AKTORZY/AKTORKI

Genu nie wydłubiesz

unnamed

Nie chciałbym zostać zapamiętany jako ładny chłopiec, tylko dobry aktor. Z Bartoszem Gelnerem rozmawia Mike Urbaniak.

Ładnym ludziom jest podobno łatwiej.
– Tego nie wiem, musisz spytać kogoś ładnego.

Właśnie pytam.
 Bardzo ci dziękuję, ale oprócz ładności musi być chyba jednak coś jeszcze. Myślisz, że uroda przekreśla talent?

A skądże.
– Może wróćmy do tego pytania za jakiś czas, jak już się pomarszczę. Nie chciałbym zostać na etapie domniemanej ładności, chciałbym to przewalczyć kolejnymi rolami. Z drugiej strony nie da się ukryć, że tak zwane warunki decydują o tym, jakie się dostaje role.

Nie zagrałbyś Cetha w „Kabarecie warszawskim” Krzysztofa Warlikowskiego albo Michała w „Płynących wieżowcach” Tomasza Wasilewskiego, gdybyś wyglądał…
– Jak pół dupy zza krzaka? Tak, masz rację, pewnie bym nie zagrał. Pamiętasz scenę z „Samotnego mężczyzny” Toma Forda, kiedy Colin Firth spotyka pod sklepem pięknego faceta?

Oczywiście, jak mógłbym zapomnieć boskiego Jona Kortajarenę.
– Siła tej sceny w ogromnym stopniu bierze się z tego, jak on wygląda. Kiedy byłem małym chłopcem, ciągle słyszałem, jaki jestem ładny, a dokładniej, jaką jestem ładną dziewczynką. Dzisiaj też się zdarza, kiedy idziemy ulicą z Agnieszką (Żulewską, aktorką, dziewczyną Bartosza – przyp. red.), że jacyś panowie krzyczą do nas: „Hej, dziewczyny!” i chcą mi oczywiście dać w mordę. Taki los, ale jak mówi moja mama: „Genu nie wydłubiesz”. Nie chciałbym jednak być zapamiętany jako ładny chłopiec, tylko jako dobry aktor. To jest mój cel i nie zgadzam się na zamykanie mnie w jakiejś szufladzie.

Zawsze chciałeś być aktorem?
– Nie, zdecydowałem się bardzo późno, właściwie tuż przed maturą. Z kolegami z liceum w Chorzowie robiliśmy co prawda kabaret, ale chodziło nam tylko o dobrą zabawę i zwalnianie się z lekcji. Zupełnie nie wiedziałem, co chcę robić. Wszyscy szli na prawo albo na lewo, a ja postanowiłem spróbować ze szkołą teatralną. Znajomy rodziców znał aktorkę Małgorzatę Zajączkowską i umówił mnie z nią na spotkanie. Przyjechałem z Katowic do Warszawy w wyprasowanej koszuli, z bukietem kwiatów i poszedłem do pani Małgosi, której miałem zaprezentować swój talent.

Jak go oceniła?
– Po jej minie wiedziałem, że nie jest dobrze, ale co miała powiedzieć, żeby nie zniechęcać młodego człowieka? Że jest potencjał, ale trzeba jeszcze popracować. Zdawałem do szkół teatralnych w Warszawie, Krakowie i we Wrocławiu. Nigdzie się nie dostałem, ale wiedziałem, że będę próbował za rok. Spytałem rodziców, czy zasponsorują mi rok Policealnego Studium Aktorskiego „Lart” w Krakowie. Zgodzili się.

Nowe krakowskie życie?
– Wiadomo! Wynajęliśmy z kolegami mieszkanie i zaczęło się. Jedynym minusem było to, że nie miałem studenckiej legitymacji, ale trzeba było sobie jakoś radzić. Zacząłem też wtedy chodzić nałogowo do teatru.

Na Śląsku nie chodziłeś?
– Chodziłem, ale nie tak często i na inne spektakle. W Krakowie to był jednak Narodowy Stary Teatr z największymi nazwiskami. Inna liga. Tam po raz pierwszy zobaczyłem spektakl Krystiana Lupy „Tako rzecze Zaratustra”. Mało z niego zrozumiałem, ale jednocześnie byłem zachwycony. Potem oglądałem kolejne jego spektakle: „Factory” i „Kalkwerk”. Chodziłem też oczywiście na innych reżyserów.

I po roku ponownie zdawałeś do szkoły teatralnej.
– Niejednej, bo oprócz Krakowa, Warszawy i Wrocławia zdawałem także do Łodzi. Byłem już o wiele lepiej przygotowany i wiedziałem, jak wyglądają egzaminy. Na szczęście przyjęli mnie do Krakowa. Ależ to była radość!

Kiedy uczyłem się w Larcie, moi kumple współlokatorzy, którzy studiowali na Uniwersytecie Jagiellońskim, Akademii Górniczo-Hutniczej i Politechnice Krakowskiej, zazdrościli mi, że mogę długo spać, bo zajęcia zaczynałem o czternastej. A kiedy byłem na PWST, śmiali się, że nigdzie nie możemy wyjść wieczorem, bo ja siedzę na uczelni od rana do nocy.

Do tego doszła jeszcze praca w wakacje.
– Już po pierwszym roku dostałem rolę w serialu o wodnych ratownikach „Przystań”. Tam zresztą poznałem Mateusza Banasiuka, z którym zagrałem później w „Płynących wieżowcach”. Siedzieliśmy z ekipą przez trzy miesiące w Giżycku i kręciliśmy: fajna przygoda, pierwsze ostukanie się z planem filmowym, jakaś kasa zarobiona.

Kiedy serial miał premierowy odcinek, zrobiliśmy z kumplami party w naszym krakowskim mieszkaniu. Mój przyjaciel Sylwester Piechura, dzisiaj aktor Teatru im. Jana Kochanowskiego w Opolu, wydrukował nawet plakaty z moją podobizną. Przyjechali też z Katowic moi rodzice i była kupa śmiechu.

Na trzecim roku studiów zadebiutowałeś z kolei na dużym ekranie.
– „Salą samobójców” Jana Komasy. To też kręciliśmy w wakacje. Film został bardzo dobrze przyjęty i dostałem po nim kilka propozycji zagrania w serialach, już bez castingu. Zdecydowałem się wtedy na „Czas honoru”. Tymczasem nadchodził czwarty rok na PWST i spektakle dyplomowe z Szymonem Kaczmarkiem i Pawłem Świątkiem. Grałem w nich i przeprowadziłem się do Warszawy. Tu zaczęły się castingi do „Płynących wieżowców” i dostałem pierwszą propozycję pierwszoplanowej roli w filmie fabularnym.

Jak wyglądała praca nad nim?
– Tomek Wasilewski poświęcił nam, czyli Mateuszowi Banasiukowi, Marcie Nieradkiewicz i mnie, naprawdę dużo czasu; mieliśmy dużo prób, dobrze się poznaliśmy. Sporo mnie to też kosztowało, bo temat był niełatwy.

„Płynące wieżowce” okrzyknięto pierwszym polskim filmem gejowskim. Znalazł się on nagle w gorącym centrum debaty o homofobii, sytuacji osób LGBT, związkach partnerskich. Trafiliście z Mateuszem Banasiukiem na okładkę „Wprost”, opatrzoną tytułem: „Zabić geja. Witajcie w tolerancyjnej Polsce”. Skrajnie prawicowa „Fronda” donosiła o „homoataku” na swoją redakcję, polegającą na tym, że baner reklamujący film było widać z redakcyjnych okien. „Pętla homoseksualnego oblężenia zaciska się wokół nas” – donosiła „Fronda”.
– Rzeczywiście, trafiliśmy w jakieś przesilenie z naszym filmem. Dostaliśmy wtedy mnóstwo zaproszeń do wielu programów publicystycznych, w których chciano z nami dyskutować o homofobii. Film w pewnym momencie zszedł na drugi plan. A ja chciałem, jako aktor, mówić o mojej roli, a nie o stosunku do gejów, bo on jest chyba jasny.

