AKTORZY/AKTORKI

Nie jestem Królową Śniegu

6964184

Chociaż nie wiem, jak bardzo bym się starała nie będę wiarygodna w roli prostej, ciepłej kobiety, która mieszka z szóstką dzieci w domku z gankiem i czeka na wracającego z kopalni męża. Nikt mi w to nie uwierzy. Z Magdaleną Cielecką rozmawia Mike Urbaniak.

Niemal każdy wywiad z tobą rozpoczyna się od pytania o to, czy jesteś chłodna, zimna lub zgoła lodowata. Dlaczego?
– Bo tak jest najłatwiej. Cóż mogę zrobić? Jestem rozczarowana, ale przyjmuję to z dobrodziejstwem inwentarza. A ty czujesz jakiś chłód?

Żadnego, choć w ten upalny, lipcowy dzień akurat by się przydał.
– Każdemu, a szczególnie aktorom, przyczepia się rozmaite łatki, które potem trudno odczepić. Do mnie przyczepiono tę o niskiej temperaturze. Oczywiście wiem, skąd ona się wzięła i nie zaprzeczam, że był taki czas, kiedy trzymałam ludzi na dystans, ale przecież wszyscy się zmieniamy. Dzisiaj jestem inną osobą, niż dziesięć czy dwadzieścia lat temu.

Czy łata „Królowej Śniegu” przeszkadzała ci w karierze?
– Mogę podejrzewać, że tak, choć nie mam na to żadnych dowodów. Być może straciłam jakieś role i nie mam na myśli tych, które mnie ominęły, bo po prostu się do nich nie nadawałam. Każdy aktor ma określone warunki psychofizyczne. Chociaż nie wiem, jak bardzo bym się starała nie będę wiarygodna w roli prostej, ciepłej kobiety, która mieszka z szóstką dzieci w domku z gankiem i czeka na wracającego z kopalni męża. Nikt mi w to nie uwierzy.

 Jak daleki jest twój medialny wizerunek od ciebie?
– Zależy, o który wizerunek pytasz. Ten propagowany przez portale plotkarskie? Ten z kobiecych magazynów? Czy może mój wizerunek w tak zwanej branży? Myślę, że tych wizerunków jest bardzo dużo i ja zupełnie nie mam na nie wpływu. Generalnie one nie mają wiele wspólnego z prawdą, co jest też wynikiem kompletnego pomieszania porządków, zlania się słowa „aktor” ze słowem „celebryta”, nad czym bardzo ubolewam.

Nigdy nie chciałam być postrzegana przez pryzmat bycia osobą znaną i miałam to szczęście, że zaczynałam swoją pracę zanim pojawiły się plotkarskie portale, magazyny i w ogóle Internet. Ja nigdy nie prostowałam żadnych bzdur wypisywanych na mój temat, ani też nie wytaczałam procesów, bo uważam, że to woda na ten plotkarski młyn.

Skąd się bierze to wielkie zainteresowanie plotkarskich mediów tobą?
– Nie mam pojęcia, bo ja przecież prowadzę normalne życie. Chodzę na zakupy, do kawiarni, jeżdżę rowerem albo tramwajem. Naprawdę nic szczególnego. Dlatego nie mogę wyjść z podziwu, że ludzi tak bardzo interesuje z kim wypiłam kawę albo jak jestem ubrana. Co jest w tym takiego ekscytującego?

Ciebie to drażni?
– Raczej nieustannie zadziwia. Nie obrażam się, bo wiem, że to jest część mojego zawodu. Nie wiem, jak ty, ale ja uwielbiam czytać komentarze w Internecie. I nie dotyka mnie, co tam ludzie o mnie wypisują, raczej zastanawia, że naprawdę wierzą w te bzdury, które plotkarskie portale publikują.

A wierzą?
– Oczywiście! Kiedy jadę do mamy, która mieszka w malutkiej miejscowości pod Częstochową, to słyszę, że mama musi udowadniać ze jej córka nie jest wielbłądem. Jak można dać wiarę informacji, że biorę ślub w Watykanie? No sam powiedz, czy to nie jest zabawne?

Bardzo, choć pewnie nie dla mamy, która musi to dementować nieustannie w twoich rodzinnych Żarkach.
– Mama nic nie dementuje, tylko odpowiada, kiedy ludzie pytają. Często też dowiaduje się od nich o wielu ważnych wydarzeniach z mojego życia.

 Jakich?
– Gratulowano mamie na przykład moich zaręczyn. Za chwilę pewnie się okaże, że jestem w ciąży!

Często jeździsz do Żarek?
– Kiedy tylko mogę. Jadę tam za parę dni i wiozę mamie szczeniaka. Ktoś go wyrzucił na ulicę i uratowała go moja przyjaciółka. Mamie zdechł niedawno ostatni z psów, więc wiozę jej nowego. Mały nawet nie wie, że będzie mieszkał w raju.

