REŻYSERZY/REŻYSERKI

Trzeba się rozpychać

marcin_liber

Kiedyś kierownik literacki jednego z teatrów przyszedł na premierę w koszulce z wielkim orłem, żeby zademonstrować, że uważa mój spektakl za antypolski. Z Marcinem Liberem rozmawia Mike Urbaniak.

Jest wolność w Starym Teatrze w Krakowie?
– 
Mnóstwo.

Wyreżyserowałeś tam w czerwcu „Być jak Steve Jobs” Michała Kmiecika. To twój pierwszy spektakl w Starym.
– 
I robiony w atmosferze wolności naddanej.

Co to znaczy?
– 
Przyjeżdżasz tam i nie musisz tracić energii na przekonywanie ludzi do swojej idei, bo tam jest zespół gotowy niemal na wszystko – profesjonalny, otwarty i z wielkim doświadczeniem. Aktorzy są tam jak dzieci – zakochani w teatrze.

Z czego to wynika?
– 
Z tego, że to zespół mocno osadzony, pewny siebie, pozbawiony kompleksów. Aktorzy w Starym uważają, że jeśli przedstawienie się wywróci, to z winy reżysera, bo oni dają z siebie naprawdę wszystko. Co ciekawe, im starsi aktorzy, tym bardziej wyluzowani. Świetnie mi się tam pracowało.

Starym od niedawna kieruje bardzo wyrazisty tandem Klata/Majewski. Dyrektorzy dali ci wolność absolutną?
– 
Tak, ale w ramach przejrzystych zasad, które oni ustalają. Bardzo mi się to podoba. Zapraszają cię do gry i mówią od razu, jakie są reguły. Ty je akceptujesz i zaczynasz pracę albo nie akceptujesz i wychodzisz.

Jakie to reguły?
– 
Na przykład takie, że trzeba przyjechać solidnie przygotowanym i mieć gotowy, zamknięty tekst, na którym masz pracować z aktorami. Może to wynika z traumy po współpracy z innymi reżyserami.

Pracujesz w teatrach w całym kraju. Czy w którymś z nich miałeś problem z twórczą wolnością?
– 
Może cię zaskoczę, ale nigdy mi się to nie zdarzyło. Procedura jest dość rutynowa: przyjeżdżasz do teatru, kompletujesz ekipę, budujesz swój świat i konfrontacja może, choć nie musi nastąpić przy pierwszej generalnej, kiedy przychodzi dyrektor i ma swoje uwagi, mniejsze lub większe. W moje spektakle nigdy, że tak powiem, nie wchodzono merytorycznie. Nigdy nie usłyszałem, że czegoś nie mogę zrobić, bo jest za mocne albo nie zgadza się z ideologiczną linią teatru. Kiedy pracowaliśmy z Sylwią Chutnik, Małgosią Sikorską-Miszczuk i Magdą Fertacz nad „III Furiami” w Teatrze im. Heleny Modrzejewskiej w Legnicy, to wiedzieliśmy, że robimy coś, co dyrektorowi tej sceny Jackowi Głombowi niekoniecznie musi odpowiadać, bo on robi inny teatr. I po pierwszej generalnej Jacek powiedział wprost, że to nie jego świat, jego estetyka, ale proszę bardzo, grajcie. Potem napisał swój słynny „Manifest kontrrewolucyjny”, w którym nie było miejsca na „III Furie”, ale – jako dyrektor – bardzo ten spektakl szanował i za to go niezwykle cenię.

„III Furie” zrobiły furorę.
– 
Także dzięki wolnościowemu podejściu Jacka, który – mimo że z takim teatrem się nie zgadzał – dbał o spektakl, grał go, wysyłał na festiwale. Myślę, że to rzadkie podejście do sprawy. Nieraz mam poczucie, że oddaję komuś coś dobrego, a ten ktoś (czytaj: dyrektor teatru) traktuje to nieładnie.

Co jakiś czas słychać o próbach cenzury w teatrze, ale niespecjalnie często. Myślisz, że to problem marginalny?
– 
Myślę, że mam szczęście pracować w teatrach, które mnie nie cenzurują i pozwalają na więcej. Może podświadomie wybieram miejsca, w których wiem, że nie będę krępowany.

To obrazek zbyt piękny.
– 
No dobrze, czasami zdarzają się jakieś manifesty. Raz kierownik literacki jednego z teatrów, w których pracowałem, przyszedł na premierę w koszulce z wielkim orłem, żeby zademonstrować, że uważa mój spektakl za antypolski.

Włącza ci się autocenzura?
– 
Bardzo często, ale właściwie nie autocenzura, tylko refleksja nad nią. Zastanawiam się, czy nie przegiąłem, czy aby na pewno znajduję uzasadnienie dla działań, które wszczynam. Nie mam poczucia, że mi wszystko wolno, choć wiem, że mogę dużo.

