ZAPOWIEDZI

Ostatni sezon

Koniec z lewactwem i hochsztaplerstwem nowego teatru! Koniec z pedałami, gołymi dupami, cyckami i dyndającymi bezwstydnie męskimi członkami! Koniec z wagonami krwi i mamrotaniem do mikroportów! Koniec z próbami bez tekstu i haniebnym gmeraniem w dramatach ukochanych autorów! Koniec z irytującą wszechobecnością kamer i improwizacjami! Koniec z atakami na święte dla Polaków wartości i symbole! No pasaran! Non possumus! Auf wiedersehen zdradzieckie mordy!

Tak mniej więcej można podsumować polityczną narrację niedawno zakończonego sezonu, w którym polska prawica (PiS, PO i PSL) postanowiła rozprawić się ze swoim największym wrogiem w świecie polskiej kultury, czyli teatrem. I, trzeba przyznać, poszło jej to całkiem nieźle. Najlepsze sceny padały pod prawackim naporem jedna po drugiej, dlatego dzisiaj teatralna mapa polski nie wygląda tak, jak jeszcze rok temu. Na oceanie teatralnej konfekcji ostało już tylko kilka wysp najlepszego teatru (gdzie teraz będą jeździć krytycy niepokorni?), który przez ostatnie dwadzieścia lat, od czasu pamiętnego przewrotu styczniowego 1997 roku, nadawał ton scenicznemu życiu Polski i przyniósł naszemu krajowi zagraniczną sławę oraz niekwestionowaną pozycję lidera.

Za chwilę rozpocznie się sezon teatralny 2017/18, który nazywam ostatnim sezonem. I nie tylko dlatego, że być może w ciągu najbliższych miesięcy Polska stoczy się otchłań autorytarnych rządów i jedynej słusznej, koncesjonowanej przez rząd polityki kulturalnej pod patronatem towarzyszy z komisariatu ludowego ds. kultury i dziedzictwa narodowego. Ale też dlatego, że coś się w polskim teatrze kończy na bardzo wielu poziomach: artystycznym, organizacyjnym, finansowym i pokoleniowym. Dobiegają końca dwie heroiczne dekady polskiego teatru (1997-2017) i nikt nie wie, co będzie dalej.

Tymczasem ostatni sezon jest nadal pełen podniecających planów, choć w coraz mniejszej liczbie teatrów. Sceny, które nadal warto odwiedzać można policzyć na palcach obu rąk i jedną trzeba poświęcić na Warszawę, co jeszcze niedawno było nie do pomyślenia. Stolica wyrosła bowiem w ciągu ostatniego roku na prawdziwą potęgę przyciągającą aktorskich rozbitków z niszczonych scen innych miast. Mamy więc teraz warszawską mocną czwórkę (Nowy Teatr, STUDIO teatrgalerię, TR Warszawa i Teatr Powszechny) z mającym coraz większe ambicje Teatrem Żydowskim i każdego roku lepszą Komuną Warszawa, a w interiorze już tylko kilku ostańców: Teatr im. Stefana Żeromskiego w Kielcach, Teatr Dramatyczny w Wałbrzychu i Teatr Polski w Poznaniu oraz kilka scen, które mają jeszcze od czasu do czasu siłę i chęć na małe szaleństwa, czyli Teatr Zagłębia w Sosnowcu, Teatr im. Juliusza Osterwy w Lublinie i Teatr Śląski w Katowicach. Oto mój homo-lewacko-syjonistyczno-zdradziecko-antypolski przewodnik po ostatnim sezonie.

Świetnie zapowiadają się najbliższe miesiące w Nowym Teatrze w Warszawie pod kierownictwem Karoliny Ochab i Krzysztofa Warlikowskiego. Pierwszą premierą pierwszego września będzie pierwsza cześć pierwszej księgi Biblii. Tak, to nie żart. Całą Księgę Rodzaju („Biblia. Rdz 1-11” to pełny tytuł pierwszego spektaklu) w trzech odsłonach (wrzesień, grudzień, kwiecień) wystawi Michał Zadara – reżyser uwielbiający przenosić na scenę książki, o których wszyscy mówią, ale nikt ich nie przeczytał. 1 września zobaczymy więc przedstawienie opowiadające historię od stworzenia świata do budowy Wieży Babel przeznaczone dla widzów od lat sześciu w górę. Jeśli  ta premiera zakończy się sukcesem, Nowy będzie miał w swoim repertuarze aż pięć fajnych spektakli dla dzieci i młodzieży, czym nie może się pochwalić żaden teatr dramatyczny w Polsce.

Na listopad planowana jest premiera „Procesu” Franza Kafki w reżyserii Krystiana Lupy. To miał być spektakl Teatru Polskiego we Wrocławiu, ale próby do niego zostały przerwane z powodu postępującej morawizacji (dzisiaj ta czołowa niegdyś scena jest pośmiewiskiem teatralnego świata). I oto zdarzył się cud, cztery stołeczne teatry (Nowy, TR, Powszechny i STUDIO) ze wsparciem europejskich partnerów postanowiły wspólnie wyprodukować „Proces”, w dodatku z tą samą obsadą. Co tu dużo gadać, to jedna z najbardziej wyczekiwanych premier sezonu, która będzie później grana w paryskim Odéon Théâtre de l’Europe.

