FELIETON

Dobry rocznik 90.

Niezwykłą ma siłę nasze najmłodsze pokolenie aktorek – kobiet wiedzących, czego chcą i idących po swoje. Nie ma dla nich rzeczy niemożliwych. To kobiety, których koledzy aktorzy nie klepną w kulisach w tyłek, bo dostaliby od razu w mordę. Kobiet świadomych swojego talentu, ciała i otwartych na eksperyment. Kobiet wychowanych na nowym teatrze, światowym kinie i tym, czego tak obficie dostarcza internet. Kobiet, dla których ważne jest nie tylko to, kto reżyseruje i na jaki temat, ale też to, czy będą mogły granymi postaciami poruszyć ważne dla siebie tematy. To artystki, które na scenie zrobią wszystko. Nie ma dla nich rzeczy niemożliwych.

Należy do nich urodzona w 1990 roku Jaśmina Polak, aktorka torpeda, która zanim dołączyła trzy lata temu do zespołu Narodowego Starego Teatru w Krakowie, miała już na koncie sporo ciekawych ról. Jednak to Stary pozwolił jej rozwinąć się w pełni, dzięki czemu możemy się oddawać artystycznym rozkoszom, których Polak dostarczyła nam w tym sezonie swoimi rolami w „Kosmosie” Krzysztofa Garbaczewskiego (to na początek), w „Weselu” Jana Klaty (to na koniec) i porywającą tytułową rolą w „Kopciuszku” Anny Smolar (to pomiędzy). Aktorstwo Polak charakteryzuje to, że każda grana przez nią postać, nawet z najdalszej epoki, jest do bólu współczesna. Jest tu i teraz, a kostium niewiele zmienia, co widać też doskonale w jej Kordelii w „Królu Learze” Klaty czy Ofelii w „Hamlecie” Garbaczewskiego. Za to niewchodzenie na teatralne koturny oraz dziewczęcą świeżość i pyskatość uwielbia ją szczególnie młode pokolenie widzów tak tłumnie przecież odwiedzające ostatnimi laty Stary Teatr.

Równie niepokorna jest jej rówieśnica z najgłośniejszej obecnie polskiej sceny, czyli Teatru Powszechnego w Warszawie. Nazywa się Magdalena Koleśnik i jest odkryciem Mai Kleczewskiej, która od razu po szkole dała jej główną rolę w „Dybuku”, arcydziele żydowskiej dramaturgii, którym reżyserka otworzyła nowy rozdział w dziejach stołecznego Teatru Żydowskiego. Weszła do grającego ze sobą od wielu lat zespołu i eksplodowała. Szeptano nawet żartobliwie, że może być dzieckiem szatana. Nie dziwi więc, że natychmiast dostała propozycję dołączenia do drużyny Powszechnego, gdzie udowadnia, że Lea nie była jednorazową erupcją. Mogą się o tym przekonać widzowie „Wściekłości” Kleczewskiej, gdzie Koleśnik gra modną i zadowoloną z siebie Europę, która ani myśli gościć uciekających od wojny uchodźców. Można ją też podziwiać w odlotowych „Chłopach” Garbaczewskiego, gdzie kreuje rolę Jagny.

Coraz ciekawiej robi się też w warszawskim Teatrze Studio, a powodów ku temu wiele. Jednym z nich jest Anna Paruszyńska, rocznik – a jakże – 1990. Ta sprawiająca wrażenie nieśmiałej dziewuszki aktorka ma takie pokłady energii i talentu, że jak nieraz dołoży do pieca, to widzom z wrażenia ajfony z rąk wypadają. Dała nam w tym sezonie próbkę swoich możliwości najpierw w „Berlin Alexanderplatz” Natalii Korczakowskiej – scena leśnego spaceru Mieze (Paruszyńska właśnie) z Reinholdem (Krzysztof Zarzecki) to prawdziwy teatralny fajerwerk, a potem w „Wyzwoleniu” Garbaczewskiego, gdzie aktorka pokazała, do czego jest zdolna, wygłaszając godzinny (!) monolog, co było ogromnym wyzwaniem, szczególnie w zespole złożonym z tylu aktorskich potworów (to jest komplement) mogących początkującą aktorkę pożreć w przerwie na papierosa.

I niechaj mi wybaczą inne młode, arcyutalentowane aktorki, które znaleźć się tu powinny, ale bezwzględne redaktorki nie pozwalają mi wyjść poza tę jedną stroniczkę. Z góry więc przepraszam Monikę Frajczyk i Sonię Roszczuk, Małgorzatę Gorol i Julię Wyszyńską, Agnieszkę Żulewską i Justynę Wasilewską, ale właśnie przekroczyłem limit słów przewidziany na ten tekst.

CZYTAJ TAKŻE
„Wesele” | recenzja
„Dybuk” | recenzja
„Chłopi” | recenzja
„Berlin Alexanderplatz” | recenzja
Pani nie ma warunków | rozmowa z Małgorzatą Gorol
Nieśmiała dziewczynka | portret Julii Wyszyńskiej
Zygzakiem do domu | rozmowa z Agnieszką Żulewską
Dziwna jesteś, ale chodź | rozmowa z Justyną Wasilewską

FOTO Magda Hueckel | Natalia Kabanow | Krzysztof Bieliński

 

Zwykły wpis
RECENZJA

Chłopi z kosmosu

Po kompletnie nieudanym „Wyzwoleniu” Stanisława Wyspiańskiego w stołecznym Teatrze Studio, Krzysztof Garbaczewski przeniósł się na drugą stronę Wisły do Teatru Powszechnego, gdzie wziął na warsztat jedno z najważniejszych dzieł polskiej literatury, czyli „Chłopów” Władysława Reymonta. Wielu się obawiało tego, co rzeczony reżyser zrobi z tą napisaną z epickim rozmachem powieścią i obawy okazały się jak najbardziej uzasadnione. Ów artysta zrobił bowiem z „Chłopów” dzieło tak odlotowe, że oglądając spektakl nie można uwierzyć w to, co się wyprawia na scenie. Coś takiego mogło powstać tylko w głowie szaleńca.

Krzysztof Garbaczewski nie tylko „Chłopów” wyreżyserował, ale jest także autorem adaptacji i scenografii, którą stworzył razem z Janem Strumiłło. Scenografii absolutnie kapitalnej i pożerającej nie tylko scenę, ale i pół widowni. Przypomniał mi tą realizacją swoje najlepsze scenograficzne przedsięwzięcia: „Odyseję” Homera i „Iwonę, księżniczkę Burgunda” Gombrowicza – jeden i drugi spektakl wystawił lata temu w Teatrze im. Jana Kochanowskiego w Opolu. Miał więc Garbaczewski kontrolę nad tekstem, przestrzenią oraz tym, co się w niej dzieje i ewidentnie kombinował do samej premiery, co by z tym wszystkim począć.

