ZAPOWIEDZI

Ostatni sezon

Koniec z lewactwem i hochsztaplerstwem nowego teatru! Koniec z pedałami, gołymi dupami, cyckami i dyndającymi bezwstydnie męskimi członkami! Koniec z wagonami krwi i mamrotaniem do mikroportów! Koniec z próbami bez tekstu i haniebnym gmeraniem w dramatach ukochanych autorów! Koniec z irytującą wszechobecnością kamer i improwizacjami! Koniec z atakami na święte dla Polaków wartości i symbole! No pasaran! Non possumus! Auf wiedersehen zdradzieckie mordy!

Tak mniej więcej można podsumować polityczną narrację niedawno zakończonego sezonu, w którym polska prawica (PiS, PO i PSL) postanowiła rozprawić się ze swoim największym wrogiem w świecie polskiej kultury, czyli teatrem. I, trzeba przyznać, poszło jej to całkiem nieźle. Najlepsze sceny padały pod prawackim naporem jedna po drugiej, dlatego dzisiaj teatralna mapa polski nie wygląda tak, jak jeszcze rok temu. Na oceanie teatralnej konfekcji ostało już tylko kilka wysp najlepszego teatru (gdzie teraz będą jeździć krytycy niepokorni?), który przez ostatnie dwadzieścia lat, od czasu pamiętnego przewrotu styczniowego 1997 roku, nadawał ton scenicznemu życiu Polski i przyniósł naszemu krajowi zagraniczną sławę oraz niekwestionowaną pozycję lidera.

Za chwilę rozpocznie się sezon teatralny 2017/18, który nazywam ostatnim sezonem. I nie tylko dlatego, że być może w ciągu najbliższych miesięcy Polska stoczy się otchłań autorytarnych rządów i jedynej słusznej, koncesjonowanej przez rząd polityki kulturalnej pod patronatem towarzyszy z komisariatu ludowego ds. kultury i dziedzictwa narodowego. Ale też dlatego, że coś się w polskim teatrze kończy na bardzo wielu poziomach: artystycznym, organizacyjnym, finansowym i pokoleniowym. Dobiegają końca dwie heroiczne dekady polskiego teatru (1997-2017) i nikt nie wie, co będzie dalej.

Tymczasem ostatni sezon jest nadal pełen podniecających planów, choć w coraz mniejszej liczbie teatrów. Sceny, które nadal warto odwiedzać można policzyć na palcach obu rąk i jedną trzeba poświęcić na Warszawę, co jeszcze niedawno było nie do pomyślenia. Stolica wyrosła bowiem w ciągu ostatniego roku na prawdziwą potęgę przyciągającą aktorskich rozbitków z niszczonych scen innych miast. Mamy więc teraz warszawską mocną czwórkę (Nowy Teatr, STUDIO teatrgalerię, TR Warszawa i Teatr Powszechny) z mającym coraz większe ambicje Teatrem Żydowskim i każdego roku lepszą Komuną Warszawa, a w interiorze już tylko kilku ostańców: Teatr im. Stefana Żeromskiego w Kielcach, Teatr Dramatyczny w Wałbrzychu i Teatr Polski w Poznaniu oraz kilka scen, które mają jeszcze od czasu do czasu siłę i chęć na małe szaleństwa, czyli Teatr Zagłębia w Sosnowcu, Teatr im. Juliusza Osterwy w Lublinie i Teatr Śląski w Katowicach. Oto mój homo-lewacko-syjonistyczno-zdradziecko-antypolski przewodnik po ostatnim sezonie.

Świetnie zapowiadają się najbliższe miesiące w Nowym Teatrze w Warszawie pod kierownictwem Karoliny Ochab i Krzysztofa Warlikowskiego. Pierwszą premierą pierwszego września będzie pierwsza cześć pierwszej księgi Biblii. Tak, to nie żart. Całą Księgę Rodzaju („Biblia. Rdz 1-11” to pełny tytuł pierwszego spektaklu) w trzech odsłonach (wrzesień, grudzień, kwiecień) wystawi Michał Zadara – reżyser uwielbiający przenosić na scenę książki, o których wszyscy mówią, ale nikt ich nie przeczytał. 1 września zobaczymy więc przedstawienie opowiadające historię od stworzenia świata do budowy Wieży Babel przeznaczone dla widzów od lat sześciu w górę. Jeśli  ta premiera zakończy się sukcesem, Nowy będzie miał w swoim repertuarze aż pięć fajnych spektakli dla dzieci i młodzieży, czym nie może się pochwalić żaden teatr dramatyczny w Polsce.

Na listopad planowana jest premiera „Procesu” Franza Kafki w reżyserii Krystiana Lupy. To miał być spektakl Teatru Polskiego we Wrocławiu, ale próby do niego zostały przerwane z powodu postępującej morawizacji (dzisiaj ta czołowa niegdyś scena jest pośmiewiskiem teatralnego świata). I oto zdarzył się cud, cztery stołeczne teatry (Nowy, TR, Powszechny i STUDIO) ze wsparciem europejskich partnerów postanowiły wspólnie wyprodukować „Proces”, w dodatku z tą samą obsadą. Co tu dużo gadać, to jedna z najbardziej wyczekiwanych premier sezonu, która będzie później grana w paryskim Odéon Théâtre de l’Europe.

W lutym na Madalińskiego wraca Krzysztof Garbaczewski i weźmie się za „Ucztę” Platona, którą chce połączyć z jego „Obroną Sokratesa” i zapytać w jakim stanie dzisiaj jest demokracja. W marcu pod tym samym adresem zobaczymy nowy spektakl Anny Karasińskiej, a w czerwcu Krzysztofa Warlikowskiego. Dyrektor artystyczny Nowego zmienił pierwotny plan i wyreżyseruje „Pakujemy manatki” Hanocha Levina, sztukę, w której właściwie każdy bohater stoi nad grobem. Nie wspomnę już nawet o wymowie tytułu w kontekście obecnej sytuacji politycznej w Polsce. Niedługo wszyscy chyba spakujemy manatki.

Nie zawiodą się na Nowym wielbiciele tańca, bo teatr postanowił jeszcze mocniej zaangażować się w produkowanie i pokazywanie spektakli opartych na ruchu. Tanecznym programem zarządzać będzie od tego sezonu Joanna Leśnierowska (brawo!), a warsztaty taneczne dla młodszych i starszych poprowadzą Maria Stokłosa i Marta Ziółek. Na scenę Nowego wkroczą niebawem Iza Szostak, Renata Piotrowska czy Paweł Sakowicz.

Transfery: Do zespołu Nowego Teatru dołączają najmłodsze gwiazdy Starego Teatru Jaśmina Polak (w zespole jest jej brat Piotr Polak) i Bartosz Bielenia.

TR Warszawa, który zawiadywany przez Grzegorza Jarzynę i Romana Pawłowskiego wyspecjalizował się ostatnio w produkowaniu spektakli za pięć złotych, postanowił w nadchodzącym sezonie wystawić w końcu coś powyżej tej kwoty i zaprosić nas na kilka smakowicie zapowiadających się premier.

Na pierwszą powędrujemy 6 października. Będzie to przedstawienie na motywach monumentalnej pięciotomowej autobiograficznej i uznanej powszechnie na arcydzieło „Mojej walki” Karla Ove Knausgårda w adaptacji Tomasza Śpiewaka i reżyserii Michała Borczucha. Dwa miesiące później, 8 grudnia, udamy na nowy spektakl René Pollescha, a wczesną wiosną Konstantin Bogomołow wystawi w Rozmaitościach „Mistrza i Małgorzatę” Michaiła Bułhakowa.

Od jesieni do wiosny TR we współpracy z Muzeum Polin będzie też kontynuował projekt „Obcy w domu. Wokół Marca ‘68”. Jego pierwszy etap zakończył się wybraniem w lipcu pięciu duetów (Aleksandra Jakubczak i Krzysztof Szekalski, Grzegorz Jaremko i Łukasz Wojtysko, Patrycja Kowańska i Bartosz Ostrowski, Marta Nawrot i Jagoda Wójtowicz, Jędrzej Piaskowski i Hubert Sulima), które przez najbliższe miesiące będą rozwijały swoje pomysły na dzieło o Marcu, aż w końcu zwycięska para zrobi w TR przedstawienie.

Transfery: Do zespołu, jak głosi plotka, ma dołączyć Małgorzata Gorol (kolejna ucieczka ze Starego), a w obsadzie u Borczucha jest Halina Rasiakówna (do niedawna czołowa aktorka Teatru Polskiego we Wrocławiu).

Teatr Powszechny po kierownictwem Pawła Łysaka i Pawła Sztarbowskiego dał ostro do pieca w zeszłym sezonie i stał się najgłośniejszym teatrem IV RP. A co nam ta rozgrzana do czerwoności scena zaserwuje w nadchodzącym sezonie?

Teatr zaczyna 30 września od premiery „Mefista” w reżyserii Agnieszki Błońskiej. Potem, 11 listopada (data, jak rozumiem, nie jest przypadkowa) swój spektakl o superbohaterach pokażą Justyna Sobczyk z Jakubem Skrzywankiem. A na koniec roku, 8 grudnia, Powszechny zaprasza na „Czwartą generację” na podstawie filmów Rainera Wernera Fassbindera w reżyserii Agnieszki Jakimiak. W nowy rok Powszechny wkroczy z Cezarym Tomaszewskim i jego „Kramem z piosenkami”, w lutym Jolanta Janiczak i Wiktor Rubin zaproszą na „Nerona”, a w marcu Michała Zadara wyreżyseruje spektakl pod tytułem „Wypędzenie Żydów z Polski w roku 1968”.

Po sukcesach spektakli Mai Kleczewskiej i Anny Smolar bezdomny Teatr Żydowski pod kierownictwem Gołdy Tencer postanowił w nadchodzącym sezonie doszlusować do najlepszych i stworzył jeden z najciekawszych planów repertuarowych.

Pierwsza warta uwagi premiera będzie 11 września. Michał Buszewicz reżyseruje, oczywiście według swojego tekstu, „Kibiców” – spektakl, w którym biorą udział „aktorzy żydowscy” i kibice Legii Warszawa. Co wyniknie ze spotkania tych dwóch jakże różnych (wrogich?) światów, przekonamy się niebawem w Nowym Teatrze, gdzie spektakl będzie grany gościnnie.

Na drugą interesującą premierę wygląda „Ostatni syn” – bajka Magdy Fertacz w reżyserii Przemysława Jaszczaka opowiadająca o chłopcu, który mieszka w ukryciu i wierzy w kolorowy świat z opowieści swojej matki. Ale pewnego dnia opuszcza kryjówkę i widzi rzeczywistość rozrywaną konfliktami między wyznawcami różnych religii. Próbując zrozumieć dlaczego, rozmawia z napotkanymi po drodze Żydem, Chrześcijanką, Muzułmaninem i Buddystką. Ciekawy jestem, co mu powiedzą. Premiera 1 października.