W lutym na Madalińskiego wraca Krzysztof Garbaczewski i weźmie się za „Ucztę” Platona, którą chce połączyć z jego „Obroną Sokratesa” i zapytać w jakim stanie dzisiaj jest demokracja. W marcu pod tym samym adresem zobaczymy nowy spektakl Anny Karasińskiej, a w czerwcu Krzysztofa Warlikowskiego. Dyrektor artystyczny Nowego zmienił pierwotny plan i wyreżyseruje „Pakujemy manatki” Hanocha Levina, sztukę, w której właściwie każdy bohater stoi nad grobem. Nie wspomnę już nawet o wymowie tytułu w kontekście obecnej sytuacji politycznej w Polsce. Niedługo wszyscy chyba spakujemy manatki.

Nie zawiodą się na Nowym wielbiciele tańca, bo teatr postanowił jeszcze mocniej zaangażować się w produkowanie i pokazywanie spektakli opartych na ruchu. Tanecznym programem zarządzać będzie od tego sezonu Joanna Leśnierowska (brawo!), a warsztaty taneczne dla młodszych i starszych poprowadzą Maria Stokłosa i Marta Ziółek. Na scenę Nowego wkroczą niebawem Iza Szostak, Renata Piotrowska czy Paweł Sakowicz.

Transfery: Do zespołu Nowego Teatru dołączają najmłodsze gwiazdy Starego Teatru Jaśmina Polak (w zespole jest jej brat Piotr Polak) i Bartosz Bielenia.

TR Warszawa, który zawiadywany przez Grzegorza Jarzynę i Romana Pawłowskiego wyspecjalizował się ostatnio w produkowaniu spektakli za pięć złotych, postanowił w nadchodzącym sezonie wystawić w końcu coś powyżej tej kwoty i zaprosić nas na kilka smakowicie zapowiadających się premier.

Na pierwszą powędrujemy 6 października. Będzie to przedstawienie na motywach monumentalnej pięciotomowej autobiograficznej i uznanej powszechnie na arcydzieło „Mojej walki” Karla Ove Knausgårda w adaptacji Tomasza Śpiewaka i reżyserii Michała Borczucha. Dwa miesiące później, 8 grudnia, udamy na nowy spektakl René Pollescha, a wczesną wiosną Konstantin Bogomołow wystawi w Rozmaitościach „Mistrza i Małgorzatę” Michaiła Bułhakowa.

Od jesieni do wiosny TR we współpracy z Muzeum Polin będzie też kontynuował projekt „Obcy w domu. Wokół Marca ‘68”. Jego pierwszy etap zakończył się wybraniem w lipcu pięciu duetów (Aleksandra Jakubczak i Krzysztof Szekalski, Grzegorz Jaremko i Łukasz Wojtysko, Patrycja Kowańska i Bartosz Ostrowski, Marta Nawrot i Jagoda Wójtowicz, Jędrzej Piaskowski i Hubert Sulima), które przez najbliższe miesiące będą rozwijały swoje pomysły na dzieło o Marcu, aż w końcu zwycięska para zrobi w TR przedstawienie.

Transfery: Do zespołu, jak głosi plotka, ma dołączyć Małgorzata Gorol (kolejna ucieczka ze Starego), a w obsadzie u Borczucha jest Halina Rasiakówna (do niedawna czołowa aktorka Teatru Polskiego we Wrocławiu).

Teatr Powszechny po kierownictwem Pawła Łysaka i Pawła Sztarbowskiego dał ostro do pieca w zeszłym sezonie i stał się najgłośniejszym teatrem IV RP. A co nam ta rozgrzana do czerwoności scena zaserwuje w nadchodzącym sezonie?

Teatr zaczyna 30 września od premiery „Mefista” w reżyserii Agnieszki Błońskiej. Potem, 11 listopada (data, jak rozumiem, nie jest przypadkowa) swój spektakl o superbohaterach pokażą Justyna Sobczyk z Jakubem Skrzywankiem. A na koniec roku, 8 grudnia, Powszechny zaprasza na „Czwartą generację” na podstawie filmów Rainera Wernera Fassbindera w reżyserii Agnieszki Jakimiak. W nowy rok Powszechny wkroczy z Cezarym Tomaszewskim i jego „Kramem z piosenkami”, w lutym Jolanta Janiczak i Wiktor Rubin zaproszą na „Nerona”, a w marcu Michała Zadara wyreżyseruje spektakl pod tytułem „Wypędzenie Żydów z Polski w roku 1968”.

Po sukcesach spektakli Mai Kleczewskiej i Anny Smolar bezdomny Teatr Żydowski pod kierownictwem Gołdy Tencer postanowił w nadchodzącym sezonie doszlusować do najlepszych i stworzył jeden z najciekawszych planów repertuarowych.

Pierwsza warta uwagi premiera będzie 11 września. Michał Buszewicz reżyseruje, oczywiście według swojego tekstu, „Kibiców” – spektakl, w którym biorą udział „aktorzy żydowscy” i kibice Legii Warszawa. Co wyniknie ze spotkania tych dwóch jakże różnych (wrogich?) światów, przekonamy się niebawem w Nowym Teatrze, gdzie spektakl będzie grany gościnnie.

Na drugą interesującą premierę wygląda „Ostatni syn” – bajka Magdy Fertacz w reżyserii Przemysława Jaszczaka opowiadająca o chłopcu, który mieszka w ukryciu i wierzy w kolorowy świat z opowieści swojej matki. Ale pewnego dnia opuszcza kryjówkę i widzi rzeczywistość rozrywaną konfliktami między wyznawcami różnych religii. Próbując zrozumieć dlaczego, rozmawia z napotkanymi po drodze Żydem, Chrześcijanką, Muzułmaninem i Buddystką. Ciekawy jestem, co mu powiedzą. Premiera 1 października.

