ROZMOWA

Teatr na haju

Aktorką zdecydowałam się zostać w wieku czternastu lat i postanowienia, jak widzisz, dotrzymałam. Ewelina Żak

W końcu w Warszawie.
– Historia zatoczyła koło, ale walizki jeszcze nie schowałam. Zobacz, torbę też mam zawsze dużą. Na wszelki wypadek.

Ciągle gotowa do wyruszenia w drogę?
– Jakoś tak dziwnie iść do teatru tylko z torbą, bo zawsze ciągnęłam za sobą walizkę. Kiedy jeszcze mieszkałam w Warszawie, śmiałam się, że pracuję w Buenos Aires, bo lot do Buenos trwał tyle, ile jazda do Wałbrzycha.

Który ci w szkole teatralnej nawet do głowy nie przyszedł.
– Nie wyobrażałam sobie wyjechania poza Warszawę, bo wydawało mi się to czymś wręcz uwłaczającym. Warszawa była oczywistością. Tym bardziej, że w szkole miałam cały czas świetne samopoczucie i opinię osoby, która dobrze się zapowiada. Oczywiście nie wiedziałam jaki chcę robić teatr, gdzie chcę iść i kim być, ale jakoś to przecież będzie, bo jestem zdolna.

Zdolna i bez etatu.
– Trzy osoby z mojego roku wzięła do Teatru Współczesnego Agnieszka Glińska. Reszta się rozjechała, a ja zostałam z tym dobrym samopoczuciem na swój własny temat, które zaczęło coraz szybciej znikać. Brałam udział w paru przypadkowych rzeczach tylko po to, żeby utrzymać się na powierzchni, ale i tak się zapadałam w sobie. Byłam coraz bardziej zawiedziona, sfrustrowana, popadałam w coraz większą depresję i nienawidziłam całego świata, który wydał mi się wyjątkowo niesprawiedliwy. Gdyby nie mój syn, dla którego musiałam przecież wstawać co rano, który mobilizował mnie do życia, nie wiem jak to by się skończyło.

Próbowałaś poza teatrem?
– Pewnie, zaczęłam chodzić na castingi do filmów i seriali, ale szybko się okazało, że to nie jest towar, który się szybko sprzeda.

Dlaczego?
– Bo nie jestem wielkiej urody blondynką. Pamiętam, jak mi nawet kiedyś miłe panie doradzały, żebym coś zrobiła z worami pod oczami, bo w kamerze wyglądają na jeszcze większe niż są w rzeczywistości. Pozaliczałam wtedy wszystkie serialowe epizody pielęgniarek i sekretarek. Albo taka historia: casting do filmu i reżyserka mówi, że widzi mnie w roli, a po trzech godzinach przychodzi z informacją, że może mi jedynie zaproponować statystowanie. Po jednej stronie stoją aktorki, a po drugiej statyści – w tym ja. Takich strzałów w serce dostałam dużo.

Nie chciałaś wtedy po prostu zmienić zawodu?
– Nigdy. Czytałam sobie „Labirynt” i „Utopię” Krystiana Lupy, i modliłam się o spotkanie z kimś tak dla teatru ważnym. Czytałam też magazyny teatralne, bo chciałam wiedzieć, co się dzieje. Nie mogłam się dostać do teatru, ale mogłam o nim czytać. W końcu, kiedy Władek miał jakieś pięć lat, postanowiłam ponownie zawalczyć o teatr, ale już bez poczucia krzywdy. Zobaczyłam w internecie trailer „Elektry”, którą Natalia Korczakowska robiła w Jeleniej Górze i przypomniało mi się, że spotykałyśmy się nieraz na korytarzach Akademii Teatralnej. Zadzwoniłam do niej i usłyszałam, że za dwie godziny ma pociąg do Jeleniej, więc może się spotkać na Centralnym. Był z nią wtedy Tomek Śpiewak, który robił w „Elektrze” dramaturgię, a ja – zupełnie nieświadoma, że biorę udział w castingu do jej kolejnego spektaklu, czyli „Nelly” na podstawie „Skrzywdzonych i poniżonych” Dostojewskiego – opowiadałam jakieś głupoty o tym, że wróciłam właśnie z Ciechocinka. Mniej więcej pół godziny po naszej rozmowie Natalia zadzwoniła z pytaniem, czy chcę pojechać do Wałbrzycha. Odpowiedziałam: „Jasne!”, po czym zaczęłam szybko sprawdzać na mapie, gdzie ten Wałbrzych jest.

Daleko.
– To też pokazywała mapa, ale pomyślałam, że na rolę mogę przecież pojechać. I pojechałam. Na siedem lat.

