ZAPOWIEDZI

Ostatni sezon

Koniec z lewactwem i hochsztaplerstwem nowego teatru! Koniec z pedałami, gołymi dupami, cyckami i dyndającymi bezwstydnie męskimi członkami! Koniec z wagonami krwi i mamrotaniem do mikroportów! Koniec z próbami bez tekstu i haniebnym gmeraniem w dramatach ukochanych autorów! Koniec z irytującą wszechobecnością kamer i improwizacjami! Koniec z atakami na święte dla Polaków wartości i symbole! No pasaran! Non possumus! Auf wiedersehen zdradzieckie mordy!

Tak mniej więcej można podsumować polityczną narrację niedawno zakończonego sezonu, w którym polska prawica (PiS, PO i PSL) postanowiła rozprawić się ze swoim największym wrogiem w świecie polskiej kultury, czyli teatrem. I, trzeba przyznać, poszło jej to całkiem nieźle. Najlepsze sceny padały pod prawackim naporem jedna po drugiej, dlatego dzisiaj teatralna mapa polski nie wygląda tak, jak jeszcze rok temu. Na oceanie teatralnej konfekcji ostało już tylko kilka wysp najlepszego teatru (gdzie teraz będą jeździć krytycy niepokorni?), który przez ostatnie dwadzieścia lat, od czasu pamiętnego przewrotu styczniowego 1997 roku, nadawał ton scenicznemu życiu Polski i przyniósł naszemu krajowi zagraniczną sławę oraz niekwestionowaną pozycję lidera.

Za chwilę rozpocznie się sezon teatralny 2017/18, który nazywam ostatnim sezonem. I nie tylko dlatego, że być może w ciągu najbliższych miesięcy Polska stoczy się otchłań autorytarnych rządów i jedynej słusznej, koncesjonowanej przez rząd polityki kulturalnej pod patronatem towarzyszy z komisariatu ludowego ds. kultury i dziedzictwa narodowego. Ale też dlatego, że coś się w polskim teatrze kończy na bardzo wielu poziomach: artystycznym, organizacyjnym, finansowym i pokoleniowym. Dobiegają końca dwie heroiczne dekady polskiego teatru (1997-2017) i nikt nie wie, co będzie dalej.

Tymczasem ostatni sezon jest nadal pełen podniecających planów, choć w coraz mniejszej liczbie teatrów. Sceny, które nadal warto odwiedzać można policzyć na palcach obu rąk i jedną trzeba poświęcić na Warszawę, co jeszcze niedawno było nie do pomyślenia. Stolica wyrosła bowiem w ciągu ostatniego roku na prawdziwą potęgę przyciągającą aktorskich rozbitków z niszczonych scen innych miast. Mamy więc teraz warszawską mocną czwórkę (Nowy Teatr, STUDIO teatrgalerię, TR Warszawa i Teatr Powszechny) z mającym coraz większe ambicje Teatrem Żydowskim i każdego roku lepszą Komuną Warszawa, a w interiorze już tylko kilku ostańców: Teatr im. Stefana Żeromskiego w Kielcach, Teatr Dramatyczny w Wałbrzychu i Teatr Polski w Poznaniu oraz kilka scen, które mają jeszcze od czasu do czasu siłę i chęć na małe szaleństwa, czyli Teatr Zagłębia w Sosnowcu, Teatr im. Juliusza Osterwy w Lublinie i Teatr Śląski w Katowicach. Oto mój homo-lewacko-syjonistyczno-zdradziecko-antypolski przewodnik po ostatnim sezonie.

Świetnie zapowiadają się najbliższe miesiące w Nowym Teatrze w Warszawie pod kierownictwem Karoliny Ochab i Krzysztofa Warlikowskiego. Pierwszą premierą pierwszego września będzie pierwsza cześć pierwszej księgi Biblii. Tak, to nie żart. Całą Księgę Rodzaju („Biblia. Rdz 1-11” to pełny tytuł pierwszego spektaklu) w trzech odsłonach (wrzesień, grudzień, kwiecień) wystawi Michał Zadara – reżyser uwielbiający przenosić na scenę książki, o których wszyscy mówią, ale nikt ich nie przeczytał. 1 września zobaczymy więc przedstawienie opowiadające historię od stworzenia świata do budowy Wieży Babel przeznaczone dla widzów od lat sześciu w górę. Jeśli  ta premiera zakończy się sukcesem, Nowy będzie miał w swoim repertuarze aż pięć fajnych spektakli dla dzieci i młodzieży, czym nie może się pochwalić żaden teatr dramatyczny w Polsce.

Na listopad planowana jest premiera „Procesu” Franza Kafki w reżyserii Krystiana Lupy. To miał być spektakl Teatru Polskiego we Wrocławiu, ale próby do niego zostały przerwane z powodu postępującej morawizacji (dzisiaj ta czołowa niegdyś scena jest pośmiewiskiem teatralnego świata). I oto zdarzył się cud, cztery stołeczne teatry (Nowy, TR, Powszechny i STUDIO) ze wsparciem europejskich partnerów postanowiły wspólnie wyprodukować „Proces”, w dodatku z tą samą obsadą. Co tu dużo gadać, to jedna z najbardziej wyczekiwanych premier sezonu, która będzie później grana w paryskim Odéon Théâtre de l’Europe.

W lutym na Madalińskiego wraca Krzysztof Garbaczewski i weźmie się za „Ucztę” Platona, którą chce połączyć z jego „Obroną Sokratesa” i zapytać w jakim stanie dzisiaj jest demokracja. W marcu pod tym samym adresem zobaczymy nowy spektakl Anny Karasińskiej, a w czerwcu Krzysztofa Warlikowskiego. Dyrektor artystyczny Nowego zmienił pierwotny plan i wyreżyseruje „Pakujemy manatki” Hanocha Levina, sztukę, w której właściwie każdy bohater stoi nad grobem. Nie wspomnę już nawet o wymowie tytułu w kontekście obecnej sytuacji politycznej w Polsce. Niedługo wszyscy chyba spakujemy manatki.

Nie zawiodą się na Nowym wielbiciele tańca, bo teatr postanowił jeszcze mocniej zaangażować się w produkowanie i pokazywanie spektakli opartych na ruchu. Tanecznym programem zarządzać będzie od tego sezonu Joanna Leśnierowska (brawo!), a warsztaty taneczne dla młodszych i starszych poprowadzą Maria Stokłosa i Marta Ziółek. Na scenę Nowego wkroczą niebawem Iza Szostak, Renata Piotrowska czy Paweł Sakowicz.

Transfery: Do zespołu Nowego Teatru dołączają najmłodsze gwiazdy Starego Teatru Jaśmina Polak (w zespole jest jej brat Piotr Polak) i Bartosz Bielenia.

TR Warszawa, który zawiadywany przez Grzegorza Jarzynę i Romana Pawłowskiego wyspecjalizował się ostatnio w produkowaniu spektakli za pięć złotych, postanowił w nadchodzącym sezonie wystawić w końcu coś powyżej tej kwoty i zaprosić nas na kilka smakowicie zapowiadających się premier.

Na pierwszą powędrujemy 6 października. Będzie to przedstawienie na motywach monumentalnej pięciotomowej autobiograficznej i uznanej powszechnie na arcydzieło „Mojej walki” Karla Ove Knausgårda w adaptacji Tomasza Śpiewaka i reżyserii Michała Borczucha. Dwa miesiące później, 8 grudnia, udamy na nowy spektakl René Pollescha, a wczesną wiosną Konstantin Bogomołow wystawi w Rozmaitościach „Mistrza i Małgorzatę” Michaiła Bułhakowa.

Od jesieni do wiosny TR we współpracy z Muzeum Polin będzie też kontynuował projekt „Obcy w domu. Wokół Marca ‘68”. Jego pierwszy etap zakończył się wybraniem w lipcu pięciu duetów (Aleksandra Jakubczak i Krzysztof Szekalski, Grzegorz Jaremko i Łukasz Wojtysko, Patrycja Kowańska i Bartosz Ostrowski, Marta Nawrot i Jagoda Wójtowicz, Jędrzej Piaskowski i Hubert Sulima), które przez najbliższe miesiące będą rozwijały swoje pomysły na dzieło o Marcu, aż w końcu zwycięska para zrobi w TR przedstawienie.

Transfery: Do zespołu, jak głosi plotka, ma dołączyć Małgorzata Gorol (kolejna ucieczka ze Starego), a w obsadzie u Borczucha jest Halina Rasiakówna (do niedawna czołowa aktorka Teatru Polskiego we Wrocławiu).

Teatr Powszechny po kierownictwem Pawła Łysaka i Pawła Sztarbowskiego dał ostro do pieca w zeszłym sezonie i stał się najgłośniejszym teatrem IV RP. A co nam ta rozgrzana do czerwoności scena zaserwuje w nadchodzącym sezonie?

Teatr zaczyna 30 września od premiery „Mefista” w reżyserii Agnieszki Błońskiej. Potem, 11 listopada (data, jak rozumiem, nie jest przypadkowa) swój spektakl o superbohaterach pokażą Justyna Sobczyk z Jakubem Skrzywankiem. A na koniec roku, 8 grudnia, Powszechny zaprasza na „Czwartą generację” na podstawie filmów Rainera Wernera Fassbindera w reżyserii Agnieszki Jakimiak. W nowy rok Powszechny wkroczy z Cezarym Tomaszewskim i jego „Kramem z piosenkami”, w lutym Jolanta Janiczak i Wiktor Rubin zaproszą na „Nerona”, a w marcu Michała Zadara wyreżyseruje spektakl pod tytułem „Wypędzenie Żydów z Polski w roku 1968”.

Po sukcesach spektakli Mai Kleczewskiej i Anny Smolar bezdomny Teatr Żydowski pod kierownictwem Gołdy Tencer postanowił w nadchodzącym sezonie doszlusować do najlepszych i stworzył jeden z najciekawszych planów repertuarowych.

Pierwsza warta uwagi premiera będzie 11 września. Michał Buszewicz reżyseruje, oczywiście według swojego tekstu, „Kibiców” – spektakl, w którym biorą udział „aktorzy żydowscy” i kibice Legii Warszawa. Co wyniknie ze spotkania tych dwóch jakże różnych (wrogich?) światów, przekonamy się niebawem w Nowym Teatrze, gdzie spektakl będzie grany gościnnie.

Na drugą interesującą premierę wygląda „Ostatni syn” – bajka Magdy Fertacz w reżyserii Przemysława Jaszczaka opowiadająca o chłopcu, który mieszka w ukryciu i wierzy w kolorowy świat z opowieści swojej matki. Ale pewnego dnia opuszcza kryjówkę i widzi rzeczywistość rozrywaną konfliktami między wyznawcami różnych religii. Próbując zrozumieć dlaczego, rozmawia z napotkanymi po drodze Żydem, Chrześcijanką, Muzułmaninem i Buddystką. Ciekawy jestem, co mu powiedzą. Premiera 1 października.

W listopadzie w Żydowskim będą aż dwie premiery. Za pierwszą odpowiada Maja Kleczewska, która wystawi „Golema” Gustava Meyrinka – opowieść o stworzonej przez Żydów postaci z gliny, która ożywiona miała ochraniać nieustannie zagrożoną społeczność. Za drugą odpowiadają Weronika Murek (tekst) i Jędrzej Piaskowski (reżyseria). Zajmą się Wierą Gran, legendarną pieśniarką, której życiorys jest punktem wyjścia do skonstruowania scenicznej fantazji o związkach sztuki z walką o przetrwanie za wszelką cenę oraz pozycji artysty wobec opresyjnej władzy.

W marcu na spektakl o Marcu ’68 zaprosi Anna Smolar (wysyp marcowych przedstawień spowodowany jest przypadającą w przyszłym roku 50. rocznicą Marca ’68), ale zrobi to z zupełnie innej strony, niż praktykowano to dotychczas. Smolar – urodzona i wychowana w Paryżu córka marcowych emigrantów – pracuje nad przedstawieniem, które oddaje głos drugiemu pokoleniu, czyli dzieciom tych, których wypędzono z Polski. Tekst autorstwa Michała Buszewicza powstanie na podstawie wywiadów z rodzicami i dziećmi, które przeprowadzam od kilku miesięcy w Izraelu, Stanach Zjednoczonych i Europie. Więcej o tych rozmowach i ich bohaterach napiszę niebawem.

