ROZMOWA

The Artist

11221384_999302016767185_913289012431909706_o

On nigdy się nie liczył z modami. Jest osobny w stosunku do swojego pokolenia. Nie szuka poklasku, nie podlizuje się, a teatr, który robi jest coraz bardziej surowy i monumentalny. Z Maciejem Nowakiem o Michale Zadarze i jego teatrze rozmawia Mike Urbaniak.

Kiedy był twój pierwszy raz z Michałem Zadarą?
Pamiętam go bardzo dokładnie. Byłem wtedy dyrektorem Teatru Wybrzeże w Gdańsku i powiedziała mi o nim Agnieszka Olsten, która słyszała z kolei od znajomych z Krakowa, że na tamtejszej reżyserii jest charyzmatyczny, budzący wielkie zainteresowanie kolegów i koleżanek chłopak. Zdobyłem więc do niego numer telefonu i zadzwoniłem. Okazało się, że Michał akurat wtedy reżyserował „Szaloną lokomotywę” w Nowym Teatrze w Słupsku czyli niedaleko Gdańska.

Dzwonisz i co mówisz?
„Dobrze o panu gadają, poznajmy się”. Michał powiedział, że chętnie i na koniec rozmowy wykonał pewną figurę retoryczną, która sprawiła, że jeszcze bardziej chciałem się z nim spotkać.

Jaką?
„Tak, dobra, mogę przyjechać. No to pa!” – powiedział na koniec naszej rozmowy, co bardzo mnie zaintrygowało, bo zazwyczaj relacje między młodymi reżyserami, a dyrektorami teatrów są dość hierarchiczne, formalne. W końcu przyjechał i znów szok. Zamiast fafuły, jak zwykle wyglądają polscy reżyserzy, widzę przystojnego kolesia z amerykańskim, oślepiającym blaskiem białych zębów uśmiechem. W dodatku otwartego, wygadanego i pełnego pomysłów.

Chwilę wcześniej Paweł Demirski skończył pracę nad swoją sztuką „From Poland With Love” i szukaliśmy dla niej reżysera. Wpadłem na pomysł, by panów połączyć. I tak doszło do fajnej, ale rodzącej się w bólach premiery.

Co to były za bóle?
Wszystko szło dobrze, aż nagle, przed pierwszą generalną, przyszła do mnie delegacja aktorów i mówi, że premierę trzeba przesunąć, bo będzie katastrofa. Nie kryłem zaskoczenia, bo nie dochodziły do mnie żadne negatywne komunikaty z prób, a jak nie dochodzą, to nie ma powodu do dyrektorskiej interwencji. Powiedziałem, że przyjdę na wieczorny przebieg i zorientujemy się o co chodzi. Oglądam. Ciekawa scenografia Matthiasa Kulcke, którego Michał ściągnął z Niemiec, spektakl idzie. A aktorzy swoje, że to kompletnie bez sensu. Mówię: „Słuchajcie, premierę można zawsze odwołać, ale mnie się wydaje, że to jest dobre. Zagrajmy pierwszą generalną”, bo – jak mówi Mikołaj Grabowski – prawdziwa reżyseria zaczyna się na generalnych. Aktorzy znów: „I co? Trzeba to odwołać!”. „Zagrajmy jeszcze drugą generalną” – proponuję. Okej, poszło. I tak doprowadziłem do trzeciej generalnej, na której się okazało, że mamy gotowy spektakl, w dodatku świetny.

Co więc było nie tak?
Kiedy z Michałem podsumowywaliśmy potem jego pracę, on sam zidentyfikował swój błąd, który zresztą często popełniają młodzi reżyserzy i który polega na zbytnim kolegowaniu się z aktorami, chęci bycia bratem-łatą. A tak się nie da pracować. Reżyser z aktorami nie powinien być zblatowany.

„From Poland With Love” to był sukces. Pisano o tym spektaklu, że jest świeżym powiewem w Teatrze Wybrzeże. Też miałeś takie poczucie?
Absolutnie tak, to był bezsprzeczny sukces. Super przedstawienie, z którym jeździliśmy za granicę. Była to jedna z pierwszych opowieści w polskim teatrze o imigracji młodzieży, ucieczce stąd, a pamiętaj, że to początek lat dwutysięcznych, kiedy żyliśmy jeszcze w transformacyjnym micie samych sukcesów. Paweł Demirski napisał sztukę pełną gorzkich obserwacji, bolesną, którą bardzo ciekawie – inscenizacyjnie i myślowo – wyreżyserował Michał Zadara.

Który bardzo szybko, bo jeszcze tego samego roku wraca do Wybrzeża, żeby wystawić kolejną sztukę Demirskiego „Wałęsa. Historia wesoła, a ogromnie przez to smutna”.
Ten szybki powrót związany był z tym, że latem 2005 roku marszałek województwa pomorskiego poinformował, że mnie wyrzuca, a my byliśmy w trakcie powstawania „Wałęsy”. Poprosiłem więc marszałka, żeby chociaż pozwolił nam skończyć to ważne przedsięwzięcie i zagrać premierę. Wszystko nabrało przyspieszenia, trzeba było znaleźć reżysera i pomyślałem, że skoro pierwsza kolaboracja Demirski – Zadara zakończyła się sukcesem, to dlaczego tego nie powtórzyć?

Praca nad tym spektaklem była niezwykła, bo Lech Wałęsa był kilkakrotnie na próbach, rozmawiał z zespołem. Bardzo to wszyscy przeżywaliśmy. Po generalnej powiedziałem aktorom, że jeśli odejdę z teatru to z poczuciem, że zrobiliśmy jeden z tych spektakli, o które warto było walczyć. Na premierze byłem tak zdenerwowany, jak nigdy. Nawet jeden BOR-owik powiedział do mnie: „Co się pan tak denerwuje?”. Jak mogłem się nie denerwować, kiedy na premierę „Wałęsy” przybyli Danuta i Lech Wałęsowie z rodziną, że o lokalnym establishmencie nie wspomnę. Poszło znakomicie, Michał zrobił spektakl prosty i efektowny.

Podczas sceny, w której – grana przez Małgosię Brajner – Danuta Wałęsowa rozmawia z – granym przez Arka Brykalskiego – Lechem Wałęsą, o tym, jak w wyniku napięcia spowodowanego tak zwanymi wydarzeniami bydgoskimi poroniła, państwo Wałęsowie złapali się za ręce i widziałem, że po ich policzkach pociekły łzy. To był wielki sukces Michała Zadary. Drugi i ostatni jego spektakl, za który byłem odpowiedzialny.