W listopadzie w Żydowskim będą aż dwie premiery. Za pierwszą odpowiada Maja Kleczewska, która wystawi „Golema” Gustava Meyrinka – opowieść o stworzonej przez Żydów postaci z gliny, która ożywiona miała ochraniać nieustannie zagrożoną społeczność. Za drugą odpowiadają Weronika Murek (tekst) i Jędrzej Piaskowski (reżyseria). Zajmą się Wierą Gran, legendarną pieśniarką, której życiorys jest punktem wyjścia do skonstruowania scenicznej fantazji o związkach sztuki z walką o przetrwanie za wszelką cenę oraz pozycji artysty wobec opresyjnej władzy.

W marcu na spektakl o Marcu ’68 zaprosi Anna Smolar (wysyp marcowych przedstawień spowodowany jest przypadającą w przyszłym roku 50. rocznicą Marca ’68), ale zrobi to z zupełnie innej strony, niż praktykowano to dotychczas. Smolar – urodzona i wychowana w Paryżu córka marcowych emigrantów – pracuje nad przedstawieniem, które oddaje głos drugiemu pokoleniu, czyli dzieciom tych, których wypędzono z Polski. Tekst autorstwa Michała Buszewicza powstanie na podstawie wywiadów z rodzicami i dziećmi, które przeprowadzam od kilku miesięcy w Izraelu, Stanach Zjednoczonych i Europie. Więcej o tych rozmowach i ich bohaterach napiszę niebawem.

W maju do Żydowskiego wkroczą Jolanta Janiczak i Wiktor Rubin, którzy przeniosą na scenę znakomitą, nominowaną do Nagrody Literackiej „Nike” autobiografię Andy Rottenberg „Proszę bardzo” (duet ma zaskakujący i jakże podniecający pomysł na to, kto miałby Andę Rottenberg zagrać, ale na razie musiałem przysiąc na grób Mieczysławy Ćwiklińskiej, że go nie zdradzę, wiec milczę jak zaklęty), a w czerwcu zobaczymy nowe przedstawienie króla musicali Wojciecha Kościelniaka. Będzie to „Lola Blau”, opowieść o młodej Żydówce, odnoszącej pierwsze sukcesy aktorce kabaretowej, która musi uciekać z Austrii po anschlussie i robi w Stanach zawrotną karierę.

Wieść gminna niesie, że w Żydowskim ma też pracować Magda Szpecht, która zainteresowała się tekstem Tomasza Śpiewaka „Polacos” o polskich Żydówkach, które pod koniec dziewiętnastego wieku sprowadzane były przez mafię do południowoamerykańskich burdeli.

W STUDIO teatrgalerii pierwszą premierą, 20 października, będzie „Dobra terrorystka” noblistki Doris Lessing w reżyserii Agnieszki Olsten, a drugą, w listopadzie, „Fallaci” – monodram Remigiusza Grzeli w reżyserii Zbigniewa Brzozy. W rolę słynnej dziennikarki Oriany Fallaci wcieli się Ewa Błaszczyk. A potem czekamy do nowego roku, kiedy to 20 stycznia powędrujemy na „Biesy” Fiodora Dostojewskiego w reżyserii dyrektorki artystycznej STUDIO Natalii Korczakowskiej. Premiera numer dwa, 17 marca, to „Kartoteka” Tadeusza Różewicza w reżyserii Radka Rychcika. A 12 kwietnia na „Srebrny sen Salomei” Juliusza Słowackiego zaprasza miłośnik polskiej klasyki Michał Zadara, który – uwaga! uwaga! – sam stanie na scenie. Dwa tygodnie później w STUDIO zobaczymy „Żaby”, przedstawienie Michała Borczucha na podstawie przepisanych przez Tomasza Śpiewaka komedii Arystofanesa i żywotów starożytnych filozofów. I na koniec sezonu, w czerwcu, do teatru wraca Arek Tworus (reżyser interesującej „Jaskini”), który będzie pracował na Scenie Modelatornia (tym razem zaaranżowanej przez Daniela Burena).

STUDIO będzie także realizowało z działającym przy Polskim Związku Głuchych Teatrem „Cisza na Scenie” projekt „Opera dla głuchych” w reżyserii Wojtka Zrałka-Kossakowskiego, muzyką Roberta Piotrowicza i librettem Adama Stoyanova i Zrałka-Kossakowskiego (polecam przy tej okazji znakomity „Jeden gest” Wojtka Ziemilskiego w Nowym Teatrze) i zaczyna współpracę z REDCAT (Roy and Edna Disney/CalArts Theater) – interdyscyplinarnym centrum sztuki w Los Angeles prowadzonym przez California Institute of the Arts. Korczakowska wyreżyseruje tam spektakl o Witkacym, patronie teatrgalerii i za rok przywiezie go do Polski.

Transfery: Ze zespołu odchodzą Agata Goral, Katarzyna Warnke i Dorota Landowska, a dołącza Dominika Biernat.

Pisząc o najciekawszych stołecznych teatrach nie można pominąć Komuny Warszawa, która biedna jest jak mysz kościelna, a ciągle produkuje mnóstwo wspaniałości. I tak 1 września zobaczymy kolejną odsłonę cyklu „Przed wojną/wojna/po wojnie” przygotowaną przez Agnieszkę Jakimiak, a 1 grudnia „Ośrodek wypoczynkowy” Michała Buszewicza i Anny Smolar – spektakl o tych, którzy w czasie polityczno-społecznej zawieruchy nie włączają się w walkę, ale uciekają w bezpieczne miejsce, udając, że nie widzą, co się wokół dzieje. Do przyjścia na tę premierę zachęca także świetna obsada w składzie Marta Ścisłowicz, Maciej Pesta, Jan Sobolewski, Sonia Roszczuk i Małgorzata Witkowska.

Po wielkim sukcesie Mikroteatru (cyklu 16-minutowych przedstawień), Komuna rusza w nowym sezonie z Makroteatrem, czyli 16-godzinnymi spektaklami w reżyserii Krzysztofa Garbaczewskiego i Wojtka Ziemilskiego oraz kolektywów Komuny i Klancyka (niech Zadara nie myśli, że tylko on umie robić spektakle, na które trzeba przyjść z kanapkami i termosem z wódką).

Na Lubelską wraca też autorka największego hiciora Komuny czyli Marta Ziółek. Jej „Zrób siebie” nadal objeżdża świat, a Ziółek z dramaturgicznym wsparciem Anki HerbutMateusza Szymanówki oraz szatańskim kolektywem w składzie Paweł Sakowicz, Robert Wasiewicz, Katarzyna Sikora, Ramona Nagabczyńska, Agnieszka Kryst i Maria Magdalena Kozłowska zabiera się za „PIXO”, by „zmagać się ze sławą, widzialnością i głodem adrenaliny w procesie transformacji ciała i wizerunku”. Jako osoba, która nie zmaga się ani ze sławą, ani głodem adrenaliny bardzo czekam na ten spektakl. Premiera 27 października.

Nikt się tak nie cieszy i nie chwali planami na nowy sezon jak Michał Kotański, dyrektor Teatru im. Stefana Żeromskiego w Kielcach. Bardzo zresztą słusznie. Udało mu się bowiem stworzyć taką repertuarową ofertę, jakiej mogą mu pozazdrościć najlepsze polskie sceny. Kotański przejął teatr rok temu po śmierci jego wieloletniego szefa Piotra Szczerskiego, który pozwalał na to, by raz w sezonie jego małe królestwo nawiedzały „zdradzieckie mordy”, „rozwrzeszczane lewactwo” i „ubeckie wdowy”, czyli krótko mówiąc najlepsi polscy reżyserzy. Obecny dyrektor postanowił nie tylko zwiększyć częstotliwość ich wizyt, ale zabrał się także w końcu za przebudowę tego kieleckiego kurnika na scenę z prawdziwego zdarzenia. Projekt wielkiej inwestycji jest coraz bardziej zaawansowany i wszystko wskazuje, że niebawem ruszy z kopyta. No, ale to nie jest tekst budowlany, więc przejdźmy do spektakli.

Na pierwszy ogień idą Jolanta Janiczak i Wiktor Rubin, którzy z „Żeromskim” są związani szczególnie mocno, i któremu przynieśli onegdaj sławę swoją znakomitą „Carycą Katarzyną”. Tym razem duet bierze się za legendarnego „Rasputina” (to tytuł ich spektaklu) i przy jego pomocy chce zadać pytania o potrzebę wiary w obliczu cierpienia i strachu. Tytułowego bohatera zagra gościnnie powracający po latach do Kielc Maciej Pesta, do niedawna aktor Teatru Polskiego w Bydgoszczy. Premiera 23 września.

Na początku grudnia, dokładnie 9, zobaczymy w końcu wielokrotnie przekładaną prapremierę „1946”, sztuki o najbardziej haniebnym wydarzeniu w powojennej historii Kielc i jednym z najbardziej bolesnych rozdziałów w historii stosunków polsko-żydowskich jakim był bez wątpienia pogrom kielecki. Tekst pisze Tomasz Śpiewak, a wyreżyseruje go Remigiusz Brzyk. Panowie pracowali wspólnie niejeden raz i efektem tej kolaboracji były zwykle bardzo udane spektakle. Miejmy nadzieję, że tak będzie i tym razem. Tym bardziej, że to przedstawienie powstaje w mieście, które co rusz rozpala kolejna awantura o pogrom (patrz: niedawny znakomity film dokumentalny Michała Jaskulskiego „Przy Planty 7/9”) i w kraju, w którym rządzący politycy i wasalne wobec nich media coraz bardziej podsycają wśród Polaków pogromowe nastroje. „1946” jest z pewnością jedną z tych najbardziej oczekiwanych premier.

Miesiąc po niej, 13 stycznia, „Żeromski” w koprodukcji ze stołecznym Teatrem IMKA zaprosi widzów na „Jądro ciemności” na motywach książki Josepha Conrada. Tekst pisze Paweł Demirski, a wyreżyseruje go oczywiście Monika Strzępka. To cieniutkie opowiadanie Conrada jest dziełem o wielkiej mocy, co udowodnił ponad wszelką wątpliwość blisko czterdzieści lat temu Francis Ford Coppola swoim obsypanym nagrodami „Czasie apokalipsy”. Do czego Strzępkę i Demirskiego zainspirowała opowieść o niewyobrażalnie okrutnym belgijskim kolonializmie w Wolnym Państwie Kongo, prywatnej własności Leopolda II, dowiemy się niebawem.

Na koniec sezonu, 23 czerwca, do Kielc po raz pierwszy w swojej karierze przyjedzie Maja Kleczewska, która zaprosi widzów do Lasu Ardeńskiego, gdyż ma zamiar – zupełnie na poważnie – wystawić słynną komedię Szekspira „Jak wam się podoba”. Artystka chce nią zadać pytanie o sens sztuki współczesnej, o której współpracujący z nią od niedawna Zbigniew Libera mówi, że „się w Polsce nie przyjęła”. Coś czuję, że śmiać się to my będziemy, ale przez łzy.

Transfery: Do kieleckiego zespołu dołączyli związany z Teatrem Dramatycznym w Płocku Jacek Mąka i absolwent PWST w Krakowie Bartłomiej Cabaj, którego kieleccy widzowie mogli oglądać z zeszłym sezonie w trzech spektaklach.