 W raju?
– Tak, bo Żarki-Letnisko, skąd pochodzę, takie właśnie są. To malutka miejscowość – jak sama nazwa wskazuje – letniskowa, otoczona pięknym sosnowym lasem. W dzieciństwie, czyli w latach 70. i 80. zjeżdżali tam letnicy z całego Śląska. W Żarkach panował prawie nadmorski klimat, tylko że bez morza. Takie nieustające wakacje. Cała miejscowość żyła w wynajmowania kwater.

Twoi rodzice też wynajmowali kwatery?
– Pamiętam, że babcia jeszcze tak, ale to powoli wygasało, bo nie było już miejsca. Urodziły się dzieci, potem wnuki. W pewnym momencie w naszym wielopokoleniowym domu mieszkały trzy rodziny. Cudowny czas.

Który się skończył wraz z nadejście liceum.
– Niestety, koniec lat 80. był straszny; wszędzie szarzyzna, wyglądaliśmy okropnie. Dojeżdżałam codziennie pociągiem do Częstochowy. Zupełnie nie wiedziałam, co chcę robić i kim mam być. Wymyśliłam więc sobie, że zostanę plastyczką, choć talentu za grosz nie miałam. Chodziłam po mieście z wielką teczką, udając uczennicę liceum plastycznego.

A co w niej nosiłaś?
– Jakieś bohomazy. Była teczka, długa spódnica, na szyi drewniane korale, rzemienie, kierpce kupione w Sukiennicach w Krakowie i do tego jeszcze torba „konduktorka”.

O mój słodki Jezu!
– To jeszcze nie koniec. Grałam też na gitarze i śpiewałam piosenki z Piwnicy Pod Baranami.

I to jest prapoczątek twojej aktorskiej kariery?
– Były nim z pewnością konkursy recytatorskie, w których startowałam namiętnie i odnosiłam nawet spore sukcesy. To wtedy tak naprawdę złapałam teatralnego bakcyla. Ale nie dlatego, że poczułam „magię sceny”, ale przez ludzi, których tam poznałam. To był mój świat, mój klimat, przyjaźnie i miłości. Pomyślałam sobie wtedy: „Z takimi ludźmi chcę spędzić życie”.

I poszłaś do krakowskiej szkoły teatralnej.
– Do egzaminów przygotował mnie Marek Ślosarski, ówczesna gwiazda częstochowskiego teatru. Jak się okazało – bardzo skutecznie.

Podobno byłaś tak dobra, że profesor Marta Stebnicka powiedziała: „Nie ma po co jej egzaminować”.
 – Być może to powiedziała później, w jakimś wywiadzie, ale nie mnie. Nie miałam poczucia wielkiego sukcesu. Myślałam raczej, że nie poszło mi dobrze, bo co zaczynałam coś mówić, to mi przerywano i mówiono: dziękujemy.

Potwierdzałoby to słowa pani profesor.
– Ja tego tak nie odbierałam. Po fragmencie monologu Bianki z „Białego małżeństwa” Różewicza, profesor Michałowska spytała: „Ale o czym ty dziecko mówisz? Jak to rozumiesz?”. A ja nic, bo nic nie rozumiałam. Byłam po prostu świetnie przygotowana przez Marka.

Nie tylko dostałaś się do PWST za pierwszym razem, ale też niemal od razu zaczęłaś grać w teatrze.
– Miałam dziewiętnaście lat, ale wyglądałam jak czternastolatka, więc dostałam rolę w „Ich czworo” Gabrieli Zapolskiej w reżyserii Krzysztofa Orzechowskiego w Starym Teatrze w Krakowie.

Mój debiut wyglądał tak, że wbiegałam na scenę po schodach i od razu, na premierze, się wywaliłam. Publiczność wyła ze śmiechu, a ja myślałam, że się spalę ze wstydu. Cóż, najważniejsze było, że gram w teatrze, że siedzę w garderobie, że mogą pracować w wybitnymi aktorami, że zarabiam pierwsze pieniądze – oczywiście koleżanki i koledzy ze szkoły bardzo mi zazdrościli.

Nie było to jednak jednorazowe pojawianie się na scenie, bo dostawałaś, nadal jako studentka, kolejne propozycje, a twój debiut od razu po szkole to było prawdziwe „wejście smoka”: propozycja etatu na najbardziej prestiżowej scenie w Polsce czyli w Narodowym Starym Teatrze w Krakowie i debiut filmowy w „Pokuszeniu” Barbary Sass, za który dostałaś nagrodę za najlepszą rolę kobiecą na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych. Miałaś wtedy zaledwie dwadzieścia trzy lata.
– Przyjmowałam to, co przychodziło, nic nie kalkulowałam i byłam wtedy przeszczęśliwa. Już po zdjęciach do „Pokuszenia” dostałam propozycją najpierw z Teatru Ludowego, a potem ze Starego. Obie mnie cieszyły, bo najważniejsze było to, żeby zostać w Krakowie i nie musieć wyjeżdżać do Tarnowa albo Kielc.

