RECENZJA

Chłopi z kosmosu

Po kompletnie nieudanym „Wyzwoleniu” Stanisława Wyspiańskiego w stołecznym Teatrze Studio, Krzysztof Garbaczewski przeniósł się na drugą stronę Wisły do Teatru Powszechnego, gdzie wziął na warsztat jedno z najważniejszych dzieł polskiej literatury, czyli „Chłopów” Władysława Reymonta. Wielu się obawiało tego, co rzeczony reżyser zrobi z tą napisaną z epickim rozmachem powieścią i obawy okazały się jak najbardziej uzasadnione. Ów artysta zrobił bowiem z „Chłopów” dzieło tak odlotowe, że oglądając spektakl nie można uwierzyć w to, co się wyprawia na scenie. Coś takiego mogło powstać tylko w głowie szaleńca.

Krzysztof Garbaczewski nie tylko „Chłopów” wyreżyserował, ale jest także autorem adaptacji i scenografii, którą stworzył razem z Janem Strumiłło. Scenografii absolutnie kapitalnej i pożerającej nie tylko scenę, ale i pół widowni. Przypomniał mi tą realizacją swoje najlepsze scenograficzne przedsięwzięcia: „Odyseję” Homera i „Iwonę, księżniczkę Burgunda” Gombrowicza – jeden i drugi spektakl wystawił lata temu w Teatrze im. Jana Kochanowskiego w Opolu. Miał więc Garbaczewski kontrolę nad tekstem, przestrzenią oraz tym, co się w niej dzieje i ewidentnie kombinował do samej premiery, co by z tym wszystkim począć.

W pierwszej zapowiedzi spektaklu czytaliśmy, że „z monumentalnej powieści Władysława Reymonta Krzysztof Garbaczewski wybiera wątki, za pomocą których bada ukryte mechanizmy rządzące społecznością. Konfrontując gromadę z jednostką, odsłania brutalność relacji społecznych bazujących na wykluczeniu i ostracyzmie”. Potem, że „tożsamość chłopska jest obecna w naszej kulturze bardzo silnie. Nie należałoby mylić tego chłopstwa z ludowością; chłopskie myślenie czy elementy chłopskiego świata są nadal obecne w zachowaniu polskiej klasy średniej. Jest to dość aktualny tekst”. I w końcu: „Naturalizm Reymonta jest dla nas szczególnie cenny w dobie wycinanej puszczy Białowieskiej. Myśl ekologiczna jest wciąż w Polsce słabo obecna, a tu nagle da się ją odkryć w tekście Reymonta”. To ciągłe zmienianie akcentów w teatralnej interpretacji widać gołym okiem na scenie. Finalnie „Chłopi” Garbaczewskiego są po trochu o wszystkim. Jednych przyciągnie wątek eko, innych wątek etno, jeszcze innych kwestia nielubiącej odmieńców konserwatywnej zbiorowości albo wielkiej miłości bez happy endu. A na tym jeszcze nie koniec, bo reżyser chce zwrócić także uwagę na sprawy, powiedzmy, żydowskie (patrz: antysemityzm) oraz na zgoła feministyczne, a raczej zalatujące mizoginią, bo „Chłopi” – oddający doskonale ducha ówczesnego świata – są nasączeni patriarchalnym, wręcz przemocowym językiem w stosunku do kobiet.

Nie wiedząc zatem do końca w jakiej sprawie reżyser zaprasza nas na własne przedstawienie, trzeba samemu zdecydować, po której nitce wędrować do kłębka, tudzież przez które pole prowadzić swój pług. Ale można też po prostu rozkoszować się stworzonym przez Garbaczewskiego i jego znakomitych współpracowników (Roberta Mleczkę, Sławomira Blaszewskiego, Jana Duszyńskiego  i Bartosza Nalazka – brawa!) scenicznym kosmosem, bo niemal każda scena w tym spektaklu jest takim odpałem, że albo oczy z orbit wychodzą, albo spada się ze śmiechu z fotela, bowiem Krzysztof Garbaczewski zrobił w Powszechnym najdowcipniejszy spektakl w swojej karierze. I nie byłoby, ma się rozumieć, tych wszystkich cudowności, gdyby nie aktorzy.