Tam, na końcu świata, artystycznie wręcz bulgotało, a ty zagrałaś w spektaklach czołowych dzisiaj reżyserów: od Krzysztofa Garbaczewskiego przez Radka Rychcika czy Wiktora Rubina do Michała Borczucha.
– Na początku myślałam, że zwariuję, że nie nadążę, bo każda kolejna praca wydawała się ciekawsza od poprzedniej. Oczywiście szybko zrozumiałam, że muszę wyrzucić wszystko, czego nauczyłam się w Akademii Teatralnej. Pamiętam jak Natalia mówiła: „Zapomnij, że to się tak gra, że trzeba to cierpienie tak od kulisy do kulisy nosić”. A do Wałbrzycha przyjeżdżali nie tylko świetni reżyserzy, ale także ich szalone ekipy z gościnnymi aktorami włącznie. Michał Borczuch przywiózł Krzyśka Zarzeckiego, Krzysiek Garbaczewski – Pawła Smagałę. Co to były za próby! Myśmy spędzali razem noce i dnie. Taksówkę zamawiało się wiadomo po co. Jak ktoś pytał: „Zamówić taxi?”, odpowiedź brzmiała: „No, raczej!” albo „Nie, dzisiaj nie piję”. Darek Maj łapał się za głowę i krzyczał: „Ludzie, czy wam odbiło?! O co wam chodzi z tym etatem tutaj?!”. A myśmy nie chcieli stamtąd wychodzić. Byliśmy głodni pracy i nowych artystycznych doświadczeń. Z Wałbrzychem było jak z zakochaniem, kiedy czujesz motyle w brzuchu, wszystko ci się podoba i zapominasz zjeść. Teatr na haju!

Wyczuwam euforię w twoim głosie nawet dzisiaj.
– Bo to było naprawdę coś! Stąd ta euforia i przekonanie, że Teatr Dramatyczny w Wałbrzychu ukształtował mnie jako aktorkę.

Krążymy tak między Warszawą i Wałbrzychem, a ja cię nie zapytałem, skąd ty właściwie jesteś?
– Z niewielkich Żor koło Katowic, które obrosły w epoce gierkowskiej blokami zamieszkanymi przez przyjezdnych pracujących w okolicznych kopalniach. Byli wśród nich także moi rodzice. Tato na kopalni, mama – w domu. A my, dzieciaki, spędzaliśmy czas na podwórku albo w szkole, która ze względu na wyż demograficzny miała klasy od „a” do „h”.

I gdzie w tym wszystkim teatr?
– Aktorką zdecydowałam się zostać w wieku czternastu lat i postanowienia, jak widzisz, dotrzymałam. Najpierw było kółko teatralne założone przez naszą polonistę, a potem grupa teatralna „Węzeł”. Stworzyłyśmy ją razem z koleżankami, nauczyłyśmy się na pamięć „Scenariusza dla trzech aktorów” Schaeffera i grałyśmy go gdzie się dało. Potem zapisałam się do studium aktorskiego Doroty Pomykały w Katowicach, które poleciła mi nieco starsza koleżanka z Żor Sonia Bohosiewicz. To była bardzo dobra rekomendacja. Chodziłam tam na zajęcia, na które zarabiałam sprzedając szaszłyki przy trasie E75. Po studium zdawałam do szkół teatralnych w Krakowie i Warszawie. W Krakowie usłyszałam, że jestem nieplastyczna i niesceniczna, a w Warszawie dostałam na egzaminie brawa.

Studiowałaś na roku, który przyćmił Borys Szyc.
– Borys, aktor bez wątpienia charyzmatyczny, od początku był bardzo ekspansywny. Właściwie od początku studiów wiedział, że chce być gwiazdą. Czuliśmy to wszyscy. Jego ego było tak wielkie, że nie starczyło już przestrzeni na budowanie innych relacji. Nie zaprzyjaźniliśmy się z kolegami i koleżankami z roku.

Jakieś ważne spotkania z pedagogami?
– Największe wrażenie zrobiła na mnie Maja Komorowska. Samo jej słuchanie i obserwowanie było bardzo ciekawe, a spotkanie z nią niełatwe, bo Maja Komorowska to wymagający pedagog. Fajne były też zajęcia z Agnieszką Glińską, z którą później zrobiliśmy dyplom.

I za rolę Marii Grekow w „Płatonowie” Czechowa dostałaś na Festiwalu Szkół Teatralnych w Łodzi wyróżnienie.
– Kupiłam sobie za nie super buty, jednak one – co już ustaliliśmy – nigdzie mnie wtedy nie zaniosły.

Ale zagrałaś jeszcze potem w dwóch spektaklach Glińskiej, w Ateneum i w Dramatycznym.
– To były angaże na ratunek, bo Agnieszka próbowała mi jakoś pomóc, także prywatnie. Kiedy spodziewałam się dziecka, dostałam od niej pełną wyprawkę – wspaniały gest. A w szkole jako jedyna mówiła nam, że będziemy mieli przejebane. No, ja miałam na pewno.

Po kilku latach wróciłaś triumfalnie do stolicy, kiedy na Warszawskich Spotkaniach Teatralnych Maciej Nowak zaordynował nam Wałbrzych Fest.
– Nie wiem, czy tak triumfalnie. Pamiętasz, co o nas mówiła Warszawa?

Oczywiście, i pamiętam też, jak Sebastian Majewski, ówczesny dyrektor artystyczny Teatru Dramatycznego w Wałbrzychu, mówił mi o stołecznej widowni, która przyszła oglądać wasze głośne spektakle ze skwaszonymi minami.
– Jacek Wakar napisał wtedy o nas tekst pod tytułem „Wałbrzych: nic”.