W listopadzie w Żydowskim będą aż dwie premiery. Za pierwszą odpowiada Maja Kleczewska, która wystawi „Golema” Gustava Meyrinka – opowieść o stworzonej przez Żydów postaci z gliny, która ożywiona miała ochraniać nieustannie zagrożoną społeczność. Za drugą odpowiadają Weronika Murek (tekst) i Jędrzej Piaskowski (reżyseria). Zajmą się Wierą Gran, legendarną pieśniarką, której życiorys jest punktem wyjścia do skonstruowania scenicznej fantazji o związkach sztuki z walką o przetrwanie za wszelką cenę oraz pozycji artysty wobec opresyjnej władzy.

W marcu na spektakl o Marcu ’68 zaprosi Anna Smolar (wysyp marcowych przedstawień spowodowany jest przypadającą w przyszłym roku 50. rocznicą Marca ’68), ale zrobi to z zupełnie innej strony, niż praktykowano to dotychczas. Smolar – urodzona i wychowana w Paryżu córka marcowych emigrantów – pracuje nad przedstawieniem, które oddaje głos drugiemu pokoleniu, czyli dzieciom tych, których wypędzono z Polski. Tekst autorstwa Michała Buszewicza powstanie na podstawie wywiadów z rodzicami i dziećmi, które przeprowadzam od kilku miesięcy w Izraelu, Stanach Zjednoczonych i Europie. Więcej o tych rozmowach i ich bohaterach napiszę niebawem.

W maju do Żydowskiego wkroczą Jolanta Janiczak i Wiktor Rubin, którzy przeniosą na scenę znakomitą, nominowaną do Nagrody Literackiej „Nike” autobiografię Andy Rottenberg „Proszę bardzo” (duet ma zaskakujący i jakże podniecający pomysł na to, kto miałby Andę Rottenberg zagrać, ale na razie musiałem przysiąc na grób Mieczysławy Ćwiklińskiej, że go nie zdradzę, wiec milczę jak zaklęty), a w czerwcu zobaczymy nowe przedstawienie króla musicali Wojciecha Kościelniaka. Będzie to „Lola Blau”, opowieść o młodej Żydówce, odnoszącej pierwsze sukcesy aktorce kabaretowej, która musi uciekać z Austrii po anschlussie i robi w Stanach zawrotną karierę.

Wieść gminna niesie, że w Żydowskim ma też pracować Magda Szpecht, która zainteresowała się tekstem Tomasza Śpiewaka „Polacos” o polskich Żydówkach, które pod koniec dziewiętnastego wieku sprowadzane były przez mafię do południowoamerykańskich burdeli.

W STUDIO teatrgalerii pierwszą premierą, 20 października, będzie „Dobra terrorystka” noblistki Doris Lessing w reżyserii Agnieszki Olsten, a drugą, w listopadzie, „Fallaci” – monodram Remigiusza Grzeli w reżyserii Zbigniewa Brzozy. W rolę słynnej dziennikarki Oriany Fallaci wcieli się Ewa Błaszczyk. A potem czekamy do nowego roku, kiedy to 20 stycznia powędrujemy na „Biesy” Fiodora Dostojewskiego w reżyserii dyrektorki artystycznej STUDIO Natalii Korczakowskiej. Premiera numer dwa, 17 marca, to „Kartoteka” Tadeusza Różewicza w reżyserii Radka Rychcika. A 12 kwietnia na „Srebrny sen Salomei” Juliusza Słowackiego zaprasza miłośnik polskiej klasyki Michał Zadara, który – uwaga! uwaga! – sam stanie na scenie. Dwa tygodnie później w STUDIO zobaczymy „Żaby”, przedstawienie Michała Borczucha na podstawie przepisanych przez Tomasza Śpiewaka komedii Arystofanesa i żywotów starożytnych filozofów. I na koniec sezonu, w czerwcu, do teatru wraca Arek Tworus (reżyser interesującej „Jaskini”), który będzie pracował na Scenie Modelatornia (tym razem zaaranżowanej przez Daniela Burena).

STUDIO będzie także realizowało z działającym przy Polskim Związku Głuchych Teatrem „Cisza na Scenie” projekt „Opera dla głuchych” w reżyserii Wojtka Zrałka-Kossakowskiego, muzyką Roberta Piotrowicza i librettem Adama Stoyanova i Zrałka-Kossakowskiego (polecam przy tej okazji znakomity „Jeden gest” Wojtka Ziemilskiego w Nowym Teatrze) i zaczyna współpracę z REDCAT (Roy and Edna Disney/CalArts Theater) – interdyscyplinarnym centrum sztuki w Los Angeles prowadzonym przez California Institute of the Arts. Korczakowska wyreżyseruje tam spektakl o Witkacym, patronie teatrgalerii i za rok przywiezie go do Polski.

Transfery: Ze zespołu odchodzą Agata Goral, Katarzyna Warnke i Dorota Landowska, a dołącza Dominika Biernat.

Pisząc o najciekawszych stołecznych teatrach nie można pominąć Komuny Warszawa, która biedna jest jak mysz kościelna, a ciągle produkuje mnóstwo wspaniałości. I tak 1 września zobaczymy kolejną odsłonę cyklu „Przed wojną/wojna/po wojnie” przygotowaną przez Agnieszkę Jakimiak, a 1 grudnia „Ośrodek wypoczynkowy” Michała Buszewicza i Anny Smolar – spektakl o tych, którzy w czasie polityczno-społecznej zawieruchy nie włączają się w walkę, ale uciekają w bezpieczne miejsce, udając, że nie widzą, co się wokół dzieje. Do przyjścia na tę premierę zachęca także świetna obsada w składzie Marta Ścisłowicz, Maciej Pesta, Jan Sobolewski, Sonia Roszczuk i Małgorzata Witkowska.

