FELIETON, RECENZJA

Chór na barykady!

hymn_do_milosci__1

Pamiętam to jak dziś, a pamiętam zwykle niewiele, gdyż mam pamięć kury nioski. Była bodaj wiosna 2010 r. i siedziałem z nią na podłodze niewielkiej sali widowiskowej Instytutu Teatralnego w Warszawie. Robiłem wtedy co miesiąc do magazynu „Exklusiv” wywiady z kobietami, które osiągały sukcesy w rozmaitych dziedzinach, bo jak każdy szanujący się pederasta wielbiłem – ma się rozumieć – kobiety od zawsze i przebywać z nimi chciałem nieustannie. Jedną z nich była właśnie ona: niepozorna, uśmiechnięta, a w głębi serca kat. Już od jesieni poprzedniego roku katowała bowiem inne niewiasty, które wcześniej zaprosiła na casting do swego szalonego pomysłu – Chóru Kobiet uznanego dość powszechnie za fanaberię ówczesnego szefa instytutu, a dzisiaj dyrektora artystycznego Teatru Polskiego w Poznaniu Macieja Nowaka.

„Grubas zdziwaczał” – szeptało miasto. „Co to za pomysł?!” – krzywiły się przykurzone teatrolożki. A ona ze swoją kobiecą bandą dawała do wiwatu. „Czegóż te baby nie wyrabiały! Śpiewały, mruczały, syczały, skrzeczały, prychały, mlaskały i cmokały jak wariatki. Ale w tym szaleństwie była metoda, bo Marta Górnicka – absolwentka szkoły muzycznej i szkoły teatralnej – wiedziała dokładnie, co robi.” Chciała wskrzesić na wskroś grecką ideę chóru, w jej zamyśle Chóru Kobiet, i pozwolić mu wybrzmieć, jak należy.

hymn_do_milosci__3

Zaczęła od legendarnych przepisów Lucyny Ćwierczakiewiczowej, żeby – jak sama mi mówiła – „obśmiać kulturowy przepis na babę”, bo „kobieta nie jest ani ciastem, ani ciasteczkiem”. Oj, nie jest, choć mężczyźni od wieków chcą kobietę urabiać jak ciasto i wsadzać do przygotowanych przez siebie foremek. Potem Górnicka dokładała kolejne teksty do wychórzenia: był Foucault, była de Beauvoir, było „Magnificat” rozmontowujące wizerunek Matki Boskiej. Głośny śpiew przeciw patriarchatowi, heteronormie oraz językowej i kulturowej opresji rozbrzmiewał najpierw w Warszawie, potem w kolejnych polskich miastach, aż w końcu słychać go było w niemal każdym zakątku świata, bo Chór Kobiet występował na scenach od Berlina do Tokio i jest najbardziej spektakularnym zagranicznym sukcesem polskiego teatru ostatnich lat.

Przyszedł też czas na chłopaków, bo Marta Górnicka w końcu ich przyjęła i przygotowywała kolejne odsłony już jako chór mieszany, zaczynając od „Requiemaszyny” opartej na utworach Władysława Broniewskiego. Realizowała też spektakle z chórami tworzonymi ad hoc, żeby wspomnieć choćby ten z koszyckimi Romami na Słowacji, czy ten telawiwski – złożony z Żydów i Arabów, żołnierzy, matek i dzieci. Ów spektakl nosił tytuł „Matka Courage nie będzie milczeć. Chór na czas wojny” – był ponoć wstrząsający, jak donosiły mi izraelskie źródła wywiadowcze, i dał początek tryptykowi, który artystka kontynuowała w Staatstheater Braunschweig i który właśnie zamknęła swoim najnowszym dziełem wystawionym na deskach Teatru Polskiego w Poznaniu.

hymn_do_milosci__2

To wspaniałe dzieło nosi tytuł „Hymn do miłości” (proszę, czytając ten tekst, od razu kupować bilety) i zostało przygotowane z aktorami Polskiego oraz amatorami, których Górnicka – już tradycyjnie – zwerbowała w otwartym dla wszystkich castingu. Na scenie o żadnej amatorszczyźnie mowy jednak nie ma. Wszyscy radzą sobie znakomicie zarówno grupowo, jak i indywidualnie. Wraz z odpowiedzialną za dramaturgię Agatą Adamiecką i resztą ekipy Górnicka stworzyła dzieło nie tylko atrakcyjne inscenizacyjnie, ale także – a może przede wszystkim – niezwykle ważne, boleśnie punktujące naszą narodową polsko-katolicką obłudę. Obłudę, która z jednej strony chełpi się tradycyjną podobno gościnnością (gość w dom, Bóg w dom), a z drugiej – ani myśli o przyjęciu choćby kilku syryjskich rodzin. Tych oczywiście, które jeszcze ocalały, bo wiele z nich już brutalnie wymordowano.

„Polacy pod wodzą nacjonalistycznych polityków i równie nacjonalistycznego Kościoła katolickiego nie chcą u nas żadnych uchodźców, bo – jak słyszymy ze sceny – u nas nie ma miejsca, jakoś tak, kurczę, ciasno się zrobiło, a poza tym nie chcemy, żeby ci okropni uchodźcy korzystali z naszych promocji na smartfony”. Nie tylko zresztą my. Obcych nie chcą u siebie kolejne kraje. Fanatyzm Andersa Breivika okazał się dzisiaj złym proroctwem i nie można go przemilczeć. Trzeba krzyczeć, lamentować i bić na alarm, trzeba dawać odpór i w żadnym razie nie kapitulować. Broni nie składa na pewno Marta Górnicka, która prowadzi dzielnie swój chór na barykady!

CZYTAJ TAKŻE
Krakowiacy i Górale | recenzja
Extravaganza o miłości | recenzja
Sceny myśliwskie z Dolnej Bawarii | recenzja
Myśli nowoczesnego Polaka | recenzja

hymn_o_milosci

Marta Górnicka, „Hymn do miłości”
Teatr Polski w Poznaniu
premiera: 21 stycznia 2017 r.

Fot. Magda Hueckel

Reklamy
Zwykły wpis
ZAPOWIEDZI

To będzie dobry sezon!

b1d9b240094477.57724344e352c

Pierwszy sierpniowy mejl zaczynający się od słów „Dzień dobry Panie Redaktorze” oznacza, że moje wakacje nieuchronnie dobiegają końca. Życie „Pana Redaktora” reguluje bowiem teatralny kalendarz połączony z żywotem publicznych teatrów, a te są już gotowe na przyjęcie państwa na pokład. Co niebawem zobaczymy?