Pisał w nim, że „Warszawskie Spotkania Teatralne bezceremonialnie obaliły mit o potędze wałbrzyskiego teatru”.
– To było coś okropnego, zwyczajna pogarda wobec naszej pracy.

Psy szczekały, a karawana jechała dalej.
– Jechała, ku naszej radości, dobrych parę sezonów, ale w końcu zwolniła, bo wysiadł z niej Sebastian Majewski, który powiedział uczciwie, że albo on odejdzie, albo będzie musiało odejść paru aktorów, gdyż teatr potrzebuje zmiany. Miał rację. My też jej potrzebowaliśmy, chcieliśmy iść dalej. Agnieszka Kwietniewska z Andrzejem Kłakiem przenieśli się na przykład do Teatru Polskiego we Wrocławiu.

Ty nie chciałaś?
– Bardzo chciałam, szczególnie kiedy za dyrekcji Piotra Ratajczaka zaczęliśmy skręcać w kierunku, który mnie nie interesował i nie dawał satysfakcji. Myślę, że Piotrek nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo Wałbrzych jest wymagający, że nie można tam być jedną nogą. Wtedy zaczęły się moje rozmowy z Krzysztofem Mieszkowskim o przejściu do Wrocławia, co nie było wcale proste, bo silnych kobiet w tamtejszym zespole nie brakowało.

Ale rok temu już się witałaś z gąską.
– Byłam blisko, bo dostałam rolę w „Procesie” Krystiana Lupy – absolutne spełnienie marzeń.

A w Wałbrzychu były role-marzenia?
– Najbardziej cenię sobie Kurtynę w „Opętanych” Krzyśka Garbaczewskiego i Gerdę w „Królowej Śniegu” Michała Borczucha. Gerda kosztowała mnie najwięcej, była najbardziej wymagająca. Lubiłam też grać w „Łysku z pokładu Idy” Radka Rychcika.

Jakieś niepowodzenia?
– Niezbyt dobrze pracowało mi się z Pawłem Świątkiem przy „Znikających szkołach”. Nie wspominam też z entuzjazmem „W Pustyni i w puszczy” Bartka Frąckowiaka. Nie czułam tych spektakli, ale to też chyba nic nadzwyczajnego.            

Zrezygnowałaś kiedyś roli?
– Nie, mogłabym to zrobić tylko wtedy, gdybym czuła, że jestem traktowana jak narzędzie, a nie partnerka w pracy. Dotychczas miałam szczęście do reżyserów otwartych w mniejszym lub większym stopniu na współtworzenie.

Po rezygnacji z Wałbrzycha weszłaś we wspomniane próby do „Procesu” Lupy we wrocławskim Teatrze Polskim i zagrałaś gościnnie w „Weselu” Rychcika w Teatrze Śląskim w Katowicach oraz we „Wszystko o mojej matce” Borczucha w Łaźni Nowej w Krakowie. Całkiem niezły rok.
– Też tak nawet pomyślałem, ale szczęście nie mogło trwać zbyt długo. Nad Teatr Polski nadciągała katastrofa w postaci Cezarego Morawskiego. Objęcie przez niego funkcji dyrektora pogrzebało najpierw „Proces”, a potem cały teatr. Katowickie „Wesele” przyjęto chłodno, więc z wielkich radości zostało mi „Wszytko o mojej matce”. I nie mówię tu tylko o finalnym efekcie, ale także wspaniałej pracy z Michałem. Takiego cudownego grzebania się i gubienia nie miałam od czasu Gerdy. I do tego ta ekipa: diabelska Halina Rasiakówna, tonująca wszystko Monika Niemczyk, szalona Dominika Biernat i Krzysiek Zarzecki, który wyrywał sobie włosy z głowy i raz się zachwycał, a raz krzyczał, bo nienawidził nas za to, że gramy jego matkę. Podziwiam Tomka Śpiewaka, piszącego przez wszystkie próby tekst, że nie zwariował.

Wyszło z tej pracy piękne przedstawienie.
– Dotarło to do mnie dopiero, kiedy po spektaklach ludzie zaczęli nie tylko gratulować, ale także mówić dlaczego ten spektakl jest dla nich ważny. Z przedstawieniami Michała nigdy nie wiesz wychodząc do braw czy to hit, czy to kit.

Z Borczuchem spotkałaś się ponownie w warszawskim Studio podczas czytania scenariusza „Powolnego ciemnienia malowideł” Grzegorzewskiego, bo to jest teraz twój nowy teatralny dom.
– Kiedy Natalia Korczakowska zaproponowała mi dołączenie do zespołu, właściwie ją zbyłam, bo planowałam przecież swoje życie we Wrocławiu. Poza tym w Studio też było niewesoło, teatr rozdzierał dyrektorski konflikt. Ale wobec nadchodzącego zniszczenia Polskiego i przekonującej koncepcji artystycznej Natalii, zdecydowałam się na powrót po latach do Warszawy.

