PORTRET

Nie umiem zauczestniczyć

img_1722

Może następny spektakl zrobię o tym, jak aktor przez półtorej godziny nie może rozpiąć kurtki, bo zaciął mu się zamek. Choć oczywiście wiem, że aby zostać w Polsce uznaną reżyserką powinnam raczej zrobić coś o Holocauście. Anna Karasińska

Zdziwiłam się, kiedy zadzwoniłeś i powiedziałeś, że chcesz się spotkać, bo słyszałam od naszych wspólnych znajomych, że nie lubiłeś mojego spektaklu – zaczyna Anna Karasińska. Było to tuż po jej „Ewelina płacze” w TR Warszawa. Znajomym coś się musiało pomylić, bo spektakl mi się podobał. Nazwałem go nawet wtedy, kradnąc ze słownika Pawła Demirskiego, teatralną cieszotką. Cieszotką dlatego, że w rzeczy samej był bardzo zabawny, nic poza tym. Nie powalał na kolana, przynajmniej mnie. – Pamiętam, że byłeś na premierze i pamiętam, że była niestety przerechotana – odpowiada Karasińska. – A to jest spektakl głęboki, nie tylko śmieszny. Powinieneś go zobaczyć jeszcze raz.

Anna Karasińska urodziła się (rocznik ’78) i wychowała na łódzkich Bałutach. Bardzo lubi swoje rodzinne miasto za to, że ludzie nie mają tam tak spiętych dup, jak w Warszawie. – Jestem dramatycznie nieambitna – kokietuje. – Dlatego to ciągłe stołeczne współzawodnictwo niekoniecznie mi odpowiada. Do Warszawy przeprowadziła się trzy lata temu.

Była dzieckiem, które zwykle miało doła i stało nieco z boku. Lubiła tę swoją oddzielność: – Dużo chorowałam i przez bycie w izolacji mam wybujałą wyobraźnię. Ciągle coś tworzyła w swoim jednoosobowym świecie: rysowała, malowała, pisała, wymyślała historie. – Miejscem, w którym czułam się dobrze i byłam naprawę szczęśliwa był las. Do dzisiaj mi to zostało. Nie uczyła się dobrze. Szkoła ją nudziła, a co gorsza wymagała ciągłego dostosowywania się do zasad: – W szkole było naprawdę strasznie. Jakoś nie umiałam wziąć udziału, zauczestniczyć. Nie dorastała w artystycznej rodzinie. Ojciec pracował w nieistniejących już zakładach Unitra-Fonica, produkujących legendarny w Polsce Ludowej sprzęt radiowy, jak gramofon „Bambino”. Mama, pielęgniarka, pracowała w domach starców, gdzie Karasińska miała dużo starsze „koleżanki”, które dożywały swoich ostatnich dni, kiedy ona dopiero swoje zaczynała: – Było wokół mnie dużo śmierci, bo ciągle umierały moje „koleżanki”. Kiedy byłam mała, umarł także mój starszy brat, więc z tego, że jestem śmiertelna zdałam sobie sprawę bardzo wcześnie. W dzieciństwie zajmuje się nią dziadek, którego uwielbia. Z wzajemnością. Dziadek afirmował nieustająco swoją wnuczkę. Powtarzał jej, że kobiety są wspanialsze od mężczyzn i że więcej im wolno. „Gdybym był tobą, w nagrodę kupował bym sobie codziennie nowe kolczyki” – mawiał. Dobrze to zapamiętała.

Kiedy zdaje maturę, nie wie, co robić w życiu. Wie tylko, że chce być artystką. Mówi o tym bez egzaltacji. Zdaje na Wydział Tkaniny i Ubioru Akademii Sztuk Pięknych w Łodzi, ale szybko odechciewa jej się tkać i szyć. Nigdzie nie może znaleźć miejsca, wędruje więc „ze swoimi dziwnymi pomysłami” z jednej pracowni do drugiej. Na dłużej zatrzymuje się w pracowni wideo, a także w pracowni dywanu, którą kierował profesor Mariusz Kowalski: – To był wspaniały artysta, który nie kazał mi tkać dywanów, tylko pozwalał na robienie tego, co chciałam. Mimo, że spotkała na ASP jeszcze kilku świetnych profesorów prowadzących interesujące i przydatne jej do dzisiaj zajęcia, jak choćby te z kompozycji, szybko zaczęła się nudzić. Poza tym zorientowała się, że za mało używa mózgu. Dlatego poszła równolegle na studia filozoficzne na Uniwersytecie Łódzkim, gdzie znalazła się w grupie ludzi ceniących jej abstrakcyjne myślenie i absurdalne poczucie humoru. Wtedy też zaczęła praktykować buddyzm: – Poczułam, że może od tej strony uda mi się rozkminić świat. Rozkminia go do dzisiaj.

Na ASP wytrzymuje cztery lata. Filozofię kończy, choć nie pisze już pracy magisterskiej i cały czas nie wie, czym się będzie zajmowała zawodowo. Poważnie myśli o pisaniu. Wysyła nawet fragment swojej twórczości do jednego z bardziej prestiżowych wydawnictw. Dostaje odpowiedź, że to jest bardzo dobre. Sama chyba jednak tak nie uważa. Jest bardzo – może nawet za bardzo – surowa w ocenie tego, co robi. W końcu składa papiery na kolejną uczelnię. Na Wydział Reżyserii Filmowej i Telewizyjnej łódzkiej Szkoły Filmowej dostaje się od razu i to na pierwszym miejscu. – Trochę się w życiu nastudiowałam – przyznaje. – Teraz uważam że to było bez sensu, ale z drugiej strony to mnie mobilizowało, dawało poczucie przynależności do jakiejś rzeczywistości.