Po wielkim sukcesie Mikroteatru (cyklu 16-minutowych przedstawień), Komuna rusza w nowym sezonie z Makroteatrem, czyli 16-godzinnymi spektaklami w reżyserii Krzysztofa Garbaczewskiego i Wojtka Ziemilskiego oraz kolektywów Komuny i Klancyka (niech Zadara nie myśli, że tylko on umie robić spektakle, na które trzeba przyjść z kanapkami i termosem z wódką).

Na Lubelską wraca też autorka największego hiciora Komuny czyli Marta Ziółek. Jej „Zrób siebie” nadal objeżdża świat, a Ziółek z dramaturgicznym wsparciem Anki HerbutMateusza Szymanówki oraz szatańskim kolektywem w składzie Paweł Sakowicz, Robert Wasiewicz, Katarzyna Sikora, Ramona Nagabczyńska, Agnieszka Kryst i Maria Magdalena Kozłowska zabiera się za „PIXO”, by „zmagać się ze sławą, widzialnością i głodem adrenaliny w procesie transformacji ciała i wizerunku”. Jako osoba, która nie zmaga się ani ze sławą, ani głodem adrenaliny bardzo czekam na ten spektakl. Premiera 27 października.

Nikt się tak nie cieszy i nie chwali planami na nowy sezon jak Michał Kotański, dyrektor Teatru im. Stefana Żeromskiego w Kielcach. Bardzo zresztą słusznie. Udało mu się bowiem stworzyć taką repertuarową ofertę, jakiej mogą mu pozazdrościć najlepsze polskie sceny. Kotański przejął teatr rok temu po śmierci jego wieloletniego szefa Piotra Szczerskiego, który pozwalał na to, by raz w sezonie jego małe królestwo nawiedzały „zdradzieckie mordy”, „rozwrzeszczane lewactwo” i „ubeckie wdowy”, czyli krótko mówiąc najlepsi polscy reżyserzy. Obecny dyrektor postanowił nie tylko zwiększyć częstotliwość ich wizyt, ale zabrał się także w końcu za przebudowę tego kieleckiego kurnika na scenę z prawdziwego zdarzenia. Projekt wielkiej inwestycji jest coraz bardziej zaawansowany i wszystko wskazuje, że niebawem ruszy z kopyta. No, ale to nie jest tekst budowlany, więc przejdźmy do spektakli.

Na pierwszy ogień idą Jolanta Janiczak i Wiktor Rubin, którzy z „Żeromskim” są związani szczególnie mocno, i któremu przynieśli onegdaj sławę swoją znakomitą „Carycą Katarzyną”. Tym razem duet bierze się za legendarnego „Rasputina” (to tytuł ich spektaklu) i przy jego pomocy chce zadać pytania o potrzebę wiary w obliczu cierpienia i strachu. Tytułowego bohatera zagra gościnnie powracający po latach do Kielc Maciej Pesta, do niedawna aktor Teatru Polskiego w Bydgoszczy. Premiera 23 września.

Na początku grudnia, dokładnie 9, zobaczymy w końcu wielokrotnie przekładaną prapremierę „1946”, sztuki o najbardziej haniebnym wydarzeniu w powojennej historii Kielc i jednym z najbardziej bolesnych rozdziałów w historii stosunków polsko-żydowskich jakim był bez wątpienia pogrom kielecki. Tekst pisze Tomasz Śpiewak, a wyreżyseruje go Remigiusz Brzyk. Panowie pracowali wspólnie niejeden raz i efektem tej kolaboracji były zwykle bardzo udane spektakle. Miejmy nadzieję, że tak będzie i tym razem. Tym bardziej, że to przedstawienie powstaje w mieście, które co rusz rozpala kolejna awantura o pogrom (patrz: niedawny znakomity film dokumentalny Michała Jaskulskiego „Przy Planty 7/9”) i w kraju, w którym rządzący politycy i wasalne wobec nich media coraz bardziej podsycają wśród Polaków pogromowe nastroje. „1946” jest z pewnością jedną z tych najbardziej oczekiwanych premier.

Miesiąc po niej, 13 stycznia, „Żeromski” w koprodukcji ze stołecznym Teatrem IMKA zaprosi widzów na „Jądro ciemności” na motywach książki Josepha Conrada. Tekst pisze Paweł Demirski, a wyreżyseruje go oczywiście Monika Strzępka. To cieniutkie opowiadanie Conrada jest dziełem o wielkiej mocy, co udowodnił ponad wszelką wątpliwość blisko czterdzieści lat temu Francis Ford Coppola swoim obsypanym nagrodami „Czasie apokalipsy”. Do czego Strzępkę i Demirskiego zainspirowała opowieść o niewyobrażalnie okrutnym belgijskim kolonializmie w Wolnym Państwie Kongo, prywatnej własności Leopolda II, dowiemy się niebawem.

Na koniec sezonu, 23 czerwca, do Kielc po raz pierwszy w swojej karierze przyjedzie Maja Kleczewska, która zaprosi widzów do Lasu Ardeńskiego, gdyż ma zamiar – zupełnie na poważnie – wystawić słynną komedię Szekspira „Jak wam się podoba”. Artystka chce nią zadać pytanie o sens sztuki współczesnej, o której współpracujący z nią od niedawna Zbigniew Libera mówi, że „się w Polsce nie przyjęła”. Coś czuję, że śmiać się to my będziemy, ale przez łzy.

Transfery: Do kieleckiego zespołu dołączyli związany z Teatrem Dramatycznym w Płocku Jacek Mąka i absolwent PWST w Krakowie Bartłomiej Cabaj, którego kieleccy widzowie mogli oglądać z zeszłym sezonie w trzech spektaklach.