Jak wyglądało twoje wejście do Studia?
– Dobrze, bo ja się nie nadaję na żadne wojenki, one mnie wykańczają. Chciałam po prostu z tą częścią zespołu, która została i nami, którzyśmy przyszli z różnych teatrów, stworzyć nową ekipę z dobrą energią, choć to oczywiście nie było proste, bo jedni ludzie są poranieni, a inni muszą się odnaleźć w nowej rzeczywistości. Ale myślę, że naprawdę świetna praca nad „Berlin Alexanderplatz” dała nam dużego kopa. Dobrze jest w końcu usłyszeć: „Ale mamy fajną ekipę!”. I to jest prawda. Mam nadzieję, że uda nam się nadal budować wspólnotę, a nie tylko myśleć o tym, czy będzie hicior, czy nie będzie.

Tymczasem przed nami kolejna premiera z twoim udziałem, czyli „Dziewczynki” Weroniki Murek w reżyserii Gosi Wdowik.
– Praca nad tym przedstawieniem jest dziwnym doświadczeniem i zarazem ciekawym. Szczególnie dla biorących udział w spektaklu dziewczynek, którym chyba nigdy w życiu nie poświęcono tyle uwagi. Ja na razie daję się Gosi prowadzić, pozwalam sobie nie wiedzieć i wracam intensywnie do czasów, kiedy sama byłam mała i formatowano mnie kulturowo do roli, jaką dziewczynka powinna grać.

__________

Ewelina Żak urodziła się w 1977 roku w Żorach na Górnym Śląsku. W roku 2001 skończyła Wydział Aktorski Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie i przez siedem lat zagrała kilka gościnnych ról w stołecznych teatrach repertuarowych i niezależnych. W 2008 roku dołączyła do zespołu Teatru Dramatycznego im. Jerzego Szaniawskiego w Wałbrzychu, gdzie przez kolejnych siedem lat zagrała blisko dwadzieścia ról w często głośnych i nagradzanych spektaklach najlepszych polskich reżyserów młodego pokolenia. Po odejściu z Wałbrzycha była w próbach do „Procesu” Franza Kafki w reżyserii Krystiana Lupy w Teatrze Polskim we Wrocławiu, które zostały przerwane po zmianie tamtejszej dyrekcji. W 2016 roku wystąpiła gościnnie w „Weselu” w reżyserii Radka Rychcika w Teatrze Śląskim w Katowicach i „Wszystko o mojej matce” w reżyserii Michała Borczucha w Łaźni Nowej w Krakowie. Od sezonu 2016/17 jest w zespole STUDIO teatrgalerii w Warszawie, gdzie można ją oglądać w „Berlin Alexanderplatz” Natalii Korczakowskiej i „Wyzwoleniu” Krzysztofa Garbaczewskiego. Obecnie jest w próbach do „Dziewczynek” Weroniki Murek w reżyserii Gosi Wdowik (premiera: 20 kwietnia).

CZYTAJ TAKŻE
Jak zostałem gejem | rozmowa z Krystianem Durmanem
Oskara już mam | rozmowa z Bartoszem Porczykiem
Ciągle dojrzewam | rozmowa z Julianem Świeżewskim
Dziwna jesteś, ale chodź | rozmowa z Justyną Wasilewską
Pani nie ma warunków | rozmowa z Małgorzatą Gorol
Jestem błędem w systemie | rozmowa z Robertem Wasiewiczem
Genu nie wydłubiesz | rozmowa z Bartoszem Gelnerem
Niezdecydowany gość | rozmowa z Dawidem Ogrodnikiem

Foto: Krzysztof Bieliński, Bartłomiej Sowa, Katarzyna Chmura-Cegiełkowska, Klaudyna Schubert

Reklamy
Zwykły wpis
ROZMOWA

Drugie życie

10006055_10152297212049020_5884427385620108502_o

Kiedy pierwszy raz jechałam do Wałbrzycha to płakałam. Ktoś w pociągu zapytał: dlaczego? Powiedziałam, że nie wiem i dalej płakałam. Z Mają Kleczewską rozmawia Mike Urbaniak

Wałbrzych przywrócił cię do życia?
Jak pamiętasz, wygrałam w 2002 roku pewien konkurs w Krakowie.

Twój spektakl „Noże w kurach” Davida Harrowera, który zrobiłaś w Teatrze im. Juliusza Słowackiego dostał o lokalnej „Gazety Wyborczej” tytuł „Żenada Roku”.
Właśnie, i stwierdziłam w związku z tym, że muszę skończyć z teatrem i zmienić zawód. Wyjechałam do Turcji i zajęłam się pilotowaniem wycieczek. Teatr wydawał się być zamkniętym rozdziałem w moim życiu.

I wtedy zadzwonił do ciebie Piotr Kruszczyński.
– Słuchaj, zostałem dyrektorem teatru w Wałbrzychu – mówi. Ja: – Gdzie? On: – W Wałbrzychu! I sytuacja tutaj nie jest za dobra. Może przyjedziesz? Powiedziałam, że nie ma takiej możliwości, bo pożegnałam się z teatrem, a poza tym Wałbrzych jest chyba bardzo daleko i ja się tam nie wybieram.