Najważniejsze, że „Płynące wieżowce” zostały bardzo dobrze przyjęte przez widzów i krytykę. Myślę, że ten film sporo zmienił. Obejrzeli go też moi koledzy z osiedla z Katowic.

I co powiedzieli?
– „Nawet fajny ten film, ale naprawdę musiałeś się całować z tym facetem?!”. Trochę żeśmy się pośmiali. Może po „Płynących wieżowcach” mniej osób będzie krzyczało na gejów na ulicy: „Ej, pedały!”.

Za tobą tak krzyczeli? W Polsce – odnoszę wrażenie – zagranie geja to nadal akt odwagi.
– Ktoś tam od czasu do czasu coś krzyknął. Ale co z tego? Idziemy dalej.

Dalej i na barykady. Byłeś wśród aktorów czytających przed Pałacem Kultury „Golgotę Picnic” Rodriga Garcii, którą Michał Merczyński, dyrektor poznańskiego Malta Festivalu, zdjął z afisza pod wpływem ataku ze strony katolickich fundamentalistów i kiboli. Dlaczego wziąłeś udział w tym czytaniu?
– Bo nie podoba mi się ograniczanie wolności słowa i wolności ekspresji artystycznej. Nie podoba mi się też terroryzowanie jednej grupy przez inną. Ja nie zabraniam nikomu stania pod krzyżem, proszę mi więc nie zabraniać oglądania takich spektakli, na jakie mam ochotę. I, żeby była jasność, wziąłem udział w tym czytaniu nie po to, by kogoś atakować, ale żeby przeczytać tekst. Jak mówi mój kolega: „Trzeba zajebać dobrym serduszkiem”.

Twoje role przychodziły do ciebie same?
– Przychodziły jako możliwość, ale musiałem o nie powalczyć. Starałem się też uczyć ile wlezie i korzystałem z różnych opcji zdobycia doświadczenia. Już w szkole dużo statystowałem. Za pierwszy epizod w „W11” dostałem 50 złotych, potem był epizod mówiony już za 150. Jaka to była kasa! Wszystkim stawiałem piwko. I nie tylko się tego statystowania nie wstydzę, ale uważam, że to była fajna szkoła.

Szczególnie kiedy się statystuje na scenie Narodowego Starego Teatru z Janem Peszkiem.
– O kurczę! Tak! Zupełnie o tym zapomniałem. Jeszcze przed szkołą aktorską byłem jednym z chłopców Gonzala w „Trans-Atlantyku” Witolda Gombrowicza w reżyserii Mikołaja Grabowskiego, więc to był mój homoseksualny debiut w teatrze. I to jaki! U boku Jana Peszka na deskach Starego Teatru. Lataliśmy z chłopakami w białych gaciach po scenie, a w przerwach siedzieliśmy w teatralnym bufecie i za każdym razem, kiedy wchodził jakiś aktor, zrywaliśmy się z krzeseł i mówiliśmy „Dzień dobry!”.

W naszym „Trans-Atlantyku” była scena, do której wychodziliśmy z Janem Peszkiem z foyer teatru, gdzie stoi popiersie Konrada Swinarskiego. Peszek zawsze, przechodząc obok tego popiersia, klepał je z czułością. Uwielbiałem na to patrzeć, bo pokazywało to niezwykłą skromność wielkiego aktora.

Oglądałeś, będąc w szkole, jakieś spektakle Krzysztofa Warlikowskiego?
– Pierwszy był „Krum”, ale widziałem go na DVD. A pierwszym spektaklem zobaczonym na żywo była „(A)pollonia”, która przyjechała na Boską Komedię do Krakowa. Wielkie wrażenie zrobił na mnie rozmach tego spektaklu. Potem przyjechałem do Warszawy na „Anioły w Ameryce”, na których się popłakałem.

A potem dostałeś od Warlikowskiego propozycję zagrania w „Kabarecie warszawskim”. Nieźle.
– Jechałem wtedy do Łodzi, gdzie w Teatrze Nowym miałem grać w „Samuelu Zborowskim” Juliusza Słowackiego w reżyserii Szymona Kaczmarka. Kiedy zadzwonił telefon z Nowego Teatru w Warszawie, natychmiast zmieniłem kierunek. Było mi głupio przed Szymonem, że tak nagle się wycofuję, ale nie miałem innego wyjścia. Myślę, że każdy na moim miejscu zrobiłby to samo, prawda?

Raczej! Popędziłeś do Nowego bardzo zestresowany zbliżającym się spotkaniem z Warlikowskim i jego zespołem?
– A wiesz, że nawet nie. Ale nie dlatego, że byłem taki pewny siebie, ale dlatego, że nie miałem czasu na stres. To wszystko wydarzyło się tak szybko, że nim się obejrzałem, już byłem na scenie. Gram w „Kabarecie warszawskim” Cetha – młodego chłopca, którego bierze do trójkąta para gejów: Jamie i James, grani przez Maćka Stuhra i Piotrka Polaka. I jest tam scena, w której Jamie pyta o mnie Jamesa: „Jak ci się podoba?” i James odpowiada: „Jest zajebisty”. Wtedy poczułem, że będzie dobrze.

Grasz w telewizji, kinie i teatrze. Nie chciałbyś z czegoś zrezygnować?
– Bardzo bym nie chciał, bo to różne rodzaje pracy i wszystkie sprawiają mi frajdę. Poza tym płodozmian jest zawsze wskazany. Chciałbym teraz zagrać jakąś ciekawą rolę w kinie.

Grasz przecież w nowym filmie Katarzyny Rosłaniec.
– Tak, ale to niewielka rola, choć bardzo przyjemna. Zdjęcia mam jesienią. Myślę, że ten film będzie kolejnym głosem naszego pokolenia, tak jak to było z poprzednimi obrazami, w których grałem.

A gdybyś dostał propozycję zagrania w filmie typu „Pokaż kotku, co masz w środku”?
– To film przyrodniczy?

Można tak powiedzieć.
– Rozumiem, że to jest złośliwe pytanie o to, czy zagrałbym w czymś nie najwyższych lotów. Szczerze, nie wiem. Jeśli powiem ci teraz, że nigdy w życiu, i to kiedyś zrobię, to mi to potem wyciągniesz. Powiem tak: chciałbym grać w dobrych filmach.

Masz dwadzieścia sześć lat, jesteś w zespole najbardziej prestiżowego teatru w Polsce, grasz w dobrych filmach. Co dalej?
– Wiadomo, apetyt rośnie w miarę jedzenia. Chciałbym dostawać coraz ciekawsze i coraz większe role, nabierać doświadczenia i jednocześnie pilnować, żeby głowa była nieustannie przewietrzona.

Jestem teraz w próbach do „Apokalipsy” w reżyserii Michała Borczucha w Nowym Teatrze w Warszawie. To spektakl na podstawie tekstów Piera Paola Pasoliniego i Oriany Fallaci. Gram w nim wampira-imigranta, który przejeżdża z własną ziemią z Afryki do Europy, tylko ta Europa nie za bardzo mnie chce.