10.11.2005 GDANSK TEATR WYBRZEZE PRZEDSTAWIENIE " WALESA - HISTORIA WESOLA , A OGROMNIE PRZEZ TO SMUTNA " FOT. RAFAL MALKO / AGENCJA GAZETA

Jego kariera, mimo, że reżyserował wcześniej, zaczęła się właściwie w Wybrzeżu. Zgodzisz się?
Nie widziałem jego wcześniejszych spektakli, ale w sensie zaistnienia – tak, bez wątpienia zaczęło się w Gdańsku. Tam też, nawiasem mówiąc, zaczął się związek artystyczny Michała z Robertem Rumasem. Panowie pracują ze sobą do dziś.

Właściwie od początku kariery Michała podkreślane jest jego niebycie w Polsce i życie za granicą: w Austrii, Niemczech, Stanach Zjednoczonych. Wychowanie i wykształcenie poza Polską to jego walor?
Przyznaję, ja tę narrację wymyśliłem i puściłem w świat. Czas więc się trochę potłumaczyć. Po pierwsze, nie jest prawdą, że rodzice Michała byli dyplomatami i on z nimi wiódł sielskie życie. Oni, jak wielu Polaków, wyjechali za granicę za chlebem, dziś są biznesmenami. Poznałem państwa Zadarów – to cudowni ludzie, bardzo przejęci pracą syna. Przyjeżdżają na wszystkie premiery razem z siostrą Michała i obstawą przyjaciół.

Po drugie, opowieść o jego wychowywaniu się za granicą nadal uważam za atut, choć rozumiem, że jeśli to się zamienia w pewien stereotyp, który ludzie powtarzają, zaczyna irytować. Mnie to, że Michał nie uczestniczył w lekcjach języka polskiego, wydawało się interesujące. Nie wbijano mu do głowy, jak nam wszystkim, Mickiewicza i Słowackiego. Michał nie oglądał polskich spektakli. Oczywistym jest więc, że ma zgoła inną perspektywę i nie jest obciążony tym, czym my w polskim sosie duszeni.

W końcu, po trzecie, Michał mógł przecież zostać w Stanach i tam robić karierę, ale podjął bardzo świadomą decyzję, że chce wrócić do Polski i tu pracować. To polski teatr i polska literatura wydały mu się ciekawym tematem do własnej twórczości. I pod tym względem to jest jego atut, bo jednak większość naszych reżyserów jest na Polskę skazana.

A ja odnoszę wrażenie, szczególnie czytając wywiady, których Michał udzielił przy okazji pracy nad „Dziadami” w Teatrze Polskim we Wrocławiu, że ta inność zamieniła się w poczucie wyższości. Wy, wychowani na Mickiewiczu nic nie rozumiecie i ja wam go teraz wytłumaczę.
Zgoda, tego typu wypowiedzi mogą być odczytywane jako rodzaj arogancji, poczucia wyższości, ale nie da się ukryć, że prowadzą do interesujących, wywołujących dyskusje efektów. Nie będę więc się buntował przeciwko jego postawie, bo Michał jest pierwszym reżyserem, który wystawił całe „Dziady” i zmusił strukturę polskiego teatru, by na scenie wybrzmiały wszystkie zapisane przez Mickiewicza słowa.

Jestem tu próżny, ale z „Dziadami” było tak, że myślenie o nich pojawiło się w Wybrzeżu – mówił mi o tym sam Michał. Bo kiedy Peter Stein wystawił całego „Fausta”, próbowałem – przez Grażynę Kanię, która jest z nim związana rodzinnie – wybadać, czy zgodziłby się wystawić całe „Dziady” u nas. Powiedział, że bardzo mu miło, ale powinniśmy znaleźć do tego jakiegoś młodego polskiego reżysera. Dlatego bardzo się cieszę, że Michał dogadał się z Krzysztofem Mieszkowskim, z którym przez jakiś czas nie było mu po drodze i ten wielki kulturowy projekt zrealizował. I, wracając do wątku bycia z zagranicy, uważam, że nikt wychowany w Polsce, wykształcony w polskim imaginarium kulturowym by się na to nie poważył. Fragmenty – tak, ale całość – nigdy.

Wiem, że nie jesteś wielkim fanem tych „Dziadów”, poza Gustawem zagranym przez Bartosza Porczyka, ale chyba zgodzimy się co do tego, że to jest coś zupełnie wyjątkowego?

dziady_mickiewicza_zadara_michal_3

Zgodzimy się. Tymczasem mamy za sobą dekadę teatru Michała Zadary, która rozpoczęła się sztukami współczesnymi, a skończyła na klasyce, głównie polskiej, choć nie tylko. Jak patrzysz na ten skręt?
Patrzę z ciekawością, bo jest to droga – znów – wyjątkowa. Michał się, w mojej opinii, radykalizuje, a zwykle jest odwrotnie. Młodzi zaczynają jako radykałowie, żeby potem dołączyć do akademii.

Czyli Michał nie spełnia jednej z zasad Nowaka?
Nie, i ja się go przez to coraz częściej boję. On jest radykalny na wszystkich polach. Jest radykalnym weganinem i nie pozwala w teatrach gotować dla siebie w tych samych garnkach, w których gotowane było mięso. Jest radykalny w wychowywaniu dzieci, co polega na nierozstawaniu się w nimi. Pamiętam, że kiedy kręciliśmy materiał do telewizji o „Elementarzu” w Nowym Teatrze w Warszawie, wokół biegały dzieci aktorów, był też syn Michała i na prośbę dźwiękowca, by dzieci uciszyć, Michał powiedział, że w takim razie nie będzie nagrania, bo spektakl powstawał z dziećmi, jest dla dzieci i jak one teraz przeszkadzają, to on wychodzi.