Stary był marzeniem, choć dwukrotnie prawie w niego wyleciałam. Pierwszy raz, kiedy ówczesny dyrektor Tadeusz Bradecki zaproponował mi granie w „Ocalonych” Edwarda Bonda. Marzyłam o Szekspirze, o występowaniu na scenie w pięknych sukniach, jak Dorota Segda, jak Ania Radwan, a tu każdą mi mówić „kurwa mać”, „ja pierdolę” i wyglądać jak z półświatka. Nikt jeszcze wtedy nie słyszał w Polsce o brutalistach! Powiedziałam, że nie zagram tego i wtedy usłyszałam, że albo gram, albo do widzenia. Cóż było robić? Zagrałam.

Drugi raz wywalić mnie chciała Krystyna Meissner. Nie mogłam, ze względu na Teatr Telewizji, wziąć udziału w pierwszej próbie czytanej do spektaklu Jerzego Jarockiego, w którym grałam epizod i mówiłam jedno zdanie. Meissner się oburzyła: „Mistrzowi się nie odmawia!”. Powiedziałam, że ja nie odmawiam, tylko nie mogę być na pierwszej próbie i to chyba nie problem, biorąc pod uwagę skalę mojej roli. Wybronił mnie wtedy Andrzej Wajda, który chciał mnie do swojej „Klątwy”. Znów mi się upiekło.

Jesteś w czepku urodzona?
– Nie da się ukryć, choć mogłabym ponarzekać. Mówisz, że miałam takie „wejście smoka”. To prawda, ale po „Pokuszeniu” w kolejnym filmie zagrałam dopiero dwa lata później.

Dlaczego?
– Nie wiem, chyba dlatego, że to był ogólnie okropny czas dla polskiego kina, kiedy powstawały filmy typu „Młode wilki”. Na szczęście robiłam sporo spektakli w Teatrze Telewizji. Bardzo to zawsze lubiłam.

Nie myślałaś nigdy o rzuceniu teatru dla filmu?
– 
Nie, bo – na szczęście – nigdy nie było takiej konieczności, choć w krakowskich czasach grałam nieraz trzydzieści spektakli w miesiącu i jeszcze w filmie. Rano pędziło się pociągiem do Warszawy na plan zdjęciowy, potem powrót o piętnastej do Krakowa i wieczorem spektakl.

W szkole teatralnej poznajesz Grzegorza Jarzyna. Jak ważne to spotkanie?
– 
Teatralnie – najważniejsze w moim życiu, bo Grzegorz mnie ukształtował jako aktorkę. Kiedy zrobiliśmy jeszcze w Krakowie nasz pierwszy spektakl „Iwonę, księżniczkę Burgunda”, to już był zupełnie inny teatr, niż dotychczas. Zresztą to, że Grzegorz jest wyjątkowy, dało się zobaczyć od początku. Jego egzamin już na pierwszym roku reżyserii wzbudził sensację. Szybko zaczęto mówić, że pojawił się reżyser , o którym niedługo będzie głośno.

Podczas pracy nad „Iwoną…” byliście już parą. Potem zrobiliście razem kolejny ważny spektakl czyli „Niezidentyfikowane szczątki ludzkie” w Teatrze Dramatycznym w Warszawie i przyszedł czas na stołeczny Teatr Rozmaitości, który wkrótce miał się stać najgorętszą sceną w Polsce.
– Rozmaitości to było coś nieprawdopodobnego; niesamowity, szalony rozdział w moim życiu. Byliśmy pionierami, czuliśmy się rewolucjonistami. Każdy kolejny spektakl był pójściem krok dalej – w estetyce, w tematyce, w prowokacji. Stworzyliśmy kreatywną grupę, która razem pracowała i razem spędzała czas wolny. Zrobiliśmy wiele świetnych spektakli, zagrałam dużo dobrych ról, podobnie koledzy, dostaliśmy wiele nagród, wyjeżdżaliśmy na niezliczone festiwale na całym świecie. Prawdziwy boom nastąpił po „Hamlecie” w reżyserii Krzysztofa Warlikowskiego.

Z tym spektaklem z 1999 roku związana jest słynna anegdota. Kiedy Hamlet – grany przez Jacka Poniedziałka – rozebrał się na scenie, ktoś z widowni krzykną: „Hamlecie, załóż majtki!”. Mówisz o paśmie sukcesów, które odnosił teatr, ale początki nie były wcale łatwe.
– Z jednej strony był zachwyt części krytyków nad nowym teatrem, który proponowaliśmy, a z drugiej – opór innych przed tym, co się działo na scenie. Grzegorz w sytuacjach kryzysowych mówił: „Albo plan mój, albo chuj”. I to było nasze motto. Wiedzieliśmy, że musimy iść do przodu, choćby nie wiadomo co. Nasze spektakle były bezkompromisowe, a moja Ofelia – bardziej trashowa, niż romantyczna.

