KOMENTARZ

„Dobra zmiana” czyli ratuj się kto może

uid_81e41c93d7a9a15bc72ac46cc6c3f7fe1373214146898_width_633_play_0_pos_0_gs_0_height_355

Jeśli ktoś miał złudzenia dotyczące polityki kulturalnej Piotra Glińskiego, radzę się z nimi ostatecznie pożegnać. Nadchodzi bowiem w kulturze „dobra zmiana” i nie ma przebacz.

Kiedy politycy PiS obejmowali po wygranych wyborach kolejne resorty, nie miało to wiele wspólnego z dobrym obyczajem. Zwykle nie witali ich ustępujący ministrowie. Z jednym bodaj wyjątkiem – Ministerstwem Kultury i Dziedzictwa Narodowego, gdzie na profesora Piotra Glińskiego czekała profesor Małgorzata Omilanowska. Uśmiechnięty Gliński, całował Omilanowską w rękę i wręczył jej bukiet kwiatów. „Można? Można!” – zachwycały się internety, że z klasą i że z pełną kulturą.

Gliński, znany dotychczas szerzej jako „premier w tableta”, był jedną wielką niewiadomą, bo PiS-owiec, ale jednak szanowany profesor, w przeszłości przewodniczący Polskiego Towarzystwa Socjologicznego. „Może nie będzie tak źle?” – powtarzali optymiści. „Jeszcze zobaczycie dobrą zmianę!” – odpowiadali pesymiści. I, zdaje się, że to ci drudzy mieli rację.

Pierwszy zimny prysznic dostaliśmy wraz z nominacjami na sekretarzy i podsekretarzy stanu. Krzysztof Czabański, Wanda Zwinogrodzka czy Jacek Kurski w Pałacu Potockich – to zabrzmiało najpierw jak żart, ale szybko śmiech zamienił się w płacz, bo wiadomo było, że żarty się skończyły. Komisarze ludowi ruszyli do roboty i jak na bolszewików przystało, rozpoczęto planowanie wielkiej wymiany kadr i wycinanie inaczej myślących (Homolobby już szykuje różowe onuce by przetrwać w gułagu). Czegoś podobnego nigdy wcześniej w kulturze III RP nie widziano. Blady strach padł na wszystkich, bo „premier z tabletu” został ministrem w realu i nie zawaha się użyć żadnych środków, by swoje cele osiągnąć.

Jeśli ktoś miał wątpliwości, jak będzie wyglądała polityka kulturalna namaszczonego przez PiS Piotra Glińskiego, to po dzisiejszej konferencji przedstawiającej założenia tejże nie powinien mieć już złudzeń. „Dobra zmiana” zaczyna się właśnie w kulturze.

Priorytety ministra
Pierwszy priorytet polityki Glińskiego to „stabilizacja finansowa i organizacyjna instytucji kultury”, której oznaką jest zwiększenie w tym roku o 5% wynagrodzeń dla pracowników kultury. Podwyżka jest zacna, choć śmieszna i uchwalona jeszcze last minute przez poprzednią ekipę. Ludzie kultury to jedna z najgorzej opłacanych grup zawodowych w Polsce i potrzebuje raczej wieloprocentowej podwyżki, ale trzeba docenić, że w ogóle jest. W czasie wieloletnich rządów Platformy Obywatelskiej pensje w kulturze były zamrożone, a na prośbę by je odmrozić, PO pokazywała środowisku środkowy palec, bo kulturę zawsze miała w gdzieś. Druga ważna zmiana to przywrócenie – zlikwidowanego przez PO – 50% kosztu uzyskania przychodu. To tyle jeśli chodzi o dobre wieści.

Priorytetem numer dwa jest „ubogacenie kultury masowej o wartości wyższego rzędu”. Nie wiadomo dokładnie, co to oznacza, więc Bartek Chaciński, szef działu kulturalnego „Polityki”, poprosił ministra, by podał jakieś przykłady. W odpowiedzi Chaciński najpierw usłyszał, że jest nieobiektywnym dziennikarzem (Gliński krytycznych dziennikarzy nazywa „funkcjonariuszami”), a następnie został zaatakowany za to, że „Polityka” nie zaprosiła Glińskiego na galę Paszportów do Opery Narodowej. Redaktor odpowiedział, że zaproszenie na pewno zostało wysłane, na co minister zakrzykną: „Pan kłamie!”, by po paru minutach poinformować wszystkich, że dostał informację, że zaproszenie rzeczywiście zostało wysłane do ministerstwa, ale on go nie dostał i bardzo przeprasza Bartka Chacińskiego. Taka sytuacja.

W ramach „ubogacenia kultury masowej o wartości wyższego rzędu” Gliński spotka się w tym tygodniu w szefami przejętych niedawno przez PiS i Kukiz’15 mediów publicznych, by omówić współpracę resortu i poszczególnych anten. W jej ramach być może wróci regularnie nadawany Teatr Telewizji. „Nie bez powodu Wanda Zwinogrodzka przyszła do Ministerstwa Kultury” – powiedział Gliński. Zwinogrodzka, jego podsekretarz stanu, była kiedyś szefową Teatru Telewizji. Pytanie tylko, co będziemy w nim oglądać?

Trzecim priorytetem Glińskiego będzie drugi człon nazwy jego ministerstwa czyli dziedzictwo narodowe. Tu chyba nikt nie jest zaskoczony, bo wiadomo, że jak PiS to wajcha się przechyla w stronę patriotyczno-narodową. Już ogłoszono zwiększenie funduszy na program operacyjny „Patriotyzm jutra”, a do tego dojdzie duża kasa na nowy program „Niepodległa 2018”, związany oczywiście z przypadającą w 2018 roku 100. rocznicą odzyskania przez Polskę niepodległości. Grupy rekonstrukcyjne, narodowe i katolickie już planują złote żniwa.

Gwoździem programu obchodów 100-lecia będzie huczne otwarcie 11 listopada 2018 roku Muzeum Historii Polski na warszawskiej Cytadeli. Gliński powiedział: „stworzymy tam kompleks muzeów”. Chodzi o planowane Muzeum Historii Polski, Muzeum Wojska Polskiego, które wyniesie się wreszcie ze wschodniego skrzydła Muzeum Narodowego, Muzeum X Pawilonu, które jest oddziałem Muzeum Niepodległości i Muzeum Katyńskie, które jest oddziałem Muzeum Wojska Polskiego. Zapomniał tylko dodać mówiąc „stworzymy”, bo jak każdy polityk jest manipulatorem, że decyzję o tym, by na Cytadeli powstał owy kompleks muzeów podjęła prof. Małgorzata Omilanowska, która uratowała w ten sposób przed kompletną dewastacją zielony Jazdów, gdzie potworne gmaszysko Muzeum Historii Polski chciała stawiać największa ciamajda polskiej kultury Bogdan Zdrojewski. I jeszcze jedno, skoro już jesteśmy przy poprzedniczce Glińskiego, mimo rekomendacji Rady Powierniczej Zamku Królewskiego w Warszawie, prof. Małgorzata Omilanowska nie dostanie od ministra nominacji na funkcję dyrektorki tej instytucji (choć zgodnie z ustawą to Rada Powiernicza wybiera dyrektora, a nie szef resortu) co najlepiej świadczy o tym, jakiego formatu i jakiej klasy człowiekiem jest obecny minister kultury.

Ważnym elementem promocji polskiego dziedzictwa ma być także oczywiście sztandarowy pomysł PiS-u czyli sławiące polską chwałę zagraniczne megaprodukcje. Trwają już we współpracy ze Stowarzyszeniem Filmowców Polskich (nic bez Jacka Bromskiego dziać się w polskim filmie przecież nie może) prace nad powołaniem komisji scenariuszowej, która wybierze zwycięski projekt. Kolejnym etapem będzie wybranie reżysera, który owo wiekopomne dzieło stworzy (na pytanie, czy zrobi to osobiście minister, usłyszałem od niego, że komisja). Otwarta pozostaje kwestia sfinansowania takiego filmu. Na pewno nie zajmie się tym PISF, który zresztą zostanie zlikwidowany, o czym za chwilę. Pozostają więc specjalne środki z trzeszczącego w szwach budżetu państwa lub ewentualnie nakazanie przez PiS wybranym przez siebie prezesom wielkich i kontrolowanych przez skarb państwa firm jak Orlen czy KGHM współfinansowania przyszłych zdobywców Oscarów i Złotych Palm. Jestem przekonany, że zawojujemy filmowy świat, czego gwarantem jest pełnomocnik ministra kultury ds. powstania genialnych dzieł polskiej kinematografii sławiących naszą ojczyznę na całym świecie Maciej Świrski, założyciel Reduty Dobrego Imienia – Polskiej Ligi Przeciw Zniesławieniom (to nie żart, jest taka organizacja). Liczę na to, że pan Świrski nie będzie się lenił i natychmiast uda się za ocean na spotkania ze Stevenem Spielbergiem albo Harveyem Weinsteinem. Tylko, jak on to wszystko biedny zniesie, te meetingi z Żydami rządzącymi w Hollywood i szkalującymi Dobre Imię Polski? Aj waj!

Ostatnim filarem polityki kulturalnej Glińskiego ma być wspieranie kultury obywatelskiej. Nie wiem, co to oznacza w wydaniu tej ekipy politycznej, ale ma być w każdym razie realizowane we współpracy z Wojciechem Kaczmarczykiem nowo powołanym pełnomocnikiem rządu ds. rozwoju społeczeństwa obywatelskiego i równego traktowania. Biorąc pod uwagę to, jak PiS ceni sobie społeczeństwo obywatelskie, ostatni filar programu pana ministra będzie być może kabaretowy.

Dyrektorzy do odstrzału
Gliński na konferencji prasowej, ale także parokrotnie wcześniej wygłaszał złośliwości pod adresem kilku narodowych instytucji kultury i jej szefów, co jest jasnym znakiem, że niedługo owe instytucje czekają zmiany, także w postaci nowego kierownictwa. Z pewnością wylecą niebawem Grzegorz Gauden, dyrektor Instytutu Książki w Krakowie i Paweł Potoroczyn, dyrektor Instytutu Adama Mickiewicza w Warszawie. Gliński powiedział, że w Instytucie Książki pieniądze idą nie wiadomo na co i panuje bałagan w dokumentacji. IAM natomiast przygotowuje materiały, których on – Gliński nie rozumie, a kierownictwo instytutu fundowało sobie długie wycieczki za granicę za publiczne pieniądze, na przykład trzy tygodnie w Australii, gdzie Potoroczyn – w domyśle – zamiast pracować, leżał na plaży i pił drinki, a być może nawet głaskał kangury.

Magdaleny Sroki, dyrektorki Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej i Michała Merczyńskiego, dyrektora Narodowego Instytutu Audiowizualnego Gliński także się pozbędzie jednym sprytnym ruchem. Planuje bowiem połączenie obu instytucji, co spowoduje automatycznie pozbycie się nieakceptowanych szefów i PiS-owską nominację na szefa nowej, dysponującej ogromnymi środkami finansowymi instytucji. Na moje pytanie, czy taka fuzja jest planowana, Gliński odpowiedział, że jest rozważana, czyli wiadomo, że klamka zapadła.

Z szefów narodowych instytucji kultury ocaleje być może tylko dyrektorka Instytutu Teatralnego Dorota Buchwald, bo po pierwsze ma dobre notowania u „facetów w szarych marynarkach”, to znaczy teatralna konserwa ją bardzo szanuje, tak samo zresztą jak druga storna barykady, a po drugie instytut nie dysponuje żadnymi znaczącymi funduszami do rozdania, jak IAM czy NInA, więc może ministerstwo zostawi tą dobrze działającą i mającą pluralistyczny program instytucję w spokoju. Chyba że Wanda Zwinogordzka ma już kogoś, kogo by chciała w instytucie zainstalować. Niebawem się przekonamy.

Skoro jesteśmy przy personaliach i teatrze, zapytałem Glińskiego, czy Jan Klata będzie mógł kierować spokojnie Starym Teatrem w Krakowie do końca swojego kontraktu. Usłyszałem kilka złośliwości pod adresem Klaty i zapowiedź, że decyzja zostanie podjęta po zakończeniu kontroli w teatrze (Konrad Szczebiot widocznie nadal ogląda płyty z nagraniami spektakli), a podejmie ją Zwinogrodzka, więc nie liczyłbym na pozostanie Klaty z Starym. Czy zastąpi go Faraon, specjalista od połamanych dzieci z in vitro? O tym dowiemy się w następnym odcinku.

Coraz ciaśniej pod kołderką
Zapytałem też Glińskiego, czy zmieni się lista instytucji współprowadzonych przez resort, co parokrotnie zapowiadano. Kto zostanie z niej usunięty, a kto przygarnięty? Odpowiedział, że nie planuje skreśleń, ale wydłużenie listy. Niebawem ministerstwo ogłosi, które instytucje będą dodatkowo współprowadzone. Na pewno, to już wiemy, do listy dołączą dwa zespoły pieśni i tańca – Mazowsze i Śląsk.

À propos instytucji współprowadzonych przez ministerstwo kultury, Gliński zatrzymał się znów na Teatrze Polskim we Wrocławiu i spektaklu „Śmierć i dziewczyna” w reżyserii Eweliny Marciniak, by zapewnić po raz kolejny, że nie jest cenzorem. Nie zgadza się tylko na finansowanie twardej pornografii z publicznych pieniędzy. Poruszył także sprawę powołanego niedawno do życia Narodowego Centrum Kultury Filmowej w Łodzi jako przykład patologii w kwestii podpisywania przez ministerstwo umów z instytucjami, na które potem nie ma żadnego wpływu. Resort miał zagwarantować NCKF dofinansowanie na najbliższe 50 lat. Poza sprawą kasy (to w sumie niewielka kwota 2 mln zł rocznie), ministrowi nie podoba się, że powołano kolejną instytucję, która ma zajmować się filmem. I tu akurat ma rację.

Ratuj się kto może
Po konferencji Piotra Glińskiego mam dwa zasadnicze wnioski. Pierwszy jest taki, że nie można odmówić PiS-owi zainteresowania kulturą. Wiem, że to brzmi strasznie, ale tak jest. Przez osiem lat rządów Platforma Obywatelska pokazywała nieustannie, że kultury nie poważa, że kultura jej nie interesuje, że kultura finansowana z publicznych pieniędzy to marnotrawstwo, a artyści są darmozjadami. Ludzi kultury PO używała tylko wtedy, kiedy potrzebowała fotek do kampanii wyborczych. Chlubnym wyjątkiem na finiszu platformianych rządów była tylko bezpartyjna prof. Małgorzata Omilanowska, która zapisze się obok Waldemara Dąbrowskiego, jako najlepsza ministra kultury III RP.