W maju do Żydowskiego wkroczą Jolanta Janiczak i Wiktor Rubin, którzy przeniosą na scenę znakomitą, nominowaną do Nagrody Literackiej „Nike” autobiografię Andy Rottenberg „Proszę bardzo” (duet ma zaskakujący i jakże podniecający pomysł na to, kto miałby Andę Rottenberg zagrać, ale na razie musiałem przysiąc na grób Mieczysławy Ćwiklińskiej, że go nie zdradzę, wiec milczę jak zaklęty), a w czerwcu zobaczymy nowe przedstawienie króla musicali Wojciecha Kościelniaka. Będzie to „Lola Blau”, opowieść o młodej Żydówce, odnoszącej pierwsze sukcesy aktorce kabaretowej, która musi uciekać z Austrii po anschlussie i robi w Stanach zawrotną karierę.

Wieść gminna niesie, że w Żydowskim ma też pracować Magda Szpecht, która zainteresowała się tekstem Tomasza Śpiewaka „Polacos” o polskich Żydówkach, które pod koniec dziewiętnastego wieku sprowadzane były przez mafię do południowoamerykańskich burdeli.

W STUDIO teatrgalerii pierwszą premierą, 20 października, będzie „Dobra terrorystka” noblistki Doris Lessing w reżyserii Agnieszki Olsten, a drugą, w listopadzie, „Fallaci” – monodram Remigiusza Grzeli w reżyserii Zbigniewa Brzozy. W rolę słynnej dziennikarki Oriany Fallaci wcieli się Ewa Błaszczyk. A potem czekamy do nowego roku, kiedy to 20 stycznia powędrujemy na „Biesy” Fiodora Dostojewskiego w reżyserii dyrektorki artystycznej STUDIO Natalii Korczakowskiej. Premiera numer dwa, 17 marca, to „Kartoteka” Tadeusza Różewicza w reżyserii Radka Rychcika. A 12 kwietnia na „Srebrny sen Salomei” Juliusza Słowackiego zaprasza miłośnik polskiej klasyki Michał Zadara, który – uwaga! uwaga! – sam stanie na scenie. Dwa tygodnie później w STUDIO zobaczymy „Żaby”, przedstawienie Michała Borczucha na podstawie przepisanych przez Tomasza Śpiewaka komedii Arystofanesa i żywotów starożytnych filozofów. I na koniec sezonu, w czerwcu, do teatru wraca Arek Tworus (reżyser interesującej „Jaskini”), który będzie pracował na Scenie Modelatornia (tym razem zaaranżowanej przez Daniela Burena).

STUDIO będzie także realizowało z działającym przy Polskim Związku Głuchych Teatrem „Cisza na Scenie” projekt „Opera dla głuchych” w reżyserii Wojtka Zrałka-Kossakowskiego, muzyką Roberta Piotrowicza i librettem Adama Stoyanova i Zrałka-Kossakowskiego (polecam przy tej okazji znakomity „Jeden gest” Wojtka Ziemilskiego w Nowym Teatrze) i zaczyna współpracę z REDCAT (Roy and Edna Disney/CalArts Theater) – interdyscyplinarnym centrum sztuki w Los Angeles prowadzonym przez California Institute of the Arts. Korczakowska wyreżyseruje tam spektakl o Witkacym, patronie teatrgalerii i za rok przywiezie go do Polski.

Transfery: Ze zespołu odchodzą Agata Goral, Katarzyna Warnke i Dorota Landowska, a dołącza Dominika Biernat.

Pisząc o najciekawszych stołecznych teatrach nie można pominąć Komuny Warszawa, która biedna jest jak mysz kościelna, a ciągle produkuje mnóstwo wspaniałości. I tak 1 września zobaczymy kolejną odsłonę cyklu „Przed wojną/wojna/po wojnie” przygotowaną przez Agnieszkę Jakimiak, a 1 grudnia „Ośrodek wypoczynkowy” Michała Buszewicza i Anny Smolar – spektakl o tych, którzy w czasie polityczno-społecznej zawieruchy nie włączają się w walkę, ale uciekają w bezpieczne miejsce, udając, że nie widzą, co się wokół dzieje. Do przyjścia na tę premierę zachęca także świetna obsada w składzie Marta Ścisłowicz, Maciej Pesta, Jan Sobolewski, Sonia Roszczuk i Małgorzata Witkowska.

Po wielkim sukcesie Mikroteatru (cyklu 16-minutowych przedstawień), Komuna rusza w nowym sezonie z Makroteatrem, czyli 16-godzinnymi spektaklami w reżyserii Krzysztofa Garbaczewskiego i Wojtka Ziemilskiego oraz kolektywów Komuny i Klancyka (niech Zadara nie myśli, że tylko on umie robić spektakle, na które trzeba przyjść z kanapkami i termosem z wódką).

Na Lubelską wraca też autorka największego hiciora Komuny czyli Marta Ziółek. Jej „Zrób siebie” nadal objeżdża świat, a Ziółek z dramaturgicznym wsparciem Anki HerbutMateusza Szymanówki oraz szatańskim kolektywem w składzie Paweł Sakowicz, Robert Wasiewicz, Katarzyna Sikora, Ramona Nagabczyńska, Agnieszka Kryst i Maria Magdalena Kozłowska zabiera się za „PIXO”, by „zmagać się ze sławą, widzialnością i głodem adrenaliny w procesie transformacji ciała i wizerunku”. Jako osoba, która nie zmaga się ani ze sławą, ani głodem adrenaliny bardzo czekam na ten spektakl. Premiera 27 października.

Nikt się tak nie cieszy i nie chwali planami na nowy sezon jak Michał Kotański, dyrektor Teatru im. Stefana Żeromskiego w Kielcach. Bardzo zresztą słusznie. Udało mu się bowiem stworzyć taką repertuarową ofertę, jakiej mogą mu pozazdrościć najlepsze polskie sceny. Kotański przejął teatr rok temu po śmierci jego wieloletniego szefa Piotra Szczerskiego, który pozwalał na to, by raz w sezonie jego małe królestwo nawiedzały „zdradzieckie mordy”, „rozwrzeszczane lewactwo” i „ubeckie wdowy”, czyli krótko mówiąc najlepsi polscy reżyserzy. Obecny dyrektor postanowił nie tylko zwiększyć częstotliwość ich wizyt, ale zabrał się także w końcu za przebudowę tego kieleckiego kurnika na scenę z prawdziwego zdarzenia. Projekt wielkiej inwestycji jest coraz bardziej zaawansowany i wszystko wskazuje, że niebawem ruszy z kopyta. No, ale to nie jest tekst budowlany, więc przejdźmy do spektakli.

Na pierwszy ogień idą Jolanta Janiczak i Wiktor Rubin, którzy z „Żeromskim” są związani szczególnie mocno, i któremu przynieśli onegdaj sławę swoją znakomitą „Carycą Katarzyną”. Tym razem duet bierze się za legendarnego „Rasputina” (to tytuł ich spektaklu) i przy jego pomocy chce zadać pytania o potrzebę wiary w obliczu cierpienia i strachu. Tytułowego bohatera zagra gościnnie powracający po latach do Kielc Maciej Pesta, do niedawna aktor Teatru Polskiego w Bydgoszczy. Premiera 23 września.

Na początku grudnia, dokładnie 9, zobaczymy w końcu wielokrotnie przekładaną prapremierę „1946”, sztuki o najbardziej haniebnym wydarzeniu w powojennej historii Kielc i jednym z najbardziej bolesnych rozdziałów w historii stosunków polsko-żydowskich jakim był bez wątpienia pogrom kielecki. Tekst pisze Tomasz Śpiewak, a wyreżyseruje go Remigiusz Brzyk. Panowie pracowali wspólnie niejeden raz i efektem tej kolaboracji były zwykle bardzo udane spektakle. Miejmy nadzieję, że tak będzie i tym razem. Tym bardziej, że to przedstawienie powstaje w mieście, które co rusz rozpala kolejna awantura o pogrom (patrz: niedawny znakomity film dokumentalny Michała Jaskulskiego „Przy Planty 7/9”) i w kraju, w którym rządzący politycy i wasalne wobec nich media coraz bardziej podsycają wśród Polaków pogromowe nastroje. „1946” jest z pewnością jedną z tych najbardziej oczekiwanych premier.

Miesiąc po niej, 13 stycznia, „Żeromski” w koprodukcji ze stołecznym Teatrem IMKA zaprosi widzów na „Jądro ciemności” na motywach książki Josepha Conrada. Tekst pisze Paweł Demirski, a wyreżyseruje go oczywiście Monika Strzępka. To cieniutkie opowiadanie Conrada jest dziełem o wielkiej mocy, co udowodnił ponad wszelką wątpliwość blisko czterdzieści lat temu Francis Ford Coppola swoim obsypanym nagrodami „Czasie apokalipsy”. Do czego Strzępkę i Demirskiego zainspirowała opowieść o niewyobrażalnie okrutnym belgijskim kolonializmie w Wolnym Państwie Kongo, prywatnej własności Leopolda II, dowiemy się niebawem.

Na koniec sezonu, 23 czerwca, do Kielc po raz pierwszy w swojej karierze przyjedzie Maja Kleczewska, która zaprosi widzów do Lasu Ardeńskiego, gdyż ma zamiar – zupełnie na poważnie – wystawić słynną komedię Szekspira „Jak wam się podoba”. Artystka chce nią zadać pytanie o sens sztuki współczesnej, o której współpracujący z nią od niedawna Zbigniew Libera mówi, że „się w Polsce nie przyjęła”. Coś czuję, że śmiać się to my będziemy, ale przez łzy.

Transfery: Do kieleckiego zespołu dołączyli związany z Teatrem Dramatycznym w Płocku Jacek Mąka i absolwent PWST w Krakowie Bartłomiej Cabaj, którego kieleccy widzowie mogli oglądać z zeszłym sezonie w trzech spektaklach.

W Teatrze Zagłębia w Sosnowcu, przywróconym na mapę Polski przez Dorotę Ignatjew, artystyczne rządy objęła niedawno młoda reżyserka i teatrolożka Aneta Groszyńska, co wskazuje na chęć utrzymania w Sosnowcu ambitnego repertuaru. Co więc zobaczymy na scenie największego rywala Teatru Śląskiego w Katowicach?

Sezon otworzy „Wojna światów” Herberta George Wellsa w adaptacji i reżyserii Weroniki Szczawińskiej. Podejrzewam, że ta słynna apokaliptyczna powieść science fiction o Marsjanach podbijających Ziemię ma być pretekstem do zajęcia się tematem, który żywo porusza ostatnio artystów wszelkich dziedzin, czyli coraz większego poczucia zagrożenia wojną i tego, co ona ze sobą niesie oraz wzrastających uprzedzeń i lęków wobec obcych. W sumie, gdyby Ziemian zamienić na Polaków, a Marsjan na uchodźców, których Polacy nigdy na żywo nie widzieli, ale bardzo się ich boją, to mielibyśmy „Wojnę światów 2017” jak malowaną. Premiera 4 listopada.

Cztery miesiące później, 9 marca, widzowie będą mogli obejrzeć „Wroga – instrukcję obsługi”, spektakl dla dzieci i młodzieży w reżyserii Justyny Sobczyk. A na przełomie marca i kwietnia do Sosnowca zaprosi Maciej Podstawny (dyrektor artystyczny Teatru Dramatycznego w Wałbrzychu reżyseruje w Teatrze Zagłębia Sosnowcu, a dyrektorka artystyczna Teatru Zagłębia w Sosnowcu reżyseruje w Teatrze Dramatycznym w Wałbrzychu). To zresztą nie jedyna oznaka sosnowiecko-wałbrzyskiej kooperacji, bo 8 czerwca zobaczymy premierę koprodukowanej przez obie sceny „Duchologii polskiej” Olgi Drendy.