Nalegał.
Mówił, że to będzie niezobowiązująca wizyta: – Przyjedź, rozejrzysz się, pogadamy. Skoro dobry kolega jeszcze ze szkoły teatralnej tak bardzo prosił, nie miałam wyjścia. Spakowałam walizkę i ruszyłam w drogę. Z Warszawy jechałam wiele godzin, zbyt wiele. Wysiadałam wymęczona z pociągu i zobaczyłam neon „Hotel Sudety”, ale świeciło się tylko „udety”, „S” nie działało. Wzięłam taksówkę i dotarłam do teatru. Budynek był w takim stanie, że trudno to opisać: farba odchodziła ze ścian, wszędzie był grzyb, a fotele na widowni trzeszczały. Już nie mówiąc nawet o sytuacji w pokojach i stanie sanitarnym łazienek; w oknach żadnej firanki, nie ma ręczników, dramat. Piotr mówi: – Maja, nie przejmuj się. Idziemy na spektakl. To był jakiś Witkacy. Na scenie dziesięć osób, na widowni sześć. Włącznie z nami. Po przerwie połowa wyszła. Mówię: – Piotrek, to jest niemożliwe. Przecież tu się nic nie da zrobić. On na to: – Pomyślmy, może coś się uda. Na moją propozycję, żeby się przejść po mieście, usłyszałam: – To nie jest dobry pomysł, bo tu jest bardzo niebezpiecznie, szczególnie po zmroku. Nie można było wyjść, bufetu też nie było. Udaliśmy się więc do kuchni w celu zaparzenia herbaty.

Krótko mówiąc, niewesoło.
Do momentu, kiedy przyjechał Mariusz Stachowiak, serdeczny przyjaciel Piotra, fotograf, wspaniała, nieżyjąca już niestety postać. Mariusz podobny był do wychudzonego ptaszyska: miał ogromny nos i szponiaste palce. Rozejrzał się wkoło i wypalił z właściwym sobie entuzjazmem: – Co za wspaniałe miasto! Jestem zachwycony! Patrzymy na niego jak na wariata, a on ciągnie dalej: – Słuchacie, tu nic nie ma! Ruina! Górnicy, biedaszyby! Będziemy chodzić po hałdach, po kominach! Jakie to inspirujące! Wtedy uznaliśmy, że musimy się jednak napić wina i zacząć zastanawiać, co by można tu wystawić. Wiedzieliśmy, że Szekspir to raczej nam widowni nie wypełni i padł pomysł, że może „Lot nad kukułczym gniazdem” Dale’a Wassermana. – O! To będą kojarzyć! – zawyrokował Piotrek. I tak się zaczęło.

Wszystko dzięki entuzjazmowi Mariusza Stachowiaka?
Absolutnie, bo on nam uświadomił, że można w Wałbrzychu zrobić coś – jakby to powiedzieć – rewitalizującego. W tej biedzie, w tym bezrobociu, w tym mieście, gdzie psy dupami szczekały i do którego nikt nie przyjeżdżał. Wtedy już się nie zastanawialiśmy czy robić, ale jak robić.

I jak przyciągnąć ludzi, jak dać znać, że teatr żyje.
Najpierw chcieliśmy na dachu teatru zamontować wielkie balony, ale okazało się, że wypełnienie ich helem będzie bardzo drogie. Potem wpadliśmy na pomysł, by latać nad miastem helikopterem i rozrzucać ulotki, ale okazało się, że helikopter nie ma gdzie w Wałbrzychu wylądować. Stanęło na tym, że jeździliśmy, ubrani w piżamy, białym autobusem po mieście.

Jak zareagował zespół?
Na propozycję jeżdżenia po mieście w piżamach zareagował wspaniale. To w ogóle byli bardzo otwarci ludzie, ale szłam na pierwsze spotkanie z nimi z poczuciem, że to się nie uda. To wynikało po części z niedobrych doświadczeń ze „Słowackiego”, gdzie entuzjastycznie przekonywałam aktorów, a wyszła z tego żenada roku. Tym razem to ja byłam pesymistką. Tak na wszelki wypadek. Mówiłam: – Wiecie, film z Jackiem Nicholsonem jest taki świetny, to po co my ten spektakl mamy robić? Nam się to nie uda. W odpowiedzi słyszałam: – Może jednak spróbujmy?

Spróbowaliście.
Zaczęliśmy czytać tekst i rzeczywiście dość szybko zażarło. Aktorzy bardzo chcieli, bo nie mieli naprawdę nic do stracenia. Poza tym, wyjść wieczorem nie ma gdzie, więc pracowaliśmy nieustannie. Po próbach przenosiliśmy się do kuchni i tam trwały niekończące się dyskusje i biesiady. Wszystko było wspólne: mała lodówka, mała kuchenka i rano kolejka do łazienki jak na koloniach.