„Chłopi” są popisem, w najlepszym znaczeniu tego słowa, możliwości zespołu aktorskiego Teatru Powszechnego. Do boju pierwsza rusza fenomenalna Julia Wyszyńska w roli Hanki, żony Antka Boryny. Aktorka wyklęta przez polską prawicę za przejmującą kreację w „Klątwie” Olivera Frljicia, wróciła po kilku mało udanych rolach poprzedniego sezonu do swojej wielkiej formy i idzie jak burza. Jej Hanka znacząco różni się od powieściowej. Ta Reymontowska jest początkowo właściwie nijaka i bojąca się wszystkiego, dopiero potem, wraz z biegiem wydarzeń, nabiera hardości i zaradności. Hanka Wyszyńskiej, zabawnie przerysowana i wyjątkowo głośna, ma do razu dużo do powiedzenia – zarówno o innych, jak i o własnym niełatwym przecież losie źle traktowanej i zdradzanej żony. Co tu dużo mówić, Wyszyńska wyciągnęła tę niesłusznie pozostawioną w książkowym cieniu bohaterkę na pierwszy plan.

Pomaga jej w tym dzielnie grający Antka Borynę Mateusz Łasowski, który w końcu dostał w Powszechnym główniaka na miarę swojego talentu. Jego brawurowa kreacja, najlepsza od czasu transferu z Teatru Polskiego w Bydgoszczy, staje się niemal centralną dla całego spektaklu, bo to przecież Antek uwikłany jest i w nieudane małżeństwo z Hanką, i coraz trudniejszą relację z ojcem, w końcu w płomienny romans z wydaną za Macieja Jagną (Magdalena Koleśnik). Łasowski maluje swą rolę w wielu odcieniach: raz jest slapstickowy, raz delikatnie tylko puszcza oko do widowni, a kiedy trzeba staje się śmiertelnie poważny, jak wtedy, gdy swą uwagę skupia wyłącznie na ukochanej, pożerając ją każdym spojrzeniem. Gdy Antek chwyta Jagnę, trudno się z jego ramion wyzwolić. Wszystkie jego zmysły nakierowane są tylko na nią, a ich wzajemny żar reżyser pokazuje pomysłowo używając kamery termowizyjnej. To wszystko trwa oczywiście do czasu. Kiedy bowiem zaczną się nad Jagną zbierać czarne chmury, Antek bez wahania odpowie: „W gromadzie żyję, to i z gromadą trzymam! Chceta ją wypędzić, wypędźta; a chceta se ją posadzić na ołtarzu, posadźta! Zarówno mi jedno!”. Wielki romantyk okazuje się być wyrachowanym chujem.

Koniec końców ofiarą zostaje zawsze kobieta. Tak było kiedyś, tak jest i teraz. I wcale nie chodzi o to, że Jagna jest zła, że zasłużyła na taki los. Nic z tych rzeczy. Postaci mistrzowsko granej przez Magdalenę Koleśnik nie można nie lubić, a wręcz się jej kibicuje. Szczególnie, że nie jest wcale pierwszą naiwną. Koleśnikowa Jagna to kobieta inteligentna i podążająca za swą intuicją, która w zderzeniu z prawami społeczności musi niestety przegrać sromotnie, bo taki jest zawsze los odmieńca i taka jest dynamika zamkniętej, podporządkowanej „odwiecznym” zakazom i nakazom grupy.

Wśród pierwszoplanowych postaci ginie nam Maciej Boryna grany przez Arkadiusza Brykalskiego, bo ani to chłop charyzmatyczny, ani wzbudzający respekt. Jest kompletnie nijaki przez co staje się dość szybko bohaterem, na którego nie zwraca się zbytnio uwagi. Ta przenosi się na postaci drugoplanowe, choćby na Mateusza w wykonaniu Michała Czachora. Ten zalecający się do Jagny uroczy awanturnik bawi swoimi ciągłymi dopowiedzeniami, ale potrafi też skupić na sobie uwagę całkiem na poważnie swą niespełnioną miłością do żony starego Boryny. Prawdziwe salwy śmiechu widzów wzbudzają także zwierzęta z lipcowego obejścia. Krowa w wykonaniu Andrzeja Kłaka czy kura Klary Bielawki to prawdziwe teatralne cieszotki, że o zdalnie sterowanym łaziku, okazującym się być świnią, która zwiała z zagrody nie wspomnę.

