RECENZJA

Herzlich willkommen!

biel6657_1600x1067-jpg-1200x1000_q85

Zwrotnica została przestawiona. Teatr Studio, a raczej Teatrgaleria STUDIO (taka jest nowa nazwa tej instytucji) otworzyła premierą „Berlin Alexanderplatz” Alfreda Döblina nowy rozdział w swoich pełnych zwrotów akcji dziejach. Jej autorką jest nowa dyrektorka artystyczna teatrgalerii i zarazem reżyserka Natalia Korczakowska, a na scenie widzimy zupełnie nową część zespołu aktorskiego, złożoną z takich nazwisk, że palce lizać. Wiem, wiem – dużo nowości w jednym akapicie, ale trzeba je wszystkie odnotować, żeby zdać sobie sprawę ze znaczenia tej premiery. To radykalne estetyczne i tematyczne zerwanie ze Studiem ostatnich lat i zapowiedź tego, co nas czeka w najbliższych latach.

biel7264_1600x1067-jpg-1200x1000_q85

Jako zdeklarowany fan książki Döblina i osoba szczerze niecierpiąca nakręconego na jej podstawie serialu Fassbindera dostałem – można powiedzieć – to, na co przyszedłem: sprawnie zrobioną adaptację tego monumentalnego tomiszcza, wartką dramaturgicznie akcję złożoną z kapitalnych scen i najlepsze aktorstwo, jakie dzisiaj oferuje miasto stołecznego Warszawa. I sam się sobie dziwię, kiedy piszę te słowa, bo nigdy nie byłem – co nie jest tajemnicą – jakimś przesadnym fanem spektakli Natalii Korczakowskiej. Zachwycały mnie raczej jest realizacje operowe. A tu proszę, taka niespodzianka. Najprawdziwszy teatralny blitzkrieg. Szast-prast i pozamiatane. Nie pamiętam, kiedy ostatnio wyszedłem z teatru tak zachwycony. Ten zachwyt poważnie mnie zaniepokoił, bo wolę sączyć trujący jad, który mój organizm produkuje w nadmiarze. Ale co zrobić, każdy niesie swój krzyż. Zaczynam więc od komplementów, ale wyłuszczę też, co mnie trapi.

biel7015_1600x1067-jpg-1200x1000_q85

„Berlin Alexanderplatz”, co tu dużo gadać, jest prawdziwym popisem możliwości nowego zespołu Studia. I to w całości, bo nie chodzi tylko o to, jak świetnie grają teatralne bestie Krzysztof Zarzecki (Reinhold) czy Bartosz Porczyk (Biberkopf), ale choćby widziana przeze mnie po raz pierwszy na scenie młodziutka Anna Paruszyńska (Mieze) czy Robert Wasiewicz wcielający się w kolejne upadłe kobiety. Wasiewicz, nawiasem mówiąc, został w kuluarach (bieżącym omówieniom służą dwie przerwy) wybrany Miss Publiczności. Jego kreacje – Lina, Fränze, Cilly, Trude – są przykładem, jak z ról epizodycznych można ukręcić sceniczne cudeńka przyciągające oczy widzów nie mniej niż główne role. Ten spektakl jest prawdziwą feerią błyskotliwych scen. Dwie z nich publiczność nagrodziła nawet brawami w trakcie ich trwania: scenę tanecznego dialogu Biberkopfa z Faszystą (genialny duet Porczyka z Marcinem Bosakiem) i scenę leśnego spaceru Reinholda z Mieze, z której Korczakowska zrobiła najprawdziwszą operetkę. Zresztą slapstickowy i kampowy duch unosi się nad sceną nieustannie od samego początku, co jest dość zaskakującym podejściem do ciężkiego i lepkiego tekstu Döblina, ale, jak się okazuje, działającym bezbłędnie. Przepysznych kreacji jest w tym spektaklu bez liku. Niepodobna omówić wszystkie. To wielka rzadkość czuć w teatrze takiego zespołowego ducha, który jednocześnie daje szansę zaistnieć każdemu. Jakaż to przyjemność oglądać aktorów w takiej formie: od Eweliny Żak do Katarzyny Warnke kończącej spektakl w duecie z Tomaszem Nosinskim (dwa czarne anioły) legendarnym przebojem Milvy „Alexanderplatz”. A wszystko jest zatopione (to najlepsze słowo) w wyrazistym i soczystym świecie wizualnym autorstwa Anny Met (scenografia), Marka Adamskiego (kostiumy) i Bartosza Nalazka (światło).