W pierwszej zapowiedzi spektaklu czytaliśmy, że „z monumentalnej powieści Władysława Reymonta Krzysztof Garbaczewski wybiera wątki, za pomocą których bada ukryte mechanizmy rządzące społecznością. Konfrontując gromadę z jednostką, odsłania brutalność relacji społecznych bazujących na wykluczeniu i ostracyzmie”. Potem, że „tożsamość chłopska jest obecna w naszej kulturze bardzo silnie. Nie należałoby mylić tego chłopstwa z ludowością; chłopskie myślenie czy elementy chłopskiego świata są nadal obecne w zachowaniu polskiej klasy średniej. Jest to dość aktualny tekst”. I w końcu: „Naturalizm Reymonta jest dla nas szczególnie cenny w dobie wycinanej puszczy Białowieskiej. Myśl ekologiczna jest wciąż w Polsce słabo obecna, a tu nagle da się ją odkryć w tekście Reymonta”. To ciągłe zmienianie akcentów w teatralnej interpretacji widać gołym okiem na scenie. Finalnie „Chłopi” Garbaczewskiego są po trochu o wszystkim. Jednych przyciągnie wątek eko, innych wątek etno, jeszcze innych kwestia nielubiącej odmieńców konserwatywnej zbiorowości albo wielkiej miłości bez happy endu. A na tym jeszcze nie koniec, bo reżyser chce zwrócić także uwagę na sprawy, powiedzmy, żydowskie (patrz: antysemityzm) oraz na zgoła feministyczne, a raczej zalatujące mizoginią, bo „Chłopi” – oddający doskonale ducha ówczesnego świata – są nasączeni patriarchalnym, wręcz przemocowym językiem w stosunku do kobiet.

Nie wiedząc zatem do końca w jakiej sprawie reżyser zaprasza nas na własne przedstawienie, trzeba samemu zdecydować, po której nitce wędrować do kłębka, tudzież przez które pole prowadzić swój pług. Ale można też po prostu rozkoszować się stworzonym przez Garbaczewskiego i jego znakomitych współpracowników (Roberta Mleczkę, Sławomira Blaszewskiego, Jana Duszyńskiego  i Bartosza Nalazka – brawa!) scenicznym kosmosem, bo niemal każda scena w tym spektaklu jest takim odpałem, że albo oczy z orbit wychodzą, albo spada się ze śmiechu z fotela, bowiem Krzysztof Garbaczewski zrobił w Powszechnym najdowcipniejszy spektakl w swojej karierze. I nie byłoby, ma się rozumieć, tych wszystkich cudowności, gdyby nie aktorzy.

„Chłopi” są popisem, w najlepszym znaczeniu tego słowa, możliwości zespołu aktorskiego Teatru Powszechnego. Do boju pierwsza rusza fenomenalna Julia Wyszyńska w roli Hanki, żony Antka Boryny. Aktorka wyklęta przez polską prawicę za przejmującą kreację w „Klątwie” Olivera Frljicia, wróciła po kilku mało udanych rolach poprzedniego sezonu do swojej wielkiej formy i idzie jak burza. Jej Hanka znacząco różni się od powieściowej. Ta Reymontowska jest początkowo właściwie nijaka i bojąca się wszystkiego, dopiero potem, wraz z biegiem wydarzeń, nabiera hardości i zaradności. Hanka Wyszyńskiej, zabawnie przerysowana i wyjątkowo głośna, ma do razu dużo do powiedzenia – zarówno o innych, jak i o własnym niełatwym przecież losie źle traktowanej i zdradzanej żony. Co tu dużo mówić, Wyszyńska wyciągnęła tę niesłusznie pozostawioną w książkowym cieniu bohaterkę na pierwszy plan.

Pomaga jej w tym dzielnie grający Antka Borynę Mateusz Łasowski, który w końcu dostał w Powszechnym główniaka na miarę swojego talentu. Jego brawurowa kreacja, najlepsza od czasu transferu z Teatru Polskiego w Bydgoszczy, staje się niemal centralną dla całego spektaklu, bo to przecież Antek uwikłany jest i w nieudane małżeństwo z Hanką, i coraz trudniejszą relację z ojcem, w końcu w płomienny romans z wydaną za Macieja Jagną (Magdalena Koleśnik). Łasowski maluje swą rolę w wielu odcieniach: raz jest slapstickowy, raz delikatnie tylko puszcza oko do widowni, a kiedy trzeba staje się śmiertelnie poważny, jak wtedy, gdy swą uwagę skupia wyłącznie na ukochanej, pożerając ją każdym spojrzeniem. Gdy Antek chwyta Jagnę, trudno się z jego ramion wyzwolić. Wszystkie jego zmysły nakierowane są tylko na nią, a ich wzajemny żar reżyser pokazuje pomysłowo używając kamery termowizyjnej. To wszystko trwa oczywiście do czasu. Kiedy bowiem zaczną się nad Jagną zbierać czarne chmury, Antek bez wahania odpowie: „W gromadzie żyję, to i z gromadą trzymam! Chceta ją wypędzić, wypędźta; a chceta se ją posadzić na ołtarzu, posadźta! Zarówno mi jedno!”. Wielki romantyk okazuje się być wyrachowanym chujem.

Koniec końców ofiarą zostaje zawsze kobieta. Tak było kiedyś, tak jest i teraz. I wcale nie chodzi o to, że Jagna jest zła, że zasłużyła na taki los. Nic z tych rzeczy. Postaci mistrzowsko granej przez Magdalenę Koleśnik nie można nie lubić, a wręcz się jej kibicuje. Szczególnie, że nie jest wcale pierwszą naiwną. Koleśnikowa Jagna to kobieta inteligentna i podążająca za swą intuicją, która w zderzeniu z prawami społeczności musi niestety przegrać sromotnie, bo taki jest zawsze los odmieńca i taka jest dynamika zamkniętej, podporządkowanej „odwiecznym” zakazom i nakazom grupy.

Wśród pierwszoplanowych postaci ginie nam Maciej Boryna grany przez Arkadiusza Brykalskiego, bo ani to chłop charyzmatyczny, ani wzbudzający respekt. Jest kompletnie nijaki przez co staje się dość szybko bohaterem, na którego nie zwraca się zbytnio uwagi. Ta przenosi się na postaci drugoplanowe, choćby na Mateusza w wykonaniu Michała Czachora. Ten zalecający się do Jagny uroczy awanturnik bawi swoimi ciągłymi dopowiedzeniami, ale potrafi też skupić na sobie uwagę całkiem na poważnie swą niespełnioną miłością do żony starego Boryny. Prawdziwe salwy śmiechu widzów wzbudzają także zwierzęta z lipcowego obejścia. Krowa w wykonaniu Andrzeja Kłaka czy kura Klary Bielawki to prawdziwe teatralne cieszotki, że o zdalnie sterowanym łaziku, okazującym się być świnią, która zwiała z zagrody nie wspomnę.

Doprawdy trudno uwierzyć, że Krzysztof Garbaczewski zrobił z „Chłopami” to, co zrobił. Co dzieje się w głowie człowieka, który w sposób tak zwariowany i błyskotliwy zarazem wystawił w teatrze jedną z dwóch wielkich powieści naszego literackiego noblisty, pozostaje nieustannie tajemnicą. Pewne jest natomiast to, że Teatr Powszechny ma kolejnego hiciora, że nie ma zamiaru oddawać Teatrowi Studio palmy pierwszeństwa w rywalizacji o najgorętszą scenę Warszawy oraz to, że niejedna polonistka może na „Chłopach” Garbaczewskiego dostać zawału.

Władysław Reymont „Chłopi”
reż. Krzysztof Garbaczewski, Teatr Powszechny w Warszawie
premiera: 13 maja 2017 r. 