Szkołę Filmową wspomina dobrze, bo mogła robić to, co ją interesowało, choć nieraz musiała o to zawalczyć (oczywiście w „Filmówce” też istniał schemat do którego nie umiała się dopasować). Nakręciła kilka udanych etiud, za które zgarnęła nagrody. Najbardziej ceni „Fochy” – pierwszoroczną etiudę dokumentalną o dorastającej w patologicznej rodzinie nastoletniej dziewczynie. Akcja „Fochów” rozgrywa się na łódzkiej „Limance”, owianej złą sławą ulicy Limanowskiego: – Próbowałam w swoich etiudach otworzyć trochę formę, budować nierzeczywiste sytuacje i surrealistyczne dialogi, co w polskim kinie nie jest mile widziane. Na absurd i ambiwalencję nie ma u nas miejsca. Jeśli bohaterka czuje ból to muszą jej lecieć łzy i drżeć broda, a widz musi znać dużo uzasadnień jej sytuacji, które najlepiej żeby były oczywiste i zagrane w ciągłości psychologicznej. Mnie robienie czegoś takiego w ogóle nie obchodzi. Szkołę kończy z przekonaniem, że nigdy nie nakręci pełnometrażowego filmu fabularnego i nie dostanie żadnej pracy. Pracę jednak znajduje. Współpracuje reżysersko z Mariuszem Grzegorzkiem kręcącym „Jestem twój”, jest drugą reżyserką „Papuszy” Joanny Kos-Krauze i Krzysztofa Krauzego oraz „Sąsiadów” Grzegorza Królikiewicza.

O teatrze nigdy nie myślała, choć był obecny w jej życiu za sprawą ówczesnego chłopaka, aktora teatralnego: – Przez siedem lat naszego związku przerobiłam wszystkie etapy pracy teatralnej, jakbym skończyła kolejny fakultet. O reżyserii teatralnej jednak nie myślałam do czasu, kiedy zobaczyłam „Panią Bovary” Radka Rychcika. Olśniło mnie wtedy, że przecież w teatrze można po bandzie używać abstrakcji, i że taki teatr by mnie kręcił.

ewelinamartaankiersztejn

Jesienią 2014 roku TR Warszawa ogłasza nabór do programu Teren TR, który ma wyłowić nowe talenty dla polskiego teatru. Karasińska zgłasza się z pomysłem, który na szybko tytułuje „Random Disconnects”: – Tę nazwę wymyśliłam w minutę, bo musiałam coś wpisać do aplikacji, a chciałam się zająć rozpracowywanym przeze mnie od dawna efektem obcości. Jest już wtedy po trzydziestce: – Zaczęło mnie bawić to, że stałam się nagle aspirującą młodzieżą, wiesz, taką dziewczyną z konkursu.

Zaczyna pracę z jeszcze młodszymi dziewczynami ze Szkoły Aktorskiej Romy Gąsiorowskiej. Jedna z nich po powrocie z toalety mówi: „Wow! Czujecie, że to jest łazienka, w której ci aktorzy też robią siku?”. Karasińska: – Myślę sobie: „Kurwa, ja naprawdę jestem teraz w tej sytuacji!”. I od razu mówię do dziewczyn: „Słuchajcie, a może chcecie się poczuć nimi? Wybierzcie sobie ulubionego aktora TR-u i wyobraźcie sobie, że nim jesteście”. Jak powiedziała, tak zrobiła. Zaczęły improwizować i to był początek spektaklu „Ewelina płacze”, w którym finalnie wystąpili Maria Maj, Adam Woronowicz, Rafał Maćkowiak i tytułowa, płacząca Ewelina Pankowska. To był początek kariery Anny Karasińskiej w teatrze.

O przedstawieniu pisano w samych superlatywach: „odtrutka na teatralną nudę”, „błyskotliwy i przewrotny debiut”, „dowcipne”, „precyzja spektaklu wbija w fotel”. „Ewelina płacze” wchodzi do repertuaru TR Warszawa, zdobywa kolejne nagrody na szczecińskim Kontrapunkcie i Kaliskich Spotkaniach Teatralnych, wyrusza w trasę w ramach programu „Teatr Polska”, a po Boskiej Komedii w Krakowie prasa donosi: „Karasińska to nazwisko, na które należy zwrócić uwagę”. Zwracają ją kolejni dyrektorzy teatrów. – Pierwszy zadzwonił Maciej Nowak, ale było to jeszcze przed tym, jak spektakl dostał nagrody i stał się głośny. Szef artystyczny Teatru Polskiego w Poznaniu proponuje jej temat i obsadę. Temat jej się nie podoba, obsada zostaje. Dyrektor Nowak zgadza się na jej pomysł wystawienia podręcznika do sprzątania, ale Karasińska po wizji lokalnej w Poznaniu zmienia zdanie i decyduje się na przedstawienie o publiczności. I tak wiosną tego roku powstał jej „Drugi spektakl”, który okazał się jej drugim sukcesem z nagrodą za najlepszą reżyserię na Koszalińskich Konfrontacjach Młodych „m-teatr” i ostatnio na katowickich (Młodych) „Interpretacjach”. Sukces goni sukces.

mg_9543

Mnie, podobnie jak „Ewelina płacze”, „Drugi spektakl” nie powala. Doceniam, ale nie rozumiem peanów na cześć tej produkcji. Widzę natomiast bardzo ciekawą i absolutnie oddzielną drogę, którą Karasińska zaczyna w naszym teatrze wydeptywać. Jej abstrakcyjne myślenie i surrealistyczne poczucie humoru, które doceniali wyłącznie koledzy i koleżanki z filozofii podoba się w teatrze – i to zarówno krytyce, jak i publiczności. To po pierwsze. Po drugie, ciekawe i na pierwszy rzut oka zupełnie od czapy wydają się być tematy, które Karasińska chce reżyserować. Jakby czerpała w listy najbardziej absurdalnych tematów bez znaczenia. A po trzecie na uwagę zasługuje jej patologiczna wręcz niechęć do inscenizacyjnego rozmachu, tak charakterystyczna choćby dla jej młodszej koleżanki Eweliny Marciniak, co jest ważne w kontekście zachowania „bioróżnorodności” w naszej teatralnej puszczy. Anna Karasińska, o czym nie można zapomnieć, sama pisze teksty do swoich spektakli. Oczywiście korzysta z pomysłów aktorów, ale na koniec to ona zasiada nad klawiaturą. Mało tego, pisze w odróżnieniu od wielu zawodowo współpracujących z reżyserami dramaturgów, świetnie. Wydawnictwo, do którego wysłała parę lat temu próbkę swoich możliwości nie myliło się odpowiadając, że to jest bardzo dobre.