biel6706_1600x1067-jpg-1200x1000_q85

W tej całej dobroci znajdzie się jednak i miejsce na trochę złorzeczenia, bo ma spektakl Korczakowskiej jeden zasadniczy mankament. Otóż reżyserka wraz z dramaturgiem Wojtkiem Zrałkiem-Kossakowskim postanowiła, w celach dobitnego uwspółcześnienia tekstu wielkiego autora, podopisywać mu co nieco, byśmy nie zapomnieli przypadkiem, że ich przedstawienie jest o postępującej na świecie nacjonalistycznej nawale, której źródłem są wykluczone z globalnej wymiany masy społeczne. A to jest zupełnie zbędne i zgrzyta w przedstawieniu, szczególnie kiedy popada w dydaktyzm. Przecież tę interpretację można bez problemu wyciągnąć z książki Döblina, gdyż jest ona niczym innym, jak epickim dziełem o tak zwanym szarym człowieku, który po wypuszczeniu z więzienia za popełnione morderstwo postanawia zostać dobrym obywatelem, ale świat, w którym przebywa mu na to nie pozwala. „Berlin Alexanderplatz” można więc potraktować jako opowieść o milionach ludzi, którzy czują się wykluczeni i mają w dodatku świadomość, że szanse na wdrapanie się wyżej, dołączenie do klasy średniej, skorzystanie z dobrodziejstw liberalnej demokracji są niemal zerowe, bo świat, w którym żyją po prostu na to nie pozwoli. A skoro nie potrafią poprawić swojego losu, znajdują kozła ofiarnego. Stąd rosnący nacjonalizm i wściekłość na elity. Stąd śpiewka, którą słyszeliśmy w czasach, w których przyszło żyć Franciszkowi Biberkopfowi, i która coraz głośniej pobrzmiewa dzisiaj. Spektakl jest też, skoro już się wymądrzam to na całego, za długi. Z niemal czterech godzin z dwiema przerwami, należałoby ulepić z niego trzy godziny z jedną przerwą. Dobrze by mu to zrobiło, podobnie jak dopieszczenie finału, który ulatnia kumulowaną przez trzy godziny wspaniałą energię. Energię, jakiej dzisiaj Warszawie, szczególnie teatrom, brakuje.

biel6257_1600x1067-jpg-1200x1000_q85

Jeśli najnowsza premiera Studia jest zapowiedzią tego, co ma nas przy placu Defilad czekać w najbliższym czasie, moje serce (mały i twardy mięsień) raduje się bardzo. Niechaj z podniecenia drżą też serca stołecznej widowi stojącej w kolejce do teatralnej kasy po bilety na „Berlin Alexanderplatz”, bo nie zobaczyć tego spektaklu po prostu nie można. Herzlich willkommen!

CZYTAJ TAKŻE
Wracamy do awangardy | rozmowa z Natalią Korczakowską
Jestem błędem w systemie | rozmowa z Robertem Wasiewiczem
Oskara już mam | rozmowa z Bartoszem Porczykiem

berlin_1-jpg-1200x1000_q85

Alfred Döblin „Berlin Alexanderplatz”
reż. Natalia Korczakowska, Teatrgaleria STUDIO w Warszawie
premiera: 27 stycznia 2017 r.

Foto: Krzysztof Bieliński

Reklamy
Zwykły wpis
ROZMOWA

Małe wybory

z19674638Q,Leonardo-Moreiro

Kiedy uprawiasz seks i myślisz tylko o tym, co robisz ze swoimi biodrami, to koniec z namiętnością. Bez fikcji nie da się żyć. Z dramatopisarzem i reżyserem teatralnym Leonardem Moreirą rozmawia Mike Urbaniak

Muszę ci wierzyć na słowo.
– 
Dlaczego?

