenizacji Pawła Łysaka, a później Elisabeth Fritzl w arcydzielnej „Podróży zimowej” Elfriede Jelinek w reżyserii Mai Kleczewskiej (koprodukcji z Teatrem Powszechnym w Łodzi). Ta doprawdy wstrząsająca kreacja przyniosła jej wielkie uznanie i nagrodę za najlepszą rolę kobiecą na XII Festiwalu Prapremier. To był jej rok. Jesienią czekała Julię ponowna praca z Eweliną Marciniak nad błyskotliwym, przepisanym przez Michała Buszewicza i cieszącym się wielką popularnością wśród widzów „Skąpcu” Moliera (grała Elizę) oraz „Wesele” w reżyserii Marcina Libera (grała Pannę Młodą). Bydgoski rozdział w karierze Wyszyńskiej zamknął spektakl „Cienie. Eurydyka mówi:” Mai Kleczewskiej z gościnnym udziałem Katarzyny Nosowskiej (koprodukcja z Teatrem Muzycznym Capitol we Wrocławiu i stołeczną Imką). Nie pograła w nim jednak długo, bo „Cienie” szybko ściągną z afisza Paweł Wodziński, nowy dyrektor Teatru Polskiego. Podobnie zresztą jak „Skąpca”, który wylądował w śmietniku zaraz po tym, jak dostał nagrodę publiczności na katowickich Interpretacjach.

kazdy_d_0077

Jesienią 2014 Paweł Łysak z Pawłem Sztarbowskim wygrywają konkurs na szefów Teatru Powszechnego w Warszawie i zabierają ze sobą z Bydgoszczy kilkoro aktorów: Karolinę Adamczyk, Michała Czachora, Mateusza Łasowskiego, Michała Jarmickiego i Julię Wyszyńską, która przez dwa lata gra spektakle zupełnie nie dla niej skrojone. Nie jest jej teatrem ani „Iwona, księżniczka z Burbona” Magdy Fertacz w reżyserii Leny Frankiewicz (gra Lolę), ani „Lalka. Najlepsze przed nami” według Bolesława Prusa w reżyserii Wojciecha Farugi (gra Kazimierę Wąsowską), ani nawet bardzo udane skądinąd przedstawienie „Każdy dostanie to, w co wierzy” według „Mistrza i Małgorzaty” Bułhakowa stworzone przez Jolantę Janiczak i Wiktora Rubina. Julia (Małgorzata) gra tam nieudany duet z Dawidem Rafalskim (Mistrz). Na uznanie zasługuje za to jej rola w „Nieznośnie długich objęciach” Iwana Wyrypajewa, choć to też nie do końca jej teatr. Wyszyńska nie gra niestety w spektaklach Mai Kleczewskiej, bo panie przestają się dogadywać.

klatwa_414

W końcu aktorka wraca do wielkiej formy odważną kreacją w „Klątwie” według Wyspiańskiego w reżyserii kontrowersyjnego Olivera Frljicia. Aktualne są jej słowa, że musi upaść, żeby się pozbierać i ruszyć do przodu. Tak ruszyła, że dwie zagrane przez nią sceny wywołały ogólnopolską awanturę i niespotykaną od lat nagonkę na teatr. Wyszyńską odsądzono od czci i wiary za scenę seksu oralnego z figurą Jana Pawła II i monolog o zbiórce pieniędzy na zabójstwo Jarosława Kaczyńskiego, w której tłumaczy widzom, że takiej zbiórki przeprowadzić nie może, bo zabrania tego polskie prawo. Ale to, co aktorka mówi ze sceny nie ma w medialnym maglu żadnego znaczenia. Spektakl, a raczej wyobrażenie o nim zaczyna żyć własnym życiem. Prawicowe media, politycy rządzącej partii, a nawet Episkopat Polski oskarżają ją i teatr o nawoływanie do przemocy i bluźnierstwo. Za „Klątwę” lanie dostają wszyscy, ale najmocniejsze razy dostaje ona – nieśmiała dziewczynka ze Śląska, która zaryzykowała dla roli cały swój aktorski dorobek i została tym samym najodważniejszą z odważnych.