I będziesz podobno wampirem hetero.
– Tak, w końcu! I będę gryzł co popadnie.

_____

Bartosz Gelner (ur. 1988) urodził się i wychował w Katowicach. Jest aktorem teatralnym, filmowym i telewizyjnym. Ukończył Wydział Aktorski Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej im. Ludwika Solskiego w Krakowie. Na kinowym ekranie zadebiutował w głośnym filmie Jana Komasy „Sala samobójców”, a w zeszłym roku zagrał wraz z Mateuszem Banasiukiem w równie głośnym filmie „Płynące wieżowce” Tomasza Wasilewskiego. Od tego roku jest etatowym aktorem Nowego Teatru w Warszawie, gdzie gra w „Kabarecie warszawskim” w reżyserii Krzysztofa Warlikowskiego i „Apokalipsie” w reżyserii Michała Borczucha. Mieszka w Warszawie.

_____

Rozmowa ukazała się na portalu Gazeta.pl 3.10.2014 r.

_____

© Mike Urbaniak | Fot. Magda Hueckel

Reklamy
Zwykły wpis
DRAMATURDZY/DRAMATURŻKI, DYREKTORZY/DYREKTORKI, REŻYSERZY/REŻYSERKI

Remix Starego

20121230-203230

Nie będziemy robić teatru o tym, że kiedyś to było wspaniale, wielcy reżyserzy, piękni aktorzy i do tego śliczne recenzje pisano, a wszyscy się kochali. Z Janem Klatą i Sebastianem Majewskim rozmawia Mike Urbaniak.

Kiedy się poznaliście?
Jan Klata (K): – Dziesięć lat temu, we Wrocławiu, podczas prac nad moją pierwszą produkcją „Uśmiech grejpruta”, na którą musiałem wyłożyć całą moją kasę, czyli 500 zł, pożyczonych zresztą. Przygotowywałem to w Teatrze Polskim, aktorzy zgodzili się zagrać za darmo i trzeba było jeszcze tylko zrobić scenografię. Pomyślałem, że wykorzystam to, co w Polsce najtańsze – ludzi, czyli bio-obiekty. Moja żona Justyna Łagowska przyjaźniła się z Sebastianem i poleciła mi go, bo wiedziała, że on zna ludzi potencjalnie chętnych do wzięcia udziału w takim przedsięwzięciu teatralnym, prowadził zajęcia z młodymi.
Sebastian Majewski (M): – To byli słuchacze Studium Kształcenia Animatorów Kultury, wśród nich Łukasz Rostkowski (dzisiejszy L.U.C.), Małgosia Łakomska i Angelika Cegielska (dzisiaj aktorki Teatru Dramatycznego w Wałbrzychu) czy Mikołaj Roznerski, kiedyś związany z Teatrem im. Juliusza Osterwy, dzisiaj rozchwytywany przez seriale.

Krótko mówiąc – grupa pod wezwaniem.
K: – I to na spotkanie z nią przyprowadził mnie Sebastian, a ja starałem się wszystkich przekonać, żeby wzięli udział w moim spektaklu. Zgodzili się gremialnie i w efekcie dostawali chyba za wyjście na scenę 5 zł minus podatek. Byli świetnymi bioobiektami.
M: Potem moja przyjaciółka Asia Howańska poleciła Jankowi Maćka Prusaka, utalentowanego mima i tancerza, który do dzisiaj zajmuje się u niego ruchem scenicznym.
K: – Chwilę później komando Klaty powiększyło się o Mirka Kaczmarka, który pierwsze kostiumy zrobił do mojego „Rewizora” w Wałbrzychu. Polecił mi go z kolei Piotr Kruszczyński, który dzisiaj kieruje Teatrem Nowym w Poznaniu.
M: – I wszyscy czuliśmy, pracując z Jankiem, że robimy coś fajnego. Potem się okazało, że „Uśmiech grejpruta” został bardzo dobrze przyjęty przez publiczność i dodany do repertuaru teatru. Bardzo to wszyscy przeżywaliśmy, szczególnie bioobiekty.

Różne teatralne duety mają swoje patenty na współpracą. Jaki jest wasz?
M: – Świetnie się razem z Jankiem bawimy, to na pewno.
K: – Jest to być może powód niewystarczający, ale konieczny. Wzrusza nas Budka Suflera. „Wizje chodźcie do mnie/ Blisko najbliżej/Zostańcie w mojej głowie/ Najdziksze sny/Oto jest nasza scena/Reflektorniże]/Korowód naszych marzeń/Wiruje ci”. Jaka piękna wizja! Zapraszamy do niej wszystkich.
M: – Zacząłem, jako dramaturg, pracować z Jankiem przy „Transferze!”. Kiedy mnie o to poprosił, było mi miło i jednocześnie byłem bardzo zestresowany, bo nigdy wcześniej tego nie robiłem. Ale jakoś poszło. Każda nasza kolejna realizacja była świetną przygodą, bo zabieramy się za rzeczy, które są szalone. W ogóle pracujemy na granicy szaleństwa, nic nie jest pewne. I ta zabawa, o której mówię, wydaje mi się o tyle ważna, że daje nam dystans do materiału, nad którym pracujemy, i do siebie. Kiedy szukam jakichś tekstów, kontekstów. Janek często puszcza mi dużo muzyki, która kojarzy mu się z tekstem, i ona za każdym razem coś we mnie otwiera.
K: – Dla mnie praca z Sebastianem ma wymiar artystycznego spełnienia i przyjaźni, a mam kłopoty z wchodzeniem w przyjacielskie relacje. Sebastianowi ufam – można powiedzieć – bezgranicznie. Poza wielkim talentem i pracowitością posiada wiele rzeczy, których ja nie mam: choćby urok osobisty czy żelazko, które – jako mężczyzna niebywale elegancki – wozi ze sobą wszędzie. Umie też coś powiedzieć człowiekowi i go nie obrazić, a to jest – jak wiesz – dość ważne. Jest też cudownym mediatorem, ostatnią instancją, do której się udają członkowie naszej bandy, kiedy dochodzi do konfliktu. I może to nie zabrzmi szczególnie oryginalnie, ale my się po prostu znakomicie uzupełniamy.

A daliście sobie kiedyś po mordzie?
K: – Sebastianowi po mordzie?
M: – Nie było mordobicia, bo mamy dokładnie ustawione nasze relacje reżyser – dramaturg. Moim zadaniem jest podążanie za myślą reżysera i nawet jeśli czuję, że coś jest nie najlepsze, to się nie oburzam, nie forsuję pomysłu, tylko szukam sposobu na modyfikację, na inne ubranie w słowa.
K: – Nie trzeba wchodzić w konflikt po to, żeby wyzwolić w sobie energię potrzebną do aktu twórczego, przynajmniej ja takiej potrzeby nie mam. Nie wyznaję też zasady, że ważniejsza jest dobra atmosfera podczas pracy niż efekt. Nie praktykuję spijania z dzióbków. Z Sebastianem nie obrzucamy się elementami rodowych zastaw Rosenthala, żeby w ramach pojednania osiągnąć nirwanę.

Skąd pomysł na wystartowanie w konkursie na stanowisko dyrektora Narodowego Starego Teatru w Krakowie?
K: – Od kilku lat chodziły plotki, że dyrektor Mikołaj Grabowski ma pomysł, żebym przejął po nim schedę. Potem minister kultury urządził konkurs i z Sebastianem złożyliśmy w nim naszą ofertę. Ale wiesz, to nie było tak, że Klata nie chce sam, bo nie ma know-how i musi prosić o pomoc Majewskiego, który z wielkimi sukcesami kierował teatrem w Wałbrzychu. Pracowaliśmy razem i razem opisaliśmy nasz pomysł na Stary Teatr.