W ramach swojego radykalizmu nie dba też o to, żeby się podobać. Ma zamiar artystyczny czy intelektualny wobec utworu i go realizuje. Kropka. Nie odstąpi od raz powziętego zamiaru, co oczywiście nie zawsze kończy się sukcesem. Pamiętasz, jakie kontrowersje wywołał jego „Anty-Edyp” zrealizowana w Teatrze Polskim w Warszawie, gdy Barbara Wysocka była w ciąży i na scenie zrobiono jej USG? Oburzano się: „Jak oni mogą wykorzystywać teatralnie własne nienarodzone dziecko? Jak Barbara może eksponować swoją fizjologię? Jak można teatralizować przebieg ciąży?”. I takie pytania są oczywiście zasadne, bo być może syn Michała i Barbary, kiedy już dorośnie, zada rodzicom podobne pytanie, ale taki był artystyczny plan i już. Podoba mi się też, że Michał nieustannie wyciąga z sytuacji ludzkiej, w której się znajduje, konsekwencje dla swojej sztuki, co jest wbrew pozorom bardzo trudne. To, że on sam stawia siebie wobec takich wyzwań jest dla mnie imponujące.

Wracam do pytania o skręt w stronę klasyki.
On od wielu lat o tym mówił, chyba już po pierwszych doświadczeniach z Pawłem Demirskim już niemal do sztuk współczesnych nie wracał. Postanowił konfrontować się z klasyką. W okolicach Kongresu Kultury Polskiej w Krakowie sześć lat temu miał pomysł, z którym chodził do wiceministra kultury Jacka Wekslera, żeby założyć teatr polskiej klasyki, a dokładniej, by powierzyć misję mierzenia się z polską klasyką którejś z istniejących scen.

To dobry pomysł?
Wobec tego, że wszystkie teatry w Polsce są takie same, wszystkie mają identyczny eklektyczny repertuar, myślę, że gdyby tego typu miejsce powołano, niekoniecznie na zawsze, mogłoby wiele otworzyć. A może to jest w ogóle pomysł na Teatr Narodowy?

Przypomina mi się teraz „Wesele”, które Michał zrobił w krakowskim Teatrze STU ze wstrząsającym Wernyhorą, który był zaciągającym kolesiem spod Lwowa, handlującym na bazarze w Krakowie chałwą z reklamówki. Po raz pierwszy zobaczyłem w teatrze Wernyhorę nie Matejkowskiego, ale na wskroś współczesnego. Konsekwencją „Wesela” Michała, było choćby „Wesele” Marcina Libera w Teatrze Polskim w Bydgoszczy i Wernyhora w wydaniu Michała Jarmickiego.

Teatralna droga Michała to w dużej mierze filozofia DIY. Kiedyś był autorem adaptacji, scenografii, opracowań muzycznych czy wideo. Dzisiaj skupia się na reżyserowaniu, ale nadal praktykuje DIY, czego emanacją jest grupa CENTRALA.
Bo Michał nie jest reżyserem, tylko artystą. The Artist – on tak o sobie myśli i ma rację, bo realizuje konsekwentnie swój zamiar ogarniania wszystkiego, w pojedynką lub z grupą współpracowników z CENTRALI, której powołanie jest jego manifestem. Nie potrzebujemy magazynierów, brygadzistów, akustyków i oświetleniowców – sami zrobimy teatr.

Nie potrzebujemy teatru publicznego?
Potrzebujemy, ale być może niekoniecznie w takiej formie, w jakiej on dziś działa. Michał mówi o tym głośno i ja czy ty się niekoniecznie z tym zgadzamy, ale myślę, że warto posłuchać jego głosu. Głosu człowieka, który przyjechał do Polski z amerykańskim doświadczeniem teatralnym. Michał mówi mniej więcej tak: „Dobra, fajnie, że jest teatr publiczny i ma dwieście pięćdziesiąt lat, ale może trzeba zacząć inaczej o nim myśleć?”. I kontynuacją tego myślenia jest CENTRALA czyli teatr, który w naszej nomenklaturze jest teatrem niezależnym, a w jego – publicznym, bo realizuje publiczne myślenie o sztuce. On się odwołuje do nowojorskiego The Public Theatre, który jest przecież finansowany z prywatnych środków. Oczywiście w tym temacie ja się na Michała często złoszczę, bo odbiera siłę naszym argumentom, ale z drugiej strony jest to inspirujące. Być może za bardzo jesteśmy uwikłani w nasze myślenie. Być może nie chodzi o publiczne finansowanie, ale myślenie publiczną misją?

Kiedy jakiś czas temu powstało Obywatelskie Forum Współczesnego Teatru, Michał mówił głośno, że forma organizacyjna teatru też jest kwestią ideową i wkrótce pokazał, że można teatr uprawiać w innych warunkach organizacyjnych. W CENTRALI powstało kilka znaczących przedstawień, jak choćby „Chopin bez fortepianu”.

Spektakl genialny. Jedyny w reżyserii Michała, który zrobił na mnie wielkie wrażenie.
A widziałeś jego „Odprawę posłów greckich” w Starym Teatrze?

Nie, a co przegapiłem?
Spektakl, który by tobą wstrząsnął, oszalałbyś. W finale, jak wiemy, przybywa posłaniec i u Kochanowskiego jest napisane, że jest on w stroju greckim. A co to znaczy? To, że jest nago! Przecież strojem greckich sportowców była nagość. Nie tunika, nie prześcieradło, jak to zwykle wystawiano, ale piękne, nagie ciało. Nagle więc na białej scenie Starego Teatru pojawia się zakrwawiony nagi chłopak, który maluje krwią znaki.

I właśnie za takie gesty kocham Michała, który, zwróć uwagę, wprowadza do polskiego teatru nowe ciało. Zobacz, jak wygląda Gustaw w wykonaniu Porczyka? To nie romantyczne, suchotnicze ciało, do którego jesteśmy przyzwyczajeni, ale ciało współczesne, wypocone na siłowni. Przecież to otwiera zupełnie nowe przestrzenie interpretacyjne. Oglądając „Dziady” Michała zrozumiałem, co to znaczy mówić o romantycznych kochankach. To są kolejne przesunięcia wbrew kanonowi, które serwuje nam Zadara.

odprawapg_zad_kra_02

Dlaczego jego spektakle często podobają się zarówno konserwie, jak i postępowcom?
Jeśli jest, jak mówisz, a to ciekawa obserwacja, może być to spowodowane tym, że Michał nie jest dowcipkujący. On podchodzi do polskiej klasyki z wielką powagą i być może ta powaga jest czymś, co konserwatywną krytykę przekonuje, a postępowców, w tym ciebie, odstręcza.