W końcu i ja się zachwyciłem. Zapiałem z zachwytu, kiedy zobaczyłem jej „Urodziny”, przygotowane w ramach projektu „Mikroteatr” w Komunie Warszawa – najciekawszym obecnie teatralnym adresie w Warszawie. Wystąpili w nich Karolina Kraczkowska i Bartosz Sak, ale główną rolę zagrała sama reżyserka, przygotowując coś, co można śmiało nazwać teatralną petardą, która wystrzeliła głośno za sprawą błyskotliwego pomysłu, genialnego tekstu, perfekcyjnej dramaturgii i bezbłędnego wykonania.

Dzisiaj, mimo początkowo nieufnego podejścia do proponowanego przez nią teatru, Anna Karasińska dostaje jedną propozycję za drugą, a bilety na jej spektakle są zawsze wyprzedane. Nie popada jednak w obłęd dawania co dwa miesiące kolejnej premiery na innej scenie i tłumaczy: – Wymyślam swoje przedstawienia i to musi trwać. Nie opieram się na gotowej wypowiedzi, która już wcześniej istniała w literaturze albo filmie. Nie wybieram tematów z listy tych ważnych. Teatr średnio takie podejście rozumie.

Pracuje teraz nad scenariuszem filmowym dla dużego szwedzkiego producenta, złożyła też wniosek do Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej na dofinansowanie pracy nad własnym filmem dokumentalnym o grabarzu. Jej pomysł odrzucono „ze względu na miałkość myśli i dociekań”, co Karasińską bawi do łez. A teatr? Póki co go nie opuszcza. Zabiera się niebawem za pracę nad następnym spektaklem w TR Warszawa. W obsadzie będą – a jakże – Maria Maj, Adam Woronowicz, Rafał Maćkowiak (to jej ulubiony aktor), Dobromir Dymecki i dwie aktorki spoza TR-u. Premiera zaplanowana jest na 9 kwietnia. Jest jeszcze na ten sezon umówiona na pracę w Starym Teatrze w Krakowie, a po wakacjach w krakowskim Szydłoplexie. – Nie wiem jeszcze, co tam zrobię. Nie myślę tematami, bo według mnie ważne rzeczy można powiedzieć robiąc tematycznie o czymkolwiek. Może spektakl o tym, jak aktor przez półtorej godziny nie może rozpiąć kurtki, bo zaciął mu się zamek. Choć oczywiście wiem, że aby zostać w Polsce uznaną reżyserką powinnam raczej zrobić coś o Holocauście.

Spektakle Anny Karasińskiej w repertuarach teatrów:
„Ewelina płacze” | TR Warszawa
„Drugi spektakl” | Teatr Polski w Poznaniu

Portret Anny Karasińskiej otwiera cykl poświęcony reżyserkom teatralnym, które niedawno wkroczyły na polskie sceny.
W przygotowaniu Gosia Wdowik.

Fot. arch. pryw., Monika Lisiecka i Marta Arkiensztejn

           

 

Reklamy
Zwykły wpis
ROZMOWA

Lubię się podszywać

 

z-Radkiem-IMG_0019

Kiedy byłem na Nikiszowcu, od razu zobaczyłem chłopców w brytyjskich mundurkach i Beatlesów. Dlatego „Wesele” w Teatrze Śląskim przenoszę do Irlandii Północnej. Z Radosławem Rychcikiem rozmawia Mike Urbaniak

Coś ty się tak zawziął na polską klasykę?
– 
Nie pochwalasz?

Pochwalam, ale interesuje mnie dlaczego?
– 
Pomysł na tryptyk – „Dziady”, „Balladyna” i „Grażyna” – był tym z gatunku nieodpowiedzialnych i pozwolił mi naprawdę na poważnie przerobić język polskich poetów. Miło mi, że doceniła to także niedawno komisja konkursu „Klasyka żywa” nagradzając „Grażynę”. Ale z tą polską klasyką bym nie przesadzał, bo w międzyczasie przygotowaliśmy z Anią Karczmarską oraz Piotrem i Michałem Lisami z The Natural Born Chillers choćby „Utalentowanego pana Ripleya” w Teatrze Studio w Warszawie czy koncert finałowy „Wielkie przemówienia” na Przeglądzie Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu.

I wracasz do polskiej klasyki „Weselem” w Teatrze Śląskim w Katowicach.
– 
Bo to jest po „Dziadach” najważniejszy polski dramat, nie mogłem go nie zrobić. Fajnie jest znów chwycić za mocną partyturę.

992_660x

O „Weselu” zaraz porozmawiamy, ale chciałem cię jeszcze podpytać o twój romantyczny tryptyk. Od początku chciałeś zrobić jednym ciągiem „Dziady”, „Balladynę” i „Grażynę”?
– 
Nie, to był trochę przypadek, a trochę odpowiedź na zapotrzebowanie w ramach „Klasyki żywej”. Na „Dziady” przyjechał dyrektor Teatru im. Wandy Siemaszkowej w Rzeszowie i zaproponował mi od razu „Balladynę”. Chyba zobaczył w Teatrze Nowym w Poznaniu możliwość wypromowania swojego teatru podobnym spektaklem. To był szybki pomysł na rewolucję.