Trudno jest się czegoś o tobie dowiedzieć, jeśli się nie zna języka portugalskiego.
– 
Dobrze, że jestem taką tajemnicą.

Może ją trochę odkryjemy?
– 
Proszę bardzo.

Gdzie jest jej początek?
– 
W miasteczku na południu Brazylii, w którym się urodziłem i wychowałem. Kilka tysięcy mieszkańców, jeden niedziałający szpital i dwie działające szkoły.

Jakieś małe kino?
– 
Żadnego kina, tym bardziej teatru. Pierwszy raz do kina i teatru poszedłem, kiedy skończyłem 18 lat i wyjechałem na studia do Sao Paulo.

To co robiłeś w wolnym czasie?
– 
Szybko postanowiłem, że skoro nie mogę obejrzeć żadnej sztuki, muszę napisać i wyreżyserować własną. Czytałem w gazetach recenzje spektakli i wymyślałem natychmiast ich nowe wersje. Potem zorganizowałem aktorską grupę złożoną z kolegów i koleżanek i zaczynała się praca.

Koleżeństwo chętnie grało?
– 
A skąd! Musiałem im za to płacić.

Podoba mi się, pełny profesjonalizm.
– 
Oczywiście, wszystko się odbywało jak należy. Kiedy przedstawienie było gotowe, zapraszaliśmy publiczność, która nie zawsze – delikatnie mówiąc – dopisywała. Czasami nikt po prostu nie przychodził i graliśmy bez widowni.

To się nazywa teatr offowy.
– 
Tak, prawdziwa sztuka eksperymentalna. Wszystko było wtedy zwykłą zabawą, a ja nie myślałem, że będę się tym zajmował w życiu. Ale kiedy trzeba było podjąć pod koniec liceum decyzję, co robić, postanowiłem zdawać na reżyserię filmową w Sao Paulo. Studiów, niestety, nie rozpocząłem, bo spóźniłem się na egzamin. Przyjaciółka, u której się zatrzymałem, nie chciała mnie wypuścić z domu bez porządnego posiłku. Moje argumenty, że nie mam czasu, bo muszę biec na egzaminy, nic nie dały. Zostałem więc nakarmiony, a studia filmowe przepadły. Musiały na mnie poczekać do następnego roku.

Ale się nie doczekały.
– 
Nie, bo w międzyczasie plany uległy zmianie. Zatrudniłem się w wypożyczalni kaset wideo, która była najlepszą szkołą świata – oglądałem za darmo wszystkie filmy. Wtedy też postanowiłem, że nie będę reżyserem filmowym, tylko aktorem, i zdałem rok później na studia aktorskie.

Na najbardziej prestiżowy nie tylko w Brazylii, ale także w całej Ameryce Południowej Uniwersytet w Sao Paulo.
– 
Wielka radość, bo po pierwsze, jest to rzeczywiście najlepszy uniwersytet, po drugie, jest publiczny, więc się nie płaci za studia, a po trzecie, Sao Paulo jest centrum teatralnym w kraju. Na studiach poznałem mnóstwo wspaniałych ludzi, z którymi potem założyliśmy kompanię teatralną, a ja na piątym roku studiów zacząłem pracować jako profesjonalny aktor.

Byłeś etatowym aktorem jakiegoś teatru?
– 
W Brazylii nie ma czegoś takiego jak etatowy aktor. Nie ma, jak w Polsce, publicznych teatrów ze stałymi zespołami. Do każdej produkcji dobiera się ludzi. Na szczęście bycie aktorem przestało mi się szybko podobać, to nie było dla mnie.

Potrzebowałeś aż pięciu lat studiów aktorskich, żeby sobie zdać z tego sprawę?
– 
Raczej roku w teatrze, bo na studiach było naprawdę super. Miałem zajęcia nie tylko z aktorstwa, ale też z reżyserii i pisania. To mnie bardzo interesowało, bo przecież pisałem od małego i nie przestałem pisać podczas studiów.