Doprawdy trudno uwierzyć, że Krzysztof Garbaczewski zrobił z „Chłopami” to, co zrobił. Co dzieje się w głowie człowieka, który w sposób tak zwariowany i błyskotliwy zarazem wystawił w teatrze jedną z dwóch wielkich powieści naszego literackiego noblisty, pozostaje nieustannie tajemnicą. Pewne jest natomiast to, że Teatr Powszechny ma kolejnego hiciora, że nie ma zamiaru oddawać Teatrowi Studio palmy pierwszeństwa w rywalizacji o najgorętszą scenę Warszawy oraz to, że niejedna polonistka może na „Chłopach” Garbaczewskiego dostać zawału.

Władysław Reymont „Chłopi”
reż. Krzysztof Garbaczewski, Teatr Powszechny w Warszawie
premiera: 13 maja 2017 r. 

Foto: Magda Hueckel

CZYTAJ TAKŻE
Niezgoda | rozmowa z Krzysztofem Garbaczewskim
Cyberpunk | rozmowa z Jackiem Poniedziałkiem o Krzysztofie Garbaczewskim
Kokaina na trawniku | rozmowa z Aleksandrą Wasilkowską o Krzysztofie Garbaczewskim

 

Reklamy
Zwykły wpis
PORTRET

Nieśmiała dziewczynka

podroz-ziomowa_1__0413_1

Mam taką konstrukcję, że muszę upaść, żeby móc się potem pozbierać i ruszyć do przodu. Julia Wyszyńska

W Mysłowicach urodzona, w Katowicach wychowana – jednym słowem Ślązaczka. Julia Wyszyńska, rocznik 1986, była beztroskim dzieckiem, które kiedy podrosło, nie zauważyło, że czas już się stać dorosłym człowiekiem. – W liceum sporo balowałam i nie zawracałam sobie zbytnio głowy planowaniem przyszłości. Dużo za to myślała o niej moja mama – mówi aktorka. Mama, dodajmy, twardo stąpająca po ziemi psycholożka, widziała córkę w tym samym zawodzie. Mogłyby nawet praktykować razem. Nic z tego. Julia, co prawda, poszła po maturze na egzaminy na psychologię, ale testy zdała fatalnie. Uniwersytet Śląski jej nie chciał. Nie chciała jej też Państwowa Wyższa Szkoła Teatralna w Krakowie, co akurat bardzo ucieszyło mamę, uważającą aktorstwo za niepoważne zajęcie.

skapiec_2_0087

Skoro wszelkie uczelnie odpadły, Julia zapisała się do Studium Aktorskiego przy Teatrze Śląskim im. Stanisława Wyspiańskiego w Katowicach. Mama z dezaprobatą kręciła tylko głową. Wyszyńska: – Oczywiście musiałam odpokutować moje złe życiowe wybory i niezdane egzaminy, więc zmywałam, szorowałam, odkurzałam i wynosiłam śmieci. Zostałam też odcięta za karę od pieniędzy, bo skoro jestem taka mądra to mogę się utrzymać sama. To była ważna lekcja. Ale w głowie i tak miała tylko teatr. Już w harcerstwie występowała w pierwszych spektaklach, a kiedy na Ogólnopolski Festiwal Sztuki Reżyserskiej „Interpretacje” przyjechał do Katowic „Krum” Krzysztofa Warlikowskiego zupełnie oszalała. – Wtedy zobaczyłam, że teatr wcale nie musi być nudny i sztampowy, że może być nowoczesny i poruszający – wspomina.