Pierwszy, bo zawsze był prymusem, startuje jeszcze latem Michał Zadara. 27 sierpnia w warszawskiej Zachęcie będzie premiera jego „Orestesa” Eurypidesa, nowej produkcji grupy Centrala. Zaraz po nim, też nie w teatrze, ale w Centrum Nauki „Kopernik” Anna Smolar wyreżyseruje koprodukowaną przez Festiwal Przemiany i Nowy Teatr „Henriettę Lacks” – rzecz o kobiecie, której komórki zmieniły oblicze medycyny XX wieku.

Tego samego dnia, 2 września, sezon zainauguruje Teatr Polski w Poznaniu – „Sceny myśliwskie z Dolnej Bawarii” Martina Sperra reżyseruje Grażyna Kania. Kolejne premiery Polskiego to listopadowe „Myśli nowoczesnego Polaka” Romana Dmowskiego w reżyserii Grzegorza Laszuka, grudniowe „Breivik i inni” Marty Górnickiej i „Great Poland” Krzysztofa Szekalskiego w reżyserii Aleksandry Jakubczak (polska odpowiedź na „Little Britain”) oraz „Malowany ptak” Jerzego Kosińskiego, za którego weźmie się Maja Kleczewska (luty). Nie można też w Poznaniu przegapić spektaklu Agaty Baumgart „O szczytach rozpaczy i uśmiechu stewardessy”, który 12 listopada zobaczymy w Teatrze Nowym.

We Wrocławiu natomiast waży się niepewny los Teatru Polskiego, naszej czołowej sceny, którą nieustannie próbują wykończyć politycy PO wraz ze swoimi akolitami z dolnośląskiego sejmiku. Dlatego na razie jedynym konkretem jest zaplanowany na 23 listopada „Proces” Franza Kafki w reżyserii Krystiana Lupy. Następna w kolejce jest Ewelina Marciniak, planująca wystawienie w styczniu „Głodu” Martína Caparrósa.

Inaczej sprawy się mają w Teatrze Powszechnym w Warszawie, który ma bez wątpienia najbardziej imponujące plany repertuarowe. Sezon zacznie 24 września od prapremiery „Wściekłości” – nowego tekstu Elfriede Jelinek w reżyserii Mai Kleczewskiej. 3 grudnia Paweł Łysak wystawi sztukę „Kuroń” autorstwa Małgorzaty Sikorskiej-Miszczuk, dwa tygodnie później (15 grudnia) zobaczymy „Wdowy z Vrindavan” Magdy Fertacz w reżyserii Łukasza Chotkowskiego (koprodukcję z Teatrem Kasba Arghya w Kalkucie i Instytutem Adama Mickiewicza), a 18 lutego Oliver Frljić pokaże „Klątwę” Stanisława Wyspiańskiego. (Ale nic mnie bardziej nie ciekawi, niż zaplanowani na maj „Chłopi” Władysława Reymonta w reżyserii Krzysztofa Garbaczewskiego).

Skoro wróciliśmy do stolicy, uprzejmie donoszę, że wspomniany już Michał Zadara zaprasza 28 listopada do Teatru Narodowego na „Matkę Courage i jej dzieci” Bertolta Brechta. W TR Warszawa zobaczymy najpierw „Elementy dzieła muzycznego” Wojtka Blecharza (15 października), potem „Piłkarzy” Krzysztofa Szekalskiego w reżyserii Gosi Wdowik (18 listopada, premiera: 1 września na Sopot Non Fiction) oraz inspirowany „Idiotami” Larsa von Triera spektakl Grzegorza Jarzyny (luty). W Nowym Teatrze natomiast najpierw (24 września) na afisz trafi „Jeden gest” Wojtka Ziemilskiego o językach migowych, a potem (w styczniu) „Sonata widm” Augusta Strinberga w reżyserii Marcusa Öhrna.

Wielkim znakiem zapytania jest zrujnowany wizerunkowo i przetrzebiony aktorsko stołeczny Teatr Studio, który zapowiada osiem premier, wśród nich „Ripley’a pod ziemią” Patricii Highsmith w reżyserii Radka Rychcika (14 września) i „Berlin Alexanderplatz” Alfreda Doblina w reżyserii Natalii Korczakowskiej (styczeń). Rychcik planuje także pod koniec lutego „Wyzwolnie” Stanisława Wyspiańskiego w Teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie.

Na jedną z najciekawszych scen wyrasta ostatnio Teatr im. Stefana Jaracza w Łodzi, który zacznie 15 października od „Czekając na Godota” Samuela Becketta w reżyserii Michała Borczucha, by zimą zaprosić nas jeszcze na „Filokteta” Heinera Muellera w inscenizacji Wojtka Klemma i „Czarownice z Salem” Arthura Millera, które zrobi Mariusz Grzegorzek.

Obowiązkowym przystankiem każdego teatromana jest naturalnie Teatr Dramatyczny w Wałbrzychu, gdzie w listopadzie zobaczymy „Moby Dicka” Hermana Melville’a w reżyserii Macieja Podstawnego, w styczniu „Strajk” Przemysława Wojcieszka, a w lutym „Middlesex” Jeffrey’a Eugenidesa w reżyserii Jędrzeja Piaskowskiego.

Do Teatru im. Stefana Żeromskiego w Kielcach udajemy się 1 października na „Kła” Yorgosa Lanthimosa w adaptacji Marcina Cecki i reżyserii Bartosza Żurowskiego, 10 grudnia na „Zachodnie wybrzeże” Bernarda-Marie Koltèsa w reżyserii Kuby Kowalskiego i 25 lutego na „Kielce to nie Dallas” – nową sztukę Tomasz Śpiewaka o pogromie kieleckim w inscenizacji Remigiusza Brzyka.

Teatr Wybrzeże w Gdańsku nawiedzamy 14 października, bo wtedy będzie premiera „Mapy i terytorium” Michela Houellebecqa w reżyserii Eweliny Marciniak, która 5 listopada zaprosi nas też na zaległą „Leni Riefenstahl. Epizody niepamięci” w Teatrze Śląskim w Katowicach.

Spektakl o silnej kobiecie zobaczymy również w Teatrze Polskim w Bydgoszczy, gdzie 29 października Wiktor Rubin wystawi sztukę o francuskiej rewolucjonistce Théroigne de Méricourt – autorką tekstu jest oczywiście Jolanta Janiczak. W grudniu ten sam duet zaprasza do Komuny Warszawa, ale zanim dojedziemy do końca roku roku, mamy po drodze jeszcze dwie odsłony Mikroteatru: Romuald Krężel/Marcin Liber/Iga Gańczarczyk (8 października) i Grzegorz Jarzyna/Wojtek Ziemilski/Anna Karasińska (12 listopada) oraz „Raykjavik 1974” Marty Sokołowskiej w reżyserii Katarzyny Kalwat w Teatrze im. Wilama Horzycy w Toruniu (listopad) i „Najgorszego człowieka na świecie” Małgorzaty Halber w reżyserii Anny Smolar w Teatrze im. Wojciecha Bogusławskiego w Kaliszu (grudzień).