W Teatrze Zagłębia w Sosnowcu, przywróconym na mapę Polski przez Dorotę Ignatjew, artystyczne rządy objęła niedawno młoda reżyserka i teatrolożka Aneta Groszyńska, co wskazuje na chęć utrzymania w Sosnowcu ambitnego repertuaru. Co więc zobaczymy na scenie największego rywala Teatru Śląskiego w Katowicach?

Sezon otworzy „Wojna światów” Herberta George Wellsa w adaptacji i reżyserii Weroniki Szczawińskiej. Podejrzewam, że ta słynna apokaliptyczna powieść science fiction o Marsjanach podbijających Ziemię ma być pretekstem do zajęcia się tematem, który żywo porusza ostatnio artystów wszelkich dziedzin, czyli coraz większego poczucia zagrożenia wojną i tego, co ona ze sobą niesie oraz wzrastających uprzedzeń i lęków wobec obcych. W sumie, gdyby Ziemian zamienić na Polaków, a Marsjan na uchodźców, których Polacy nigdy na żywo nie widzieli, ale bardzo się ich boją, to mielibyśmy „Wojnę światów 2017” jak malowaną. Premiera 4 listopada.

Cztery miesiące później, 9 marca, widzowie będą mogli obejrzeć „Wroga – instrukcję obsługi”, spektakl dla dzieci i młodzieży w reżyserii Justyny Sobczyk. A na przełomie marca i kwietnia do Sosnowca zaprosi Maciej Podstawny (dyrektor artystyczny Teatru Dramatycznego w Wałbrzychu reżyseruje w Teatrze Zagłębia Sosnowcu, a dyrektorka artystyczna Teatru Zagłębia w Sosnowcu reżyseruje w Teatrze Dramatycznym w Wałbrzychu). To zresztą nie jedyna oznaka sosnowiecko-wałbrzyskiej kooperacji, bo 8 czerwca zobaczymy premierę koprodukowanej przez obie sceny „Duchologii polskiej” Olgi Drendy.

Transfery: Z zespołu Teatru Zagłębia do Teatru im. Juliusza Osterwy odchodzą Edyta Ostojak i Sebastian Węgrzyn, a na ich miejsce przychodzą z Teatru im. Wojciecha Bogusławskiego w Kaliszu Natasza Aleksandrowitch i dotychczasowy wolny strzelec Łukasz Stawarczyk.

Skoro już o Wałbrzychu mowa to plan tamtejszego Teatru Dramatycznego im. Jerzego Szaniawskiego wygląda następująco: 21 września będzie premiera spektaklu w reżyserii Jakuba Skrzywanka „Kiedy mój tata zamienił się w krzak” Joke van Leeuwen, dzięki której spojrzymy na świat oczami dziewczynki-uchodźcy. W październiku reżysersko zadebiutuje gombrowiczowską „Iwoną, księżniczką Burgunda” Grzegorz Jaremko. Na początku grudnia Maciej Podstawny wystawi „Lorda Jima” Josepha Conrada w koprodukcji z Teatrem Współczesnym w Szczecinie. A w nowym roku najpierw zobaczymy spektakl „Sienkiewicz Superstar” Anety Groszyńskiej, a 30 marca „Mausa” Arta Spiegelmana – sceniczną wersję jednego z najsłynniejszych komiksów świata w reżyserii debiutującego reżysersko scenografa Mirka Kaczmarka.

W Teatrze im. Juliusza Osterwy w Lublinie kierowanym przez Dorotę Ignatjew warto zwrócić uwagę na szykowaną na połowę grudnia premierę „Hindele, siostra sztukmistrza” Patrycji Dołowy w reżyserii Pawła Passiniego, bo postać Hinde Ester Singer Kreytman, siostry Izaaka Baszewisa Singera jest naprawdę fascynująca. W marcu w „Osterwie” będzie reżyserował Jędrzej Piaskowski, pod koniec sezonu Remigiusz Brzyk (tytuły się jeszcze kokoszą).

Transfery: Do zespołu dołączają z Teatru Zagłębia w Sosnowcu Sebastian Węgrzyn i Edyta Ostojak oraz Maciej Grubich, absolwent PWST w Krakowie.

I last but not least Teatr Polski w Poznaniu kierowany przez Marcina Kowalskiego i Macieja Nowaka. Ta niewielka, acz bezczelna scena sieje w wielkopolskiej stolicy coraz większy artystyczny zamęt i nie ma zamiaru zaprzestać, na co dowodem jest zaplanowana na połowę listopada premiera, o której będą mówić i pisać wszyscy. Dlaczego? Bo będzie to spektakl o samym Naczelniku, Polskim Duce, Słońcu Tatr i Jutrzence Piastowskiej Ziemi! „Czas Kaczyńskiego” (nie mylić z „Czasem apokalipsy”) wystawią Monika Strzępka i Paweł Demirski.

Polski próbuje nieustannie eksplorować lokalne tematy, więc tym razem na afisz trafi jesienią „Lekcja poznańskiego” w reżyserii Julii Szmyt – spektakl na podstawie „Szneki z glancem. Elementarza gwary poznańskiej” Elizy Piotrowskiej. Będzie też kolejna odsłona cieszącej się dużą popularnością „Extravaganzy” Joanny Drozdy i spółki.

A co w nowym roku? Same delicje. W styczniu Jakub Skrzywanek wyreżyseruje „Kordiana” Juliusza Słowackiego, w marcu „Odysa” Marcina Cecki wystawi Ewelina Marciniak, w kwietniu na „Wielkiego Fryderyka” Adolfa Nowaczyńskiego zaprasza Jan Klata, a w czerwcu na „Korczaka” Anna Smolar (czy na podstawie świetnej biografii autorstwa Joanny Olczak-Ronikier?). No, to jest plan!

Na koniec zachęcam też do zaglądania do teatrów, których repertuar na co dzień dupy nie urywa (pozdrawiam Krystynę Jandę!), ale od czasu do czasu pozytywnie zaskakuje. Na pewno nie można przegapić premiery „Króla” Szczepana Twardocha w adaptacji Pawła Demirskiego i reżyserii Moniki Strzępki w Teatrze Polskim w Warszawie. Warto się wybrać na „Szajbę” Małgorzaty Sikorskiej-Miszczuk w reżyserii Marcina Libera (13 stycznia) i spektakl taneczny Izy Szostak w Teatrze im. Aleksandra Fredry w Gnieźnie. Trzeba obejrzeć „Korfantego” z tekstem i w reżyserii Przemysława Wojcieszka (27 października) i „Kobietę pod presją” na podstawie scenariusza Johna Cassavetesa w reżyserii Mai Kleczewskiej (16 marca) w Teatrze Śląskim w Katowicach. I pewnie parę innych spektakli, o których będę informował już po wakacjach. Ahoj przygodo!

FOTO | PILNE: Krystian Lupa powiedział

Zwykły wpis
ROZMOWA

Homolobby z Dobrą Zmianą

14708356_10155384410062571_2407838654811280979_n

Ale bawimy się w uszczypliwości, czy poważnie rozmawiamy? Z wiceministrą kultury Wandą Zwinogrodzką rozmawia (poważnie) Mike Urbaniak.

Myślałem, że pani minister rozmawia tylko z dziennikarzami niepokornymi, a tu proszę, spotkanie z homolobby.
– 
Spotykam się ze wszystkimi, którzy chcą rozmawiać.

I tak się składa, że dotychczas byli to sami prawicowi klakierzy.
– 
Nie przypominam sobie prośby o poważną rozmowę ze strony zdeklarowanych przeciwników rządu. To widocznie dziennikarze, którzy jej nie potrzebują.

Czy „lewicowy wrzask, który zakłóca możliwość artykulacji” już ustał?
– 
Pan zna tę frazę wyłącznie z internetu, czy czytał pan cały tekst?

Czytałem calusieńki.
– 
Zatem wie pan, że owa, nie przeczę, ostra pointa wieńczyła utrzymaną w tonie rzeczowej perswazji polemikę ze stanowiskiem Jana Klaty, postulującym powstanie teatru prawicowego.

Trudno tu powtarzać cały wywód, spróbuję go streścić. Uważam, że nie istnieje coś takiego, jak polityczny teatr prawicowy. Idea teatru politycznego to samodzielny wynalazek lewicy z początków ubiegłego stulecia. Swego czasu przyniósł on wiele świetnych inscenizacji na przykład Piscatora czy Meyerholda, u nas – Schillera. Ten teatr sam siebie zdefiniował jako oręż w walce politycznej, w służbie rewolucji.

Prawica teatr postrzegała inaczej. Dla niej nie był on instrumentem generowania wielkich zmian społecznych, ale przeciwnie – pielęgnowania kulturowej ciągłości, podtrzymywania tradycji i pamięci. Stąd przywiązanie do klasyki jako podstawy repertuaru, stąd też przekonanie, że teatr powołany jest do subtelniejszego dyskursu o kwestiach egzystencjalnych, a jeśli już o politycznych, to nie w doraźnej, ale w rozległej perspektywie – historycznej czy historiozoficznej. I w tym sensie ów subtelniejszy dyskurs jest zakłócany przez estetykę politycznego teatru lewicy, który lubi aktualne tematy, dosadność i jednoznaczność środków wyrazu, bo one pozwalają skuteczniej mobilizować do działania.

Moja figura „lewicowego wrzasku” właśnie tego dotyczyła. Gdy na scenach teatralnych dominuje dykcja lewicowa, teatr, do którego ja – nie ukrywam – jestem przywiązana, czyli teatr literacki, dyskretny, wyrafinowany, bo operujący powściągliwymi środkami aktorskimi i reżyserskimi nie ma szansy zaistnieć. Jest zagłuszany przez lewicową skłonność do prowokacji i skandalu.

Ale przecież lewactwo rządzące polskimi teatrami jest mitem. Na 140 publicznych teatrów jakieś 130 gra bardzo tradycyjny repertuar oparty na klasycznych tekstach dramatycznych, „powściągliwych środkach aktorskich i reżyserskich” bez „skłonności do prowokacji i skandalu”. Na palcach dwóch rąk możemy policzyć sceny, które umownie można nazwać lewicowymi. Rozumiem, że to poczucie zagłuszania wynika z intensywności, z jaką o owych kilku scenach się mówi w mediach, bo to są teatry, do których się jeździ. Jednak rzeczywistość jest taka, że w Polsce przygniatająca większość teatrów to konserwa.
– 
Może ma pan rację, jeśli mierzyć rzecz statystycznie, ale to nie jest miara właściwa wobec twórczości artystycznej. Myślę, że nie docenia pan skali wpływu wypracowanej przez lewicę estetyki w teatrach, które jako lewicowe się nie deklarują i nie plasują się na pierwszej linii frontu. To zresztą zjawisko naturalne – spektakle modne, głośne, nagradzane kształtują gusta i pociągają za sobą naśladowców, może nie tak biegłych jak mistrzowie, ale jednak próbujących podążać ich śladem. Poza tym jak pan sam zauważył są takie teatry, do których się jeździ i takie, do których się nie jeździ. A skoro się nie jeździ, to się nie pisze. Z mediów wyłania się więc obraz, który dla przeciętnego odbiorcy sztuki teatralnej jest jednoznacznie lewicowy. I, żeby była jasność, to obraz prezentowany przez media zarówno lewicowe, jak i prawicowe.