Transfery: Z zespołu Teatru Zagłębia do Teatru im. Juliusza Osterwy odchodzą Edyta Ostojak i Sebastian Węgrzyn, a na ich miejsce przychodzą z Teatru im. Wojciecha Bogusławskiego w Kaliszu Natasza Aleksandrowitch i dotychczasowy wolny strzelec Łukasz Stawarczyk.

Skoro już o Wałbrzychu mowa to plan tamtejszego Teatru Dramatycznego im. Jerzego Szaniawskiego wygląda następująco: 21 września będzie premiera spektaklu w reżyserii Jakuba Skrzywanka „Kiedy mój tata zamienił się w krzak” Joke van Leeuwen, dzięki której spojrzymy na świat oczami dziewczynki-uchodźcy. W październiku reżysersko zadebiutuje gombrowiczowską „Iwoną, księżniczką Burgunda” Grzegorz Jaremko. Na początku grudnia Maciej Podstawny wystawi „Lorda Jima” Josepha Conrada w koprodukcji z Teatrem Współczesnym w Szczecinie. A w nowym roku najpierw zobaczymy spektakl „Sienkiewicz Superstar” Anety Groszyńskiej, a 30 marca „Mausa” Arta Spiegelmana – sceniczną wersję jednego z najsłynniejszych komiksów świata w reżyserii debiutującego reżysersko scenografa Mirka Kaczmarka.

W Teatrze im. Juliusza Osterwy w Lublinie kierowanym przez Dorotę Ignatjew warto zwrócić uwagę na szykowaną na połowę grudnia premierę „Hindele, siostra sztukmistrza” Patrycji Dołowy w reżyserii Pawła Passiniego, bo postać Hinde Ester Singer Kreytman, siostry Izaaka Baszewisa Singera jest naprawdę fascynująca. W marcu w „Osterwie” będzie reżyserował Jędrzej Piaskowski, pod koniec sezonu Remigiusz Brzyk (tytuły się jeszcze kokoszą).

Transfery: Do zespołu dołączają z Teatru Zagłębia w Sosnowcu Sebastian Węgrzyn i Edyta Ostojak oraz Maciej Grubich, absolwent PWST w Krakowie.

I last but not least Teatr Polski w Poznaniu kierowany przez Marcina Kowalskiego i Macieja Nowaka. Ta niewielka, acz bezczelna scena sieje w wielkopolskiej stolicy coraz większy artystyczny zamęt i nie ma zamiaru zaprzestać, na co dowodem jest zaplanowana na połowę listopada premiera, o której będą mówić i pisać wszyscy. Dlaczego? Bo będzie to spektakl o samym Naczelniku, Polskim Duce, Słońcu Tatr i Jutrzence Piastowskiej Ziemi! „Czas Kaczyńskiego” (nie mylić z „Czasem apokalipsy”) wystawią Monika Strzępka i Paweł Demirski.

Polski próbuje nieustannie eksplorować lokalne tematy, więc tym razem na afisz trafi jesienią „Lekcja poznańskiego” w reżyserii Julii Szmyt – spektakl na podstawie „Szneki z glancem. Elementarza gwary poznańskiej” Elizy Piotrowskiej. Będzie też kolejna odsłona cieszącej się dużą popularnością „Extravaganzy” Joanny Drozdy i spółki.

A co w nowym roku? Same delicje. W styczniu Jakub Skrzywanek wyreżyseruje „Kordiana” Juliusza Słowackiego, w marcu „Odysa” Marcina Cecki wystawi Ewelina Marciniak, w kwietniu na „Wielkiego Fryderyka” Adolfa Nowaczyńskiego zaprasza Jan Klata, a w czerwcu na „Korczaka” Anna Smolar (czy na podstawie świetnej biografii autorstwa Joanny Olczak-Ronikier?). No, to jest plan!

Na koniec zachęcam też do zaglądania do teatrów, których repertuar na co dzień dupy nie urywa (pozdrawiam Krystynę Jandę!), ale od czasu do czasu pozytywnie zaskakuje. Na pewno nie można przegapić premiery „Króla” Szczepana Twardocha w adaptacji Pawła Demirskiego i reżyserii Moniki Strzępki w Teatrze Polskim w Warszawie. Warto się wybrać na „Szajbę” Małgorzaty Sikorskiej-Miszczuk w reżyserii Marcina Libera (13 stycznia) i spektakl taneczny Izy Szostak w Teatrze im. Aleksandra Fredry w Gnieźnie. Trzeba obejrzeć „Korfantego” z tekstem i w reżyserii Przemysława Wojcieszka (27 października) i „Kobietę pod presją” na podstawie scenariusza Johna Cassavetesa w reżyserii Mai Kleczewskiej (16 marca) w Teatrze Śląskim w Katowicach. I pewnie parę innych spektakli, o których będę informował już po wakacjach. Ahoj przygodo!

FOTO | PILNE: Krystian Lupa powiedział

Reklamy
Zwykły wpis
ROZMOWA

Teatr na haju

Aktorką zdecydowałam się zostać w wieku czternastu lat i postanowienia, jak widzisz, dotrzymałam. Ewelina Żak

W końcu w Warszawie.
– Historia zatoczyła koło, ale walizki jeszcze nie schowałam. Zobacz, torbę też mam zawsze dużą. Na wszelki wypadek.

Ciągle gotowa do wyruszenia w drogę?
– Jakoś tak dziwnie iść do teatru tylko z torbą, bo zawsze ciągnęłam za sobą walizkę. Kiedy jeszcze mieszkałam w Warszawie, śmiałam się, że pracuję w Buenos Aires, bo lot do Buenos trwał tyle, ile jazda do Wałbrzycha.

Który ci w szkole teatralnej nawet do głowy nie przyszedł.
– Nie wyobrażałam sobie wyjechania poza Warszawę, bo wydawało mi się to czymś wręcz uwłaczającym. Warszawa była oczywistością. Tym bardziej, że w szkole miałam cały czas świetne samopoczucie i opinię osoby, która dobrze się zapowiada. Oczywiście nie wiedziałam jaki chcę robić teatr, gdzie chcę iść i kim być, ale jakoś to przecież będzie, bo jestem zdolna.

Zdolna i bez etatu.
– Trzy osoby z mojego roku wzięła do Teatru Współczesnego Agnieszka Glińska. Reszta się rozjechała, a ja zostałam z tym dobrym samopoczuciem na swój własny temat, które zaczęło coraz szybciej znikać. Brałam udział w paru przypadkowych rzeczach tylko po to, żeby utrzymać się na powierzchni, ale i tak się zapadałam w sobie. Byłam coraz bardziej zawiedziona, sfrustrowana, popadałam w coraz większą depresję i nienawidziłam całego świata, który wydał mi się wyjątkowo niesprawiedliwy. Gdyby nie mój syn, dla którego musiałam przecież wstawać co rano, który mobilizował mnie do życia, nie wiem jak to by się skończyło.

Próbowałaś poza teatrem?
– Pewnie, zaczęłam chodzić na castingi do filmów i seriali, ale szybko się okazało, że to nie jest towar, który się szybko sprzeda.

Dlaczego?
– Bo nie jestem wielkiej urody blondynką. Pamiętam, jak mi nawet kiedyś miłe panie doradzały, żebym coś zrobiła z worami pod oczami, bo w kamerze wyglądają na jeszcze większe niż są w rzeczywistości. Pozaliczałam wtedy wszystkie serialowe epizody pielęgniarek i sekretarek. Albo taka historia: casting do filmu i reżyserka mówi, że widzi mnie w roli, a po trzech godzinach przychodzi z informacją, że może mi jedynie zaproponować statystowanie. Po jednej stronie stoją aktorki, a po drugiej statyści – w tym ja. Takich strzałów w serce dostałam dużo.

Nie chciałaś wtedy po prostu zmienić zawodu?
– Nigdy. Czytałam sobie „Labirynt” i „Utopię” Krystiana Lupy, i modliłam się o spotkanie z kimś tak dla teatru ważnym. Czytałam też magazyny teatralne, bo chciałam wiedzieć, co się dzieje. Nie mogłam się dostać do teatru, ale mogłam o nim czytać. W końcu, kiedy Władek miał jakieś pięć lat, postanowiłam ponownie zawalczyć o teatr, ale już bez poczucia krzywdy. Zobaczyłam w internecie trailer „Elektry”, którą Natalia Korczakowska robiła w Jeleniej Górze i przypomniało mi się, że spotykałyśmy się nieraz na korytarzach Akademii Teatralnej. Zadzwoniłam do niej i usłyszałam, że za dwie godziny ma pociąg do Jeleniej, więc może się spotkać na Centralnym. Był z nią wtedy Tomek Śpiewak, który robił w „Elektrze” dramaturgię, a ja – zupełnie nieświadoma, że biorę udział w castingu do jej kolejnego spektaklu, czyli „Nelly” na podstawie „Skrzywdzonych i poniżonych” Dostojewskiego – opowiadałam jakieś głupoty o tym, że wróciłam właśnie z Ciechocinka. Mniej więcej pół godziny po naszej rozmowie Natalia zadzwoniła z pytaniem, czy chcę pojechać do Wałbrzycha. Odpowiedziałam: „Jasne!”, po czym zaczęłam szybko sprawdzać na mapie, gdzie ten Wałbrzych jest.

Daleko.
– To też pokazywała mapa, ale pomyślałam, że na rolę mogę przecież pojechać. I pojechałam. Na siedem lat.

Tam, na końcu świata, artystycznie wręcz bulgotało, a ty zagrałaś w spektaklach czołowych dzisiaj reżyserów: od Krzysztofa Garbaczewskiego przez Radka Rychcika czy Wiktora Rubina do Michała Borczucha.
– Na początku myślałam, że zwariuję, że nie nadążę, bo każda kolejna praca wydawała się ciekawsza od poprzedniej. Oczywiście szybko zrozumiałam, że muszę wyrzucić wszystko, czego nauczyłam się w Akademii Teatralnej. Pamiętam jak Natalia mówiła: „Zapomnij, że to się tak gra, że trzeba to cierpienie tak od kulisy do kulisy nosić”. A do Wałbrzycha przyjeżdżali nie tylko świetni reżyserzy, ale także ich szalone ekipy z gościnnymi aktorami włącznie. Michał Borczuch przywiózł Krzyśka Zarzeckiego, Krzysiek Garbaczewski – Pawła Smagałę. Co to były za próby! Myśmy spędzali razem noce i dnie. Taksówkę zamawiało się wiadomo po co. Jak ktoś pytał: „Zamówić taxi?”, odpowiedź brzmiała: „No, raczej!” albo „Nie, dzisiaj nie piję”. Darek Maj łapał się za głowę i krzyczał: „Ludzie, czy wam odbiło?! O co wam chodzi z tym etatem tutaj?!”. A myśmy nie chcieli stamtąd wychodzić. Byliśmy głodni pracy i nowych artystycznych doświadczeń. Z Wałbrzychem było jak z zakochaniem, kiedy czujesz motyle w brzuchu, wszystko ci się podoba i zapominasz zjeść. Teatr na haju!

Wyczuwam euforię w twoim głosie nawet dzisiaj.
– Bo to było naprawdę coś! Stąd ta euforia i przekonanie, że Teatr Dramatyczny w Wałbrzychu ukształtował mnie jako aktorkę.

Krążymy tak między Warszawą i Wałbrzychem, a ja cię nie zapytałem, skąd ty właściwie jesteś?
– Z niewielkich Żor koło Katowic, które obrosły w epoce gierkowskiej blokami zamieszkanymi przez przyjezdnych pracujących w okolicznych kopalniach. Byli wśród nich także moi rodzice. Tato na kopalni, mama – w domu. A my, dzieciaki, spędzaliśmy czas na podwórku albo w szkole, która ze względu na wyż demograficzny miała klasy od „a” do „h”.