Decyzja o zawalczeniu o Stary była oczywista?
K: – Początkowo o tyle nieoczywista, że musiałem sam sobie powiedzieć „tak”, ale na etapie rozpisania konkursu już byłem pewien.

A ty, Sebastian?
M: – Kiedy zaproponowałeś mi wspólny start w konkursie, dla mnie decyzja była oczywista. Uznałem, ze skoro nadarza się taka okazja, to powinniśmy ją wykorzystać. Kierowanie Starym Teatrem daje możliwość mówienia z pozycji instytucji narodowej. To jednak głos z placu Szczepańskiego w Krakowie, a nie z placu Teatralnego w Wałbrzychu.
K: – W zachodnim modelu życia teatralnego to absolutny standard, że ktoś, kto zrobił ciekawy teatr w Bochum, dostaje później Berlin albo Wiedeń. W Polsce to jest nie do pomyślenia, więc tym bardziej się cieszę z naszego precedensu. Takiego szczęścia nie ma na przykład Paweł Łysak, który po zrobieniu z Teatru Polskiego w Bydgoszczy jednej z najlepszych krajowych scen nie dostaje szansy na pracę w Warszawie.

W 2005 r. w wywiadzie dla „Przekroju”, zapytany przez Łukasza Drewniaka, czy będziesz kiedyś dyrektorem, odpowiedziałeś: „A po co? Pracuję w dobrych teatrach prowadzonych przez świetnych dyrektorów. Ale w Warszawie dyrektor to funkcja dożywotnia. Na całym świecie ludzie prowadzący sceny są rozliczani ze swojej pracy. Muszą pomyśleć, do jakiej publiczności kierują spektakle, co chcą swoim repertuarem powiedzieć. A nasi nie wychodzą poza idee zatrudniania kolejnej gwiazdy z monodramem, wabienie kasą wielkich reżyserów z nadzieją, że to pomoże wyjechać na światowe festiwale i osłonić brak jakiejkolwiek strategicznej wizji”.
K: – Myślę, że moje słowa są dzisiaj jeszcze bardziej aktualne niż siedem lat temu. Z wyjątkiem pierwszych trzech wyrazów.

Bo w końcu jednak tym dyrektorem zostałeś.
K: – Ale nie w Warszawie. I powiedzmy sobie od razu, że się o to nie starałem. W stolicy zmiany są tylko na gorsze. Jeden z dyrektorów rządzi od 1969 r., drugi od 1983 r. i tak dalej. Kiedy to opowiadam moim przyjaciołom z zagranicy, oni mówią, że to się nadaje do Księgi rekordów Guinnessa. Ale skończmy to, bo naprawdę nie chce mi się już wypowiadać na temat życia teatralnego stolicy i stosunku warszawskich włodarzy do kultury.
M: – My, pamiętam, bardzo się cieszyliśmy, że na Warszawskich Spotkaniach Teatralnych będzie Wałbrzych Fest, ale potraktowano nas jak prowincjuszy, takie małpy, które przyjechały do Warszawy. No, pokażcie nam teraz, co potraficie!
K: – Co tu dużo mówić, stołeczna publiczność zasługuje na lepsze teatry,

Kiedy gruchnęła wieść, że minister Bogdan Zdrojewski oddaje wam we władanie Stary Teatr, w prasie pojawiło się sporo tekstów, że irokez w teatrze, że belzebuby w świątyni, że dzicy atakują.
K: – Tak, pojawili się niespodzianie. Jeden z pałą, drugi z dzidą i podpalą teatr!
M: – Ale to nas nie zaskoczyło. Przyjęliśmy zasadę, że nie będziemy rozmawiać z prasą do czasu, aż poinformujemy zespół o naszych planach, bo nie chcieliśmy, żeby dowiedział się o nich z gazet. Nie potrzebowaliśmy problemów w garderobach. To pisanie o nas opierało się na najprostszych skojarzeniach tego, co dotychczas obaj robiliśmy. Nie były to z pewnością analizy naszych programów. Ale ten wysyp tekstów pokazał, że to ważna zmiana, że to konkretny gest.
K: – Jako ten irokez chcę tylko dodać, że to zmiana wyrazista, ale jednocześnie płynna. Nie mamy tu przypadku osoby, która nigdy nie była w Starym i teraz robi zamach na narodową instytucję kultury wbrew wszystkim. My z Sebastianem pracujemy tu od sześciu sezonów, znamy ten budynek, znamy ludzi. Nie przejmujemy władzy przy pomocy agencji ochroniarskiej, nie włamujemy się do gabinetu, nie wysyłamy SMS-ów z pogróżkami.

Ale nie obyło się bez afery medialnej, którą rozpętał Krystian Lupa, zapowiadając odejście ze Starego Teatru i udzielając serii wywiadów, w których nieustannie cię łomotał.
K: – Najdłuższej serii wywiadów w dziejach nowożytnego teatru. Czuję się nieprzytomnie wyłomotany, jednakowoż bez sensu.

Mówił w nich, że jesteś egocentryczny, despotyczny, nieznoszący sprzeciwu i w ogóle nie nadajesz się do tego, żeby kierować Starym.
M: – Każdy ma prawo do wypowiedzi. Komentowanie tego uważam za niefortunne. Poza tym nie wyobrażam sobie dyrektora teatru, który nie jest despotyczny, taka jest też rola reżysera i o tym akurat Krystian Lupa wie doskonale.
K: – Cóż mogę dodać? Jestem pod ogromnym wrażeniem wnikliwego portretu psychologicznego mojej osoby, który zarysował Krystian Lupa na podstawie naszej kilkumiesięcznej znajomości z roku bodajże 1996, bo od tego czasu właściwie się nie spotykaliśmy.

Zabolały cię te słowa?
K: – Dość długo funkcjonuję w tzw. obiegu środowiskowym, więc niewiele wyssanych z palca twierdzeń jest mnie w stanie zaboleć. Ale oczywiście tak po ludzku zrobiło mi się przykro. Zaskoczyły mnie straszne emocje w wypowiedziach Lupy, bo przecież nie dałem mu do nich żadnego powodu.

Planujecie się spotkać?
K: – Tak, ale oficjalnie, jak dyrektor z reżyserem.