Kiedy wystawialiśmy „Magnetyzm serca” na podstawie „Ślubów panieńskich” Fredry, zaprosiłam na spektakl Andrzeja Łapickiego, z którym nieco wcześniej robiliśmy Teatr Telewizji i bardzo się polubiliśmy. Mówię, że Fredro, że klasyka, że koniecznie musi przyjść. I przyszedł. Po spektaklu do mnie podszedł, wyściskał i podarował bukiet kwiatów, ale widziałam, że kompletnie tego nie kupił, bo my jechaliśmy po bandzie. To nie był teatr jaki znał i lubił Łapicki. Przyznał mi to zresztą jakiś czas później mówiąc: „Tak nie można”.

Jednak można, a nawet trzeba. Ten niezwykły teatralny czas, kiedy młoda publiczność stała w niekończących się kolejkach po wejściówki na wasze spektakle skończył się po ośmiu latach. W 2007 roku wystawiacie kultowe dziś „Anioły w Ameryce” Tonego Kushnera. Po nich następuje rozpad TR Warszawa, jak od 2003 roku nazywają się Rozmaitości. Większość zespołu – ty także – odchodzi z Krzysztofem Warlikowskim i zakładacie w 2008 roku Nowy Teatr.
– Nasze rozstanie było nieuchronne, choć oczywiście bardzo bolesne, bo byliśmy właściwie rodziną. Ale wydaje mi się, że zmiana, otwieranie nowych rozdziałów jest w świecie artystycznym nieuniknione i bardzo potrzebne. W pewnym momencie wizje teatru – Krzysztofa i Grzegorza zaczęły się rozchodzić, dlatego zdecydowaliśmy się z częścią zespołu odejść razem z Krzysztofem. Dziś, kiedy emocje już opadły, oba teatry bardzo z siebie czerpią.

I rywalizują.
– Ale to dobra, uczciwa rywalizacja. Wiesz, spędziłam z TR wspaniałe lata sukcesów i porażek, radości i awantur, szalonych imprez do rana i trudnych omówień w garderobie, ale trzeba iść dalej. Dlatego budujemy teraz tu, na Mokotowie, nasz Nowy Teatr.

W Nowym Teatrze grasz – z wyjątkiem „Pinokia” w reżyserii Anny Smolar – wyłącznie w spektaklach Krzysztofa Warlikowskiego. Gościnnie, w innych teatrach, występujesz bardzo rzadko. Warlikowski ci wystarcza?
– Przypominam ci, że zrobiłam sobie od niego przerwę.

Rzeczywiście, nie zagrałaś w jego „Opowieściach afrykańskich według Szekspira”. Dlaczego?
– Bo się Krzyśkiem zmęczyłam, czułam, że robię się nieznośna nawet sama dla siebie. I kiedy Krzysztof zaproponował mi rolę Desdemony, i jeszcze Otella miał grać Andrzej Chyra, powiedziałam: „O nie!”. Od razu wiedziałam, jak to będzie wyglądało, jak ja to zagram. Poczułam wtedy, że muszę od tego odpocząć, poszukać czegoś innego, sprawdzić siebie u innego reżysera niż Warlikowski.

Zagrałam wtedy gościnnie w Teatrze IMKA, potem w Narodowym i to mi znakomicie zrobiło. Śmiejemy się czasem z kolegami i koleżankami z Nowego, że dobrze jest czasem zagrać w spektaklu, który trwa półtorej godziny i można na niego zaprosić lekarza albo opiekunkę do dziecka.

Ta separacja dobrze ci – zdaje się – zrobiła, bo wróciłaś z przytupem jako Sally Bowles w „Kabarecie warszawskim” Warlikowskiego.
– Tak, separacja zrobiła mi bardzo dobrze. Stęskniłam się za Krzyśkiem, za zespołem, za wyjazdami. Dostałam w końcu propozycję inną, niż dotychczas czyli cierpiącej ofiary. Praca nad „Kabaretem warszawskim” była wspaniała. Czułam, że robimy super spektakl i że ja dostałam kawał świetnej roli do zagrania.

Wyobraź więc sobie, co czułam, kiedy na trzy tygodnie przed premierą nabawiłam się na próbie kontuzji ręki i trzeba było założyć na nią gips. Myślałam, że oszaleję. Ryczałam mamie do słuchawki: „Dlaczego akurat mi się to musiało przytrafić?”. Ale w końcu powiedziałam sobie: „Zagram to nawet w gipsie z ręką na temblaku!”. I zagrałam.

Zagrałaś i zebrałaś znakomite recenzje, a od stołecznej redakcji „Co Jest Grane” dostałaś między innymi za tę rolę Wdechę w kategorii Człowiek Roku.
– Byłam totalnie tą nagrodą zaskoczona i cieszyłam się jak dziecko. Wdecha stoi dzisiaj w Nowym Teatrze, obok Wdech Krzyśka i Staszki Celińskiej. Mamy już małą kolekcję.