PiS natomiast, podobnie jak narodowi socjaliści kiedyś, doskonale zdaje sobie sprawę ze znaczenia kultury. Wie, że jest ona znakomitym narzędziem do wpływania na ludzi i kształtowania nowych pokoleń. I zamierza to robić. Zamierza mieć wpływ na Polaków poprzez odpowiednie nominacje personalne w instytucjach kultury, a co za tym idzie – na ich programy oraz odpowiednie kierowanie funduszy w sferze kultury.

Drugi wniosek jest taki, że nie będzie zmiłuj. Gliński i jego zastępcy mają plany, które bezwzględnie zostaną wprowadzone w życie. Nie będzie żadnego patyczkowania się, negocjowania, układania się i ustępowania. Wrogowie ludu zostaną usunięci, a wrogie ideologie wypalone gorącym żelazem. Wszystkie stanowiska, na jakie wpływ ma Gliński zostaną obsadzone ideologicznymi akolitami. Nie ocaleje nawet kierowniczka muzeum w przysłowiowym Pcimiu Dolnym, jeśli tylko ministerstwo będzie miało wpływ na jej fotel. Od teraz każda złotówka z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego może być wydawana tylko na projekty zgodne z kulturalnym programem PiS i nauką społeczną Kościoła katolickiego. Żaden farbowany lis się nie prześlizgnie. Pozostaje się tylko pocieszać tym, że zdecydowana większość instytucji kultury podlega samorządom i Gliński ma na nie znikomy wpływ. Na razie.

Mike Urbaniak

Reklamy
Zwykły wpis
ROZMOWA

Chcieliście porno, to macie!

z19313082IH,Ewelina-Marciniak

Nie mam żadnej potrzeby wywoływania skandalu, to nie moja bajka. Mam natomiast potrzebę opowiadania o seksualności, bo uważam, że to, co się dzieje z seksualnością w Polsce, jak się o niej rozmawia, jest przerażające. Z Eweliną Marciniak rozmawia Mike Urbaniak.

„Nie wychodź z teatru, bo cię zajebiemy”.
Takie pogróżki dostawały dziewczyny z działu promocji Teatru Polskiego we Wrocławiu. Do mnie bezpośrednio nie dotarły, ale poczułam, że zaczyna się robić naprawdę niefajnie, kiedy zadzwonił przerażony doniesieniami medialnymi tato. Sprawdzał, czy nic mi się nie stało.

Nadchodziła premiera „Śmierci i dziewczyny”.
W dniu premiery idę zwykle powiedzieć parę słów aktorom i kopnąć ich w tyłki na szczęście, a potem witam gości. W foyer było jednak dziwnie pusto.

My, widzowie, nie mogliśmy wejść do teatru. Wokół stali członkowie Krucjaty Różańcowej, którzy odmawiali „Zdrowaś Mario”, a w przerwach krzyczeli na policjantów: „Gestapo!”. Wejście blokowała grupa polskich patriotów, którzy kilka dni wcześniej palili kukłę Żyda na wrocławskim Rynku.
To jak wszedłeś?

Służbowym tylnym wejściem.
Ja poszłam w stronę głównego wejścia, żeby zobaczyć, co się dzieje. Zatrzymało mnie kilka osób z teatru, mówiąc, żebym tam nie szła, co miało oczywiście skutek odwrotny do zamierzonego. Poszłam. Zobaczyłam napierający na drzwi agresywny tłum, który nie pozwalał widzom wejść do teatru. Stanęłam i myślałam, że się rozpłaczę.

Z bezsilności?
Z niedorzeczności całej tej przemocowej sytuacji. Pomyślałam: „Boże, gdyby ci wszyscy protestujący przez chwilę usiedli na widowni, posłuchali Schuberta, zobaczyli, co chcę im moim spektaklem powiedzieć, to być może dostaliby coś ważnego”. Przecież po to się robi teatr, żeby poruszyć ważne tematy, rozmawiać z widzem, spierać się. W mojej wizji świata nie mieści się bicie i opluwanie ludzi. I naprawdę rozumiem, że ktoś może mieć radykalnie inne zdanie, sprzeciwiać się takiej czy innej formie sztuki, chcieć przeciwko niej protestować, a nawet modlić się w intencji nawrócenia mnie, grzesznicy, ale dla przemocy fizycznej nie ma usprawiedliwienia.

Zgadzam się z tobą, lecz mnie obrazy sprzed Teatru Polskiego nie zdziwiły. Pamiętasz, co się działo rok temu, kiedy Michał Merczyński skapitulował przed dziś rządzącymi Polską w koalicji z Kościołem katolickim narodowymi socjalistami i odwołał na festiwalu Malta w Poznaniu pokaz spektaklu „Golgota Picnic”? Oni wtedy poczuli krew. Wiedzieli, że podobną strategię mogą stosować wobec innych instytucji kultury, dzisiaj wzmocnieni dodatkowo komisarzem ludowym w fotelu ministra kultury.
A mnie to wszystko jednak dziwi. Nie wiem, może żyję w swoim świecie, wierzę w siłę sztuki, siłę teatru. Wolałabym mieć tych wszystkich protestujących na widowni, a po spektaklu się z nimi pospierać. Jestem już trochę zmęczona tą całą sytuacją. Nie chcę rozmawiać o Krucjacie Różańcowej, ale o spektaklu, o tym, co chciałam powiedzieć, w jakiej sprawie go zrobiłam. To mnie interesuje, a nie prymitywna agresja. Dlaczego dziennikarze mnie nie pytają o „Śmierć i dziewczynę”, o fortepianową muzykę na żywo, o aktorów, którzy pracowali na gotowym tekście, ale także sporo improwizowali, o inspirację „Pianistką” Elfriede Jelinek i filmem Michaela Hanekego ze wspaniałą rolą Isabelle Huppert, o moje pierwsze spotkanie i pracę z dramaturgiem Łukaszem Wojtyską, o moje stałe współpracowniczki i wybitne artystki – Katarzynę Borkowską, która stworzyła niezwykłą scenografię, kostiumy i światło, oraz Dominikę Knapik, która jest autorką obłędnej choreografii. Dlaczego o to mnie nikt nie pyta? Dlaczego w kółko słyszę tylko pytanie, dlaczego zaangażowałam aktorów porno?

Dlaczego?
Błagam cię! Ty też?

Też, bo uważam, że warto, byś – wychodząc w końcu poza polityczno-tabloidowy jazgot – opowiedziała o tym.
Pomysł narodził się podczas rozmów z naszą artystyczną ekipą. Uznaliśmy zgodnie, że to będzie ważny i bardzo potrzebny w tym spektaklu element. Potem dyskutowaliśmy, jak to ma wyglądać i na czym polegać. I przysięgam ci, do głowy nikomu nie przyszło, że to wywoła takie reakcje. Dodam od razu, że ja nie mam absolutnie żadnej potrzeby wywoływania skandalu, to nie moja bajka. Mam natomiast potrzebę opowiadania o seksualności, bo uważam, że to, co się dzieje z seksualnością w Polsce, jak się o niej rozmawia, jest przerażające. Seksualność jest kojarzona z czymś brudnym, z czymś, co staramy się okiełznać w zwykle niedobry sposób, a najlepiej przemilczeć. Niemówienie o czymś, co istnieje, wydaje się najgorszym rozwiązaniem. Nie sądzisz?

Owszem, dobrze prawisz, ale dlaczego aktorzy porno?
Dlatego, że pracowałam nad Elfriede Jelinek, która swoją literaturą: i dramatami, i powieściami, i językiem, jakiego używa, budzi mdłości, wstrząsa, stara się wywrócić zastany system, wpuścić wirusa. Potrzebowałam iść za nią i też wstrząsnąć rzeczywistością, ale nie poprzez wywołanie skandalu, bo to jest zwyczajnie tanie, ale przez treść spektaklu. Przez treść! Chciałam tak poprowadzić narrację teatralną, by zderzyć poetycki i subtelny język Jelinek z Jelinek epatującą przemocą, bo tak się ją zwykle w teatrze robi. Też tak robiłam, pracując nad jej „Amatorkami” w Teatrze Wybrzeże w Gdańsku, i już nie chcę, już w ten sposób Jelinek nie czytam. Myślałam nad tym, jak by ją zrobić inaczej, by nie była tylko wystrzeliwana jak z karabinu, co lubi niemiecki teatr, ale jednocześnie zachować jej niezwykłą emocjonalność. Z tego narodziła się myśl, by postaci utkane z języka mówiły więcej, lecz także by więcej mówiły ich ciała. Właśnie ciała mają w moim spektaklu mówić za dużo. Stąd aktorzy porno. Wiedziałam, w jakim teatrze pracuję i że mam do czynienia z najlepszymi aktorami w Polsce, ale w tym pomyśle na nic by mi się nie zdali. Do kilku scen potrzebowałam po prostu aktorów porno. Do kilku, bo cały prawie dwuipółgodzinny spektakl gra fenomenalny zespół Polskiego.

To twoje pierwsze spotkanie z zespołem tego teatru. Jak wyglądało?
Wiedziałam, że ci aktorzy są w stanie dać mi wiele, być może najwięcej, co nie znaczy, że praca była łatwa. Wiesz, ja nie jestem Lupą, nie mam autorytetu teatralnego mistrza. Muszę ciężko pracować na swoją pozycję w pracy z aktorami, by za mną poszli, szczególnie w najtrudniejszych momentach, jakimi były z pewnością rozbierane sceny zbiorowe.


Rozumiem, że nie chodziło o nagość na scenie, bo dla aktorów Polskiego to chleb powszedni, tylko o przepiękną scenę orgii seksualnej wymyśloną przez choreografkę Dominikę Knapik.
Tak, tu był opór, ale niewynikający, jak słusznie zauważyłeś, ze strachu przed nagością, lecz z pewnego przekroczenia polegającego na tym, że gra się scenę, w której dość długo swoim nagim ciałem dotyka się ciał kolegów i koleżanek. Rozmawialiśmy o tym, pracowaliśmy nad tą sceną i efekt jest chyba rzeczywiście piękny.

Do historii polskiego teatru przejdzie też z pewnością pierwsza, trwająca kilkadziesiąt sekund scena spektaklu. Zaczyna się jak u Hitchcocka, walisz – excuse le mot – z grubej rury.
Ona, nie zdradzając szczegółów, nie była w ogóle planowana. Powstała w wyniku okoliczności, w jakich się znaleźliśmy kilka dni przed premierą. Nie wymyśliłam jej samodzielnie, ale wspólnie z moimi realizatorami. To mi uzmysłowiło po raz kolejny, z jak wspaniałymi ludźmi pracuję i że mogę na nich liczyć w każdej sytuacji. Chcieliśmy tą sceną zamanifestować naszą wolność artystyczną. Chcieliście porno, to macie!

W rozmowie z Magdaleną Piekarską we wrocławskiej „Gazecie Wyborczej” na pytanie, czy boisz się zadymy, odpowiedziałaś: „A co mi się może stać?”. Nonszalancja?
Nie, najlepsze warunki pracy pod słońcem i całkowita ochrona przed burzą. Dyrektor teatru Krzysztof Mieszkowski, kiedy powiedziałam mu, że potrzebuję dwójki aktorów porno, odpowiedział tylko: „Oczywiście, zaraz zlecimy poszukiwania”. Nie pytał, po co mi oni, tylko zaufał, że skoro ich chcę, to z jakiegoś ważnego powodu. A potem, kiedy rozkręcała się nagonka na nas, wziął na siebie odpieranie ataków.

Nagonka wyglądała tak: najpierw Facebook ocenzurował plakat do spektaklu autorstwa Natalii Kabanow, potem radni – nie PiS, tylko Platformy Obywatelskiej z sejmiku dolnośląskiego – grozili cofnięciem dotacji teatrowi. Następnie minister kultury Piotr Gliński domagał się wstrzymania premiery, a media – od szmatławców do TVN 24 – żywiły się sensacją, nie próbując nawet wytłumaczyć widzom i czytelnikom, o co w całej sprawie chodzi. Burza trwała w najlepsze.
A mnie najbardziej zależało na tym, byśmy zachowali spokój i nie zgubili myśli, tego, co chcemy publiczności powiedzieć. Trzeba było się maksymalnie skupić na pracy. Musiałam pilnować i siebie, i aktorów, którzy byli zmęczeni ciężką pracą i jednocześnie atakami. To wszystko nie udałoby się bez Krzysztofa Mieszkowskiego. „Ja jestem dyrektorem. Zaprosiłem cię. Rób swoje” – tyle od niego usłyszałam i to dało nam wszystkim absolutny komfort w tym trudnym czasie. I jeszcze jedno – Krzysztof nie występował tylko w swoim imieniu czy w imieniu Teatru Polskiego we Wrocławiu, w obronie spektaklu czy siebie, ale w imieniu wszystkich artystów pracujących dzisiaj w Polsce. Sztuka, żeby się rozwijać, musi eksplorować nieznane, iść dalej. Na tym polega jej sedno! Zablokowanie premiery „Śmierci i dziewczyny” byłoby czarnym dniem dla polskiej kultury. Po prostu. Wszyscy artyści wcześniej czy później ponieśliby tego konsekwencje.

Pomyślałaś choć przez chwilę, co zrobisz, jeśli premiera twojego spektaklu jednak zostanie odwołana?
Chyba żartujesz. Byłam pewna, że ją zagramy, bo wiedziałam, że Krzysztof Mieszkowski prędzej padnie trupem, niż pozwoli politykom, by decydowali, co ma być grane w kierowanym przez niego teatrze. To po pierwsze. A po drugie, zagrałabym „Śmierć i dziewczynę”, choćbym miała zapłacić ekipie z własnej kieszeni. Już kiedyś Tadeusz Słobodzianek zniszczył mi pierwszy spektakl w Warszawie. Ściągnął z afisza moje „Bohaterki”, a mnie wywalił z teatru. Poszłam więc do Teatru Imka, gdzie w kostiumach z lumpeksu i kawałku jakiejś starej scenografii zagrałam spektakl dla 20 osób. Nie dałam się, nie mogłam pozwolić, by wyrzucono do kosza robotę wielu ludzi. Osiem godzin dziennie wielu ludzi pracuje, by publiczność mogła potem oglądać ważne spektakle. Teatr to nie jest zabawa, to nie jest fanaberia, ale ciężka praca! Dobrze by było, gdyby w końcu to zrozumiano.