I last but not least, Stary Teatr w Krakowie, który zaczyna 8 października z grubej rury „Wojną i pokojem” Lwa Tołstoja w reżyserii Konstantina Bogomołowa, by 19 listopada zaprosić nas na „Kosmos” Witolda Gombrowicza, którego wystawi Krzysztof Garbaczewski, a 31 grudnia na „Triumf woli” Pawła Demirskiego w reżyserii Moniki Strzępki.

No dobra, pakuję walizkę i wracam do kraju.

___

Fot. Magda Hueckel, „Sceny myśliwskie z Dolnej Bawarii”, Teatr Polski w Poznaniu

Zwykły wpis
DYREKTORZY/DYREKTORKI

Dyrektor wirus

b2e687222d04cbbfc6763199008fa09b,641,0,0,0

Przeżyłem 30 cudownych lat w teatrze i zamierzam przeżyć kolejne. Nadal będę siał ferment. Żaden dyplom nie jest mi do tego potrzebny. Z Maciejem Nowakiem rozmawia Mike Urbaniak.

Zmobilizowałeś mnie.
– Do czego?

Do zrobienia dyplomu.
– No tak, to jest nauczka. Chociaż myślę sobie, że skoro powstało o mojej działalności chyba z pięć prac magisterskich, to zobowiązania wobec reżimu edukacyjnego mam spełnione. Bardzo przepraszam, ale nie mogę pogodzić się z dowodzeniem, że 30 lat mojego doświadczenia zawodowego jest mniej ważne niż dyplom jakiejś dowolnej gównianej uczelni. Takie podejście dużo mówi o rzeczywistości, w której żyjemy.

Minister kultury Bogdan Zdrojewski, stawiając wymóg wyższego wykształcenie, złośliwie wykluczył cię w możliwości wystartowania w konkursie na dyrektora Instytutu Teatralnego?
– Nie chcę tego tak odbierać. To jest raczej coś, co się nazywa prawem powielaczowym. Kiedy w Peerelu produkowano nowe zarządzenia, to opierano je na starych i powielano bez końca. Podobnie jest dzisiaj. Przecież nigdzie w polskim prawie nie ma zapisu, który wymaga dyplomu wyższej uczelni od osoby kierującej instytucją kultury. Zwracam uwagę, że w naszej branży jest mnóstwo ludzi bez dyplomu, bo zamiast kończyć studia rzucili się w wir pracy artystycznej i dzisiaj mogą wykazać się ogromnym dorobkiem. Ale chcę powiedzieć jedno: ja się nie skarżę. Przeżyłem 30 cudownych lat w teatrze i zamierzam przeżyć kolejne. Nadal będę siał ferment. Żaden dyplom nie jest mi do tego potrzebny.

Instytutem kierujesz ponad 10 lat. Miałeś plan na dalsze lata?
– Tak, i przedstawiłem go panu ministrowi. To były działania do roku 2016.

I co? Nie spodobały się Bogdanowi Zdrojewskiemu?
– Pan minister powiedział, że nie ma zastrzeżeń do pracy instytutu, a nasze pomysły na przyszłość uznał za ciekawe. Jednocześnie doszedł do wniosku, że chce rozpisać konkurs na nowego dyrektora.

Ale czy musiałeś być z niego wykluczony?
– To nie jest pytanie do mnie i powtarzam, że nie mam zamiaru się na to złościć i tupać nóżką. Kierowałem instytutem, jak powiedziałeś, przez dekadę – długo. Nie chciałbym się przeistoczyć w jednego z tych dyrektorów, którzy muszą dozgonnie, podłączeni do kroplówki, sprawować swoją funkcję. Jestem jeszcze w takim wieku, że mogę i chcę zmierzyć się z nowymi wyzwaniami, które wykorzystają moje doświadczenie, kreatywność, kontakty.

W Warszawie?
– Niekoniecznie. Przypominam ci, że 15 lat spędziłem poza stolicą, w Gdańsku, gdzie kierowałem między innymi Teatrem Wybrzeże. Może znowu gdzieś wyjadę? Choć Warszawa mi najlepiej służy, tu jest mój dom.

Wielokrotnie, w różnych rozmowach, mówisz o tym, że kierując Instytutem Teatralnym pozbyłeś się gabinetu, sekretarki, służbowego samochodu. Skąd ta filozofia kierowania?
– Mój tato był przez wiele lat dyrektorem i kiedy ja także nim zostałem, dał mi dobrą radę, którą wziąłem sobie do serca. Powiedział, że przez sam fakt bycia szefem jestem osobą uprzywilejowaną i to wystarczy. Równolegle przeczytałem jakąś książkę o postmodernistycznych modelach zarządzania i jednym z nich było zarządzanie przez włóczenie się. Polega ono na tym, że dyrektor nie siedzi zamknięty w swoim gabinecie, tylko się nieustannie włóczy po instytucji, którą kieruje; włazi do każdego pokoju, rozmawia z pracownikami i ignoruje wszystkie pionowe zależności. Taki dyrektor-wirus.

To bardzo pasuje do twojego trybu życia. Nieustannie włóczysz się po knajpach sącząc zmrożoną wiśniówkę.
– Taki tryb mi odpowiada, mało tego, uważam go za niezwykle skuteczny. Zobacz, ile osób spotkaliśmy idąc z Zachęty na Chmielną. Gdybym postawił sobie biurko na ulicy, to też bym mógł załatwić dużą część spraw Instytutu Teatralnego. Działam tak od zawsze. Kiedy w dawnych czasach robiłem „Gońca Teatralnego” to ogłaszałem w danym numerze, że tego i tego dnia redakcja przybędzie do Krakowa i od dziesiątej będzie urzędowała w tej i tej kawiarni. I jak to działało! Przychodzili ludzie, rodziły się kolejne pomysły. Najważniejsze, żeby nie mieć spiętej dupy.

Moim zdaniem, żeby w Polsce móc kierować instytucją kultury trzeba mieć spiętą dupę i być lizusem.
– Ja się nie zmienię, mowy nie ma. Taki mam styl. Wiceminister Jacek Weksler po jakiejś kontroli w instytucie powiedział mi kiedyś, że on nie wie, jak to jest możliwe tak działać bez sekretarki, ale wszystko gra. A dlatego gra, bo ja nie jestem zamkniętym w gabinecie dyrektorem, który jest krynicą wiedzy. Trzeba delegować uprawnienia, dawać ludziom szansę się wykazać, wprowadzać do instytucji młode i zdolne osoby.