Michał podczas wywiadów przedpremierowych często podkreśla, że robi spektakle, w których nie będzie żadnych skrótów i wtrętów do oryginału, a aktorzy będą mówili wyraźnie i słyszalnie. Odczytuję to jako złośliwość pod adresem paru kolegów i koleżanek po fachu. A ty?
Ja tego tak nie interpretuję. Myślę, że jest to raczej ironiczne przetworzenie argumentów, które stale pojawiają się w tekstach konserwatywnych krytyków zirytowanych nowym teatr.

Nowym teatrem, w którym coraz większą rolę odgrywają dramaturdzy. Michał jest jednym z nielicznych, żeby nie powiedzieć jedynym w swoim pokoleniu, który w tandemie reżyserko-dramaturgicznym nie pracuje.
Kiedy zaczynaliśmy w Polsce z dramaturgami – a tego dżina wypuściliśmy z butelki, kiedy kierowałem Instytutem Teatralnym – wzorowaliśmy się na modelu niemieckim. Szybko jednak poszliśmy w zgoła inną stronę, bo w Niemczech dramaturg to szara eminencja, człowiek trzymający się pół kroku za reżyserem, a u nas dramaturdzy stali się gwiazdami wychodzącymi do oklasków, co za Odrą jest nie do pomyślenia. Dlatego przyłączam się w tej sprawie do Michała. Za teatr dramaturgów dziękuję bardzo.

Znów inaczej niż wszyscy.
Tak, ciągle po swojemu. Michał nigdy się nie liczył i do dzisiaj nie liczy ze środowiskowymi przekonaniami czy modami. Jest osobny w stosunku do swojego pokolenia. Nie szuka poklasku, nie podlizuje się, a jego teatr jest coraz bardziej surowy i monumentalny.

Jaką rolę w twórczości Michała pełni Barbara Wysocka?
Barbara, co najlepiej widać w „Chopinie bez fortepianu”, jest jego najdoskonalszym instrumentem. Nie tylko partnerką, ale właśnie instrumentem, który fenomenalnie brzmi z wrażliwością i ideami artystycznymi Michała. Jest tak samo radykalna, jak on, nieustająco poszukująca i odważna. I o ile teatr Michała nazywam konceptualnym, to nie umiem jeszcze nazwać aktorstwa Barbary, może jest konstruktywistyczne? Ona bardzo dokładnie widzi kompozycję postaci, uważnie ogląda to, co robi i słucha, co mówi. Teatr Michała z pewnością nie byłby taki, jaki jest bez Barbary Wysockiej.

IMG_0177

Czy Michał Zadara powinien zostać dyrektorem teatru?
Nie umiem powiedzieć, bo nie wiem, czy ma predyspozycje dyrektorskie. Kierowanie teatrem wymaga jednak skłonności do kompromisów. Natomiast bez wątpienia Michał powinien zostać dyrektorem określającym kształt artystyczny jakiejś sceny. Byłoby to z pewnością inspirujące, wyraziste i wywołujące mnóstwo polemik miejsce.

Który spośród ponad czterdziestu wyreżyserowanych przez Michała spektakli cenisz sobie najbardziej?
On już wyreżyserował czterdzieści spektakli?

Ponad. Paszport „Polityki” dostał między innymi za „imponującą aktywność twórczą”.
Na pewno te spektakle, o których już mówiliśmy, czyli „From Poland With Love”, „Wałęsa”, „Dziady”, „Elementarz”, „Odprawa posłów greckich”, „Chopin bez fortepianu”, ale też wiedeński „Bruno Schultz: Der Messias”. I jeszcze „Oresteia”, i „Chłopcy z Placu Broni”, i „Ksiądz Marek”. Już mamy dziesięć. Dużo.

A słuchaj! Teraz przypomniało mi się jeszcze coś, co muszę ci opowiedzieć. Pojechaliśmy z Michałem i naszym „Wałęsą” na nieistniejące już dzisiaj Biennale Sztuk Współczesnych do Wiesbaden i to była naprawdę wielka satysfakcja, kiedy na konferencji prasowej siedziałem obok reżysera, który płynnie odpowiadał na pytania dziennikarzy po angielsku, niemiecku i francusku. Naprawdę przepełniała mnie wtedy duma, że przywiozłem do Wiesbaden prawdziwego Europejczyka.

_____

10676353_10152709021132320_1428413196120390482_n

Maciej Nowak jest teatrologiem, krytykiem teatralnym i kulinarnym, jedną w najbarwniejszych postaci współczesnego polskiego teatru. Publikował najpierw w „Teatrze”, a potem w „Pamiętniku Teatralnym”, był redaktorem naczelnym „Gońca Teatralnego” i „Ruchu Teatralnego” oraz szefem działu kulturalnego „Gazety Wyborczej”. W latach 2000-2006 kierował Teatrem Wybrzeże w Gdańsku, a w latach 2003-2013 Instytutem Teatralnym im. Zbigniewa Raszewskiego w Warszawie. Jest felietonistą i krytykiem kulinarnym, jurorem w programie „Top Chef” oraz dyrektorem artystycznym Teatru Polskiego w Poznaniu.

Michał Zadara urodził się w 1976 roku w Warszawie, a wychowywał w Austrii i Niemczech. Studiował w Stanach Zjednoczonych, najpierw nauki polityczne, a potem oceanografię oraz w Polsce na Wydziale Reżyserii Dramatu krakowskiej PWST. Był asystentem scenografki Małgorzaty Szczęśniak oraz reżyserów Ingmara Villqista i Kazimierza Kutza. Zadebiutował w 2004 roku „Szaloną lokomotywą” Witkacego w Nowym Teatrze w Słupsku i od tego czasu wyreżyserował blisko pięćdziesiąt spektakli w teatrach (w tym kilku operowych) Gdańska, Krakowa, Szczecina, Wrocławia, Jeleniej Góry, Bydgoszczy, Łodzi, Warszawy, Wiednia, Berlina i Tel Awiwu. Jest laureatem wielu nagród, m.in. Paszportu „Polityki”, często nagradzane są także jego przedstawienia. Zadara, uchodzący za specjalistę od polskiej klasyki, jest pierwszym twórcą w historii teatru, który wystawił (na deskach Teatru Polskiego we Wrocławiu) całe Mickiewiczowskie „Dziady”. Wygrały one niedawno, zorganizowany przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Konkurs na Inscenizację Dawnych Dzieł Literatury Polskiej „Klasyka Żywa”Zawodowo (grupa CENTRALA) i prywatnie związany jest aktorką i reżyserką Barbarą Wysocką, z którą mają dwoje dzieci. Mieszka w Warszawie.