Kiedy porzuciłaś swój urzędowy pesymizm i poczułaś że jednak coś dobrego z tego będzie?
Kiedy pojechaliśmy do Stronia Śląskiego, gdzie mieścił się najbliższy szpital psychiatryczny, bo skoro aktorzy mają grać schizofreników, to muszą ich poznać. Na miejscu okazało się, że nie chcą nas wpuścić. Rozpętała się awantura, że po co, że jaki teatr, że nie ma mowy, że co nas to obchodzi i ogólnie do widzenia państwu. Nagle, jak spod ziemi, wyrósł przed nami lekarz, który mówi, że właśnie się zwolnił z pracy i może nas zaprowadzić przed wyjściem na jeden z oddziałów. My oczywiście bardzo chętnie. Prowadzi nas przez ponury park do ostatniego szarego budynku, otwiera jedną kratę, drugą, trzecią i mówi do oddziałowej: – Państwo z teatru chcieli poznać naszych pacjentów. I znika. Oddziałowa na nas patrzy. Ale co robić? Mówi w końcu: – Proszę, proszę bardzo. Ruszamy i widzimy rzeczy straszne: trzydzieści osób na pięciu metrach kwadratowych, ktoś leży pod kaloryferem, nie ma niczego oprócz koców, raz na godzinę wydawany jest każdemu jeden papieros i przez cały dzień tona leków, żeby schizofrenicy spali, bo jak śpią to nie ma kłopotów. Wyszliśmy stamtąd wstrząśnięci, z postanowieniem, że tak nie może być. Mariusz Stachowiak natychmiast znalazł jakąś panią z radia, której postanowił wszystko opowiedzieć. Wracaliśmy potem do naszych pacjentów wielokrotnie, piekliśmy im ciasta i nawet zabraliśmy na wycieczkę do lasu, bo oni w ogóle nie wychodzili przez lata na zewnątrz. Potem była wizyta w teatrze, na próbie i spektaklu. To był wielki zastrzyk poczucia sensu. Nie myśleliśmy już o tym, czy „Lot nad kukułczym gniazdem” się spodoba, ale o tym, że robimy coś fajnego i ważnego.

Zaangażowałaś też do spektaklu mieszkańców.
Ogłosiliśmy casting i przyszło ponad pięćdziesiąt osób, co nas zaszokowało, bo spodziewaliśmy się trzech. Rozmawialiśmy z nimi o wszystkim. Jeden z panów powiedział: – Urodziłem się, potem byłem młody, potem dojrzałem, założyłem rodzinę, całe życie pracowałem i marzę teraz, by zagrać z teatrze. I zagrał.

A do teatru zaczęła przychodzić publiczność.
Bo tym białym autobusem w piżamach przejechaliśmy całe miasto. Najbardziej lubiliśmy wpadać do supermarketu w niedzielę. Łapaliśmy ludzi i mówiliśmy: – Przyjedzie pani do teatru? I słyszeliśmy: – Ojej, chętnie. Wałbrzyszanie polubili swój teatr.

W „Locie nad kukułczym gniazdem” McMurphy’ego zagrał gościnnie Maciej Wojdyła. Dlaczego?
Bo chciałem mieć choć jednego aktora, którego znałam, i który w razie czego będzie mnie ratował przez tamtejszym zespołem. Potrzebowałam bratniej duszy i padło na Maćka. Poza tym zawsze jest dobrze wprowadzić do znającego się zespołu kogoś nowego, to odświeża.

Scenografię zrobiła Katarzyna Paciorek, a muzykę Paweł Kolenda.
Z Pawłem pracowałem wcześniej i dobrze go znałam. Z Kasią też znałyśmy się jeszcze z Krakowa. Wiesz, ja byłam w takim stanie, że chciałam zaprosić do Wałbrzycha jak najwięcej ludzi, których znam, i którzy zgodzą się tam w ogóle pojechać.

Jak reagowali na twoje propozycje?
Niezbyt entuzjastycznie, bo wtedy Wałbrzych nie kojarzył się absolutnie z niczym. Tylko, że daleko i wielka bieda.

Łukasz Drewniak napisał o „Locie…”: „Spektakl jest okrutną wiwisekcją ludzkiej opresji. Ze stłamszonego świata, jaki zbudowała [Maja Kleczewska] nie ma ucieczki, chyba, że poza teatr”.
Bo to było o opresji, o poczuciu uwięzienia. W Stroniu Śląskim zetknęliśmy się z czymś absolutnie nieludzkim i chciałam to przenieść na scenę. Do tego ten Wałbrzych w wszechogarniającym poczuciem beznadziei. Sama czułam się tam opresyjnie.

Radykalnie zmieniłaś zakończenie „Lotu…”. Wódz Bromden, grany przez Mariusza Stachowiaka, wywozi McMurphy’ego ze szpitala na wózku i obaj uciekają w miasto. Dlaczego?
Bo kiedy próbowaliśmy klasyczne zakończenie, nie czuliśmy żadnej satysfakcji. McMurphy umiera, gasną światła – smutno nam było potem, kiedy siedzieliśmy w kuchni. Mieliśmy poczucie pustki, że wszystko po nic. Pewnego dnia postanowiłam, że oni muszą jednak uciekać. – Biegnijcie chłopaki! Biegnijcie! – krzyczałam i oni zwiewali z teatru w te wałbrzyskie śniegi i hałdy, ledwo oświetlone przez zwykle popsute latarnie.