CZYTAJ TAKŻE
Klątwa | recenzja
Nienasycona | rozmowa z Eweliną Marciniak
Widelcem w oko | rozmowa z Mają Kleczewską

Fot. Magda Hueckel

 

Zwykły wpis
ROZMOWA

Nie jestem panem od sceny walca

13330464_10209609679825675_1230466779_n

Z dziką wręcz radością wyginam ciało we wszystkie strony i mam nadzieję, że to się udziela widzom. Z Pawłem Sakowiczem, tancerzem i choreografem, rozmawia Mike Urbaniak

Where are you from High Speed?
– I’m from the future!

From the future?
– And from Białystok.

To zupełnie zmienia postać rzeczy.
– Tak myślałem. A naprawdę jestem poza czasem, bo jako superbohater mam zdolność rozciągania go, zmieniania, wpływania na to, co już było i na to, co będzie. Także, jak widzisz, High Speed jest poważną rolą. Mogę robić wszystko i jestem gotowy na wszystko.

Co do tego nie mam żadnych wątpliwości.
– High Speed został stworzony przez Martę Ziółek, która zaczynając pracę nad „Zrób siebie/Make Yourself” w Komunie Warszawa nadała nam wszystkim imiona. Agnieszka Kryst to Beauty, Ramona Nagabczyńska – Coco, Kasia Sikora – Lordi, Robert Wasiewicz – Glow, a Marta to Angel Dust. Nowe imiona łączą się z naszymi osobowościami i wyobrażeniem Marty o naszym performowaniu.

Twoje ci się spodobało?
– Bardzo, uznałem je za idealne. Niedawno wróciłem z Brazylii, gdzie nazwano mnie Tornado. Tornado i High Speed świetnie współgrają.

Rzeczywiście jesteś nadaktywny.
– Taką mam naturę. Działam na wysokich obrotach, mam umiejętność adaptacji i potrzebuję niewiele czasu na regenerację.

Od zawsze?
– Chyba tak. W szkole byłem kujonem, finalistą olimpiady polonistycznej i miałem najwyższą średnią w liceum. To było spowodowane naturalną chęcią zdobywania wiedzy, rozwoju intelektualnego. Dodam, że byłem lubianym kujonem. Takim, co to chcesz się z nim kumać i od czasu do czasu coś odpisać, a że ładnie piszę, łatwo było ode mnie ściągać. Dodatkowo w klasie maturalnej dostałem od taty starego opla i zabierałem po drodze kolegów do szkoły. Woziliśmy się po Białymstoku. A po lekcjach biegłem za zajęcia taneczne.

A one skąd się wzięły?
– Miałem dziesięć lat, kiedy tato zabrał mnie na turniej tańca towarzyskiego, który sponsorowała jego firma. Bardzo mi się to, co zobaczyłem spodobało i na drugi dzień byłem już zapisany na kurs.

Co ci się tak spodobało?
– Nie wiem, może współzawodnictwo między parami. Moja intensywna przygoda z tańcem towarzyskim trwała prawie dekadę, cały wolny czas poświęcałem treningom i próbom. Byłem dwukrotnym wicemistrzem Polski w tańcach latynoamerykańskich. High Speed od małego!

Robiłeś coś poza nauką i tańcem?
– Niewiele, szkoła i taniec pochłaniały prawie cały mój czas. Potem także czas siostry, która również zaczęła tańczyć – tańczyliśmy nawet w parze, a rodzice dzielnie nas w tym wspierali. Sami świetnie radzą sobie na parkiecie.

To dlaczego poszedłeś na politologię?
– Wybrałem je bez głębszej refleksji. Interesowały mnie po prostu zagadnienia związane z polityką, dyplomacją i życiem społecznym.

Co się stało z tańcem kiedy zacząłeś studiować w Warszawie?
– Umarł śmiercią naturalną. Kontynuacja wymagała jeszcze większego poświęcenia, a ja nie miałem na to ani siły, ani chęci. Byłem już zmęczony całą tą otoczką wokół tańca towarzyskiego: ciuchami, solarium, mimiką i powtarzalnością. Rozstałem się z tańcem z dnia na dzień bez wielkiego dramatu i bardzo świadomie.