Skąd ta twoja potrzeba otaczania się młodymi ludźmi?
– Oni najlepiej wytrącają z rutyny, a rutyna to śmierć. Młodzi nie pozwalają kostnieć i dają żywotność.

Czym w twojej głowie miał być Instytut Teatralny?
– Ja właściwie od dziesięciu lat realizuję cudowne barokowe założenie Waldemara Dąbrowskiego, który – będąc ministrem kultury – instytut powołał i powiedział, że to ma być żyjące miejsce, a nie martwe archiwum. I takim chyba jest. Przez lata inicjowaliśmy różne projekty i debaty, nieraz kontrowersyjne. Rozmawialiśmy o teatrze często się o niego kłócąc. I bardzo dobrze. W swoim „Raptularzu” profesor Zbigniew Raszewski, mój mistrz i patron instytutu, napisał mniej więcej coś takiego, że należy pamiętać o nieustannym odkurzaniu swoich gustów i się do nich nie przywiązywać, bo można stracić przyjemność obcowania ze sztuką. I pisał to człowiek o poglądach konserwatywnych, który każdy dzień zaczynał od mszy świętej.

Co uważasz za swój największy sukces?
– Wydanie przez instytut fundamentalnych książek, wymienię choćby „Teatra polskie. Historie” Dariusza Kosińskiego, „Grotowskiego. Pisma zebrane”, czy ostatnio „Polski teatr Zagłady” Grzegorza Niziołka. Rozwinęła się też świetnie przez te lata nasza Pracowania Dokumentacji Teatru. Za szczególne osiągnięcie uważam nasz pomysł na tak zwany „czerwony guzik”. Polega to na tym, że jeśli szukasz na e-teatr.pl jakichś materiałów i nie znajdujesz ich w naszej bazie, to klikasz w jeden guzik i my poszukiwany przez ciebie materiał zdygitalizujemy. Dzięki temu reagujemy na bieżące zapotrzebowanie i widzimy czym się ludzie interesują. Sukcesem okazał się z pewnością stworzony przez nas, wspomniany już, e-teatr.pl, który jest pokłosiem mojej pracy na stanowisku szefa działu kulturalnego „Gazety Wyborczej”. Wtedy, pod koniec lat 90., uczestniczyłem w tworzeniu portalu gazeta.pl i nie miałem pojęcia o co chodzi z tym Internetem. A kiedy już to pojąłem, szybko stworzyłem coś podobnego dla polskiego świata teatralnego. Dzisiaj e-teatr ma średnio 50 tysięcy wejść dziennie. Dalej, zorganizowaliśmy świetne, modernizujące polską wiedzę o teatrze, cykle naukowe przygotowane przez Agatę Adamiecką, jak „Inna scena” i „Nowe historie”. Mamy namiot cyrkowy, który jeździ od trzech lat po Polsce i w którym grane są familijne spektakle. Instytut realizuje też z wielkim sukcesem programy „Lato w teatrze” i „Teatr Polska” – dzięki temu ostatniemu, zainicjowanemu przez Romana Pawłowskiego i Janusza Opryńskiego, najciekawsze spektakle z dużych ośrodków jadą do mniejszych miast i miasteczek. Jestem bardzo dumny ze stworzonej przez nas księgarni teatralnej, jedynej w Polsce. Za niezwykle ważne uznaję także instytutowe projekty spod szyldu teatru społecznościowego, szczególnie odnoszący sukcesy na całym świecie Chór Kobiet. Z pewnością wielką przygodą była reanimacja przez instytut Warszawskich Spotkań Teatralnych. Te wszystkie ohydne lenie ze środowiska uważały, że to trup, a ja się uparłem i nagle okazało się, że WST to jeden z najważniejszych branżowych festiwali, który oczywiście trzeba nam było zabrać. Sukcesem jest też to, że nasza siedziba odmieniła Jazdów, który stał się bardziej otwarty, fajniejszy.

Znamienne jest to, że Instytut Teatralny jest jedynym, do którego można zwyczajnie przyjść na kawę albo położyć się pod drzewem na leżaku.
– Tutaj dotykasz istoty filozofii naszego działania. Minister Dąbrowski chciał instytutów otwartych, a teraz jest taka tendencja, że one mają być departamentami ministerstwa, urzędami. I to jest wyraźny dysonans między oczekiwaniami zwierzchności, a tym, co ja bym chciał robić.

To przejdźmy teraz do błędów i wypaczeń. Lista od lat się nie zmienia: masz długi język, wypowiadasz się na tematy polityczne niezgodne z linią rządzącego establiszmentu, antagonizujesz i wywołujesz skandale, promujesz jedną teatralną estetykę, reprezentujesz opcję homolewacką, występujesz w telewizji i publikujesz w prasie zamiast się skupić na pracy w instytucie.
– Oczywiście, zastanawiam się nieraz czy będąc dyrektorem narodowej instytucji kultury nie powinienem schować głęboko moich poglądów na życie, wycofać się ze wszystkich moich aktywności i skupić się na pracy organicznej w Jazdowie. A potem sobie myślę, że właściwie dlaczego? Bo jacyś smutni panowie by sobie tego życzyli? Nie mam zamiaru zostać takim panem w szarej marynarce. Ja lubię kolory.

Co się zmieniło w polskim życiu teatralnym przez ostatnią dekadę?
– Na pewno to – i jest to w dużej mierze zasługa Instytutu Teatralnego – że do teatrów został wprowadzony temat edukacji teatralnej. Dzisiaj żaden szanujący się dyrektor teatru nie może powiedzieć, że pieprzy edukację. Drugą ważną zmianą było ruszenie ze spektaklami w Polskę w ramach wspomnianego już programu „Teatr Polska”.

W czasach Peerelu takie objazdy były na porządku dziennym.
– Ale po transformacji ustrojowej uznano, że objazdy po kraju to najgorsza chałtura. Tym samym odcięto ogromną część społeczeństwa od teatru. Dzisiaj dużo się mówi o mobilności, jak to Polacy się nieustannie przemieszczają. To prawda, ale robią to ci, którzy mają samochody i stać ich na autostrady albo na drożejące bilety na pociąg. Mniej zamożni ludzie mają już problem z dostępem do teatru.