I gdzie w tym wszystkim teatr?
– Aktorką zdecydowałam się zostać w wieku czternastu lat i postanowienia, jak widzisz, dotrzymałam. Najpierw było kółko teatralne założone przez naszą polonistę, a potem grupa teatralna „Węzeł”. Stworzyłyśmy ją razem z koleżankami, nauczyłyśmy się na pamięć „Scenariusza dla trzech aktorów” Schaeffera i grałyśmy go gdzie się dało. Potem zapisałam się do studium aktorskiego Doroty Pomykały w Katowicach, które poleciła mi nieco starsza koleżanka z Żor Sonia Bohosiewicz. To była bardzo dobra rekomendacja. Chodziłam tam na zajęcia, na które zarabiałam sprzedając szaszłyki przy trasie E75. Po studium zdawałam do szkół teatralnych w Krakowie i Warszawie. W Krakowie usłyszałam, że jestem nieplastyczna i niesceniczna, a w Warszawie dostałam na egzaminie brawa.

Studiowałaś na roku, który przyćmił Borys Szyc.
– Borys, aktor bez wątpienia charyzmatyczny, od początku był bardzo ekspansywny. Właściwie od początku studiów wiedział, że chce być gwiazdą. Czuliśmy to wszyscy. Jego ego było tak wielkie, że nie starczyło już przestrzeni na budowanie innych relacji. Nie zaprzyjaźniliśmy się z kolegami i koleżankami z roku.

Jakieś ważne spotkania z pedagogami?
– Największe wrażenie zrobiła na mnie Maja Komorowska. Samo jej słuchanie i obserwowanie było bardzo ciekawe, a spotkanie z nią niełatwe, bo Maja Komorowska to wymagający pedagog. Fajne były też zajęcia z Agnieszką Glińską, z którą później zrobiliśmy dyplom.

I za rolę Marii Grekow w „Płatonowie” Czechowa dostałaś na Festiwalu Szkół Teatralnych w Łodzi wyróżnienie.
– Kupiłam sobie za nie super buty, jednak one – co już ustaliliśmy – nigdzie mnie wtedy nie zaniosły.

Ale zagrałaś jeszcze potem w dwóch spektaklach Glińskiej, w Ateneum i w Dramatycznym.
– To były angaże na ratunek, bo Agnieszka próbowała mi jakoś pomóc, także prywatnie. Kiedy spodziewałam się dziecka, dostałam od niej pełną wyprawkę – wspaniały gest. A w szkole jako jedyna mówiła nam, że będziemy mieli przejebane. No, ja miałam na pewno.

Po kilku latach wróciłaś triumfalnie do stolicy, kiedy na Warszawskich Spotkaniach Teatralnych Maciej Nowak zaordynował nam Wałbrzych Fest.
– Nie wiem, czy tak triumfalnie. Pamiętasz, co o nas mówiła Warszawa?

Oczywiście, i pamiętam też, jak Sebastian Majewski, ówczesny dyrektor artystyczny Teatru Dramatycznego w Wałbrzychu, mówił mi o stołecznej widowni, która przyszła oglądać wasze głośne spektakle ze skwaszonymi minami.
– Jacek Wakar napisał wtedy o nas tekst pod tytułem „Wałbrzych: nic”.

Pisał w nim, że „Warszawskie Spotkania Teatralne bezceremonialnie obaliły mit o potędze wałbrzyskiego teatru”.
– To było coś okropnego, zwyczajna pogarda wobec naszej pracy.

Psy szczekały, a karawana jechała dalej.
– Jechała, ku naszej radości, dobrych parę sezonów, ale w końcu zwolniła, bo wysiadł z niej Sebastian Majewski, który powiedział uczciwie, że albo on odejdzie, albo będzie musiało odejść paru aktorów, gdyż teatr potrzebuje zmiany. Miał rację. My też jej potrzebowaliśmy, chcieliśmy iść dalej. Agnieszka Kwietniewska z Andrzejem Kłakiem przenieśli się na przykład do Teatru Polskiego we Wrocławiu.

Ty nie chciałaś?
– Bardzo chciałam, szczególnie kiedy za dyrekcji Piotra Ratajczaka zaczęliśmy skręcać w kierunku, który mnie nie interesował i nie dawał satysfakcji. Myślę, że Piotrek nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo Wałbrzych jest wymagający, że nie można tam być jedną nogą. Wtedy zaczęły się moje rozmowy z Krzysztofem Mieszkowskim o przejściu do Wrocławia, co nie było wcale proste, bo silnych kobiet w tamtejszym zespole nie brakowało.

Ale rok temu już się witałaś z gąską.
– Byłam blisko, bo dostałam rolę w „Procesie” Krystiana Lupy – absolutne spełnienie marzeń.

A w Wałbrzychu były role-marzenia?
– Najbardziej cenię sobie Kurtynę w „Opętanych” Krzyśka Garbaczewskiego i Gerdę w „Królowej Śniegu” Michała Borczucha. Gerda kosztowała mnie najwięcej, była najbardziej wymagająca. Lubiłam też grać w „Łysku z pokładu Idy” Radka Rychcika.

Jakieś niepowodzenia?
– Niezbyt dobrze pracowało mi się z Pawłem Świątkiem przy „Znikających szkołach”. Nie wspominam też z entuzjazmem „W Pustyni i w puszczy” Bartka Frąckowiaka. Nie czułam tych spektakli, ale to też chyba nic nadzwyczajnego.            

Zrezygnowałaś kiedyś roli?
– Nie, mogłabym to zrobić tylko wtedy, gdybym czuła, że jestem traktowana jak narzędzie, a nie partnerka w pracy. Dotychczas miałam szczęście do reżyserów otwartych w mniejszym lub większym stopniu na współtworzenie.

Po rezygnacji z Wałbrzycha weszłaś we wspomniane próby do „Procesu” Lupy we wrocławskim Teatrze Polskim i zagrałaś gościnnie w „Weselu” Rychcika w Teatrze Śląskim w Katowicach oraz we „Wszystko o mojej matce” Borczucha w Łaźni Nowej w Krakowie. Całkiem niezły rok.
– Też tak nawet pomyślałem, ale szczęście nie mogło trwać zbyt długo. Nad Teatr Polski nadciągała katastrofa w postaci Cezarego Morawskiego. Objęcie przez niego funkcji dyrektora pogrzebało najpierw „Proces”, a potem cały teatr. Katowickie „Wesele” przyjęto chłodno, więc z wielkich radości zostało mi „Wszytko o mojej matce”. I nie mówię tu tylko o finalnym efekcie, ale także wspaniałej pracy z Michałem. Takiego cudownego grzebania się i gubienia nie miałam od czasu Gerdy. I do tego ta ekipa: diabelska Halina Rasiakówna, tonująca wszystko Monika Niemczyk, szalona Dominika Biernat i Krzysiek Zarzecki, który wyrywał sobie włosy z głowy i raz się zachwycał, a raz krzyczał, bo nienawidził nas za to, że gramy jego matkę. Podziwiam Tomka Śpiewaka, piszącego przez wszystkie próby tekst, że nie zwariował.

Wyszło z tej pracy piękne przedstawienie.
– Dotarło to do mnie dopiero, kiedy po spektaklach ludzie zaczęli nie tylko gratulować, ale także mówić dlaczego ten spektakl jest dla nich ważny. Z przedstawieniami Michała nigdy nie wiesz wychodząc do braw czy to hit, czy to kit.

Z Borczuchem spotkałaś się ponownie w warszawskim Studio podczas czytania scenariusza „Powolnego ciemnienia malowideł” Grzegorzewskiego, bo to jest teraz twój nowy teatralny dom.
– Kiedy Natalia Korczakowska zaproponowała mi dołączenie do zespołu, właściwie ją zbyłam, bo planowałam przecież swoje życie we Wrocławiu. Poza tym w Studio też było niewesoło, teatr rozdzierał dyrektorski konflikt. Ale wobec nadchodzącego zniszczenia Polskiego i przekonującej koncepcji artystycznej Natalii, zdecydowałam się na powrót po latach do Warszawy.

Jak wyglądało twoje wejście do Studia?
– Dobrze, bo ja się nie nadaję na żadne wojenki, one mnie wykańczają. Chciałam po prostu z tą częścią zespołu, która została i nami, którzyśmy przyszli z różnych teatrów, stworzyć nową ekipę z dobrą energią, choć to oczywiście nie było proste, bo jedni ludzie są poranieni, a inni muszą się odnaleźć w nowej rzeczywistości. Ale myślę, że naprawdę świetna praca nad „Berlin Alexanderplatz” dała nam dużego kopa. Dobrze jest w końcu usłyszeć: „Ale mamy fajną ekipę!”. I to jest prawda. Mam nadzieję, że uda nam się nadal budować wspólnotę, a nie tylko myśleć o tym, czy będzie hicior, czy nie będzie.

Tymczasem przed nami kolejna premiera z twoim udziałem, czyli „Dziewczynki” Weroniki Murek w reżyserii Gosi Wdowik.
– Praca nad tym przedstawieniem jest dziwnym doświadczeniem i zarazem ciekawym. Szczególnie dla biorących udział w spektaklu dziewczynek, którym chyba nigdy w życiu nie poświęcono tyle uwagi. Ja na razie daję się Gosi prowadzić, pozwalam sobie nie wiedzieć i wracam intensywnie do czasów, kiedy sama byłam mała i formatowano mnie kulturowo do roli, jaką dziewczynka powinna grać.

__________

Ewelina Żak urodziła się w 1977 roku w Żorach na Górnym Śląsku. W roku 2001 skończyła Wydział Aktorski Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie i przez siedem lat zagrała kilka gościnnych ról w stołecznych teatrach repertuarowych i niezależnych. W 2008 roku dołączyła do zespołu Teatru Dramatycznego im. Jerzego Szaniawskiego w Wałbrzychu, gdzie przez kolejnych siedem lat zagrała blisko dwadzieścia ról w często głośnych i nagradzanych spektaklach najlepszych polskich reżyserów młodego pokolenia. Po odejściu z Wałbrzycha była w próbach do „Procesu” Franza Kafki w reżyserii Krystiana Lupy w Teatrze Polskim we Wrocławiu, które zostały przerwane po zmianie tamtejszej dyrekcji. W 2016 roku wystąpiła gościnnie w „Weselu” w reżyserii Radka Rychcika w Teatrze Śląskim w Katowicach i „Wszystko o mojej matce” w reżyserii Michała Borczucha w Łaźni Nowej w Krakowie. Od sezonu 2016/17 jest w zespole STUDIO teatrgalerii w Warszawie, gdzie można ją oglądać w „Berlin Alexanderplatz” Natalii Korczakowskiej i „Wyzwoleniu” Krzysztofa Garbaczewskiego. Obecnie jest w próbach do „Dziewczynek” Weroniki Murek w reżyserii Gosi Wdowik (premiera: 20 kwietnia).

CZYTAJ TAKŻE
Jak zostałem gejem | rozmowa z Krystianem Durmanem
Oskara już mam | rozmowa z Bartoszem Porczykiem
Ciągle dojrzewam | rozmowa z Julianem Świeżewskim
Dziwna jesteś, ale chodź | rozmowa z Justyną Wasilewską
Pani nie ma warunków | rozmowa z Małgorzatą Gorol
Jestem błędem w systemie | rozmowa z Robertem Wasiewiczem
Genu nie wydłubiesz | rozmowa z Bartoszem Gelnerem
Niezdecydowany gość | rozmowa z Dawidem Ogrodnikiem

Foto: Krzysztof Bieliński, Bartłomiej Sowa, Katarzyna Chmura-Cegiełkowska, Klaudyna Schubert

Zwykły wpis
FELIETON

Meller na Madagaskar

klatwa_515

W najnowszym „Newsweeku” Marcin Meller poświęcił swój felieton spektaklowi „Klątwa” w reżyserii Olivera Frljicia w Teatrze Powszechnym w Warszawie – najgłośniejszemu dziełu, jakie powstało na polskich scenach od lat (Meller go oczywiście nie widział). Czytałem ów felieton z szeroko rozdziawioną gębą, bo nie mogłem uwierzyć, że człowiek oczytany, inteligentny i bez wątpienia kulturalny, wypisuje takie kocopoły. Mellera sprowokowało do wyrażenia własnego zdania nie tylko samo przedstawienie, ale także wywiad, który przeprowadziłem niedawno do Weekend.Gazeta.pl z wicedyrektorem Powszechnego Pawłem Sztarbowskim. Sztarbowski mówi w nim, że liczy na to, iż po fali hejtu przyjedzie czas na poważną dyskusję nad meritum spektaklu Frljicia, czemu autor felietonu nie tylko nie dowierza, ale wręcz strofuje dyrektora, uznając go – wyczytuję między wierszami – za skończonego cymbała i pożytecznego idiotę, ukręcającego powróz, na którym dobra zmiana nas wszystkich powiesi.