Foto: Magda Hueckel

CZYTAJ TAKŻE
Niezgoda | rozmowa z Krzysztofem Garbaczewskim
Cyberpunk | rozmowa z Jackiem Poniedziałkiem o Krzysztofie Garbaczewskim
Kokaina na trawniku | rozmowa z Aleksandrą Wasilkowską o Krzysztofie Garbaczewskim

 

Zwykły wpis
PORTRET

Nieśmiała dziewczynka

podroz-ziomowa_1__0413_1

Mam taką konstrukcję, że muszę upaść, żeby móc się potem pozbierać i ruszyć do przodu. Julia Wyszyńska

W Mysłowicach urodzona, w Katowicach wychowana – jednym słowem Ślązaczka. Julia Wyszyńska, rocznik 1986, była beztroskim dzieckiem, które kiedy podrosło, nie zauważyło, że czas już się stać dorosłym człowiekiem. – W liceum sporo balowałam i nie zawracałam sobie zbytnio głowy planowaniem przyszłości. Dużo za to myślała o niej moja mama – mówi aktorka. Mama, dodajmy, twardo stąpająca po ziemi psycholożka, widziała córkę w tym samym zawodzie. Mogłyby nawet praktykować razem. Nic z tego. Julia, co prawda, poszła po maturze na egzaminy na psychologię, ale testy zdała fatalnie. Uniwersytet Śląski jej nie chciał. Nie chciała jej też Państwowa Wyższa Szkoła Teatralna w Krakowie, co akurat bardzo ucieszyło mamę, uważającą aktorstwo za niepoważne zajęcie.

skapiec_2_0087

Skoro wszelkie uczelnie odpadły, Julia zapisała się do Studium Aktorskiego przy Teatrze Śląskim im. Stanisława Wyspiańskiego w Katowicach. Mama z dezaprobatą kręciła tylko głową. Wyszyńska: – Oczywiście musiałam odpokutować moje złe życiowe wybory i niezdane egzaminy, więc zmywałam, szorowałam, odkurzałam i wynosiłam śmieci. Zostałam też odcięta za karę od pieniędzy, bo skoro jestem taka mądra to mogę się utrzymać sama. To była ważna lekcja. Ale w głowie i tak miała tylko teatr. Już w harcerstwie występowała w pierwszych spektaklach, a kiedy na Ogólnopolski Festiwal Sztuki Reżyserskiej „Interpretacje” przyjechał do Katowic „Krum” Krzysztofa Warlikowskiego zupełnie oszalała. – Wtedy zobaczyłam, że teatr wcale nie musi być nudny i sztampowy, że może być nowoczesny i poruszający – wspomina.

wesele2__0148

W studium uczy się rok: – Tam bardzo dobrze przygotowano mnie do egzaminów do szkoły teatralnej. Szczególnie ceniłam zajęcia z wymowy i rytmiki. W wakacje, przed drugim rokiem, jedzie do Londynu. Trzeba zarobić na czesne. Ale wcześniej zdaje jeszcze w tajemnicy po raz drugi egzaminy na aktorstwo: do Warszawy, do Łodzi i do Krakowa. Udaje się w tym ostatnim mieście. Kiedy smaży kiełbaski na BBQ w Muzeum Historii Naturalnej (– Robota ciężka, ale trzeba było harować na szkołę), dzwonią do niej z krakowskiej PWST z dobrą nowiną. Dodzwonić się jednak nie mogą. W końcu kontaktują się z mamą i mówią, że córka została przyjęta. Mama odpowiada krótko: „To pomyłka!”.

podroz-ziomowa_1__0334

W 2006 roku Julia przeprowadza się do Krakowa, studia zaczynają z nią między innymi Mateusz Kościukiewicz i Miron Jagniewski. – Lepiej nie mogłam trafić. Świetna szkoła, świetni ludzie, świetne miasto dla studentów – opowiada. Ciągle była jednak spięta i zestresowana: – Miałam jakieś okropne blokady. Byłam nieprawdopodobnie nieśmiała. Adam Nawojczyk uważał, że nic ze mnie nie będzie, więc myślałam, że po pierwszym roku mnie wyrzucą. Nie wyrzucili. Na szczęście. Bo na drugim roku odżyła, zmieniła się nie do poznania: – Chyba mam taką konstrukcję, że muszę kompletnie upaść, załamać się, rozwalić, żeby móc się potem pozbierać i ruszyć do przodu. Tak też było w szkole.

eurydyka_mowi_0__0427

Na scenie debiutuje w 2010 roku. Do Teatru Polskiego w Bielsku-Białej zaprasza ją Ewelina Marciniak, która przygotowuje „Nowe wyzwolenie” Witkacego: – Z Eweliną znałyśmy się jeszcze ze szkoły. Kiedy zaproponowała mi tę rolę, od razu się zgodziłam, choć rozważałam także zagranie w spektaklu Szymona Kaczmarka, który szykował go w Teatrze Imka w Warszawie. Znajomi pukali się w głowę: „Jeszcze się zastanawiasz? Wiadomo, że Warszawa!”. Wybrała jednak Bielsko-Białą. Spektakl zebrał dobre recenzje, a Julia dostała za swoją rolę nagrodę publiczności na Koszalińskich Konfrontacjach Młodych m-teatr. Dobry początek.

wisniowy_sad_1__0704

Potem jedzie do Wigier, zupełnie przypadkiem. W słynnych warsztatach teatralnych organizowanych co roku przez Tadeusza Słobodzianka bierze udział jej ówczesny chłopak, a ona pływa na kajaku. – Ale tak się złożyło, że zabrakło im aktorów i wzięli mnie. Ten wyjazd zaowocował potem Słobodziankową propozycją zastępstwa w „Gardenii” w reżyserii Aldony Figury w Laboratorium Dramatu i w „Naszej klasie” w Teatrze na Woli (dzisiaj to jedna ze scen stołecznego Teatru Dramatycznego). Na Woli Julia zaczyna znów pracować z Eweliną Marciniak. Do premiery „Bohaterek” jednak nie dochodzi. Reżyserka nie chciała się zgodzić na zaproponowany przez teatr plakat, więc Słobodzianek planowaną premierę odwołał. Wyszyńska: ­– Lepiej nam wyszła z Eweliną praca nad „Medeą”, którą zrobiłyśmy w Laboratorium Dramatu. To prawda, za ten monodram aktorka znów dostała nagrodę – tym razem na Ogólnopolskim Przeglądzie Monodramu Współczesnego w Warszawie.

lalka2__0979

„Medea” pokazywana była także na Festiwalu Monodramów „Monoblok” w Gdańsku, gdzie w jury zasiadał Paweł Łysak, wtenczas dyrektor Teatru Polskiego w Bydgoszczy. – Pomyślałam, że skoro już mnie widział, to może do niego zadzwonię – uśmiecha się Wyszyńska. Zadzwoniła do zastępcy Łysaka, Pawła Sztarbowskiego. Ten powiedział, że na razie nie ma żadnej propozycji, ale jak coś będzie, to da znać. I dał. W czerwcu 2012 roku Julia zadebiutowała na deskach Teatru Polskiego w Bydgoszczy w spektaklu „Źle ma się kraj” w reżyserii Weroniki Szczawińskiej i wkrótce dołączyła do zespołu. To była dobra decyzja? – To był strzał w dziesiątkę! – odpowiada natychmiast. W rzeczy samej.