Może zwyczajnie nie chcą do niego chodzić?
– Chcą, ale ich nie stać albo się boją. Myśmy zrobili w instytucie badania, z których wynika, że klasa ludowa z chęcią pójdzie do teatru, ale grupowo. W grupie czuje się bezpiecznie. „Teatr Polska” jest próbą odzyskania tej publiczności.

Co się jeszcze zmieniło?
– W mainstreamie są dzisiaj ci, których dekadę temu uznawano za dzikusów. Doskonale pamiętam, jakim szokiem było zorganizowanie przeze Instytut Klata Fest, jaka wybuchła awantura. Ale noga w drzwi została włożona. Dzisiaj Jan Klata jest dyrektorem najważniejszej polskiej sceny czyli Narodowego Starego Teatru w Krakowie. Strzępka i Demirski są nadal niezaspokojeni w swoich ambicjach, ciągle uważają, że są niszczeni, choć paradują w głównym nurcie. Dorota Masłowska trafnie opisuje to zjawisko mówiąc, że kiedy się jest pisarzem, to cały czas ma się pretensję, że nie dostało się Nagrody Nobla. Klata, Strzępka, Kleczewska, Zadara nadal Nobla nie mają.

Nobla nie, ale mnóstwo innych nagród. Wszyscy wymieni przez ciebie twórcy mają w kieszeniach choćby prestiżowe Paszporty „Polityki”. Już nie są buntownikami?
– Jedno z praw Nowaka mówi, że każdy młody zbuntowany artysta dąży do tego, żeby być starym artystą establiszmentu. Żeby mieć władzę i wpływy, dzięki którym może wykluczać innych, blokować nowych.

Kim są dzisiaj ci nowi?
– Na pewno jest nim Wojtek Faruga. Zobaczyłem niedawno wyreżyserowane przez niego „Betlejem polskie” z Teatru Dramatycznego w Wałbrzychu i jestem zachwycony. Bez wątpienia Marta Górnicka zajdzie daleko i będzie niedługo jednym z najgłośniejszych nazwisk. Dalej: Weronika Szczawińska, Michał Kmiecik, Paweł Świątek. Nazwisk, na szczęście, nie brakuje.

Coś im grozi?
– Wpadnięcie w system wychwalania na jeden, dwa, trzy sezony i stanie się artystą jednorazowego użytku. To mnie potwornie denerwuje. Przecież każdy ma prawo, szczególnie będąc młodym, do popełniania błędów. Trzeba patrzeć na to, jacy ci twórcy będą za kilka lat. Ten mechanizm dotknął kiedyś nawet Grzegorza Jarzynę. Po jego „Bziku tropikalnym” był entuzjazm i zachwyty. Jakiś czas później Jarzyna zrobił „Faustusa” i chodziły słuchy, że to jest niedobre. Kilka dni po premierze wzywają mnie moi zwierzchnicy w Gazecie Wyborczej i pytają: „Dlaczego nie mamy recenzji z Jarzyny? On przecież jest taki modny”. Odpowiedziałem, że spektakl nie wyszedł. Na co usłyszałem: „To tym bardziej! Trzeba napisać, że Jarzyna się skończył!”. Przypominam, że jeszcze na początku lat dwutysięcznych wytupywano spektakle Krzysztofa Warlikowskiego. Dzisiaj noszony jest w lektyce, a powiedzenie czegokolwiek krytycznego na jego temat wywołuję histerię.

Są tacy twórcy polskiego teatru, o których nie można pisać źle?
– Oczywiście, ale to jest kurestwo mechanizmu wewnątrzśrodowiskowego. Nie ma otwartości i żadnej szczerości. Jest głaskanie się po ogonkach.

Kilka lat temu zapytałem cię w wywiadzie, do których teatrów w Warszawie chodzisz. Powiedziałeś, że do TR, Nowego i Dramatycznego. A dzisiaj?
– Nadal chadzam do TR-u, jeśli zdarza się, że coś gra. Do Nowego też. Ostatnio zacząłem chodzić do Studia, choć kompletnie nie zgadzam się z koncepcją artystyczną Agnieszki Glińskiej.

To niezwykle ciekawe, jaka nastąpiła zamiana w Pałacu Kultury. Publiczność wyszła z Teatru Dramatycznego i poszła do Teatru Studio.
– Rzeczywiście, po jednej stronie mamy teatr czechosłowacki, a po drugiej lemingradzki. Po lewej, stojąc twarzą do wejścia głównego pałacu, mamy smutek, (nawet legendarna Kulturalna nie tętni już jak kiedyś), a po prawej – żywe miejsce, które bardzo umiejętnie komunikuje się z publicznością. Dzisiaj to w Studio każdego wieczoru można spotkać znajomych, tam się teraz umawia Warszawa.

Gdzie jeszcze chodzisz?
– Na kolejne odcinki Pożaru w burdelu, który najpierw był na Chłodnej 25, a teraz jest w Teatrze WARSawy. Myślę, że Michał Walczak odnalazł się na nowo. Przy okazji Burdelu wydarzyła się inna cudowna rzecz. Otóż Burdel wykreował aktorów. Przecież dzisiaj Anię Smołowik znają już chyba w Warszawie wszyscy. Zaistnieli też Tomasz Drabek, Mariusz Laskowski i Andrzej Konopka. To wielki sukces. Wpadam też do Teatru Imka. Bardzo doceniam to, że Tomasz Karolak postanowił sprowadzać do Warszawy najciekawsze spektakle z całego kraju.

Wymieniłeś pięć teatrów. Słabiutko jak na miasto, które ma ze trzydzieści repertuarowych scen.
– Nie zaprzeczam, wesoło nie jest. Ale można ten obraz jeszcze bardziej przyczernić, bo warto pamiętać, że w stolicy mieszka większość artystów polskiego teatru. Nawet ci, którzy pracują w innych miastach, zazwyczaj mieszkają w Warszawie. Dlaczego więc miasto z takim potencjałem nie wykorzystuje go?

No właśnie, dlaczego?
– Nie mam pojęcia. Przez ostatnie lata władza postanowiła walczyć z artystami. A ja uważam, że w konflikcie władza-artysta ostatecznie i symbolicznie władza zawsze przegra. Oczywiście obrzydzi wcześniej artystom życie, wiele rzeczy uniemożliwi, ale i tak przegra. Dlatego odpowiedzialny za kulturę wiceprezydent Warszawy Włodzimierz Paszyński przejdzie do historii jako nowy Nowosilcow. A przecież nie było żadnego powodu, żeby człowiek, który był znakomitym nauczycielem, kuratorem oświaty, wiceministrem edukacji i zwyczajnie sympatycznym człowiekiem zostawał Nowosilcowem. Po co wszedł w ostry konflikt z ludźmi kultury? Po co wszedł na obszar, o którym nie ma bladego pojęcia i do zajmowania się którym nie ma żadnych kompetencji? Ale politycy mają taki odjazd, im się wydaje, że mogą wszystko, bo mają władzę. Sztuką jest jednak z tej władzy umieć też nie korzystać.