Marcin Meller peroruje, że wystawienie „Klątwy” utwierdzi tylko prawicę i kościół katolicki w przekonaniu, że lewa strona to zwykłe belzebuby i banda artystycznych szambonurków, a działalność Teatru Powszechnego spowoduje jeszcze większe dokręcenie reżimowej śruby. Cóż, Meller jest podręcznikowym produktem platformianej ideologii ciepłej wody w kranie, której fundamentem było niezadzieranie z kościołem, i która doprowadziła do tego, że mieliśmy przez osiem lat niezmienioną restrykcyjną ustawę antyaborcyjną, nieuchwaloną ustawę o związkach partnerskich i setki milionów złotych płynących z budżetu państwa na kościelne instytucje. „Klątwa” – pisze felietonista – doprowadzi do jeszcze większej radykalizacji ludzi o umiarkowanych poglądach, dlatego jest dziełem ze wszech miar szkodliwym. Nie wiem, na jakiej planecie mieszka Meller i ile ciepłej wody nakapało mu na głowę, ale jako baczny obserwator polskiego życia publicznego, powinien zdawać sobie sprawę, że tak hołubiony przez niego appeasement bardzo źle się zwykle dla Polski kończy. Źle się kończył kiedyś i źle się kończy teraz.

Pisząc i mówiąc w ostatnich tygodniach sporo o „Klątwie” ubolewałem nad tym, że w wyniku braku edukacji artystycznej w polskich szkołach, widzowie czytają coraz częściej wszystko dosłownie, ale nie podejrzewałem o to Mellera, który nie potrafi wyjść poza toczącą się w Polsce awanturę o papieskim fellatio. Nie jest w stanie pojąć, co ta scena oznacza i dlaczego musiała być tak mocna. Mało tego, okazuje się – i obnażenie tego jest wielką zasługą Frljicia – że ludzie, których podejrzewalibyśmy o to, że nie są jednak zakuci w kościelne dyby, dyndają jednak na watykańskim łańcuszku. Z sensie kulturowym ma się rozumieć. Chorwacki reżyser pokazał swoją „Klątwą”, że nawet ci, którzy uważają się za liberałów czy lewicowców, którzy deklarują się jako ateiści czy wolnomyśliciele, papieża Polaka krytykować jednak nie pozwolą, a na pewno nie tak ostro. To jednak nasz kochany ojciec święty od wadowickich kremówek. Świętszy nawet od samego Boga. Co prawda jak nikt inny przyczynił się do rozwoju epidemii HIV w Afryce, co prawda stał na czele potężnej instytucji tuszującej sprawy masowego wręcz molestowania dzieci przez duchownych, ale jednak jakoś tak nieładnie go bezczelnie atakować. Przecież można kulturalnie podialogować, wypić wspólnie kaweczkę w „Drugim śniadaniu mistrzów” albo nawet poruszyć te jakże kontrowersyjne tematy w dziesięciominutowym segmencie w „Dzień Dobry TVN” między lekcją makijażu i zapowiedzią nowej edycji „Tańca z gwiazdami”. Proszę bardzo, w taki sposób Meller może podyskutować, bo to człowiek nadzwyczaj kulturalny i szanujący drugiego człowieka, a nie chamidło, jak ten za przeproszeniem „mały Jasio” – jak nazywa Frljicia – ze „swoim obwoźnym straganikiem ze skandalami”.

Ale to nie koniec głębokich przemyśleń felietonisty „Newsweeka”. „A co z performansem we Wrocławiu, kiedy na demonstracji narodowców spalono kukłę Żyda?” – drąży błyskotliwie Marcin Meller, myśląc, że nas przypiekł na czerwono. Otóż panie Meller, chyba nawet absolwenci szkoły podstawowej wiedzą o czymś, co nazywamy kontekstem. Ten sam gest wykonany w różnych okolicznościach przez różne osoby ma zupełnie inne znacznie. Czym innym jest spalenie przez suwerena kukły Żyda na rynku, a czym innym byłoby spalenie kukły Żyda na teatralnej scenie. Tak samo, jak czym innym jest ścięcie krzyża w „Klątwie” Frljicia, a czym innym było słynne ścięcie krzyża przez aktywistki Femenu. Słowo „pedały” wykrzykiwane przez suwerena w stronę uczestników parad równości ma zupełnie inne znacznie niż słowo „pedały” używane dajmy na to w felietonie Macieja Nowaka. Czy naprawdę wykształconemu człowiekowi trzeba wykładać takie oczywistości? Może jakiś pedagog teatru zaprosi Mellera na warsztaty i wytłumaczy czym jest teatr? Bo może Marcin Meller jest przekonany, że Makbet naprawdę morduje króla Dunkana? Może ktoś go uspokoi i wyjaśni, że Paweł Demirski nie uśmiercił w jednej ze swoich sztuk Andrzeja Wajdy, ale wielki reżyser umarł naturalnie? Może ktoś w końcu kupi Mellerowi bilet do jakiegoś teatru, w którym jest miło i jakoś tak dla ludzi. Może „Madagaskar” w Teatrze Muzycznym w Poznaniu ukoi skołatane nerwy felietonisty?

Foto Magda Hueckel

Zwykły wpis
FELIETON, RECENZJA

Chór na barykady!

hymn_do_milosci__1

Pamiętam to jak dziś, a pamiętam zwykle niewiele, gdyż mam pamięć kury nioski. Była bodaj wiosna 2010 r. i siedziałem z nią na podłodze niewielkiej sali widowiskowej Instytutu Teatralnego w Warszawie. Robiłem wtedy co miesiąc do magazynu „Exklusiv” wywiady z kobietami, które osiągały sukcesy w rozmaitych dziedzinach, bo jak każdy szanujący się pederasta wielbiłem – ma się rozumieć – kobiety od zawsze i przebywać z nimi chciałem nieustannie. Jedną z nich była właśnie ona: niepozorna, uśmiechnięta, a w głębi serca kat. Już od jesieni poprzedniego roku katowała bowiem inne niewiasty, które wcześniej zaprosiła na casting do swego szalonego pomysłu – Chóru Kobiet uznanego dość powszechnie za fanaberię ówczesnego szefa instytutu, a dzisiaj dyrektora artystycznego Teatru Polskiego w Poznaniu Macieja Nowaka.

„Grubas zdziwaczał” – szeptało miasto. „Co to za pomysł?!” – krzywiły się przykurzone teatrolożki. A ona ze swoją kobiecą bandą dawała do wiwatu. „Czegóż te baby nie wyrabiały! Śpiewały, mruczały, syczały, skrzeczały, prychały, mlaskały i cmokały jak wariatki. Ale w tym szaleństwie była metoda, bo Marta Górnicka – absolwentka szkoły muzycznej i szkoły teatralnej – wiedziała dokładnie, co robi.” Chciała wskrzesić na wskroś grecką ideę chóru, w jej zamyśle Chóru Kobiet, i pozwolić mu wybrzmieć, jak należy.

hymn_do_milosci__3

Zaczęła od legendarnych przepisów Lucyny Ćwierczakiewiczowej, żeby – jak sama mi mówiła – „obśmiać kulturowy przepis na babę”, bo „kobieta nie jest ani ciastem, ani ciasteczkiem”. Oj, nie jest, choć mężczyźni od wieków chcą kobietę urabiać jak ciasto i wsadzać do przygotowanych przez siebie foremek. Potem Górnicka dokładała kolejne teksty do wychórzenia: był Foucault, była de Beauvoir, było „Magnificat” rozmontowujące wizerunek Matki Boskiej. Głośny śpiew przeciw patriarchatowi, heteronormie oraz językowej i kulturowej opresji rozbrzmiewał najpierw w Warszawie, potem w kolejnych polskich miastach, aż w końcu słychać go było w niemal każdym zakątku świata, bo Chór Kobiet występował na scenach od Berlina do Tokio i jest najbardziej spektakularnym zagranicznym sukcesem polskiego teatru ostatnich lat.

Przyszedł też czas na chłopaków, bo Marta Górnicka w końcu ich przyjęła i przygotowywała kolejne odsłony już jako chór mieszany, zaczynając od „Requiemaszyny” opartej na utworach Władysława Broniewskiego. Realizowała też spektakle z chórami tworzonymi ad hoc, żeby wspomnieć choćby ten z koszyckimi Romami na Słowacji, czy ten telawiwski – złożony z Żydów i Arabów, żołnierzy, matek i dzieci. Ów spektakl nosił tytuł „Matka Courage nie będzie milczeć. Chór na czas wojny” – był ponoć wstrząsający, jak donosiły mi izraelskie źródła wywiadowcze, i dał początek tryptykowi, który artystka kontynuowała w Staatstheater Braunschweig i który właśnie zamknęła swoim najnowszym dziełem wystawionym na deskach Teatru Polskiego w Poznaniu.

hymn_do_milosci__2

To wspaniałe dzieło nosi tytuł „Hymn do miłości” (proszę, czytając ten tekst, od razu kupować bilety) i zostało przygotowane z aktorami Polskiego oraz amatorami, których Górnicka – już tradycyjnie – zwerbowała w otwartym dla wszystkich castingu. Na scenie o żadnej amatorszczyźnie mowy jednak nie ma. Wszyscy radzą sobie znakomicie zarówno grupowo, jak i indywidualnie. Wraz z odpowiedzialną za dramaturgię Agatą Adamiecką i resztą ekipy Górnicka stworzyła dzieło nie tylko atrakcyjne inscenizacyjnie, ale także – a może przede wszystkim – niezwykle ważne, boleśnie punktujące naszą narodową polsko-katolicką obłudę. Obłudę, która z jednej strony chełpi się tradycyjną podobno gościnnością (gość w dom, Bóg w dom), a z drugiej – ani myśli o przyjęciu choćby kilku syryjskich rodzin. Tych oczywiście, które jeszcze ocalały, bo wiele z nich już brutalnie wymordowano.

„Polacy pod wodzą nacjonalistycznych polityków i równie nacjonalistycznego Kościoła katolickiego nie chcą u nas żadnych uchodźców, bo – jak słyszymy ze sceny – u nas nie ma miejsca, jakoś tak, kurczę, ciasno się zrobiło, a poza tym nie chcemy, żeby ci okropni uchodźcy korzystali z naszych promocji na smartfony”. Nie tylko zresztą my. Obcych nie chcą u siebie kolejne kraje. Fanatyzm Andersa Breivika okazał się dzisiaj złym proroctwem i nie można go przemilczeć. Trzeba krzyczeć, lamentować i bić na alarm, trzeba dawać odpór i w żadnym razie nie kapitulować. Broni nie składa na pewno Marta Górnicka, która prowadzi dzielnie swój chór na barykady!

CZYTAJ TAKŻE
Krakowiacy i Górale | recenzja
Extravaganza o miłości | recenzja
Sceny myśliwskie z Dolnej Bawarii | recenzja
Myśli nowoczesnego Polaka | recenzja

hymn_o_milosci

Marta Górnicka, „Hymn do miłości”
Teatr Polski w Poznaniu
premiera: 21 stycznia 2017 r.