Masz jakieś nagrania ze swoich występów?
– Oczywiście, może użyję ich w spektaklu rozliczającym się z tą spuścizną. Gdybym wtedy zamiast czaczą i dżajfem zajął się tańcem współczesnym, pewnie byłbym dzisiaj gdzie indziej. Z drugiej strony takie myślenie jest chyba bez sensu, bo przez dziesięć lat trenowania też się sporo nauczyłem. W każdym razie długo miałem kompleks tańca towarzyskiego.

13327624_10209609603863776_6902710523028981235_n

Po kilku latach taniec jednak do ciebie wrócił.
– Na trzecim roku wyjechałem do Londynu na Erasmusa i…

Dlaczego się śmiejesz?
– Bo teraz będzie historia, jak z amerykańskiego filmu.

Dajesz.
– No dobrze, sam tego chciałeś. Jest piękny dzień, idę sobie przez King’s Cross i widzę nagle przez okno, jak ktoś ćwiczy na sali baletowej przy drążku. Wchodzę do środka i pytam, czy nie ma zajęć dla amatorów. Zapisuję się na nie i już wiem, że kiedy wrócę do Warszawy, piszę pracę dyplomową i aplikuję od razu do London Contemporary Dance School.

Jaki był temat twojej pracy?
– „Polityczne i społeczne aspekty teatru tańca”. Teraz ty się śmiejesz! Naprawdę pozwolono mi na politologii napisać taką pracę, obroniłem ją na piątkę. Moim promotorem był dr Daniel Przastek. Dlaczego pisałem o teatrze tańca? Do dzisiaj nie wiem, ale to pokazuje jakie miałem wówczas wyobrażenie o tańcu i choreografii.

No dobrze, aplikujesz do Londynu.
– I choć nie mam licencjatu ani z choreografii, ani performansu, tylko z nauk politycznych, przyjmują mnie od razu na studia magisterskie. Dostaję ogromny kredyt zaufania, który muszę spłacić.

To było trudne?
– Pamiętam pierwsze zajęcia z klasyki. Większość była po szkołach baletowych i angażach w teatrach. Próbuję ich naśladować, ale czuję, że to mi wychodzi fatalnie. Biorę się ostro do roboty i postanawiam, że nadrobię. Łatwo nie jest, bo mam ogromne braki zarówno w warsztacie, jak i w wiedzy teoretycznej – tu włączył się licealny kujon.

Londynu by nie było, gdyby nie rodzice, którzy mi bardzo pomagali. Wspólnie zapłaciliśmy za studia, bo wtedy miałem jeszcze jakieś oszczędności, a na życie dorabiałem serwując w weekendy flat white i mimosę w Hampstead. Szlifowałem też angielski, więc oprócz dyplomu magistra, przywiozłem do Polski fake British accent.

Nie chciałeś tam zostać?
– Po skończeniu szkoły zupełnie nie wiedziałem co dalej. Mogłem zostać w Londynie jeszcze kilka miesięcy, bo byłem zaangażowany w jakiś projekt jako tancerz. Jedno wiedziałem na pewno – chcę pracować niezależnie, co wśród moich kolegów i koleżanek było odbierane jako odważna decyzja, bo większość z nich za naturalne uważała dołączenie do kompanii tanecznej. W Wielkiej Brytanii to naturalna ścieżka kariery.           

Ale rozumiem, że nie dla ciebie.
– Mnie to nie interesowało, nie chciałem być tylko wykonawcą czyichś pomysłów. Chciałem robić swoje prace. Zaaplikowałem do Instytutu Muzyki i Tańca, który przyznał mi w 2013 roku rezydencję w Uferstudios w Berlinie, gdzie rozpocząłem pracę nad „Bernhardem” – moim pierwszym solo. Tego samego lata Marysia Stokłosa zaprosiła mnie do zrobienia małej rzeczy w Centrum Sztuki Współczesnej w Warszawie. Tam pokazałem „Bajki muzyczne”.