I tego właśnie zrozumieć nie potrafię. Skoro prawicowym dziennikarzom i krytykom teatralnym tak bardzo przeszkadzają te lewackie sceny, dlaczego nie jeżdżą do tych prawackich? Dlaczego zamiast pisać o spektaklach powstających w konserwatywnych w większości teatrach, ciągle smarują kolejne teksty o tych kilku od „lewicowego wrzasku”?
– 
To jest, panie redaktorze, pytanie nie do mnie. Chciałabym, żeby w Polsce dyskurs o teatrze był bardziej zrównoważony, żeby w przestrzeni publicznej mogły zaistnieć różne głosy, nie tylko te uznawane za modne i postępowe.

Ale zgodzimy się w końcu, że lewacy nie rządzą polskim teatrem?
– 
Będzie trudno o zgodę, bo – jak mówiłam – to nie statystyka rozstrzyga w świecie kultury. Decydują hierarchie budowane przez rozmaite gremia o dużej sile opiniotwórczej i jeśli się im przyjrzeć, obraz teatralny wydaje się zdominowany przez jedną stronę. Ale odwróćmy pańskie pytanie: dlaczego spektakle, które powstają w tych – upraszczając – konserwatywnych teatrach, nie znajdują miejsca w prasie lewicowej?

Bo są kiepskie i niewarte uwagi.
– 
To jest średni argument, bo, jak pan wie, łatwiej jest napisać recenzję ze złego spektaklu, niż z dobrego.

Ale to są takie spektakle i takie teatry, którym szkoda nawet poświęcać czas na złe recenzje.
– 
Nie mogę się z panem zgodzić. Rzetelność recenzencka, a jestem wychowanką starej szkoły, każe prowadzić ogląd całej teatralnej rzeczywistości i na tej podstawie wyciągać wnioski. Odwiedzanie jednych teatrów i omijanie drugich pozwala się krzewić rozmaitym uprzedzeniom. Poza tym nigdy nie ma gwarancji, że artysta, który zrobił trzy czy cztery nieudane przedstawienia, nie zrobi piątego, które okaże się wybitne.

Wtedy poczta pantoflowa natychmiast o tym doniesie i pojedziemy to wybitne dzieło zobaczyć.
– 
Wtedy jest pan skazany na wybory dyktowane przez innych.

Jadę jednak owo dzieło zweryfikować.
– 
A jak pan nie dostanie cynku, to pan nie pojedzie.

Cynk zawsze się dostaje. Pani minister wie doskonale jak małe jest nasze teatralne środowisko.
– 
I gdyby było w nim więcej umysłowej samodzielności i odpowiedzialności, a mniej skłonności do powtarzania sądów zapośredniczonych, być może, a nawet na pewno mieliśmy pełniejszy ogląd teatru.

Teatr Polski we Wrocławiu, jedna z najważniejszych krajowych scen, rozpada się na naszych oczach za sprawą zainstalowanego tam wbrew zespołowi i zdecydowanej większości środowiska teatralnego dyrektorowi Cezaremu Morawskiemu. Czy z dzisiejszej perspektywy uznałaby pani minister ten wybór za błąd? I czy widzi pani jakieś rozwiązanie ten sytuacji?
– 
Cezary Morawski nie został, jak się pan wyraził, zainstalowany, ale wybrany w przewidzianej ustawą procedurze konkursowej. Mówiłam już o tym wielokrotnie i nie chcę się powtarzać. Przypomnę tylko, że odbyły się dwa konkursy, do których mógł się zgłosić każdy, kto spełniał warunki formalne. Wystartowało w sumie ośmioro kandydatów z czego zaledwie trzech było profesjonalnie związanych z teatrem. Głosy komisji konkursowej rozłożyły się między dwóch: Daniela Przastka i Cezarego Morawskiego. Pierwszy, popierany przez zespół, to adiunkt w Instytucie Nauk Politycznych UW, który nigdy nie pracował w teatrze, a jedynie incydentalnie współdziałał jako dramaturg z Michałem Zadarą. Drugi to doświadczony aktor, wieloletni pedagog Akademii Teatralnej w Warszawie. Większość członków komisji uznała, że dla teatru, który ma trzy sceny i prawie półtora miliona długu najroztropniejszym wyborem będzie Morawski, co oczywiście nie przesądza o powodzeniu jego misji. Tym bardziej, że została ona podjęta w atmosferze nagonki.

Sytuacja w Teatrze Polskim oczywiście mnie martwi, tak samo, jak pewnie wszystkich zainteresowanych losem teatru w naszym kraju. Jednak możliwość działania ministerstwa jest limitowana ograniczeniami obowiązującego prawa. Poza tym spodziewałabym się po środowisku nieco więcej konsekwencji myślowej, bo z jednej strony przy okazji Obywatelskiego Kongresu Kultury urządza się demonstrację wzywającą do oddzielenia polityków od kultury „podwójną, żółtą, ciągłą linią”, a z drugiej – oczekuje się od ministra, by drogą ręcznego sterowania rozstrzygnął konflikt wokół wrocławskiego teatru, lekceważąc wynik konkursu, co skądinąd byłoby sprzeczne z prawem. Najpierw minister Gliński został zwymyślany, także przez pana, od ostatnich za to, że wyraził opinię o spektaklu Eweliny Marciniak „Śmierć i dziewczyna”, a teraz państwo oczekują, że arbitralnie wskaże, jaki program artystyczny ma realizować ta scena, konkretnie – taki sam, jak dotychczas. Sprzecznym żądaniom trudno sprostać.

Czyli ministerstwo nie ma sobie nic do zarzucenia i umywa ręce?
– 
A co pana zdaniem, pytam zupełnie szczerze, ministerstwo powinno zrobić?

Podjąć się choćby mediacji.
– 
Owszem, próbuję to robić, ale nie będę mówiła o szczegółach, bo mediacja ma to do siebie, że jeśli ma się powieść, musi być prowadzona w ciszy. Zwłaszcza, że wokół tej sprawy rozpętane zostały tak silne emocje, że teraz wypada je raczej chłodzić.

A nie mogłaby pani minister namówić po prostu Morawskiego, żeby zrezygnował?
– 
Namawiała go do tego masa osób. Powiedziałabym, że często w sposób wykraczający poza granice przyzwoitości – próbując go zdezawuować, upokorzyć lub zaszantażować. Bezskutecznie.

Biedulek. Pani też go namawiała?
– 
W tak zorkiestrowanym chórze nie widzę dla siebie miejsca.

Tymczasem inny Teatr Polski, tym razem w Bydgoszczy, znalazł się pod prokuratorskim ostrzałem za sprawą pokazanego na Festiwalu Prapremier spektaklu „Nasza przemoc, wasza przemoc” Olivera Frljicia. Słusznie?
– 
Nie mnie się w tej sprawie wypowiadać. Prokurator jest urzędnikiem państwowym zobligowanym do pilnowania procedur i prawa.

Inni się wypowiedzieli. Marszałek województwa kujawsko-pomorskiego zagroził teatrowi cenzurą ekonomiczną, a prezydent Bydgoszczy, który jest organizatorem teatru – wziął go w obronę. Pani nie ma w tej sprawie zdania?
– 
O konsekwencjach prawnych w tej konkretnej sprawie nie będę mówiła, bo nie jestem prokuratorem i nie zamierzam nim być. To pytanie do prokuratury, czy na gruncie obowiązującego w Polsce porządku prawnego zostały złamane jakieś zasady czy nie. Wyjaśni to zapewne wszczęte postępowanie.

Natomiast jeśli pytanie dotyczy generalnych zasad kierowania instytucjami artystycznymi, uważam, że te, które utrzymywane są ze środków publicznych, powinny wykazywać wrażliwość wobec głosów obywateli. Jeśli korzysta się z pieniędzy podatników, trzeba uwzględnić ich oczekiwania, tak samo zresztą jak trzeba liczyć się ze stanowiskiem prywatnego sponsora, jeśli to on utrzymuje jakieś przedsięwzięcie. Takie są od wieków zasady mecenatu, jakikolwiek ten mecenat ma charakter.

Przecież takie podejście sparaliżowałby instytucje kultury. Za każdym razem, kiedy ktoś powie, że czuje się obrażony, teatr miałby zmieniać treść spektaklu?
– 
Proszę wybaczyć, przeprowadza pan właśnie reductio ad absurdum. Nie mówię o pojedynczych przypadkach czy osobistych gustach. To, że paru osobom coś się nie spodoba, nie wpływa przecież na działanie instytucji.

Ile zatem osób musiałby poczuć się obrażonych, żeby wpływało?
– 
Znów powtórzę: statystyka nam tu nie pomoże. Próbując wyrazić rzecz w liczbach, brniemy w głupstwo. Jeśli jakiś znaczący i wyraźnie słyszalny odłam opinii publicznej protestuje, wypada rozważyć jego argumenty. Skoro dochodzi do tego, że sprawa ląduje na czołówkach gazet i portali, a ludzie, którzy do teatru nie chadzają i o Festiwalu Prapremier wcześniej nawet nie słyszeli, dowiadują się o tej zasłużonej, organizowanej od piętnastu lat imprezie, wyłącznie z uwagi na skandal, który teraz miał tam miejsce, mamy do czynienia z sytuacją niepokojącą także – jak sądzę – dla organizatorów i uczestników tego festiwalu.

Stało się coś niedobrego, nie wiem dokładnie co, bo spektaklu nie widziałam więc nie będę go oceniać. Jednak jestem głęboko przekonana, że instytucja kultury powinna być dla społeczności, która ją finansuje przestrzenią porozumienia, dialogu i szacunku, a nie obrażania i wzniecania konfliktów.

Przecież sztuka, także teatr, jest od tego, żeby wsadzać kij w mrowisko, zadawać niewygodne pytanie, wypychać nas ze strefy komfortu. „Do teatru nie wchodzi się bezkarnie”.
– 
Owszem, to także rola sztuki i nikt artystom nie zabrania wsadzania kija w mrowisko. Chociaż moim zdaniem prowokacja i skandal bynajmniej nie skłaniają do rewizji przekonań, raczej prowadzą do usztywnienia stanowisk i taki scenariusz właśnie realizujemy, czyż nie? Jeśli robi się to na scenach finansowanych z pieniędzy podatników, trzeba się liczyć z ich oczekiwaniami.

Tylko, że każdy ma inne oczekiwania. Są tacy, którzy przeciw spektaklowi Frljicia protestowali (oni w teatrze nie byli) oraz tacy, którzy go obejrzeli z zainteresowaniem. Dlaczego ci, którzy są w większości mają przegrać z hałaśliwą, agresywną mniejszością?
– 
A dlaczego pan sądzi, że ci, którzy w teatrze nie byli to mniejszość? Na zdrowy rozum: raczej większość. I skąd wiadomo, że są wśród nich wyłącznie ludzie niezainteresowani teatrem? Może są i tacy, których teatr ciekawi, a nie przyszli właśnie dlatego, że nie szukają wstrząsających wrażeń, nie chcą być atakowani, obrażani, nie chcą patrzeć, jak dezawuuje się to, w co wierzą, co cenią i szanują?