W spektaklu grała trójka aktorów, która w Teatrze Dramatycznym w Wałbrzychu jest do dzisiaj: Irena Wójcik, Ryszard Węgrzyn i Dariusz Skowroński. Jak ci się z nimi pracowało? I dlaczego Mariusz Stachowiak, który nie był aktorem tylko fotografem, zagrał u ciebie?
Ireny, która grała siostrę Ratched, na początku trochę się bałam. Była skryta i wydawała mi się niemiła. Ten obraz na szczęście szybko okazał się fałszywy. Irena była skupiona, precyzyjna i kompletnie oddana pracy. Mówiłam: – Irena, kończymy, syn czeka w domu. – Trudno – odpowiadała. – Będzie musiał dzisiaj ugotować sobie sam. Próbujmy. 

Z Rysiem Węgrzynem uwielbiałam pracować, bo zawsze mnie zaskakiwał, ale zaczęliśmy naszą teatralną przygodę od straszliwej kłótni, bo Rysiek nie chciał zagrać Doktora Spiveya. – Nie będę tego grał, bo to nudna rola, a poza tym on wchodzi właściwie do jednej sceny! – krzyczał. Ja na to: – To w takim razie nie mam dla pana propozycji! (bo wtedy byliśmy jeszcze na pan/pani). – Ale ja i tak w tym zagram! – kontynuował. – Tak? A kogo pan zagra, skoro role wszystkich pacjentów już rozdzieliłam?! – Wymyślę sobie własnego pacjenta, który myśli, że jest lekarzem! Bardzo mi się to spodobało. Rysio to nieposkromiona wyobraźnia. Wszystko dla niego jest możliwe, nawet najdzikszy pomysł.

Darka Skowrońskiego od razu pokochałam, bo zgodził się zagrać Doktora Spiveya, którego nie chciał grać za żadne skarby świata Rysio. Darek z kolei nie chciał grać Wodza Bromdena. Bardzo go to męczyło, ale że jest człowiekiem wielkiej kultury, nie powiedział mi tego wprost, tylko zauważył mimochodem, że na Indianina to on nie wygląda. I kiedy nie było go na jakiejś próbie, nagle spojrzałam na Mariusza Stachowiaka, który robił zdjęcia i zobaczyłam w nim Indianina. – Mariusz, idź na scenę grać Wodza Bromdena! – zarządziłam. – Ale co mam robić? – Zamiataj, głównie zamiataj! I kiedy Darek wrócił, powiedziałam mu: – Mariusz tak świetnie zamiata, że będzie Wodzem, a ty zagrasz Doktora. Wszyscy byli przeszczęśliwi.

Spektakl został bardzo dobrze przyjęty i zgarnął kilka nagród: na Kaliskich Spotkania Teatralnych i na katowickich „Interpretacjach”. Poczułaś wtedy, że jednak będziesz zajmowała się teatrem?
Tak, postanowiłam dać sobie szansę, ale czułam też, że to, co zrobiłam w Wałbrzychu było jednorazowe, że to nie może być patent na mój teatr w ogóle.

Rok później wystawiłaś kolejny spektakl Teatrze Dramatycznym im. Szaniawskiego – „Czyż nie dobija się koni?” Horace’a McCoya. Znowu mocno osadzony w Wałbrzychu i znowu inspirowany filmem.
Bo zaczęłam lepiej rozumieć to miasto, kondycję ludzi, którzy byli w takiej sytuacji, że aby przetrwać, liczyli na cud w postaci wygranej w totolotka albo innym konkursie. „Czyż nie dobija się koni?” pasowało do tej rzeczywistości idealnie. Sytuacja w Wałbrzychu przypominała Wielki Kryzys w Ameryce, a podczas kuchennych rozmów zgodziliśmy się, że gdyby w Wałbrzychu ogłosić konkurs taneczny z dużą wygraną, zgłosiliby się do niego wszyscy. Trop filmowy kontynuowałam dlatego, żeby nie stracić tych widzów, którzy przyszli na „Lot…”.

Glorię zagrała Agnieszka Warchulska, a Roberta – Piotr Kondrat.
Agnieszka Warchulska bardzo chciała przyjechać z Warszawy do Wałbrzycha i zagrać Glorię, a Piotr, to był czas mojego zakochania. Kiedy pierwszy raz jechałam do Wałbrzycha, płakałam. Ktoś wtedy do mnie podszedł w pociągu i zapytał, dlaczego? Powiedziałam, że nie wiem, że jakoś mi smutno. Płakałam tak godzinę nie wiadomo na jaki temat. Miałam chyba wrażenie, że rozstaję się z dotychczasowym życiem. Kiedy potem miasto chciało mi dać mieszkanie, znów się rozpłakałam i przerażona powiedziałam: – Nie, dziękuje. Przecież nie mogę tu zostać na zawsze! Tymczasem to właśnie w Wałbrzychu wróciłam do życia jako reżyserka, zakochałam się i poznałam, obecnie już byłego, ale jednak męża, z którym mam dwóch synów. To była życiowa przygoda, teatralnie i prywatnie.