_____

Rozmowa zapowiada nowy numer „Notatnika Teatralnego”, poświęconego w całości teatrowi Michała Zadary.

_____

© Mike Urbaniak/”Notatnik Teatralny”
Fot. Oliwia Ziębińska oraz mat. pras.

Reklamy
Zwykły wpis
DYREKTORZY/DYREKTORKI

Dyrektor wirus

b2e687222d04cbbfc6763199008fa09b,641,0,0,0

Przeżyłem 30 cudownych lat w teatrze i zamierzam przeżyć kolejne. Nadal będę siał ferment. Żaden dyplom nie jest mi do tego potrzebny. Z Maciejem Nowakiem rozmawia Mike Urbaniak.

Zmobilizowałeś mnie.
– Do czego?

Do zrobienia dyplomu.
– No tak, to jest nauczka. Chociaż myślę sobie, że skoro powstało o mojej działalności chyba z pięć prac magisterskich, to zobowiązania wobec reżimu edukacyjnego mam spełnione. Bardzo przepraszam, ale nie mogę pogodzić się z dowodzeniem, że 30 lat mojego doświadczenia zawodowego jest mniej ważne niż dyplom jakiejś dowolnej gównianej uczelni. Takie podejście dużo mówi o rzeczywistości, w której żyjemy.

Minister kultury Bogdan Zdrojewski, stawiając wymóg wyższego wykształcenie, złośliwie wykluczył cię w możliwości wystartowania w konkursie na dyrektora Instytutu Teatralnego?
– Nie chcę tego tak odbierać. To jest raczej coś, co się nazywa prawem powielaczowym. Kiedy w Peerelu produkowano nowe zarządzenia, to opierano je na starych i powielano bez końca. Podobnie jest dzisiaj. Przecież nigdzie w polskim prawie nie ma zapisu, który wymaga dyplomu wyższej uczelni od osoby kierującej instytucją kultury. Zwracam uwagę, że w naszej branży jest mnóstwo ludzi bez dyplomu, bo zamiast kończyć studia rzucili się w wir pracy artystycznej i dzisiaj mogą wykazać się ogromnym dorobkiem. Ale chcę powiedzieć jedno: ja się nie skarżę. Przeżyłem 30 cudownych lat w teatrze i zamierzam przeżyć kolejne. Nadal będę siał ferment. Żaden dyplom nie jest mi do tego potrzebny.

Instytutem kierujesz ponad 10 lat. Miałeś plan na dalsze lata?
– Tak, i przedstawiłem go panu ministrowi. To były działania do roku 2016.

I co? Nie spodobały się Bogdanowi Zdrojewskiemu?
– Pan minister powiedział, że nie ma zastrzeżeń do pracy instytutu, a nasze pomysły na przyszłość uznał za ciekawe. Jednocześnie doszedł do wniosku, że chce rozpisać konkurs na nowego dyrektora.

Ale czy musiałeś być z niego wykluczony?
– To nie jest pytanie do mnie i powtarzam, że nie mam zamiaru się na to złościć i tupać nóżką. Kierowałem instytutem, jak powiedziałeś, przez dekadę – długo. Nie chciałbym się przeistoczyć w jednego z tych dyrektorów, którzy muszą dozgonnie, podłączeni do kroplówki, sprawować swoją funkcję. Jestem jeszcze w takim wieku, że mogę i chcę zmierzyć się z nowymi wyzwaniami, które wykorzystają moje doświadczenie, kreatywność, kontakty.

W Warszawie?
– Niekoniecznie. Przypominam ci, że 15 lat spędziłem poza stolicą, w Gdańsku, gdzie kierowałem między innymi Teatrem Wybrzeże. Może znowu gdzieś wyjadę? Choć Warszawa mi najlepiej służy, tu jest mój dom.

Wielokrotnie, w różnych rozmowach, mówisz o tym, że kierując Instytutem Teatralnym pozbyłeś się gabinetu, sekretarki, służbowego samochodu. Skąd ta filozofia kierowania?
– Mój tato był przez wiele lat dyrektorem i kiedy ja także nim zostałem, dał mi dobrą radę, którą wziąłem sobie do serca. Powiedział, że przez sam fakt bycia szefem jestem osobą uprzywilejowaną i to wystarczy. Równolegle przeczytałem jakąś książkę o postmodernistycznych modelach zarządzania i jednym z nich było zarządzanie przez włóczenie się. Polega ono na tym, że dyrektor nie siedzi zamknięty w swoim gabinecie, tylko się nieustannie włóczy po instytucji, którą kieruje; włazi do każdego pokoju, rozmawia z pracownikami i ignoruje wszystkie pionowe zależności. Taki dyrektor-wirus.

To bardzo pasuje do twojego trybu życia. Nieustannie włóczysz się po knajpach sącząc zmrożoną wiśniówkę.
– Taki tryb mi odpowiada, mało tego, uważam go za niezwykle skuteczny. Zobacz, ile osób spotkaliśmy idąc z Zachęty na Chmielną. Gdybym postawił sobie biurko na ulicy, to też bym mógł załatwić dużą część spraw Instytutu Teatralnego. Działam tak od zawsze. Kiedy w dawnych czasach robiłem „Gońca Teatralnego” to ogłaszałem w danym numerze, że tego i tego dnia redakcja przybędzie do Krakowa i od dziesiątej będzie urzędowała w tej i tej kawiarni. I jak to działało! Przychodzili ludzie, rodziły się kolejne pomysły. Najważniejsze, żeby nie mieć spiętej dupy.

Moim zdaniem, żeby w Polsce móc kierować instytucją kultury trzeba mieć spiętą dupę i być lizusem.
– Ja się nie zmienię, mowy nie ma. Taki mam styl. Wiceminister Jacek Weksler po jakiejś kontroli w instytucie powiedział mi kiedyś, że on nie wie, jak to jest możliwe tak działać bez sekretarki, ale wszystko gra. A dlatego gra, bo ja nie jestem zamkniętym w gabinecie dyrektorem, który jest krynicą wiedzy. Trzeba delegować uprawnienia, dawać ludziom szansę się wykazać, wprowadzać do instytucji młode i zdolne osoby.