Ale czy ta refleksja wynika z twojego poczucia, że przesadzasz, czy ze strachu przed reakcją publiczności?
– 
Najczęstszym żartem na próbach jest ten o publiczności, która przyjdzie i wszystko popsuje. Moje samoograniczenie wynika z pewnego poczucia odpowiedzialności, bo pracuję w publicznych instytucjach za publiczne pieniądze. Moim obowiązkiem jest wyjść do ludzi i powiedzieć im coś sensownie, a nie stracić widza, bo to nie jest wielką sztuką. Można to zrobić błyskawicznie.

Testujesz swoje pomysły do ostatniego momentu, do trzeciej próby generalnej?
– 
Tak, bardzo często i podczas tych trzech generalnych spektakl może się zmienić diametralnie. Decydujące są reakcje widzów, kontakt z nimi. Ale wiesz, w teatrze dłubie się nieustannie. Spektakle modyfikuję do piątego przedstawienia po premierze, czasem w trakcie prób wznowieniowych, bo coś, co działało na widza na przykład trzy lata temu, dzisiaj trzeba przemodelować. Teatr to praca na żywym organizmie.

Widownia często cię zaskakuje?
– 
Oj, tak. W moim spektaklu „Na Boga!” w Teatrze Dramatycznym w Wałbrzychu jest taka scena, kiedy Lucyfer grany przez Mirkę Żak podchodzi do widzów i proponuje im umycie stóp. Nie wierzyłem, że ktoś się odważy, a jednak. Publiczność nieustannie mnie zaskakuje. Na szczęście.

Gdzie jest granica wolności w teatrze?
– 
Dla mnie określa ją moje sumienie. Granicą jest wyrządzenie komukolwiek krzywdy, bo krzywdzić ludzi nie wolno. Można ich natomiast obrazić, ale nie celowo. I to się akurat zdarza dość często, że widz przychodzi i wychodzi. Najłatwiej rzucanym w naszym kraju oskarżeniem pod adresem teatru jest obraza uczuć religijnych.

Często je obrażałeś?
– 
Problem z odpowiedzią na to pytanie jest taki, że to nie ja wyznaczam tu granicę. Ja nikogo nie obrażałem, ale byli tacy, którzy obrażeni się czuli. Na to nic nie poradzę, mogę tylko zapytać: dlaczego? Mam jednak wrażenie, że obraza uczuć religijnych to w Polsce taka pałka na artystów.

Mimo pałowania granica wolności ciągle się przesuwa, nie sądzisz?
– 
Tak sądzę i to jest pocieszające, ale jednocześnie uważam, że granica, którą my przesuwamy w teatrze, jest już w innych dziedzinach sztuki przesunięta. Kiedy chcę w spektaklu postawić na scenie siedem krzyży, to słyszę od dyrekcji, że to jednak za dużo, a na argument, że w filmie nie takie rzeczy były, słyszę, że to jednak nie film.

Ale co to znaczy?
– 
Może chodzi o to, że kino odbiera się indywidualnie, a teatr jest jakąś wspólnotą? Może wspólne doświadczanie czegoś w czasie rzeczywistym powoduje większą potrzebę asekuracji? Nie wiem. Zastanawiałem się, czy w „Na Boga!”, rekonstruując akcję Femenu w Watykanie, czyli ukrzyżowanie kobiety w stroju topless, wzbudzimy kontrowersje. Nie wzbudziliśmy, bo to było po coś.

Pozwalasz sobie na załatwianie prywatnych porachunków na scenie?
– 
Nigdy, choć nieraz mnie kusi. Wypowiedź artystyczna w publicznym teatrze powinna dotyczyć publicznych, ważnych spraw. To taka moja zasada, której się trzymam.

W jednym z wywiadów powiedziałeś: „Generalnie nie darzę sympatią żadnej władzy. Skoro mam szansę wydawać publiczne pieniądze, chcę to robić w taki sposób, by budzić postawy obywatelskie”.
– 
Bardzo ładny cytat, nic nie odwołuję. To jest mój obowiązek jako reżysera – żeby się przyglądać temu, kim jesteśmy, gdzie jesteśmy, jakie błędy popełniamy. Dla mnie to jest podstawowa funkcja teatru, ale cieszę się jednocześnie, że ten teatralny ocean jest rozległy i jest w nim miejsce na różnych ludzi, różnie pracujących i o różnych rzeczach opowiadających. Widz dzięki temu ma wolność wyboru. Idzie na to, na co chce.

Pieniądze wpływają na wolność artystyczną?
– 
W moim życiu nie bardzo, ale to może dlatego, że podpisuję umowy w ostatniej chwili. A mówiąc poważnie, to kasa wpływa nie na wolność, ale na kreatywność. Fajnie jest oczywiście ją mieć, ale kiedy jej nie ma, a tak jest coraz częściej, to trzeba kombinować. W „Utworze o Matce i Ojczyźnie”, który zrobiłem w Teatrze Współczesnym w Szczecinie, musiałem nagrać chór, bo nie było pieniędzy na zatrudnianie go do każdego spektaklu. Dało to bardzo ciekawe efekty, dzięki temu scena stała się bardziej intymna.