Myślę też o wigiliach w Domu Aktora, barszczu z uszkami dzielonymi między wszystkich, kotach Węgrzynów, Piotrku Tokarzu, który ćwiczył Bacha na pianinie, Darku Maju, który zakochiwał się w Marcie Ziębie i innych historiach miłosnych. Działy się tam rzeczy cudowne.

W Wałbrzychu zaczęłaś także współpracę z dwiema osobami, z którymi potem zrobiłaś wiele spektakli.
Do licznych scen tanecznych w „Czyż nie dobija się koni?” potrzebowałam choreografa. Piotrek Kruszczyński polecił mi Mikołaja Mikołajczyka, którego wtedy nie znałam. Pojechałam do niego do Poznania i czekałam pod drzwiami, a on mnie nie chciał wpuścić, bo co to za baba się do niego dobija. W końcu się poznaliśmy i przegadaliśmy dziesiątki godzin. To było wspaniałe spotkanie. Ciągle się kłóciliśmy i byliśmy żądni ekstremalnych przeżyć, a aktorzy dzielnie znosili okrutne i niekończące się próby choreograficzne.

Z kolei Kasia Borkowska do mnie zadzwoniła i powiedziała, że chciałaby ze mną pracować. – Propozycję mam taką: Wałbrzych – mówię. Na to Kasia: – No trudno, jadę. Wtedy zaczęła się nasza trwająca dziesięć lat przygoda. Kasia robiła scenografie do wszystkich moich spektakli, a Mikołaj do wielu robił choreografię. Myśmy się w Wałbrzychu po prostu w sobie zakochali. Po „Czyż nie dobija się koni?” wyjechaliśmy razem robić „Czajkę” w Jeleniej Górze.

Wyjechaliście i już do Wałbrzycha nigdy nie wróciłaś.
Porwało mnie życie, kolejne spektakle: „Makbet” w Opolu, „Woyzeck” w Kaliszu, „Sen nocy letniej” w Krakowie, „Fedra” w Warszawie. Nie było czasu, nie było jak. Po latach zadzwonił do mnie z propozycją Sebastian Majewski, ale czułam, że nie mogę wrócić do Wałbrzycha, bo też ten teatr jest gdzieś indziej. To był czas Strzępki i Demirskiego, robił już Krzysiek Garbaczewski. Pomyślałam, że Teatr Dramatyczny w Wałbrzychu jest miejscem inicjacyjnym i takim powinien pozostać, że nie jest po to, by w nim trwać, ale by zaczynać, przeżywać coś mocnego i zostawiać dla kolejnych. Niech ludzie mają tam mocne początki.

Ty miałaś tam z pewnością mocny drugi początek.
Kiedy prowadziłam zajęcia na krakowskiej PWST, mój ówczesny student Paweł Świątek powiedział: – Jako dziecko, widziałem twoje spektakle w Wałbrzychu. Jako dziecko! Rozumiesz? On mnie tym dzieckiem zabił, bo uświadomił mi, ile już lat upłynęło. Wałbrzych to dzisiaj dla mnie stary film. Stary, ale dobry.

CZYTAJ TAKŻE:
Widelcem w oko / rozmowa z Mają Kleczewską
Tu nie Europa! Tu jest Polska! / rozmowa z Mają Kleczewską i Łukaszem Chotkowskim

____

Maja Kleczewska (ur. 1973) jest jedną z najważniejszych, najgłośniejszych i najbardziej kontrowersyjnych polskich reżyserek teatralnych. Ukończyła psychologię na UW i reżyserię dramatu w PWST im. Ludwika Solskiego w Krakowie. Zadebiutowała w 2000 i od tego czasu wyreżyserowała w Polsce i za granicą 30 spektakli wzbudzających skrajne opinie krytyki i widzów. Uważa się ją za specjalistkę od Elfriede Jelinek, której teksty wystawiała niejednokrotnie. Jest laureatką wielu nagród, m.in. dwukrotnie Lauru Konrada i Paszportu „Polityki”. Niedawno wystawiła „Czekając na barbarzyńców” („Warten auf die Barbaren”) według Johna Coetzeego w Deutsches Schauspielhaus w Hamburgu (premiera 22 stycznia 2016 r.), a obecnie pracuje nad operą „Głos ludzki” Francisa Poulenca z librettem Jeana Cocteau, której premiera będzie 16 kwietnia w Teatrze Wielkim w Warszawie.

_____

Rozmowa powstała na zamówienie Teatru Dramatycznego im. Jerzego Szaniawskiego w Wałbrzychu do publikacji „Szaniawski. Monografia Teatru Dramatycznego 1964-2015” pod redakcją Doroty Kowalkowskiej, wydanej przez Teatr Dramatyczny im. Jerzego Szaniawskiego w Wałbrzychu przy finansowym wsparciu Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

_____

Fot. Magda Hueckel

Zwykły wpis