Plan się częściowo udał, bo „Siemaszkowa” po raz pierwszy od dawna została zaproszona na ważny festiwal teatralny.
– 
Rzeczywiście, premierę mieliśmy na Boskiej Komedii w Krakowie, ale na nią nie zdążyliśmy, spektakl nie był zapięty na sto procent. To się wiązało z tym, że nie udało się zbudować pewności w zespole, i z tym, że czuliśmy presję sprostania dużym oczekiwaniom po „Dziadach”. Presja była też ze strony rzeszowskiego teatru, który obchodził swój jubileusz, co nawiasem mówiąc skończyło się przymusową galą w scenografii „Balladyny” i to nam się nie podobało.

W Teatrze im. Siemaszkowej pracowałeś pierwszy raz. Z jakim nastawieniem tam jechałeś?
– 
Zawsze jadę ciekawy nowego, uważam, że to jest jedna z najlepszych rzeczy w pracy reżysera teatralnego. Polecam wszystkim objazd po Polsce, szczególnie po tej, do której się często nie zagląda. Nowe miejsce to nowi ludzi i nowa energia. Ważne, by nie jechać nigdzie z aroganckim nastawieniem, że oto ja, uznany reżyser czy reżyserka, pokażę wam teraz na prowincji prawdziwy teatr. To jest pułapka i chyba w nią nie wpadłem.

18843_Balladyna_1

Musiałeś pokonać jakieś przeszkody?
– 
Powiedzmy, że z powodów estetycznych, musieliśmy wywrzeć presję co do środków jakich chcieliśmy użyć. I to jest dobre, bo często prowadzi do nieodwracalnej zmiany w instytucji i inni mogą mieć potem łatwiej. Ale to były też problemy natury, nazwijmy je, organizacyjnej. Bo jeśli robimy casting dla niepełnosprawnych i później zapraszamy ich na wielogodzinne próby, to jest dość jasne, że wypadałoby opiekunom tych osób zaproponować kawę czy herbatę. Musieliśmy na to zwrócić uwagę.

Czyli rzeszowski wózek pchało się z trudem.
– 
Tak, dlatego nie zdążyliśmy na Boską.

Aktorzy pchali go z tobą?
– 
Nie wszyscy, niektórzy udawali, że pchają.

Potem zrobiłeś „Grażynę” w Teatrze im. Ludwika Solskiego w Tarnowie.
– 
Miałem na nią pomysł zainspirowany serialem „Homeland”, gdzie główną bohaterką jest szpieg, agentka CIA. Pomieszałem więc „Grażynę” z „Konradem Wallenrodem”, dodałem „Homeland” i wyszedł nam, zdaje się, bardzo udany spektakl o kobiecie. Chcieliśmy też, konsekwentnie realizując nasz romantyczny tryptyk, by rzecz się działa na boisku do koszykówki.

W „Grażynie” bardzo ważny jest tarnowski chór GOS.PL prowadzony przez Annę Podkościelną-Cyz. Kiedy go zobaczyłem i usłyszałem w jakiejś salce katechetycznej, od razu włączył mi się amerykański filtr. Zobaczyłem „Palindromy” Todda Solondza, amerykańską prowincję i fantazję na temat ludzi, którzy spotykają się po pracy, by wspólnie muzykować. Tarnowski chór śpiewał o Panu Jezusie, a ja słyszałem amerykański song. W naszym spektaklu wyśpiewuje przebieg bitwy z krzyżakami, a w trakcie tego jest mecz koszykówki.

5562e0b19f097_o,size,933x0,q,70,h,8b3501

Mówisz, że włączył ci się amerykański filtr, ale czy ty go kiedykolwiek wyłączasz?
– 
Nikt go chyba nigdy do końca nie wyłącza, bo wszyscy jesteśmy – czy nam się to podoba, czy nie – ukształtowani przez amerykańską popkulturę, szczególnie kino. Ale „Wesela” zdecydowałem się nie robić w Ameryce, będzie w Belfaście.

Jak widzowie w Rzeszowie i Tarnowie reagowali na twoje spektakle?
– 
Publika rzeszowska chyba nie pokochała „Balladyny”, też dlatego, że ten spektakl był dla niej za długi. Z kolei w Tarnowie „Grażyna” często grana jest rankami, dla szkół, więc zdarza mi się dostać od aktorów esemesy około trzynastej, że są już po drugiej owacji na stojąco.

Pracując w Rzeszowie i Tarnowie przypomniał mi się mój początek w Kielcach. Kiedy robiłem tam „Samotność pól bawełnianych”, była ona dla ówczesnej widowni Teatru im. Stefana Żeromskiego szokiem, ale potem znaczna część kielczan zaczęła się snobować – w dobrym sensie tego słowa – na „awangardę”. „Samotność…”, a potem kolejne spektakle, choćby Joli Janiczak i Wiktora Rubina, zdobyły swoją wierną publiczność.

„Dziady” miały przyjęcie, jak żaden inny spektakl w ostatnich latach. Okrzyknięto je arcydziełem, zdobyły nagrody i objechały cały kraj. „Balladyna” została przyjęta chłodno, a „Grażyna”, mimo nagrody na „Klasyce żywej”, przeszła jednak niezauważona. Też masz takie poczucie?
– 
Mam. I myślę, że zadecydowała odległość. Nikomu się nie chciało jechać do Tarnowa. Może w nowym roku paru krytyków się pofatyguje, by ją zobaczyć.