Wasz program na najbliższych pięć sezonów ma się opierać na pięciu wielkich teatralnych nazwiskach: Swinarski, Jarocki, Wajda, Lupa i Kantor. Powiedzcie coś więcej.
M: – Ci twórcy są dla nas niezwykle ciekawi nie tyle nawet przez same spektakle, które zrobili, ile energię, która spowodowała, że one powstały. Interesują nas także te rzeczy, które mieli robić, ale to się im nie udało. Podczas naszych rozmów o Konradzie Swinarskim zrozumieliśmy, że jego najbardziej radykalnym spektaklem była „Nie-Boska komedia”, która zeszła z afisza po kilkudziesięciu przedstawieniach i nie cieszyła się w Krakowie estymą. Czyli Swinarski jako artysta rewolucyjny, który dzisiaj często jest stawiany za wzór jakiegoś klasycznego teatru, będącego miotłą na brewerie Moniki Strzępki, Radka Rychcika, Marcina Libera czy Jana Klaty. A my sobie pomyśleliśmy, że może gdyby Konrad Swinarski żył, to byłby „po naszej stronie”. To wszystko nas bardzo interesuje i tak chcemy budować repertuar.
K: – Zawsze jest dobrze trafić w jądro, a jądrem Starego Teatru jest przeszłość. Ludzie z Krakowa mogą udawać, że tak naprawdę są mentalnymi nowojorczykami, ale to nieprawda. Z przeszłości można czerpać bardzo twórczo i dlatego ci wielcy reżyserzy są obiektami naszego zainteresowania. Warto przyjrzeć się wnikliwiej tym postaciom, zastanowić się nad rolą reżysera despoty, popatrzeć, jakie ich sztuka odciska piętno, czy ich strategie i środki działają nadal. W kulturze jest przecież coś takiego jak coverversion, jak remix, jak mashup, jak odkrywanie na nowo przeszłości. I my to chcemy robić w Starym Teatrze, zremiksujmy tych królów Polski! Ci, którzy mówią, że nasz program to jakieś muzealnictwo, nie mają o nim pojęcia. Przecież nie będziemy uprawiać żadnych naftalinowych afirmacji. Nie będziemy robić teatru o tym, że kiedyś to było wspaniale, wielcy reżyserzy, piękni aktorzy i do tego śliczne recenzje pisano, a wszyscy się kochali. I nie mamy też zamiaru jak nastolatki odkrywać, że rodzice mi czasem skłamią, życie jest złe, a może tak naprawdę jestem adoptowany.

Remiksować klasyków zaczniecie jesienią 2013 r. Co planujecie na teraz?
K: – Przejmujemy teatr w połowie trwającego sezonu i to przejęcie jest gładkie oraz pokojowe. Mikołaj Grabowski pozwolił nam planować spektakle od stycznia do czerwca, choć nie musiał. Jesteśmy mu za to bardzo wdzięczni. Postanowiliśmy wykorzystać ten czas do wprowadzenia do teatru reżyserów, którzy wcześniej nie mieli okazji pracować w Starym, a są cenieni i wnoszą nową jakość do polskiego życia teatralnego. Zacznie w marcu Krzysztof Garbaczewski – wyreżyseruje „Poczet królów polskich”, który współtworzy znakomity pisarz science fiction Jacek Dukaj.
M: – Potem na dużej scenie zadebiutują Monika Strzępka z Pawłem Demirskim w spektaklu o narodzie. Paweł Passini zajmie się w maju znaną krakowianką – Wandą, co nie chciała Niemca, a bohaterem ostatniej premiery w tym sezonie będzie Steve Jobs. Wyreżyseruje ją Marcin Liber. I do tego dwa projekty wyreżyserowane przez studentów reżyserii PWST na podstawie jednej powieści – „Dumanowskiego” Wita Szostaka.

Imponująca ta połówka sezonu.
M: – Bardzo biograficzna.
K: – W pełnym sezonie chcemy dawać 10 premier.

Starczy na nie tych 14 min zł, które ma rocznie teatr?
K: – Z tych 14 mln, które brzmią wspaniale, 90 proc. pochłaniają koszty stałe. Twórczo wydać możemy pozostałe 10 proc. Ustawowe zamrożenie funduszu płac powoduje, że wkrótce państwo polskie będzie miało instytucje kultury, w których nic się nie będzie działo.

Będą jakieś zmiany w zespole aktorskim?
K: – Oczywiście, ale najpierw przyglądamy się tym artystom, którzy już u nas są. Nowe twarze, dusze i talenty przybędą na etat od nowego sezonu.

Dla kogo ma być wasz Stary Teatr?
M: – Chcemy konsekwentnie budować jego widownię, bo teraz jest dla wszystkich, czyli dla nikogo. Teatr musi być platformą ważnych debat o naszej rzeczywistości i chcemy do niego zaprosić tych, którzy będą chcieli dyskutować.
K: – I nie tylko w Krakowie, bo teatr powinien dużo jeździć: od Nowego Sącza do Nowego Jorku. I nie będziemy przygotowywać żadnego lżejszego repertuaru dla tzw. prowincji, co to pewnie nic nie rozumie – w odróżnieniu od nas, ludzi z miasta królów i słynnego uniwersytetu. I nie będziemy przygotowywać żadnych bezsmakowych euro produktów skrojonych pod międzynarodowe festiwale. Mamy grać, grać, grać! SJN! Spektakl Jest Najważniejszy! Ale nie można go zostawić samemu sobie, trzeba spektakle obudowywać programami, które pozwolą je zrozumieć większej liczbie widzów. Nie można wykluczać tych, którzy się nie załapali na nasz fanpage. Nie lajkujesz? This is the end, mogiła, Temida Stankiewicz-Podhorecka i lud smoleński. To jest wygodne dla niektórych twórców, ale zabójcze dla publicznego teatru.

Sebastian, chciałeś coś dodać?
M: Nie mam już nic do dodania. Sam teraz widzisz, jak wygląda nasza współpraca. Janek powiedział wszystko.

_____

Jan Klata urodził się w 1973 r. w Warszawie. W wieku 12 lat napisał pierwszą sztukę „Słoń zielony”, która została opublikowana w miesięczniku „Dialog” i wystawiona przez Teatr im. St.I. Witkiewicza w Zakopanem. Studiował na Wydziale Reżyserii Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Warszawie, a następnie na Wydziale Reżyserii Dramatu PWST w Krakowie. Był m.in. copywriterem, dziennikarzem muzycznym, reżyserem talk-show, felietonistę, niedoszłym grabarzem. Zadebiutował jako reżyser w 2003 r. „Rewizorem” Mikołaja Gogola w Teatrze Dramatycznym im. Jerzego Szaniawskiego w Wałbrzychu. Od tego czasu zrobił 30 spektakli na deskach teatrów we Wrocławiu, w Gdańsku, Bydgoszczy, Krakowie i Warszawie oraz Grazu, Dusseldorfie, Bochum i Berlinie. W 2005 r., w ramach Warszawskich Spotkań Teatralnych, odbył się „Klata Fest” – przegląd spektakli Jana Klaty. Jest laureatem wielu nagród, m.in. Paszportu „Polityki” i Nagrody im. Konrada Swinarskiego.

Sebastian Majewski urodził się w 1971 r. we Wrocławiu. Jest reżyserem, dramaturgiem, aktorem i scenografem. Ukończył Wydział Sztuki Lalkarskiej w Białymstoku (filii Akademii Teatralnej w Warszawie). Przez kilka lat związany był z Teatrem Wierszalin w Supraślu, gdzie zadebiutował w 1997 r. jako reżyser sztuką „Prawiek i inne czasy” Olgi Tokarczuk. Jest założycielem wrocławskiej niezależnej Sceny Witkacego. W 2006 r. zadebiutował w roli dramaturga spektaklu „Transfer!” Jana Klaty, z którym do dzisiaj tworzy artystyczny tandem. W latach 2008-2012 był dyrektorem artystycznym Teatru Dramatycznego im. Jerzego Szaniawskiego w Wałbrzychu, umacniając jego pozycję jako jednej z najlepszych polskich scen.

_____

Rozmowa ukazała się w „Przekroju” 31.12.2012 r.

_____

© Mike Urbaniak | Fot. Adam Golec

Zwykły wpis
AKTORZY/AKTORKI

Warszawa Celińskiej

celinska

Zadziorna jak Stara Praga, swojska jak Grochów, nastrojowa jak Muranów, różnorodna jak Powiśle, romantyczna jak Żoliborz i przebojowa jak Mokotów. Ze Stanisławą Celińską rozmawia Mike Urbaniak.