13308466_10209609602543743_8357377719582234813_o

Zacznijmy od twojego solowego debiutu. Dlaczego zająłeś się Thomasem Bernhardem?
– Zaczytywali się nim moi przyjaciele z Berlina. Mówili, że to nie tylko świetna literatura, ale także niesamowity język. Zacząłem go czytać, pierwsze było „Wymazywanie”. Na początku pociągał mnie stosunek Bernharda do Austrii, który był podobny do mojego stosunku do Polski, ale potem górę wzięła forma jego języka. Finalnie powstało z tego solo o moim stosunku do czytania Bernharda, a nie do jego literatury jako takiej.

„Mój stosunek do Thomasa Bernharda jest dość niejednoznaczny” – to pierwsze zdanie, które wypowiadasz w spektaklu.
– Mój stosunek do książek Bernharda jest taki, że nie mogę przestać ich czytać. Mam dziwną przyjemność z czytania ich w kółko, trochę jak mantrę. Przekładając jego język na ruch, infekując jego literaturą moje ciało, pracowałem dużo z repetycją. Powstał z tego dość formalny, na końcu improwizowany spektakl.

A potem przyszły zaproszenia.
– Pierwszą osobą, która mi zaufała jeszcze przed „Bernhardem” była Ramona Nagabczyńska. Zobaczyła moje „Bajki muzyczne” w CSW i zaprosiła mnie do współpracy.

Zabawna była ta bajka. I ironiczna. Zupełnie inna od „Bernharda”.
– Wyszła mi rzeczywiście dość kampowa etiuda, co wzięło się stąd, że nie wiedziałem, jak sobie poradzić z niezbyt mi leżącym utworem Lutosławskiego, który dostałem z przydziału.

W zeszłym roku powstało twoje drugie solo – „TOTAL”.
– Dostaliśmy razem z Agnieszką Kryst rezydencję w Starym Browarze w Poznaniu, w ramach prowadzonego przez Art Stations Foundation by Grażyna Kulczyk programu Solo Projekt Plus. Każde z nas pracowało nad swoim kawałkiem.

W moim przypadku wszystko szło w bardzo różnych kierunkach: od pomysłu na taniec non stop, do pomysłu na to, że tańca nie będzie w ogóle. A wziąłem na warsztat temat wirtuozerii i wyobrażenia tego, czym w ogóle taniec jest, szczególnie w kontekście miejsca, w którym powstawał. Interesowałem się konfrontacją mnie – choreografa ze mną – wykonawcą, interesowałem się oczekiwaniami – tym, jak spektakl może być odebrany, interesowała mnie w końcu kwestia porażki – na ile mogę zaplanować to, że spektakl się nie uda. To był dla mnie długi proces myślowy. Praca nad „TOTALEM” odbywała się przede wszystkim w książkach, notatkach i mojej głowie, a głównym narzędziem była spekulacja. Tradycyjnie rozumianego tańca jest w tym spektaklu mało.

Twoje wyobrażenie o zawodzie tancerza i choreografa z czasów szkolnych pokrywa się z rzeczywistością?
– Z grubsza tak, choć myślałem, że moje życie zawodowe będzie odrobinę bardziej uporządkowane. Nie zdawałem też sobie sprawy, jak ważną jego częścią jest negocjowanie dat. Największym problemem jest to, że nie mogę być w dwóch miejscach jednocześnie.

Takie problemy mają tylko ci, którzy są zapracowani.
– Dlatego nie narzekam. Wolę mieć kłopoty z bilokacją, niż pusty kalendarz.      

Odmówiłeś komuś współpracy, mimo, że kalendarz ci na nią pozwalał?
– Zdecydowaną większość propozycji przyjmowałem. Odmowy były sporadyczny i wiązały się z tym, że nie chciałem po prostu z kimś pracować. Trudność odmawiania jest zasadniczym problemem dla kogoś, kto jest wolnym strzelcem. Nie można się zajechać na śmierć, a z drugiej strony kocham być w ruchu.

Nie da się nie zauważyć. Tydzień temu występowałeś w „Zrób siebie” w Komunie Warszawa, zaraz po byłeś na Scenie Tańca Studio w „Collective Jumps”, a ostatni weekend spędziłeś w Pszczynie, gdzie z Izą Szostak pokazywaliście „Balet koparyczny”.
– Skłamałbym, gdybym powiedziałbym, ze nie czuję fizycznego zmęczenia, ale mnie to jara.