Zostawmy jednak wreszcie te spory o liczby, one nas nigdzie nie doprowadzą. Kultura finansowana ze środków publicznych nieustannie balansuje między interesem społeczności a posłannictwem sztuki. Nie mamy w tej materii niezawodnych rozwiązań, zresztą nie tylko my w Polsce, także w wielu innych krajach. Pan jest za tym, żeby artyści korzystający z pieniędzy podatników mogli robić, co im się podoba, nawet obrażać tych, którzy ich finansują. Ja z tym się zgodzić nie mogę.

Ja jestem za tym, pani minister, żeby niewielkie grupy agresywnych ludzi nie mogły paraliżować działań teatrów.
– 
Agresja nie jest jednostronna. Pozwoli pan, że przytoczę pewien cytat: „Polityków wszystkich tych partii łączy kompletny brak wiedzy o kulturze, filozofia prowadzenia kulturalnych instytucji polegająca na obsadzaniu dyrektorskich foteli kolegami gwarantującymi mierną politykę repertuarową świętego spokoju oraz cierpienie na dolegliwość, którą w Międzynarodowej Klasyfikacji Chorób oznacza jest symbolem F70 czyli debilizm”. Wie pan, kto to napisał?

Cieszę się, że pani minister czyta mój blog.
– 
Czytuję i widzę bardzo wyraźnie, że nie tylko z jednej strony padają inwektywy. Pan uważa, że to lewa strona jest nieustająco napadana, a w moim odczuciu i odczuciu prawej strony to my częściej bywamy obiektem ataków.

To ma być ten słynny przemysł pogardy?
– 
Sformułowanie to należy do języka publicystyki politycznej i wołałabym nie odnosić go do spraw, o których rozmawiamy. Zmierzam do tego, że obrzucanie się błotem przez ludzi kultury nie ma wielkiego sensu, paraliżuje bowiem zdolność realizacji przypisanej im misji społecznej. Rolą artystów i intelektualistów nie jest osobiste i bezpośrednie przekształcanie rzeczywistości, ale jej rozpoznanie, opis, refleksja nad nią, prowadzenie debaty i wymiany poglądów celem sformułowania jak najtrafniejszej diagnozy i wniosków na przyszłość. Gdy sędzia albo komentator zamiast obserwować starcie, pilnować przestrzegania reguł i bezstronnie oceniać przebieg walki, rzuca się z pięściami na jednego z zawodników, o żadnym meczu bokserskim nie można już mówić, mamy tylko bezładną bijatykę.

Zgoda, ale to państwo zaczęli mordobicie.
– 
Ja uważam, że na odwrót. Agresja w stosunku do naszej ekipy rozpoczęła się zanim jeszcze zdążyliśmy cokolwiek zrobić. Ale czy ten spór ma sens? Czy nie przypomina panu podwórkowych kłótni, kto pierwszy zaczął? Przecież to dziecinada.

Stołeczny ratusz rozwala teatr po teatrze. Ostatnią ofiarą nieudolnej polityki Hanny Gronkiewicz-Waltz i jej odpowiedzialnych za kulturę urzędników jest Teatr Żydowski, który stracił swoją siedzibę. Pani minister załatwiła teatrowi tymczasową siedzibę w Klubie Garnizonu Warszawa, ale to rozwiązanie na teraz. Żydowski potrzebuje stałego adresu. Jak pani widzi przyszłość tej sceny?
– 
Moje osobiste zdanie jest takie, że Teatr Żydowski powinien grać przy placu Grzybowskim. To jest historyczna, zdefiniowana od blisko pół wieku siedziba tej sceny – niezwykle ważnej dla krajobrazu teatralnego Warszawy i Polski. Teatr Żydowski musi trwać i rozwijać się. Gdyby państwo polskie nie umiało mu tego zapewnić, poniosłoby rozpaczliwą porażkę. Niestety sytuacja wokół inwestycji związanej z byłą już siedzibą teatru jest bardzo skomplikowana i pozostaje właściwie poza kompetencjami Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Mimo, że teatr współprowadzi?
Współprowadzenie oznacza tylko, że mamy wgląd w to, jak wydawane są przekazywane przez nas środki finansowe. Tyle. Organizatorem Żydowskiego jest stołeczny ratusz i w jego rękach jest los tej sceny.

Los Teatru Żydowskiego jest w rękach ratusza, ale to pani minister znalazła mu tymczasową siedzibę?
Istnieje nieformalna sfera działań, w której możemy jako urzędnicy się poruszać i ja to zrobiłam, ale nic bym nie wskórała, gdyby nie dobra wola Ministerstwa Obrony Narodowej – zarówno ministra Macierewicza, jak i wiceministra, profesora Fałkowskiego.

Antoni Macierewicz dający siedzibę Teatrowi Żydowskiemu. Kto by pomyślał, że dożyjemy czegoś podobnego.
– 
Widzi pan, czasem dobrze jest się przyglądać rzeczywistości samodzielnie i nie ufać cudzym rozpoznaniom, bo potem rzeczywistość nas zaskakuje. Choć dla mnie to nie było zaskoczenie, bo znam stosunek pana ministra do kultury żydowskiej.

Z Radia Maryja, czy z felietonów w Telewizji Trwam?
– 
Ale teraz bawimy się w uszczypliwości, czy poważnie rozmawiamy? Wie pan, między wizerunkiem publicznym, szczególnie kreowanym przez nieprzyjazne media, a rzeczywistością jest jednak spory rozdźwięk. Panu ministrowi nie trzeba było tłumaczyć, że kultura żydowska jest niezbywalnym składnikiem kultury polskiej. On o tym doskonale wie i w związku z tym natychmiast podjął decyzję, by przekazać do dyspozycji bezdomnego Teatru Żydowskiego scenę w Klubie Garnizonu Warszawa.

A co potem?
– 
Należy dążyć wszystkimi siłami do tego, by Teatr Żydowski wrócił na plac Grzybowski i wierzę, że tak się stanie. Nawet jeśli teraz władze Warszawy są zbyt pochłonięte własnymi kłopotami, by zająć się tą sprawą i na przykład zaszczycić konferencję prasową poświęconą przyszłości tego teatru obecnością pani prezydent, bądź któregoś z wiceprezydentów. Ufam, że to się zmieni. Albo władze się zmienią.

Jak pani minister ocenia pracę dyrektorów podległych ministerstwu teatrów narodowych w Warszawie i Krakowie?
– 
Niedawno przedłużyliśmy kontrakt dyrektorowi Janowi Englertowi, który pokieruje Teatrem Narodowym w Warszawie przez kolejne trzy sezony i to chyba wystarczy za odpowiedź. Narodowy funkcjonuje dobrze, oferuje urozmaicony repertuar. Wysiłek inscenizacyjny włożony w obchody 250-lecia – „Kordian”, „Pan Tadeusz”, „Dziady” – zasługuje na uznanie.

Jeśli zaś chodzi o Stary Teatr w Krakowie, to sytuacja jest nieco inna, bo dyrekcję Jana Klaty znamionowały rozmaite protesty i perturbacje. Jego program artystyczny bywał przedmiotem licznych kontrowersji, wywołał dość namiętną dyskusję na temat misji i charakteru tej sceny. Kontrakt Jana Klaty wygasa z końcem bieżącego sezonu i to dobra sposobność, by spór wszedł w fazę bardziej konstruktywną czyli zamiast, jak dotąd, we wzajemnych obelgach wyraził się w rywalizacji konkurencyjnych ofert programowych. Dlatego na początku przyszłego roku będziemy chcieli ogłosić konkurs na stanowisko dyrektora.

Dyrektorzy nie chcą startować w konkursach w teatrach, w których kończą im się kontrakty, bo samo ogłoszenie konkursu uznają za wotum nieufności.
– 
To jest już problem dyrektorów. Weryfikacja jest rzeczą zupełnie naturalną w ustroju demokratycznym. Mianowanie bez konkursu powinno być wyjątkiem i dotyczyć wyłącznie sytuacji, w których dana kandydatura nie wzbudza protestów.

Ministerstwo współprowadzi kilka teatrów dramatycznych: Polski we Wrocławiu, Żydowski w Warszawie, Wybrzeże w Gdańsku, „Jaracza” w Olsztynie, Wierszalin w Supraślu i Gardzienice. Rok temu zapowiadali państwo weryfikację tej listy. Coś się na niej zmieni?
– 
Zamierzamy ją rozszerzyć. Wyraziliśmy intencję współprowadzenia Teatru Polskiego w Warszawie. Rozmawiałam na ten temat z dyrektorem Andrzejem Sewerynem i odpowiadającym za tę scenę marszałkiem Mazowsza Adamem Struzikiem, który wstępnie zaaprobował naszą propozycję. Inna rzecz, że dotąd nie odpowiedział na oficjalne pismo w tej sprawie i ta opieszałość wydaje mi się dziwna.

Ja tam się nie dziwię, nikt nie chce paktować z dobrą zmianą.
– 
To jest nieprawda, bo mamy długą kolejkę instytucji, które kołaczą do drzwi ministerstwa z prośbą o współprowadzenie, a co za tym idzie – współfinansowanie.

Czy rozważany jest jeszcze jakiś teatr?
– 
Być może będzie to Teatr „Banialuka” w Bielsku-Białej, bo chcemy dodać do współprowadzonej przez resort listy scenę lalkową.

Dlaczego akurat „Banialukę”? O wiele lepszy jest Teatr Animacji w Poznaniu albo Białostocki Teatr Lalek.
– 
O doborze konkretnych instytucji decyduje kilka rozmaitych kryteriów – obok dorobku, także na przykład położenie geograficzne. Dotychczas były takie regiony Polski, które miały kilka współprowadzonych przez ministerstwo instytucji, i takie które nie miały żadnej. Chcielibyśmy to zrównoważyć.

Nie wykluczam, że w przyszłości wesprzemy kolejne placówki, ale to zależy od wielu czynników: w jakim stopniu to rozwiązanie sprawdzi się w instytucjach teraz wytypowanych, jakie będą nasze możliwości finansowe, a także od tego, czy system finansowania i administrowania kulturą zostanie utrzymany w obecnym kształcie, bo o potrzebie jego korekty mówi się od dawna.

Ministerstwo planuje nowelizację ustawy o prowadzeniu działalności kulturalnej, czy uchwalenie nowej?
– 
Przekonanie, że uchwalona ćwierć wieku temu ustawa już się nie sprawdza jest dość powszechne. Należy ją bez wątpienia zaktualizować, bo pochodzi z czasów, gdy wolny rynek dopiero powstawał, a struktura administracyjna wyglądała inaczej. Pytanie czy potrzebna jest nowelizacja, czy też nowa ustawa, pozostawiam dzisiaj otwartym. Na pewno musi się na ten temat odbyć szeroka dyskusja środowiskowa.