Czujesz, że przesunęłaś granicę w teatrze?
Nie, bo najistotniejsze w moim spektaklu nie jest to, że występują w nim aktorzy porno, ale to, że pozwoliłam sobie na absolutną wolność artystyczną i swobodną pracę z aktorami. Spotkanie z nimi było dla mnie bardzo ważne, być może najważniejsze w mojej dotychczasowej drodze teatralnej. Marzyłam, by spróbować takiej pracy, i udało się w Teatrze Polskim we Wrocławiu. To jest moje osobiste przesunięcie granicy. Teraz mogę pójść jeszcze dalej.

„Śmierć i dziewczyna” jest moim zdaniem spektaklem przełomowym dla twojego teatru, dziełem wybitnym. Ty czujesz przełom?
Tak, ale dzięki aktorom. Ciągle do nich wracam, bo właśnie dzięki nim po po raz pierwszy poczułam, że odchodzę od zadaniowości na rzecz najszczerszego z możliwych spotkań. Teraz już nie chcę inaczej.

To także bez wątpienia twój najdowcipniejszy spektakl.
Dowcip narodził się z luzu, jaki wytworzył się w relacji z autorem adaptacji Łukaszem Wojtyską. Łukasz jest bardzo dowcipny, błyskotliwy i ironiczny. Odkrył przede mną takie rejony lekkości, których wcześniej nie znałam.

Rozmawiając wielokrotnie z aktorami grającymi w twoich spektaklach, słyszałem, że praca z tobą nie jest wcale lekka i łatwa. Dlaczego?
Chyba dlatego, że jestem jeszcze gówniarą, że wielu rzeczy nie umiem, że chcę coś natychmiast, a czasami ludzie, z którymi pracuję, natychmiast nie chcą. Nie mam łatwo z aktorami, którzy chcą grać, a nie być. We Wrocławiu połączyło nas wspólne pragnienie bycia, które zbudowało we mnie spokój – i on jest dla mnie odkryciem i niezwykłym doświadczeniem.

Po świetnie przyjętych „Morfinie” z Teatru Śląskiego w Katowicach i „Portrecie damy” z Teatru Wybrzeże w Gdańsku „Śmierć i dziewczyna” jest kolejnym spektaklem zrobionym przez kobiece trio, w którym oprócz ciebie są wspomniane już Dominika Knapik i Katarzyna Borkowska. Zacznijmy od choreografki Dominiki Knapik. Ruch w twoich spektaklach jest tak ważny jak kamera w spektaklach Krzysztofa Garbaczewskiego. Z jakiego powodu? I dlaczego robi go u ciebie Dominika?
Bardziej niż ruch interesuje mnie wprawiane w ruch ciało. Uwielbiam opowiadać przez ciało, budować nim całe sceny. Kiedy przygotowywałam „Amatorki” Jelinek w Teatrze Wybrzeże, miałam dokładną wizję tego, co chciałam, by Dominika zrobiła. Wszystko w tym spektaklu jest precyzyjnie, żeby nie powiedzieć – drastycznie poukładane. „Skąpca” w Teatrze Polskim w Bydgoszczy robiłam bez Dominiki, bo nie chciałam w ogóle choreografa, interesował mnie ruch „brudny”, wynikający z energii aktorów, z ich popychających się ciał. W „Portrecie damy” pracowałyśmy znów razem, bo tylko Dominika mogła mi ułożyć „choreografię drobinek”, którą chciałam prowadzić narrację. Wrocław to nasz kolejny wspólny przystanek, na pewno nie ostatni.

Wysiadła też na nim Katarzyna Borkowska, która tworzy do twoich spektakli olśniewające scenografie, światło i kostiumy.
Kasia kreuje rzeczywiście niezwykłe światy, które są ważnym elementem opowieści, bo estetyką można przecież powiedzieć równie dużo co słowem. Zawsze tego pilnowałam i nigdy nie interesowała mnie dekoracja. Kasi również. Dlatego potrafi rozbuchać sceniczny świat do niezwykłych rozmiarów. Ufam jej zupełnie i nie ingeruję w jej pracę. Podobnie zresztą jak w pracę Dominiki.

Ciało, kobiece ciało, opresjonowane kobiece ciało – to tropy, na które często wpadam, oglądając twoje spektakle. Dobre to tropy czy fałszywe?
Mam poczucie, że to się odbywa intuicyjnie, że wcale się na te kobiety i ich ciała nie nasadzam. Zgoda, w „Portrecie damy” chciałam przez ciało kobiety opowiedzieć o zderzeniu z Europą, z jej konwenansami. Teraz we Wrocławiu poprzez ciała głównych bohaterek opowiadam o pożądaniu i śmierci, ale sama tego nie szukam, to jakoś przychodzi. I żeby nie było, że tylko kobiety mnie interesują. Jeszcze w tym sezonie zabieram się w Teatrze Powszechnym w Warszawie do „Ksiąg Jakubowych” Olgi Tokarczuk, czyli do Jakuba Fanka, który miał w sobie coś, co przyciągało do niego kobiety i mężczyzn.

Jednak wcześniej w Teatrze Śląskim robisz spektakl o Leni Riefenstahl.
Ale czy do końca to będzie o kobietach, tego jeszcze nie wiadomo. Tekst o Leni pisze Iga Gańczarczyk, z którą kiedyś zrobiłyśmy w Instytucie Teatralnym w Warszawie spektakl „Pamięć praktyczna” poświęcony kobietom z obozu koncentracyjnego w Ravensbrück. Nie mogę się już doczekać wspólnej pracy.

Masz szczelnie wypełniony kalendarz. Robisz spektakle na dużych scenach najważniejszych teatrów. Czujesz, że przyspieszyłaś?
Nie mam poczucia przyspieszenia, raczej otwarcia. I nie mówię o otwarciu się teatrów na moje spektakle, ale otwarciu we mnie. Dają mi je podróże, moje wypady do Azji. Wracam stamtąd spragniona kolejnych poszukiwań i jakoś inaczej patrzę na świat. Nie zastanawiam się, w którym teatrze będę pracowała, tylko jakie tematy mogę zrobić, bo one mnie najbardziej interesują. I jestem, muszę ci powiedzieć, zaskoczona tym, jak szczodry jest dla mnie los i ilu wspaniałych ludzi spotykam na swojej drodze. Dlatego krzykacze z różańcami i wtórujący im politycy mnie nie zajmują, bo żaden, ale to żaden polityk jeszcze nigdy nie wygrał z artystami.

CZYTAJ TAKŻE TO

_____

Ewelina Marciniak (ur. 1984) jest reżyserką teatralną. Ukończyła europeistykę i dramatologię na Uniwersytecie Jagiellońskim oraz reżyserię dramatu w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej im. Ludwika Solskiego w Krakowie. Była asystentką Anny Augustynowicz, Bogdana Hussakowskiego i Pawła Miśkiewicza. Zadebiutowała w 2010 roku „Nowym wyzwoleniem” Stanisława Ignacego Witkiewicza na deskach Teatru Polskiego w Bielsku-Białej i od tego czasu wyreżyserowała piętnaście spektakli w teatrach Gdańska, Koszalina, Szczecina, Wrocławia, Wałbrzycha, Krakowa, Katowic, Kielc i Bydgoszczy. Kiedyś pracowała w tandemie z dramaturgiem i dramatopisarzem Michałem Buszewiczem, dzisiaj robi spektakle z choreografką Dominiką Knapik i scenografką Katarzyną Borkowską. Ma na koncie wiele nagród, miedzy innymi Grand Prix Ogólnopolskiego Przeglądu Monodramu Współczesnego w Warszawie i Kaliskich Spotkań Teatralnych, nagrodę za najlepsze przedstawienie Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej oraz Przeglądu Małych Form Teatralnych „Kontrapunkt” w Szczecinie, nagrodę za reżyserię na Festiwalu Prapremier w Bydgoszczy i Ogólnopolskim Festiwalu Sztuki Reżyserskiej „Interpretacje” w Katowicach. Stypendystka ministra kultury i dziedzictwa narodowego, etatowa reżyserka Teatru Wybrzeże w Gdańsku. W roku 2012 Program III Polskiego Radia przyznał jej tytuł „Talent Trójki”, w tym roku artystka jest nominowana do prestiżowych Paszportów „Polityki”.

 _____

110429-STANDARD

W polskim teatrze za specjalistkę od Elfriede Jelinek uchodzi Maja Kleczewska, która zrealizowała w Teatrze Polskim w Bydgoszczy kilka spektakli na podstawie tekstów austriackiej noblistki: „Babel”, „Podróż zimową” (koprodukcja z Teatrem Powszechnym w Łodzi) i „Cienie. Eurydyka mówi:” (koprodukcja z Teatrem Muzycznym „Capitol” we Wrocławiu i Teatrem Imka w Warszawie). „Chórem sportowym” Jelinek zadebiutował w Teatrze im. Jana Kochanowskiego w Opolu Krzysztof Garbaczewski. Jej teksty wystawiali także m.in. Łukasz Chotkowski („O zwierzętach” w Teatrze Polskim w Bydgoszczy), Weronika Szczawińska („Jackie. Śmierć i księżniczka” w Teatrze im. Stefana Jaracza w Olsztynie) i Paweł Miśkiewicz („Kupieckie kontrakty” w Teatrze Dramatycznym w Warszawie). Obecnie sztuki Elfriede Jelinek mają w repertuarze Teatr Wybrzeże w Gdańsku („Amatorki” w reż. Eweliny Marciniak), Teatr Polski we Wrocławiu („Podróż zimowa” w reż. Pawła Miśkiewicza oraz „Śmierć i dziewczyna” w reż. Eweliny Marciniak) i Teatr Nowy w Zabrzu („Podopieczni” w reż. Katarzyny Deszcz). W tym sezonie „Podopiecznych” wystawi także na deskach Starego Teatru w Krakowie Paweł Miśkiewicz.

 _____

© Mike Urbaniak/”Wysokie Obcasy”
Fot. Bartek Barczyk i Natalia Kabanow

Zwykły wpis
DRAMATURDZY/DRAMATURŻKI, REŻYSERZY/REŻYSERKI

Tu nie Europa! Tu jest Polska!

Adam Tuchliński2

W Polsce nacjonalizm i katolicyzm nie mogą wystąpić razem, nie można mówić o tym, że idą ręka w rękę. Mówienie o tym osobliwym aliansie w publicznych mediach jest niewygodne i niebezpieczne. Z Mają Kleczewską i Łukaszem Chotkowskim rozmawia Mike Urbaniak.

Co to jest „Hejt Radio”?
Maja Kleczewska: – Pomysł zrodził się z radia, które działało w Ruandzie przed ludobójstwem i które miało ogromny wpływ na uruchomienie ludzi ludobójstwa potem dokonujących. Program składał się wyłącznie z mowy nienawiści, w tym z nienawistnych piosenek. Hutu czuli dzięki tej stacji wspólnotę w przeżywaniu swojej nienawiści do Tutsi. „Nie jesteśmy sami, inni też tak myślą, a skoro jest taka siła, to możemy wszystko, możemy wcielić tę naszą nienawiść czynnie w życie, jest moc!”. Ten rodzaj języka, deprecjonowania – delikatnie mówiąc – innych ludzi, wydał nam się bardzo podobny do języka, który znamy z Polski.

Łukasz Chotkowski: – I kiedy Malta Festival w Poznaniu odwołał pod presją spektakl „Golgota Picnic” i wybuchł kilkudniowy skandal, którym żyły wszystkie media, zaczęliśmy przeglądać fora internetowe i strony na Facebooku, które skupiały grupy protestujących przeciw temu spektaklowi. Była tam straszna mowa nienawiści. Kolejne osoby wymyślały czego to one nie zrobią z przeciwnikami. Wszystko to oczywiście było pisane z użyciem wulgarnego języka.

Maja Kleczewska: – To rosło w sposób lawinowy – dosłownie z minuty na minutę przybywały setki, tysiące lajków i komentarzy, że będzie przemoc, użycie siły, trwało ciągłe nakręcanie się agresją. Jednak my nadal byliśmy przekonani, że niemożliwym jest zablokowanie spektaklu teatralnego. Szybko stało się jednak jasne, że „Golgoty Picnic” nikt nie zobaczy, że siła internetu jest realna i wszyscy się boją. Wtedy już nie wychodziliśmy z sieci, oglądając kolejne strony i komentarze. Wieczorem poszliśmy do Nowego Teatru w Warszawie na czytanie odwołanej sztuki Garcii i po raz pierwszy w życiu doświadczyliśmy już nie wirtualnej, ale realnej przemocy słownej i fizycznej.

Jakiej?
Łukasz Chotkowski: – Mnie uderzono różańcem, moją narzeczoną miażdżono, przyjaciółkę skopano, koleżance napluto w twarz.

Maja Kleczewska: – To była dla nas totalna trauma. Do tego stopnia, że kiedy na drugi dzień było kolejne czytanie zorganizowane na placu Defilad myśmy już nie byli w stanie na nie pójść, nie mieliśmy siły na kolejną konfrontację z agresywnym tłumem. Koszt był jednak za duży.

Ta agresja was naprawdę zszokowała? Bo mnie nie bardzo, ale może dlatego, że brałem udział w pierwszych paradach równości w Polsce, na których nas atakowano, kopano, rzucano butelkami, workami foliowymi z ekskrementami. O wulgarnym słownictwie już nawet nie wspomnę.
Maja Kleczewska: – Widzisz, ja o tym tylko czytałam. Człowiek czyta gazetę i się dziwuje, nie może uwierzyć, aż tu nagle sam dostaje w głowę.

Łukasz Chotkowski: – A ja brałem udział w różnych demonstracjach, ale w przypadku protestu pod teatrem, o którym rozmawiamy przeraziła mnie „zwykłość” tych ludzi. To znaczy, nie byli to w większości kibole czy nazole, ale zwyczajni, przeciętnie wyglądający ludzie, starsze panie i panowie. I nagle z nich wylała się furia skierowana w naszą stronę.