W końcu zamiast pisać do szuflady czy dla znajomych, wysłałeś swój tekst na konkurs dramatopisarski.
– 
I go wygrałem. To była sztuka „Bagaż” – dziwna, ale bardzo się spodobała. Wtedy pojawiła się w mojej głowie myśl, że może spróbuję reżyserii teatralnej. Znów wystartowałem w konkursie. Tym razem zawalczyłem o grant na zrealizowanie przedstawienia. Pieniądze niewielkie, ale zawsze coś. Udało się. Zacząłem pisać tekst, obdzwaniać przyjaciół ze studiów aktorskich i reżyserować. Tak w 2008 r. powstał mój pierwszy w życiu spektakl.

Bardzo dobrze przyjęty „Martwy pies”.
– 
Rzeczywiście spodobał się i krytyce, i widzom. Dostaliśmy dobre recenzje i trochę nagród, a „Martwy pies” był grany przez ponad pięć lat. Przyszedł czas na założenie własnej kompanii teatralnej.

Nazywa się Hiato. Co to znaczy?
– 
Luka, przerwa, szczelina. Luki to moja obsesja. Szukam ich wszędzie: w komunikacji między ludźmi (o tym była moja druga szuka „Ciemność”), w narracji, w historiach, w pamięci. Pamięć do moja druga obsesja. Trzecią jest robienie teatru osobistego, przefiltrowanego intensywnie przez doświadczenia moje i moich współpracowników. Za „Ciemność” dostaliśmy Shell, najważniejszą nagrodę teatralną w Brazylii, co nas ucieszyło głównie dlatego, że dzięki temu mogliśmy się ubiegać o większe dofinansowanie i zamiast pieniędzy na jedną produkcję dostaliśmy je na cały rok. Wtedy zaczęliśmy niełatwą i bardzo osobistą pracę nad spektaklem „Ogród”, który jest właśnie o pamięci. Opowiadamy w nim rodzinną historię, która dzieje się na przestrzeni 80 lat: w roku 1938, w 1979 i dzisiaj. Ale nie jest to linearna opowieść. Scena i widownia są podzielone na trzy części. Z czasem kartonowe ściany dzielące te trzy światy rozpadają się i widzowie zaczynają widzieć coraz więcej, zaglądać tam, gdzie na początku nie mogli. Dopiero na koniec mogą zobaczyć wszystko.

Za „Ogród” także dostaliście Shell i gracie go do dzisiaj z powodzeniem na całym świecie.
– 
Pierwszy był Berlin, potem Amsterdam i Ateny, gdzie zobaczyła nas Agnieszka Glińska i zaprosiła do Teatru Studio, dlatego teraz jestem w Polsce. Zjechaliśmy też z „Ogrodem” właściwie całą Amerykę Południową i Stany Zjednoczone i jesteśmy naprawdę świetnie przyjmowani, choć w każdym kraju jest zupełnie inna publiczność. W Brazylii żywo reaguje się na spektakl, a widownia europejska, szczególnie niemiecka czy austriacka, jest raczej spokojna. Reakcje są też oczywiście różne ze względu na kontekst. W „Ogrodzie” mamy wystawiony na sprzedaż dom, którego lokatorzy poumierali. Zostali tylko właściciel i jego gosposia. Ona pracuje tam od dzieciństwa, co jest u nas powszechne. Jest więc niejako członkinią rodziny, jednak nie do końca. Trudna sprawa. Brazylijczycy bardzo na to reagują, bo każdy ma taką pomoc domową. W Holandii z kolei publiczność poruszył szczególnie wątek Polki, która chce ten dom kupić (mamy w naszym zespole aktorkę o polskich korzeniach, która w spektaklu mówi po polsku), bo część widzów uważa, że Polacy przyjeżdżają dzisiaj do Holandii, żeby im ukraść pracę i mieszkania. Kiedy natomiast jest scena, w której córka daje swojemu cierpiącemu na alzheimera ojcu grę o drugiej wojnie światowej, na widowni w Niemczech zapadła grobowa cisza i czuć było wielkie napięcie. Scena w Brazylii lekka, w Niemczech nabrała niezwykłego ciężaru. Inna pamięć, inne emocje.