Skąd ta twoja potrzeba otaczania się młodymi ludźmi?
– Oni najlepiej wytrącają z rutyny, a rutyna to śmierć. Młodzi nie pozwalają kostnieć i dają żywotność.

Czym w twojej głowie miał być Instytut Teatralny?
– Ja właściwie od dziesięciu lat realizuję cudowne barokowe założenie Waldemara Dąbrowskiego, który – będąc ministrem kultury – instytut powołał i powiedział, że to ma być żyjące miejsce, a nie martwe archiwum. I takim chyba jest. Przez lata inicjowaliśmy różne projekty i debaty, nieraz kontrowersyjne. Rozmawialiśmy o teatrze często się o niego kłócąc. I bardzo dobrze. W swoim „Raptularzu” profesor Zbigniew Raszewski, mój mistrz i patron instytutu, napisał mniej więcej coś takiego, że należy pamiętać o nieustannym odkurzaniu swoich gustów i się do nich nie przywiązywać, bo można stracić przyjemność obcowania ze sztuką. I pisał to człowiek o poglądach konserwatywnych, który każdy dzień zaczynał od mszy świętej.

Co uważasz za swój największy sukces?
– Wydanie przez instytut fundamentalnych książek, wymienię choćby „Teatra polskie. Historie” Dariusza Kosińskiego, „Grotowskiego. Pisma zebrane”, czy ostatnio „Polski teatr Zagłady” Grzegorza Niziołka. Rozwinęła się też świetnie przez te lata nasza Pracowania Dokumentacji Teatru. Za szczególne osiągnięcie uważam nasz pomysł na tak zwany „czerwony guzik”. Polega to na tym, że jeśli szukasz na e-teatr.pl jakichś materiałów i nie znajdujesz ich w naszej bazie, to klikasz w jeden guzik i my poszukiwany przez ciebie materiał zdygitalizujemy. Dzięki temu reagujemy na bieżące zapotrzebowanie i widzimy czym się ludzie interesują. Sukcesem okazał się z pewnością stworzony przez nas, wspomniany już, e-teatr.pl, który jest pokłosiem mojej pracy na stanowisku szefa działu kulturalnego „Gazety Wyborczej”. Wtedy, pod koniec lat 90., uczestniczyłem w tworzeniu portalu gazeta.pl i nie miałem pojęcia o co chodzi z tym Internetem. A kiedy już to pojąłem, szybko stworzyłem coś podobnego dla polskiego świata teatralnego. Dzisiaj e-teatr ma średnio 50 tysięcy wejść dziennie. Dalej, zorganizowaliśmy świetne, modernizujące polską wiedzę o teatrze, cykle naukowe przygotowane przez Agatę Adamiecką, jak „Inna scena” i „Nowe historie”. Mamy namiot cyrkowy, który jeździ od trzech lat po Polsce i w którym grane są familijne spektakle. Instytut realizuje też z wielkim sukcesem programy „Lato w teatrze” i „Teatr Polska” – dzięki temu ostatniemu, zainicjowanemu przez Romana Pawłowskiego i Janusza Opryńskiego, najciekawsze spektakle z dużych ośrodków jadą do mniejszych miast i miasteczek. Jestem bardzo dumny ze stworzonej przez nas księgarni teatralnej, jedynej w Polsce. Za niezwykle ważne uznaję także instytutowe projekty spod szyldu teatru społecznościowego, szczególnie odnoszący sukcesy na całym świecie Chór Kobiet. Z pewnością wielką przygodą była reanimacja przez instytut Warszawskich Spotkań Teatralnych. Te wszystkie ohydne lenie ze środowiska uważały, że to trup, a ja się uparłem i nagle okazało się, że WST to jeden z najważniejszych branżowych festiwali, który oczywiście trzeba nam było zabrać. Sukcesem jest też to, że nasza siedziba odmieniła Jazdów, który stał się bardziej otwarty, fajniejszy.

Znamienne jest to, że Instytut Teatralny jest jedynym, do którego można zwyczajnie przyjść na kawę albo położyć się pod drzewem na leżaku.
– Tutaj dotykasz istoty filozofii naszego działania. Minister Dąbrowski chciał instytutów otwartych, a teraz jest taka tendencja, że one mają być departamentami ministerstwa, urzędami. I to jest wyraźny dysonans między oczekiwaniami zwierzchności, a tym, co ja bym chciał robić.

To przejdźmy teraz do błędów i wypaczeń. Lista od lat się nie zmienia: masz długi język, wypowiadasz się na tematy polityczne niezgodne z linią rządzącego establiszmentu, antagonizujesz i wywołujesz skandale, promujesz jedną teatralną estetykę, reprezentujesz opcję homolewacką, występujesz w telewizji i publikujesz w prasie zamiast się skupić na pracy w instytucie.
– Oczywiście, zastanawiam się nieraz czy będąc dyrektorem narodowej instytucji kultury nie powinienem schować głęboko moich poglądów na życie, wycofać się ze wszystkich moich aktywności i skupić się na pracy organicznej w Jazdowie. A potem sobie myślę, że właściwie dlaczego? Bo jacyś smutni panowie by sobie tego życzyli? Nie mam zamiaru zostać takim panem w szarej marynarce. Ja lubię kolory.

Co się zmieniło w polskim życiu teatralnym przez ostatnią dekadę?
– Na pewno to – i jest to w dużej mierze zasługa Instytutu Teatralnego – że do teatrów został wprowadzony temat edukacji teatralnej. Dzisiaj żaden szanujący się dyrektor teatru nie może powiedzieć, że pieprzy edukację. Drugą ważną zmianą było ruszenie ze spektaklami w Polskę w ramach wspomnianego już programu „Teatr Polska”.

W czasach Peerelu takie objazdy były na porządku dziennym.
– Ale po transformacji ustrojowej uznano, że objazdy po kraju to najgorsza chałtura. Tym samym odcięto ogromną część społeczeństwa od teatru. Dzisiaj dużo się mówi o mobilności, jak to Polacy się nieustannie przemieszczają. To prawda, ale robią to ci, którzy mają samochody i stać ich na autostrady albo na drożejące bilety na pociąg. Mniej zamożni ludzie mają już problem z dostępem do teatru.