Maja Kleczewska: – Przecież my nie planowaliśmy żadnej konfrontacji z nimi, żadnej walki. Chcieliśmy po prostu wejść do teatru i wziąć udział w czytaniu sztuki.

Łukasz Chotkowski: – Kiedy się szykowaliśmy do wyjścia, powiedziałem do Mai: „Zobaczysz, co tam się będzie działo!”.

Maja Kleczewska: – A ja: „Łukasz, daj spokój. Co ma się dziać? Kogo obchodzi teatr?”. Idziemy więc jak zwykle na dziewiętnastą i nie możemy wejść. Ktoś nas popycha, wyzywa, pluje na nas, a kiedy już jesteśmy w środku, podkłada w teatrze śmierdzącą substancję.

Łukasz Chotkowski: – Przez całe czytanie byliśmy zagłuszani, gwizdano, trąbiono, rzucano czymś w okna. Czuliśmy się jak zamknięci w bunkrze podczas trzeciej wojny światowej.

Po powrocie z teatru zaczynacie jeszcze intensywniej monitorować internet.
Łukasz Chotkowski: – Czytamy portale społecznościowe i w prawicową prasę. Obserwujemy jak to się rozwija i jak łączy w sieć powiązań.

Maja Kleczewska: – I nadal nie wierzymy w ten język, który tam znajdujemy. Oni piszą, co chcą zrobić drugiemu człowiekowi, co i w co chcą mu wsadzić, jak ukarać inną osobę za to, że ma inne poglądy, orientację seksualną czy kolor skóry. Używa się tam takich samych epitetów, jakich w swoim radiu używali Hutu. Nazywali Tutsi karaluchami.

Ten język znamy doskonale z naszej historii. Naziści nazywali Żydów robactwem, a robactwo – wiadomo – trzeba wytępić.
Łukasz Chotkowski: – Tak, zgniatamy insekty zanim się rozplenią.

I co my z tym robimy?
Łukasz Chotkowski: – Właśnie nic, absolutnie nic. Prawica – jak szybko się zorientowaliśmy – jest doskonale poinformowana o tym, co się dzieje w środowiskach nazywanych lewicowymi, co się pisze na portalach, w prasie, co jest planowane i czym się zajmują poszczególne organizacje, kto i jak w nich działa. A na tak zwanej lewicy panuje kompletna indolencja. Lekceważy się prawicowców i wyśmiewa, siedząc na placu Zbawiciela i popijając prosecco.

Maja Kleczewska: – Uważając, że oni są głupi, śmieszni i nieważni nieustannie ich bagatelizujemy i w związku z tym oddajemy im pole.

Łukasz Chotkowski: – Nie potrafimy się w niczym zjednoczyć, a oni się jednoczą znakomicie. Przez lata środowiska intelektualne i artystyczne ignorowały kolejne akty cenzury i próby odwoływania albo odwoływanie dyrektorów instytucji kulturalnych. Traktowano to naturalnie, jako codzienność. Tak, jak naturalnie traktuje się codzienną napaść słowną na homoseksualistów czy Żydów w polskim życiu publicznym. Nie zastanawiano się nad mechanizmami, jakie towarzyszą każdemu aktowi cenzury. Kolejne listy otwarte czy uniwersyteckie debaty nie mają żadnego przełożenia na drugą stronę. Wyczerpał się też język krytyczny sztuki, która obecnie stara się być niemal zawsze poprawna politycznie, co wzmacnia jeszcze bardziej prawicowych ideologów. Potrafimy za to palić czarownice, co pokazała afera z „Golgotą Picnic”. Czarownicą był w tym przypadku Michał Merczyński, szef Malty, którego złożono na stosie. A wszyscy inni okazali się raptem bardzo radykalni.

Maja Kleczewska: – Sprawa „Golgoty Picnic” pokazała naszą kompletną niemoc wobec tej furii zorganizowanej nienawiści. My wierzymy w wolność słowa i w wolność sztuki, ale – jak się okazało – one za bardzo w Polsce nie działają. To nasza ułuda.

Łukasz Chotkowski: – Ułudą jest też dialog, który zawsze proponujemy. Podczas protestu pod Nowym Teatrem do skandującego tłumu wyszedł jeden z artystów Rodriga Garcii i zaczął tłumaczyć temu agresywnemu tłumowi: „Przecież tu jest Europa!”. Na to jeden z protestujących odpowiedział mu po angielsku coś, co zapamiętam do końca życia: „Tu nie Europa! Tu jest Polska!”.

Tę próbę rozmowy należy uznać za naiwność obcokrajowca. Przecież kiedy w wielu miejscach w Polsce zorganizowano w proteście przeciw odwołaniu „Golgoty Picnic” czytania sztuki, wszędzie gromadził się jakiś agresywny tłumek. Pamiętam doskonale dyrektora Teatru Polskiego we Wrocławiu Krzysztofa Mieszkowskiego, który zapraszał protestujących, na czele których stał zakonnik dominikański, do wzięcia udziału w czytaniu, a potem w rozmowie. Nikt nie przyjął zaproszenia. Nie o rozmowę bowiem tu chodzi tylko o „zdeptanie insekta”.
Łukasz Chotkowski: – W Bydgoszczy Paweł Łysak, ówczesny dyrektor tamtejszego Teatru Polskiego, wpuścił protestujących do teatru. Otworzył drzwi i powiedział: „Zapraszam!”. Oni weszli, zaczęli zagłuszać czytanie, atakować zgromadzonych ludzi i na koniec rozlali jakąś silnie śmierdzącą substancję, jak w Nowym Teatrze w Warszawie. Media prawicowo-katolickie piszą nieustannie, że osoby o prawicowych poglądach i katolicy są w Polsce dyskryminowani i prześladowani, a my się pytamy: Kto tu kogo terroryzuje? Kto kogo zastrasza? Kto komu grozi? Kto chce „zgnieść zarazę”?

Z zarazą się nie dyskutuje, nie prowadzi się debat w teatrze. Zarazę, która zagraża polskości i kościołowi katolickiemu (taki jest, jak rozumiem, pogląd) należy unicestwić. Nie ma miejsca na półśrodki. Jedynym rozwiązaniem jest unicestwienie.
Maja Kleczewska: – Pod flagą biało-czerwoną! Bo to też odkryliśmy w internecie – wielki świat prawicowej muzyki, która odwołuje się do drugiej wojny światowej, do etosu polskiego żołnierza, powstańca. Jakby świat się zatrzymał i dzisiaj trzeba wkroczyć w bronią na barykady. Zabić wroga!

Ta muzyka jest naprawdę przerażająca. Trudno nawet tego słuchać. To nie tylko hejt w czystej postaci, ale zwyczajne nawoływanie do przemocy wobec innych ludzi. Niejaki Szmaletz w utworze „Rewolucja NSZ” (muzycznym „hołdzie na Narodowych Sił Zbrojnych” mającym ponad 300 tysięcy odsłon na YouTube) śpiewa:

Kim jest mój przyjaciel, który jest nieprzyjacielem
Co to za trucizna, która krąży w moim ciele
Jaka walka kiedy każdy może być wrogiem
Jaka zemsta gdy nie chcę zamknąć się w sobie

Prawą ręką ci pogrożę zdrajco, a nie lewą
Zima wasza, wiosna nasza. Czy widzisz to drzewo?
Zamiast liści będziesz właśnie tam wisiał
Twoja kamienica, moja ulica

Sam w swoim mieście, sam na ulicy
Chociaż głośno strzelam, nikt mnie nie słyszy
Podłożę bombę produkcji domowej
Czy mnie rozumiesz jeśli to jest w mojej głowie?

Łukasz Chotkowski: – I w tym kraju taki rodzaj twórczości nie budzi oburzenia, protestów. Można w Polsce śpiewać, że się kogoś powiesi albo że się podłoży bombę, natomiast polemizować z doktrynami religijnymi nie można. Jest też niezwykle agresywny rap, bardzo wulgarny, który z kolei mówi o tym, co należy zrobić z homoseksualistami.

O tym jest piosenka polskiego rapera Wuema Enceha „Zakaz pedałowania” także mająca kilkaset tysięcy odsłon. Tekst jest następujący:

Ty kurwo, pedale nawet nie wiesz jak cię błaźnię,
Latasz z dupą wciąż przy ścianie, zamiast żyć ruro normalnie,
Widzę, robisz to nachalnie, a co gorsza to legalne,
Co się dzieje w naszym państwie? Jakie to jest w chuj banalne.

Weź mi powiedz dlaczego nie używać słowa „pedał”?
Dla nich byłoby przyjemnie, nawet gdyby pies ich jebał,
Ty, spójrz mój koleżko: „Masz coś na brodzie”,
Mówi chłopak do chłopaka, to po tym porannym lodzie.

Był mężczyzną, jest kobietą – taka, kurwa, mała zmianka,
Może uda się w „Top Model” trochę zarobić sianka,
Ale będzie sielanka, jak uderzy dziś nad disco,
Czarne rurki, choć bez paska, żeby z dupy zeszły szybko.

Ty myśl o mnie co chcesz, powiedz: zero tolerancji!
Ale dupa jest od srania – zakaz pedałowania!
Chłopak, dziewczyna to normalna rodzina,
Nie dwóch, kurwa, gejosów chcących adoptować syna.

Wszyscy bronią ich jak zwierząt zagrożonych wyginięciem,
Dla mnie to zdychajcie wszyscy, żyjecie za chuja w gębie,
Pedofile, lesby i te mendy geje,
Miejcie tą świadomość – cała Polska się z was śmieje.

Nie zamkniecie mi ust i nie spętacie rąk,
Ja pociągnę za spust wcześniej celując im w skroń,
Biała rasa, lecz nie broń, krzyż celtycki po prawej stronie,
Lewackie dziwki, tak jestem homofobem!

Łukasz Chotkowski: – Jest jeszcze trzecia grupa utworów, nie wiem, jak ją nazwać – może poezją śpiewaną. To są niby miłe, zabawne i sympatyczne pioseneczki.

Maja Kleczewska: – Na przykład o tym, że Żydzi zawisną na drzewie albo o tęczy, którą należy oczywiście spalić.

Do czego z kolei zachęca w swojej piosence Andrzej Rosiewicz. Utwór ma 200 tysięcy odsłon na YouTube i wywołuje salwy śmiechu.

Płonie już tęcza i płaczą geje,
Bufetowa jest wśród nas.
Odbudują znów tęczę złodzieje,
Podpalimy ją nie raz.
Patrzcie, tęcza już płonie ponad nad nami,
bo jest z nami dziewczynka z zapałkami.
Płonie już tęcza i płaczą geje,
Podpalimy ją nie raz!

Łukasz Chotkowski: – Na to jest totalne przyzwolenie, zarówno społeczne, jak i organów państwa. Wszyscy wydają się być zadowoleni. A to zaledwie wierzchołek góry lodowej. W sieci są portale, które gromadzą niezliczone ilości takich utworów. Świat prawicowej agresywnej muzyki to wielki rynek.

Maja Kleczewska: – I o tym się w ogóle nie mówi, bo filozofia jest taka, że jak o tym mówimy głośno, to promujemy. Nagłaśniamy coś, co powinno być przemilczane. Tyle, zdaje się, że taka strategia jest błędna, bo przemilczanie zamieniło się w ciche przyzwolenie. Ile można to przemilczać? Dlaczego nikt o tym publicznie nie rozmawia? Czy to wszystko może bezkarnie istnieć? Przecież to jest niezgodne z prawem obowiązującym w tym kraju! To nieustanne milczenie i pozwalanie na nienawiść w sieci zaczęło mieć też skutki w realu. Z forów przeniosło się do realnego życia. Najpierw były komentarze w sieci, a potem bicie ludzi pod teatrem. Najpierw sobie pośpiewamy, a potem zablokujemy każdy spektakl, każdą wystawę czy każdy film, który nam się nie spodoba. Wystarczy skrzyknąć się na Facebooku i blokujemy.

Blokujemy, bo sztuka obraża nasze uczucia religijne – to jest dzisiaj bardzo skuteczny bicz na sztukę i artystów.
Łukasz Chotkowski: – A moje uczucia obraża nieustannie pan Szmaletz, który śpiewa, że będę wisiał na drzewie zamiast liści. Dlaczego nikt z nim nic nie robi?

Wy zrobiliście „Hej Radio”.
Łukasz Chotkowski: – To jest nasz sprzeciw wobec tego, co się dzieje i wyjęcie z podziemia tego, czym żyją setki tysięcy ludzi w Polsce

Maja Kleczewska: – Kiedy zabraliśmy się za pisanie scenariusza, nie wiedzieliśmy za co się wziąć. Po prostu wylało się na nas morze nienawiści z internetu. Postanowiliśmy skupić się na Romach, bo wtedy trwały antyromskie awantury wrocławskie oraz Żydach i gejach, bo to dwie najbardziej znienawidzone grupy w Polsce. Ale szybko też zauważyliśmy alians między skrajną prawicą, a Kościołem katolickim. Strony nacjonalistyczne przekierowują na fundamentalistyczne strony katolickie i odwrotnie. Okazało się, że to jest jedna wielka rodzina.

Łukasz Chotkowski: – To jest zastanawiające, prawda? Że ludziom uważającym się za katolików nie przeszkadza nawoływanie do zabicia bliźniego.

Maja Kleczewska: – Bo to katolickość fasadowa. Kluczowe jest w niej posiadanie wroga, ksenofobia, nawoływanie do przemocy.

A wróg czai się wszędzie, nawet bajkach i sklepach z zabawkami.
Łukasz Chotkowski: – O tym naucza odkryty przez nas ksiądz Sławomir Kostrzewa, którego nauki działają poprzez strach. Naucza on na przykład, że wielkim zagrożeniem dla katolickich dzieci jest Hello Kitty, bo to satanizm w czystej postaci. Podobnie jak kucyki Pony, jednorożce oraz klocki Lego. W nasze ręce wpadła, pięknie wydana i nietania książeczka „Brońmy dzieci i młodzież przed zaplanowaną demoralizacją”, w której jest zdjęcie ikonicznej pracy Zbigniewa Libery „Lego. Obóz koncentracyjny” podpisane: „Najnowsze serie katalogów Lego budzą niepokój rodziców – dominuje nekroestetyka, ciemność, odwołania do świata śmierci, pojawiają się postaci rodem z horrorów i filmów grozy. Przyjazne dotąd ludziki, zastąpiły ludziki-potwory”.