13248363_10209609601023705_1597865501680954308_o

Każdy z tych spektakli jest w kompletnie innej stylistyce. Trudno jest ci się przestawiać?
– Trudno, ale wydaje mi się, że wypracowałem w sobie umiejętność przełączania się bez uszczerbku dla tego, co akurat robię. Inaczej bym zwariował, bo każda z tych rzeczy wymaga od mnie czegoś zupełnie innego, jest robiona na innym poziomie energetycznym. Oprócz tego, co wymieniłeś, gram cały czas „TOTAL” – najbliższy w czerwcu na Malcie w Poznaniu, a w lipcu zaczynam w KEM-ie próby z Alexem Baczyńskim-Jenkinsem, ich rezultat pokażemy na lipcowej STS. Oprócz mnie i Alexa, biorą w tym udział Ramona Nagabczyńska i Korina Kordova. Już nie mogę się już doczekać.

Pracując z choreografem czy choreografką lubisz wiedzieć gdzie wędrujecie, czy wolisz się zgubić?
– Zdecydowanie wolę drugą opcję, uwielbiam błądzić. Czuję się wtedy bardziej zaangażowany w proces powstawania. Oczywiście ważna jest wizja. Tak było, kiedy robiłem w Teatrze Dramatycznym w Wałbrzychu choreografię do „Schuberta. Romantycznej kompozycji na dwunastu wykonawców i kwartet smyczkowy” w reżyserii Magdy Szpecht. Magda wiedziała, co chce zrobić, jaki jest cel, ale drogi do niego szukaliśmy wspólnie nieraz zbaczając z obranego kursu. Mimo presji czasu, która jest w teatrze repertuarowym obecna, daliśmy sobie prawo do próby, z której nic nie wyszło, ale dzięki niej zdobyliśmy wiedzę o tym, czego na pewno nie chcemy. Nie spisuję takich prób na straty.

Teatr dramatyczny to kolejne pole twojej działalności.
– Przed „Schubertem” zrobiłem kilka mniejszych rzeczy. Z Olą Jakubczak współpracowałem przy spektaklu „Wietnam/Warszawa” w Teatrze Powszechnym, a z Magdą Miklasz przy „Mistrzu i Małgorzacie” w stołecznym Dramatycznym. Pierwszą choreografię zrobiłem w teatrze w Kaliszu do dyplomu łódzkiej Szkoły Filmowej w reżyserii Rudolfa Zioło i nie była to łatwa praca.

Ale dobrze się czujesz w teatrze, prawda?
– Bardzo, i cieszę się, że młodzi reżyserzy i reżyserki zapraszają choreografów i choreografki oraz z tego, czego od nas chcą, rozwalając przy tym dotychczasowy porządek władzy i hierarchię teatralną, w której na samym szczycie jest reżyser, a reszta to podrzędni wykonawcy jego żądań.

Mam przyjemność pracować z osobami, które nie traktują mnie jak pana od sceny walca, bo nim nie jestem. Dla mnie to jest też świetna szkoła współtworzenia z dużą ilością ludzi, bo, jak wiesz, w polskim tańcu dominują produkcje kameralne. Trzy osoby to już superprodukcja! Cieszy mnie także to, że młodzi reżyserzy i reżyserki coraz częściej decydują, by punktem wyjścia dla spektaklu nie był tekst dramatyczny i widzą duży potencjał w choreografii.

A co ci się w teatrze nie podoba?
– Chciałbym, żeby dyrektorzy mieli większe zaufanie do tego, co nie jest w teatrze typowe. Choreografia może być abstrakcyjna, może przetwarzać, może zmieniać, może stać w opozycji do tego, co się dzieje w spektaklu.