Może zwyczajnie nie chcą do niego chodzić?
– Chcą, ale ich nie stać albo się boją. Myśmy zrobili w instytucie badania, z których wynika, że klasa ludowa z chęcią pójdzie do teatru, ale grupowo. W grupie czuje się bezpiecznie. „Teatr Polska” jest próbą odzyskania tej publiczności.

Co się jeszcze zmieniło?
– W mainstreamie są dzisiaj ci, których dekadę temu uznawano za dzikusów. Doskonale pamiętam, jakim szokiem było zorganizowanie przeze Instytut Klata Fest, jaka wybuchła awantura. Ale noga w drzwi została włożona. Dzisiaj Jan Klata jest dyrektorem najważniejszej polskiej sceny czyli Narodowego Starego Teatru w Krakowie. Strzępka i Demirski są nadal niezaspokojeni w swoich ambicjach, ciągle uważają, że są niszczeni, choć paradują w głównym nurcie. Dorota Masłowska trafnie opisuje to zjawisko mówiąc, że kiedy się jest pisarzem, to cały czas ma się pretensję, że nie dostało się Nagrody Nobla. Klata, Strzępka, Kleczewska, Zadara nadal Nobla nie mają.

Nobla nie, ale mnóstwo innych nagród. Wszyscy wymieni przez ciebie twórcy mają w kieszeniach choćby prestiżowe Paszporty „Polityki”. Już nie są buntownikami?
– Jedno z praw Nowaka mówi, że każdy młody zbuntowany artysta dąży do tego, żeby być starym artystą establiszmentu. Żeby mieć władzę i wpływy, dzięki którym może wykluczać innych, blokować nowych.

Kim są dzisiaj ci nowi?
– Na pewno jest nim Wojtek Faruga. Zobaczyłem niedawno wyreżyserowane przez niego „Betlejem polskie” z Teatru Dramatycznego w Wałbrzychu i jestem zachwycony. Bez wątpienia Marta Górnicka zajdzie daleko i będzie niedługo jednym z najgłośniejszych nazwisk. Dalej: Weronika Szczawińska, Michał Kmiecik, Paweł Świątek. Nazwisk, na szczęście, nie brakuje.

Coś im grozi?
– Wpadnięcie w system wychwalania na jeden, dwa, trzy sezony i stanie się artystą jednorazowego użytku. To mnie potwornie denerwuje. Przecież każdy ma prawo, szczególnie będąc młodym, do popełniania błędów. Trzeba patrzeć na to, jacy ci twórcy będą za kilka lat. Ten mechanizm dotknął kiedyś nawet Grzegorza Jarzynę. Po jego „Bziku tropikalnym” był entuzjazm i zachwyty. Jakiś czas później Jarzyna zrobił „Faustusa” i chodziły słuchy, że to jest niedobre. Kilka dni po premierze wzywają mnie moi zwierzchnicy w Gazecie Wyborczej i pytają: „Dlaczego nie mamy recenzji z Jarzyny? On przecież jest taki modny”. Odpowiedziałem, że spektakl nie wyszedł. Na co usłyszałem: „To tym bardziej! Trzeba napisać, że Jarzyna się skończył!”. Przypominam, że jeszcze na początku lat dwutysięcznych wytupywano spektakle Krzysztofa Warlikowskiego. Dzisiaj noszony jest w lektyce, a powiedzenie czegokolwiek krytycznego na jego temat wywołuję histerię.

Są tacy twórcy polskiego teatru, o których nie można pisać źle?
– Oczywiście, ale to jest kurestwo mechanizmu wewnątrzśrodowiskowego. Nie ma otwartości i żadnej szczerości. Jest głaskanie się po ogonkach.

Kilka lat temu zapytałem cię w wywiadzie, do których teatrów w Warszawie chodzisz. Powiedziałeś, że do TR, Nowego i Dramatycznego. A dzisiaj?
– Nadal chadzam do TR-u, jeśli zdarza się, że coś gra. Do Nowego też. Ostatnio zacząłem chodzić do Studia, choć kompletnie nie zgadzam się z koncepcją artystyczną Agnieszki Glińskiej.

To niezwykle ciekawe, jaka nastąpiła zamiana w Pałacu Kultury. Publiczność wyszła z Teatru Dramatycznego i poszła do Teatru Studio.
– Rzeczywiście, po jednej stronie mamy teatr czechosłowacki, a po drugiej lemingradzki. Po lewej, stojąc twarzą do wejścia głównego pałacu, mamy smutek, (nawet legendarna Kulturalna nie tętni już jak kiedyś), a po prawej – żywe miejsce, które bardzo umiejętnie komunikuje się z publicznością. Dzisiaj to w Studio każdego wieczoru można spotkać znajomych, tam się teraz umawia Warszawa.

Gdzie jeszcze chodzisz?
– Na kolejne odcinki Pożaru w burdelu, który najpierw był na Chłodnej 25, a teraz jest w Teatrze WARSawy. Myślę, że Michał Walczak odnalazł się na nowo. Przy okazji Burdelu wydarzyła się inna cudowna rzecz. Otóż Burdel wykreował aktorów. Przecież dzisiaj Anię Smołowik znają już chyba w Warszawie wszyscy. Zaistnieli też Tomasz Drabek, Mariusz Laskowski i Andrzej Konopka. To wielki sukces. Wpadam też do Teatru Imka. Bardzo doceniam to, że Tomasz Karolak postanowił sprowadzać do Warszawy najciekawsze spektakle z całego kraju.

Wymieniłeś pięć teatrów. Słabiutko jak na miasto, które ma ze trzydzieści repertuarowych scen.
– Nie zaprzeczam, wesoło nie jest. Ale można ten obraz jeszcze bardziej przyczernić, bo warto pamiętać, że w stolicy mieszka większość artystów polskiego teatru. Nawet ci, którzy pracują w innych miastach, zazwyczaj mieszkają w Warszawie. Dlaczego więc miasto z takim potencjałem nie wykorzystuje go?