Czyli niedouczony ksiądz Kostrzewa jest przekonany, że Lego Libery jest po prostu w sprzedaży?
Maja Kleczewska: – Tak, on nie wie, że to dzieło sztuki. Myśli, że można je po prostu kupić dzieciom. Auschwitz w Smyku!

Łukasz Chotkowski: – Kiedy to czytaliśmy, szczęki nam poopadały. Ta ilości przeinaczeń, manipulacji, kłamstw.

Maja Kleczewska: –   Pomyśleliśmy wtedy, co by było, gdyby w Polsce powstała stacja radiowa, w której można by to wszystko powiedzieć. Oto dajemy wam rozgłośnię, w której możecie mówić, co chcecie. Zapraszamy! Nie bójmy się wskazać tych, którzy deprawują nasze dzieci! Pokażmy, gdzie się kryją karaluchy chcące zniszczyć Polskę!

I rozpoczęliście współpracę z Radiem Kraków.
Maja Kleczewska: – Tak, koncepcja była taka, że wpisujemy przygotowany przez nas scenariusz w zwykłą ramówkę radia. Słuchacze nic nie wiedzą. Po prostu włączają radio i słuchają swoich ulubionych programów, ale orientują się w pewnym momencie, że coś jest nie tak, że sączy się z głośników mowa nienawiści.

Teksty były wymyślone przez was?
Maja Kleczewska: – Nie musieliśmy nic wymyślać. Wszystko zostało wzięte z prawicowych mediów. Ale szybko się okazało, że to, co wysłaliśmy nie może być wplecione w ramówkę, że zostanie wyemitowane w specjalnym bloku późno wieczorem. Pomyśleliśmy, że może rzeczywiście inaczej nie da się tego zrobić, bo to publiczne radio, ma różne ograniczenia. Nie przeczuwamy jeszcze niebezpieczeństwa. Do momentu kiedy otrzymaliśmy taką wersję naszego słuchowiska, w której co chwila pojawiają się dżinge „Hejt Radio, Hejt Radio” – czyli Radio Kraków zaczyna spojlerować całość, ogłaszając wszem i wobec: „Uwaga! Nie dajcie się nabrać, to jest fikcja! To słuchowisko!”. A nam jednak zależało, żeby ludzie o tym nie wiedzieli. Dla nas to nie była fikcja, ale rzeczywistość.

Czyli radio zaczyna się, jak rozumiem, zabezpieczać.
Maja Kleczewska: – Coraz intensywniej.

Łukasz Chotkowski: – I, ingerując w stworzone przez nas dzieło, zaczyna je bez naszej zgody przemontowywać. Dostajemy co chwilę coraz krótsze wersje. Z dwóch godzin robi się najpierw półtorej godziny, a potem godzina.

Maja Kleczewska: – Cenzurowanie odbywa się na polecenie szefa Radia Kraków Marcina Pulita, który dokleja do naszego słuchowiska jakąś kampanię społeczną „Stop językowi nienawiści”, o której dowiadujemy się z mediów. Kiedy próbujemy interweniować, słyszymy, żebyśmy się nie wtrącali, bo to ich program.

Łukasz Chotkowski: – W końcu dostajemy od prezesa Pulita godzinną wersję „Hejt Radia” z informacją, że trzeba było całość skrócić, bo poprzednio były dłużyzny i źle się tego słuchało, a teraz słucha się dobrze.

Łukasz Chotkowski: – Zasiedliśmy więc do ocenzurowanej wersji, żeby ją dokładnie przesłuchać i porównać z naszą. Okazało się, że wycięto z niej wszystkie fragmenty dotyczące wspomnianego już księdza Kostrzewy, arcybiskupa Henryka Hosera atakującego „ideologię gender”, cudów Jana Pawła II, aborcji i Krucjaty Różańcowej.

Usunięto wszystko, co jest w jakikolwiek sposób związane w Kościołem katolickim?
Maja Kleczewska: – Dokładnie. Okazało się, że nacjonalizm i katolicyzm nie mogą wystąpić razem, że nie można – broń Boże! – mówić o tym, że idą ręka w rękę, czego, jako żywo, doświadczyliśmy pod Nowym Teatrem, kiedy bito nas różańcem i panie z krzyżem w ręku wyzywały nas od kurew. Mówienie o tym osobliwym aliansie w publicznym radiu jest niewygodne i niebezpieczne. Nie można w Krakowie, w którym jeździ papieski tramwaj, umieszczać Jana Pawła II w niekorzystnym dla niego kontekście.

Łukasz Chotkowski: – Można za to lżyć i grozić wszystkim innym. Można w naszym kraju śpiewać „Ty kurwo, pedale nawet nie wiesz jak cię błaźnię”, grozić zabiciem, podpaleniem, skonstruowaniem bomby. Nie można za to wyrażać się krytycznie o Kościele katolickim – wtedy zaczyna się terror wspierany przez organy państwa, które chętnie sięgają po paragraf o obrazie uczuć religijnych.

I jak się do tego wszystkiego ma artykuł 73 Konstytucji RP, który brzmi: „Każdemu zapewnia się wolność twórczości artystycznej, badań naukowych oraz ogłaszania ich wyników, wolność nauczania, a także wolność korzystania z dóbr kultury”?
Łukasz Chotkowski: – Nijak, bo to jest martwy zapis. Ten artykuł łamany jest codziennie. Konstytucja w Polsce nic nie znaczy. Tam, gdzie państwo powinno interweniować, bo nawołuje się do przemocy wobec drugiej osoby – nic się nie dzieje. A tam, gdzie wolność twórczości artystycznej powinna być chroniona, łamie się ją. Wszystko jest postawione do góry nogami.

Maja Kleczewska: – I coraz częściej, co jest przerażające, zaczyna działać w Polsce cenzura prewencyjna. Działania prezesa Radia Kraków to kolejna jej odsłona.

Łukasz Chotkowski: – Jakim prawem prezes polskiej instytucji państwowej, ingeruje w stworzone przez artystów dzieło? To działanie czysto polityczne.

Maja Kleczewska: – Myśmy przez wiele lat pracy w polskim teatrze nigdy się z czymś takim nie spotkali. Nigdy nie było tak, że na próbę generalną przychodzi dyrektor i mówi, że mamy usunąć jakąś scenę, bo jest mu ona niewygodna. Tymczasem w Radiu Kraków to zrobiło, dlatego chcemy głośno zaprotestować i powiedzieć, że nie mamy z tym nic wspólnego. Nie podpisujemy się pod „Hejt Radiem”. Niech się pod nim podpisze cenzor Marcin Pulit.

Jaka lekcja wynika z tej całej historii?
Maja Kleczewska: – Taka, że jeśli nadal będziemy jedne rzeczy cenzurować, a inne twardo przemilczać, to niedługo – jak śpiewa pan Szmaletz – zawiśniemy wszyscy, jak tu siedzimy, na jednym drzewie.

_____

Maja Kleczewska jest jedną z najważniejszych polskich reżyserek teatralnych. Ukończyła psychologię na UW i reżyserię dramatu w PWST im. Ludwika Solskiego w Krakowie. Zadebiutowała w 2000 roku i od tego czasu wyreżyserowała blisko 30 spektakli. Uważa się ją za specjalistkę od Elfriede Jelinek, której teksty wystawiała niejednokrotnie. Jest laureatką wielu nagród, m.in. Lauru Konrada i Paszportu „Polityki”. Od kilku lat współpracuje z dramaturgiem Łukaszem Chotkowskim. Obecnie reżyseruje w Teatrze Powszechnym w Warszawie „Szczury” Gerharta Hauptmanna, które będą miały swoją premierę na Międzynarodowym Festiwalu Teatralnym Boska Komedia w Krakowie.

Łukasz Chotkowski jest dramaturgiem i reżyserem teatralnym, absolwentem Akademii Teatralnej w Warszawie. Autor sztuk, tekstów teoretycznych, adaptacji i instalacji wideo, kurator festiwali teatralnych i performer. Od siedmiu lat współpracuje z reżyserką Mają Kleczewską, z którą przygotowuje obecnie w Teatrze Powszechnym w Warszawie „Szczury” Gerharta Hauptmanna, które będą miały swoją premierę na Międzynarodowym Festiwalu Teatralnym Boska Komedia w Krakowie.

_____

Rozmowa ukazała się na portalu Gazeta.pl 8.11.2014 r.

_____

© Mike Urbaniak | Fot. Adam Tuchliński

Zwykły wpis
AKTORZY/AKTORKI

Genu nie wydłubiesz

unnamed

Nie chciałbym zostać zapamiętany jako ładny chłopiec, tylko dobry aktor. Z Bartoszem Gelnerem rozmawia Mike Urbaniak.

Ładnym ludziom jest podobno łatwiej.
– Tego nie wiem, musisz spytać kogoś ładnego.

Właśnie pytam.
 Bardzo ci dziękuję, ale oprócz ładności musi być chyba jednak coś jeszcze. Myślisz, że uroda przekreśla talent?

A skądże.
– Może wróćmy do tego pytania za jakiś czas, jak już się pomarszczę. Nie chciałbym zostać na etapie domniemanej ładności, chciałbym to przewalczyć kolejnymi rolami. Z drugiej strony nie da się ukryć, że tak zwane warunki decydują o tym, jakie się dostaje role.

Nie zagrałbyś Cetha w „Kabarecie warszawskim” Krzysztofa Warlikowskiego albo Michała w „Płynących wieżowcach” Tomasza Wasilewskiego, gdybyś wyglądał…
– Jak pół dupy zza krzaka? Tak, masz rację, pewnie bym nie zagrał. Pamiętasz scenę z „Samotnego mężczyzny” Toma Forda, kiedy Colin Firth spotyka pod sklepem pięknego faceta?

Oczywiście, jak mógłbym zapomnieć boskiego Jona Kortajarenę.
– Siła tej sceny w ogromnym stopniu bierze się z tego, jak on wygląda. Kiedy byłem małym chłopcem, ciągle słyszałem, jaki jestem ładny, a dokładniej, jaką jestem ładną dziewczynką. Dzisiaj też się zdarza, kiedy idziemy ulicą z Agnieszką (Żulewską, aktorką, dziewczyną Bartosza – przyp. red.), że jacyś panowie krzyczą do nas: „Hej, dziewczyny!” i chcą mi oczywiście dać w mordę. Taki los, ale jak mówi moja mama: „Genu nie wydłubiesz”. Nie chciałbym jednak być zapamiętany jako ładny chłopiec, tylko jako dobry aktor. To jest mój cel i nie zgadzam się na zamykanie mnie w jakiejś szufladzie.

Zawsze chciałeś być aktorem?
– Nie, zdecydowałem się bardzo późno, właściwie tuż przed maturą. Z kolegami z liceum w Chorzowie robiliśmy co prawda kabaret, ale chodziło nam tylko o dobrą zabawę i zwalnianie się z lekcji. Zupełnie nie wiedziałem, co chcę robić. Wszyscy szli na prawo albo na lewo, a ja postanowiłem spróbować ze szkołą teatralną. Znajomy rodziców znał aktorkę Małgorzatę Zajączkowską i umówił mnie z nią na spotkanie. Przyjechałem z Katowic do Warszawy w wyprasowanej koszuli, z bukietem kwiatów i poszedłem do pani Małgosi, której miałem zaprezentować swój talent.

Jak go oceniła?
– Po jej minie wiedziałem, że nie jest dobrze, ale co miała powiedzieć, żeby nie zniechęcać młodego człowieka? Że jest potencjał, ale trzeba jeszcze popracować. Zdawałem do szkół teatralnych w Warszawie, Krakowie i we Wrocławiu. Nigdzie się nie dostałem, ale wiedziałem, że będę próbował za rok. Spytałem rodziców, czy zasponsorują mi rok Policealnego Studium Aktorskiego „Lart” w Krakowie. Zgodzili się.

Nowe krakowskie życie?
– Wiadomo! Wynajęliśmy z kolegami mieszkanie i zaczęło się. Jedynym minusem było to, że nie miałem studenckiej legitymacji, ale trzeba było sobie jakoś radzić. Zacząłem też wtedy chodzić nałogowo do teatru.

Na Śląsku nie chodziłeś?
– Chodziłem, ale nie tak często i na inne spektakle. W Krakowie to był jednak Narodowy Stary Teatr z największymi nazwiskami. Inna liga. Tam po raz pierwszy zobaczyłem spektakl Krystiana Lupy „Tako rzecze Zaratustra”. Mało z niego zrozumiałem, ale jednocześnie byłem zachwycony. Potem oglądałem kolejne jego spektakle: „Factory” i „Kalkwerk”. Chodziłem też oczywiście na innych reżyserów.

I po roku ponownie zdawałeś do szkoły teatralnej.
– Niejednej, bo oprócz Krakowa, Warszawy i Wrocławia zdawałem także do Łodzi. Byłem już o wiele lepiej przygotowany i wiedziałem, jak wyglądają egzaminy. Na szczęście przyjęli mnie do Krakowa. Ależ to była radość!

Kiedy uczyłem się w Larcie, moi kumple współlokatorzy, którzy studiowali na Uniwersytecie Jagiellońskim, Akademii Górniczo-Hutniczej i Politechnice Krakowskiej, zazdrościli mi, że mogę długo spać, bo zajęcia zaczynałem o czternastej. A kiedy byłem na PWST, śmiali się, że nigdzie nie możemy wyjść wieczorem, bo ja siedzę na uczelni od rana do nocy.

Do tego doszła jeszcze praca w wakacje.
– Już po pierwszym roku dostałem rolę w serialu o wodnych ratownikach „Przystań”. Tam zresztą poznałem Mateusza Banasiuka, z którym zagrałem później w „Płynących wieżowcach”. Siedzieliśmy z ekipą przez trzy miesiące w Giżycku i kręciliśmy: fajna przygoda, pierwsze ostukanie się z planem filmowym, jakaś kasa zarobiona.

Kiedy serial miał premierowy odcinek, zrobiliśmy z kumplami party w naszym krakowskim mieszkaniu. Mój przyjaciel Sylwester Piechura, dzisiaj aktor Teatru im. Jana Kochanowskiego w Opolu, wydrukował nawet plakaty z moją podobizną. Przyjechali też z Katowic moi rodzice i była kupa śmiechu.