iwona_burbona_03__0165

Rok później zagrała najpierw Anię w „Wiśniowym sadzie” Czechowa w inscenizacji Pawła Łysaka, a później Elisabeth Fritzl w arcydzielnej „Podróży zimowej” Elfriede Jelinek w reżyserii Mai Kleczewskiej (koprodukcji z Teatrem Powszechnym w Łodzi). Ta doprawdy wstrząsająca kreacja przyniosła jej wielkie uznanie i nagrodę za najlepszą rolę kobiecą na XII Festiwalu Prapremier. To był jej rok. Jesienią czekała Julię ponowna praca z Eweliną Marciniak nad błyskotliwym, przepisanym przez Michała Buszewicza i cieszącym się wielką popularnością wśród widzów „Skąpcu” Moliera (grała Elizę) oraz „Wesele” w reżyserii Marcina Libera (grała Pannę Młodą). Bydgoski rozdział w karierze Wyszyńskiej zamknął spektakl „Cienie. Eurydyka mówi:” Mai Kleczewskiej z gościnnym udziałem Katarzyny Nosowskiej (koprodukcja z Teatrem Muzycznym Capitol we Wrocławiu i stołeczną Imką). Nie pograła w nim jednak długo, bo „Cienie” szybko ściągną z afisza Paweł Wodziński, nowy dyrektor Teatru Polskiego. Podobnie zresztą jak „Skąpca”, który wylądował w śmietniku zaraz po tym, jak dostał nagrodę publiczności na katowickich Interpretacjach.

kazdy_d_0077

Jesienią 2014 Paweł Łysak z Pawłem Sztarbowskim wygrywają konkurs na szefów Teatru Powszechnego w Warszawie i zabierają ze sobą z Bydgoszczy kilkoro aktorów: Karolinę Adamczyk, Michała Czachora, Mateusza Łasowskiego, Michała Jarmickiego i Julię Wyszyńską, która przez dwa lata gra spektakle zupełnie nie dla niej skrojone. Nie jest jej teatrem ani „Iwona, księżniczka z Burbona” Magdy Fertacz w reżyserii Leny Frankiewicz (gra Lolę), ani „Lalka. Najlepsze przed nami” według Bolesława Prusa w reżyserii Wojciecha Farugi (gra Kazimierę Wąsowską), ani nawet bardzo udane skądinąd przedstawienie „Każdy dostanie to, w co wierzy” według „Mistrza i Małgorzaty” Bułhakowa stworzone przez Jolantę Janiczak i Wiktora Rubina. Julia (Małgorzata) gra tam nieudany duet z Dawidem Rafalskim (Mistrz). Na uznanie zasługuje za to jej rola w „Nieznośnie długich objęciach” Iwana Wyrypajewa, choć to też nie do końca jej teatr. Wyszyńska nie gra niestety w spektaklach Mai Kleczewskiej, bo panie przestają się dogadywać.

klatwa_414

W końcu aktorka wraca do wielkiej formy odważną kreacją w „Klątwie” według Wyspiańskiego w reżyserii kontrowersyjnego Olivera Frljicia. Aktualne są jej słowa, że musi upaść, żeby się pozbierać i ruszyć do przodu. Tak ruszyła, że dwie zagrane przez nią sceny wywołały ogólnopolską awanturę i niespotykaną od lat nagonkę na teatr. Wyszyńską odsądzono od czci i wiary za scenę seksu oralnego z figurą Jana Pawła II i monolog o zbiórce pieniędzy na zabójstwo Jarosława Kaczyńskiego, w której tłumaczy widzom, że takiej zbiórki przeprowadzić nie może, bo zabrania tego polskie prawo. Ale to, co aktorka mówi ze sceny nie ma w medialnym maglu żadnego znaczenia. Spektakl, a raczej wyobrażenie o nim zaczyna żyć własnym życiem. Prawicowe media, politycy rządzącej partii, a nawet Episkopat Polski oskarżają ją i teatr o nawoływanie do przemocy i bluźnierstwo. Za „Klątwę” lanie dostają wszyscy, ale najmocniejsze razy dostaje ona – nieśmiała dziewczynka ze Śląska, która zaryzykowała dla roli cały swój aktorski dorobek i została tym samym najodważniejszą z odważnych.

CZYTAJ TAKŻE
Klątwa | recenzja
Nienasycona | rozmowa z Eweliną Marciniak
Widelcem w oko | rozmowa z Mają Kleczewską

Fot. Magda Hueckel

 

Zwykły wpis
RECENZJA

Powszechny wymiata

klatwa_515

Na taki spektakl czekaliśmy grubo ponad dwa lata, tyle bowiem czasu upłynęło od premiery arcydzielnej „Wycinki” Krystiana Lupy w Teatrze Polskim we Wrocławiu. Dzisiaj, kiedy marszałek Dolnego Śląska z ministrem kultury postanowili zrównać tę najlepszą polską scenę z ziemią, środek ciężkości artystycznego teatru przechyla się coraz bardziej w stronę stolicy, co jest o tyle ciekawe i zaskakujące, że Warszawa była przez lata zbieraniną najgorszych scen. Tymczasem wszystko wskazuje na to, że klaruje nam się wielka stołeczna trójca – Nowy Teatr, Teatrgaleria Studio i Teatr Powszechny – która chce nadawać ton nie tylko życiu teatralnemu stolicy, ale także kraju.

A poprzeczka została zawieszona wysoko, bardzo wysoko. Zawiesił ją właśnie Teatr Powszechny, który drugi już sezon próbuje artystycznej fermentacji, jednak nie wychodziło mu to do tej pory najlepiej. Mimo dobrych chęci i ambicji dyrektorów Pawła Łysaka i Pawła Sztarbowskiego, dostawaliśmy więcej nieudanych niż udanych przedstawień. Albo inaczej, więcej takich, których od Powszechnego z tą dyrekcją byśmy nie chcieli. Bo po co w „teatrze, który się wtrąca” te wszystkie „Dzienniki Majdanu”, „Nieznośnie długie objęcia” i „Lalki”, po co te wszystkie krzaki w skrzynkach przed teatrem, co to niby mają prażanom służyć i dzielnicę integrować, po co te festyny i jarmarki. Przecież to jest niepoważne. Łysak ze Sztarbowskim – takie było oczekiwanie – zostali szefami Teatru Powszechnego nie po to, by robić dzielnicowy dom kultury, ale po to, by robić najlepszy teatr w kraju. I to się chyba właśnie zaczęło dziać.

klatwa_060

„Klątwa” Stanisława Wyspiańskiego w reżyserii Olivera Frljicia była jedną z najbardziej oczekiwanych premier tego sezonu. Na premierze był taki tłum, że ludzie zwisali z balkonu. Frljić to artysta radykalny i bardzo głośny, ostatnimi czasy także w Polsce, w której ma dokładnie takie same problemy, jak w swojej rodzinnej Chorwacji. Kiedy przygotowywał „Nie-Boską komedię” Zygmunta Krasińskiego w Starym Teatrze w Krakowie, został z niego wyrzucony przez dyrektora Jana Klatę. Kiedy pokazał na Festiwalu Prapremier w Bydgoszczy swój spektakl „Nasza przemoc, wasza przemoc”, zajęła się nim prokuratura. Oczywistym więc było, że w Warszawie też może być gorąco.

