ROZMOWA

Teatr na haju

Aktorką zdecydowałam się zostać w wieku czternastu lat i postanowienia, jak widzisz, dotrzymałam. Ewelina Żak

W końcu w Warszawie.
– Historia zatoczyła koło, ale walizki jeszcze nie schowałam. Zobacz, torbę też mam zawsze dużą. Na wszelki wypadek.

Ciągle gotowa do wyruszenia w drogę?
– Jakoś tak dziwnie iść do teatru tylko z torbą, bo zawsze ciągnęłam za sobą walizkę. Kiedy jeszcze mieszkałam w Warszawie, śmiałam się, że pracuję w Buenos Aires, bo lot do Buenos trwał tyle, ile jazda do Wałbrzycha.

Który ci w szkole teatralnej nawet do głowy nie przyszedł.
– Nie wyobrażałam sobie wyjechania poza Warszawę, bo wydawało mi się to czymś wręcz uwłaczającym. Warszawa była oczywistością. Tym bardziej, że w szkole miałam cały czas świetne samopoczucie i opinię osoby, która dobrze się zapowiada. Oczywiście nie wiedziałam jaki chcę robić teatr, gdzie chcę iść i kim być, ale jakoś to przecież będzie, bo jestem zdolna.

Zdolna i bez etatu.
– Trzy osoby z mojego roku wzięła do Teatru Współczesnego Agnieszka Glińska. Reszta się rozjechała, a ja zostałam z tym dobrym samopoczuciem na swój własny temat, które zaczęło coraz szybciej znikać. Brałam udział w paru przypadkowych rzeczach tylko po to, żeby utrzymać się na powierzchni, ale i tak się zapadałam w sobie. Byłam coraz bardziej zawiedziona, sfrustrowana, popadałam w coraz większą depresję i nienawidziłam całego świata, który wydał mi się wyjątkowo niesprawiedliwy. Gdyby nie mój syn, dla którego musiałam przecież wstawać co rano, który mobilizował mnie do życia, nie wiem jak to by się skończyło.

Próbowałaś poza teatrem?
– Pewnie, zaczęłam chodzić na castingi do filmów i seriali, ale szybko się okazało, że to nie jest towar, który się szybko sprzeda.

Dlaczego?
– Bo nie jestem wielkiej urody blondynką. Pamiętam, jak mi nawet kiedyś miłe panie doradzały, żebym coś zrobiła z worami pod oczami, bo w kamerze wyglądają na jeszcze większe niż są w rzeczywistości. Pozaliczałam wtedy wszystkie serialowe epizody pielęgniarek i sekretarek. Albo taka historia: casting do filmu i reżyserka mówi, że widzi mnie w roli, a po trzech godzinach przychodzi z informacją, że może mi jedynie zaproponować statystowanie. Po jednej stronie stoją aktorki, a po drugiej statyści – w tym ja. Takich strzałów w serce dostałam dużo.

Nie chciałaś wtedy po prostu zmienić zawodu?
– Nigdy. Czytałam sobie „Labirynt” i „Utopię” Krystiana Lupy, i modliłam się o spotkanie z kimś tak dla teatru ważnym. Czytałam też magazyny teatralne, bo chciałam wiedzieć, co się dzieje. Nie mogłam się dostać do teatru, ale mogłam o nim czytać. W końcu, kiedy Władek miał jakieś pięć lat, postanowiłam ponownie zawalczyć o teatr, ale już bez poczucia krzywdy. Zobaczyłam w internecie trailer „Elektry”, którą Natalia Korczakowska robiła w Jeleniej Górze i przypomniało mi się, że spotykałyśmy się nieraz na korytarzach Akademii Teatralnej. Zadzwoniłam do niej i usłyszałam, że za dwie godziny ma pociąg do Jeleniej, więc może się spotkać na Centralnym. Był z nią wtedy Tomek Śpiewak, który robił w „Elektrze” dramaturgię, a ja – zupełnie nieświadoma, że biorę udział w castingu do jej kolejnego spektaklu, czyli „Nelly” na podstawie „Skrzywdzonych i poniżonych” Dostojewskiego – opowiadałam jakieś głupoty o tym, że wróciłam właśnie z Ciechocinka. Mniej więcej pół godziny po naszej rozmowie Natalia zadzwoniła z pytaniem, czy chcę pojechać do Wałbrzycha. Odpowiedziałam: „Jasne!”, po czym zaczęłam szybko sprawdzać na mapie, gdzie ten Wałbrzych jest.