Na trzecim roku studiów zadebiutowałeś z kolei na dużym ekranie.
– „Salą samobójców” Jana Komasy. To też kręciliśmy w wakacje. Film został bardzo dobrze przyjęty i dostałem po nim kilka propozycji zagrania w serialach, już bez castingu. Zdecydowałem się wtedy na „Czas honoru”. Tymczasem nadchodził czwarty rok na PWST i spektakle dyplomowe z Szymonem Kaczmarkiem i Pawłem Świątkiem. Grałem w nich i przeprowadziłem się do Warszawy. Tu zaczęły się castingi do „Płynących wieżowców” i dostałem pierwszą propozycję pierwszoplanowej roli w filmie fabularnym.

Jak wyglądała praca nad nim?
– Tomek Wasilewski poświęcił nam, czyli Mateuszowi Banasiukowi, Marcie Nieradkiewicz i mnie, naprawdę dużo czasu; mieliśmy dużo prób, dobrze się poznaliśmy. Sporo mnie to też kosztowało, bo temat był niełatwy.

„Płynące wieżowce” okrzyknięto pierwszym polskim filmem gejowskim. Znalazł się on nagle w gorącym centrum debaty o homofobii, sytuacji osób LGBT, związkach partnerskich. Trafiliście z Mateuszem Banasiukiem na okładkę „Wprost”, opatrzoną tytułem: „Zabić geja. Witajcie w tolerancyjnej Polsce”. Skrajnie prawicowa „Fronda” donosiła o „homoataku” na swoją redakcję, polegającą na tym, że baner reklamujący film było widać z redakcyjnych okien. „Pętla homoseksualnego oblężenia zaciska się wokół nas” – donosiła „Fronda”.
– Rzeczywiście, trafiliśmy w jakieś przesilenie z naszym filmem. Dostaliśmy wtedy mnóstwo zaproszeń do wielu programów publicystycznych, w których chciano z nami dyskutować o homofobii. Film w pewnym momencie zszedł na drugi plan. A ja chciałem, jako aktor, mówić o mojej roli, a nie o stosunku do gejów, bo on jest chyba jasny.

Najważniejsze, że „Płynące wieżowce” zostały bardzo dobrze przyjęte przez widzów i krytykę. Myślę, że ten film sporo zmienił. Obejrzeli go też moi koledzy z osiedla z Katowic.

I co powiedzieli?
– „Nawet fajny ten film, ale naprawdę musiałeś się całować z tym facetem?!”. Trochę żeśmy się pośmiali. Może po „Płynących wieżowcach” mniej osób będzie krzyczało na gejów na ulicy: „Ej, pedały!”.

Za tobą tak krzyczeli? W Polsce – odnoszę wrażenie – zagranie geja to nadal akt odwagi.
– Ktoś tam od czasu do czasu coś krzyknął. Ale co z tego? Idziemy dalej.

Dalej i na barykady. Byłeś wśród aktorów czytających przed Pałacem Kultury „Golgotę Picnic” Rodriga Garcii, którą Michał Merczyński, dyrektor poznańskiego Malta Festivalu, zdjął z afisza pod wpływem ataku ze strony katolickich fundamentalistów i kiboli. Dlaczego wziąłeś udział w tym czytaniu?
– Bo nie podoba mi się ograniczanie wolności słowa i wolności ekspresji artystycznej. Nie podoba mi się też terroryzowanie jednej grupy przez inną. Ja nie zabraniam nikomu stania pod krzyżem, proszę mi więc nie zabraniać oglądania takich spektakli, na jakie mam ochotę. I, żeby była jasność, wziąłem udział w tym czytaniu nie po to, by kogoś atakować, ale żeby przeczytać tekst. Jak mówi mój kolega: „Trzeba zajebać dobrym serduszkiem”.

Twoje role przychodziły do ciebie same?
– Przychodziły jako możliwość, ale musiałem o nie powalczyć. Starałem się też uczyć ile wlezie i korzystałem z różnych opcji zdobycia doświadczenia. Już w szkole dużo statystowałem. Za pierwszy epizod w „W11” dostałem 50 złotych, potem był epizod mówiony już za 150. Jaka to była kasa! Wszystkim stawiałem piwko. I nie tylko się tego statystowania nie wstydzę, ale uważam, że to była fajna szkoła.

Szczególnie kiedy się statystuje na scenie Narodowego Starego Teatru z Janem Peszkiem.
– O kurczę! Tak! Zupełnie o tym zapomniałem. Jeszcze przed szkołą aktorską byłem jednym z chłopców Gonzala w „Trans-Atlantyku” Witolda Gombrowicza w reżyserii Mikołaja Grabowskiego, więc to był mój homoseksualny debiut w teatrze. I to jaki! U boku Jana Peszka na deskach Starego Teatru. Lataliśmy z chłopakami w białych gaciach po scenie, a w przerwach siedzieliśmy w teatralnym bufecie i za każdym razem, kiedy wchodził jakiś aktor, zrywaliśmy się z krzeseł i mówiliśmy „Dzień dobry!”.

W naszym „Trans-Atlantyku” była scena, do której wychodziliśmy z Janem Peszkiem z foyer teatru, gdzie stoi popiersie Konrada Swinarskiego. Peszek zawsze, przechodząc obok tego popiersia, klepał je z czułością. Uwielbiałem na to patrzeć, bo pokazywało to niezwykłą skromność wielkiego aktora.

Oglądałeś, będąc w szkole, jakieś spektakle Krzysztofa Warlikowskiego?
– Pierwszy był „Krum”, ale widziałem go na DVD. A pierwszym spektaklem zobaczonym na żywo była „(A)pollonia”, która przyjechała na Boską Komedię do Krakowa. Wielkie wrażenie zrobił na mnie rozmach tego spektaklu. Potem przyjechałem do Warszawy na „Anioły w Ameryce”, na których się popłakałem.

A potem dostałeś od Warlikowskiego propozycję zagrania w „Kabarecie warszawskim”. Nieźle.
– Jechałem wtedy do Łodzi, gdzie w Teatrze Nowym miałem grać w „Samuelu Zborowskim” Juliusza Słowackiego w reżyserii Szymona Kaczmarka. Kiedy zadzwonił telefon z Nowego Teatru w Warszawie, natychmiast zmieniłem kierunek. Było mi głupio przed Szymonem, że tak nagle się wycofuję, ale nie miałem innego wyjścia. Myślę, że każdy na moim miejscu zrobiłby to samo, prawda?

Raczej! Popędziłeś do Nowego bardzo zestresowany zbliżającym się spotkaniem z Warlikowskim i jego zespołem?
– A wiesz, że nawet nie. Ale nie dlatego, że byłem taki pewny siebie, ale dlatego, że nie miałem czasu na stres. To wszystko wydarzyło się tak szybko, że nim się obejrzałem, już byłem na scenie. Gram w „Kabarecie warszawskim” Cetha – młodego chłopca, którego bierze do trójkąta para gejów: Jamie i James, grani przez Maćka Stuhra i Piotrka Polaka. I jest tam scena, w której Jamie pyta o mnie Jamesa: „Jak ci się podoba?” i James odpowiada: „Jest zajebisty”. Wtedy poczułem, że będzie dobrze.

Grasz w telewizji, kinie i teatrze. Nie chciałbyś z czegoś zrezygnować?
– Bardzo bym nie chciał, bo to różne rodzaje pracy i wszystkie sprawiają mi frajdę. Poza tym płodozmian jest zawsze wskazany. Chciałbym teraz zagrać jakąś ciekawą rolę w kinie.

Grasz przecież w nowym filmie Katarzyny Rosłaniec.
– Tak, ale to niewielka rola, choć bardzo przyjemna. Zdjęcia mam jesienią. Myślę, że ten film będzie kolejnym głosem naszego pokolenia, tak jak to było z poprzednimi obrazami, w których grałem.

A gdybyś dostał propozycję zagrania w filmie typu „Pokaż kotku, co masz w środku”?
– To film przyrodniczy?

Można tak powiedzieć.
– Rozumiem, że to jest złośliwe pytanie o to, czy zagrałbym w czymś nie najwyższych lotów. Szczerze, nie wiem. Jeśli powiem ci teraz, że nigdy w życiu, i to kiedyś zrobię, to mi to potem wyciągniesz. Powiem tak: chciałbym grać w dobrych filmach.

Masz dwadzieścia sześć lat, jesteś w zespole najbardziej prestiżowego teatru w Polsce, grasz w dobrych filmach. Co dalej?
– Wiadomo, apetyt rośnie w miarę jedzenia. Chciałbym dostawać coraz ciekawsze i coraz większe role, nabierać doświadczenia i jednocześnie pilnować, żeby głowa była nieustannie przewietrzona.

Jestem teraz w próbach do „Apokalipsy” w reżyserii Michała Borczucha w Nowym Teatrze w Warszawie. To spektakl na podstawie tekstów Piera Paola Pasoliniego i Oriany Fallaci. Gram w nim wampira-imigranta, który przejeżdża z własną ziemią z Afryki do Europy, tylko ta Europa nie za bardzo mnie chce.

I będziesz podobno wampirem hetero.
– Tak, w końcu! I będę gryzł co popadnie.

_____

Bartosz Gelner (ur. 1988) urodził się i wychował w Katowicach. Jest aktorem teatralnym, filmowym i telewizyjnym. Ukończył Wydział Aktorski Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej im. Ludwika Solskiego w Krakowie. Na kinowym ekranie zadebiutował w głośnym filmie Jana Komasy „Sala samobójców”, a w zeszłym roku zagrał wraz z Mateuszem Banasiukiem w równie głośnym filmie „Płynące wieżowce” Tomasza Wasilewskiego. Od tego roku jest etatowym aktorem Nowego Teatru w Warszawie, gdzie gra w „Kabarecie warszawskim” w reżyserii Krzysztofa Warlikowskiego i „Apokalipsie” w reżyserii Michała Borczucha. Mieszka w Warszawie.

_____

Rozmowa ukazała się na portalu Gazeta.pl 3.10.2014 r.

_____

© Mike Urbaniak | Fot. Magda Hueckel

Zwykły wpis
SCENOGRAFOWIE/SCENOGRAFKI

Związki zawodowe i małżeńskie

malgorzata szczesniak portret_7038823

O sztuce tworzonej przez kobiety mówi się, że to sztuka feministyczna. Co to, kurwa, w ogóle jest? Facet to uprawia sztukę, a kobieta uprawia sztukę feministyczną? To męskie deprecjonowanie doprowadza mnie do szału! Z Małgorzatą Szczęśniak rozmawia Mike Urbaniak.

Jesteś szczęśliwa?
– Nie wiem, co to właściwie znaczy. Kiedy byłam młodą osobą, marzyłam, żeby robić w życiu to, co kocham, i być wolna. Moją największą obsesją było zawsze to, że będę od kogoś zależna. Tymczasem jestem wolna i mam plan na dalszy ciąg życia. Mogę więc chyba powiedzieć, że jestem szczęśliwa.

Szczęśliwa żona przy mężu?
– Nigdy nie czułam się żoną przy mężu, Krzysztof jest moim partnerem na życie. Nigdy bym sobie też nie pozwoliła na to, żeby mój mąż miał obowiązek w stosunku do mnie. To jest jego sprawa. Tak samo jak moja, czy chcę mieć obowiązek wobec niego. Zawsze musi być wolny wybór, żadnego przymusu. A wiesz, że ja kiedyś nie myślałam, że będę żoną? Czyjąkolwiek. Małżeństwo wydawało mi się rzeczą absurdalną. Poza tym byłam przekonana, że w Polsce nigdy nie znajdę męża.

Dlaczego?
– Bo schemat życia w tradycyjnym małżeństwie jest dla mnie nie do zaakceptowania.

To po co pobraliście się z Krzysztofem?
– Bo jesteśmy do siebie podobni. To samo nas zawsze bolało, to samo dotykało, to samo fascynowało. Ostatnio nawet się nad tym zastanawiałam, bo jednak wszystkie racjonalne przesłanki mówiły: nie. Ale czym są racjonalne przesłanki? Decyzja o małżeństwie dała mi też wielkie poczucie wolności i gwarancję niewchodzenia w konwencje. Choć przyznaję, z niejednokrotnym poczuciem wyobcowania i niezrozumienia przez otoczenie. Ale ja mam taką naturę, że jestem bardzo lojalna. Jeśli ktoś zostaje moim przyjacielem, to nim jest. Kropka. Ja się nie pytam dlaczego. Czy on jest dobry, zły, żółty, czarny, czerwony. Nie wyobrażam sobie chwili, w której mówię mojemu przyjacielowi: do widzenia. Podjęłam decyzję, że będziemy razem, i jesteśmy.

Jest różnica między przyjacielem a mężem.
– To nie ma znaczenia. To jest wybór drugiego człowieka, partnera. Oczywiście jest inna odpowiedzialność, ale to nadal jest twój wybór. Ja nigdy nie byłam za monogamią, muszę to powiedzieć. Zawsze byłam za tak zwaną wolną miłością. Robiłam to, co mi się podobało. Raz dobrze na tym wychodziłam, raz źle. Byłam z różnymi mężczyznami i zawsze uważałam, że człowiek ma prawo do wielu partnerów. Oczywiście ktoś może powiedzieć: chcę tylko z tobą i albo się na to zgadzasz, albo nie. Ja takiego warunku nigdy bym nie postawiła. Krzysiek, będąc już ze mną, miał mnóstwo dziewczyn, które do niego wydzwaniały i flirtowały godzinami, i jak ktoś ma 20 lat, to właśnie to powinien robić. To są prawa młodości: piękno, pragnienie życia, pasja, szaleństwo. Był taki okres, w którym uważałam, że aby dobrze funkcjonować, trzeba mieć co najmniej trzech kochanków. Równocześnie. Dzięki temu nie uzależniasz się od żadnego. Uważałam też, że kobieta nie może wyjść za pierwszego mężczyznę, którego pokocha, bo to uzależnia. To były moje poglądy z lat młodości. Radykalne, nie? Teraz może nie miałabym takich, ale do dzisiaj jestem przekonana, że człowiek ma prawo dokonywać swojego autonomicznego wyboru, tworząc związek, i nikomu nic do tego.