wesele2__0148

W studium uczy się rok: – Tam bardzo dobrze przygotowano mnie do egzaminów do szkoły teatralnej. Szczególnie ceniłam zajęcia z wymowy i rytmiki. W wakacje, przed drugim rokiem, jedzie do Londynu. Trzeba zarobić na czesne. Ale wcześniej zdaje jeszcze w tajemnicy po raz drugi egzaminy na aktorstwo: do Warszawy, do Łodzi i do Krakowa. Udaje się w tym ostatnim mieście. Kiedy smaży kiełbaski na BBQ w Muzeum Historii Naturalnej (– Robota ciężka, ale trzeba było harować na szkołę), dzwonią do niej z krakowskiej PWST z dobrą nowiną. Dodzwonić się jednak nie mogą. W końcu kontaktują się z mamą i mówią, że córka została przyjęta. Mama odpowiada krótko: „To pomyłka!”.

podroz-ziomowa_1__0334

W 2006 roku Julia przeprowadza się do Krakowa, studia zaczynają z nią między innymi Mateusz Kościukiewicz i Miron Jagniewski. – Lepiej nie mogłam trafić. Świetna szkoła, świetni ludzie, świetne miasto dla studentów – opowiada. Ciągle była jednak spięta i zestresowana: – Miałam jakieś okropne blokady. Byłam nieprawdopodobnie nieśmiała. Adam Nawojczyk uważał, że nic ze mnie nie będzie, więc myślałam, że po pierwszym roku mnie wyrzucą. Nie wyrzucili. Na szczęście. Bo na drugim roku odżyła, zmieniła się nie do poznania: – Chyba mam taką konstrukcję, że muszę kompletnie upaść, załamać się, rozwalić, żeby móc się potem pozbierać i ruszyć do przodu. Tak też było w szkole.

eurydyka_mowi_0__0427

Na scenie debiutuje w 2010 roku. Do Teatru Polskiego w Bielsku-Białej zaprasza ją Ewelina Marciniak, która przygotowuje „Nowe wyzwolenie” Witkacego: – Z Eweliną znałyśmy się jeszcze ze szkoły. Kiedy zaproponowała mi tę rolę, od razu się zgodziłam, choć rozważałam także zagranie w spektaklu Szymona Kaczmarka, który szykował go w Teatrze Imka w Warszawie. Znajomi pukali się w głowę: „Jeszcze się zastanawiasz? Wiadomo, że Warszawa!”. Wybrała jednak Bielsko-Białą. Spektakl zebrał dobre recenzje, a Julia dostała za swoją rolę nagrodę publiczności na Koszalińskich Konfrontacjach Młodych m-teatr. Dobry początek.

wisniowy_sad_1__0704

Potem jedzie do Wigier, zupełnie przypadkiem. W słynnych warsztatach teatralnych organizowanych co roku przez Tadeusza Słobodzianka bierze udział jej ówczesny chłopak, a ona pływa na kajaku. – Ale tak się złożyło, że zabrakło im aktorów i wzięli mnie. Ten wyjazd zaowocował potem Słobodziankową propozycją zastępstwa w „Gardenii” w reżyserii Aldony Figury w Laboratorium Dramatu i w „Naszej klasie” w Teatrze na Woli (dzisiaj to jedna ze scen stołecznego Teatru Dramatycznego). Na Woli Julia zaczyna znów pracować z Eweliną Marciniak. Do premiery „Bohaterek” jednak nie dochodzi. Reżyserka nie chciała się zgodzić na zaproponowany przez teatr plakat, więc Słobodzianek planowaną premierę odwołał. Wyszyńska: ­– Lepiej nam wyszła z Eweliną praca nad „Medeą”, którą zrobiłyśmy w Laboratorium Dramatu. To prawda, za ten monodram aktorka znów dostała nagrodę – tym razem na Ogólnopolskim Przeglądzie Monodramu Współczesnego w Warszawie.