Przecież państwo z nikim nie dyskutują, tylko uchwalają w nocy dowolne ustawy bez pytania o zdanie kogokolwiek. Tak ma to wyglądać i tym razem?
– 
Moją intencją jest praca nad ustawą, którą poprzedzą szerokie konsultacje środowiskowe. Planujemy coś, co roboczo nazwaliśmy Ogólnopolską Konferencją Kultury. Ma to być cykl spotkań z przedstawicielami środowisk artystycznych w podziale zarówno branżowym jak i regionalnym, by jak najwięcej zainteresowanych mogło się otwarcie wypowiedzieć.

Osobiście nie wierzę w sens arbitralnego narzucania rozwiązań ustawowych w sferze kultury. Nawet jeśli będą dobrze pomyślane albo sprawdzone w innych krajach, nie obronią się w praktyce, jeśli nie zyskają akceptacji środowiska. Będą naginane lub obchodzone tak, jak się to dzieje dzisiaj choćby z konkursami. Musimy – mówię „my”, bo poczuwam się do identyfikacji ze środowiskiem – zdobyć się na rzeczową rozmowę i wypracowanie konsensusu.

Co dobrego dobra zmiana przyniosła nam przez pierwszy rok?
– 
Przede wszystkim zwiększenie nakładów finansowych. W projekcie nowego budżetu mamy 220 milionów więcej niż poprzednio. Teraz wszystko jest w rękach Sejmu. Wierzę, że parlament uzna potrzeby zaniedbywanej przez tyle lat kultury. O jej znaczeniu dla obecnego rządu świadczy choćby fakt, że minister kultury jest w randze wicepremiera, co jednak, przyzna pan, jest dobrą zmianą w porównaniu z ministrem z poprzedniej ekipy, który tu został zesłany za karę.

Dla ministra Zdrojewskiego to była kara, a dla ministra Glińskiego to nagroda pocieszenia. I jeden, i drugi mieli inne plany i ambicje.
– 
Zaprzeczam. Rozumiem czytając pańskiego bloga, że ma pan daleko idące wątpliwości w tym względzie, ale zapewniam, że profesor Gliński uważa kulturę za dziedzinę o fundamentalnym znaczeniu dla budowy demokratycznego społeczeństwa, a w konsekwencji i państwa. Nie przypadkiem zajmował się socjologią kultury.

Pan minister nie ma bladego pojęcia o kulturze. Dowody na to dostajemy regularnie.
– 
To jest pana zdanie, ja mam inne. Dodajmy to do protokołu rozbieżności.

A co dobrego pani minister widziała ostatnio w teatrze?
– 
Bardzo interesujące wydały mi się „Dziady” w Teatrze Narodowymzresztą tak jak i inne spektakle Nekrošiusa, które oglądałam wcześniej.

Niedawno też obejrzałam w Starym Teatrze w Krakowie „Bitwę warszawską” Pawła Demirskiego w reżyserii Moniki Strzępki i muszę powiedzieć, że jest to znakomicie wyreżyserowany i zagrany spektakl. Oczywiście nie zgadzam się z jego treścią i z tym jak przedstawione są w nim niektóre postaci historyczne, ale to nie powód, by rzecz deprecjonować. Uważam, że powołaniem teatru jest między innymi ujawniać różne punkty widzenia i poddawać je pod dyskusję. Oczywiście pod warunkiem, że ktoś chce rozmawiać.

CZYTAJ TAKŻE:
Naprawdę jest dobrze
rozmowa z ministrą kultury Małgorzatą Omilanowską
Czyta, rozmawia, buduje
rozmowa z ministrem kultury Bogdanem Zdrojewskim
Teatr jest po to, żeby grać
rozmowa z posłem Krzysztofem Mieszkowskim
Perła rzucona przez wieprze
felieton o Teatrze Polskim we Wrocławiu
Chcieliście porno, to macie! | rozmowa z Eweliną Marciniak
Dobra zmiana, czyli ratuj się, kto może | felieton
Polska kultura w ruinie | felieton

____

Wanda Zwinogrodzka (ur. 1960) jest absolwentką Wydziału Wiedzy o Teatrze Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej (dzisiaj Akademia Teatralna) im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie. Krytyczka teatralna, autorka tekstów z historii i krytyki kultury, recenzji i felietonów. Była szefową Teatru Telewizji oraz Działu Artystyczno-Literackiego Agencji Filmowej TVP. Jest pomysłodawczyną i opiekunką artystyczną „Sceny Faktu” Teatru Telewizji. Pisała m.in. do „Gazety Wyborczej” i „Gazety Polskiej Codziennie”. Od listopada 2015 roku jest wiceministrą kultury i dziedzictwa narodowego w rządzie Beaty Szydło.

Zwykły wpis
DRAMATOPISARZE/DRAMATOPISARKI, REŻYSERZY/REŻYSERKI

Wałbrzyscy celebryci

DSC_3489

Kiedy przyjrzysz się karierom polskich reżyserów teatralnych, to one zawsze wyglądają tak samo. Najpierw dostajesz kopa w podbrzusze. Potem zaczynają cię doceniać. Na końcu przyłącza się konserwa. Następnie ładują cię do wora „mistrzostwo”. A na koniec to już na kolanach i z dużą ilością lubrykantu. Z Moniką Strzępką i Pawłem Demirskim rozmawia Mike Urbaniak.

Ludzie się was boją.
Demirski: – Trochę się boją.
Strzępka: – Bo rzucasz mikrofonami.
D: – Ja? To ty wychodzisz ze spotkań z okrzykiem: „Debile!”.
S: – Ja nigdy nie krzyczałam: „Debile!”.
D: – A po „Diamentach…” w Bydgoszczy?
S: – Byłam w ciąży. Po prostu szlag mnie trafił na kolejne pytanie o twoje wybitne dzieło literackie i jego ułomną sceniczną formę, za którą ja – jako ta wieśniacka reżyserka – odpowiadam.
D: – Poza tym jesteśmy generalnie bardzo sympatyczni.

Do Grzegorza Chlasty w TOK FM powiedzieliście: „Będzie pan wisiał, redaktorze!”.
S: – Ale to był żarcik, bo to bardzo fajny człowiek przecież. Kto by go tam wieszał.
D: – Może ten strach, to dziwne napięcie wynika też z tego, że w naszych spektaklach jest dużo ślepej i nieuzasadnionej nienawiści.

Dyrektorzy teatrów się was boją i nie dzwonią.
S: – Ale kto miałby do nas zadzwonić? Masz jakiś pomysł?
D: – Problem raczej polega na tym, że wiele osób, w tym dyrektorów, ma pogląd na nasze spektakle, choć ich nie widziało.

I to was dziwi? W Polsce to normalne, że ma się zdanie o spektaklu, którego się nie widziało.
S: – Co było bardzo dobrze widać przy okazji „Złotych żniw” Jana Tomasza Grossa. Najgorsze jest to, że nie ma już nawet poczucia obciachu w związku z tym. Ludzie przyznawali, że nie czytali książki, i zaraz potem przystępowali do jej krytyki.

Pamiętam też jak prof. Bartoszewski objechał biografię Kapuścińskiego pióra Artura Domosławskiego, choć nie widział jej na oczy. Było coś o burdelu i prostytutkach. A „Złote żniwa” to temat dla was interesujący?
S: – Nie.

Dlaczego?
S: – Bo ta cała holocaustowa konfekcja już zaznaczyła swoją obecność w najnowszych dziejach polskiego teatru. Doszło do tego, że w kulturze popularnej mamy w zasadzie dwa wizerunki Żyda: „aj-waja” z teatru Szymona Szurmieja i Gołdy Tencer oraz Żyda zaszczutego, ale grającego na pianinie. Zresztą ujęcie tematu przez Grossa nie jest niczym nowym, po prostu wypłynęło na popularyzatorskie wody debaty publicznej. Ale żeby było jasne – nie uważam, że temat Zagłady jest tematem przerobionym i zamkniętym. Wręcz przeciwnie.
D: – Dla mnie, jeśli już, interesujący jest cały dyskurs postpamięciowy. Kiedy myślimy nad zrobieniem jakiegoś spektaklu, to ważne jest dla nas wyczucie jakiegoś napięcia wokół danej sprawy. Ja go teraz nie czuję. Wszyscy są już na okopanych pozycjach. Nie znajduję klucza do tego tematu. A ty uważasz, że to jest dziś temat do teatru?

Tak uważam. Widzieliście „Naszą klasę”? Ja widziałem.
S: – To nas rozumiesz.
D: – Kiedy byliśmy na festiwalu w Łodzi, pani w naszym hotelu powiedziała, że gdyby ktoś kopał w nocy w nasze drzwi, to żebyśmy dali znać, bo mają dziś izraelską wycieczkę. Popatrzyliśmy na nią dziwnie. W nocy rozpoczęło się walenie. Ci Izraelczycy właściwie wyłamali drzwi do pokoju naszych kolegów z ekipy technicznej z wałbrzyskiego teatru, którzy próbowali się z nimi porozumieć i mówili: „Sleep, sleep. You go!”.
S: – A ci Izraelczycy, żadne kurwa sleep.
D: – Więc nasi zakasali rękawy, ale szybko zrozumieli, że zaraz wybuchnie afera z cyklu: panowie z Wałbrzycha zajebali w Łodzi Żydów. I odpuścili.

I tu właśnie jest moim zdaniem klucz to tematu. Te wszystkie „Auschwitz tours”, czyli wycieczki po obozach koncentracyjnych, słynne demolki izraelskiej młodzieży w hotelach, agenci ochrony, którzy jednym ruchem łamią ci rękę. A wszystko na tej „umęczonej, przesiąkniętej żydowską krwią ziemi„.
D: – Może to rzeczywiście jest jakiś ciekawy kontekst. Chociaż trzeba chyba wciąż pamiętać, żeby nie lać wody na antysemicki, wciąż działający, młyn albo już młynek. A może trzeba lać? Nie wiem.
S: – A mnie nie interesuje wchodzenie tylko w kontekst etniczny. „To Polacy zabijali dla kasy Żydów”, „to nie byli Polacy”, „to mniej Polacy, bo męty społeczne”. Dyskurs tożsamości etnicznej jest kompletnie bezużyteczny. Czy ten facet, co ściągał pierścionki z palców Żydówkom, miał buty czy nie miał? To jest istotna sprawa! Bez takiego kontekstu – de facto klasowego – nie ma sensu rozmawiać.