Twój wybór był dobry?
– Był piękny i świadomy. Jeśli miałabym wybierać mężczyznę swojego życia po raz drugi, to wybrałabym Krzysztofa. On spełnia 99 procent mojego ideału, więc tak – jest mężczyzną mojego życia. Wcześniejszy mężczyzna, który mógłby być moim partnerem na całe życie, już nie żyje. Znali się zresztą z Krzyśkiem. Mnie się wydaje, że to jest w ogóle wielkie szczęście spotkać kogoś ważnego w swoim życiu. Można mieć wielu partnerów seksualnych, natomiast spotkać kogoś, z kim dzielisz los, ponosisz cały ten trud wspólnego życia, jest czymś niesamowitym. Po co więc to niszczyć z jakiegoś powodu? Nie wierzę w żadne konwencjonalne związki małżeńskie, nawet kiedy ma się dzieci. Sama nigdy ich nie chciałam mieć. No, może przez ułamek sekundy. Mój związek z Krzyśkiem to jest bycie dwojga ludzi o tej samej wrażliwości, którzy nawet nie muszą rozmawiać, bo rozumieją się bez słów. Ale dwojgiem ludzi, a nie żadną wymyśloną małżeńską jednością. Miałam przyjaciółkę, powiedzmy, że była moim guru. Starsza ode mnie, doktor psychiatrii. Powtarzała, że każda miłość, nawet najbardziej absurdalna, ma taką samą wartość. Czy bajkowa, czy katolicka – nie ma znaczenia. Możesz zakochać się nawet w kwiatku. I to wcale nie jest śmieszne. To jest piękne!

Denerwujesz się, kiedy ktoś cię pyta o związek z Krzysztofem?
– Nie lubię o tym mówić, bo nie wydaje mi się to specjalnie interesującym tematem. Ludzie mają jakieś wyobrażenia konwencjonalne o związkach. Uważają, że kobieta z mężczyzną musi spać w jednym łóżku. Wstają rano, myją zęby, idą do pracy, w niedzielę do kościoła i na obiad do teściów. Wieczorem się seksują. Moja babcia nie spała ze swoim mężem w jednym łóżku, bo uważała, że kobieta musi mieć swoją przestrzeń. Kto to widział, żeby spać z mężem! W domu były dwie sypialnie, a między nimi łazienka. Jeśli chcieli, spędzali czas razem. Ale kobieta potrzebuje swojej własnej przestrzeni. Oczywiście jest okres, kiedy są fascynacje erotyczne, kiedy przez pięć minut nie można bez siebie wytrzymać, ale to jest coś całkiem innego. Małżeństwo, partnerstwo to jest też rozwój. Rozwój indywidualnych jednostek, a nie jakichś ludzkich zlepów. Cała ta małżeńska jedność jest jakimś drobnomieszczańskim idiotyzmem. Piętnował to już wspaniały Boy-Żeleński.

Ale te zlepy, jak mówisz, zapełniają swoimi historiami całe strony kolorowej prasy, portale internetowe, telewizję.
– Dlatego zawsze odmawiałam rozmów na temat mojego intymnego życia. Taka publiczna wiwisekcja wydaje mi się – jak by to powiedzieć – niesmaczna, nieestetyczna. Wiem, że to jest teraz bardzo modne, żeby pokazywać się z żonami, mężami, kochankami, partnerami i pozować w sypialni, chwalić się dziećmi, a potem opisywać swój rozwód. To jest jedna wielka tragedia. Co to kogo obchodzi, kto z kim bierze ślub? Kto jak ze sobą żyje? Najlepiej, żeby każdy się zajął swoim życiem, swoim małżeństwem, bo zajmowanie się innymi jest naprawdę żałosne. Proszę cię, zmieńmy już temat, co?

Na krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych wykładał wielki polski scenograf Andrzej Kreütz-Majewski. Też miałaś z nim zajęcia, prawda?
– Tak, był świetnym człowiekiem, który kompletnie nie nadawał się do tego, żeby uczyć. Neurotyczny, wrażliwy, wspaniała dusza. Dawał poczucie artystyczności, kiedy inni profesorowie dawali raczej poczucie konkretności. Jeśli chodzi o sposób myślenia o teatrze, to jednak niewiele nas łączyło. Ale był bez wątpienia kolorowym ptakiem na naszym szarym polskim podwórku. A dlaczego mnie pytasz o Andrzeja?

Bo był mistrzem innego wybitnego scenografa – Borisa Kudlički, który z Mariuszem Trelińskim od lat tworzy wspaniałe operowe inscenizacje. Jednak wasze projekty sceniczne są kompletnie inne.
– Dlatego że Kreütz-Majewski nie produkował swoich klonów. On dawał bardzo dużo powietrza, wolności, przestrzeni. Uczył odkrywania piękna w teatrze. Na wszystkich uczelniach artystycznych masz profesorów lepszych i gorszych, ale to od ciebie zależy, co od kogo weźmiesz. Boris wziął od Andrzeja dużo, ja też wzięłam swoje. Na pewno spotkanie z Andrzejem było dla nas obojga czymś ważnym.

Kiedy postanowiłaś, że zostaniesz scenografką? W liceum plastycznym?
– W podstawówce. Przysięgam!

Naprawdę?
– Tak, w szkole podstawowej mieliśmy najprawdziwszy teatr i najprawdziwszego scenografa, który robił nam kostiumy. Graliśmy na scenie Teatru Rozmaitości, dziś Bagatela, w Krakowie. Pamiętam, że cały czas się z nim wykłócałam, że wszystko jest źle, że ma być tak, jak ja chcę. Zrozumiałam po prostu od razu, że jestem od niego lepsza, a miałam może 12 lat. Zawsze jednak towarzyszył mi dylemat, który mają wszystkie uzdolnione plastycznie osoby z aspiracjami intelektualnymi. W jakim kierunku pójść? Po maturze nie wiedziałam, czy zdawać na akademię, czy na uniwersytet. Powiedziałam sobie: Szczęśniak, nie możesz być debilem! Zrezygnowałam więc z akademii i poszłam na psychologię na Uniwersytet Jagielloński, choć bardziej chciałam na medycynę. I do dziś trochę żałuję, że na nią nie zdawałam.

Jaką specjalizację byś wybrała?
– Myślę, że byłabym neurologiem. Świadomość, mózg – to zawsze mnie fascynowało.

Czyli ciągle głowa – psychologia, neurologia.
– Bo to jest pasjonujące. Poza tym ja zawsze uważałam, że człowiek, który nie ma zaplecza intelektualnego, jest katastrofą. Kochałam studiować, a na pierwszym roku dosłownie szalałam, byłam najlepszą studentką, ze średnią pięć. I nie chodzi tu o żadne chwalenie się, ale o moją fascynację wiedzą, nauką. Ale, jak się domyślasz, w pewnym momencie uniwersytet zaczął mnie nudzić i czułam, że czegoś mi bardzo brakuje.

Sztuki.
– Tak, i wróciłam do zawodówki, czyli na Akademię Sztuk Pięknych. Miałam straszny mętlik w głowie, bo mój tato zawsze powtarzał, że trzeba mieć konkretny zawód: szewc, krawiec, adwokat, lekarz. Nawet ta moja psychologia wydawała się zbyt mało konkretna, choć po studiach pracowałam chwilę jako psychoterapeutka. Zaczęłam jeszcze studiować filozofię, gdzie – nawiasem mówiąc – poznałam Krzysztofa. Na scenografii uświadomiłam sobie, że jest ona jedynym kierunkiem na ASP, który bierze pod uwagę umiejętności analityczne, intelektualne, plastyczne. To był dobry wybór, choć kobiecie w świecie sztuki nie jest łatwo.

Bo?
– Wśród profesorów byli i są nadal niemal sami faceci. Kobietom było trudno się przebić. Oczywiście znalazły się takie, którym się udało, nie przeczę, ale musiały wykonać o wiele większą pracę niż mężczyźni. I nigdy nie były traktowane poważnie. Do tej pory się mówi o sztuce tworzonej przez kobiety, że to sztuka feministyczna. Co to, kurwa, w ogóle jest? Facet to uprawia sztukę, a kobieta uprawia sztukę feministyczną? To jest takie męskie deprecjonowanie, które mnie doprowadza do szału!

Scenografia różni się też tym od innych kierunków na akademii, że nie możesz się zamknąć w pracowni i malować albo rzeźbić w samotności. Jesteś z góry skazana na pracę z wieloma ludźmi.
– To prawda, praca scenografa skazuje cię na pracę z ludźmi i łączenie różnych umiejętności. W Polsce jest jeszcze taka tradycja, że scenograf robi także kostiumy. Musisz mieć naprawdę globalne widzenie świata, umieć analizować tekst, znać nowe media. A kiedy jeszcze zaczynasz pracować w operze, wymaga to od ciebie gigantycznego myślenia. Trzeba się dużo nauczyć.

A ty dlaczego nie uczysz?
– Uczyłam kiedyś przez rok i to było strasznie męczące. Musisz pilnować, żeby nie wpaść w rutynę, masz odpowiedzialność za tych młodych ludzi. Zrezygnowałam też po prostu z braku czasu, ale do dzisiaj chętnie pomagam młodym. Tylko z nimi jest jeden problem – są aroganccy. Uważają, że wszystko wiedzą najlepiej, a starszy człowiek nie wie nic. To jakiś absurd! Młode pokolenie nie ma kontaktu z dojrzałymi ludźmi, nie docenia ich. Przez to większość z tych młodych pozostanie idiotami.

Tak myślisz?
– Tak, bo oni wszystko chcą szybko, teraz, zaraz. Żyją w paranoi kariery. Co to w ogóle jest kariera? Co to jest sukces? Oni niczego nie rozumieją, nie wiedzą, kim są. Tacy ludzie nigdy nie stworzą niczego wybitnego, bo mają plan, który chcą realizować. A w świecie sztuki trzeba mieć odrobinę szaleństwa. Żeby coś osiągnąć, trzeba mieć „ach!”. A oni tego „ach!” nie mają. Albo się wstydzą, są stłamszeni konwencjami, układami. To też wynika z tego, że wszyscy tych młodych głaszczą – jacy oni piękni, jacy zdolni – a niczego się od nich, do cholery, nie wymaga. Idą jak stado baranów, wszyscy jednakowi, wszyscy to samo. Nie wiem, gdzie oni zajdą.

Ty z twoim „ach!” wyciosałaś sobie jako scenografka bardzo silną pozycję w teatrze.
– Nie wiem, może. Polska jest na tyle dziwnym krajem, że w ogóle nie rozumie się tu, kto to jest scenograf. Wszystkie nagrody teatralne przyznawane są aktorom, czasem reżyserom czy kompozytorom. Ale generalnie to aktor jest bogiem. Aktor zna się na sztuce współczesnej, na kuchni, na planowaniu rodziny, na polityce, na homofobii, na malarstwie flamandzkim i na zarazkach. Boli cię ząb? Zadzwoń do aktora celebryty. Wiemy, jaki ma rozmiar buta i majtek. A najlepiej, kiedy aktor jest bez żadnej szkoły i jest kompletnym imbecylem, ale znają go wszystkie gospodynie domowe w Polsce, bo gra w serialu. Historyk sztuki czy krytyk nie powinien się wypowiadać, bo aktor wszystko wie. Moja, jak mówisz, wyciosana pozycja to pozycja kogoś w czapce niewidce. Przy pracy nad spektaklem jest podobnie. O teatrze wie wszystko aktor, który jest najważniejszy. Potem może są reżyser, dyrektor i cała reszta. Ja się dziwię, że my w ogóle jesteśmy opłacani. Ale co mam zrobić? Wykłócać się i tłumaczyć, jak ważną rzeczą jest scenografia? Oczywiście najważniejszy jest reżyser, to on ma wizję, odpowiada za całość. Wszyscy inni są partnerami. My z Krzyśkiem zrobiliśmy razem wszystkie spektakle, od pierwszego do ostatniego. Stworzyliśmy pewien własny świat, wizualny język naszego teatru. Kiedyś pracowałam z innymi reżyserami, ale odkryłam, że ta praca nie daje mi satysfakcji.

Dlaczego?
– Bo pracując, stwarzasz kosmos, który zaczyna funkcjonować. Dajesz strukturę pewnej wizji i jeśli reżyser jej nie rozumie, nie współtworzy, możesz mu zrobić scenografię tylko na zasadzie dekoracji. Miałam parę załamań, pracując z innymi reżyserami, dlatego doszłam do wniosku, że to intymne bycie reżyser – scenograf możliwe jest tylko z Krzysztofem. Czasami chodzi o 10 cm w lewo, ale jak to wytłumaczyć? To jest też kwestia edukacji wizualnej reżyserów, która się skończyła na „Słonecznikach” Van Gogha. Teraz sytuacja się trochę zmienia, ale kiedyś reżyserzy byli strasznie niedouczeni wizualnie, mieli zero informacji z historii sztuki. Z krytykami teatralnymi było zresztą podobnie.

Krzysztofowi nie musisz niczego tłumaczyć?
– Myśmy zaczynali od podstaw, robiliśmy razem szkolne etiudy: pierwszą, drugą, trzecią. Uczyliśmy się teatru wspólnie od podstaw. To był długi i fascynujący proces. W pewnym momencie po prostu zaczęliśmy się rozumieć bez słów. I tak sobie dziś latamy jak dwa kosmiczne wehikuły.

Wasz duet z latami się powiększył. To od lat także wybitny kompozytor Paweł Mykietyn i Felice Ross, która reżyseruje światło, oraz stały zespół aktorski. Czy praca w takiej komunie jest dobra dla artysty?
 Teatr wymaga coraz liczniejszych ofiar. Reżyser i scenograf to za mało! A poważnie mówiąc, to szukasz ludzi, którzy chcą z tobą pchać ten wózek do przodu. Jeden człowiek nie jest w stanie sam nad wszystkim zapanować, wszystkiego zrobić. Wtedy znajdują się ludzie, którzy robią to z tobą – światło, muzykę. To wszystko razem daje nieprawdopodobne efekty. Każdy detal jest ważny, każdy nabiera jakiegoś znaczenia, dlatego do stworzenia tak misternej konstrukcji, jaką jest spektakl, potrzeba coraz więcej osób.