Rok temu dostałeś za „Dziady” Paszport „Polityki”. Coś ci dał?
– 
Wiarygodność, rozpoznawalność i trochę więcej propozycji.

A propozycja wyreżyserowania „Wesela” w Teatrze Śląskim kiedy przyszła?
– 
Jeszcze na Festiwalu „Interpretacje” w Katowicach w 2014 roku, gdzie dostałem od Teatru Śląskiego Nagrodę Wyspiańskiego i zaproszenie do współpracy. Robert Talarczyk, szef Śląskiego, chciał „Wesele”, więc je robimy. I znów jestem w teatrze, w którym pracuję po raz pierwszy.

Dlaczego „Wesele” będzie irlandzkie?
– 
Kiedy byłem po raz pierwszy na Nikiszowcu, od razu zobaczyłem chłopców w brytyjskich mundurkach i Beatlesów. Potem przeczytałem w „Dużym Formacie” fragmenty reportażu Aleksandry Łojek o Irlandii Północnej i sięgnąłem po jej, wydaną przez Czarne, książkę „Belfast. 99 ścian pokoju”. Wtedy wiedziałam, że „Wesele” będzie o Irlandii Północnej, i że postaciom Wyspiańskiego dopiszemy biografie bohaterów „Belfastu”. Mam ciągle ochotę na podszywanie się, na najlepiej rozumianą podmianę, bo ona może z powodzeniem – co pokazały „Dziady” – uniwersalizować nasze polskie tematy.

f4ec8e453cf6d59a7cdcd19ddb601cc8da24bd91

„Wesele” jest w gruncie rzeczy o dwóch grupach: chłopach i panach, czyli inteligencji. Nic innego tam nie ma – tylko chłopi i panowie. I między nimi trwa rozmowa. Czasem ostra, jak w Irlandii Północnej między republikanami i rojalistami, między katolikami i protestantami. Może „Wesele” jest tekstem, który udźwignie cudze dylematy?

W jakich czasach będzie się rozgrywało?
– 
Stylizacja wskazywałaby na lata siedemdziesiąte, w których działy się „The Troubles”, ale książka Aleksandry Łojek jest o tym, gdzie są dzisiaj bohaterowie tamtych wydarzeń. Gdzie są kaci, a gdzie ofiary i jak to się dzieje, że kat wychodzi czasami na porządnego człowieka, a ofiara nie. Jeśli uda nam się tym arcypolskim dziełem opowiedzieć niepolską historię to będziemy szczęśliwi.

W Katowicach również ogłosiłeś casting. Tym razem na „typ irlandzki”. Znalazłeś na Śląsku bladych i rudych chłopców?
– 
Oczywiście, w dodatku tańczących! Bo, jak to na weselu, tańczyć będziemy sporo, ale do nieco innych niż jesteśmy w Polsce przyzwyczajeni melodii. Zresztą nie tylko tańczyć, ale więcej nie powiem. Trzeba przyjść do Teatru Śląskiego i zobaczyć. Chciałbym, żeby widzowie, oglądając nasz spektakl i patrząc na historię, która dzieje się w Belfaście, zobaczyli swoją własną. Żeby odpowiedzieli sobie na pytanie: czy wesele może uratować naród i czy może doprowadzić do pojednania?

860f78f5f93ed567a2950696d6999e1aafa7210e

„Wesele” jest kolejnym przedstawieniem, które robisz ze swoją ekipą, do której należą wspomniani już Anna Maria Karczmarska (scenografia i kostiumy) oraz bracia Michał i Piotr Lisowie (muzyka i wideo). Jeszcze się sobą nie znudziliście?
– 
Nie tylko się nie znudziliśmy, ale nadal potrafimy się zaskakiwać. Dlatego ciągle razem pracujemy. Poza tym pomaga nam na pewno to, że tworzymy ciągle w nowych teatrach, z nowymi dla nas zespołami i może na szczęście nie ciągniemy ze sobą żadnej ekipy aktorskiej.

A aktorzy Śląskiego poszli za wami?
– 
Cztery osoby nie chciały z nami iść i odeszły, co jest zupełnie zrozumiałe. Nie ma sprawy. Zostaliśmy więc z tymi, którzy chcą i pracujemy dzielnie.

Może po prostu niektórzy nieufnie podchodzą do estetyki teatralnej, której się w ich teatrze zwykle nie uprawia?
– 
Mnie się zdaje, że rzecz nie jest w estetyce, tylko w pułapie możliwości. I nie chodzi o to, że ktoś nie może wysokiego pułapu osiągną, tylko o to, że nie chce. A tak nie można, nie można się nie zmieniać.

Pełna zgoda. Udowodniła to swoją „Morfiną” Ewelina Marciniak, która zaraz po tobie robi w Teatrze Śląskim spektakl o Leni Riefensthal. Czujesz, że uczestniczysz w rozwibrowywaniu tej skostniałej sceny?
– Czuję, ale tego nie lubię. Przychodzę z czystymi intencjami – chce zrobić spektakl. Wszystko, co się ewentualnie wydarzy obok jest dodatkiem. Nie zajmuję się reformowaniem teatrów, ale poszukiwaniami artystycznymi, których celem jest przygotowanie przedstawienia.

Myślisz, że śląska, konserwatywna publiczność pokocha teatr Rychcika?
– 
Jeśli tylko uwierzy w to, że miłość dwojga ludzi może pogodzić zwaśnione strony konfliktu, to tak. Tym bardziej, że może czytać „Wesele” przez historię własnego regionu, która jest w dużej mierze o dwóch walczących ze sobą stronach, ale ja tego nie powiedziałem.