Daleko.
– To też pokazywała mapa, ale pomyślałam, że na rolę mogę przecież pojechać. I pojechałam. Na siedem lat.

Tam, na końcu świata, artystycznie wręcz bulgotało, a ty zagrałaś w spektaklach czołowych dzisiaj reżyserów: od Krzysztofa Garbaczewskiego przez Radka Rychcika czy Wiktora Rubina do Michała Borczucha.
– Na początku myślałam, że zwariuję, że nie nadążę, bo każda kolejna praca wydawała się ciekawsza od poprzedniej. Oczywiście szybko zrozumiałam, że muszę wyrzucić wszystko, czego nauczyłam się w Akademii Teatralnej. Pamiętam jak Natalia mówiła: „Zapomnij, że to się tak gra, że trzeba to cierpienie tak od kulisy do kulisy nosić”. A do Wałbrzycha przyjeżdżali nie tylko świetni reżyserzy, ale także ich szalone ekipy z gościnnymi aktorami włącznie. Michał Borczuch przywiózł Krzyśka Zarzeckiego, Krzysiek Garbaczewski – Pawła Smagałę. Co to były za próby! Myśmy spędzali razem noce i dnie. Taksówkę zamawiało się wiadomo po co. Jak ktoś pytał: „Zamówić taxi?”, odpowiedź brzmiała: „No, raczej!” albo „Nie, dzisiaj nie piję”. Darek Maj łapał się za głowę i krzyczał: „Ludzie, czy wam odbiło?! O co wam chodzi z tym etatem tutaj?!”. A myśmy nie chcieli stamtąd wychodzić. Byliśmy głodni pracy i nowych artystycznych doświadczeń. Z Wałbrzychem było jak z zakochaniem, kiedy czujesz motyle w brzuchu, wszystko ci się podoba i zapominasz zjeść. Teatr na haju!

Wyczuwam euforię w twoim głosie nawet dzisiaj.
– Bo to było naprawdę coś! Stąd ta euforia i przekonanie, że Teatr Dramatyczny w Wałbrzychu ukształtował mnie jako aktorkę.

Krążymy tak między Warszawą i Wałbrzychem, a ja cię nie zapytałem, skąd ty właściwie jesteś?
– Z niewielkich Żor koło Katowic, które obrosły w epoce gierkowskiej blokami zamieszkanymi przez przyjezdnych pracujących w okolicznych kopalniach. Byli wśród nich także moi rodzice. Tato na kopalni, mama – w domu. A my, dzieciaki, spędzaliśmy czas na podwórku albo w szkole, która ze względu na wyż demograficzny miała klasy od „a” do „h”.

I gdzie w tym wszystkim teatr?
– Aktorką zdecydowałam się zostać w wieku czternastu lat i postanowienia, jak widzisz, dotrzymałam. Najpierw było kółko teatralne założone przez naszą polonistę, a potem grupa teatralna „Węzeł”. Stworzyłyśmy ją razem z koleżankami, nauczyłyśmy się na pamięć „Scenariusza dla trzech aktorów” Schaeffera i grałyśmy go gdzie się dało. Potem zapisałam się do studium aktorskiego Doroty Pomykały w Katowicach, które poleciła mi nieco starsza koleżanka z Żor Sonia Bohosiewicz. To była bardzo dobra rekomendacja. Chodziłam tam na zajęcia, na które zarabiałam sprzedając szaszłyki przy trasie E75. Po studium zdawałam do szkół teatralnych w Krakowie i Warszawie. W Krakowie usłyszałam, że jestem nieplastyczna i niesceniczna, a w Warszawie dostałam na egzaminie brawa.