Fot. Magda Hueckel

Zwykły wpis
PORTRET

Nie umiem zauczestniczyć

img_1722

Może następny spektakl zrobię o tym, jak aktor przez półtorej godziny nie może rozpiąć kurtki, bo zaciął mu się zamek. Choć oczywiście wiem, że aby zostać w Polsce uznaną reżyserką powinnam raczej zrobić coś o Holocauście. Anna Karasińska

Zdziwiłam się, kiedy zadzwoniłeś i powiedziałeś, że chcesz się spotkać, bo słyszałam od naszych wspólnych znajomych, że nie lubiłeś mojego spektaklu – zaczyna Anna Karasińska. Było to tuż po jej „Ewelina płacze” w TR Warszawa. Znajomym coś się musiało pomylić, bo spektakl mi się podobał. Nazwałem go nawet wtedy, kradnąc ze słownika Pawła Demirskiego, teatralną cieszotką. Cieszotką dlatego, że w rzeczy samej był bardzo zabawny, nic poza tym. Nie powalał na kolana, przynajmniej mnie. – Pamiętam, że byłeś na premierze i pamiętam, że była niestety przerechotana – odpowiada Karasińska. – A to jest spektakl głęboki, nie tylko śmieszny. Powinieneś go zobaczyć jeszcze raz.

Anna Karasińska urodziła się (rocznik ’78) i wychowała na łódzkich Bałutach. Bardzo lubi swoje rodzinne miasto za to, że ludzie nie mają tam tak spiętych dup, jak w Warszawie. – Jestem dramatycznie nieambitna – kokietuje. – Dlatego to ciągłe stołeczne współzawodnictwo niekoniecznie mi odpowiada. Do Warszawy przeprowadziła się trzy lata temu.

Była dzieckiem, które zwykle miało doła i stało nieco z boku. Lubiła tę swoją oddzielność: – Dużo chorowałam i przez bycie w izolacji mam wybujałą wyobraźnię. Ciągle coś tworzyła w swoim jednoosobowym świecie: rysowała, malowała, pisała, wymyślała historie. – Miejscem, w którym czułam się dobrze i byłam naprawę szczęśliwa był las. Do dzisiaj mi to zostało. Nie uczyła się dobrze. Szkoła ją nudziła, a co gorsza wymagała ciągłego dostosowywania się do zasad: – W szkole było naprawdę strasznie. Jakoś nie umiałam wziąć udziału, zauczestniczyć. Nie dorastała w artystycznej rodzinie. Ojciec pracował w nieistniejących już zakładach Unitra-Fonica, produkujących legendarny w Polsce Ludowej sprzęt radiowy, jak gramofon „Bambino”. Mama, pielęgniarka, pracowała w domach starców, gdzie Karasińska miała dużo starsze „koleżanki”, które dożywały swoich ostatnich dni, kiedy ona dopiero swoje zaczynała: – Było wokół mnie dużo śmierci, bo ciągle umierały moje „koleżanki”. Kiedy byłam mała, umarł także mój starszy brat, więc z tego, że jestem śmiertelna zdałam sobie sprawę bardzo wcześnie. W dzieciństwie zajmuje się nią dziadek, którego uwielbia. Z wzajemnością. Dziadek afirmował nieustająco swoją wnuczkę. Powtarzał jej, że kobiety są wspanialsze od mężczyzn i że więcej im wolno. „Gdybym był tobą, w nagrodę kupował bym sobie codziennie nowe kolczyki” – mawiał. Dobrze to zapamiętała.

Kiedy zdaje maturę, nie wie, co robić w życiu. Wie tylko, że chce być artystką. Mówi o tym bez egzaltacji. Zdaje na Wydział Tkaniny i Ubioru Akademii Sztuk Pięknych w Łodzi, ale szybko odechciewa jej się tkać i szyć. Nigdzie nie może znaleźć miejsca, wędruje więc „ze swoimi dziwnymi pomysłami” z jednej pracowni do drugiej. Na dłużej zatrzymuje się w pracowni wideo, a także w pracowni dywanu, którą kierował profesor Mariusz Kowalski: – To był wspaniały artysta, który nie kazał mi tkać dywanów, tylko pozwalał na robienie tego, co chciałam. Mimo, że spotkała na ASP jeszcze kilku świetnych profesorów prowadzących interesujące i przydatne jej do dzisiaj zajęcia, jak choćby te z kompozycji, szybko zaczęła się nudzić. Poza tym zorientowała się, że za mało używa mózgu. Dlatego poszła równolegle na studia filozoficzne na Uniwersytecie Łódzkim, gdzie znalazła się w grupie ludzi ceniących jej abstrakcyjne myślenie i absurdalne poczucie humoru. Wtedy też zaczęła praktykować buddyzm: – Poczułam, że może od tej strony uda mi się rozkminić świat. Rozkminia go do dzisiaj.

Na ASP wytrzymuje cztery lata. Filozofię kończy, choć nie pisze już pracy magisterskiej i cały czas nie wie, czym się będzie zajmowała zawodowo. Poważnie myśli o pisaniu. Wysyła nawet fragment swojej twórczości do jednego z bardziej prestiżowych wydawnictw. Dostaje odpowiedź, że to jest bardzo dobre. Sama chyba jednak tak nie uważa. Jest bardzo – może nawet za bardzo – surowa w ocenie tego, co robi. W końcu składa papiery na kolejną uczelnię. Na Wydział Reżyserii Filmowej i Telewizyjnej łódzkiej Szkoły Filmowej dostaje się od razu i to na pierwszym miejscu. – Trochę się w życiu nastudiowałam – przyznaje. – Teraz uważam że to było bez sensu, ale z drugiej strony to mnie mobilizowało, dawało poczucie przynależności do jakiejś rzeczywistości.

Szkołę Filmową wspomina dobrze, bo mogła robić to, co ją interesowało, choć nieraz musiała o to zawalczyć (oczywiście w „Filmówce” też istniał schemat do którego nie umiała się dopasować). Nakręciła kilka udanych etiud, za które zgarnęła nagrody. Najbardziej ceni „Fochy” – pierwszoroczną etiudę dokumentalną o dorastającej w patologicznej rodzinie nastoletniej dziewczynie. Akcja „Fochów” rozgrywa się na łódzkiej „Limance”, owianej złą sławą ulicy Limanowskiego: – Próbowałam w swoich etiudach otworzyć trochę formę, budować nierzeczywiste sytuacje i surrealistyczne dialogi, co w polskim kinie nie jest mile widziane. Na absurd i ambiwalencję nie ma u nas miejsca. Jeśli bohaterka czuje ból to muszą jej lecieć łzy i drżeć broda, a widz musi znać dużo uzasadnień jej sytuacji, które najlepiej żeby były oczywiste i zagrane w ciągłości psychologicznej. Mnie robienie czegoś takiego w ogóle nie obchodzi. Szkołę kończy z przekonaniem, że nigdy nie nakręci pełnometrażowego filmu fabularnego i nie dostanie żadnej pracy. Pracę jednak znajduje. Współpracuje reżysersko z Mariuszem Grzegorzkiem kręcącym „Jestem twój”, jest drugą reżyserką „Papuszy” Joanny Kos-Krauze i Krzysztofa Krauzego oraz „Sąsiadów” Grzegorza Królikiewicza.

O teatrze nigdy nie myślała, choć był obecny w jej życiu za sprawą ówczesnego chłopaka, aktora teatralnego: – Przez siedem lat naszego związku przerobiłam wszystkie etapy pracy teatralnej, jakbym skończyła kolejny fakultet. O reżyserii teatralnej jednak nie myślałam do czasu, kiedy zobaczyłam „Panią Bovary” Radka Rychcika. Olśniło mnie wtedy, że przecież w teatrze można po bandzie używać abstrakcji, i że taki teatr by mnie kręcił.

ewelinamartaankiersztejn

Jesienią 2014 roku TR Warszawa ogłasza nabór do programu Teren TR, który ma wyłowić nowe talenty dla polskiego teatru. Karasińska zgłasza się z pomysłem, który na szybko tytułuje „Random Disconnects”: – Tę nazwę wymyśliłam w minutę, bo musiałam coś wpisać do aplikacji, a chciałam się zająć rozpracowywanym przeze mnie od dawna efektem obcości. Jest już wtedy po trzydziestce: – Zaczęło mnie bawić to, że stałam się nagle aspirującą młodzieżą, wiesz, taką dziewczyną z konkursu.

Zaczyna pracę z jeszcze młodszymi dziewczynami ze Szkoły Aktorskiej Romy Gąsiorowskiej. Jedna z nich po powrocie z toalety mówi: „Wow! Czujecie, że to jest łazienka, w której ci aktorzy też robią siku?”. Karasińska: – Myślę sobie: „Kurwa, ja naprawdę jestem teraz w tej sytuacji!”. I od razu mówię do dziewczyn: „Słuchajcie, a może chcecie się poczuć nimi? Wybierzcie sobie ulubionego aktora TR-u i wyobraźcie sobie, że nim jesteście”. Jak powiedziała, tak zrobiła. Zaczęły improwizować i to był początek spektaklu „Ewelina płacze”, w którym finalnie wystąpili Maria Maj, Adam Woronowicz, Rafał Maćkowiak i tytułowa, płacząca Ewelina Pankowska. To był początek kariery Anny Karasińskiej w teatrze.

O przedstawieniu pisano w samych superlatywach: „odtrutka na teatralną nudę”, „błyskotliwy i przewrotny debiut”, „dowcipne”, „precyzja spektaklu wbija w fotel”. „Ewelina płacze” wchodzi do repertuaru TR Warszawa, zdobywa kolejne nagrody na szczecińskim Kontrapunkcie i Kaliskich Spotkaniach Teatralnych, wyrusza w trasę w ramach programu „Teatr Polska”, a po Boskiej Komedii w Krakowie prasa donosi: „Karasińska to nazwisko, na które należy zwrócić uwagę”. Zwracają ją kolejni dyrektorzy teatrów. – Pierwszy zadzwonił Maciej Nowak, ale było to jeszcze przed tym, jak spektakl dostał nagrody i stał się głośny. Szef artystyczny Teatru Polskiego w Poznaniu proponuje jej temat i obsadę. Temat jej się nie podoba, obsada zostaje. Dyrektor Nowak zgadza się na jej pomysł wystawienia podręcznika do sprzątania, ale Karasińska po wizji lokalnej w Poznaniu zmienia zdanie i decyduje się na przedstawienie o publiczności. I tak wiosną tego roku powstał jej „Drugi spektakl”, który okazał się jej drugim sukcesem z nagrodą za najlepszą reżyserię na Koszalińskich Konfrontacjach Młodych „m-teatr” i ostatnio na katowickich (Młodych) „Interpretacjach”. Sukces goni sukces.

mg_9543

Mnie, podobnie jak „Ewelina płacze”, „Drugi spektakl” nie powala. Doceniam, ale nie rozumiem peanów na cześć tej produkcji. Widzę natomiast bardzo ciekawą i absolutnie oddzielną drogę, którą Karasińska zaczyna w naszym teatrze wydeptywać. Jej abstrakcyjne myślenie i surrealistyczne poczucie humoru, które doceniali wyłącznie koledzy i koleżanki z filozofii podoba się w teatrze – i to zarówno krytyce, jak i publiczności. To po pierwsze. Po drugie, ciekawe i na pierwszy rzut oka zupełnie od czapy wydają się być tematy, które Karasińska chce reżyserować. Jakby czerpała w listy najbardziej absurdalnych tematów bez znaczenia. A po trzecie na uwagę zasługuje jej patologiczna wręcz niechęć do inscenizacyjnego rozmachu, tak charakterystyczna choćby dla jej młodszej koleżanki Eweliny Marciniak, co jest ważne w kontekście zachowania „bioróżnorodności” w naszej teatralnej puszczy. Anna Karasińska, o czym nie można zapomnieć, sama pisze teksty do swoich spektakli. Oczywiście korzysta z pomysłów aktorów, ale na koniec to ona zasiada nad klawiaturą. Mało tego, pisze w odróżnieniu od wielu zawodowo współpracujących z reżyserami dramaturgów, świetnie. Wydawnictwo, do którego wysłała parę lat temu próbkę swoich możliwości nie myliło się odpowiadając, że to jest bardzo dobre.