W Teatrze Zagłębia w Sosnowcu, przywróconym na mapę Polski przez Dorotę Ignatjew, artystyczne rządy objęła niedawno młoda reżyserka i teatrolożka Aneta Groszyńska, co wskazuje na chęć utrzymania w Sosnowcu ambitnego repertuaru. Co więc zobaczymy na scenie największego rywala Teatru Śląskiego w Katowicach?

Sezon otworzy „Wojna światów” Herberta George Wellsa w adaptacji i reżyserii Weroniki Szczawińskiej. Podejrzewam, że ta słynna apokaliptyczna powieść science fiction o Marsjanach podbijających Ziemię ma być pretekstem do zajęcia się tematem, który żywo porusza ostatnio artystów wszelkich dziedzin, czyli coraz większego poczucia zagrożenia wojną i tego, co ona ze sobą niesie oraz wzrastających uprzedzeń i lęków wobec obcych. W sumie, gdyby Ziemian zamienić na Polaków, a Marsjan na uchodźców, których Polacy nigdy na żywo nie widzieli, ale bardzo się ich boją, to mielibyśmy „Wojnę światów 2017” jak malowaną. Premiera 4 listopada.

Cztery miesiące później, 9 marca, widzowie będą mogli obejrzeć „Wroga – instrukcję obsługi”, spektakl dla dzieci i młodzieży w reżyserii Justyny Sobczyk. A na przełomie marca i kwietnia do Sosnowca zaprosi Maciej Podstawny (dyrektor artystyczny Teatru Dramatycznego w Wałbrzychu reżyseruje w Teatrze Zagłębia Sosnowcu, a dyrektorka artystyczna Teatru Zagłębia w Sosnowcu reżyseruje w Teatrze Dramatycznym w Wałbrzychu). To zresztą nie jedyna oznaka sosnowiecko-wałbrzyskiej kooperacji, bo 8 czerwca zobaczymy premierę koprodukowanej przez obie sceny „Duchologii polskiej” Olgi Drendy.

Transfery: Z zespołu Teatru Zagłębia do Teatru im. Juliusza Osterwy odchodzą Edyta Ostojak i Sebastian Węgrzyn, a na ich miejsce przychodzą z Teatru im. Wojciecha Bogusławskiego w Kaliszu Natasza Aleksandrowitch i dotychczasowy wolny strzelec Łukasz Stawarczyk.

Skoro już o Wałbrzychu mowa to plan tamtejszego Teatru Dramatycznego im. Jerzego Szaniawskiego wygląda następująco: 21 września będzie premiera spektaklu w reżyserii Jakuba Skrzywanka „Kiedy mój tata zamienił się w krzak” Joke van Leeuwen, dzięki której spojrzymy na świat oczami dziewczynki-uchodźcy. W październiku reżysersko zadebiutuje gombrowiczowską „Iwoną, księżniczką Burgunda” Grzegorz Jaremko. Na początku grudnia Maciej Podstawny wystawi „Lorda Jima” Josepha Conrada w koprodukcji z Teatrem Współczesnym w Szczecinie. A w nowym roku najpierw zobaczymy spektakl „Sienkiewicz Superstar” Anety Groszyńskiej, a 30 marca „Mausa” Arta Spiegelmana – sceniczną wersję jednego z najsłynniejszych komiksów świata w reżyserii debiutującego reżysersko scenografa Mirka Kaczmarka.

W Teatrze im. Juliusza Osterwy w Lublinie kierowanym przez Dorotę Ignatjew warto zwrócić uwagę na szykowaną na połowę grudnia premierę „Hindele, siostra sztukmistrza” Patrycji Dołowy w reżyserii Pawła Passiniego, bo postać Hinde Ester Singer Kreytman, siostry Izaaka Baszewisa Singera jest naprawdę fascynująca. W marcu w „Osterwie” będzie reżyserował Jędrzej Piaskowski, pod koniec sezonu Remigiusz Brzyk (tytuły się jeszcze kokoszą).

Transfery: Do zespołu dołączają z Teatru Zagłębia w Sosnowcu Sebastian Węgrzyn i Edyta Ostojak oraz Maciej Grubich, absolwent PWST w Krakowie.

I last but not least Teatr Polski w Poznaniu kierowany przez Marcina Kowalskiego i Macieja Nowaka. Ta niewielka, acz bezczelna scena sieje w wielkopolskiej stolicy coraz większy artystyczny zamęt i nie ma zamiaru zaprzestać, na co dowodem jest zaplanowana na połowę listopada premiera, o której będą mówić i pisać wszyscy. Dlaczego? Bo będzie to spektakl o samym Naczelniku, Polskim Duce, Słońcu Tatr i Jutrzence Piastowskiej Ziemi! „Czas Kaczyńskiego” (nie mylić z „Czasem apokalipsy”) wystawią Monika Strzępka i Paweł Demirski.

Polski próbuje nieustannie eksplorować lokalne tematy, więc tym razem na afisz trafi jesienią „Lekcja poznańskiego” w reżyserii Julii Szmyt – spektakl na podstawie „Szneki z glancem. Elementarza gwary poznańskiej” Elizy Piotrowskiej. Będzie też kolejna odsłona cieszącej się dużą popularnością „Extravaganzy” Joanny Drozdy i spółki.