No właśnie, dlaczego?
– Nie mam pojęcia. Przez ostatnie lata władza postanowiła walczyć z artystami. A ja uważam, że w konflikcie władza-artysta ostatecznie i symbolicznie władza zawsze przegra. Oczywiście obrzydzi wcześniej artystom życie, wiele rzeczy uniemożliwi, ale i tak przegra. Dlatego odpowiedzialny za kulturę wiceprezydent Warszawy Włodzimierz Paszyński przejdzie do historii jako nowy Nowosilcow. A przecież nie było żadnego powodu, żeby człowiek, który był znakomitym nauczycielem, kuratorem oświaty, wiceministrem edukacji i zwyczajnie sympatycznym człowiekiem zostawał Nowosilcowem. Po co wszedł w ostry konflikt z ludźmi kultury? Po co wszedł na obszar, o którym nie ma bladego pojęcia i do zajmowania się którym nie ma żadnych kompetencji? Ale politycy mają taki odjazd, im się wydaje, że mogą wszystko, bo mają władzę. Sztuką jest jednak z tej władzy umieć też nie korzystać.

Czy Warszawa jest miastem najgorszych teatrów?
– Ja tego nie powiem, bo to jest zbyt smutne. Dla mnóstwa zdolnych ludzi pracujących w stołecznych teatrach takie stwierdzenie byłoby bolesne. Warszawa na pewno jest miastem wielkich zmarnowanych szans i możliwości teatralnych. W ogólnopolskiej prasie, choć jest ona niemal w całości w Warszawie, pisze się o wiele częściej o Teatrze Polskim w Bydgoszczy, we Wrocławiu czy Starym w Krakowie.

To adresy nadające ton życiu teatralnemu Polski?
– Bydgoszcz to jest prawdziwy cud. Przecież tamtejszy Teatr Polski nigdy nie miał żadnego heroicznego sezonu. To była zawsze mieszczańska, prowincjonalna scena. A dzisiaj to czołowy teatr, mocny ośrodek. Podobnie jak Teatr Polski we Wrocławiu, który za dyrekcji Krzysztofa Mieszkowskiego się odrodził i ma znakomity zespół. Rozkwitł nam wspaniale Teatr Dramatyczny w Wałbrzychu. To jest niezwykłe, że miasto skazane przez obecny system na śmierć dorobiło się tak znakomitej placówki kulturalnej. Niezmiennie ważny jest Stary Teatr w Krakowie. Imponowała mi dyrekcja Mikołaja Grabowskiego, który przez ostatnie dziesięć lat dzielnie walczył o wprowadzanie nowej energii, a mógł przecież osiąść na laurach. Mam nadzieję, że Klata będzie to kontynuował. Coś interesującego zaczęło się także dziać na Śląsku. W Kielcach Piotr Szczerski wpuszcza nieustannie na scenę młodych twórców. Rozkwita też Teatr Nowy w Poznaniu pod kierownictwem Piotra Kruszczyńskiego.

A zmieniły przez ostatnie lata tematy brane na teatralny warsztat?
– Z pewnością nastąpił rozkwit wszelkich opowieści lokalnych, Heimattheater. Każde miasto chciało opowiedzieć swoją historię. Ale to stało się już powoli nudnawe, więc dobrze, że się kończy. Myślę, że rozczarowaliśmy się trochę współczesną dramaturgią. Na przełomie lat dziewięćdziesiątych i dwutysięcznych wydawało się, że to wielka siła. I owszem, pojawiło się kilku interesujących autorów, ale to by było na tyle. Zaczęto w końcu doceniać w Polsce teatr dla dzieci i to jest związane z biologią. Wpływowe pokolenie twórców teatralnych dobiło do czterdziestki, stali się dzieciaci i nagle zrozumieli, że nie ma dla ich dzieci oferty teatralnej. A jeszcze dekadę temu granie dla małych widzów było poniżej honoru prawdziwego artysty.

Czy teatry prywatne powinny być dofinansowywane z publicznych pieniędzy?
– W dojrzałych kulturach teatralnych między teatrem publicznym i prywatnym jest bardzo mocno zarysowana granica. We Francji na przykład teatry bulwarowe mają swoje organizacje, swoich lobbystów, swoich aktorów, swoją publiczność i swoje źródła finansowania. Ministerstwo kultury nie daje na nie nawet pół euro.

W Polsce nie ma takiego rozdziału. Teatry prywatne czerpią garściami z teatrów publicznych. Dostają też coraz większe dofinansowanie ze środków publicznych.
– Często słyszę, że jestem katem prywatnych teatrów, a to przekłamanie. Nie chodzi mi o to, że one powinny przestać istnieć, bo ich oferta jest potrzebna. Ale nie udawajmy, że to jest taki sam teatr, jak publiczny, który realizuje repertuar artystyczny, wieloobsadowy, w pełnych dekoracjach, z wykorzystaniem wszystkich środków inscenizacyjnych, a nie spektakle w salkach konferencyjnych i kinowych.

Powtórzę więc pytanie: czy teatry prywatne powinny być dofinansowywane z publicznych pieniędzy?
– Nie. Nie ma żadnego powodu dla którego prywatne firmy miałby dostawać publiczne pieniądze. One powinny wędrować do publicznych teatrów.

Czy krytyka teatralna, jaką znaliśmy przez ostatnie dziesięciolecia, już zdechła?
– Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że nie istnieje już społeczna potrzeba przewodników duchowych, którzy układają zwyczajnym śmiertelnikom hierarchie spraw. Recenzje drukowane w prasie, pisane pouczającym, mentorskim językiem są dzisiaj kompletnym anachronizmem. Trzeba dla nich znaleźć nową formułę. Najważniejszą krytyczką literacką w Stanach Zjednoczonych jest dzisiaj Oprah Winfrey. To ona decyduje, która książka na drugi dzień będzie bestsellerem. Być może to jest kierunek, w którym pójdziemy także w Polsce. Ludzie chcą przewodników-przyjaciół, którzy im doradzą, zasugerują i piszą po ludzku. Czas wymądrzających się recenzentów już się skończył.

Jaka dzisiaj, w roku 2013, jest pozycja polskiego teatru?
– Nadal silna, choć mamy chyba mały marazm i potrzebę świeżej krwi. Ale publiczny teatr nieustannie bardzo trafnie diagnozuje problemy społeczne, wywołuje żywe debaty i ma coś do powiedzenia. Melina Mercouri, legendarna grecka aktorka i późniejsza minister kultury Grecji, która wymyśliła koncept Europejskiej Stolicy Kultury, powiedziała kiedyś, że artyści mają prawo wypowiadać się na każdy temat bo najlepiej się znają. Czyż nie miała racji?

______

Rozmowa ukazała się „Przekroju” 30.09.2013 r.

_____

© Mike Urbaniak | Fot. Artur Kot

Zwykły wpis