Sztuka Wyspiańskiego jest dla reżysera jedynie przyczynkiem do napisania zupełnie nowego tekstu, czerpiącego ma się rozumieć z tematu sztuki wielkiego krakusa. Historia wiejskiej dziewczyny, która ma romans z księdzem i przez to zostaje uznana przez społeczność za winną sprowadzenia na wieś suszy (co nie mogło się dla niej i jej dzieci dobrze skończyć) jest zaledwie iskrą, od której zapala się armatni lont Frljicia. I jak już ogień dojdzie do prochu, to nie ma ratunku. Frljić prowadzi zmasowany ostrzał widowni i nie bierze jeńców, dając jednocześnie przytyczka naszym twórcom teatralnym, którzy kręcą się wokół podobnych tematów i chcieliby, ale się boją. Frljić za to niczego się nie boi i wali w polski nacjonalizm i katolicyzm jak w bęben. I nie chodzi tu o żadne obrażanie tak zwanych uczuć religijnych, ale zakłamaną do szpiku instytucję kościoła katolickiego, na czele której przez wiele lat stał najświętszy z najświętszych Jan Paweł II. Dla Polaków to przede wszystkim papież od kremówek, zinfantylizowany dziadzio, który machał laską jak mu górale pod Giewontem grali na skrzypkach. Tymczasem dla tysięcy wykorzystywanych seksualnie na całym świecie dzieci to człowiek, który wiedział o masowym zjawisku pedofilii wśród księży i nic z tym nie robił. Chociaż nie, przepraszam, robił – zwyczajnie ich krył. Pedofilii kościół katolicki ukrywał z takim samym zaangażowaniem, jak księży mających romanse z kobietami, a kiedy wychodziły one na jaw, konsekwencje zawsze ponosiły kobiety. Nigdy księża. Dramat Wyspiańskiego ukazał się prawie 120 lat temu i nic z tej sprawie nie zmieniło się do dzisiaj.

klatwa_2_913

Trudno pisać o tym spektaklu bez zdradzania inscenizacyjnych niespodzianek, jakie przygotował reżyser. Napiszę więc tylko, by nie psuć widzom wieczoru w teatrze, że każda kolejna scena jest lepsza od poprzedniej, niemal każda wbija w fotel i powoduje powiększenie się źrenic. Człowiek siedzi z wielkimi oczami, albo spada ze śmiechu z krzesła, bo skandaliczny dowcip po bandzie jest także elementem tego teatralnego dzieła. To zasługa z jednej strony genialnego tekstu, a z drugiej równie genialnych aktorów, którzy mogą w końcu w Teatrze Powszechnym pokazać w pełni swoje aktorskie możliwości. Co na scenie wyprawiają Karolina Adamczyk, Klara Bielawka, Barbara Wysocka, Julia Wyszyńska, Maria Robaszkiewicz, Jacek Beler, Arkadiusz Brykalski i Michał Czachor opisać niepodobna. Ich monologi to właściwie małe przedstawienia. W dodatku skonstruowane tak, by zmylić widza, który nie wie, czy aktorzy opowiadają swoje historie, czy też napisany przez reżysera i jego dramaturgów tekst.

„Klątwa” Olivera Frljicia to bez wątpienia najwspanialsze teatralne dzieło ostatnich lat, prawdziwa artystyczna bomba rzucona na przykurzone teatralne deski. I choć do końca sezonu zostało nam jeszcze kilka miesięcy, jest mało prawdopodobne, by komuś udało się tę premierę Teatru Powszechnego przyćmić. Co tu dużo gadać, Powszechny po prostu wymiata!

klatwa_2017_no_logo_www

Stanisław Wyspiański „Klątwa”
reż. Oliver Frljić, Teatr Powszechny w Warszawie
premiera: 18 lutego 2017 r.

Fot. Magda Hueckel

Zwykły wpis
REŻYSERZY/REŻYSERKI

Nienasycona

10168483_10152260696239020_1476806605_n

Robienie swojego teatru z zerkaniem na mistrza jest słabe. Chyba, że chcesz go poszturchać, bo to oznacza samodzielne myślenie. Z Eweliną Marciniak rozmawia Mike Urbaniak.

Dlaczego postanowiłaś zostać reżyserką?
– 
Kiedy miałam szesnaście lat trafiłam na warsztaty teatralne prowadzone przez moją wspaniałą nauczycielkę języka polskiego w Kudowie Zdroju. Zapraszała do nas znakomitych aktorów (m.in. Mariannę Sadowską, cudowną pieśniarkę związaną z Gardzienicami), którzy prowadzili z nami – w szkole, raz w miesiącu – warsztaty teatralne.

Dlaczego na nie poszłaś?
– 
Bo byli tam najfajniejsi uczniowie ze starszych klas. Chciało się tam być, świetne towarzystwo. Wszyscy oczywiście planowaliśmy być aktorami więc mieliśmy profesjonalną edukację z elementarnych zadań aktorskich. Ja miałam jednak problemy z koncentracją, panowaniem nad odruchami – generalnie wprowadzałam chaos. Dlatego za każdym razem mówiłam sobie, że idę tam ostatni raz, ale po pół roku okazało się, że nie mogę tam nie iść. Wtedy już wiedziałam, że to jest to.

Aktorstwo czy reżyseria?
– 
Tylko to, że chcę robić coś w teatrze, cokolwiek, i że to jest miejsce dla mnie. Fascynowało mnie tworzenie czegoś, uczestniczenie w niezwykłym procesie, stwarzanie tego, co się dzieje potem na scenie. Ale masterplan był nadal taki, że zostanę dyplomatką.

I jak go wcielałaś w życie?
– 
Byłam wzorową uczennicą, ale taką która daje odpisywać i pali jointy w kiblu na przerwie. Po maturze postanowiłam zdawać do Wrocławia, do liceum z maturą międzynarodową i oblałam matematykę. Co robić? Wpadłam więc na pomysł, że muszę w takim razie iść do jakiegoś innego dobrego liceum we Wrocławiu. Wybrałam w końcu XII i nałgałam dyrektorce, że moi rodzice są dyplomatami, właśnie wrócili z placówki i ja muszę zacząć tu naukę. Przyjęła mnie. Miałam tam warsztaty teatralne, na których zrobiłam „Iwonę, księżniczkę Burgunda”, a że klasa była o profilu historycznym z elementami prawa, zakuwałam jednocześnie casusy jak przystało na przyszłą studentkę stosunków międzynarodowych.

Rodzice wspierali cię w tych wyborach?
Rodzice byli już wtedy rozwiedzeni. Mieszkałam z mamą, z którą byłam w symbiotycznej relacji i która zawsze mnie wspierała. Od taty miałam alimenty i one w połączeniu ze stypendium pozwalały na luksus w postaci pokoju w internacie i wejściówek do teatrów, bo zaczęłam do nich chodzić nałogowo.

Wiem, że twój tato był pianistą, a mama?
– 
Barmanką.

Powaga?
– 
Absolutna. Pracowała w „Melodii” w kurorcie w Kudowie Zdroju. To była wielka kawiarnia z prawdziwymi dansingami. Zanim mama została barmanką, pracowała jako kelnerka i pamiętam, że zawsze chodziła w szpilkach. Jak już stała za barem, to nikt jej nie podskoczył, była bardzo lubiana. Kiedy w latach dziewięćdziesiątych kawiarnię zmieniono w dyskotekę zaczęli przychodzić tam licealiści, którzy moją mamę kochali, po „pani Stasia” zawsze dawała im zapiekanki za kreskę. I tak mama przepracowała w „Melodii” ponad trzydzieści lat.

Dom był, jak się domyślam, liberalny.
– 
Kompletnie, wszystko mogłam. Cudowna wolność, która uczy samodzielności. To wszystko dostałam od mamy, której już niestety nie mam, bo zmarła kilka lat temu na raka.

We Wrocławiu byłaś nieśmiałą dziewczyną z niewielkiego miasta?
– 
Kiedy tam przyjechałam, wszyscy wiedzieli trzy raz więcej ode mnie. Znałam Gardzienice, no i wiedziałam kim są Krystian Lupa i Krzysztof Warlikowski. Tyle. Jak moja polonistka z liceum powiedziała, że przyjeżdża Peter Brook i idziemy na jego spektakl, nie wiedziałam zupełnie kim jest Brook. Czytałam więc, czytałam i czytałam, oglądałam spektakle i coraz szerzej otwierały mi się oczy.