Wdechy Wdechami, ale zaczynasz już dostawać medale.
– Kiedy zadzwoniono do mnie z Ministerstwa Kultury z informacją o medalu powiedziałam: „O Boże! „Gloria Artis” dla mnie? Chyba już pora umierać”. Na to usłyszałam: „Proszę się nie martwić. To jest dopiero srebrna „Gloria”, jest jeszcze złota”. Uff. Ale miesiąc później dzwonią do mnie z Kancelarii Prezydenta, że pan prezydent przyznał mi Złoty Krzyż Zasługi i zaprasza na wręczenie. Wtedy zrobiło się już poważnie.

Odznaczenia w Pałacu Prezydenckim były wręczane w Dzień Matki. Zabrałam więc mamę. Była dumna i wzruszona. A w ramach bonusu znalazła się także na Pudelku.

Ale jak?
– Przypadkowo, była na jednym ze zdjęć, które posłużyło do omówienia tego, jak byłam ubrana, przepraszam – wystylizowana. Bo według plotkarskich mediów ludzie się nie ubierają tylko stylizują. A ja po prostu, jak mam gdzieś wyjść, to otwieram szafę, wybieram z niej jakiś ciuch, robię makijaż i wychodzę.

Czy ktoś kiedyś doradzał ci w sprawach wizerunku albo nim zarządzał?
– 
Nigdy w życiu! Sama sobą zarządzam, sama ogarniam swój kalendarz, sama umawiam wywiady.

Popularność ci przeszkadza czy pomaga?
– Zwykle jest bardzo miła. Gorzej kiedy czuję, że mam cały dzień ogon w postaci paparazzo, który mnie nieustannie fotografuje. Choć do tego też się można przyzwyczaić. I wiesz wtedy, że jak na przykład wypadną ci na ulicy ziemniaki z siatki i się schylisz, żeby je pozbierać, to na drugi dzień będzie już na jakimś portalu zdjęcie z podpisem: „Nawalona Cielecka zatacza się na ulicy”.

Ale najbardziej chyba paparazzi liczą na to, że sfotografują cię z Andrzejem Chyrą.
– A tak! Masz rację. Najważniejsze są zdjęcia z Andrzejem. Żartujemy, że jeśli dożyjemy późnej starości, to jedno będzie sfotografowane na pogrzebie drugiego z podpisem, w zależności, kto się pierwszy zawinie: „Kochał ją do końca” (w wersji ja umieram pierwsza) albo „Kochała go do grobowej deski” (w wersji: pierwszy jest Andrzej). Bo co mamy robić? Możemy się z tego tylko śmiać.

A przeszkadza ci to, że w mediach, o których mówimy jesteś umieszczana w towarzystwie znanych z tego, że są znani?
– Nie, bo jestem Magdaleną Cielecką, a nie Jadzią z jakiegoś serialu. Ciężko pracowałam na moje nazwisko. Mam ponad dwudziestoletni dorobek teatralny i filmowy, z którego jestem dumna. Chociaż jeśli chodzi o film, to mam nieustanny niedosyt. Liczę na to, że ciekawe propozycje jeszcze nadejdą.

Moje starsze koleżanki mówią, że kiedy aktorka jest koło czterdziestki czy tuż po niej, to telefon na jakiś czas przestaje dzwonić, że nie ma wielu ról w kinie. Ja skończyłam w tym roku czterdzieści dwa lata i jednak czekam na propozycję ciekawej roli. Proszę dzwonić!

_____

Magdalena Cielecka (ur. 1972) jest jedną z najlepszych i najpopularniejszych polskich aktorek. Pochodzi z miejscowości Żarki Letnisko niedaleko Częstochowy. Ukończyła Wydział Aktorski Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej im. Ludwika Solskiego w Krakowie. Jeszcze w szkole zadebiutowała na deskach krakowskiego Narodowego Starego Teatru, by następnie współtworzyć dwa najgorętsze teatry Warszawy – najpierw TR i obecnie Nowy. Zagrała w najgłośniejszych spektaklach Grzegorza Jarzyny i Krzysztofa Warlikowskiego. Za swój kinowy debiut w „Pokuszeniu” Barbary Sass otrzymała nagrodę za najlepszą rolę kobiecą na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych. W następnych latach zagrała w m.in. „Amoku” Natalii Koryncka-Gruz, „Zakochanych” Piotra Wereśniaka, „Egoistach” Mariusza Trelińskiego, „Samotności w sieci” Witolda Adamka czy „Wenecji” Jana Jakuba Kolskiego. Ma na swoim koncie także kilkanaście seriali (m.in. „Magda M.”, „Czas honoru”, „Hotel 52” czy „Bez tajemnic”) oraz kilkadziesiąt spektakli Teatru Telewizji (za rolę Pani Dulskiej w „Moralności pani Dulskiej” w reżyserii Marcina Wrony otrzymała w zeszłym roku nagrodę za najlepszą rolę kobiecą na Festiwalu Teatru Radia i Telewizji). W tym roku została odznaczona Srebrnym Medalem „Zasłużona Kulturze Gloria Artis” oraz Złotym Krzyżem Zasługi. Mieszka na warszawskim Mokotowie.