W polskim teatrze reżyser jest królem. Wolność kończy się na jego wyrokach. Jesteś despotą?
– 
Nie, raczej rozmawiam z zespołem. Kiedy robiłem „Być jak Steve Jobs” w Starym Teatrze, to dużo rozmawiałem z autorem sztuki Michałem Kmiecikiem. Interesuje mnie to, co inni mają do powiedzenia. Powiedziałbym, że bardziej jestem liderem stada i kiedy trzeba, przypominam reszcie, że na szczęście teatr nie jest demokratyczny, wolność w nim jest ograniczona i ktoś w końcu musi zdecydować. A tym kimś jestem ja.

Powiało grozą.
– 
No co ty? Chodzi po prostu o to, że musi być ktoś, kto kiedyś powie: basta. Inaczej nie powstałaby żadna sztuka. Poza tym uważam, że taki system, w którym na końcu decyduje reżyser, daje reszcie poczucie bezpieczeństwa, a wtedy lepiej się pracuje.

Otrzymałeś za swoje spektakle sporo nagród. Czy one wpłynęły na twoją wolność? Dajesz się głaskać mainstreamowi?
– 
Nie, zupełnie nie. Nagrody traktuję pozytywnie, bo one oznaczają, że jestem niezły, prawda? To przecież nagrody otwierają kolejne drzwi.

I możesz dzięki nim dalej jechać z koksem.
– 
Właśnie nie do końca jestem przekonany czy jestem reżyserem, który jedzie z tym koksem. Czasami, oglądając spektakle moich kolegów, myślę sobie, że jestem za mało hardcorowy. Kiedy widzę, że koledzy się rozpychają, to ja też się rozpycham. Myślę, że to takie wzajemne poszerzanie sfery wolności artystycznej.

Pod adresem nowego teatru formułowane jest czasem oskarżenie, że traktuje wolność instrumentalnie, że jej nadużywa, bo chodzi tylko o to, kto bardziej przypierdoli.
– 
Nie widzę czegoś takiego i powiem ci, że dawno mnie w teatrze nic nie oburzyło. Nieustanne przekraczanie widzę raczej w sztukach wizualnych, w teatrze nic mnie nie szokuje. Większość głośnych afer dotyczących granic wolności w sztuce wywoływali w Polsce artyści wizualni, jak choćby Libera, Kozyra czy Żmijewski.

Kiedy patrzysz na poszczególne dziedziny sztuki, to gdzie w tej batalii o wolność umieściłbyś współczesny polski teatr?
– 
Zaraz za sztukami wizualnymi, więc nie jest tak źle. To bycie na drugim miejscu wynika oczywiście z rozlicznych ograniczeń teatru. Musimy zawierać umowę z widzem, musimy to powtarzać, do tego dochodzi nieuchronna teatralizacja. Ale jakoś dajemy sobie radę.

Czyli jest nie najgorzej.
– 
Jest, niestety, coraz gorzej. Rozmawiamy o twórcach, o widzach, a są przecież jeszcze krytycy, którzy to wszystko, co dzieje się w teatrze, opisują. Odnoszę wrażenie, że krytyka w Polsce jest coraz bardziej konserwatywna i schlebia przeciętnemu gustowi, co wpływa na teatralnych decydentów. Ja mogę zrobić mocne przedstawienie, ale czy teatrom starczy odwagi, by je grać?

_____

Marcin Liber urodził się w 1973 roku w Zielonej Górze. Jest jednym w najważniejszych polskich reżyserów teatralnych średniego pokolenia. Zaczynał jako aktor związany z poznańskim Teatrem Biuro Podróży. Jeden z założycieli Teatru Usta Usta, debiutował jako reżyser w 2000 roku.  Od tego czasu wyreżyserował ponad 20 spektakli, m.in. „Śmierć Człowieka-Wiewiórki” (Teatr Usta Usta), „ID” (Teatr Łaźnia Nowa w Krakowie), „Utwór o Matce i Ojczyźnie” (Teatr Współczesny w Szczecinie), „III Furie” (Teatr im. Heleny Modrzejewskiej w Legnicy), „Trash Story” (Lubuski Teatr im. Leona Kruczkowskiego w Zielonej Górze), „Na Boga!” (Teatr Dramatyczny w Wałbrzychu) czy „Być jak Steve Jobs” (Narodowy Stary Teatr w Krakowie). Jest laureatem wielu nagród, m.in. Lauru Konrada na Festiwalu Sztuki Reżyserskiej „Interpretacje” w Katowicach.

_____

Rozmowa ukazała się w magazynie “MOCAK Forum” 27.10.2013 r.

_____

© Mike Urbaniak | Fot. Archiwum Marcina Libera

Reklamy
Zwykły wpis
DYREKTORZY/DYREKTORKI, REŻYSERZY/REŻYSERKI

Nowy od nowa

14155_10201090959768655_807233355_n

Chciałbym spróbować znaleźć poznańską duszę, wejść do niej, zobaczyć, co się kryje pod wszystkimi pozorami, naszą słynną przedsiębiorczością oraz dobrym wychowaniem. Z Piotrem Kruszczyńskim rozmawia Mike Urbaniak.