Studiowałaś na roku, który przyćmił Borys Szyc.
– Borys, aktor bez wątpienia charyzmatyczny, od początku był bardzo ekspansywny. Właściwie od początku studiów wiedział, że chce być gwiazdą. Czuliśmy to wszyscy. Jego ego było tak wielkie, że nie starczyło już przestrzeni na budowanie innych relacji. Nie zaprzyjaźniliśmy się z kolegami i koleżankami z roku.

Jakieś ważne spotkania z pedagogami?
– Największe wrażenie zrobiła na mnie Maja Komorowska. Samo jej słuchanie i obserwowanie było bardzo ciekawe, a spotkanie z nią niełatwe, bo Maja Komorowska to wymagający pedagog. Fajne były też zajęcia z Agnieszką Glińską, z którą później zrobiliśmy dyplom.

I za rolę Marii Grekow w „Płatonowie” Czechowa dostałaś na Festiwalu Szkół Teatralnych w Łodzi wyróżnienie.
– Kupiłam sobie za nie super buty, jednak one – co już ustaliliśmy – nigdzie mnie wtedy nie zaniosły.

Ale zagrałaś jeszcze potem w dwóch spektaklach Glińskiej, w Ateneum i w Dramatycznym.
– To były angaże na ratunek, bo Agnieszka próbowała mi jakoś pomóc, także prywatnie. Kiedy spodziewałam się dziecka, dostałam od niej pełną wyprawkę – wspaniały gest. A w szkole jako jedyna mówiła nam, że będziemy mieli przejebane. No, ja miałam na pewno.

Po kilku latach wróciłaś triumfalnie do stolicy, kiedy na Warszawskich Spotkaniach Teatralnych Maciej Nowak zaordynował nam Wałbrzych Fest.
– Nie wiem, czy tak triumfalnie. Pamiętasz, co o nas mówiła Warszawa?

Oczywiście, i pamiętam też, jak Sebastian Majewski, ówczesny dyrektor artystyczny Teatru Dramatycznego w Wałbrzychu, mówił mi o stołecznej widowni, która przyszła oglądać wasze głośne spektakle ze skwaszonymi minami.
– Jacek Wakar napisał wtedy o nas tekst pod tytułem „Wałbrzych: nic”.

Pisał w nim, że „Warszawskie Spotkania Teatralne bezceremonialnie obaliły mit o potędze wałbrzyskiego teatru”.
– To było coś okropnego, zwyczajna pogarda wobec naszej pracy.

Psy szczekały, a karawana jechała dalej.
– Jechała, ku naszej radości, dobrych parę sezonów, ale w końcu zwolniła, bo wysiadł z niej Sebastian Majewski, który powiedział uczciwie, że albo on odejdzie, albo będzie musiało odejść paru aktorów, gdyż teatr potrzebuje zmiany. Miał rację. My też jej potrzebowaliśmy, chcieliśmy iść dalej. Agnieszka Kwietniewska z Andrzejem Kłakiem przenieśli się na przykład do Teatru Polskiego we Wrocławiu.

Ty nie chciałaś?
– Bardzo chciałam, szczególnie kiedy za dyrekcji Piotra Ratajczaka zaczęliśmy skręcać w kierunku, który mnie nie interesował i nie dawał satysfakcji. Myślę, że Piotrek nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo Wałbrzych jest wymagający, że nie można tam być jedną nogą. Wtedy zaczęły się moje rozmowy z Krzysztofem Mieszkowskim o przejściu do Wrocławia, co nie było wcale proste, bo silnych kobiet w tamtejszym zespole nie brakowało.

Ale rok temu już się witałaś z gąską.
– Byłam blisko, bo dostałam rolę w „Procesie” Krystiana Lupy – absolutne spełnienie marzeń.

A w Wałbrzychu były role-marzenia?
– Najbardziej cenię sobie Kurtynę w „Opętanych” Krzyśka Garbaczewskiego i Gerdę w „Królowej Śniegu” Michała Borczucha. Gerda kosztowała mnie najwięcej, była najbardziej wymagająca. Lubiłam też grać w „Łysku z pokładu Idy” Radka Rychcika.

Jakieś niepowodzenia?
– Niezbyt dobrze pracowało mi się z Pawłem Świątkiem przy „Znikających szkołach”. Nie wspominam też z entuzjazmem „W Pustyni i w puszczy” Bartka Frąckowiaka. Nie czułam tych spektakli, ale to też chyba nic nadzwyczajnego.            