_____

Rozmowa ukazała się na portalu Gazeta.pl 19.07.2014 r.

_____

© Mike Urbaniak | Fot. Magda Hueckel

Reklamy
Zwykły wpis
REŻYSERZY/REŻYSERKI

Słowa mają moc

38440_1534082040725_4388325_n

Na drugim roku studiów filologicznych poszedłem do Teatru Rozmaitości na „Magnetyzm serca” Grzegorza Jarzyny. Po spektaklu wiedziałem już kim chcę być. Z Radosławem Rychcikiem rozmawia Mike Urbaniak.

Czy wyście powariowali? Wszyscy robią teraz „Dziady”!
– Szaleństwo nie ma tu nic do rzeczy, chodzi o kasę. Ministerstwo Kultury ogłosiło konkurs „Klasyka żywa” i się zaczęło. Robi się to, na co są pieniądze. Chciałem robić w Teatrze Nowym w Poznaniu „Taksówkarza”, ale skoro jest zapotrzebowanie na polską klasykę, to trzeba było walnąć z grubej rury – stąd „Dziady”.

A sam z siebie nie myślałeś o wyreżyserowaniu „Dziadów”?
– Nie, przynajmniej nie teraz. Myślałem o nich jako o czymś na kiedyś.

Dlaczego?
– Bo może jeszcze za wcześnie, nie ten moment. Poza tym podobałem się sobie w tej aspiracji, bo to oznaczało, że mam przed czymś respekt.

Nasze romantyczne arcydzieło jest koszmarem polskich uczniów, którzy katowani są przez nauczycieli jednymi słusznymi interpretacjami i uczą się na pamięć fragmentów utworu. Ty w szkole też byłeś torturowany na lekcjach polskiego?
– Ja byłem jednak zawsze trochę inny. Nikt mnie nie katował, bo uwielbiałem romantyzm. Chciałem być poetą i te „Dziady” sam sobie recytowałem chodząc z książką po parku. Ale masz rację, że młodzi ludzie nie mają chyba dobrych wspomnień z Mickiewiczem, który ich albo nudzi, albo jest niezrozumiały i archaiczny. Dlatego w celu przywołania przyjemnych wspomnień ze szkolnych czasów poprosiłem rodziców, przygotowując się do reżyserowania „Dziadów”, o kasetę wideo z mojej studniówki. Puściłem ją aktorom na próbie.

Zmarli ze śmiechu?
– Prawie.

Pamiętam, że w liceum też robiliśmy „Dziady” i one były oczywiście w konwencji: półmrok, prześcieradła, znicze. Nie umiemy zrezygnować z tej jedynej słusznej opcji inscenizacyjnej?
– Rzeczywiście, kiedy googlujesz „Dziady”, połowa wyników to plakaty teatralne, a druga połowa to różne szkolne – nazwijmy je – szopki w stylu prześcieradło ze świecami. Ale można mieć w tym wszystkim nadal fajne wspomnienia. Nie siedziałeś z jakimś fajnym kolegą pod tym prześcieradłem?

Z tobą bym posiedział.
– Proszę bardzo i zobacz ile ciekawych skojarzeń możemy wokół nabudować; mała przestrzeń konspiracji, zabawa po lekcjach, tajne bractwa, Stowarzyszenie Umarłych Poetów, wspólnota, tajemnica.

W szkole nie skończyła się, jak mniemam, twoja przygoda z „Dziadami”, bo studiowałeś potem filologię polską na Uniwersytecie Warszawskim. Nadal czytałeś Mickiewicza w parku?
– Nie, ale pamiętam wspaniałe wykłady, nieżyjącego już niestety, prof. Eligiusza Szymanisa, fenomenalnego pedagoga, który powtarzał, że Mickiewicza nikt nie rozumie, bo on mówi, że zbawienie jest nie z tego świata, a my zawsze czytamy wszystko dosłownie.

A dlaczego w ogóle poszedłeś na polonistykę?
– Żeby być poetą, ale szybko się zorientowałem, że to jest jednak zbyt niszowa sprawa. Pamiętam, że chodziłem razem z Marcinem Cecko na różne konkursy jednego wiersza i zawsze je wygrywał Marcin, ja byłem tuż za nim. Na drugim roku studiów poszedłem do Teatru Rozmaitości i zobaczyłem „Magnetyzm serca” Grzegorza Jarzyny. Po spektaklu wiedziałem już kim chcę być.

I zdałeś na reżyserię.
– Jeszcze nie, zacząłem najpierw chodzić do teatru.

Wcześniej nie chodziłeś?
– Nie, moja działdowska prowincja uchroniła mnie przed teatrem, ale odbiłem sobie na studiach. Chodziłem nieustannie i wszędzie. Byłem nawet przez rok bileterem w Teatrze Studio za czasów Zbigniewa Brzozy.