Skąd twoja obsesja na punkcie pamięci?
– 
Bo pamięć to niezwykły akt kreacji, a w dodatku ciągle się zmienia. Ludzie zupełnie inaczej pamiętają to samo zdarzenie. Często nie wiemy, czy coś się naprawdę zdarzyło, czy to wymyśliliśmy. Fascynujące jest to pomieszanie fikcji z rzeczywistością: co sam przeżyłem, a co mi opowiedziano? Kiedy zacząłem pracę nad „Wiosną” w Teatrze Studio, poprosiłem aktorów, żeby mi opowiedzieli o swoim życiu. Interesowało mnie nie tylko to, co mi opowiedzą, ale też jak to zrobią, czego użyją. Czy będą to zdjęcia, nagrania, pamiętniki, listy, wycinki prasowe? Wszystko ma znaczenie. Odwiedziliśmy też razem dom opieki nad starymi ludźmi. Było to bardzo trudne i poruszające spotkanie z osobami, które tracą pamięć. A kiedy tracisz pamięć, tracisz tożsamość. Próbujesz więc za wszelką cenę ocalić okruchy pamięci, by ocalić siebie jako człowieka. „Ona siedzi przede mną i mówi do mnie, ale to nie jest moja matka” – powiedziała mi jedna z kobiet. Czy to nie jest fascynujące, że siedzi przed nią jej własna matka, ale straciwszy pamięć, staje się obcą osobą?

Dlaczego krytycy uznali twój teatr za powiew świeżości?
– 
Brazylijski teatr opierał się przez długie lata na tak zwanych wielkich nazwiskach, a ja nigdy nie chciałem być wielkim reżyserem. Chciałem się tylko dzielić z ludźmi ważnymi moim zdaniem sprawami. Myślę, że jest ogromna różnica między szczerym teatrem, który oddajesz widowni, a tworzonym dla zachwytu produktem. Pewnie to uznano za odświeżające.

Robicie w Companhia Hiato teatr osobisty, przefiltrowany zawsze przez biografie aktorów, którzy w spektaklach występują pod swoimi imionami. Czy twoi aktorzy w ogóle grają, czy po prostu są na scenie?
– 
Wytłumaczę ci, jak to działa, na przykładzie naszego ostatniego projektu „Fikcja” – serii sześciu monologów. Każdy monolog jest zatytułowany imieniem aktora, który opowiada w nim swoją historię. Kiedy nasz aktor Thiago Amaral powiedział ojcu, że jest gejem, usłyszał od niego, że nie jest synem, jakiego chciał. Thiago został odrzucony. Nie rozmawiał z ojcem przez sześć lat. Postanowiliśmy go do nas zaprosić. Zapytaliśmy ojca Thiaga: „A jakiego syna chciałbyś mieć? Chcesz o tym powiedzieć?”. Zgodził się, choć nie było to łatwe. Obaj spotkali się w końcu na scenie. I to jest najważniejsze w naszym teatrze – spotkanie. Może to brzmi tanio, ale robimy teatr właśnie po to, by się spotkać sami ze sobą, ze sprawami, które nas dotykają, z naszą publicznością.

Czy Thiago improwizuje w swoim monologu?
– 
Właśnie nie, choć widzowie są przekonani, że tak, i do końca nie wiedzą, co jest prawdą, a co fikcją. I dobrze, bo bez fikcji nasze życie byłoby bez sensu. Kiedy uprawiasz seks, projektujesz na swojego partnera milion rzeczy: co ty czujesz, co on czuje, czy cię kocha, co lubi, co by chciał, czego ty byś chciał. Twoja wyobraźnia działa na wysokich obrotach. Kiedy zaczniesz myśleć tylko o tym, co robisz ze swoimi biodrami, to koniec z namiętnością, wszystko trafi szlag. Bez fikcji nie da się żyć.

Odnoszę wrażenie, że aktorstwo jest w twoim teatrze sprawą drugoplanową.
– 
Bo pierwszoplanowe jest życie. Życie, historia, waga tematu są ważniejsze od grania. Można przecież wszystko zagrać wspaniale, ale co z tego, skoro to, co gramy, nie jest do nas podłączone. Dlatego brakuje mi w teatrze słabości, błędu. Nie interesują mnie przedstawienia typu: jak ona brawurowo zagrała swoją rolę! Co za kreacja!