I zaczyna się teatralny odjazd?
– 
Totalny! Chodzę wszędzie i na wszystko. Na spektakle, na wykłady w Instytucie Grotowskiego. To był też czas premiery „Oczyszczonych” Warlikowskiego, więc pamiętam kilkugodzinne wysiadywanie po wejściówkę.

Dyplomacja poszła w kąt?
– 
Nic z tych rzeczy, nadal sprawy szły dwutorowo: wkręcałam się z teatr i cały czas zakuwałam przepisy prawa międzynarodowego.

Ale zbliża się matura i trzeba wybrać zaraz jakieś studia.
– 
Nadal nie rezygnuję z żadnej z moich dwóch pasji i zdaję jednocześnie na Uniwersytet Jagielloński – na europeistykę i na wiedzę o teatrze, na której wybrałam później specjalizację dramatologiczną. Miałam tam wspaniałych nauczycieli, od których mnóstwo się nauczyłam. Małgorzata Sugiera, Mateusz Borowski czy Dariusz Kosiński uczą tam bardzo ważnych rzeczy.

A co z europeistyką?
– 
Dociągnęłam ją do licencjatu i może zdecydowałabym się na magisterkę, gdyby na egzaminie z romantyzmu na dramatologii jeden z profesorów nie powiedział do mnie: „Dobra, przeczytałaś wszystko, orientujesz się, ale musisz zdecydować, co chcesz studiować. Ciągnięcie tych dwóch kierunków jest bez sensu, bo nie masz czasu i energii na wejście w żaden do końca”. To był bardzo stanowczy komunikat, którego chyba potrzebowałam i skupiłam się wtedy wyłącznie na teatrze. Kontynuowałam dramatologię i postanowiłam zdawać na reżyserię.

Gdzie?
– 
Do Krakowa (nie udało się) i do Warszawy (odpadłam na ostatnim etapie). Bardzo mnie zabolało to znalezienie się pod kreską. „Jak oni mogli mnie odrzucić?” – myślałam, a potem byłam im wdzięczna, bo dzisiaj wiem, że nie chciałbym kończyć szkoły warszawskiej.

Uchowaj Boże! Po roku znów próbowałaś w Krakowie?
– 
Oczywiście, bo po fazie „Jak oni mogli mnie odrzucić?”, przyszła faza: „Ja mam być pod kreską? Ni chuja!”. Robiłam sobie kolejny rok dramatologii, zaczęłam dużo jeździć i oglądać. Po raz pierwszy trafiłam też do berlińskich teatrów, na Theatertreffen – teatr niemiecki zaczął mnie bardzo wkręcać. I rok później dostałam się na reżyserię do Krakowa.

Ale dalej nie rozumiem, po co ci ta reżyseria?
– 
Po to, żebym mogła robić rzeczy, które oglądałam do tej pory na scenie. Pisać o teatrze nigdy nie chciałam, bo nie umiem pisać. Ale stwarzanie światów mnie podnieca. To ciągłe nienasycenie, gonienie króliczka jest fascynujące. Napisałam więc pracę magisterską na dramatologii, zgarnęłam dyplom i skupiłam się na reżyserii.

Studia cię pochłonęły?
– 
Tak, ale wiesz, to były moje trzecie studia i bardzo dokładnie wiedziałam czego chcę i to głośno mówiłam, co bardzo wiele osób w szkole wkurzało. Tłumaczyłam na przykład, że bardzo przepraszam, ale ja na zajęcia z filozofii z tą osobą nie będę chodziła, bo na UJ miałam takich profesorów, że to co tu jest wykładane, to śmiech na sali. Rozumiesz więc, że nie mogłam być niczyją ulubienicą. Ale generalnie szkoła była zajebista, super czas, super zajęcia z Krystianem Lupą, Grzegorzem Niziołkiem, Janem Peszkiem. Szybko odkryłam, że program nauczania nie ma żadnego znaczenia, liczą się tylko ludzie, których tam spotkasz. Wtedy jest lot.        

Lot z mistrzem?
– 
Nie było takiego. Dzisiaj chyba nikt już nie ma swoich mistrzów. Poza tym robienie swojego teatru z zerkaniem na mistrza jest słabe. Chyba, że cię intryguje i chcesz go poszturchać, to rozumiem, bo to oznacza samodzielne myślenie.

A ciebie kto intrygował?
– 
Krystian Lupa oczywiście, ale ważne były też dla mnie spotkania z teoretykami, choćby wspomnianym Grzegorzem Niziołkiem. To znakomite zajęcia, na których można się nauczyć, jak się inspirować, otwierać.

Twoim debiutem reżyserskim, jeszcze na studiach, było „Nowe wyzwolenie” Witkacego na dużej scenie Teatru Polskiego w Bielsku-Białej. Jak doszło do tej realizacji?
– 
Bielsko miało być dla mnie karą, bo nie byłam – przypominam ci – niezbyt lubiana w szkole za głośne wyrażanie poglądów. Koleżanka z roku została wybrana, żeby zrobić dyplom w Warszawie, a mnie – tą najgorszą – trzeba było wysłać gdzieś na prowincję, na przykład do Bielska, żebym sobie tam zrobiła spektakl w teatrze z „Mayday”, „Szalonymi nożyczkami” i „Testosteronem” w repertuarze. Do szkoły przyjechali aktorzy z grupy „Kontrast” z Bielska-Białej, zobaczyli mój egzamin (była nim wtedy „Kobieta z przeszłości” robiona z Kasią Zawadzką, która potem zagrała w mojej „Kobiecie…” w Bałtyckim Teatrze Dramatycznym w Koszalinie) i powiedzieli, że im się to podoba, że chcieliby zagrać w czymś takim. Zaprosili mnie na rozmowę, pojechałam do nich. Gadaliśmy o tym, co lubią. Okazało się, że jest szczególne zainteresowanie Witkacym. Wtedy powiedziałam do Michała Buszewicza, mojego dramaturga: „Słuchaj, czytamy całego Witkiewicza. Musimy coś wybrać”. I wybraliśmy „Nowe wyzwolenie”.

Trafnie?
– 
Nie do końca, bo zrobiliśmy spektakl zupełnie odklejony od tego, do czego przyzwyczajona jest tamtejsza widownia.

I zaprosiliście do niego, wówczas studentkę, Julię Wyszyńską.
– 
Która zagrała Zabawnisię podbijając serca aktorów i publiczności. Stworzyła niezwykłą, wzruszającą i niebanalną kreację. Julka to wspaniała aktorka z poważnym usposobieniem do pracy, a na scenie była cudownie niepoważna. Dowcipna, ale nie przaśna.

A ty jak się odnalazłaś jako studentka reżyserii na dużej scenie w teatrze repertuarowym?
– 
To było duże przeżycie, bo „Nowe wyzwolenie” to moje pierwsze prawdziwe bycie w teatrze, po tej drugiej stronie. Warunki niełatwe: zero kasy na scenografię, zero na kostiumy, pięć osób na scenie, jedna przebiórka. Julka grała w białej rajstopie i wyglądała jak kiełbasa. Mówiła do widzów, że nie ma chłopaka i nigdy nie miała, ale bardzo by chciała kogoś poznać, nawet tam, w Bielsku.

Jak cię traktowali aktorzy?
– 
Profesjonalnie i poważnie. Bardzo chcieli zrobić to, co wymyśliłam, niezwykle otwarci ludzie. Dużo się wtedy też nauczyłam.

Czego na przykład?
– 
Że nie mogę z aktorami rozmawiać przez 2 tygodnie, bo potem zostaje mi tylko 6 na próby. A ja uwielbiam gadać z aktorami o tym, co robimy i dlaczego.