Taniec współczesny ma to do siebie, że często jest abstrakcyjny, a spektakle gra się rzadko. Tymczasem teatr repertuarowy musi dbać o to, by grać zrozumiałe, bo trzeba co wieczór wypełniać ludźmi widownię.
– Masz rację, dlatego robiąc w Wałbrzychu „Schuberta” pilnowaliśmy z Magdą, by stworzyć spektakl, na który publiczność będzie chciała przychodzić. To nie była oczywiście nasza naczelna zasada, ale nie zapominaliśmy o widzach. Mam w ogóle wrażenie, że uczestniczymy teraz w Polsce w wytwarzaniu języka, którym można opowiadać o tańcu i performansie w sposób komunikatywny, zrozumiały dla widzów, bo dużym problemem jest z pewnością jego przeintelektualizowanie.

To samo pomyślałem czytając opisy twoich spektakli.
– No dobrze, posypuję głowę popiołem. Myślę, że to się bierze z tego, że taniec współczesny jest tak bardzo zainteresowany filozofią i sztukami wizualnymi.

A mnie się wydaje, że te wasze wydumane, zrozumiałe dla mało kogo opisy spektakli biorą się z tego, że taniec jest bardzo środowiskowy. Na spektakle taneczne przychodzi niewielka grupa ludzi. Dusicie się we własnym sosie pokazując kto jest większym erudytą. Nie interesuje was zaciekawienie tańcem szerszej grupy odbiorców, tylko popisywanie się przed sobą.
– Przyjmuję tę krytykę z pokorą i obiecuję większe otwarcie się na widzów.

Przy kolejnym solo?
– Nie chcę robić pracy solowej. Chciałbym zrobić teraz grupową, ale na razie nie mam na nią pieniędzy, więc pomysł musi poczekać.     

Może zrobisz ją w KEM-ie, który współtworzysz?
– KEM, którego liderami są Marta Ziółek i Alex Baczyński-Jenkins jest cudownym miejscem otwartym na wszystko od samby do jogi kundalini, bo my się lubujemy w takich remiksach. To otwarta na rezydencje przestrzeń do pracy, a nas łączy to, że nie udajemy, że nie żyjemy w czasach, w których żyjemy – tak bym to ujął najkrócej. Interesuje nas Internet, lajfstajl, popkultura, ale każde z nas ma swój język. Mój jest bardzo oszczędny, a Marta kocha wypas, czego przykładem jest „Zrób siebie”. Mam w nim ogromną przyjemność performowania, z dziką wręcz radością wyginam ciało we wszystkie strony i mam nadzieję, że to się udziela widzom. Ty też, widziałem, kręciłeś łydką.

CZYTAJ TAKŻE:
Wykradam czas na ruch | Dominika Knapik
Jestem błędem w systemie | Robert Wasiewicz

____

13064635_10209484619739251_6829952246801035410_o

Paweł Sakowicz urodził się w 1988 roku w Białymstoku, gdzie przez prawie dziesięć lat trenował taniec towarzyski. Był dwukrotnym wicemistrzem Polski w tańcach latynoamerykańskich. Ukończył politologię na Wydziale Nauk Politycznych i Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego oraz performans i choreografię w London Contemporary Dance School. Latem 2013 roku odbył rezydencję choreograficzną w berlińskim Uferstudios, gdzie rozpoczął pracę nad debiutanckim spektaklem solowym „Bernhard”. Spektakl został zakwalifikowany do pokazów w ramach Polskiej Platformy Tańca w Lublinie. W 2015 roku jako artysta-rezydent w Art Stations Foundation by Grażyna Kulczyk (Stary Browar Nowy Taniec w ramach Solo Projektu Plus 2015) przygotował drugi solowy spektakl „TOTAL”. Współpracował z m.in. Jeannie Steele, Marią Stokłosą, Ramoną Nagabczyńską, Sjoerdem Vreugdenhilem, Mikołajem Mikołajczykiem, Martą Ziółek, Izą Szostak, Alexem Baczyńskim-Jenkinsem, Rebecką Lazier, Isabelle Schad, Aleksandrą Jakubczak, Magdą Szpecht i Joanną Leśnierowską. Stypendysta Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, zrzeszony z warszawską przestrzenią performatywną KEM. Mieszka w Warszawie.

____

Fot. Jakub Wittchen, Sławomir Klimkowski, Zbigniew Żupa/Teatralna Maszyna

 

Zwykły wpis