A co w nowym roku? Same delicje. W styczniu Jakub Skrzywanek wyreżyseruje „Kordiana” Juliusza Słowackiego, w marcu „Odysa” Marcina Cecki wystawi Ewelina Marciniak, w kwietniu na „Wielkiego Fryderyka” Adolfa Nowaczyńskiego zaprasza Jan Klata, a w czerwcu na „Korczaka” Anna Smolar (czy na podstawie świetnej biografii autorstwa Joanny Olczak-Ronikier?). No, to jest plan!

Na koniec zachęcam też do zaglądania do teatrów, których repertuar na co dzień dupy nie urywa (pozdrawiam Krystynę Jandę!), ale od czasu do czasu pozytywnie zaskakuje. Na pewno nie można przegapić premiery „Króla” Szczepana Twardocha w adaptacji Pawła Demirskiego i reżyserii Moniki Strzępki w Teatrze Polskim w Warszawie. Warto się wybrać na „Szajbę” Małgorzaty Sikorskiej-Miszczuk w reżyserii Marcina Libera (13 stycznia) i spektakl taneczny Izy Szostak w Teatrze im. Aleksandra Fredry w Gnieźnie. Trzeba obejrzeć „Korfantego” z tekstem i w reżyserii Przemysława Wojcieszka (27 października) i „Kobietę pod presją” na podstawie scenariusza Johna Cassavetesa w reżyserii Mai Kleczewskiej (16 marca) w Teatrze Śląskim w Katowicach. I pewnie parę innych spektakli, o których będę informował już po wakacjach. Ahoj przygodo!

FOTO | PILNE: Krystian Lupa powiedział

Reklamy
Zwykły wpis
ROZMOWA

Jak HeLa zmieniła świat

anna_smolar_popr_czb

Czy gdyby była biała, wymazano by ją z historii? Czy biedna, czarnoskóra kobieta jest niewygodną bohaterką dla medycyny? Czy pracująca na plantacji tytoniu potomkini niewolników zasługuje na pamięć? Z Anną Smolar, reżyserką spektaklu „Henrietta Lacks”, rozmawia Mike Urbaniak

Co za historia!
– Rzeczywiście jest niezwykła i zaskakująca. Wszyscy jesteśmy dłużnikami Henrietty Lacks – kobiety, której komórki zmieniły oblicze medycyny i co za tym idzie, życie milionów ludzi. Słyszałeś coś o niej w szkole na lekcji biologii?

Ani na lekcji biologii, ani na żadnej innej. O jej istnieniu dowiedziałem się od ciebie.
– Ja dowiedziałam się od Rafała Kosewskiego, kuratora organizowanego przez warszawskie Centrum Nauki „Kopernik” Festiwalu Przemiany, który zaproponował mi zrobienie o niej spektaklu. Wcześniej, podobnie jak ty, nie miałam pojęcia o istnieniu Henrietty Lacks, która z kolei nie miała szansy, by się dowiedzieć o tym, jak wpłynęła na świat. W czasie, gdy okazało się, że jej komórki są niezniszczalne, leżała na łożu śmierci.

Wyczytałem, że była prawdopodobnie najważniejszą postacią medycyny XX wieku.
– To niewygodny pogląd, gdyż można powiedzieć, że ona tak naprawdę nic nie zrobiła, nie zapracowała na swoją sławę. Zapracował na nią George Otto Gey, lekarz ze słynnego Johns Hopkins Hospital w Baltimore w USA, odkrywca komórek, które miały być kluczem do wiecznego życia albo przynajmniej do życia bez chorób. Gey całą swoją naukową karierę poświęcił badaniu komórek. Pobierał je od wielu pacjentów i starannie hodował z nadzieją na to, że nadal będą się rozmnażały w warunkach laboratoryjnych, ale to się nie udawało. Komórki umierały.

Do czasu, kiedy trafiły w jego ręce komórki HeLa.
– One błyskawicznie zaczynają się rozmnażać, są właściwie niezniszczalne. Gey po latach niekończących się prób spełnia swoje wielkie marzenie. Ma w laboratorium ludzkie komórki, które nie umierają. Trudno nawet opisać znaczenie tego odkrycia dla nauki. Dzięki niemu naukowcy na całym świecie mogli rozpocząć badania, które zapoczątkują leczenie wielu chorób.

To właściwie niekończąca się lista. Dzięki komórkom HeLa wynaleziono szczepionkę na polio, skuteczne leki na nadciśnienie, grypę czy opryszczkę, opracowano coraz skuteczniejsze metody leczenia raka (w tym białaczki), hemofilii czy choroby Parkinsona. Komórki HeLa były pierwszymi, które wysłano w kosmos i sklonowano. Na świecie jest ponad 10 tysięcy patentów opartych na komórkach HeLa.
– I ciągle ich przybywa, bo nie istnieje chyba takie laboratorium na świecie, które nie posiada komórek HeLa, choć większość naukowców nie ma zapewne pojęcia skąd one są i dlaczego tak się nazywają.

6c8551533-130807-henrietta-lacks-126p.nbcnews-ux-2880-1000

Zamieniam się w słuch.
– Zostały pobrane w 1951 roku od Henrietty Lacks (stąd HeLa), młodej, czarnoskórej, biednej i niewykształconej matki pięciorga dzieci z amerykańskiego Południa, która trafia po silnych krwotokach z macicy do Szpitala Johnsa Hopkinsa – jedynego w okolicy, w którym leczy się Afroamerykanów. Diagnoza jest wyrokiem śmierci. Henrietta ma raka szyjki macicy, który wyjątkowo agresywnie rozprzestrzenia się po całym jej ciele. Umiera w wieku 31 lat i jest pochowana w bezimiennym grobie, ale komórki pobrane z jej ciała dają początek wielkiej rewolucji w medycynie.