Kochasz Warszawę?
– Chyba nie do końca zdawałam sobie sprawę jak bardzo. Bo jak człowiek gdzieś mieszka, to się przyzwyczaja i wszystko wokół powszednieje. Ale pamiętam, że jak kiedyś wyjeżdżałam na wakacje, to pod koniec zawsze tęskniłam już za Warszawą.

Urodziłaś się w jej ruinach, dwa lata po wojnie.
– Pamiętam doskonale obraz miasta leżącego w kompletnych zgliszczach. Trzeba je było odbudować. Będąc dzieckiem, nosiłam cegły pod nawę kościoła przy Chłodnej na Woli. Z tego czasu została mi miłość do koparek. Obok naszego domu pracowała taka koparka przedsiębierna, z szuflą na linie, i robiła wielkie „am”. Potem takie koparki z korbką można było kupić w sklepie z zabawkami. Ponieważ była to dzielnica żydowska, wykopywaliśmy z ziemi różne wspaniałości: koraliki i fragmenty żyrandoli. Na podwórku działał też teatrzyk, który prowadziłam, bo od małego wiedziałam, kim chcę zostać w przyszłości.

Ale mieszkanie na Woli nie było pierwsze, bo jesteś przecież rodowitą prażanką.
– To prawda, jestem dziewczyną ze Stalowej, ale mój rodzinny korzeń sięga Starej Prochowni na Rybakach, po drugiej stronie Wisły. Tam mieszkali mój dziadek z drugą żoną i mama. Rodzina przeżyła powstanie jeszcze w Warszawie, ale potem została wysiedlona do obozów. Umówili się, że jeśli po wojnie wrócą, to napiszą na murze, że żyją i gdzie są. Wróciły mama i babcia, dziadek zaginął bez wieści. Z domu nic nie zostało, w ruinach zamieszkać nie było jak, więc mama zagnieździła się w mieszkanku przy Stalowej na Pradze. Tam przyszłam na świat.

Co to było za mieszkanie?
– Wtedy wydawało mi się duże, a jak tam pojechałam po latach, okazało się malutkie. Było za to pełne ludzi, bo rodzice lubili towarzystwo. Panował tam klimat – nazwijmy go – artystowski, niezbyt odpowiedni dla dziecka. Ale to właśnie na Pradze babcia, która przyjechała w odwiedziny z Wrocławia, zabrała mnie po raz pierwszy do kościoła, którego atmosfera mnie zafascynowała, potem była też pierwsza wizyta u fotografa. O, zobacz, na tym zdjęciu jestem z babcią i trzymam lalkę, którą od niej dostałam i której głową walnęłam o ścianę, bo byłam dość niesfornym dzieckiem. Kiedy umarł ojciec, zamieszkałyśmy we Włochach, a potem w Legionowie pod Warszawą. Kiedy mama skończyła konserwatorium muzyczne i zrobiła dyplom, wróciłyśmy do stolicy i mamusia zaczęła pracować w Domu Wojska Polskiego. Dostała przydział na mieszkanie przy Solnej. To była kawalerka, na którą składały się: pokoik, korytarzyk i toaleta. Miałyśmy tam z mamą i babcią wesoło, ale ciasnota była nie do wytrzymania, więc kobiety dały ogłoszenie do gazety i znalazły większe lokum. W ten sposób, zamieniając mieszkania, trafiłyśmy na Żoliborz. Miałyśmy tam pokój z kuchnią, no i była łazienka, więc prawdziwe szaleństwo! Po latach babcia przerobiła tę kuchnię na mój pokój i to w nim przygotowywałam się do zajęć w szkole teatralnej i do mojego debiutu w Opolu. Ten „zielony Żoliborz, pieprzony Żoliborz” był miejscem moich pierwszych miłości, pierwszych pocałunków. Mieszkałam tam do 25. roku życia, kiedy wyszłam za mąż.

I otworzyłaś kolejny rozdział wędrówki po Warszawie.
– O tak, wynajmowaliśmy z mężem mieszkania przy Marszałkowskiej, potem na Solcu. Tam, na materacu, został poczęty nasz syn Mikołaj. Czekaliśmy na własne M1, bo babcia od lat wpłacała na nie po 100 zł do spółdzielni mieszkaniowej, ale że byliśmy małżeństwem tak zwanym rozwojowym, dostaliśmy M4 na Stegnach, a dodatkowa powierzchnia należała nam się z racji zawodu. Rozwojowi byliśmy rzeczywiście, bo tam się urodziło dwoje naszych dzieci. Z tym mieszkaniem wiąże się dużo, także śmiesznych, historii. Kiedyś zapomniałam, że gram spektakl. Kąpię sobie dzieciaki, a tu dzwoni telefon i inspicjent mówi: „Stasiu, za 15 minut wchodzisz na scenę”. Myślałam, że dostanę zawału. Wpadłam do sąsiadki i mówię: „Dzieci w wannie, wyłów je! Ja pędzę do teatru!”. Zawiózł mnie mąż sąsiadki. Niestety, nie zdążyliśmy na moją scenę. Cudowny dyrektor Teatru Ateneum Janusz Warmiński wlepił mi wówczas najniższą z możliwych kar, ale wstyd był wielki.

Potem do teatru pędziłaś już z Mokotowa.
– Tak, moja ciotka miała tam kamienicę i zaproponowała, żebyśmy zamieszkali wspólnie. Ona na górze, my na dole. Po raz pierwszy miałam ogród. Ale moje skłonności do ciągłego ruchu nie pozwoliły mi tam osiąść na dobre. Po drodze było jeszcze mieszanko na Grochowie. Bardzo je lubiłam, bo to był mój powrót na Pragę. Przypomniałam sobie, jak fajnie jest po tamtej stronie rzeki i jadąc codziennie na lewy brzeg, oglądałam, jak rośnie nasze downtown. I w końcu wylądowałam tu, gdzie jesteśmy teraz.

Na skraju świata.
– Koniec Ursynowa, a za oknem pola i Las Kabacki. Bardzo mi to odpowiada. Zakochałam się w tym mieszkaniu od razu. Jest tu cicho i spokojnie, mam gdzie chodzić na spacery z moją psiną Kropką i codziennie mogę oglądać nieprawdopodobne zachody słońca. I to wszystko za darmo, no przepraszam – za dość sporą ratę kredytu. Moi taksówkarze wiedzą teraz, gdzie mieszkam, ale na początku mówili: „Pani Staszko, przecież tu wrony zawracają”. A ja lubię tu mieszkać.

Co sobie pomyślałaś, kiedy pojawił się pomysł na nagranie płyty z piosenkami o Warszawie?
– Że to może będzie jakieś nudne. Śpiewać o miłości do chłopa, to tak. Ale żeby o miłości do miasta? I kiedy kilka dni temu dostałam gotową już płytę, to się popłakałam. A ty?

Oczy miałem wilgotne, a na plecach ciarki.
– Mi też parę razy przebiegły. Aż wstyd tak mówić o własnej płycie, ale pomyślałam sobie, że ona jest naprawdę miłosna. Chyba po raz pierwszy podoba mi się mój głos, jest jakiś taki ciepły, chropowaty i nie uprawiam żadnych wokalnych popisów. Ogromną rolę odegrali w tym wszystkim oczywiście muzycy – Bartek Wąsik i Royal String Ouartet. Oni są po prostu cudowni. Dzięki nim to moje kolejne spotkanie z muzyką było wspaniałe, a to w końcu muzyka, a nie aktorstwo, to moja miłość najpierwsza.