Co ci się podobało?
– Wiadomo, Jarzyna i Warlikowski. To był ten czas: nowość, szaleństwo, konflikt młodych i starych, awangarda, po bandzie. Nie będę nawet wspominał tych magicznych momentów wielogodzinnego oczekiwania z książką w ręku i słuchawkami w uszach po wejściówki. To była kompletna fascynacja. Dlatego napisałem pracę magisterską o Warlikowskim i w końcu poszedłem na reżyserię.

Dlaczego do Krakowa?
– Bo wiedziałem, że tam się to dzieje, że tam trzeba być, a nie w Warszawie. Byłem na roku z Krzysiem Garbaczewskim i Szymonem Kaczmarkiem.

Były „Dziady” w szkole teatralnej?
– Ja nic z nimi nie robiłem, był za to Słowacki. Chociaż tyle.

Za co ty tak lubisz romantyzm?
– Za to, że jest w nim tęsknota za mówieniem do siebie pięknie, za mówieniem wierszem, mówieniem długo, pozwoleniem sobie na celebrowanie słowa. Czyż to nie są wystarczające powody?

Jaki chciałeś robić teatr?
– Dowiedziałem się tego, kiedy, jeszcze na studiach, pojechaliśmy z Krzyśkiem Garbaczewskim na zaproszenie dyrektora Tomasza Koniny do Teatru im. Jana Kochanowskiego w Opolu. Ja robiłem „O lepszy świat” Rolanda Schimmelpfenniga, a Krzysio „Chór sportowy” Elfriede Jelinek, premiery były zaplanowane dzień po dniu. Podczas pracy okazało się, że ja do końca nie wiem jak, że coś nie gra. Aktorzy zaczęli panikować i na dwa tygodnie przed premierą dyrektor Konina odebrał mi reżyserię.

Załamałeś się?
– Kompletnie, to był cios. Popłakałem się po tym okropnie, nie mogłem się pozbierać. Zacząłem się zastanawiać czy w ogóle potrafię reżyserować czy nie, czy umiem sklecić spektakl. Na szczęście mogłem wrócić do szkoły i się pozbierać. Postanowiłem zmienić wszystko, sposób pracy, podejście i wyreżyserowałem w Teatrze Nowym w Krakowie „Versus” Brechta.

A na premierę Garbaczewskiego pojechałeś?
– Oczywiście i pierwszy zerwałem się do braw.

„Versus” w Nowym uważasz za swój debiut?
– Tak, choć wcześniej zrobiłem jeszcze blogi.pl w Starym Teatrze. Ale prawdziwe przyjemności pojawiły się w dopiero Teatrze Dramatycznym w Warszawie.

Zaprosił cię Paweł Miśkiewicz?
– Tak, znaliśmy się, bo był moim profesorem na PWST. W Dramatycznym najpierw zrobiłem „Fragmenty dyskursu miłosnego” i rok później „Madame Bovary”.

Twoja praca w Teatrze Dramatycznym nie była łatwa. Ścierałeś się ostro z dyrekcją, prawda?
– Rzeczywiście łatwo nie było. Po raz pierwszy zostałem postawiony w sytuacji, w której dyrektor artystyczny każe mi coś zmieniać w spektaklu. Ten konflikt zakończył się naszą wygraną, bo dyrektorowi powiedziałem, że zmieniamy, a z zespołem ustaliliśmy, że nie zmieniamy. To była oczyszczająca konfrontacja.

Między obydwoma zrobionymi przez ciebie spektaklami w Dramatycznym, wyreżyserowałeś w Teatrze im. Stefana Żeromskiego w Kielcach „Samotność pól bawełnianych” Koltèsa. Ta inscenizacja przyniosła ci duży rozgłos i zabrała cię w świat. Jak trafiłeś do Kielc?
– Przyjechał do mnie Władek Jankowski, wtedy szef impresariatu teatru i zaczął mnie namawiać, żebym odwiedził Kielce. Napiliśmy się wódki, skusiłem się. Był tam jeden aktor, którego znałem ze szkoły czyli Wojtek Niemczyk. Pomyślałem, że wezmę jeszcze Tomka Nosińskiego, coś tam szybko zrobimy i spadamy.

Tymczasem…
– Okazało się, że odpaliliśmy małą bombę z czego zdałem sobie sprawę na drugiej próbie generalnej. Spektakl stał się rzeczywiście głośny, a my pojechaliśmy z nim w tournée po Stanach Zjednoczonych i Kanadzie.

A ty, po powrocie do ziem ojczystych, pognałeś prosto do rozgrzewającego się Teatru Dramatycznego w Wałbrzychu robić „Łyska z pokładu Idy”.
– To był wspaniały czas. Super miejsce, super ludzie, super energia. Strzępka z Demirskim pracowali wtedy, równolegle z nami, nad „Był sobie Andrzej Andrzej Andrzej i Andrzej”. Sebastian Majewski totalnie nam ufał, panowała tam zupełna wolność.