Pobrane – dodajmy – bez jej zgody i wiedzy rodziny.
– Rodzinę potraktowano instrumentalnie. Już po śmierci Henrietty, kiedy Gey odkrył, że komórki rozmnażają się w laboratorium, skontaktowano się z jej mężem i poproszono o zgodę na sekcję zwłok. David Lacks odmówił i kiedy przybył do szpitala w celu załatwienia formalności pośmiertnych, lekarze go osaczyli prosząc, by zmienił decyzję. Mówili, że to dla dobra dzieci, że chcą sprawdzić, czy im też nie grozi choroba. Dostali zgodę na sekcję, pobrali kolejne komórki, a z dziećmi Henrietty i Davida już się nie skontaktowali.

Łatwo było wykorzystać czarnych pacjentów – wówczas obywateli drugiej kategorii, żeby nie powiedzieć podludzi.
– Dlatego sprawa Henrietty Lacks każe zadać pytania nie tylko natury medycznej czy etycznej, ale także klasowej i etnicznej. Kiedy dosłownie cały świat korzystał z komórek Henrietty – a to wielki, wart miliony dolarów biznes – jej dzieci nie dostały ani centa. Rodzina Lacksów nie miała nawet ubezpieczenia zdrowotnego, więc nie mogła skorzystać z dobrodziejstw, które medycynie przyniosły badania nad komórkami Henrietty. Mało tego, przez ponad dwadzieścia lat najbliżsi nie wiedzieli nawet, że komórki pobrano, handluje się nimi i przeprowadza na nich badania. Dlatego „Henrietta Lacks” to nie tylko fascynująca historia rozwoju światowej nauki, ale także historia Ameryki tamtych lat, kiedy rasizm i segregacja rasowa były głęboko zakorzenione w społeczeństwie. To zderzenie wspaniałości postępu z dyskryminacją.

Czy gdyby Henrietta Lacks była biała, wymazano by ją z historii? Czy pracująca na plantacji tytoniu potomkini niewolników zasługuje na pamięć? Czy biedna, czarnoskóra kobieta jest niewygodną bohaterką dla medycyny? Czy HeLa wstydzi się Henrietty Lacks?

Dużo wielkich pytań w niewielkiej produkcji teatralnej.
– I jest ich jeszcze więcej, bo to wielowymiarowa, epicka historia. Dlatego teraz musimy opanować wszystkie te zagadnienia i złożyć w sensowną całość, która – chcę to zaznaczyć – nie ma być spektaklem ani historycznym, ani dokumentalnym. Chcemy, korzystając z tej historii, zadać ważne pytania dotyczące współczesności, bo powiedz czym się różni potraktowanie Henrietty Lacks od traktowania na przykład uchodźców, których porywa się o czym donoszą media na organy? Zawsze na świecie są jacyś „gorsi ludzie”, których nauka może użyć, by tym „lepszym” żyło się lepiej.

Chcemy też spytać o ciało jako własność. Czy możemy myśleć o swoim ciele w kategorii praw autorskich i tantiem? Czy tylko ja mam prawo do mojego ciała, czy też mogą o nim decydować inni? No, i gdzie jest granica postępu? Czy chcemy żyć wiecznie bez chorób i cierpienia?

Dostaniemy jakieś odpowiedzi?
– Nie kieruje nami ambicja odpowiedzenia na wszystko kompleksowo, bo to jest temat-ocean, a ja pracuję w warunkach kameralnych. Może na więcej pytań odpowie film powstający w tym roku w HBO, w którym w rolę Deborah Lacks – córki Henrietty wcieli się sama Oprah Winfrey.

Staramy się wyciągnąć z tej historii to, co nas osobiście fascynuje i naturalnie wypływa w czasie rozmów i prób, bo tekst spektaklu powstaje w oparciu o improwizacje, które dają całości bardzo osobistą perspektywę. Osobistą i współczesną, bo patrzymy na Henriettę w roku 2016. Chcemy się dowiedzieć jakie rzeczy dzisiaj nas szokują, jakie wywołują emocje, jak my wyglądamy w kontekście wydarzenia sprzed ponad sześćdziesięciu lat. Przecież wszyscy chcemy zwalczyć raka, chcemy od lekarzy dobrych wiadomości, ale czy interesuje nas koszt, który musieli ponieść inni, byśmy mogli wyjść od doktora w dobrym humorze?

Kim są „my”?
– To wspaniała ekipa, z którą pracuję. Scenariusz piszę z czworgiem aktorów: Martą Malikowską, Sonią Roszczuk, Maciejem Pestą i Janem Sobolewskim.

Wszyscy są w zespole Teatru Polskiego w Bydgoszczy i poza Martą Malikowską wszyscy grali w twoim znakomitym „Dybuku”.
– Wiedziałam, że będę chciała tworzyć tekst kolektywnie i budować coś osobistego, a do tego potrzebowałam ludzi z niepohamowaną wyobraźnią, którzy w dodatku mi ufają i są otwarci na tego typu pracę. Stąd taki, a nie inny skład. Dzięki tej współpracy „Henrietta Lacks” jest daleka od biograficznej dosłowności. Jest w jakimś sensie fantazją. Opowiada o spotkaniu, które nigdy nie nastąpiło.

Wplatanie osobistej historii, a wręcz budowanie na niej spektaklu, co zrobiłaś brawurowo w „Aktorach Żydowskich” w Teatrze Żydowskim w Warszawie to twoja metoda?
– Powiedzmy, że na to mam teraz ochotę. Interesuje mnie rzeczywistość przefiltrowana przez aktorów, to, jakie słowa pojawiają się pod wpływem zderzenia wyobraźni aktora z daną materią. Owo filtrowanie przez określone osobowości tworzy świat, który potem podajemy widzom na scenie, co oczywiście jest związane z tym, że nie ma mowy o żadnych aktorskich zastępstwach. Takie podejście mi szalenie odpowiada. Wszyscy bierzemy wszyscy odpowiedzialność za to, co powstaje.