Nie masz biurka?
– Jakoś się nie dorobiłem. Ale nie brakuje mi go. Nie jestem dyrektorem gabinetowym, spędzam czas, chodząc po teatrze. Lubię być blisko sceny.

Trudno się robi teatr w takim nudnym mieście jak Poznań?
– Spodziewałem się tego pytania. Tak, trudno. Poznań jest nudny i mieszczański, a ja sam jestem nudnym mieszczuchem.

A poważnie?
– Trudno być prorokiem we własnym kraju. Nie mam tu takiego dystansu do miasta, jaki miałem, kiedy tworzyłem teatr w Wałbrzychu. Tam byłem obcym, przybyszem z innego świata, zafascynowałem się miastem, robiłem o nim teatr. W Poznaniu żyję czterdzieści parę lat i mam to miasto w genach. Teraz muszę zapraszać ludzi z zewnątrz, żeby mi opowiedzieli, co się tu ich zdaniem dzieje.

Czyli jednak coś się dzieje?
– Myślę, że jakby podnieść te porzundne dywany, to znalazłoby się trochę fafołów, czyli paprochów. Zastanawiam się nad tym, czy Poznań nie potrzebuje swojej Elfriede Jelinek, która by pogrzebała w naszych pruskich duszach.

I?
– Wyciągnęłaby z nich jakieś demony.

Ale czy poznańska publiczność jest na to gotowa? Zaobserwowałem, że poruszenie na widowni wywołuje zwykłe ściągnięcie przez aktora spodni. Dodam, mającego majtki.
 Majtki w wielu miejscach w Polsce wywołują poruszenie, a tym bardziej ich brak. W Poznaniu mamy raczej do czynienia z aplauzem dla różnych aktorskich gestów. Wkurzam się, gdy widownia akceptuje tanie komediowe chwyty. Ale jeszcze bardziej wkurza mnie bezrefleksyjny aplauz dla hermetycznej artystowskiej wypowiedzi. A są reżyserzy, którzy się w tym specjalizują.

Pijesz do Krzysztofa Garbaczewskiego i jego głośnej ostatnio, wywołującej kontrowersje w Poznaniu „Balladyny”?
– Ktoś piszący o teatrze wyraził na Facebooku pogląd, że gdyby był dyrektorem teatru, to zbudowałby piwniczkę dla wybranych reżyserów. Mogliby się w niej komfortowo zamykać na dowolnie długi czas ze swoimi ulubionymi aktorami, ale pod jednym warunkiem: widzów by się tam nie wpuszczało wcale. Tak, irytują mnie skrajności w polskim teatrze. Nie godzę się na to, by za publiczne pieniądze produkować w teatrze komedyjki i farsy. Ale nie ma też we mnie zgody na robienie spektakli, które wynikają z chwilowej potrzeby wyrażenia siebie w sposób niezrozumiały dla odbiorców.

Wyczytałem gdzieś, że jesteś konserwatystą. To prawda?
– Nie. Jestem za tym, żeby teatr był komunikatywny, żeby twórcy starali się nawiązać kontakt z widownią, podejmowali z nią istotny dla obu stron dialog. Zamiast tego mamy często buńczuczne prowokacje. Też byłem młody i chciałem opowiedzieć o wszystkim, co siedzi w mojej głowie, rozumiem taką potrzebę. Jednak jako dyrektor publicznego teatru staram się dbać o wzajemną inspirację między sceną i widownią.

Dlaczego po maturze poszedłeś na architekturę?
– Dlatego, najprościej mówiąc, że jestem poznaniakiem. Urodziłem się w rodzinie, w której był i lekarz, i adwokat, i inżynier. A że przejawiałem talent artystyczny – dokładnie rzecz biorąc plastyczny – to trzeba było mnie posłać na jakieś przyzwoite studia, godne rodziny z inżynierami i adwokatami. Skoro rysuje, niech już rysuje, ale chociaż coś pożytecznego.

Czyli to nie był twój wybór?
– Dokonywałem go, kiedy miałem 16 lat, bo o dwa lata wcześniej poszedłem do szkoły. Trudno więc mówić w tym wieku o świadomych wyborach. Znajomy rodziny był architektem, uczył rysunku. Przekonał moich rodziców i mnie, że można się spełniać artystycznie przy projektowaniu mostów.

Dlaczego poszedłeś dwa lata wcześniej do szkoły?
– Uznano, że jestem wybitnie uzdolniony.

Sprawdziło się?
– Jak widać nie. Na uczelnię poszedłem jako nieświadomy 17-latek. Miałem, pamiętam, taki tymczasowy, czerwony dowód osobisty, z orłem bez korony.

Lubiłeś te studia?
– Bardzo. Wszyscy byli starsi ode mnie. Byłem takim beniaminkiem. Oczywiście niepijącym i niepalącym.