Zrezygnowałaś kiedyś roli?
– Nie, mogłabym to zrobić tylko wtedy, gdybym czuła, że jestem traktowana jak narzędzie, a nie partnerka w pracy. Dotychczas miałam szczęście do reżyserów otwartych w mniejszym lub większym stopniu na współtworzenie.

Po rezygnacji z Wałbrzycha weszłaś we wspomniane próby do „Procesu” Lupy we wrocławskim Teatrze Polskim i zagrałaś gościnnie w „Weselu” Rychcika w Teatrze Śląskim w Katowicach oraz we „Wszystko o mojej matce” Borczucha w Łaźni Nowej w Krakowie. Całkiem niezły rok.
– Też tak nawet pomyślałem, ale szczęście nie mogło trwać zbyt długo. Nad Teatr Polski nadciągała katastrofa w postaci Cezarego Morawskiego. Objęcie przez niego funkcji dyrektora pogrzebało najpierw „Proces”, a potem cały teatr. Katowickie „Wesele” przyjęto chłodno, więc z wielkich radości zostało mi „Wszytko o mojej matce”. I nie mówię tu tylko o finalnym efekcie, ale także wspaniałej pracy z Michałem. Takiego cudownego grzebania się i gubienia nie miałam od czasu Gerdy. I do tego ta ekipa: diabelska Halina Rasiakówna, tonująca wszystko Monika Niemczyk, szalona Dominika Biernat i Krzysiek Zarzecki, który wyrywał sobie włosy z głowy i raz się zachwycał, a raz krzyczał, bo nienawidził nas za to, że gramy jego matkę. Podziwiam Tomka Śpiewaka, piszącego przez wszystkie próby tekst, że nie zwariował.

Wyszło z tej pracy piękne przedstawienie.
– Dotarło to do mnie dopiero, kiedy po spektaklach ludzie zaczęli nie tylko gratulować, ale także mówić dlaczego ten spektakl jest dla nich ważny. Z przedstawieniami Michała nigdy nie wiesz wychodząc do braw czy to hit, czy to kit.

Z Borczuchem spotkałaś się ponownie w warszawskim Studio podczas czytania scenariusza „Powolnego ciemnienia malowideł” Grzegorzewskiego, bo to jest teraz twój nowy teatralny dom.
– Kiedy Natalia Korczakowska zaproponowała mi dołączenie do zespołu, właściwie ją zbyłam, bo planowałam przecież swoje życie we Wrocławiu. Poza tym w Studio też było niewesoło, teatr rozdzierał dyrektorski konflikt. Ale wobec nadchodzącego zniszczenia Polskiego i przekonującej koncepcji artystycznej Natalii, zdecydowałam się na powrót po latach do Warszawy.

Jak wyglądało twoje wejście do Studia?
– Dobrze, bo ja się nie nadaję na żadne wojenki, one mnie wykańczają. Chciałam po prostu z tą częścią zespołu, która została i nami, którzyśmy przyszli z różnych teatrów, stworzyć nową ekipę z dobrą energią, choć to oczywiście nie było proste, bo jedni ludzie są poranieni, a inni muszą się odnaleźć w nowej rzeczywistości. Ale myślę, że naprawdę świetna praca nad „Berlin Alexanderplatz” dała nam dużego kopa. Dobrze jest w końcu usłyszeć: „Ale mamy fajną ekipę!”. I to jest prawda. Mam nadzieję, że uda nam się nadal budować wspólnotę, a nie tylko myśleć o tym, czy będzie hicior, czy nie będzie.

Tymczasem przed nami kolejna premiera z twoim udziałem, czyli „Dziewczynki” Weroniki Murek w reżyserii Gosi Wdowik.
– Praca nad tym przedstawieniem jest dziwnym doświadczeniem i zarazem ciekawym. Szczególnie dla biorących udział w spektaklu dziewczynek, którym chyba nigdy w życiu nie poświęcono tyle uwagi. Ja na razie daję się Gosi prowadzić, pozwalam sobie nie wiedzieć i wracam intensywnie do czasów, kiedy sama byłam mała i formatowano mnie kulturowo do roli, jaką dziewczynka powinna grać.