lalka2__0979

„Medea” pokazywana była także na Festiwalu Monodramów „Monoblok” w Gdańsku, gdzie w jury zasiadał Paweł Łysak, wtenczas dyrektor Teatru Polskiego w Bydgoszczy. – Pomyślałam, że skoro już mnie widział, to może do niego zadzwonię – uśmiecha się Wyszyńska. Zadzwoniła do zastępcy Łysaka, Pawła Sztarbowskiego. Ten powiedział, że na razie nie ma żadnej propozycji, ale jak coś będzie, to da znać. I dał. W czerwcu 2012 roku Julia zadebiutowała na deskach Teatru Polskiego w Bydgoszczy w spektaklu „Źle ma się kraj” w reżyserii Weroniki Szczawińskiej i wkrótce dołączyła do zespołu. To była dobra decyzja? – To był strzał w dziesiątkę! – odpowiada natychmiast. W rzeczy samej.

iwona_burbona_03__0165

Rok później zagrała najpierw Anię w „Wiśniowym sadzie” Czechowa w inscenizacji Pawła Łysaka, a później Elisabeth Fritzl w arcydzielnej „Podróży zimowej” Elfriede Jelinek w reżyserii Mai Kleczewskiej (koprodukcji z Teatrem Powszechnym w Łodzi). Ta doprawdy wstrząsająca kreacja przyniosła jej wielkie uznanie i nagrodę za najlepszą rolę kobiecą na XII Festiwalu Prapremier. To był jej rok. Jesienią czekała Julię ponowna praca z Eweliną Marciniak nad błyskotliwym, przepisanym przez Michała Buszewicza i cieszącym się wielką popularnością wśród widzów „Skąpcu” Moliera (grała Elizę) oraz „Wesele” w reżyserii Marcina Libera (grała Pannę Młodą). Bydgoski rozdział w karierze Wyszyńskiej zamknął spektakl „Cienie. Eurydyka mówi:” Mai Kleczewskiej z gościnnym udziałem Katarzyny Nosowskiej (koprodukcja z Teatrem Muzycznym Capitol we Wrocławiu i stołeczną Imką). Nie pograła w nim jednak długo, bo „Cienie” szybko ściągną z afisza Paweł Wodziński, nowy dyrektor Teatru Polskiego. Podobnie zresztą jak „Skąpca”, który wylądował w śmietniku zaraz po tym, jak dostał nagrodę publiczności na katowickich Interpretacjach.

kazdy_d_0077

Jesienią 2014 Paweł Łysak z Pawłem Sztarbowskim wygrywają konkurs na szefów Teatru Powszechnego w Warszawie i zabierają ze sobą z Bydgoszczy kilkoro aktorów: Karolinę Adamczyk, Michała Czachora, Mateusza Łasowskiego, Michała Jarmickiego i Julię Wyszyńską, która przez dwa lata gra spektakle zupełnie nie dla niej skrojone. Nie jest jej teatrem ani „Iwona, księżniczka z Burbona” Magdy Fertacz w reżyserii Leny Frankiewicz (gra Lolę), ani „Lalka. Najlepsze przed nami” według Bolesława Prusa w reżyserii Wojciecha Farugi (gra Kazimierę Wąsowską), ani nawet bardzo udane skądinąd przedstawienie „Każdy dostanie to, w co wierzy” według „Mistrza i Małgorzaty” Bułhakowa stworzone przez Jolantę Janiczak i Wiktora Rubina. Julia (Małgorzata) gra tam nieudany duet z Dawidem Rafalskim (Mistrz). Na uznanie zasługuje za to jej rola w „Nieznośnie długich objęciach” Iwana Wyrypajewa, choć to też nie do końca jej teatr. Wyszyńska nie gra niestety w spektaklach Mai Kleczewskiej, bo panie przestają się dogadywać.