Oczywiście?
– Pijący i palący nieletni w Poznaniu? Nie do pomyślenia. Na studiach poznałem zwariowanych profesorów-artystów, którzy zburzyli mój pogląd na uporządkowaną edukację inżynierską. Byli wspaniali, nieco „przedwojenni”. Potem, już w szkole teatralnej, też miałem szczęście do starych dobrych nauczycieli. Byli wśród nich i Holoubek, i Zapasiewicz. To znaczący ludzie w moim życiu.

Kiedy pojawił się teatr?
– Tak na poważnie wraz z Jerzym Gurawskim, który uczył na architekturze i jako scenograf Grotowskiego był człowiekiem świetnie zorientowanym w teatrze. Anegdotami o Grocie sypał jak z rękawa.

A przed studiami miałeś jakieś teatralne ciągoty?
– Oczywiście były amatorskie próby teatralne. Pamiętam trudne rozmowy dyrektorki liceum z moją mamą, która usłyszała, że mam talent i powinno się mnie wysłać na wydział aktorski. No i zaczął się dramat. Matka porządna, ojciec porządny, a syn aktor? Tragedia.

Posłuchałeś rodziców.
– Tak, ale już po pierwszym roku architektury pojechałem potajemnie do warszawskiej szkoły teatralnej. Przesłuchał mnie Jan Englert i powiedział, że jestem okej. Chciałem nawet złożyć papiery, ale akurat wtedy mój ukochany dziadek dostał zawału i wylądował w szpitalu. Poszedłem go odwiedzić i on na szpitalnym łożu szepnął: „Tylko nie bądź aktorem, proszę cię”. Nie pojechałem na egzaminy.

Naprawdę tak powiedział?
– Przysięgam, choć sam był dość niestandardowym adwokatem, bo pisał wiersze i malował obrazy. Myślę, że w gruncie rzeczy to on zasiał we mnie tak zwaną artystyczną wrażliwość.

Dlaczego tak bardzo nie chciał, żebyś został aktorem?
– Widocznie uważał, że to nie jest wystarczająco twórcze, samodzielne. Dzisiaj się z nim zgadzam. Za dużo jest w zawodzie aktora przypadku i skazania na decyzje innych.

Dziadek przeżył ten pobyt w szpitalu?
– Jasne. Żył jeszcze wiele lat, a ja skończyłem architekturę.

Jaki był temat twojego dyplomu?
– „Analiza historyczna układów przestrzeni teatralnej z przykładem jej adaptacji w warunkach współczesnych. Dom – teatr”.

Skąd ten pomysł?
– Moi dziadkowie ze strony ojca mieli dom na poznańskiej Wildzie. Nazywał się „Willa Helena”, bo był zbudowany na cześć mojej prababci. Stwierdziłem, że jestem w stanie przeistoczyć ten dom w miejsce teatralne, i zrobiłem taki projekt.

Udało się?
– Na projekcie? Fantastycznie. W środku było miejsce na scenę kameralną z widownią na 100 osób, a na zewnątrz 300-osobowy amfiteatr. Zaprojektowałem też świątynkę Melpomeny. Dyplom złożyłem na ręce rodziców i wyprowadziłem się z domu, żeby zamieszkać w komunie. Najfajniejsze w tym moim buncie i ucieczce z domu było to, że codziennie rano mama przywoziła mi do tej komuny kanapki.

Co to była za komuna?
– Różni, bardzo kolorowi ludzie kręcący się wokół teatru. Była wśród nich dziewczyna, której bogaci rodzice oddali do użytku willę, no i myśmy w niej zalegli. Robiliśmy różne teatralne wydarzenia i w końcu z paroma osobami pojechałem zdawać na reżyserię do Warszawy. Miałem pod pachą „Peepshow” George’a Taboriego. Tą sztuką zainaugurowałem niedawno moją dyrekcję w Teatrze Nowym. Historia zatoczyła koło.

Jak było na studiach w Warszawie?
– Jako jedyny na roku człowiek spoza stolicy próbowałem się wkomponować w stołeczne realia, co nie było łatwe, bo pierwszy raz w życiu wyjechałem z Poznania. Od razu, na dzień dobry, usłyszałem od pani w szkolnym bufecie, że mówię z poznańskim akcentem.

Szkoła teatralna była tym, czym sobie wyobrażałeś, że będzie?
– Ja sobie w ogóle niczego nie wyobrażałem, bo jak można sobie wyobrazić coś tak abstrakcyjnego jak reżyseria? To, mam wrażenie, w ogóle nie jest zawód.

A co?
– Potrzeba opowiadania własnej historii i zarażania nią innych. Reżyseria jest przede wszystkim pasją i świetnie, kiedy ta pasja przynosi jakieś profity, które pozwalają z niej żyć. Ale nie zawsze jest tak różowo.