Trudno jest ze szlagierów, które znają niemal wszyscy, zrobić swoje piosenki?
– Trzeba głęboko wejść w siebie i zaufać swojej muzycznej intuicji, utworów nie można też zamęczyć. To było żmudne poszukiwanie odpowiedniego głosu. No bo jak zaśpiewać wspaniałą piosenkę Beaty Kozidrak „Taka Warszawa” i nie zrobić z niej po prostu plagiatu? Chyba się udało z tego pięknie wybrnąć, mam przynajmniej taką nadzieję.

Mama skrzypaczka, ojciec pianista. Może powinnaś śpiewać, a nie być aktorką?
– Karierę rzeczywiście zaczęłam od śpiewania i w 1969 r. wygrałam opolskie debiuty utworem „Ptakom podobni”. Przed wyjazdem profesor Aleksander Bardini ostrzegał mnie: „Stasiu, Opole to takie odwrotne piwo. Więcej piany niż piwa. Twoim domem jest teatr”. I tak się stało, chociaż cały czas coś śpiewałam, miałam swoje recitale. „Nowa Warszawa” to jest tak naprawdę moja pierwsza płyta i tu ukłon w stronę Nowego Teatru, który powiedział: „Robimy płytę, śpiewaj pani”. To zaśpiewałam i bardzo się z tego cieszę. Okazało się, że to nie żadne nudy, że to wielka radość śpiewać o swoim ukochanym mieście.

Przyznaję, że rezultat mnie bardzo zaskoczył. To właściwie nie piosenki, ale małe dzieła sztuki. Muzyczna koronkowa robota.
– To zasługa Bartka, który zrobił tak cudowne, nieoczywiste aranże znanych przecież utworów. Zanim przystąpiliśmy do pracy rozmawialiśmy sporo o tym, jak to ma wyglądać. Bardzo kocham Chopina i może jestem banalna w tej mojej miłości, ale chciałam, żeby go było na płycie słychać. Bartek pięknie powplatał Chopinowskie motywy i ja się poddałam jego pomysłom. Muszę ci też powiedzieć, że zupełnie się nie czułam jak gwiazda, która wykonuje jakieś pieśni z akompaniamentem. Próbowałam raczej nadążyć za instrumentami muzyków, co nie było łatwe, bo to niezwykle utalentowani ludzie, perfekcjoniści. W końcu nazywają się Royal String Quartet, czyli po królewsku. Bartek to też król fortepianu, więc – rozumiesz – nie mogłam wystąpić z nimi jak jakiś kopciuch. Oczywiście sama też proponowałam różne rozwiązania, wiedziałam, jak chcę poszczególne utwory zaśpiewać. Na przykład w „Balu na Gnojnej” przemyciłam trochę tego warszawskiego zaśpiewu.

To prawda, „warsiawskość” została zachowana.
– Pomogło mi to, że mam stołeczne „ly” i mówię „lypa”, zamiast „lipa”. W ogóle nie zdawałam sobie z tego sprawy do czasu szkoły aktorskiej, gdzie profesorka od dykcji napominała mnie: „Stasiu, na litość boską, jaka lypa?!”. W końcu to „ly” zmiękczyłam i nauczyłam się kontrolować, ale kiedy jadę taksówką i słyszę „lycznik bije”, to myślę: „Oho, rodowity warszawiak”. Starałam się dodawać do tych naszych piosenek różne kolory, muzycy też kombinowali. Co oni wyrabiają z tymi instrumentami, to głowa mała. I powiem ci, Majkuś, że strasznie mnie to wszystko odmłodziło. Spotkali się młodzi ludzie ze starą babą, która to jeszcze nie jest stara w środku, i chyba zrobiliśmy coś fajnego. Ten mój głos, po tylu latach, jest chyba nadal interesujący. A co ty myślisz?

Że to są jakieś czary-mary. Śpiewasz tak, jakbyś sobie w domu zasiadła do pianina i nagrała płytę. Jakieś nieprawdopodobne ciepło z niej bije.
– Cieszę się. Kiedyś miałam silny głos z takim vibrato, które wzięłam z Demarczyk i Piaf. Potem ten „brzęczyk” gdzieś zaginął, a głos został zmaltretowany przez papierosy i alkohol. Teraz dbam o siebie, nie palę i nie piję już prawie ćwierć wieku, ale jednak to „doświadczenie życiowe” w głosie zostało. Warto się starzeć i je przekazywać, choć w dzisiejszych czasach liczą się tylko tak zwani młodzi ze stażem.

Jakiś czas temu Maciek Nowak, szef Instytutu Teatralnego, napisał na Facebooku, że ma dość tych pięknych, młodych, wygładzonych blond aktoreczek. Gdzie są Ryszardy Hanin? – pytał, przywołując tę wielką aktorkę i, nawiasem mówiąc, twoją profesorkę. Tobie się udało coś niezwykłego: przybyło ci lat i kilogramów, a jesteś nieustannie idolką kilku pokoleń Polaków z najmłodszą generacją na czele. Twoje popisowe numery, jak „Song sprzątaczki”, „Uśmiechnij się” czy „Atramentowa rumba”, mają dziesiątki tysięcy odsłon na YouTube. Młodzi kochają cię w spektaklach Krzysztofa Warlikowskiego. Gdzie jest tajemnica tego sukcesu?
– Młodości zewnętrznej nie uprawiam, nie widzę takiej potrzeby. Mam tyle lat, ile mam, wyglądam tak, jak wyglądam. Moja inna profesorka, Stanisława Perzanowska, powiedziała mi kiedyś: „Wiesz, Stasiu, mając 16 lat, czułam się starzej niż teraz”. A była już siwą panią. Miałam podobnie. Kiedy byliśmy w Cannes, Daniel Olbrychski mnie strofował: „Stacha, ciesz się, bo nie wiadomo, kiedy tu znowu będziesz”. Miał rację, do tej pory tam nie pojechałam. Teraz jest zupełnie inaczej. Cieszą mnie miliony małych rzeczy. Ale wiesz, ja nie jestem znowu taka stara. Byłam w końcu świadkiem swoich własnych narodzin, kiedy cudem przestałam pić. I jeśli, drogi Majku, zaczęłam życie w wieku 41 lat, a metrykalnie mam 65, to ile ja mam tak naprawdę według ciebie?

Dwadzieścia cztery.
– A widzisz! I to jest odpowiedź na twoje pytanie o tajemnicę mojego sukcesu. I jeszcze jedno. Dzisiaj starsi ludzie idą na złom, a za czasów mojej młodości byli skarbem: uczyli nas, przekazywali nam doświadczenie. To moi nauczyciele mówili: nie starzeć się, nie odcinać kuponów, nie osiadać na laurach. Ta przychylność młodych do mnie, o której mówisz, jest nie tylko moją zasługą, ale także Krzysia Warlikowskiego. Jego pomoc jest nieoceniona. To on mnie odbrązowił, dostrzegł we mnie coś, co było uśpione. No powiedz, czy ktoś by mnie wtedy w Warszawie obsadził w roli matki Hamleta? Nikt. A potem kazał grać kobietę w „pipszole”? Pomyślałam: „Matko Boska! Przecież ja się rozbierałam ostatnio, kiedy miałam 22 lata i dwa piegi, a on mi tu każe z moimi obwisłymi, za przeproszeniem, się rozbierać?!”. Byłam zdruzgotana, ale potem poczułam, że w tym jest jakiś wielki sens, że kobieta w każdym wieku ma prawo do miłości.