Czy Warszawa jest miastem najgorszych teatrów?
– Ja tego nie powiem, bo to jest zbyt smutne. Dla mnóstwa zdolnych ludzi pracujących w stołecznych teatrach takie stwierdzenie byłoby bolesne. Warszawa na pewno jest miastem wielkich zmarnowanych szans i możliwości teatralnych. W ogólnopolskiej prasie, choć jest ona niemal w całości w Warszawie, pisze się o wiele częściej o Teatrze Polskim w Bydgoszczy, we Wrocławiu czy Starym w Krakowie.

To adresy nadające ton życiu teatralnemu Polski?
– Bydgoszcz to jest prawdziwy cud. Przecież tamtejszy Teatr Polski nigdy nie miał żadnego heroicznego sezonu. To była zawsze mieszczańska, prowincjonalna scena. A dzisiaj to czołowy teatr, mocny ośrodek. Podobnie jak Teatr Polski we Wrocławiu, który za dyrekcji Krzysztofa Mieszkowskiego się odrodził i ma znakomity zespół. Rozkwitł nam wspaniale Teatr Dramatyczny w Wałbrzychu. To jest niezwykłe, że miasto skazane przez obecny system na śmierć dorobiło się tak znakomitej placówki kulturalnej. Niezmiennie ważny jest Stary Teatr w Krakowie. Imponowała mi dyrekcja Mikołaja Grabowskiego, który przez ostatnie dziesięć lat dzielnie walczył o wprowadzanie nowej energii, a mógł przecież osiąść na laurach. Mam nadzieję, że Klata będzie to kontynuował. Coś interesującego zaczęło się także dziać na Śląsku. W Kielcach Piotr Szczerski wpuszcza nieustannie na scenę młodych twórców. Rozkwita też Teatr Nowy w Poznaniu pod kierownictwem Piotra Kruszczyńskiego.

A zmieniły przez ostatnie lata tematy brane na teatralny warsztat?
– Z pewnością nastąpił rozkwit wszelkich opowieści lokalnych, Heimattheater. Każde miasto chciało opowiedzieć swoją historię. Ale to stało się już powoli nudnawe, więc dobrze, że się kończy. Myślę, że rozczarowaliśmy się trochę współczesną dramaturgią. Na przełomie lat dziewięćdziesiątych i dwutysięcznych wydawało się, że to wielka siła. I owszem, pojawiło się kilku interesujących autorów, ale to by było na tyle. Zaczęto w końcu doceniać w Polsce teatr dla dzieci i to jest związane z biologią. Wpływowe pokolenie twórców teatralnych dobiło do czterdziestki, stali się dzieciaci i nagle zrozumieli, że nie ma dla ich dzieci oferty teatralnej. A jeszcze dekadę temu granie dla małych widzów było poniżej honoru prawdziwego artysty.

Czy teatry prywatne powinny być dofinansowywane z publicznych pieniędzy?
– W dojrzałych kulturach teatralnych między teatrem publicznym i prywatnym jest bardzo mocno zarysowana granica. We Francji na przykład teatry bulwarowe mają swoje organizacje, swoich lobbystów, swoich aktorów, swoją publiczność i swoje źródła finansowania. Ministerstwo kultury nie daje na nie nawet pół euro.

W Polsce nie ma takiego rozdziału. Teatry prywatne czerpią garściami z teatrów publicznych. Dostają też coraz większe dofinansowanie ze środków publicznych.
– Często słyszę, że jestem katem prywatnych teatrów, a to przekłamanie. Nie chodzi mi o to, że one powinny przestać istnieć, bo ich oferta jest potrzebna. Ale nie udawajmy, że to jest taki sam teatr, jak publiczny, który realizuje repertuar artystyczny, wieloobsadowy, w pełnych dekoracjach, z wykorzystaniem wszystkich środków inscenizacyjnych, a nie spektakle w salkach konferencyjnych i kinowych.

Powtórzę więc pytanie: czy teatry prywatne powinny być dofinansowywane z publicznych pieniędzy?
– Nie. Nie ma żadnego powodu dla którego prywatne firmy miałby dostawać publiczne pieniądze. One powinny wędrować do publicznych teatrów.

Czy krytyka teatralna, jaką znaliśmy przez ostatnie dziesięciolecia, już zdechła?
– Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że nie istnieje już społeczna potrzeba przewodników duchowych, którzy układają zwyczajnym śmiertelnikom hierarchie spraw. Recenzje drukowane w prasie, pisane pouczającym, mentorskim językiem są dzisiaj kompletnym anachronizmem. Trzeba dla nich znaleźć nową formułę. Najważniejszą krytyczką literacką w Stanach Zjednoczonych jest dzisiaj Oprah Winfrey. To ona decyduje, która książka na drugi dzień będzie bestsellerem. Być może to jest kierunek, w którym pójdziemy także w Polsce. Ludzie chcą przewodników-przyjaciół, którzy im doradzą, zasugerują i piszą po ludzku. Czas wymądrzających się recenzentów już się skończył.

Jaka dzisiaj, w roku 2013, jest pozycja polskiego teatru?
– Nadal silna, choć mamy chyba mały marazm i potrzebę świeżej krwi. Ale publiczny teatr nieustannie bardzo trafnie diagnozuje problemy społeczne, wywołuje żywe debaty i ma coś do powiedzenia. Melina Mercouri, legendarna grecka aktorka i późniejsza minister kultury Grecji, która wymyśliła koncept Europejskiej Stolicy Kultury, powiedziała kiedyś, że artyści mają prawo wypowiadać się na każdy temat bo najlepiej się znają. Czyż nie miała racji?

______

Rozmowa ukazała się „Przekroju” 30.09.2013 r.

_____

© Mike Urbaniak | Fot. Artur Kot

Zwykły wpis
REŻYSERZY/REŻYSERKI

Tu mówi chór!

gornicka marta portret _6813656

My, kobiety, musimy mówić głośno przeciw językowi patriarchatu, heteronormy i przemocy języka. Z Martą Górnicką rozmawia Mike Urbaniak.

„Baby polskie, baby parzone, babki piaskowe”.
– Ćwierczakiewiczowa. „Przepis na babę”.

Dlaczego go śpiewacie?
 Żeby trochę zamieszać w kulturowym przepisie na babę, żeby się z niego pośmiać lub może bardziej –  obśmiać.