Po reżyserii wróciłeś od razu do Poznania. Dlaczego?
– Mam to miasto we krwi. Jeszcze podczas studiów uciekałem ze szkoły w jakieś poznańskie asystentury, bo tu mogłem praktycznie współuczestniczyć w robieniu teatru. Taką możliwość w Teatrze Nowym dał mi jego ówczesny dyrektor Eugeniusz Korin.

Ale dlaczego akurat wybrałeś Nowy?
– Bo jest wyjątkowy.

Dlaczego?
– Na nim się wychowywałem. Tu była Izabella Cywińska, wielka osobowość teatralna. Tu oglądałem pierwsze spektakle. Pamiętam, jak wielkie wrażenie zrobiła na mnie „Balladyna” w reżyserii Janusza Wiśniewskiego. Miałem wówczas 13 lat. Na tej scenie widziałem w czasach Peerelu rzeczy ważne i odważne. Od zawsze lubiłem być w tym teatrze. Tu mogłem jeszcze przed studiami podglądać na scenie próby z Tadeuszem Łomnickim. A poza wszystkim, jako człowiek porządny, wygodny i nielubiący się przemieszczać, wybrałem rodzinne miasto.

Nielubiący się przemieszczać? Przecież po skończeniu reżyserii jeździłeś nieustannie. Robiłeś spektakle w teatrach Gdyni, Gdańska, Kalisza, Gniezna, Jeleniej Góry, Warszawy, Krakowa, Wrocławia.
– Taki jest los reżysera.

Co to był za czas, ta tułaczka po kraju?
– Po szkole czekałem rok na debiut. W końcu zrobiłem sztukę „Fernando Krapp napisał do mnie ten list” Tankreda Dorsta w Teatrze Polskim w Poznaniu. Spektakl widziała Julia Wernio, która kierowała wtedy Teatrem Miejskim w Gdyni, i zaproponowała mi pracę. Pamiętam to uczucie: jadę do Gdyni, mam niesamowity zapał i energię, poznaję nowych aktorów, coś wspaniałego. Dostałem do tego wszystkiego piękny pokój w Orłowie. Pierwszego poranka wyszedłem na balkon – słońce, morze… I pomyślałem sobie: „Kurczę, tak chcę żyć”. Ale sielanka szybko się skończyła, bo przenieśli mnie do Domu Aktora, gdzie miałem pokój w piwniczce ze śmierdzącą wykładziną i grzybem.

Skąd się wziął w twoim życiu Wałbrzych?
– Z nieba. Zadzwonił do mnie Jacek Głomb i powiedział, że potrzeba dyrektora artystycznego w Teatrze Dramatycznym w Wałbrzychu i czy bym nie chciał.

Dlaczego zadzwonił do ciebie?
– Nie mam pojęcia, naprawdę. Myśmy się wtedy znali raczej słabo. Może pomyślał, że inżynier z menedżerską głową to dobra opcja? W każdym razie pojechałem najpierw ten Wałbrzych zobaczyć. Ruszyłem instynktownie w kierunku Katowic, bo przecież wiedziałem, że węgiel i kopalnie, choć nigdy tam nie byłem. Na szczęście coś mnie tknęło i zerknąłem na mapę. Wjechałem do innego świata. Bida tam była potworna. Na deski sceny kapała deszczówka i śmierdziało stęchlizną. Uznałem, że to naprawdę fajne wyzwanie, żeby się tym miejscem zaopiekować. Zanim jeszcze podpisałem umowę, wymyśliłem festiwal Wałbrzyskie Fanaberie Teatralne. Chciałem najpierw zobaczyć, jak ludzie zareagują na teatralne święto. Zareagowali super, przyszły tłumy. A kiedy Majka Kleczewska zrobiła „Lot nad kukułczym gniazdem”, to już wiedziałem, że mogę zwieźć tam z Poznania swoje kartony i walizki.

Czyli nie byłeś dyrektorem dojeżdżającym?
– Nie, przeprowadziłem się z całym majdanem do pokoju teatralnego na poddaszu teatru. Miałem wspólną łazienkę i kuchnię z aktorami. Tak żeśmy sobie żyli przez sześć lat.

Zostałeś dyrektorem podupadłego teatru w zdegradowanym mieście na końcu świata. Skąd wziąłeś pomysł na podźwignięcie tej sceny?
– Z ulicy. Chodziłem po mieście i rozmawiałem z ludźmi, a mieszkańcy Wałbrzycha byli bardzo otwarci i komunikatywni. Nazwałbym ten ich styl życia peerelowskim: wszyscy mają kupę czasu i integrują się przeciw siermiężnej rzeczywistości wokół. Gadałem w sklepach, w aptekach, na stacjach benzynowych i szybko zrozumiałem potrzebę wałbrzyszan do opowiadania historii. Kierunek stał się jasny: trzeba tym ludziom, w mieście z wieloma problemami, przywrócić godność przez teatr, poopowiadać o nich ze sceny. I zaczęło się kręcić, ludzie zaczęli przychodzić do teatru, uważać to miejsce za swoje i wyjątkowe. To było bardzo uzdrowicielskie dla Wałbrzycha. Zauważono, że w miejscu o dość dramatycznym stopniu beznadziei pojawiło się coś, co zaczyna być tego miejsca wizytówką.