Celińska i Warlikowski to jedno z najniezwyklejszych spotkań w polskim teatrze.
– Spotkałam prawdziwego rewolucjonistę, który nie tylko zrewolucjonizował polski teatr, ale też mnie przy okazji. Weszłam w to i poczułam, że słusznie. Eksperyment pociągał mnie zawsze, chciałam oddać się teatrowi w sposób absolutny, ale nie spotkałam mojego Konrada Swinarskiego, który dałby mi poczucie teatru totalnego. Chciałam być u Jerzego Grotowskiego, ale się jednak nie zdecydowałam i w końcu spotkałam Krzysia. Byłam wówczas bardzo zapyziała i wiedziałam, że nie mam co udawać. Grałam same potwory. Skoro stałaś się potworem, to je teraz graj, proszę bardzo! A ja chciałam po prostu pracować i nie bałam się grać tych babonów, w imię prawdy. Nie myśl sobie, że kiedy zaczęłam pracować z Krzyśkiem, byłam taka spokojna jak dzisiaj. Po chorobie alkoholowej byłam kompletnie rozdygotana, zniszczona fizycznie i psychicznie. Dużo było też we mnie nienawiści do tych, którzy mnie porzucili, zwątpili we mnie.

Droga do Nowego Teatru była kręta.
– Oj, tak. Fruwałam po różnych scenach jak opętana. Zaczęłam we Współczesnym, ale tam mi czegoś brakowało. Czułam, że powinnam się ruszyć. Potem były teatry Ateneum, na Woli, Dramatyczny, Rozmaitości, który się spalił na moich oczach, Studio i w międzyczasie krótki wyjazd do Poznania.

Twoja jedyna zdrada Warszawy.
– Wyjechałam na jeden sezon i dobrze mi zrobiło oderwanie się od Warszawy. Zobaczyłam ją z daleka, dostrzegłam także jej grajdołowatość i prowincjonalność, przestała być dla mnie miastem, z którym ciągle się boksowałam. Poznań był oddechem, przygotowałam tam w końcu recital, na który nie miałam czasu w Warszawie. Ale co tu dużo mówić, szybko zaczęło się ssanie w dołku, tęsknota. Trzeba było wracać.

Twoje związanie się z Warlikowskim zdziwiło wiele osób, prawda?
– Prawda, ale nie ma dla mnie innego teatru, nie ma alternatywy. Choć, jak wiesz, po „Aniołach w Ameryce” odeszłam z zespołu (wtedy jeszcze w Teatrze Rozmaitości), bo potrzebowałam jakiegoś oddechu, i po kilku sezonach we Współczesnym, gdzie napiłam się u źródła, wróciłam eksperymentować.

Warlikowski powiedział, że tak naprawdę nigdy nie odeszłaś.
– Miał rację w sensie duchowym, choć trzeba przyznać, że ten nasz teatr to trudne podwórko. Krzyś powiedział kiedyś w filmie o mnie, że zainteresowała go moja duchowość, i ja właśnie w Nowym Teatrze o nią walczę. Czasami reszta się ze mnie podśmiechuje, ale ja się tym nie przejmuję, bo wiem, że tak ma być. Czasami się zżymam, czasami się awanturuję, ale podążam za Krzysiem, bo to on jest przewodnikiem stada. Oczywiście każde z nas, mówię o zespole aktorskim, ma wpływ na to, co robimy, każdy coś proponuje, sugeruje, ale ostatnie zdanie należy do Krzysztofa Warlikowskiego i albo się na nie ktoś zgadza, albo odpada. Czuję się w tym teatrze potrzebna, powiem więcej – niezbędna. Bo Krzysiek daje nam wszystkim takie poczucie. Chodzi koło nas, kocha nas. Oczywiście wysysa też z nas wszystko do cna, ale musi być wampirem, inaczej nic by nie powstało.

Twojej wędrówce po Warszawie zawsze towarzyszył jeden mebel – pianino.
– Bez pianina nie ma życia, musi być w domu. Sama się nauczyłam na nim grać, bo mama nie chciała mnie posłać do szkoły muzycznej. Bała się, że wybiorę sobie ten trudny zawód. Chodziłam za to na lekcje śpiewu i może zostałabym śpiewaczką, ale w wieku bodajże 12 lat przeczytałam o Helenie Modrzejewskiej i postanowiłam zostać aktorką, zresztą od małego grałam różne role. Przed nagraniem płyty przyjechał do mnie Bartek, usiadł przy tym pianinie, zaczął grać „Warszawo ma” i mówi: „Śpiewaj, Stasiu”, a ja w ryk. Koniec. Przypomniała mi się piękna Zosia Mrozowska, która to śpiewała tak wzruszająco w „Zakazanych piosenkach”, przypomniało mi się moje dzieciństwo, moi rodzice, moja Warszawa. Rozkleiłam się jak amator i myślę sobie: „Jezu, jak ja to nagram?”.

Nie chcę, żeby to zabrzmiało kiczowato, ale ty jesteś jak Warszawa. Obie macie na koncie sukcesy i porażki, upadek i odrodzenie, doświadczenie i energię młodości, szacunek do tradycji i parcie do przodu.
– Trochę żeśmy razem przeszły. Kiedy patrzę wstecz na moje dzieciństwo, na te ruiny, na mamę, która maczała skórki chleba w oleju, bo nic było co do garnka włożyć, to myślę sobie: „Mój Boże, że też człowiek to wszystko przetrwał”. A dzisiaj miasto jest kolorowe, różnorodne i pełne młodych ludzi. Ja nie z tych, którzy narzekają, że kiedyś było lepiej, że młodzież była taka czy śmaka. Gdyby dzisiaj zdarzyła się, odpukać, sytuacja powstania, to jestem przekonana, że ci młodzi, kolorowi ludzie stanęliby w obronie tego wspaniałego miasta, że poszliby na barykady, jak ich rówieśnicy ponad 60 lat temu. I kiedy jako rodowita prażanka ze Stalowej słyszę krakusów, którzy mówią: „A wy nie macie takiego pięknego rynku i starych kamienic jak my”, odpowiadam od razu: „Nic mamy, bo nas zrównano z ziemią, a jak się nie podoba, to wypad!”.

_____

Stanisława Celińska jest jedną z najwybitniejszych aktorek i największych osobowości polskiego teatru, rodowita warszawianka. Ukończyła Państwową Wyższą Szkołę Teatralną w Warszawie, gdzie była uczennicą Ryszardy Hanin. W 1969 r. zadebiutowała w Teatrze Współczesnym Erwina Axera, jednocześnie wygrała debiuty w Opolu piosenką „Ptakom podobni”. Rok później zadebiutowała w filmie „Krajobraz po bitwie” Andrzeja Wajdy, który nominowano do Złotej Palmy w Cannes. Zagrała w kilkudziesięciu filmach i takiej samej liczbie sztuk teatralnych. Związana była ze stołecznymi teatrami oraz przez rok z Teatrem Nowym w Poznaniu. Jest jedyną polską aktorką, która otwarcie opowiedziała o swoich zmaganiach z chorobą alkoholową. Zupełnie nowy rozdział w artystycznym życiu Celińskiej otworzyła współpraca z Krzysztofem Warlikowskim, u którego wystąpiła po raz pierwszy w 1998 r., ale status ikony młodego pokolenia przyniosła jej rola w „Oczyszczonych” Sarah Kane w reżyserii Warlikowskiego w Teatrze Rozmaitości. Od 2011 r. jest aktorką Nowego Teatru w Warszawie.

_____

Rozmowa ukazała się w „Przekroju” 3.12.2012 r.

_____

© Mike Urbaniak | Fot. Kuba Dąbrowski

Zwykły wpis