Gustaw Morcinek należy do panteonu śląskich pisarzy. Stresowałeś się, kiedy jechałeś z „Łyskiem” na festiwal Interpretacje do Katowic?
– Nie, dlatego, że zanim zacząłem pracę nad tym spektaklem postanowiłem nie udawać, że jestem znawcą Śląska, kopalni i tak dalej. I, zobacz, ten nieodpowiedzialny gest spowodował, że się udało.

Udało to mało powiedziane. Zdobyłeś Laur Konrada!
– Bardzo się ucieszyłem, bo pamiętałem, kto tę nagrodę dostał przede mną.

I wróciłeś do Kielc, by tym razem zrobić „Hamleta”.
– Z którego nie jestem do końca zadowolony, ale wiem, że wielu się podobał. Wygrał nawet konkurs na najlepszą inscenizację dzieł Szekspira.

Dwa lata temu, za zamówienie Muzeum Powstania Warszawskiego, stworzyłeś znakomity spektakl „Powstanie”. To było duże wyzwanie?
– Było, ale od razu podjąłem decyzję, że nie grzebiemy z księgach, nie studiujemy wszystkich dzienników i zapisków powstańczych, bo i tak tego nie ogarniemy. To by było bez sensu. Powiedziałem aktorom, że mamy do zapisania czystą kartę i musimy sobie odpowiedzieć na pytanie: co my, młodzi ludzie, wiemy dzisiaj o powstaniu?

Męczysz w tym spektaklu aktorów niemiłosiernie. Zresztą nie tylko w tym. Dlaczego?
– Bo aktorzy, zdradzę ci w tajemnicy, uwielbiają być męczeni. To sprawia, że wychodząc z próby czują, że nad czymś pracują.

Twoje spektakle są też niezwykle emocjonalne. Są nawet tacy, którzy uważają, że emocje w teatrze Rychcika są ponad wszystko. Zgadzasz się?
– A po co innego chodzić do teatru, jeśli nie po przeżywanie emocji? Teatr to żywy organizm, spotkanie oko w oko z żywym człowiekiem. W kinie możesz rzucić pomidorem w ekran, a w teatrze? To jest właśnie jego siła.

W większości twoich spektakli gra Tomasz Nosiński. Do niedawna aktor Teatru im. Stefana Żeromskiego w Kielcach, dzisiaj w zespole Teatru Nowego w Poznaniu. Jak się poznaliście?
– W szkole teatralnej. Tomek był rok wyżej na Wydziale Aktorskim. Zaprzyjaźniliśmy się, spędzaliśmy ze sobą sporo czasu, ale nie pracowaliśmy razem. Zagrał u mnie dopiero po studiach. Pierwszym naszym spektaklem był „Versus”. Nie wiem jaka jest tajemnica naszej przyjaźni. Myślę, że ciągle sobie imponujemy, ciągle chcemy coś udowodnić. Nie będę tu leciał teraz banałami, jakim to Tomek jest wspaniałym aktorem, bo to oczywiste, ale bez wątpienia jest bardzo ważny w moich spektaklach, uwielbiam go na scenie. W „Dziadach” zagra Guślarza.

Obok którego zrobiłeś też miejsce dla Martina Luthera Kinga czy Malcolma X. Skąd ten pomysł?
– Uważam, że to tekst, który ma coś powiedzieć nie tylko o nas, ale także o innych i byłoby wspaniale popatrzeć na „Dziady” nie tylko przez nas, przez naszą historię, przez nasze traumy. Może się wtedy okazać, że to jest dzieło o przesłaniu uniwersalnym, że nie jest uwięzione na polskim podwórku. Mickiewicz to słowa, wielka moc słów. One mogą zmienić świat. Podobnie uważał Martin Luther King.

_____

Radosław Rychcik (rocznik 1981) jest reżyserem teatralnym. Ukończył filologię polską na Uniwersytecie Warszawskim i reżyserię dramatu w PWST im. Ludwika Solskiego w Krakowie. Był asystentem Krystiana Lupy. Od 2008 roku wyreżyserował 12 spektakli w teatrach Krakowa, Kielc, Warszawy, Wałbrzycha, Szczecina i Poznania. Jest laureatem kilku nagród, wśród nich Lauru Konrada dla najlepszego reżysera za „Łyska z pokładu Idy” (Teatr Dramatyczny w Wałbrzychu). Największy rozgłos przyniósł mu zrealizowany w Teatrze im. Stefana Żeromskiego w Kielcach spektakl „Samotność pól bawełnianych”, który zarejestrowała TVP Kultura. Obecnie pracuje nad „Dziadami” Adama Mickiewicza, których premiera jest zaplanowana na 22 marca tego roku w Teatrze Nowym w Poznaniu.

_____

© Mike Urbaniak | Fot. Michał Korta

Zwykły wpis