CZYTAJ TAKŻE TO

_____

Radosław Rychcik (rocznik 1981) jest reżyserem teatralnym. Ukończył filologię polską na Uniwersytecie Warszawskim i reżyserię dramatu na PWST im. Ludwika Solskiego w Krakowie. Był asystentem Krystiana Lupy. Od 2008 roku wyreżyserował 17 spektakli w teatrach Krakowa, Kielc, Warszawy, Wałbrzycha, Szczecina, Poznania, Rzeszowa i Tarnowa. Jest laureatem kilku nagród, wśród nich Lauru Konrada i Paszportu „Polityki”. Uznanie przyniósł mu zrealizowany w 2009 roku Teatrze im. Stefana Żeromskiego w Kielcach spektakl „Samotność pól bawełnianych”, który zarejestrowała kilka lat później i wyemitowała TVP Kultura, a wyreżyserowane przez niego w 2014 roku w Teatrze Nowym w Poznaniu „Dziady” stały się sensacją sezonu i jednym z najgłośniejszych spektakli ostatnich lat. Obecnie w Teatrze Śląskim w Katowicach pracuje nad „Weselem” Stanisława Wyspiańskiego. Premiera 8 stycznia.

_____

© Mike Urbaniak
Fot. Piotr Lis/Jakub Wittchen/Tadeusz Poźniak/mat. pras.

Zwykły wpis
AKTORZY/AKTORKI

Genu nie wydłubiesz

unnamed

Nie chciałbym zostać zapamiętany jako ładny chłopiec, tylko dobry aktor. Z Bartoszem Gelnerem rozmawia Mike Urbaniak.

Ładnym ludziom jest podobno łatwiej.
– Tego nie wiem, musisz spytać kogoś ładnego.

Właśnie pytam.
 Bardzo ci dziękuję, ale oprócz ładności musi być chyba jednak coś jeszcze. Myślisz, że uroda przekreśla talent?

A skądże.
– Może wróćmy do tego pytania za jakiś czas, jak już się pomarszczę. Nie chciałbym zostać na etapie domniemanej ładności, chciałbym to przewalczyć kolejnymi rolami. Z drugiej strony nie da się ukryć, że tak zwane warunki decydują o tym, jakie się dostaje role.

Nie zagrałbyś Cetha w „Kabarecie warszawskim” Krzysztofa Warlikowskiego albo Michała w „Płynących wieżowcach” Tomasza Wasilewskiego, gdybyś wyglądał…
– Jak pół dupy zza krzaka? Tak, masz rację, pewnie bym nie zagrał. Pamiętasz scenę z „Samotnego mężczyzny” Toma Forda, kiedy Colin Firth spotyka pod sklepem pięknego faceta?

Oczywiście, jak mógłbym zapomnieć boskiego Jona Kortajarenę.
– Siła tej sceny w ogromnym stopniu bierze się z tego, jak on wygląda. Kiedy byłem małym chłopcem, ciągle słyszałem, jaki jestem ładny, a dokładniej, jaką jestem ładną dziewczynką. Dzisiaj też się zdarza, kiedy idziemy ulicą z Agnieszką (Żulewską, aktorką, dziewczyną Bartosza – przyp. red.), że jacyś panowie krzyczą do nas: „Hej, dziewczyny!” i chcą mi oczywiście dać w mordę. Taki los, ale jak mówi moja mama: „Genu nie wydłubiesz”. Nie chciałbym jednak być zapamiętany jako ładny chłopiec, tylko jako dobry aktor. To jest mój cel i nie zgadzam się na zamykanie mnie w jakiejś szufladzie.

Zawsze chciałeś być aktorem?
– Nie, zdecydowałem się bardzo późno, właściwie tuż przed maturą. Z kolegami z liceum w Chorzowie robiliśmy co prawda kabaret, ale chodziło nam tylko o dobrą zabawę i zwalnianie się z lekcji. Zupełnie nie wiedziałem, co chcę robić. Wszyscy szli na prawo albo na lewo, a ja postanowiłem spróbować ze szkołą teatralną. Znajomy rodziców znał aktorkę Małgorzatę Zajączkowską i umówił mnie z nią na spotkanie. Przyjechałem z Katowic do Warszawy w wyprasowanej koszuli, z bukietem kwiatów i poszedłem do pani Małgosi, której miałem zaprezentować swój talent.

Jak go oceniła?
– Po jej minie wiedziałem, że nie jest dobrze, ale co miała powiedzieć, żeby nie zniechęcać młodego człowieka? Że jest potencjał, ale trzeba jeszcze popracować. Zdawałem do szkół teatralnych w Warszawie, Krakowie i we Wrocławiu. Nigdzie się nie dostałem, ale wiedziałem, że będę próbował za rok. Spytałem rodziców, czy zasponsorują mi rok Policealnego Studium Aktorskiego „Lart” w Krakowie. Zgodzili się.

Nowe krakowskie życie?
– Wiadomo! Wynajęliśmy z kolegami mieszkanie i zaczęło się. Jedynym minusem było to, że nie miałem studenckiej legitymacji, ale trzeba było sobie jakoś radzić. Zacząłem też wtedy chodzić nałogowo do teatru.

Na Śląsku nie chodziłeś?
– Chodziłem, ale nie tak często i na inne spektakle. W Krakowie to był jednak Narodowy Stary Teatr z największymi nazwiskami. Inna liga. Tam po raz pierwszy zobaczyłem spektakl Krystiana Lupy „Tako rzecze Zaratustra”. Mało z niego zrozumiałem, ale jednocześnie byłem zachwycony. Potem oglądałem kolejne jego spektakle: „Factory” i „Kalkwerk”. Chodziłem też oczywiście na innych reżyserów.

I po roku ponownie zdawałeś do szkoły teatralnej.
– Niejednej, bo oprócz Krakowa, Warszawy i Wrocławia zdawałem także do Łodzi. Byłem już o wiele lepiej przygotowany i wiedziałem, jak wyglądają egzaminy. Na szczęście przyjęli mnie do Krakowa. Ależ to była radość!