To ma być prowokacja? Chór Kobiet – z bardzo przecież feministycznym przesłaniem – wyśpiewuje przepis na ciasto?
 Jest w tym coś przewrotnego, nie sądzisz? W gruncie rzeczy chodzi o to, żeby ten przepis na babę podważyć. Kobieta nie jest ciastem ani ciasteczkiem. Wybrałam ten przepis, żeby pokazać opresywność języka: baba parzona, babka bez ambarasu, którą można zrobić w 6 do 8 godzin. Mimo, że ten język jest lekki to gdzieś tam, w drugiej warstwie, pojawia się coś, co wskazuje na robienie, urabianie, formowanie kobiety. Rozbrajanie kulturowego przepisu na babę językiem kuchennym ma w sobie jakąś sprzeczność, a ja tak właśnie lubię pracować: sprzecznością, kontrastem, nagłą zmianą.

Nie da się ukryć. Po Ćwierczakiewiczowej jest nagle i Foucault, i Simone de Bouvoir. Człowiek dostaje mocno po ryju. Tak się czułem na waszym koncercie.
– I tak miało być! Bo archaiczny przepis na ciasto z dziewiętnastego wieku zderzony z Foucaultem daje nieprawdopodobny, mocny efekt. On pisze o tym, jak na okładkach kolorowych czasopism sprzedawane jest jedzenie; jest błyszczące i sexy. Ani słowa o tym, jak zdobyć składniki by to jedzenie przygotować, jak zdobyć chardonnay, ile to kosztuje. Także w sensie symbolicznym. Jaki jest koszt tego kulturowego robienia kobiety? Ile to wszystko kobietę kosztuje? Dlatego uważam za szalenie ważne zadawanie tego pytania, wychodzenie z oczywistych schematów. Na styku wielu języków, uruchamia się coś, co nazywam Wieżą Babel – miks języka filozofii, starożytnego dramatu z językiem Ćwierczakiewiczowej i szumem telewizora. Prawdziwy głos kobiet jest być może właśnie na granicy tych języków. Same musimy go odnaleźć, bo kobieta jest opisana w kulturze głównie przez mężczyzn. Kultura uzurpuje sobie prawo do „obiektywnych” sądów o nas. Mówi, kobiety są takie, śmakie i owakie. Etykietuje. Tymczasem my wcale takie nie jesteśmy. A to co jest kobietą pewnie „znajduje się poza”.

Dla kultury patriarchatu jesteś zwykłą terrorystką.
– Mój pomysł na chór opiera się na podkładaniu bomb pod język. To jest oczywiście niebezpieczne i ryzykowne; najbardziej dla słuchającego, ale także dla osoby wypowiadającej słowa na scenie. Nie mamy jednak wyboru. My, kobiety, musimy mówić głośno przeciw językowi patriarchatu, heteronormy i przemocy języka.

Kim są członkinie chóru?
– Są bardzo różne, w różnym wieku, z różnych środowisk i zajmują się różnymi rzeczami. Mamy i szansonistkę, i socjolożkę, i producentkę, i matematyczkę, i muzykolożkę. Mocną, odważną grupę. Babski kosmos.

Na czym polegały przesłuchania?
– Na wykonaniu bardzo różnych zadań, na przykład mówieniu jak Lord Vader albo jak komputer albo jak zwierzęta sprzed pięciu tysięcy lat. Mówiłam: – Ważysz pięć ton i latasz. Jaki wydajesz dźwięk? To był totalny eksperyment i poszukiwanie dźwięku, który nie jest wzięty z naszej kultury, ale z języka, którego one nie znają, którego brzmienia nie można oddać przez naśladownictwo, bo trzeba znaleźć go w sobie. Prosiłam je także o przyniesienie fragmentu antycznego dramatu i o wypowiedź we własnym wymyślonym języku. Trzeba też było oczywiście przygotować obowiązkowo fragment przepisu kuchennego.

Jeden wielki eksperyment. Czy ty wiedziałaś dokładnie co z tego wyjdzie?
– Absolutnie nie. Ani ja, ani one. Ale takie było moje założenie od samego początku. Robimy to (czyli szukamy nowoczesnej formy dla chóru w teatrze) i nie wiemy, jaki będzie finał, co z tego powstanie. Ja nawet nie przypuszczałam, że wyjdzie z tego spektakl! Na jedną z naszych prób w Instytucie Teatralnym, przyszedł jego dyrektor Maciej Nowak. Usiadł, popatrzył, posłuchał i powiedział: „To jest gotowe. Kiedy premiera?”. Mówię: „Ale mam jeszcze sporo materiału do zrobienia, jeszcze to, jeszcze tamto”. Moja obrona była jednak daremna. Dyrektor postanowił, że to trzeba natychmiast pokazać ludziom. Nie spodziewałam się, że to wszystko potoczy się tak szybko.

Czy ktoś odszedł ze względu na mocne zacięcie feministyczne libretta?
– Nie i przyznam, że to było dla mnie zaskoczeniem, bo przypuszczałam, że może się wykruszyć nawet dziesięć osób. Kiedy po raz pierwszy przeczytałam libretto, usłyszałam nawet, że „mogłoby być bardziej feministyczne”. Ale spodobało się dziewczynom. Podsyłały nawet swoje teksty i jeden dodałam: „A ja jestem niedostępna, bo inaczej mnie zjedzą. Wszyscy by mnie wyruchali”. Mocne. Zresztą inne teksty też są bardzo inwazyjne, jak ten Świrszczyńskiej: „Mówię do swojego ciała: ty ścierwo, ty ścierwo zabite na głucho gwoździami. Ślepe i głuche jak kłódka”. Bardzo to jest subwersywne i dla mówiącego to „ciała” przecież niełatwe. Dziewczyny długo wkładały te dźwięki i teksty w siebie. To był kilkumiesięczny proces dla każdej z nich. Chór to 28 kobiet, plus ja.

Szykujesz kolejny nabór?
– 
Tak, bo trzeba wzmocnić nasz zespół. Czasami któraś z dziewczyn musi wyjechać albo zachoruje i mamy problem. Poza tym wszystkie mają rodziny, pracują. Dlatego kolejny nabór jest niezbędny. Zapraszam wszystkie kobiety, szczególnie starsze, które – mam poczucie – czują się wykluczone. Chciałabym mieć nawet sto osób, ale to chyba nierealne, choćby ze względu na warunki pracy w ograniczonej metrażem przestrzeni. Tak czy siak trzeba się wzmocnić, tym bardziej, że zaczniemy pracować niedługo nad nowym projektem. Premiera zaplanowana jest na wiosnę, a ja już się boję że libretto będzie zawierało teksty, których niektóre osoby z chóru nie będą chciały wypowiedzieć.