Właściwie zawsze występujecie w duecie, w prasie nie rozdziela się waszych nazwisk. Nie męczy was to ciągłe występowanie jako „my”?
D: – Monika każe mi tak mówić.
S: – Co?!
D: – Żartowałem.
S: – No pewnie, lubimy takie szowinistyczne żarciki. Przez kilka lat, kiedy o nas pisano i mówiono, moja praca była marginalizowana. „Wybitny pisarz i jego żona”. Przez lata znosiłam upokarzające sytuacje, notorycznie słysząc: „Dziś odbędzie się spotkanie z twórcami spektaklu Pawła Demirskiego pod tytułem…”. Musiałam sobie wyszarpywać pozycję, bo wiecznie występowaliśmy w konfiguracji: on – mój pan i ja – jego gejsza. Andrzej Horubała z „Uważam Rze” napisał o naszej sztuce: „Spektakl Pawła Demirskiego i matki jego dziecka”.
D: – To wynikało z tego, że kiedy zaczynaliśmy pracować, to ja miałem lepszą pozycję z racji mojej wcześniejszej pracy w Teatrze Wybrzeże, a ty unikałaś mediów, i tak to się porobiło. Ale oczywiście ty nie krzyczałaś na Łukasza Drewniaka za jego recenzje, tylko na mnie, w domu.
S: – Z Drewniakiem też sobie porozmawiałam. Ale wiesz, Paweł, możemy to traktować wyłącznie jako mój problem, tylko to niczego nie rozwiązuje. Przyjeżdżamy na Warszawskie Spotkania Teatralne, a ich dyrektor mówi, że oto przybył Paweł Demirski ze swoim spektaklem. Byłam pomijana i lekceważona.
D: – Nadmuchujesz to ponad miarę.
S: – Trzeba nadmuchiwać takie sprawy i powinniśmy to robić wspólnie.
D: – Ale robisz mi teraz awanturę o to?
S: – Przecież tylko rozmawiamy. Poza tym to Mike zaczął!
D: – Strzępka czyta biografię Stalina, bo to jedyna książka, w której się może przejrzeć jak w lustrze.

To macie ochotę się rozdzielić czy nie?
S: – Właściwie to nie jest tak, że my tylko ze sobą.
D: – Chciałaś mi dać lojalkę, ale jej nie podpisałem.
S: – Rzeczywiście, walczyliśmy trochę, żeby nas zaczęto traktować tandemicznie. Mamy już zaplanowany kolejny sezon, więc się – póki co – nie rozdzielamy.
D : – Bo my się poza wszystkim naprawdę lubimy i mamy fajnych współpracowników. Głupio bym się czuł, robiąc coś bez nich. Albo byśmy się pokłócili od razu, bo ty na przykład chciałabyś Jasia Suświłło (naszego kompozytora) i ja też.
S: – Jak widzisz, sami sobie zgotowaliśmy ten tandemiczny los. Ale myślę, że ten moment pracy nad czymś oddzielnie nadejdzie. Ja bym bardzo chciała zrobić na przykład Słowackiego.
D: – Chciałabyś spełnić marzenie Jacka Sieradzkiego. Powiedz to wprost.
S: –  Tak, chciałabym spełnić marzenie Jacka Sieradzkiego i zrobić „Kordiana”.
D: – To nie spełnisz jego marzenia, bo on chciał, żebyś zrobiła „Fantazego”.

Co teraz planujecie teatralnie?
S: – Najpierw „Położnice Szpitala świętej Zofii”, czyli rewia położnicza w Teatrze Rozrywki w Chorzowie. Historia oparta na faktach.

Opowiadajcie.
S: – Kiedy rodziliśmy dziecko… No dobra, ja rodziłam, bo ty Pawełku nic nie rodziłeś – mieliśmy mnóstwo problemów.
D: – Nasze dziecko urodziło się w takim stanie, że trzy razy w tygodniu byliśmy u różnych specjalistów. Czy będzie widział, czy nie? Czy będzie chodził, czy nie? Ma porażenie czy nie? Tak się skończył poród w jednym z najlepszych szpitali.
S: – I postanowiliśmy w związku z tym przyjrzeć się takim akcjom jak „Rodzić po ludzku”, ich ciemnym stronom, bo te akcje oprócz tego, że robią wiele dobrego, robią też sporo złego.
D: – Widać to świetnie przy okazji statystyk, które zawsze są wyścigiem. Muszą wyglądać jak najlepiej. Pewne rzeczy są w nich ujmowane, inne nie. Nie jesteś na przykład w stanie zdobyć informacji, na którym miejscu jest dany szpital, jeśli chodzi o liczbę popełnianych błędów lekarskich.

Dlaczego? Są tajne?
D: – Trudno dostępne.
S: – A jest tak, że te szpitale, które są najwyżej w rankingach, mają też najwięcej pozwów o błąd w sztuce lekarskiej, a dzieciaki, które się tam rodzą, częściej lądują na oddziałach patologii noworodka.
D: – I neurologii dziecięcej. Kiedy pojechaliśmy z naszym synkiem do Centrum Zdrowia Dziecka i powiedzieliśmy, gdzie rodziliśmy, to lekarze popatrzyli na nas znacząco.

Sztuka jest napisana?
D: – Jest mocna pierwsza wersja. I będzie zmieniana.

A dlaczego rewia?
S: – Eksplorujemy takie gatunki, które są ściśle związane z – nazwijmy to – łatwą rozrywką.
D: – Poza tym Janek zrobił z nami dziewięć spektakli i ani jeden recenzent nie napisał o jego muzyce, więc trzeba było zrobić tak, żeby teraz recenzenci nie mieli wyjścia.

Teatr muzyczny to dla was duże wyzwanie?
S: – Penetrowanie nowych gatunków jest podniecające. Mieliśmy spotkanie z aktorami, którzy będą brać udział w naszym spektaklu. To było dla nas trochę niezręczne, bo siedzę ja, Demirski, Janek, Rafał Urbacki (choreograf) i Maciek Chojnacki (scenograf) i mówimy: „Proszę, niech nam pan/pani coś zaśpiewa”. To nie był casting, po prostu przesłuchanie – Janek musiał wiedzieć, dla kogo pisze, na jakie głosy, na jakie skale. Ale tak czy inaczej – sytuacja trochę komisyjno-egzaminacyjna. I oni nam dali taki power, jaki jest nieosiągalny w teatrze dramatycznym. To są śpiewający aktorzy! Rozumiesz? Śpiewający aktorzy!

Co po Chorzowie?
S: – „Polskie pomniki” – hasło wywoławcze Bartka Szydłowskiego, szefa Łaźni Nowej. To będzie koprodukcja festiwalu Boska Komedia i jakiegoś teatru, jeszcze nie wiemy jakiego. Premiera w grudniu na Boskiej.

A Wałbrzych?
S: – Sezon pod hasłem „Wolimy, wolimy”. I już nie pamiętam, na co myśmy się tam zdecydowali.
D: – O dobru będzie, o dobru spektakl.
S: – A potem zabieramy się za „Courtney Love” w Teatrze Polskim we Wrocławiu i Paweł przepisze „Wesele” Wyspiańskiego.
D: – To znaczy bierzemy pomysł Wyspiańskiego i napiszemy sztukę o naszym własnym weselu, moim i Strzępki.
S: – Planujemy brać łapówki od tych, którzy będą chcieli się znaleźć na liście gości i zapisać w historii polskiego teatru.

Mogę być druhną?
S: – A będziemy na okładce?

Załatwione. Gęsto macie w kalendarzu.
S: – Ale wiesz, jak to jest. Często mamy tak poplanowane, ale potem zostajemy z jedną czy z dwiema produkcjami (nienawidzę tego słowa), bo pozostałe odpadają z powodu na przykład obciętej o 30 proc. dotacji, co się przytrafiło większości teatrów w tym sezonie. Zdarzało się, że dyrektor odwoływał próby tydzień przed ich rozpoczęciem.

Jesteście ofiarami cięć budżetowych.
D: – Nie my, tylko społeczeństwo.
S: – Albo dyrektor dostaje lepszą propozycję.
D: – Nie, no tak to nigdy nie było.

Dlaczego nie macie propozycji z Warszawy?
S: – Dostaliśmy z Dramatycznego propozycję zrobienia spektaklu warsztatowego.

I to koniec stołecznych ofert?
S: – Dlaczego ty właściwie nas o to pytasz? To nie jest pytanie do nas. Gdyby Maciej Nowak miał teatr, to byśmy do niego poszli jak w dym. A tak, gdzie mamy pójść? Do Ateneum? Nie mam poza tym poczucia, że jest potrzeba nas w Warszawie.
D: – I jeszcze jedno. Nam bardzo zależało na tym, żeby zmienić paradygmat kariery: Warszawa, Europa, świat. Żeby programowo robić gdzieś indziej i dostać Paszport „Polityki” za Wałbrzych, a nie za Warszawę.

Powiedzieliście kiedyś o sobie, że jesteście wałbrzyskimi celebrytami.
S: – Z perspektywy stolicy można to traktować jako żart albo oksymoron. Celebryci są w telewizorze, w stolicy, a nie na prowincji. Świadomie używam słowa „prowincja”, bo zależy mi, żeby o na przykład Wałbrzychu można było mówić prowincja i nie dodawać pięciu dodatkowych zdań o konieczności odczarowania tego pojęcia… I, zaraz, co to ja chciałam powiedzieć? Będziesz miał przejebane, spisując ten wywiad.
D: – Nie musisz krytykować całej europejskiej kultury w jednym zdaniu.
S: – Odwal się!

Rozpoznają was na ulicy? Obywatelstwo honorowe wam dali?
D: – Nie. My poza tym nie jesteśmy tam tak często, jak się wydaje.
S: – Wrażenie jest takie, że mieszkamy w Wałbrzychu, bo dużo o nim mówimy i jesteśmy z tym miejscem mocno związani.
D: – To, co było naprawdę przyjemne, kiedy dostaliśmy Paszport, to rzeczywista podjarka na wałbrzyskich forach internetowych. Ludzie pisali, że zajebiście, że Wałbrzych. I to było super! Taka duma z nas i z miasta. Nawet prezydent chciał się umówić na kawkę.
S: – Mieliśmy z tym problem etyczny ze względu na tę całą łapówkarską aferę i nie skorzystaliśmy z zaproszenia.

O bilety na wasze wałbrzyskie spektakle bije się festiwalowa publika w Warszawie, Łodzi czy Krakowie. A jak jest w Wałbrzychu?
S: – Na nasze przedstawienia ludzie chodzą.
D: – I tu opowiem anegdotę. Pewien warszawski krytyk teatralny przyjechał do Wałbrzycha. Wsiadł na dworcu do taksówki i powiedział: „Do teatru Szaniawskiego proszę”. Na co kierowca: „A na ‚Polaku’ pan był? Bo ja byłem dwa razy”.

Ale na co dzień teatr nie pęka w szwach.
D: – Niewiele teatrów pęka w szwach. Są w Wałbrzychu oczekiwania części publiczności, a raczej mieszkańców – miękkiego establishmentu – by robić inny repertuar, od którego teatr miałby pęknąć w szwach. Ale może to nie jest dobrze mieć taki pęknięty teatr.
S: – To jest pytanie o funkcję, nawet nie tyle teatru, co sztuki w ogóle. Nie jest żadnym problemem stworzyć teatr pełnej widowni. Ale jeżeli uznajemy, że teatr jest również polem poszukiwania nowych form, że ma prawo do eksperymentu, że powinien być narzędziem do krytycznego przyglądania się rzeczywistości – to siłą rzeczy nie będzie spełniał oczekiwań w rodzaju: ma być życiowo, czyli przejrzeliśmy się jak w lustrze i upewniliśmy się, że w życiu jest raz śmieszno, raz straszno, a i tak życie zmierza do nieuchronnego końca, więc szampan i standing ovation po pięćsetnym „Maydayu”.