Kiedy uczyłem się w Larcie, moi kumple współlokatorzy, którzy studiowali na Uniwersytecie Jagiellońskim, Akademii Górniczo-Hutniczej i Politechnice Krakowskiej, zazdrościli mi, że mogę długo spać, bo zajęcia zaczynałem o czternastej. A kiedy byłem na PWST, śmiali się, że nigdzie nie możemy wyjść wieczorem, bo ja siedzę na uczelni od rana do nocy.

Do tego doszła jeszcze praca w wakacje.
– Już po pierwszym roku dostałem rolę w serialu o wodnych ratownikach „Przystań”. Tam zresztą poznałem Mateusza Banasiuka, z którym zagrałem później w „Płynących wieżowcach”. Siedzieliśmy z ekipą przez trzy miesiące w Giżycku i kręciliśmy: fajna przygoda, pierwsze ostukanie się z planem filmowym, jakaś kasa zarobiona.

Kiedy serial miał premierowy odcinek, zrobiliśmy z kumplami party w naszym krakowskim mieszkaniu. Mój przyjaciel Sylwester Piechura, dzisiaj aktor Teatru im. Jana Kochanowskiego w Opolu, wydrukował nawet plakaty z moją podobizną. Przyjechali też z Katowic moi rodzice i była kupa śmiechu.

Na trzecim roku studiów zadebiutowałeś z kolei na dużym ekranie.
– „Salą samobójców” Jana Komasy. To też kręciliśmy w wakacje. Film został bardzo dobrze przyjęty i dostałem po nim kilka propozycji zagrania w serialach, już bez castingu. Zdecydowałem się wtedy na „Czas honoru”. Tymczasem nadchodził czwarty rok na PWST i spektakle dyplomowe z Szymonem Kaczmarkiem i Pawłem Świątkiem. Grałem w nich i przeprowadziłem się do Warszawy. Tu zaczęły się castingi do „Płynących wieżowców” i dostałem pierwszą propozycję pierwszoplanowej roli w filmie fabularnym.

Jak wyglądała praca nad nim?
– Tomek Wasilewski poświęcił nam, czyli Mateuszowi Banasiukowi, Marcie Nieradkiewicz i mnie, naprawdę dużo czasu; mieliśmy dużo prób, dobrze się poznaliśmy. Sporo mnie to też kosztowało, bo temat był niełatwy.

„Płynące wieżowce” okrzyknięto pierwszym polskim filmem gejowskim. Znalazł się on nagle w gorącym centrum debaty o homofobii, sytuacji osób LGBT, związkach partnerskich. Trafiliście z Mateuszem Banasiukiem na okładkę „Wprost”, opatrzoną tytułem: „Zabić geja. Witajcie w tolerancyjnej Polsce”. Skrajnie prawicowa „Fronda” donosiła o „homoataku” na swoją redakcję, polegającą na tym, że baner reklamujący film było widać z redakcyjnych okien. „Pętla homoseksualnego oblężenia zaciska się wokół nas” – donosiła „Fronda”.
– Rzeczywiście, trafiliśmy w jakieś przesilenie z naszym filmem. Dostaliśmy wtedy mnóstwo zaproszeń do wielu programów publicystycznych, w których chciano z nami dyskutować o homofobii. Film w pewnym momencie zszedł na drugi plan. A ja chciałem, jako aktor, mówić o mojej roli, a nie o stosunku do gejów, bo on jest chyba jasny.

Najważniejsze, że „Płynące wieżowce” zostały bardzo dobrze przyjęte przez widzów i krytykę. Myślę, że ten film sporo zmienił. Obejrzeli go też moi koledzy z osiedla z Katowic.

I co powiedzieli?
– „Nawet fajny ten film, ale naprawdę musiałeś się całować z tym facetem?!”. Trochę żeśmy się pośmiali. Może po „Płynących wieżowcach” mniej osób będzie krzyczało na gejów na ulicy: „Ej, pedały!”.

Za tobą tak krzyczeli? W Polsce – odnoszę wrażenie – zagranie geja to nadal akt odwagi.
– Ktoś tam od czasu do czasu coś krzyknął. Ale co z tego? Idziemy dalej.

Dalej i na barykady. Byłeś wśród aktorów czytających przed Pałacem Kultury „Golgotę Picnic” Rodriga Garcii, którą Michał Merczyński, dyrektor poznańskiego Malta Festivalu, zdjął z afisza pod wpływem ataku ze strony katolickich fundamentalistów i kiboli. Dlaczego wziąłeś udział w tym czytaniu?
– Bo nie podoba mi się ograniczanie wolności słowa i wolności ekspresji artystycznej. Nie podoba mi się też terroryzowanie jednej grupy przez inną. Ja nie zabraniam nikomu stania pod krzyżem, proszę mi więc nie zabraniać oglądania takich spektakli, na jakie mam ochotę. I, żeby była jasność, wziąłem udział w tym czytaniu nie po to, by kogoś atakować, ale żeby przeczytać tekst. Jak mówi mój kolega: „Trzeba zajebać dobrym serduszkiem”.

Twoje role przychodziły do ciebie same?
– Przychodziły jako możliwość, ale musiałem o nie powalczyć. Starałem się też uczyć ile wlezie i korzystałem z różnych opcji zdobycia doświadczenia. Już w szkole dużo statystowałem. Za pierwszy epizod w „W11” dostałem 50 złotych, potem był epizod mówiony już za 150. Jaka to była kasa! Wszystkim stawiałem piwko. I nie tylko się tego statystowania nie wstydzę, ale uważam, że to była fajna szkoła.