__________

Ewelina Żak urodziła się w 1977 roku w Żorach na Górnym Śląsku. W roku 2001 skończyła Wydział Aktorski Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie i przez siedem lat zagrała kilka gościnnych ról w stołecznych teatrach repertuarowych i niezależnych. W 2008 roku dołączyła do zespołu Teatru Dramatycznego im. Jerzego Szaniawskiego w Wałbrzychu, gdzie przez kolejnych siedem lat zagrała blisko dwadzieścia ról w często głośnych i nagradzanych spektaklach najlepszych polskich reżyserów młodego pokolenia. Po odejściu z Wałbrzycha była w próbach do „Procesu” Franza Kafki w reżyserii Krystiana Lupy w Teatrze Polskim we Wrocławiu, które zostały przerwane po zmianie tamtejszej dyrekcji. W 2016 roku wystąpiła gościnnie w „Weselu” w reżyserii Radka Rychcika w Teatrze Śląskim w Katowicach i „Wszystko o mojej matce” w reżyserii Michała Borczucha w Łaźni Nowej w Krakowie. Od sezonu 2016/17 jest w zespole STUDIO teatrgalerii w Warszawie, gdzie można ją oglądać w „Berlin Alexanderplatz” Natalii Korczakowskiej i „Wyzwoleniu” Krzysztofa Garbaczewskiego. Obecnie jest w próbach do „Dziewczynek” Weroniki Murek w reżyserii Gosi Wdowik (premiera: 20 kwietnia).

CZYTAJ TAKŻE
Jak zostałem gejem | rozmowa z Krystianem Durmanem
Oskara już mam | rozmowa z Bartoszem Porczykiem
Ciągle dojrzewam | rozmowa z Julianem Świeżewskim
Dziwna jesteś, ale chodź | rozmowa z Justyną Wasilewską
Pani nie ma warunków | rozmowa z Małgorzatą Gorol
Jestem błędem w systemie | rozmowa z Robertem Wasiewiczem
Genu nie wydłubiesz | rozmowa z Bartoszem Gelnerem
Niezdecydowany gość | rozmowa z Dawidem Ogrodnikiem

Foto: Krzysztof Bieliński, Bartłomiej Sowa, Katarzyna Chmura-Cegiełkowska, Klaudyna Schubert

Zwykły wpis
KOMENTARZ

Perła rzucona przed wieprze

tp_1

Krzysztof Mieszkowski jest krnąbrny i bezczelny. Nie ma w sobie za grosz pokory, nie para się dyplomacją. Często jest irytującym chwalipiętą. Bardzo nie lubi przymilać się do urzędników i polityków (dzisiaj sam jest posłem). To generalnie typ, który by znakomicie funkcjonował w Stanach Zjednoczonych, gdzie szczególnie się ceni ludzi odnoszących spektakularne sukcesy i mających dużą siłę przebicia. W Polsce takich się przede wszystkim nienawidzi, w świecie teatralnym wzbudzają głównie zawiść – szczególnie kiedy się zaczyna mówić i pisać o ich teatrze „najlepsza polska scena” albo „wrocławski teatr narodowy”. Bo taki mniej więcej status osiągnął w ostatnich latach Teatr Polski we Wrocławiu, status teatru narodowego – wielkiej sceny wielkich artystów wystawiających wielkie inscenizacje na wielkie tematy. To dzisiaj teatr publiczny przez wielkie „P”, chluba już nie tylko Wrocławia czy Dolnego Śląska, ale kraju. To teatr podziwiany od Paryża do Pekinu, gdzie gra spektakle kończące się owacjami na stojąco. Teatr krnąbrny i bezczelny jak jego dyrektor.