Co masz w planie po „Henrietcie Lacks”?
– Jeszcze w tym roku zabieram się w Teatrze im. Wojciech Bogusławskiego w Kaliszu za głośną książkę Małgorzaty Halber „Najgorszy człowiek na świecie”. Znam Małgorzatę od lat i zawsze podziwiałam jej niesamowitą zdolność do nazywania rzeczy po imieniu i systematycznego demontowania klisz. Małgorzata pokazuje, jak bardzo choroba alkoholowa jest demokratyczna. „Najgorszy człowiek na świecie” przekracza z resztą znacząco temat uzależnienia. Subtelnie i dotkliwie analizuje, jak człowiek potrafi być uwikłany w kłamstwo, jak może całe życie udawać i borykać się ze wstydem, co dla kobiet jest jeszcze trudniejsze niż dla mężczyzn, bo kobietom się mniej wybacza.

Potem pojadę do Starego Teatru w Krakowie reżyserować „Kopciuszka” Joëla Pommerata. W jego wersji „Kopciuszek” jest opowieścią bardzo dorosłą i smutną, chyba dlatego tak mnie zainteresowała. Choć nie wykluczam, że dzieci też będą mogły na ten spektakl przychodzić. Robię go, bo mam poczucie, że raz na jakiś czas dorosły człowiek potrzebuje archetypicznej bajki, która pozwoli mu zajrzeć do własnego dzieciństwa. Ale więcej o „Kopciuszku” ci nie powiem, bo nie mogę teraz myśleć o niczym innym poza Henriettą Lacks.

CZYTAJ TAKŻE:
Dybuk | recenzja
Aktorzy żydowscy | recenzja

_____

184842_1790922006869_886605_n

Anna Smolar (ur. 1980) jest reżyserką teatralną, absolwentką literaturoznawstwa na paryskiej Sorbonie. Zadebiutowała w 2005 roku w Teatrze Śląskim w Katowicach i od tego czasu wyreżyserowała jedenaście spektakli. Uznanie przyniosły jej szczególnie ostatnie realizacje: „Aktorzy żydowscy” w Teatrze Żydowskim w Warszawie i „Dybuk” w Teatrze Polskim w Bydgoszczy. Jej najnowszy spektakl „Henrietta Lacks”, koprodukowany przez Nowy Teatr, można zobaczyć od 2 do 4 września na Festiwalu Przemiany w Centrum Nauki „Kopernik” w Warszawie.

_____

Rozmowa w wersji skróconej ukazała się w „Wysokich Obcasach” 27.08.2016 r. Fot. Magda Hueckel/arch.pryw./mat.prass.

Zwykły wpis
RECENZJA

Dybuk

12314179_894349643992240_8599450206199322527_o

To nie jest „Dybuk” An-skiego, to po pierwsze. Wszyscy, którzy wybiorą się do Teatru Polskiego w Bydgoszczy na klasykę żydowskiego dramatu, srodze się zawiodą, z oryginału zostają bowiem jeno strzępki. I takie było założenie Anny Smolar, która chciała wywalić An-skiego do śmietnika i wystawić nowego „Dybuka” – skrojonego na potrzeby współczesnego młodego widza. Do tego perfidnego planu reżyserka zatrudniła pisarza Ignacego Karpowicza, który coraz częściej poczyna sobie w teatrze. Czasami są to kolaboracje, o których lepiej z litości nie wspominać, a czasami rezultat jest błyskotliwy. I taki jest ten przypadek, bo „Dybuk” Karpowicza jest znakomicie napisaną błyskotką. To po drugie. Grupa nastolatków zabiera się w szkole do wystawienia oryginalnego „Dybuka”. Idzie im to jednak nieporadnie: albo kurtyna się zacina, albo widzowie niewiele rozumieją i trzeba im ciągle tłumaczyć, co to synagoga, rabin i szabat. Oj wawoj! A do tego – smutna sprawa – kolega Grześ (Michał Wanio), który miał reżyserować spektakl, popełnił samobójstwo, bo padł ofiarą internetowego hejtu. I jakby tego było mało, jego duch pojawia się podczas prób. Zamiast XIX-wiecznego sztetlu mamy więc XXI-wieczną szkołę i chociaż Leę (Sonia Roszczuk) i Chanana (Maciej Pesta) mamy od początku na scenie, to są oni postaciami zupełnie drugorzędnymi. Pierwsze skrzypce grają bowiem uczniowie (świetni Hanna Maciąg, Irena Melcer i Jan Sobolewski) oraz – uwaga – scenografia Anny Met, która nadaje całości wyrafinowanie.

Bezczelny „Dybuk” Anny Smolar jest bez wątpienia jej jak dotąd najlepszym spektaklem, prawdziwą – że polecę Demirskim – cieszotką. I choć ten sukces okupiono ofiarą z An-skiego, trzeba to twórcom wybaczyć i obowiązkowo obejrzeć tę teatralną świeżynkę bez grama konserwantów.

____

Ignacy Karpowicz „Dybuk”
reż. Anna Smolar, Teatr Polski w Bydgoszczy

dybuk-rez-anna-smolar-teatr-polski-bydgoszcz-2015-12-04-005-658x950

_____

© Mike Urbaniak/”Wysokie Obcasy”
Fot. mat. pras./ Teatr Polski w Bydgoszczy

Zwykły wpis