Szczególnie kiedy się statystuje na scenie Narodowego Starego Teatru z Janem Peszkiem.
– O kurczę! Tak! Zupełnie o tym zapomniałem. Jeszcze przed szkołą aktorską byłem jednym z chłopców Gonzala w „Trans-Atlantyku” Witolda Gombrowicza w reżyserii Mikołaja Grabowskiego, więc to był mój homoseksualny debiut w teatrze. I to jaki! U boku Jana Peszka na deskach Starego Teatru. Lataliśmy z chłopakami w białych gaciach po scenie, a w przerwach siedzieliśmy w teatralnym bufecie i za każdym razem, kiedy wchodził jakiś aktor, zrywaliśmy się z krzeseł i mówiliśmy „Dzień dobry!”.

W naszym „Trans-Atlantyku” była scena, do której wychodziliśmy z Janem Peszkiem z foyer teatru, gdzie stoi popiersie Konrada Swinarskiego. Peszek zawsze, przechodząc obok tego popiersia, klepał je z czułością. Uwielbiałem na to patrzeć, bo pokazywało to niezwykłą skromność wielkiego aktora.

Oglądałeś, będąc w szkole, jakieś spektakle Krzysztofa Warlikowskiego?
– Pierwszy był „Krum”, ale widziałem go na DVD. A pierwszym spektaklem zobaczonym na żywo była „(A)pollonia”, która przyjechała na Boską Komedię do Krakowa. Wielkie wrażenie zrobił na mnie rozmach tego spektaklu. Potem przyjechałem do Warszawy na „Anioły w Ameryce”, na których się popłakałem.

A potem dostałeś od Warlikowskiego propozycję zagrania w „Kabarecie warszawskim”. Nieźle.
– Jechałem wtedy do Łodzi, gdzie w Teatrze Nowym miałem grać w „Samuelu Zborowskim” Juliusza Słowackiego w reżyserii Szymona Kaczmarka. Kiedy zadzwonił telefon z Nowego Teatru w Warszawie, natychmiast zmieniłem kierunek. Było mi głupio przed Szymonem, że tak nagle się wycofuję, ale nie miałem innego wyjścia. Myślę, że każdy na moim miejscu zrobiłby to samo, prawda?

Raczej! Popędziłeś do Nowego bardzo zestresowany zbliżającym się spotkaniem z Warlikowskim i jego zespołem?
– A wiesz, że nawet nie. Ale nie dlatego, że byłem taki pewny siebie, ale dlatego, że nie miałem czasu na stres. To wszystko wydarzyło się tak szybko, że nim się obejrzałem, już byłem na scenie. Gram w „Kabarecie warszawskim” Cetha – młodego chłopca, którego bierze do trójkąta para gejów: Jamie i James, grani przez Maćka Stuhra i Piotrka Polaka. I jest tam scena, w której Jamie pyta o mnie Jamesa: „Jak ci się podoba?” i James odpowiada: „Jest zajebisty”. Wtedy poczułem, że będzie dobrze.

Grasz w telewizji, kinie i teatrze. Nie chciałbyś z czegoś zrezygnować?
– Bardzo bym nie chciał, bo to różne rodzaje pracy i wszystkie sprawiają mi frajdę. Poza tym płodozmian jest zawsze wskazany. Chciałbym teraz zagrać jakąś ciekawą rolę w kinie.

Grasz przecież w nowym filmie Katarzyny Rosłaniec.
– Tak, ale to niewielka rola, choć bardzo przyjemna. Zdjęcia mam jesienią. Myślę, że ten film będzie kolejnym głosem naszego pokolenia, tak jak to było z poprzednimi obrazami, w których grałem.

A gdybyś dostał propozycję zagrania w filmie typu „Pokaż kotku, co masz w środku”?
– To film przyrodniczy?

Można tak powiedzieć.
– Rozumiem, że to jest złośliwe pytanie o to, czy zagrałbym w czymś nie najwyższych lotów. Szczerze, nie wiem. Jeśli powiem ci teraz, że nigdy w życiu, i to kiedyś zrobię, to mi to potem wyciągniesz. Powiem tak: chciałbym grać w dobrych filmach.

Masz dwadzieścia sześć lat, jesteś w zespole najbardziej prestiżowego teatru w Polsce, grasz w dobrych filmach. Co dalej?
– Wiadomo, apetyt rośnie w miarę jedzenia. Chciałbym dostawać coraz ciekawsze i coraz większe role, nabierać doświadczenia i jednocześnie pilnować, żeby głowa była nieustannie przewietrzona.

Jestem teraz w próbach do „Apokalipsy” w reżyserii Michała Borczucha w Nowym Teatrze w Warszawie. To spektakl na podstawie tekstów Piera Paola Pasoliniego i Oriany Fallaci. Gram w nim wampira-imigranta, który przejeżdża z własną ziemią z Afryki do Europy, tylko ta Europa nie za bardzo mnie chce.

I będziesz podobno wampirem hetero.
– Tak, w końcu! I będę gryzł co popadnie.

_____

Bartosz Gelner (ur. 1988) urodził się i wychował w Katowicach. Jest aktorem teatralnym, filmowym i telewizyjnym. Ukończył Wydział Aktorski Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej im. Ludwika Solskiego w Krakowie. Na kinowym ekranie zadebiutował w głośnym filmie Jana Komasy „Sala samobójców”, a w zeszłym roku zagrał wraz z Mateuszem Banasiukiem w równie głośnym filmie „Płynące wieżowce” Tomasza Wasilewskiego. Od tego roku jest etatowym aktorem Nowego Teatru w Warszawie, gdzie gra w „Kabarecie warszawskim” w reżyserii Krzysztofa Warlikowskiego i „Apokalipsie” w reżyserii Michała Borczucha. Mieszka w Warszawie.

_____

Rozmowa ukazała się na portalu Gazeta.pl 3.10.2014 r.

_____

© Mike Urbaniak | Fot. Magda Hueckel

Zwykły wpis