Teatr Dramatyczny w Wałbrzychu stał się ogólnopolskim fenomenem. Zaczęło się o nim mówić i pisać, do miasta zjeżdżali krytycy teatralni, powstawały głośne i ważne spektakle. Jak to przyjąłeś?
– A jak mogłem przyjąć? Fajne to było, ale dla mnie niezbyt istotne. Istotne okazało się za to dla zespołu aktorskiego, którego członkowie nagle stali się rozpoznawalni, jeździli na festiwale, dostawali nagrody. Przestali być anonimowi, a to jest chyba w gruncie rzeczy istotą tego zawodu. Planu na sukces nie było, robiliśmy po prostu swoje. Dla mnie to, co się wydarzyło, było naturalne, bo jak ktoś robi coś uczciwie, to w końcu ktoś inny może to zauważy.

Teatr stał się pieszczochem władzy?
– Trochę tak, i zacząłem się nawet tego bać, bo to ryzykowne.

Dlaczego?
– Teatr zawsze musi iść wspak wobec obowiązującego porządku. Na szczęście zadowolenie i pochwały właściciela teatru, czyli samorządu Dolnego Śląska, zrównoważyły prawicowe środowiska Wałbrzycha, część miejskich radnych i niektórzy księża, którzy nas zaatakowali z ambon, na przykład za kalanie imienia Matki Boskiej w teatrze.

Zrezygnowałeś z funkcji dyrektorskiej u szczytu potęgi wałbrzyskiej sceny. Jaki był powód?
– Zadecydowało zagrożenie oczywistością działań, bo po latach nasyciła się we mnie potrzeba opowiadania o mieście. Tę opowieść uznałem za zakończoną. Nałożyły się też na to sprawy prywatne. Wróciłem do Poznania.

Rozstanie z Wałbrzychem było trudne?
– Nie, bo bardzo potrzebowałem już nowego środowiska, nowych wyzwań. Kiedy dyrektor zbyt wiele lat siedzi z tym samym zespołem, to ma coraz większą trudność w odkrywaniu jego nowej energii, znajdowaniu nowych znaczeń. Zmiany są dobre. Poza tym mam dziwną tendencję do uciekania od sukcesów. Kiedy odebrałem nagrodę ministra kultury za spektakl zrobiony w Teatrze Polskim w Warszawie w 2002 r., uciekłem od reżyserowania. Kiedy zaczął mi doskwierać sukces wałbrzyski – też zwiałem. Nie chciałem być pochowany na cmentarzu junikowskim w Poznaniu z napisem: „Tu leży Piotr Kruszczyński, ale powinien leżeć w Wałbrzychu”.

Niezwykłe było też płynne przejęcie schedy po tobie. Niespotykane w naszym kraju.
– Ktoś napisał, że było to „pierwsze pokojowe przejęcie w dziejach polskiego teatru”. Nie zdecydowałbym się odejść z Wałbrzycha bez dobrego następcy. I tu wielki ukłon w stronę władz, które bez mrugnięcia okiem przyjęły moją propozycję, by stery teatru przejął Sebastian Majewski.

Który przez ostatnie cztery lata świetnie nim kierował. Wyobrażam sobie, że kiedy zrezygnowałeś z Wałbrzycha, zostałeś zasypany ofertami pracy z całej Polski.
– Owszem, od aktorów. Zespoły aktorskie chciały, żebym u nich zrobił taki teatr jak w Wałbrzychu. Ale nie można być skutecznym dyrektorem, kiedy jest się nominowanym przez pracowników.

Nie było propozycji od samorządów?
– Nie, politycy nie śledzą pilnie tego, co się dzieje w życiu kulturalnym. W Niemczech, kiedy się odniesie sukces w mniejszym teatrze, dostaje się propozycję poprowadzenia większego, wędruje nieustannie w górę, aż do najbardziej prestiżowych scen. U nas tak się nie dzieje, oferty się więc nie posypały.

Zaskoczyło cię to?
– Tak, ale we frustrację nie popadłem. Zabrałem się za reżyserowanie, bo jestem przede wszystkim reżyserem. Dyrektorem tylko bywam.

Nastąpił powrót do walizek?
– Jasne. I czasem na niedzielny obiad u poznańskiej babci.

Od półtora roku jesteś dyrektorem Teatru Nowego w Poznaniu. Tego samego, w którym przesiadywałeś, kiedy byłeś nastolatkiem.
– To trochę taka historia od pucybuta do milionera, a raczej od widza do dyrektora. Pierwsze spotkanie z aktorami było dla mnie wielkim przeżyciem. Stanąłem przed ludźmi, których podziwiałem na scenie, kiedy byłem dzieciakiem. Ale są też i tacy, których nie widziałem nigdy w żadnych znaczących rolach. Dlatego postanowiłem, że każdy dostanie szansę zagrania ważnej roli. To był rok demokracji.