Jest jakaś specyfika waszej trupy?
– U nas są sami wolni ludzie, nie zmusisz nikogo do niczego wbrew jego czy jej woli. W innych teatrach są jakieś gwiazdy, u nas jest gwiazdozbiór: Celińska, Poniedziałek, Cielecka, Ostaszewska, Chyra, Stuhr, Dałkowska, Malanowicz, Popławska, Kalita – czy wyobrażasz sobie podporządkowanie tych osób? To są wolne ptaki. Ale bardzo się o siebie troszczymy, spędzamy czas prywatnie, jesteśmy blisko. Staram się dbać o tę naszą menażerię, choć muszę powiedzieć, że to trudne dzieci, ale dające mnóstwo satysfakcji. Powiem ci nawet, że tak jestem z nimi związana, że nie lubię ich oglądać gdzie indziej. Naprawdę nie lubię, choć wiem, że tego potrzebują.

Zbigniew Libera, który zgodził się zrobić plakat do „Opowieści afrykańskich według Szekspira” Warlikowskiego, powiedział mi po próbie w Théâtre de la Place w Liege, że był zaskoczony, że członkowie zespołu tak czule się witają, dają sobie buzi.
– 
Naprawdę się dziwił? Może gdzie indziej nie ma takiej atmosfery, nie wiem. My mamy taki partnerski, rodzinny tryb bycia razem. U nas nie spóźniasz się na próbę nie dlatego, że boisz się, że ktoś cię z pracy wywali, tylko dlatego, że szanujesz czas innych i wiesz, jak ważne jest to, co robimy. Nasz teatr jest właściwie bezrestrykcyjny, każdy ma prawo do wyrażenia swojego poglądu. Oczywiście też się awanturujemy, jasne. Ale lubimy być razem, bardzo lubimy.

Jakie było kiedyś twoje wyobrażenie życia artysty?
– 
Myślałam, że artysta to osoba, która jest biedna i ciężko pracuje dzień i noc. Byłam wychowana w kulcie pracy. Wiedziałam, że na wszystko trzeba zapracować, trzeba zarobić, bo bycie artystą kosztuje dużo.

A dzisiaj?
 Odnoszę wrażenie, że ciężka praca nie jest aż tak ważna. Wystarczy zostać celebrytą. Zawody artystyczne strasznie się spauperyzowały, nastąpiło jakieś pomieszanie porządków, nie wiadomo, kto jest kim. Mój ginekolog mówi do mnie: „Wiesz, Małgosiu, mnie to teraz trudno jest się rozeznać. Przychodzi hrabina – udaje kurwę, przychodzi kurwa – udaje hrabinę”. Z artystami jest dziś podobnie. Nie wiadomo, kto jest kurwą, kto hrabiną. Dlatego bardzo fascynuje mnie średniowiecze, wtedy artyści byli prawie anonimowi i tworzyli ku chwale Boga. Oddawali się w służbę idei! A teraz? Byliśmy niedawno z Krzyśkiem w Portugalii i oglądaliśmy Sintrę. Obok słyszymy rozmowę polskiej pary. On mówi do niej: „Słuchaj, że im się tak chciało? Te rzeźby, to wszystko tak budować?”. A Sintra jest cudem architektonicznym zbudowanym, kiedy Polacy siedzieli w błocie i lepili garnczki.

A propos błota i podróży  czujesz w Polsce zawiść w stosunku do waszego teatru, że ciągle jest zapraszany i jeździ po całym świecie?
 Ja mam to gdzieś, odrzucam zawiść, bo uważam, że to wspaniale, że nasz teatr jest tak często zapraszany, że mamy cały czas styczność z różnymi kulturami, inną publicznością. Teatr to jest zespół kuglarzy, ma jeździć. Myślę, że ten nieustający ruch – choć jest też męczący – daje dużo całej naszej trupie, a w szczególności aktorom. Oni są inni przez to, że nie siedzą w papciach w garderobie w swoim teatrze, bo wtedy staliby się nieznośni i nudni. A tak spotykają się z różnymi ludźmi mówiącymi w różnych językach i to nie pozostaje bez wpływu na nich, ich aktorstwo. Kiedyś, jeszcze w czasach TR, pojechaliśmy do Awinionu. Rekwizytorem był pan K., który nie uznawał niczego, co nie jest polskie. Nie wydawał pieniędzy za granicą, bo małżonka jeszcze w kraju go świetnie zaopatrzyła. Do Francuzów mówił oczywiście po polsku: „To trzeba przenieść”. Oni nie rozumieli, więc pan K. powtarzał wolniej i dobitniej: „Tooo trzeeebaaa przeeeenieeeeść”. On był dla mnie esencją polskości tamtych czasów, jakiejś klaustrofobii umysłowej i zamknięcia, z którego, jak mniemam, bierze się ta zazdrość w stosunku do nas. Naprawdę myślisz, że ludzie nam zazdroszczą?

I to jak!
– Mój Boże, my chcemy po prostu tworzyć nasz teatr, w którym rozmaici ludzie będą mogli realizować swoje różnorodne pomysły. To nie jest teatr dla mnie ani dla Krzysztofa. Nowy Teatr, którego budowa rozpocznie się – mam nadzieję – niedługo, ma być żywym miejscem sztuki otwartym na ludzi z Polski i ze świata, miejscem wolności kreacji. Wiem, że nieraz krytykują nas, bo nasze spektakle są ryzykowne albo drogie, ale co to są za kryteria? My pracujemy na najlepszym sprzęcie, z najlepszymi ludźmi, bo bez tego trudno dziś robić dobry teatr.

Nowy Teatr jest „nieodpowiedzialną fantazją”?
– Z punktu widzenia ludzi żyjących w polskim systemie odpowiedzialne byłoby siedzenie w bamboszach, bycie dyrektorem przez pół wieku i robienie „Pani Dulskiej”. W ramach polskiej fantazji mieści się jeszcze co najwyżej stadion za ileś miliardów. Nowoczesny teatr już nie bardzo. Szczególnie dla prywatnych sponsorów. Oni dają kasę tylko na komercyjne teatry, gdzie pan prezes z panem dyrektorem będą się mogli spotkać na promocji buta, wypić whisky, mrugnąć do siebie oczkiem i już. Tak się w Polsce załatwia sponsoring. Bo jaką korzyść może mieć prywatny sponsor ze wsparcia takiego artystycznego teatru jak nasz? Warlikowski nie napije się z nim drinka, bo nie znosi raucików. Poza tym cały czas intensywnie pracuje. Może ich wnukowie zrozumieją, że warto dawać na ambitną sztukę, a nie wspomagać populistyczną rozrywkę, w którą chcieliby zamienić teatry. Czy to nasza fanaberia, że gramy przy wypełnionej po brzegi widowni na 2 tys. osób w Tajpej? Że gramy w Paryżu, Brukseli, Modenie, Berlinie, Lizbonie, Atenach, Tel Awiwie, Wiedniu? To są nasze fanaberie? A może fanaberią jest to, że po naszych spektaklach zagraniczna prasa pisze dużo o teatrze z Warszawy, z Polski? Że jesteśmy ambasadorem polskiej kultury?

Po co budować kolejny teatr w Warszawie?
– A gdzie mamy grać? W namiocie? Taką propozycję dostaliśmy kiedyś od miasta. „Kupimy wam piękny namiot”, powiedzieli. To jest dla mnie niepojęte! Ostatecznie chyba prawie 40-milionową Polskę powinno być stać na parę budynków, które pokazują nowoczesne myślenie o sztuce. W Warszawie nie ma ani jednego nowoczesnego teatru, tylko same kurniki. To jest moim zdaniem oburzające. Teatr Powszechny to jakaś szopa, Współczesny to salka przyparafialna, Muzeum Sztuki Nowoczesnej dostało sklep meblowy, a my mamy siedzibę w garażu na śmieciarki. To właśnie proponuje nam nasza III Rzeczpospolita, tyle mogą nam dać urzędnicy. A cała Warszawa nam tego zazdrości? Czego? Że mamy śmieciarki? Że mieliśmy nieogrzewaną salę prób pokrytą grzybem i toaletę na zewnątrz, w której można się było nabawić zapalenia pęcherza? Tego nam zazdroszczą? Największą chlubą Ministerstwa Kultury jest nowa winda w Teatrze Ateneum, o czym informuje zawieszona na niej tabliczka. Może nasze nieogrzewane WC też doczeka się takiej tabliczki. Na szczęście w tym roku udało się dostosować naszą halę do potrzeb teatru i w końcu zaczęliśmy tam grać. W końcu.

Może trzeba było zostać we Francji. Po co wracaliście do Polski?
– Uświadomiliśmy sobie dość prędko, że musimy pracować w Polsce – to nasze miejsce, tu przynależymy z naszym teatrem, to nasz dom. Gramy na całym świecie, ale to tu mamy specjalne porozumienie z widzami. Krzysztof bez widza z Warszawy, Krakowa, Wrocławia umiera.

Rozłam w TR Warszawa i wasze odejście były dla ciebie trudne?
– Oczywiście. Znałam tam wszystkich, łącznie z portierem i paniami sprzątaczkami. Po przyjeździe z Krakowa do Warszawy trudno nam się było znaleźć, byliśmy obcy. Wtedy, patrząc na Warszawę, nie wiedziałam, czy to gnojowisko, czy bazar. Wszędzie syf, jakieś ohydne budy. Miasto bez struktury. To był szok dla osoby z Krakowa – miasta prowincjonalnego, ale pięknego. Warszawa wydawała mi się stolicą bandytów i władzy. Ale od razu zaczęliśmy pracować. Pierwsze przedstawienie mieliśmy w Teatrze Dramatycznym, potem w Teatrze Studio. W końcu Grzesiek Jarzyna zaprosił nas do Rozmaitości, a potem Michał Merczyński zaproponował Krzyśkowi etat reżysera.

Szybko się zadomowiłaś w TR?
– Tak, i muszę przyznać, że mieliśmy tam wspaniałe chwile. Z czasem okazało się, że dwie tak silne osobowości jak Grzegorz i Krzysztof nie dadzą rady pod wspólnym dachem. Współpraca stawała się dla nas coraz trudniejsza i postanowiliśmy odejść. To dobra decyzja, choć ja z jej powodu cierpię, bo w Rozmaitościach zostały uwięzione moje dekoracje, które wyznaczają przecież drogę naszego teatru. Uważam nasze rozstanie za porażkę pewnej idei.

Twoje projekty scenograficzne są bardzo charakterystyczne. Spotkałem się nawet z opiniami, że właściwie cały czas robisz tę samą scenografię.
– Kiedy pracujesz lata, wytwarzasz własny język. Ja nie tworzę dekoratywnych scenografii, raczej konceptualne, i nie widzę powodu, żebym miała za każdym razem zaskakiwać. To obcy mi sposób myślenia. Kiedy robiłam „Tramwaj”, jakiś krytyk napisał, że spodziewał się na scenie pięknych uliczek Luizjany. Kiedy robiłam pierwszą operę, „Don Carlosa”, pewien życzliwy pan, wielki śpiewak, powiedział do mnie: „Wie pani, kiedy Don Carlos śpiewa w bibliotece, to musi być fotel i książki, bez tego tej arii nie ma”. Takie jest myślenie o scenografii w polskim teatrze: ma dopełniać, doopisywać, być dekoracją. To nie dla mnie. To chyba dobrze, że mam swój rozpoznawalny styl? Kiedy idziesz do Luwru i oglądasz obrazy Rembrandta, to od razu wiesz, że to on. Nie porównuję się do niego, chcę powiedzieć, że artysta wytwarza własny styl i nie ma w tym nic złego. Scenografia musi mieć rys indywidualny.

Od czego zaczynasz projektowanie?
– Od czytania tekstu, wielokrotnie. Potem czytam wokół tekstu i szukam pomysłów na strukturę, która musi być zbudowana na idei interpretacyjnej. Przeglądam różne materiały, zdjęcia, dokumenty, filmy, rozglądam się wokół. Często znajduję inspirację, idąc gdzieś, widząc coś na ulicy. Tak po prostu. Oczywiście dużo rozmawiam z Krzysztofem i z resztą zespołu. Naprawdę dużo rozmawiamy.

Widzę, że nie rozstajesz się z aparatem fotograficznym.
– Bo inspiruje mnie to, co widzę. Scenografię tworzę ze strzępków, z drobiazgów, które składam w całość. Zawsze dążyłam do czegoś, co nazywam monumentalizmem prostoty.

A jak projektujesz kostiumy?
– W operze to jest łatwiejsze, bo śpiewacy noszą to, co im się da, ale aktorzy już nie zawsze. Trzeba z nimi rozmawiać, bo zawsze mają swoje uwagi. Inaczej grają na próbach, kiedy są w dżinsach, a inaczej, kiedy mają już kostiumy. Stają się wtedy postaciami.

Trudne jest bycie artystą?
– Bycie z artystą?

To też.
– Bycie artystą i z artystą nie jest łatwe. Kiedy z Krzyśkiem pracujemy, zapominamy o świecie. Nikt nie pamięta, żeby wynieść śmieci, zrobić zakupy. Mieliśmy takie okresy, że przez dwa, trzy miesiące, pracując nad czymś, wypadaliśmy z tak zwanego normalnego życia. Dopiero po premierze umawiamy fryzjera, dentystę, wracamy do świata, oddychamy powietrzem. Teraz jest łatwiej, bo zawsze ktoś nam pomaga. Kiedy Krzysztof reżyseruje, to niemal w ogóle nie opuszcza sali prób. Ma tam łóżko, na którym może się zdrzemnąć w przerwie. Jest zarośnięty i wymęczony, kiedy wraca po północy do domu albo do hotelu, jest przezroczysty, nie ma siły na nic, po prostu pada na łóżko. Wolne mamy tylko sobotnie popołudnia i niedziele. Wtedy albo śpimy, albo staramy się gdzieś pojechać na wieś, do natury.

Macie dobre życie.
– Powiedziałabym, że bardzo estetyczne. Jeśli mamy przerwę w pracy, to siedzimy w domu, czytamy książki albo spotykamy się z przyjaciółmi. Kiedyś nie chodziliśmy do teatru, bo nie mieliśmy siły już do niego wejść, chyba że coś nas bardzo zainteresowało. Teraz to się trochę zmieniło, przyjemność chodzenia do teatru powróciła. Ot, takie jest to nasze życie. Nic szaleńczego.

Który ze swoich spektakli lubisz najbardziej?
– To tak, jakbyś zapytał matkę, które dziecko bardziej kocha. To pytanie jest po prostu niemoralne.

_____

Rozmowa ukazała się w “Wysokich Obcasach” 5.07.2013 r.

_____

© Mike Urbaniak | Fot. Konrad Pustoła

Zwykły wpis