W końcu i ja się zachwyciłem. Zapiałem z zachwytu, kiedy zobaczyłem jej „Urodziny”, przygotowane w ramach projektu „Mikroteatr” w Komunie Warszawa – najciekawszym obecnie teatralnym adresie w Warszawie. Wystąpili w nich Karolina Kraczkowska i Bartosz Sak, ale główną rolę zagrała sama reżyserka, przygotowując coś, co można śmiało nazwać teatralną petardą, która wystrzeliła głośno za sprawą błyskotliwego pomysłu, genialnego tekstu, perfekcyjnej dramaturgii i bezbłędnego wykonania.

Dzisiaj, mimo początkowo nieufnego podejścia do proponowanego przez nią teatru, Anna Karasińska dostaje jedną propozycję za drugą, a bilety na jej spektakle są zawsze wyprzedane. Nie popada jednak w obłęd dawania co dwa miesiące kolejnej premiery na innej scenie i tłumaczy: – Wymyślam swoje przedstawienia i to musi trwać. Nie opieram się na gotowej wypowiedzi, która już wcześniej istniała w literaturze albo filmie. Nie wybieram tematów z listy tych ważnych. Teatr średnio takie podejście rozumie.

Pracuje teraz nad scenariuszem filmowym dla dużego szwedzkiego producenta, złożyła też wniosek do Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej na dofinansowanie pracy nad własnym filmem dokumentalnym o grabarzu. Jej pomysł odrzucono „ze względu na miałkość myśli i dociekań”, co Karasińską bawi do łez. A teatr? Póki co go nie opuszcza. Zabiera się niebawem za pracę nad następnym spektaklem w TR Warszawa. W obsadzie będą – a jakże – Maria Maj, Adam Woronowicz, Rafał Maćkowiak (to jej ulubiony aktor), Dobromir Dymecki i dwie aktorki spoza TR-u. Premiera zaplanowana jest na 9 kwietnia. Jest jeszcze na ten sezon umówiona na pracę w Starym Teatrze w Krakowie, a po wakacjach w krakowskim Szydłoplexie. – Nie wiem jeszcze, co tam zrobię. Nie myślę tematami, bo według mnie ważne rzeczy można powiedzieć robiąc tematycznie o czymkolwiek. Może spektakl o tym, jak aktor przez półtorej godziny nie może rozpiąć kurtki, bo zaciął mu się zamek. Choć oczywiście wiem, że aby zostać w Polsce uznaną reżyserką powinnam raczej zrobić coś o Holocauście.

Spektakle Anny Karasińskiej w repertuarach teatrów:
„Ewelina płacze” | TR Warszawa
„Drugi spektakl” | Teatr Polski w Poznaniu

Portret Anny Karasińskiej otwiera cykl poświęcony reżyserkom teatralnym, które niedawno wkroczyły na polskie sceny.
W przygotowaniu Gosia Wdowik.

Fot. arch. pryw., Monika Lisiecka i Marta Arkiensztejn

           

 

Zwykły wpis
RECENZJA

Roman dostaje w dupę

unnamed

Wiadomość o tym, że Grzegorz Laszuk będzie reżyserował „Myśli nowoczesnego Polaka” w Teatrze Polskim w Poznaniu mogła równać się tylko z tą, że Krzysztof Garbaczewski wystawi w stołecznym Teatrze Powszechnym „Chłopów” Władysława Reymonta. „To jest po prostu niemożliwe” – jęknęły teatralne pytie po czym przybyły gremialnie 11 listopada do wielkopolskiej stolicy, by ze świętomarcińskim rogalem w ręku obaczyć, co też ten Laszuk zmajstrował. A zmajstrował dzieło bardzo, żeby nie powiedzieć zaskakująco udane: inteligentne i ironiczne, zjadliwe i dowcipne, precyzyjnie napisane i wyreżyserowane, no i przede wszystkim głośno (często bardzo głośno) i szczerze mówiące o Romanie Dmowskim oraz propagowanej przez niego ideologii polskiego nacjonalizmu przesyconego równie polskim antysemityzmem.

Laszuk stworzył coś pomiędzy spektaklem a koncertem, którego początek zwiastuje opadająca wielkich rozmiarów biało-czerwona flaga-kurtyna. I cóż nam odsłania? Świat Romana Dmowskiego, jego fobie i obsesje będące do dzisiaj ideologicznymi podwalinami dla słów i czynów naszych rodzimych narodowców. Reżyser ośmiesza po wielokroć, a raczej pokazuje intelektualną niezborność i społeczną szkodliwość „Myśli nowoczesnego Polaka” – książki, trzymając się głosu narratora, głupiej i nudnej. Ale „Myśli…”, mimo takich zapowiedzi, nie grają w przedstawieniu głównej roli. Gra ją sam Dmowski, a konkretnie jego biografia. Twórcy spektaklu postanowili się bowiem zabawić w psychologów i powiązać dorosły światopogląd endeka z nieszczęśliwym dzieciństwem: nieczułą matką i ojcem, który spuszczał mu lanie. Czy brak miłości i bicie musi od razu prowadzić do zostania prymitywnym nacjonalistą, chyba niekoniecznie. Czy tak było w przypadku Dmowskiego? Być może. Być może doświadczenia z młodości spowodowały, że Roman Dmowski nie potrafił nawiązać trwałej relacji z żadną kobietą, że w związku z tym regularnie chodził do burdeli i że obwiniał ciągle innych (głównie Żydów) o wszelkie niepowodzenia, za co, nawiasem mówiąc, niechętnie mu podawano rękę podczas konferencji pokojowej w Paryżu, więc największą robotę na rzecz odzyskania przez Polskę niepodległości, przypieczętowaną traktatem wersalskim, musiał wykonać Ignacy Jan Paderewski.

unnamed-1

Niestety zostaliśmy do dzisiaj z ideologicznym dziedzictwem Romana Dmowskiego, z którego coraz intensywniej korzystają rządzący dzisiaj Polską i ich akolici w postaci kiboli, katolickiego kleru i neonazistów. Od ponad siedemdziesięciu lat trup Dmowskiego nadal cuchnie i Laszuk ze swoją teatralną ekipą nie ma zamiaru brać udziału w jego balsamowaniu. Najchętniej wysadziłby nawet stojący w Warszawie pomnik Romana Dmowskiego w powietrze, od czego zaczyna zresztą swój spektakl. Spektakl, trzeba dodać, porządnie wykonany, bo nie można tu powiedzieć, że zagrany. Aktorzy Polskiego (Monika Roszko, Paweł Siwiak i Jakub Papuga) oraz występująca z nimi Anna Wojnarowska (współautorka tekstu) nie wcielają się w żadne role. Opowiadają nam i wygrywają na instrumentach (muzyka Bartka Rączkowskiego) to, co Laszuk chciał powiedzieć, a ci, którzy nie chcą tego słuchać, mogą zatkać sobie uszy (przy wejściu na widownię otrzymuje się potrzebne do tego zatyczki). Wtedy zostaje już tylko oglądanie, co może być bardzo przyjemne zważywszy na świetne wizualizacje Adriana Cognaca, wideo Magdaleny Mosiewicz i światło Karoliny Gębskiej.

unnamed-2

Dawno temu, kierując Teatrem Wybrzeże w Gdańsku, Maciej Nowak – obecny dyrektor artystyczny Teatru Polskiego w Poznaniu, słynął z odkrywania dla naszej rodzimej sceny pierwszorzędnych reżyserów. Zdaje się, że właśnie odkrył kolejnego, bo Grzegorz Laszuk – mimo tego, że długie lata prowadził najpierw Komunę Otwock, a obecnie Komunę Warszawa – wcześniej niczego w repertuarowym teatrze nie wystawił. Coś czuję, że niebawem dostanie kolejne propozycje, by móc nadal „uprawiać lewicowy wrzask, który zakłóca możliwość artykulacji”. Tej prawicowej ma się rozumieć, tej kochającej Romana, któremu najpierw ojciec, a teraz Laszuk dał lanie w dupę.

OBOWIĄZKI POLSKIE 2016
(z programu spektaklu)
Polka i Polak mają obowiązki polskie.
Polka i Polak powinni płacić podatki.
I dbać, żeby te podatki były wydawane na rozsądne cele.
Na edukację.
Na zdrowie.
Na wyrównywanie szans.
Na ochronę przyrody.
Polak i Polka powinni dbać o demokrację i prawa mniejszości.
Polak i Polka powinni wspierać Wspólną Europę.
Obowiązkiem Polki i Polaka jest przyjmować uchodźców.
Polacy powinni więcej czytać i częściej chodzić do teatru.
Nie powinni oglądać polskich filmów, bo są raczej słabe.
Polacy powinni jeść mniej mięsa.
Polacy powinni mniej myśleć o przeszłości.
Polki powinny więcej zarabiać.
Polacy powinni więcej zajmować się dziećmi.
Polki i Polacy powinni wybrać sobie lepszy rząd.
Polka i Polak mają obowiązki polskie.

___

unnamed

Anna Wojnarowska, Grzegorz Laszuk
„Myśli nowoczesnego Polaka.
Roman Dmowski (nieautoryzowana biografia)”

reż. Grzegorz Laszuk, Teatr Polski w Poznaniu
premiera: 11 listopada 2016 r.

Fot. Dariusz Ozdoba/Teatr Polski w Poznaniu

Zwykły wpis
ZJAWISKO

21 powodów do szczęścia

563824_10208516100604834_6982767248487051262_n

Kiedyś w stołecznym Biurze Kultury powiedziano jej, że chyba pomyliła adresata, bo to raczej sprawa dla Biura Polityki Społecznej. „Downy” to nie kultura, „downy” to problem społeczny. Dzisiaj Justyna Sobczyk dostaje już wsparcie z funduszy kulturalnych, a jej Teatr 21 gra coraz lepiej.

          Wyobraź sobie, że grasz w tym serialu
          Śni ci się po nocach, że jesteś postacią, której nie ma
          Jak ci jest?

Na dobre zaczęło się osiem lat temu, kiedy Justyna Sobczyk skończyła swoje rozliczne studia: pedagogikę specjalną w Toruniu, wiedzę o teatrze w Warszawie i w końcu pedagogikę teatru w Berlinie. Dużo studiowania. Wcześniej, jeszcze w szkole średniej, poszła na spektakl, w którym grały osoby niepełnosprawne intelektualnie. Nie podobało się jej, ale ziarno zostało zasiane. Zastanawiała się, czy można inaczej. Ba! Wiedziała, że tak. Kiedy zdawała na akademię jej znajomy doradzał: „Powiedz na egzaminie, że chcesz robić teatr z niepełnosprawnymi”. Nie rozumiała dlaczego. Jeszcze.

Szuka, szpera, riserczuje. Wyjeżdża podczas studiów w Polsce na stypendium do Niemiec. Już wcześniej widziała na festiwalu Terapia i Teatr w Łodzi belgijski TarTar i holenderski Matwerk. W Berlinie odkrywa, że teatr z niepełnosprawnymi aktorami może mieć własną scenę i publiczność. Szok, jednak można. Ogląda i studiuje, studiuje i ogląda. I już wie, co chce robić w życiu. – Kiedy zobaczyłam po raz pierwszy Teatr RambaZamba na Prenzlauerbergu, oniemiałam. Na scenie niepełnosprawni intelektualnie grali spektakl i to na poważnie. Nie żadne: „a teraz chłopczyk z downem opowie wierszyk”. – Chłonęłam w Berlinie wszystko, także spektakle Franka Castorfa i René Pollescha, nie wychodziłam z Schaubühne. W Polsce swój teatr zaczął robić Grzegorz Jarzyna. Zrozumiałam, że może być fajnie, że teatr współczesny daje mi nieograniczone możliwości.

          Nigdy, nigdy nie poznasz prawdziwej miłości
          Nigdy, nigdy nie zaznasz prawdziwej radości
          Nigdy nie będzie tak źle i tak wesoło jak w życiu

Justyna wraca do Polski z mężem. Ona – pedagożka teatru, on – mediator. Kiedy rodzi się ich dziecko, pielęgniarka środowiskowa pyta ze zdziwieniem: „Jeszcze raz, jakie macie zawody?”. Brzmiały jakoś niepoważnie. Ale Justyna zaczyna rozglądać się za pracą w swoim fachu. Spotyka Macieja Nowaka, dyrektora Instytutu Teatralnego, który po pół godzinie daje jej pracę. – Ale od razu zaznaczyłam, że jak chce mnie zatrudnić, musi wiedzieć, że dwa razy w tygodniu prowadzę teatr z niepełnosprawnymi – mówi. W instytucie zajmuje się edukacją teatralną, po godzinach robi swój teatr.