W Warszawie jest ponad 30 teatrów, a w Wałbrzychu (nie licząc sceny lalkowej) jeden. W Warszawie decydujesz, czy masz ochotę na „Mayday” czy „Oczyszczonych”, w Wałbrzychu już nie. Czy w tej sytuacji – i to jest otwarte pytanie – teatr nie powinien być dla wszystkich?
D: – Ja też się nad tym zastanawiam. Wydaje mi się jednak, że potrzeby rozrywkowo-etolowe zapewnia teatr prywatny, który przecież przyjeżdża do Wałbrzycha z różnymi monodramami i innymi spektaklami.
S: – Poza tym nam zupełnie obcy jest pogląd, że do teatru idziesz po to, żeby oderwać się od szarej rzeczywistości dnia codziennego. To jest jakieś nieporozumienie. Uważam, że to jest wielkie zadanie: stworzyć demokratyczną sytuację na widowni, żeby każdy widz – bez względu na kompetencje kulturowe – coś dostawał, żeby wyeliminować problem braku udziału, „bo za trudne”.

Ludzie przez lata jeździli do Wałbrzycha jak do zoo.
S: – W jakim sensie?

Że ten Wałbrzych wymyślony w ich głowach, biedaszyby, ludzie z reklamówkami i w środku tego wszystkiego ten teatr. Jedziemy pooglądać, zrobić zdjęcia i…
S: – Siup do kuszetki.
D: – Rzeczywiście tak było. Ludzie przyjeżdżali tam z aparatem fotograficznym. Dziś to już się chyba zmieniło.
S: – Zresztą podobnie było z samym teatrem, który był dobry warunkowo. Coś było dobre „jak na Wałbrzych”, aktorzy nieźli „jak na Wałbrzych”, „jak na prowincję to całkiem całkiem”.
D: – Jeden reżyser wysłał mi kiedyś esemesa: „Będziesz robił te dobre jak na Wałbrzych spektakle?”.

To jest, słuchajcie, niesamowite i pocieszające, że takie miasto – zapomniane przez ludzkość – odmieniane jest przez wszystkie przypadki w mediach w kontekście gigantycznego sukcesu publicznej instytucji kultury, że jest gwiazdą najważniejszego festiwalu teatralnego Warszawy.
D: – To prawda, szczególnie, gdy zestawisz Wałbrzych z innymi podobnej wielkości miastami, jak Rzeszów, Gniezno, Elbląg czy Olsztyn. Tam nie ma nic porównywalnego. Na początku lat dwutysięcznych był nawet pomysł, żeby zamknąć teatr Szaniawskiego, i ja się teraz zastanawiam, co by się w tym mieście stało? Czy jest jakaś refleksja nad tym, jak intensywnie ta scena pracuje? Czy jest jakąś wartością? Czy zlikwidowanie tego teatru byłoby stratą dla mieszkańców miasta?
S: – Ja bym zadała jeszcze inne fundamentalne pytanie: co takiego wydarzyło się w Wałbrzychu, Legnicy czy Bydgoszczy, co nie miało miejsca gdzieś indziej? Czy dobry teatr nie jest możliwy w innych prowincjonalnych miastach? Na przykład w Tarnowie?

O pomysłach zamknięcia wszyscy już zapomnieli. Teatr, po dostaniu unijnych dotacji, generalnie się remontuje.
D: – Danuta Marosz jest superzarządzaczem tego miejsca.
S: – Zarządzaczką. Mike, zmieniaj mu wszystkie końcówki na żeńskie. Demirski się zgadza, tylko jeszcze tego nie ogarnął.

„Może powinniście zrobić o tym sztukę?”, często słyszycie to pytanie?
S: – Tak.
D: – Bardzo.
S: – I zazwyczaj są to propozycje monodramu.

I co odpowiadacie?
S: – Staramy się jakoś wybrnąć.
D: – Ale też bez przesady. Zdarzało się, że napisałem coś, co mi ktoś podpowiedział.

Powtarzacie, że są dwa teatry w Polsce, do których możecie iść ślepo z waszymi pomysłami. Pierwszy to Wałbrzych, a drugi to Teatr Polski we Wrocławiu?
S: – Doszedł jeszcze Chorzów, gdzie zostaliśmy obdarzeni dużym zaufaniem. Oczywiście, łatwiej nas obdarzyć zaufaniem teraz niż pięć lat temu. Ktoś w tym państwie musi dać ci najpierw legitymację.

Albo Paszport.
S: – I tu pojawia się pytanie: czy nagrody coś zmieniają? Czy ileś tam tekstów w tygodnikach opinii coś zmieniło?
D: – Czy bez tej legitymizacji moglibyśmy nadal tak intensywnie pracować?

Dla mnie to jest też pytanie, na ile taka nagroda jak Paszport „Polityki” otwiera wam jakieś drzwi, a na ile podczepia się pod wasz sukces. Czym innym byłoby przyznanie wam Paszportu, nie wiem, trzy lata temu. Czym innym jest przyznanie go, kiedy już widać, że jesteście na fali.
D: – Ja nie wiem, na czym to polega.
S: – Kiedy przyjrzysz się karierom polskich reżyserów teatralnych, to one zawsze wyglądają tak samo. Najpierw dostajesz kopa w podbrzusze, patrz: Jarzyna, Kleczewska czy Klata. Potem zaczynają cię doceniać. Na końcu przyłącza się konserwa (mistrzem jest Jacek Wakar, który zauważa, że „artysta wreszcie dojrzał”). Potem ładują cię do wora „mistrzostwo”, a „z mistrzami – jak wiadomo – się nie dyskutuje” (to też cytacik z Wakara). A na koniec to już na kolanach i z dużą ilością lubrykantu.

Paweł, ty uczestniczysz we wszystkich próbach?
D: – Nie, bo to jest przerażająco męczące. Siedzisz na próbie i nie możesz nic powiedzieć. Bierna obserwacja to jest masakra. A piszę głównie nocami, więc rano ostatnia rzecz jaką bym chciał robić to wstać i pójść na próbę.
S: – Już nie opowiadaj, że zabraniam ci się odzywać na próbach! Ja tam lubię, jak Demirski jest na próbach. W ogóle lubię mieć na próbach widownię. Sprawdzam na bieżąco, co działa, co nie. Ale rzeczywiście jest tak, że osoby niezaangażowane bezpośrednio w proces po prostu się nudzą. Tłuczesz tę scenę i tłuczesz, ja zresztą mam dość upiorną metodę reżyserowania: ciągle przerywam. Na etapie klejenia całości zaczyna być ciekawie. Trzeba na przykład wywalić gotową scenę, nawet jeżeli jest naprawdę dobra, bo nie sprawdza się w strukturze. To są próby pisków i jęków. Piszczą głównie aktorzy, bo już się przywiązali do danej sceny. Piszczę też ja, bo mam taką strategię, że jak piszczę z aktorami, to oni czują się mniej osamotnieni. Najmniej, wyobraź sobie, piszczy Demirski. Zmiany są czasami naprawdę grube. Na drugiej generalnej „Tęczowej trybuny” Paweł chciał przełożyć premierę na wrzesień!

Bo?
D: – Zrozumiałem, ilu rzeczy tam nie ma. To była straszna noc. Straszna! Mamy pełną strukturę, kończymy, i nagle otwiera mi się coś w głowie. Bardzo to było bolesne.
S: – Zwykle to dyrekcja przychodzi na odbiór spektaklu i mówi, że może to albo tamto by zmienić. I nie ma to nic wspólnego z cenzurą, to jest takie dobre, świeże spojrzenie z zewnątrz.
D: – Strasznie dużo tych dygresji.
S: – O co ci chodzi? Mike to sobie potnie! No i wracając do „Tęczowej trybuny” – tu było dokładnie odwrotnie. Dyrekcja mówi: „Ale w czym problem? Macie gotowe przedstawienie”. A my, że nie, że do dupy, że trzeba wszystko jeszcze raz. I żeby była jasność, to ja jestem przedpremierową histerycą. Leżę pod kołdrą i krzyczę, że nie skończę, że mi się to nie układa, „nic tu nie ma, nic!”.
D: – I zwykle krzyczy do mnie: „To sam sobie kończ tę chujową sztukę!”. Ja wtedy: „Dobra, skończę sobie!” I ona: „No pewnie, bo do czego ja ci jestem potrzebna!”.
S: – Tym razem było dokładnie odwrotnie. Byłam, owszem, spanikowana. Chciałam się schować pod kołdrę, patrzę, a tam zajęte, Demirski już tam siedzi i krzyczy: „Nie! Nie! Nie!”. Mówię: „Kurwa, robimy skróty!”. I w takim klimacie totalnie zmienialiśmy pierwszą część przedstawienia, kolejność scen. I poszło. Zawsze do końca pracujemy, ale tym razem nam się odwróciły funkcje i trochę nas to zbiło z tropu.

Podobno teraz obwąchujecie film.
S: – Rzeczywiście, jest zainteresowanie nami ze strony producentów filmowych. Nasza pycha lubi to.
D: – Marzy nam się filmowa wersja „Tęczowej trybuny”.

To jest balsam na moje zbolałe gejowskie serce.
S: – Chyba dupę.
D: – Monisiu, przecież cię prosiłem.
S: – Przepraszam, ale nie mogłam się powstrzymać.

 _____

Duet Paweł Demirski i Monika Strzępka jest bez wątpienia jednym z najciekawszych zjawisk w polskim teatrze. On pisze dramaty, ona je reżyseruje. Przez jednych uwielbiani, przez innych znienawidzeni, budzą skrajne emocje wśród krytyków teatralnych. Są bardzo kojarzeni z Teatrem Dramatycznym im. Jerzego Szaniawskiego w Wałbrzychu, gdzie wystawili swoje najgłośniejsze spektakle, jak „Był sobie POLAK POLAK POLAK i diabeł, czyli w heroicznych walkach narodu polskiego wszystkie sztachety zostały zużyte”, „Diamenty to węgiel, który wziął się do roboty”, „Niech żyje wojna!!!” czy „Był sobie Andrzej Andrzej Andrzej i Andrzej”. Ich drugą ulubioną sceną jest Teatr Polski we Wrocławiu, gdzie zrobili „Dziady. Ekshumację” (ich pierwszy wspólny spektakl w 2006 r.), „Śmierć podatnika, czyli demokracja musi odejść, bo jak nie, to wycofuję moje oszczędności” czy ostatno „Tęczową trybunę 2012”. Obecnie pracują nad rewią „Położnice Szpitala świętej Zofii” w Teatrze Rozrywki w Chorzowie, która ma mieć premierę pod koniec czerwca tego roku. Są tegorocznymi laureatami jednej z najbardziej prestiżowych nagród kulturalnych – Paszportów „Polityki”. Mają dwuletniego synka Jeremiego.

_____

Rozmowa ukazała się w magazynie „WAW” 30.05.2011 r.

_____

© Mike Urbaniak | Fot. Karol Grygoruk

Zwykły wpis