klatwa_414

W końcu aktorka wraca do wielkiej formy odważną kreacją w „Klątwie” według Wyspiańskiego w reżyserii kontrowersyjnego Olivera Frljicia. Aktualne są jej słowa, że musi upaść, żeby się pozbierać i ruszyć do przodu. Tak ruszyła, że dwie zagrane przez nią sceny wywołały ogólnopolską awanturę i niespotykaną od lat nagonkę na teatr. Wyszyńską odsądzono od czci i wiary za scenę seksu oralnego z figurą Jana Pawła II i monolog o zbiórce pieniędzy na zabójstwo Jarosława Kaczyńskiego, w której tłumaczy widzom, że takiej zbiórki przeprowadzić nie może, bo zabrania tego polskie prawo. Ale to, co aktorka mówi ze sceny nie ma w medialnym maglu żadnego znaczenia. Spektakl, a raczej wyobrażenie o nim zaczyna żyć własnym życiem. Prawicowe media, politycy rządzącej partii, a nawet Episkopat Polski oskarżają ją i teatr o nawoływanie do przemocy i bluźnierstwo. Za „Klątwę” lanie dostają wszyscy, ale najmocniejsze razy dostaje ona – nieśmiała dziewczynka ze Śląska, która zaryzykowała dla roli cały swój aktorski dorobek i została tym samym najodważniejszą z odważnych.

CZYTAJ TAKŻE
Klątwa | recenzja
Nienasycona | rozmowa z Eweliną Marciniak
Widelcem w oko | rozmowa z Mają Kleczewską

Fot. Magda Hueckel

 

Zwykły wpis
RECENZJA

Lookbook

13092130_10207563355894526_5548776846612443813_n

Trzeba mieć tupet, żeby zabrać się do „Ksiąg Jakubowych”, ponadtysiącstronicowej cegły, która przyniosła Oldze Tokarczuk Literacką Nagrodę „Nike” i sprzedała się w niewyobrażalnym dla większości polskich pisarzy nakładzie. Choć sam tupet nie wystarczy, potrzebny jest także błyskotliwy pomysł na teatralną adaptację. Jak to dzieło ugryźć, żeby nic nie uronić i jednocześnie nie zginąć pod ciężarem Jakubowego tomiszcza? Ewelina Marciniak, laureatka tegorocznego Paszportu „Polityki”, wywiązała się z tego zadania średnio.

Ponadczterogodzinny spektakl dzieli się na trzy akty. Najlepszy jest pierwszy, który wprowadza (także przy użyciu lalek) w świat frankistów i ówczesnej Rzeczypospolitej. Jego siła opiera się głównie na stronie wizualnej autorstwa Katarzyny Borkowskiej, choć nie da się ukryć, że zrecyklingowała w Powszechnym swój „Portret damy” z Teatru Wybrzeże. Drugi akt, poza świetną otwierającą sceną seksualnej orgii (choreografia Kai Kołodziejczyk), zwyczajnie się rozłazi i jest jednym wielkim dramaturgicznym zakalcem. Akt trzeci – chrzciny frankistów – zdaje się dla reżyserki kluczowy, a dla widowni za długi.

Najlepiej w tym wszystkim radzą sobie znakomici aktorzy Powszechnego, którzy robią, co mogą, choć wiele nie mogą, bo cóż można ugrać w scenach, w których nie chodzi o nic prócz tego, że mają wyglądać. Uwagę zwracają szczególnie Mateusz Łasowski jako przekupny karierowicz ks. Kajetan Sołtyk i Eliza Borowska w roli Elżbiety Drużbackiej (idzie w farsę, bawiąc widownię).

Największym problemem jest za to Jakub Frank (Wojciech Niemczyk), który powinien być charyzmatycznym, ciągnącym za sobą tysiące ludzi liderem, a jest tymczasem postacią kompletnie bezbarwną. Nie ma co kryć, że reżyserka popełniła tu wielki błąd obsadowy. Dlaczego Franka nie zagrał Mateusz Łasowski albo Bartosz Porczyk? Wie to tylko Bóg wszechmogący.

„Księgi Jakubowe” pokazują po raz kolejny, że Ewelina Marciniak jak mało kto umie robić teatr z imponującym inscenizacyjnym rozmachem, a jej największym problemem jest traktowanie aktorów jak kukiełki mające wykonywać bez dyskusji to, co każe sterująca nimi ręka. Tylko że wtedy znikają wszystkie sensy i zostaje opakowanie.

____

Olga Tokarczuk „Księgi Jakubowe”
reż. Ewelina Marciniak, Teatr Powszechny w Warszawie

ksiegi_jakubowe_plakat_studio_homework

_____

Fot. Magda Hueckel/Teatr Powszechny w Warszawie

Zwykły wpis