Stworzyła go sama. Ot, zwyczajnie, poszła do Zespołu Szkół Specjalnych „Dać Szansę” na warszawskim Mokotowie i zaproponowała zajęcia teatralne. Dostała grupę dzieciaków z różnymi rodzajami upośledzenia intelektualnego i świetlicę, do której cały czas ktoś wchodził i wychodził. Warunki do pracy były trudne. W końcu dyrektorka szkoły dała teatrowi do dyspozycji salę gimnastyczną. To był prawdziwy luksus. Zaczyna się żmudna praca z aktorami, większość ma zespół Downa, jest też kilka osób z autyzmem. Znajomi mówią, że podziwiają ją za ten nieprawdopodobny wysiłek pracy z niepełnosprawnymi, za heroiczną postawę. Ona się tylko na nich patrzy z uśmiechem: – Jaki herozim? Ja to uwielbiam!

Fotograf Oiko Petersen, autor projektu „Downtown”, w którym udział (w sesji modowej) wzięły osoby z zespołem Downa, zauważa: – Praca nad wystawą, która trwała rok, dała mi wiele radości, ale czułem także zmęczenie. Odczuwa je wiele osób pracujących na co dzień z osobami niepełnosprawnymi intelektualnie. A Justyna nie tylko nie wyczerpuje swoich baterii, ale je wręcz nieustanie doładowuje.

84860_eb5cf6379

          Ja cię proszę, ja cię błagam, daj mi zagrać w tym serialu
          Może spróbuję… Może się uda
          Po prostu wejdę w rolę i wyjdę
          Wejdę i wyjdę, wejdę i wyjdę
         Na krótko, na chwilę
         Na krótko, na chwilę

Grupa zaczyna działać pod nazwą Teatr 21, nazwa pochodzi od dodatkowego dwudziestego pierwszego chromosomu, którego obecność powoduje zespoł wad wrodzonych. Teatr działa wbrew trudnym warunkom: nie ma odpowiedniej przestrzeni i pieniędzy, ale zaczyna przyciągać coraz więcej profesjonalistów, którzy z niepełnosprawymi intelektualnie aktorami chcą pracować. Scenografka Agata Skwarczyńska: – Praca z naszymi aktorami jest niezwykle inspirująca i traktuję ją na poważnie. Tylko wtedy to, co robimy może się bronić artystycznie. To nie jest jakiś tam teatrzyk, ale poważna teatralna praca. Czuję, że rozwijam się razem z nimi, dajemy sobie wzajemnie dużo. Różni nasz teatr od innych to, że musimy być bardziej czujni w stosunku do aktorów, bo to przede wszystkim oni mają tworzyć sztukę.

Pierwszą premierą teatru były jasełka („Wiadomości nie z tej ziemi”, „Czekamy, czekamy…”), ale – jak zaznacza Justyna – zrobione alternatywnie, żadnej sztampy. Potem zauważyła, że wszyscy aktorzy i aktorki nieustannie się w sobie zakochują, więc postanowiła poruszyć temat miłości. Tak powstał spektakl „Orfeusz + Eurydyka = WNM”. – W przypadku osób z zespołem Downa Wielka Nieskończona Miłość jest zwykle Wielką Niespełnioną Miłością – dodaje reżyserka. Rok później Teatr 21 wystawia „Lot nad Panamą” na podstawie bajki Janoscha „Ach, jak cudowna jest Panama”. Wielkim sukcesem była „Alicja” inspirowana „Alicją w Krainie Czarów” Lewisa Carrolla pokazywana w ramach Małych Warszawskich Spotkań Teatralnych.

Paweł Sztarbowski, wicedyrektor Teatru Polskiego w Bydgoszczy: – Widziałem ich wszystkie przedstawienia i jestem zachwycony tym, jak to się rozwija. Aktorzy wychodzą na scenę ze swoimi problemami, opowiadają o tym, jak są traktowani przez społeczeństwo, jak są marginalizowani. To mi się wydaje kluczowe dla narracji Teatru 21. To zespół bezlitosny dla siebie i społeczeństwa. Pamiętam, że w „Alicji” kwiaty grane były przez osoby, które bardzo niewyraźnie mówiły. Nagle dotarło do mnie, że one mówią swoim językiem. To było genialne. Alicję grała z kolei dziewczyna z autyzmem, więc była Inna wobec Innych. Żaden profesjonalny aktor by tego nie zagrał.

Dziewczyna z autyzmem to Marta Stańczyk, jej Alicja zachwycała widzów. – Marta ma wspaniałą wyobraźnię plastyczną. Staramy się ją wykorzystywać tak często, jak się da – mówi Agata Skwarczyńska. – I działać tak, żeby aktorom przede wszystkim pomagać – dodaje Paweł Andryszczyk, autor muzyki do spektakli teatru. – Muzyka musi być prosta, nieskomplikowana, co nie znaczy, że zła czy tandetna. W naszych spektaklach często prowadzi aktorów przez całość, bo określone dźwięki mówią im na przykład, że zaczynamy następną scenę. No i najważniejsze są emocje, bo nasi aktorzy wyrażają je na sto procent. Kiedy są smutni to naprawdę są smutni, kiedy się cieszą, to na całego. Są mistrzami wyrażania uczuć. Kiedy przyszedłem lata temu pierwszy raz do teatru, po paru minutach już byli do mnie przytuleni.

          Nigdy nie będzie, jak w prawdziwym serialu.
          Kapujesz? Nigdy, nigdy… Kapujesz?

Aktorzy Teatru 21 są rzeczywiście bardzo kontaktowi, rozmowni i towarzyscy. Wygłupiają się, dużo żartują, opowiadają o swoim życiu, pracy w teatrze, marzeniach. Można z nimi siedzieć do nocy.
Piotr Swend, czyli Maciek z „Klanu”, najsłynniejsza osoba z zespołem Downa w Polsce: – Chciałbym być aktorem, właściwie to trochę nim jestem. Jestem też sławny, ludzie proszą mnie o autografy.
Maja Kowalczyk: – Ja też się czuję gwiazdą.
Aleksandra Skotarek: – Publiczność bardzo lubi nasze spektakle. Przychodzą przyjaciele i znajomi, a czasami nawet prawdziwi aktorzy.
Piotr: – Ja się najbardziej stresuję, że zapomnę tekstu.
Daniel Krajewski: – Teraz gramy w nowej sztuce. Cieszę się, że jesteśmy aktorami i pracujemy z zawodowymi twórcami.
Piotr: – Kiedy zacząłem grać w „Klanie” to miałem osiem lat. Przyszedł pan i powiedział, że ja bardzo nadaję się do filmu. Dali mi do przeczytania tekst i zacząłem grać. Oni byli zaskoczeni, że ja czytam.
Magdalena Świątkowska: – Była u nas ostatnio telewizja i robiła o nas program.
Daniel: – Ja powiem szczerze, uwielbiam „Klan”, ale jak pani Justyna zaproponowała nam teatr, to też się bardzo ucieszyliśmy.
Piotr: – Mam w „Klanie” dziewczynę i zaręczyliśmy się.
Maja: – Ja też mam chłopaka.
Aleksandra: – Ja też.
Magdalena: – I ja.
Aleksandra: – A nasz nowy spektakl jest o dorosłości. I ja mam bardzo trudny tekst, którego muszę nauczyć się na pamięć.
Magdalena: – A ja gram scenę o miłość. I to jest bardzo piękne. Chciałabym mieć męża, i dom, i pracę.
Daniel: – Ja szukam w spektaklu pracy i mówię, jakie mam mocne strony, ale ludzie ciągle mi odpowiadają, że się odezwą w przyszłości.
Piotr: – Jak zarobię pieniądze, to zabiorę moją mamę do Ameryki. I chcę mieć, ślub, wesele, zaręczyny i przyszłość.
Magdalena: – Chciałabym pojechać z moim chłopakiem nad morze, ale tylko we dwoje.
Aleksandra: – Ja też chcę do Ameryki pojechać i wziąć ślub, mieć pracę i grać w naszym teatrze. I uwielbiam moich kolegów.
Daniel: – A ja jestem Żydem i chciałbym zabrać wszystkich moich przyjaciół do Izraela.
Piotr: – I do Lublina, bo to takie piękne miasto.

ja-jestem-ja7fot-pawel-ogrodzki-20150403-125815

          Nigdy, nigdy nie będzie tak źle i tak wesoło
          Nigdy, nigdy nie usłyszysz słowa: O miłości ty moja
          Nikt cię naprawdę nie pocałuje
          Nie obudzisz się w prawdziwym łóżku

Pamiętam, jak po jednym spektaklu podeszła do mnie Stanisława Celińska i powiedziała, że oni są wspaniali i że bardzo mi gratuluje, i musimy to robić nadal – mówi Justyna, która poczuła, że trzeba teatr wyprowadzić ze szkoły. Choć bardzo się bała, bo szkoła dawała jednak wszystkim poczucie bezpieczeństwa. „Pani Justyno, pani rozbudza w nich marzenia” – słyszła od czasu do czasu. No i co?

Zaczyna szukać pieniędzy na kolejne przedstawienia. Składa wnioski o granty, których pozyskiwanie nie jest łatwe. Kiedyś w stołecznym Biurze Kultury powiedziano jej, że chyba pomyliła adresata, bo to raczej sprawa dla Biura Polityki Społecznej. „Downy” to nie kultura, „downy” to problem społeczny. Teraz to się zmieniło, biuro wspiera teatr finansowo, z ostatnim spektaklem włącznie.

Ten rok jest przełomowy, większość aktorów skończyła szkołę. Szkolnictwo specjalne jest do 24 roku życia, a potem są warsztaty terapi zajęciowej. Osoby niepełnosprawne intelektualnie mają w nich być przez trzy lata przygotowywane do pracy, której w większości nie dostają. Mówi o tym po części najnowszy spektakl teatru pod tytułem „…I my wszyscy”. Justyna: – Praca jest ich wielkim marzeniem. Michał, jeden z aktorów, dostał ostatnio zatrudnienie w szpitalu wojskowym na zmywaku i nie posiadał się ze szczęścia, bo nie będzie musiał brać więcej pieniędzy od mamy.

          Ja cię proszę, ja cię błagam, daj mi zagrać w tym serialu
          Może spróbuję… Może się uda…
          Po prostu wejdę w rolę i wyjdę
          Na krótko, na chwilę…
          Na krótko, na chwilę

Fundamentem Teatru 21 jest traktowanie aktorów, jak pełnoprawnych, dorosłych ludzi. Nie ma tam żadnego tak zwanego gestu serca, który promowany jest nieustannie przez różne wielkie fundacje i media. Pokazuje się w nich osoby niepełnosprawne intelektualnie jako biedne dzieci, które czekają tylko na to, jak ze wzruszenia złapiemy się za serce i powiemy, jak pieknie zaśpiewały nam pioseneczkę. – To nie ja! – mówi Justyna. – To nie jest mój gest. My robimy poważny teatr. Być może nigdy nie będziemy mainstreamem, nigdy nie zostaniemy zaakceptowani przez „prawdziwy” świat teatralny, ale też nie mam takiej potrzeby. Robimy po prostu swoje. Kiedyś jedna z dziewczyn prowadzących zajęcia w warsztatach terapi zajęciowej powiedziała mi: „Ale Justyna, ty chyba w to nie wierzysz? Po co ktoś miałby oglądać niepełnosprawnych?”. Otóż ja w to wierzę i stawiam moich aktorów w świetle reflektorów. A oni grają. W dodatku świetnie.

Mike Urbaniak

_____

Śródtytuły to słowa, które do spektaklu „…I my wszyscy” napisała aktorka Teatru 21 Barbara Lityńska.

Tekst ukazał się w 2013 roku w tygodniku „Przekrój”.

Zwykły wpis