„Nowe wyzwolenie”, które dostałaś w Bielsku Białej – jak sama mówisz – „za karę” przyniosło ci nagrodę na festiwalu m-teatr w Koszalinie. Dobry początek.
– 
Niezły, to prawda.

To także początek twojej, jak się okazało, długofalowej współpracy z Julią Wyszyńską, z którą potem zrobiłaś jeszcze wielokrotnie nagradzany monodram „Medea”, potem „Śmierć i zmartwychwstanie świata” w Starym Teatrze i ostatnio znakomitego „Skąpca” w Teatrze Polskim w Bydgoszczy. Są tacy reżyserzy, którzy wszędzie wożą ze sobą swoich aktorów. To też trochę taki model, w wersji semi?
– 
Będę teraz pierwszy raz bezczelna i powiem, że nie wożę Julki, żeby mi wszędzie zagrała to samo, jak to robią niektórzy ze swoimi aktorami. W naszej współpracy fascynujące jest ciągłe dawanie sobie nowych zadań, co nie jest łatwe. W tej szufladzie już byłyśmy, ta też już przeszperana, szukamy w innej. W „Nowym wyzwoleniu” Julka była słodką Zabawnisią, potem w „Śmierci i zmartwychwstaniu świata” mówię do niej: „Zapraszam cię, ale to będzie inny lot. Nie grasz już niewinnej nimfetki, tylko jesteś hardkorówą blokerką, która disuje wspaniałą Martę Ojrzyńską i zajebiście odważną dupę Kasię Zawadzką. Musisz być jeszcze bardziej niż one”. I Ann, którą gra Julka, wchodzi na scenę i mówi: „Wypierdalać stąd! Won! Już! Out! Tu jest teraz moje miejsce! Moja dupa tu siedzi, a nie twoja! Złaź, zjeżdżaj, wypad!”. W „Medei” było dużo pracy nad ciałem i na swoich emocjach w bardzo bliskim, intymnym kontakcie z widzem. W „Skąpcu” Julka jest z kolei zwierzęcą Elizą. Mam już związane z nią kolejne teatralne marzenie, ale jeszcze ci nie zdradzę jakie.

Drugą osobą, o którą nie mogę nie zapytać jest Michał Buszewicz. Gdzie się poznaliście?
– 
Na uniwersytecie, na zajęciach o wampirach. Po nich staliśmy na papierosie i Michał zobaczył swoją mamę, która wykłada na UJ literaturę staropolską. Podszedł do niej i zapytał, czy pożyczy mu dziesięć złotych. Pożyczyła. Wrócił do mnie z banknotem w ręku i powiedział: „Pójdziesz ze mną na kawę?”.

Poszłaś?
– 
Poszłam, i niedługo potem pojechaliśmy razem na „Norę” Ibsena w reżyserii Anny Augustynowicz do Poznania i wróciliśmy do Krakowa już jako para.

Para prywatnie i za chwilę para w teatrze.
– 
Początkowo nie chciałem Michała wpuszczać na próby, ale raz przyszedł i powiedział, że autobus mu uciekł, a następny ma za godzinę. Trudno, nie miałam wyjścia, został. I okazało się, że aktorzy bardzo lubią jak jest na próbach. Michał jest świetnym dramaturgiem. Często widzi to, czego ja nie zauważam w pogoni za moimi sprawami. Dużo się kłócimy oczywiście, ale bardzo lubię z nim pracować. Podczas pracy nad „Zbrodnią” okazało się, że Michał super pisze, że świetnie się bawi językiem i tak zaczęło się z kolei pisanie. Dajemy sobie dużo wolności: ja jemu – kiedy zaczyna pisać, a potem on mnie – kiedy zaczynam reżyserować. To jest bardzo zdrowy układ. Oczywiście cały czas się trzeba pilnować, żeby nie popaść w rutynę.

Robisz jeden spektakl – nagroda, drugi – nagroda, kolejny – deszcz nagród. Co sobie wtedy myślisz?
– 
Że ktoś, kurwa, mnie w końcu potraktuje poważnie, jako reżyserkę i będę mogła robić spektakle. Wiesz, na początku szukasz pracy wszędzie, stukasz do wszystkich dyrektorskich drzwi i nikt cię nawet nie chce wpuścić albo kiedy już się dostaniesz do gabinetu, to dyrektor zadaje ci pytanie typu: „A jakie książki pani czyta?”. Ręce bolą od tego stukania i odpadają od tych pytań. „Zbrodnia” była ważna, otworzyła wiele drzwi. Pomyślałam, że w końcu będą mogła pracować.

„Za własną, wyrazistą wizję teatru, za poszukiwania niestandardowych rozwiązań inscenizacyjnych, za dużą wrażliwość społeczną i artystyczną” dostałaś w roku 2012 Talent Trójki. Ta nagroda otworzyła jakieś drzwi?
– 
Jasne, bo kiedy o tobie mówią, łatwiej jest dostać pracę w teatrze. A Trójka jest takim fajnym programem, że nie zostawia cię z nagrodą, ale można do niej potem przychodzić i opowiadać o kolejnych spektaklach. To ważne, szczególnie kiedy pracuje się poza Warszawą, w mniejszych ośrodkach.

„Zbrodnię” wyreżyserowałaś w Bielsku-Białej. Skąd ten powrót?
– 
Zaprosił nas ówczesny dyrektor Teatru Polskiego Robert Talarczyk. Ta realizacja ciągle się przesuwała, ale w końcu doszła do skutku. Tym razem zaprosiłam gościnnie Jaśminę Polak z PWST w Krakowie i zabrałem się za pracę z przekonaniem, że muszę wkręcić w spektakl bielskiego widza i jednocześnie opowiedzieć o takich sprawach, o których chcę.

Stresowałaś się, że reżyserujesz po raz pierwszy sztukę Michała Buszewicza?
– 
Miałam poczucie, że tekst jest tak dobry, że daje mi pole do popisu i w ogóle nie byłam zestresowana. Michał dopisywał też trochę w trakcie pracy.

To był dla ciebie spektakl przełomowy?
– 
Przełomowy jest dla mnie „Skąpiec” w Bydgoszczy. Kiedy oglądałam drugą generalną nie mogłam uwierzyć, że udało mi się to tak zrobić.

W roku 2012 wyreżyserowałaś „Zbrodnię” w Bielsku-Białej, „Kobietę z przeszłości” w Koszalinie, „Śmierć i zmartwychwstanie świata” w Krakowie i „Amatorki” w Gdańsku. Nie za dużo?
– 
Tak długo czekałam na pracę, że byłam już przygotowana wcześniej do tych realizacji. Toczyły się różne rozmowy z dyrektorami, potem coś się poprzesuwało i tak to się raptem skondensowało. To był szalony rok, ale pod kontrolą.

Bardzo duże zainteresowanie wzbudziły twoje „Amatorki” z Teatru Wybrzeże. Dlaczego wzięłaś się za Elfriede Jelinek?
– 
Jestem zachwycona jej radykalną diagnozą społeczeństwa, którą przedstawia w zabójczej językowo formie. Bardzo mnie to kręci i mam nadzieję, że to początek mojej przyjaźni z Jelinek, bo bez wątpienia chcę do niej wrócić. W tym spektaklu chciałam zbadać różne rejony cielesności, pracować nad ciałem z aktorami, dlatego zaprosiłam do współpracy Dominikę Knapik.