Bo?
–Na razie nie mogę o tym mówić. Tajemnica.

Pytałaś swoje chórzystki o ich motywacje? Dlaczego przyszły na casting?
– Pytałam, oczywiście. I usłyszałam mnóstwo bardzo osobistych historii. Jedna z kobiet powiedziała, że przez dwadzieścia lat nic dla siebie nie zrobiła. Wychowywała dzieci, prowadziła dom, a zawsze czuła, że ma coś ważnego do powiedzenia. Myśmy miały – zaraz po zakończeniu przesłuchań – wspólne spotkanie, na którym one bardzo szczerze opowiadały swoje historie. Mówiły że są złaknione robienia czegoś ważnego, czegoś dla siebie. Kiedy byłyśmy jakiś czas temu w Suwałkach, na nasz spektakl przyszły takie zwyczajne kobiety i myśmy nie wiedziały, jak one zareagują. Przyjęły nas fenomenalnie. Po koncercie wypytywały kiedy znów do nich przyjedziemy. Nasza obecność była dla nich bardzo ważna. Dlatego chcemy jeździć z chórem wszędzie. To jest nasza misja.

Chór jest grupą terapeutyczną?
– Trochę tak musi być, bo praca z głosem jest pracą z samą sobą. Robisz coś, co może cię zmienić. Odkrywasz własną kobiecość. Głos kobiecy ma w sobie niesamowitą moc, która gdzieś zanika, bo kultura tak nas urabia, że tylko szepczemy.

Bo kobieta, która podnosi głos, jest histeryczką.
– Tak nas ustawia kultura. Moje dziewczyny mówią, że odkrywają swoją kobiecość, że odkrywają siebie.

A co ty odkryłaś?
– Coś, co przeczuwałam. Siłę chóru i wspólnoty na scenie. To jest ważne dla mnie i dla mojego teatru, który powstaje gdzieś na pograniczu teatru i muzyki. To jest moja forma komunikacji jako artystki. Chór został kompletnie usunięty z teatru. Dramaturgowie uznają go za coś kompletnie passé. Nawet w naszej Operze Narodowej odizolowuje się go, ukrywa za zasłoną. A chór to genialna sprawa! Przecież teatr na samym początku był chórem.

Może teatr nowożytny odsunął chór z jakiegoś powodu?
– Przecież chór męski w jakiejś formie ocalał. To chór kobiecy został wykastrowany!

Nie wiem czy słowo „wykastrowany” jest najtrafniejsze w tym przypadku. Ale powiedz, co się tak uczepiłaś tego chóru? Ty – idywidualistka na scenie. Pierwsza nagroda na Festiwalu Piosenki Agnieszki Osieckiej, pierwsza nagroda na Festiwalu Piosenki Francuskiej. Niezliczone wyróżnienia. Nagrana płyta z songami Piazzoli. I nagle – bum! – chór.
– Uważam, że to jest moja naturalna droga artystyczna, która zawsze była pracą nad głosem, jego odzyskiwaniem w ciele, szukaniem nowych technik. Czułam, że moja solistyczna kariera to za mało. Dlatego poszłam na reżyserię do Akademii Teatralnej w Warszawie, a wcześniej skończyłam Szkołę Muzyczną Fryderyka Chopina. W Polsce nikt nie zajmuje się tym, co mnie fascynuje, czyli „drżeniem na granicy dźwięku i języka”. A ja wierzę w rewolucyjną siłę głosu. Teraz najważniejszy jest dla mnie Chór Kobiet. Z niego mam największą radość i myślę o nim nieustająco. Oczywiście cały czas ktoś dzwoni z propozycją, żebym zaśpiewała, ale ja jestem już w zupełnie innym miejscu mojej artystycznej wędrówki.

Jesteś poszukiwaczką czy to twoja świadoma droga?
– Bardzo świadoma. Od dawna chciałam reżyserować i nigdy nie miałam czasu, żeby przystąpić do tych cholernych egzaminów. Kiedy już się dostałam na Wydział Reżyserii Dramatu, to szybko stwierdziłam, że to można o kant dupy rozbić, ale jakoś muszę wytrwać, jeżeli chcę cokolwiek robić w tym zawodzie w Polsce. W każdym razie skończyłam te studia i potem już wszystko potoczyło się ekspresowo. Powiedziałam o pomyśle na Chór Kobiet Maciejowi Nowakowi i resztę historii już znasz.

To się nazywa szybki debiut.
– Prawda? Istne szaleństwo. Zaczęłyśmy pracować z dziewczynami w styczniu, próby wystartowały w lutym, a w czerwcu była premiera. Libretto powstało w tydzień, partytura Oli Gryki też w jakieś dziesięć dni. To było naprawdę intensywne, szybkie, robione na takim wielkim uniesieniu. Faceci czekali na baby przed instytutem. One zamiast po sześciu, wychodziły po ośmiu godzinach. To był naprawdę niesamowity czas. Do dziś wystąpiłyśmy (jak ja nienawidzę tego słowa!) kilkanaście razy. Niedługo jedziemy na Festiwal Teatralny „Złota Maska” do Moskwy. I mamy jeszcze kilka innych zaproszeń.

Uczyłaś się dyrygentury?
– A skąd! Nie miałam o niej zielonego pojęcia. Poprosiłam o pomoc profesjonalną dyrygentkę, ale ona też była bezradna, bo do tego projektu trzeba było stworzyć jakiś nowy rodzaj języka, chodziło mi o dyrygowanie rytmiczną mową. Udało się. Chociaż początek był trudny. Dyrygentka stawała przed chórem, wykonywała jakiś gest, a dziewczyny miały minę z cyklu: ale o co chodzi? Uczyłyśmy się wszystkie razem.

Śpiewanie w Chórze Kobiet jest woluntarystyczne?
– Tak. Nasze spektakle są biletowane, a skromny dochód przeznaczamy na produkcję i wspieramy Amazonki.

Nie boisz się, że feministyczne przesłanie chóru przyćmi w recenzjach walory artystyczne?
– Mam raczej wrażanie, że Chór Kobiet cały czas jest nieprzeniknionym tematem dla krytyki piszącej o nim bo w naszym przypadku dramaturgia ukryta jest także w głosie.

A może problem polega na tym, że ani teatrolog ani muzykolog nie umie sobie z wami poradzić. Stworzyłaś potwora!
– Byłoby fajnie, gdyby ktoś go obłaskawił.

_____

Rozmowa ukazała się w magazynie „Exklusiv”.

_____

© Mike Urbaniak | Fot. Oiko Petersen

Zwykły wpis