Kiedy zapytałem Agnieszkę Glińską, dlaczego zaprosiła cię do Studia, powiedziała: „Leo robi piękne, delikatne spektakle, które emocjonalnie walą w brzuch. Kiedy zobaczyłam Ogród , byłam zachwycona jego szczerością i prostym opowiadaniem o ważnych sprawach”.
– 
O to właśnie mi chodzi, więc dziękuję Agnieszce za te słowa. Bo naprawdę niepotrzebnie boimy się w teatrze emocji, a jeśli one są prawdziwe, to dlaczego nie dzielić się nimi z ludźmi. Kiedy się ostatnio popłakałeś w teatrze?

Nie pamiętam.
– 
No widzisz, a mnie się zdaje, że nie ma w płaczu nic złego. I nie chcę powiedzieć, że robię teatr po to, by ludzie płakali. Uważam tylko, że brakuje w teatrze prostych emocji, które wcale nie zaciemniają nam myślenia, ale są odświeżające i oczyszczające. W kinie ich szukamy, a w teatrze już nie. Ciekawe, prawda?

Reżyserujesz sztuki, które sam piszesz. Dlaczego?
– 
Nie umiem po prostu tego oddzielić.

„Wiosnę” napisałeś, zanim przyleciałeś do Warszawy?
– 
Nie, tekst powstawał tutaj podczas spotkań z aktorami, a potem podczas prób. To jest trudniejsze, ale wolę tak pracować, bo uważam, że to, co chcę powiedzieć, nie musi być najważniejsze na świecie, że zawsze warto posłuchać innych, szczególnie tych, z którymi się tworzy.

A klasyczną sztukę mógłbyś wystawić?
– 
Przecież robię „Wujaszka Wanię”.

To jest tylko inspiracja.
– 
Ale jaka ważna! No dobrze, dzisiaj nie jestem zainteresowany takim teatrem, ale kocham Czechowa. Inspiracją dla „Ogrodu” był „Wiśniowy sad”, a „Wiosna” jest inspirowana „Wujaszkiem Wanią”, bo czuję, że zadaję sobie teraz dokładnie takie same pytania jak Wania, z których najważniejsze brzmi: „Po co to wszystko?”. Kiedy zacząłem robić teatr, był dla mnie czystą pasją. Teraz też nią jest, ale jest także moją pracą. Nastąpiła profesjonalizacja, spłynęły granty, nagrody, zaproszenia na festiwale, kolejne produkcje. Coraz częściej się zastanawiam, czy czegoś przez to nie tracę, czy nie chcę być za wszelką cenę fajny, czy zakochałem się w TEJ osobie, czy nie powinienem być teraz w innym miejscu, bo – jak wiadomo – lepiej jest wszędzie tam, gdzie nas nie ma. Krótko mówiąc, życie zaczyna nas rozczarowywać, marzenia się ulatniają i zastanawiamy się, co by było gdyby. I o tym właśnie jest „Wiosna” – o małych wyborach, które zmieniają albo mogły zmienić nasze życie, o ścieżkach, którymi mogliśmy kroczyć i, oglądając „Wiosnę”, widzowie będą musieli wybrać sami, którą ścieżką pójdą, choć na końcu – to jest, niestety, ta smutna wiadomość – i tak wszyscy umrzemy.

____

Leonardo Moreira jest dramatopisarzem i reżyserem teatralnym. Urodził się w 1981 roku w niewielkim Areado w stanie Minas Gerais. Studiował aktorstwo na Uniwersytecie w São Paulo. W roku 2007 założył niezależny teatr Companhia Hiato, który szybko zdobył uznanie zarówno krytyki, jak i publiczności. Wielokrotnie nagradzana trupa występowała na wielu festiwalach w Brazylii i za granicą, m.in. w Avignonie i Edynburgu. Reżyser pracuje obecnie nad inspirowanym „Wujaszkiem Wanią” Antona Czechowa spektaklem „Wiosna”, w którym występują Monika Krzywkowska, Marta Juras, Marcin Bosak, Łukasz Simlat, Stanisław Brudny i Antoni Pawlicki. Premiera 4 marca w Teatrze Studio w Warszawie.

____

© Mike Urbaniak/”Wysokie Obcasy” | Fot. Albert Zawada

Zwykły wpis