Demokracja w teatrze? Dość oryginalnie.
– Na krótko. Ten czas się już kończy i teraz bierzemy się za wyzwania.

Jakie?
– No właśnie. Ten teatr jest bardzo harmonijną instytucją. Bilety się sprzedają, widownie (bo mamy trzy sceny) są pełne, ludzie przychodzą na swoich ulubionych aktorów, biją brawo, często na stojąco.

Wczoraj na „Dwunastu gniewnych ludziach” Radosława Rychcika wstali.
– Cieszę się.

I widownia była rzeczywiście pełna, a był wtorek.
– No właśnie, a bilety nie są takie tanie. Dzięki wpływom z kasy możemy produkować tyle premier, żeby 40-osobowy zespół miał w czym grać.

No dobrze, ludzie przychodzą, produkujecie kolejne premiery, bilety się sprzedają. To co to za wyzwania?
– W tym całym układzie brakuje czegoś, o czym mówiliśmy na początku – prowokacji, zajrzenia pod poznańskie dywany, czasami nawet foliowane, żeby się nie zabrudziły. Chciałbym w tym pogrzebać, spróbować znaleźć poznańską duszę, wejść do niej, zobaczyć, co się kryje pod wszystkimi pozorami, naszą słynną przedsiębiorczością i dobrym wychowaniem.

Na afiszu Nowego jest już sporo nazwisk z teatralnej młodej czołówki reżyserskiej: Monika Strzępka, Marcin Liber, Radosław Rychcik. Oni się do poznańskiej duszy nie doszperali?
– Nie takie było ich zadanie. Zaprosiłem ich, żeby poznańscy widzowie mogli się zapoznać z życiem teatralnym Polski, topowymi nazwiskami, bo nasz poznański światek teatralny był dotąd dość hermetyczny i trzeba go było otworzyć. Teraz mamy już nawet Garbaczewskiego, ale w sąsiednim teatrze.

Jak są przyjmowane te gorące nazwiska?
– Jak to w Poznaniu, gościnnie. Czyli niepokojąco bardzo dobrze.

A może to jest tak, że publiczność klaszcze i mówi, że bardzo fajnie, bo jest – jak twierdzisz – dobrze wychowana, ale potem wraca do domu i nie zostawia na tym, co zobaczyła, suchej nitki?
– I tu trafiłeś w sedno duszy poznaniaka, który jest nad wyraz gościnny. Podejrzewam, że trochę ze strachu przed nowym, nieoczekiwanym, zaskakującym.

W tym roku Teatr Nowy obchodzi naciągany jubileusz 90-lecia powstania i nienaciągany jubileusz 40-lecia reaktywacji sceny przez Izabellę Cywińską.
– Ten pierwszy rzeczywiście jest średnio interesujący, ot, w 1923 r. w miejscu, w którym obecnie jesteśmy, powstała scena dramatyczna. Niedługo potem zresztą zbankrutowała. Bliski jest mi natomiast drugi jubileusz, bowiem w 1973 r. Izabella Cywińska reaktywowała ten teatr i zrobiła z niego bardzo ważną scenę. Warto przypomnieć poznaniakom, jaką rolę odgrywał we współczesnej historii Teatr Nowy. Tu działy się rzeczy niepokorne, awangardowe, zajmowano się sprawami aktualnymi, a nie żadnym teatralnym muzealnictwem. To był zawsze teatr obywatelski, kształtujący określone postawy społeczne w Peerelu. Tu się mówiło aluzyjnie o ustroju i otwarcie o wypadkach czerwcowych. Dlaczego nie mielibyśmy tej tradycji kontynuować w nowych, współczesnych odsłonach?

Taki masz plan?
– Tak właśnie chcę nasz teatr programować. Odcinanie kuponów od sukcesów z przeszłości uważam za śmierć zawodową. W Nowym zaczynam od nowa.

_____

Piotr Kruszczyński urodził się w 1967 r. Jest rodowitym poznaniakiem, absolwentem Wydziału Architektury Politechniki Poznańskiej i Wydziału Reżyserii Dramatu Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej (dzisiaj Akademii Teatralnej) w Warszawie. Jako reżyser debiutował w 1997 r. sztuką „Fernando Krapp napisał do mnie ten list” Tankreda Dorsta na deskach Teatru Polskiego w Poznaniu. Zrealizował ponad 30 spektakli w polskich miastach oraz w Niemczech i USA. W latach 2002-2008 był dyrektorem artystycznym Teatru Dramatycznego im. Jerzego Szaniawskiego w Wałbrzychu, z którego zrobił jedną z najlepszych i najciekawszych polskich scen. Laureat wielu nagród kulturalnych. Od jesieni 2011 r. jest dyrektorem Teatru Nowego im. Tadeusza Łomnickiego w Poznaniu.

_____

Rozmowa ukazała się w „Przekroju” 15.04.2013 r.

_____

© Mike Urbaniak | Fot. Bartłomiej Sowa

Zwykły wpis