Ruch sceniczny w „Amatorkach” jest rzeczywiście imponujący, ale zabawa formą, co lubisz robić, jest ryzykowana, bo może przykryć treść.
– 
Taki był niestety rezultat mojej zabawy z „Bohaterkami” w Teatrze Dramatycznym w Wałbrzychu. Bawiłam się stylistyką komiksową i publiczność bawiła się świetnie, a ja nie umiałam zrobić rewersu. Ale ciągle się uczę, szukam, mam prawo do błędów.

Twoje dwa ostatnie spektakle to „Misja” w Teatrze im. Stefana Żeromskiego w Kielcach i „Skąpiec” Moliera w Teatrze Polskim w Bydgoszczy. „Misję” Michał Buszewicz napisał, a „Moliera” przepisał. „Misja” mnie rozczarowała, „Skąpiec” mnie oczarował.
– 
W „Misji” był napisany tekst dla głównego bohatera, a ja wymyśliłam, że zagrają go trzy osoby. Okazało się to znaczącą trudnością i chyba sobie z tym do końca nie poradziłam. Spektakl nie działa tak jak chciałam i jestem zła na siebie, bo to jest ważny tekst dla Michała. Ale z drugiej strony cieszę się, że pozwoliłam sobie na to, bo, wiesz, chcę eksperymentować, próbować nowego, a to jest zawsze ryzykowne. W Bydgoszczy to był złoty strzał. Aktorzy weszli w konwencję na 100%, Michał napisał znakomity tekst, a ja wiedziałam dokładnie o co mi chodzi.

Ale zrobiłaś psikusa tym „Skąpcem” dyrektorowi Pawłowi Łysakowi, prawda?
 – Zdaje się, że dyrektor miał inne wyobrażenie tego spektaklu, kiedy mnie zapraszał do Bydgoszczy. Myślę, że spodziewał się „Zbrodni 2” czyli lekkiej zabawy konwencją – trochę sukienek i falbanek, ale w trampkach.

Tymczasem…
– 
Poczytałam sobie więcej i pomyślałam, że mamy tu do czynienia z jakimś kompletnym zezwierzęceniem między naszymi bohaterami, że trzeba pójść tym tropem. A wszystko to genialnie opakowała Kasia Borkowska.

Jej scenografia i kostiumy są rzeczywiście odlotowe. Właściwie to nie wiadomo czy aktorzy są ubrani czy też są nago. Pornobarok na całego.
– 
Zgadza się i to jest właśnie niezwykłe w tym, co Kasia zrobiła. Praca z nią to prawdziwa przyjemność. Myśmy ustaliły na początku, co ja chcę, co zamierzam i potem już kompletnie jej zaufałam. Sposób w jaki rozebrała aktorów uważam za mistrzostwo świata.

Pracujesz teraz w Teatrze Współczesnym w Szczecinie nad „Piotrusiem Panem”. Dlaczego tam? Dlaczego bajka?
– 
To, że zawędruję do Szczecina wiedziałam, bo byłam kiedyś asystentką Ani Augustynowicz i już dawno rozmawiałyśmy o współpracy. Ania zaproponowała mi najpierw zrobienie „Kordiana”. Odpowiedziałam, żeby zastanowiła się dobrze, pomyślała ile mam lat i zadzwoniła jeszcze raz. W końcu stanęło na „Piotrusiu Panu” czym jestem bardzo podekscytowana, ale czuję, że spektakl dla dzieci to jest gigantyczne wyzwanie. Nie chcę, żeby dzieciaki się nudziły i jednocześnie chcę, żeby to był spektakl o czymś ważnym. Cały czas szukam języka. „Piotrusia Pana” robię dlatego, że chcę zabrać widzów w podróż po fascynującym stanie niedojrzałości, który może nas także pożreć. To będzie w dużej mierze rzecz o wychowaniu, jak się dzisiaj produkuje i hoduje dzieci, które potem lądują w Nibylandii i czują nagle pełną wolność, ale jednocześnie są nafaszerowani pewnymi schematami myślenia. Chcę też oczywiście opowiedzieć o kobietach w tym spektaklu.

Jak ci się pracuje we Współczesnym?
– 
Chyba pierwszy raz jestem w zespole, w którym nie mam poczucia hierarchii. To jest wielka zasługa Ani Augustynowicz i to jest bardzo fajne. Mam w obsadzie aż 17 osób. Piotrusia Pana wybrał Michał – zagra go Konrad Beta, student IV roku PWST w Krakowie.

Wy tymczasem rozstaliście się z Michałem, ale nadal pracujecie razem. Związek twórczy przetrwał prywatne turbulencje.
– 
Tak, udało się i zapewniam cię, że nie było to łatwe. Ale chcieliśmy bardzo pracować ze sobą. Pierwszym spektaklem, który zrobiliśmy nie będąc już parą był „Skąpiec” i poszło nam znakomicie, więc można. Myślimy teraz o tym, żeby zaprosić kogoś trzeciego do naszego duetu, jakiegoś wirusa.

Ze Szczecina przenosicie się do Gdańska.
– 
Będziemy w Teatrze Wybrzeże robić spektakl o alkoholizmie, jego roboczy tytuł to „Ciąg”. Tekst pisze Michał i zagrają nasi wspaniali aktorzy z „Amatorek”, a także Katarzyna Figura. Scenografię robi Kasia Borkowska. Premierę planujemy na połowę maja.

A po wakacjach nowy sezon otworzysz głośną „Morfiną” w Teatrze Śląskim w Katowicach. Jak ci się udało namówić Szczepana Twardocha na zgodę. Wszystkim wcześniej odmawiał.
– 
Zadzwoniłam do niego i powiedziałam, że nazywam się Ewelina Marciniak, jestem reżyserką teatralna i zrobię wszystko, żeby tylko dostać jego zgodę na wystawienie „Morfiny”. Była wódka, była zgoda.

_____

Ewelina Marciniak (rocznik 1984), reżyserka teatralna, ukończyła europeistykę i dramatologię na Uniwersytecie Jagiellońskim oraz reżyserię dramatu na PWST w Krakowie. Była asystentką Anny Augustynowicz, Bogdana Hussakowskiego i Pawła Miśkiewicza. Zadebiutowała w 2010 roku „Nowym wyzwoleniem” Stanisława Ignacego Witkiewicza na deskach Teatru Polskiego w Bielsku-Białej i od tego czasu wyreżyserowała 8 spektakli w teatrach Gdańska, Koszalina, Wałbrzycha, Krakowa, Kielc i Bydgoszczy. Pracuje w tandemie z Michałem Buszewiczem (dramaturgiem i dramatopisarzem). Ma na koncie już kilka nagród, m.in. Grand Prix Ogólnopolskiego Przeglądu Monodramu Współczesnego w Warszawie, nagrodę na za najlepsze przedstawienie w Ogólnopolskim Konkursie na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej, nagrodę za reżyserię na Festiwalu Prapremier w Bydgoszczy czy na Ogólnopolskim Festiwalu Sztuki Reżyserskiej Interpretacje w Katowicach. W roku 2012 Program III Polskiego Radia przyznał jej Talent Trójki. Obecnie reżyserka pracuje nad „Piotrusiem Panem” w Teatrze Współczesnym w Szczecinie (premiera: 22 marca), w maju wystawi „Ciąg” Michała Buszewicza w Teatrze Wybrzeże w Gdańsku, a we wrześniu „Morfinę” Szczepana Twardocha na deskach Teatru Śląskiego w Katowicach. Mieszka w Krakowie.

_____

© Mike Urbaniak | Fot. Magda Hueckel

Zwykły wpis