Wielkie sukcesy Polskiego nie miały jednak nigdy żadnego znaczenia dla Dolnośląskiego Urzędu Marszałkowskiego, który przy wsparciu Ministerstwa Kultury prowadzi tę scenę. Instytucja będąca artystyczną wizytówką Europejskiej Stolicy Kultury (sic!) cierpi od niepamiętnych czasów na chroniczne niedofinansowanie. Budżet Polskiego wystarcza właściwie na opłacenie kosztów stałych związanych z utrzymaniem budynku i zatrudnionych w nim ludzi na głodowych pensjach. Na działalność artystyczną zostają śmieszne pieniądze. Mieszkowski prowadził niekończącą się batalię o zwiększenie budżetu, ale zawsze słyszał od urzędników zarówno wojewódzkich, jak i centralnych, że nic więcej nie dadzą. Produkował więc kolejne spektakle (to statutowa powinność każdej publicznej sceny), zadłużając Polski i doprowadzając do szału panującą w nim finansową niesubordynacją oraz artystyczną wolnością spięte polityczne dupy wszelkiej maści. Teatr Polski próbowali zniszczyć politycy Platformy Obywatelskiej (partia kulturalnych szkodników), Sojuszu Lewicy Demokratycznej (jaki kraj, taka lewica), Polskiego Stronnictwa Ludowego (wieś tańczy, wieś śpiewa) oraz Prawa i Sprawiedliwości (Sieg Heil!), bo tak naprawdę różnice między nimi są niewielkie. Polityków wszystkich tych partii łączy kompletny brak wiedzy o kulturze, filozofia prowadzenia kulturalnych instytucji polegająca na obsadzaniu dyrektorskich foteli kolegami gwarantującymi mierną politykę repertuarową świętego spokoju oraz cierpienie na dolegliwość, którą w Międzynarodowej Klasyfikacji Chorób oznacza jest symbolem F70 czyli debilizm.

Najbardziej spektakularną egzemplifikacją tego schorzenia jest ostatnimi czasy minister kultury Piotr Gliński, chodzące kuriozum jakiego żadna partia polityczna nigdy nie wprowadziła do Pałacu Potockich. Ten nierozumiejący kompletnie zasad funkcjonowania kultury aparatczyk o sowieckiej mentalności jest nie tylko niekompetentnym urzędnikiem i publicznym pośmiewiskiem, ale także zwyczajnie mściwym człowiekiem. Od czasu swojej pierwszej głośnej autokompromitacji, kiedy domagał się ocenzurowania spektaklu „Śmierć i dziewczyna” w reżyserii Eweliny Marciniak, nienawidzi Krzysztofa Mieszkowskiego do szpiku. Gdyby marszałek Dolnego Śląska chciał na jego miejsce wprowadzić do gabinetu dyrektorskiego Teatru Polskiego konia (choć nawet konie w Janowie Podlaskim zaczęły zdychać za czasów „dobrej zmiany”), Gliński natychmiast wydałby na to zgodę. Dlatego zupełnie nie dziwi, że marszałek z ministrem ukartował zainstalowanie we Wrocławiu niejakiego Cezarego Morawskiego. Ów mierny serialowy aktorzyna, uznany przez sąd za winnego niegospodarności w Związku Artystów Scen Polskich, ma zagwarantować jeszcze lepszy poziom artystyczny teatru i wyprowadzić go z kłopotów finansowych. Nazwanie tego kpiną to mało.

Ale nie chcę w gruncie rzeczy pisać ani o żenujących dolnośląskich politykach, ani o haniebnym ministrze kultury, ani nawet o nieposiadającym za grosz honoru Morawskim. Chcę napisać o zespole Teatru Polskiego we Wrocławiu, bo to przecież dla niego wlekliśmy się godzinami – jeszcze przed nastaniem pendolino – do Wrocławia. Ciągnęliśmy nie tylko z Warszawy (a kapryśną i wygodnicką ludność stołeczną trudno wyciągnąć z miasta), ale także z Krakowa, Trójmiasta, Katowic czy Poznania. Od lat niemal każda premiera w Polskim jest obowiązkowym punktem w kalendarzu teatromanów. To teatr, w którym nie można nic przegapić i choć nie wszystko oczywiście było tam zawsze udane, jednego nikt nam nie mógł zabrać – przyjemności oglądania wspaniałych aktorek i aktorów, którzy nie tylko stworzyli na scenach Polskiego fenomenalne kreacje, ale pokazali, co to znaczy siła zespołu – fundamentu polskiego teatru publicznego.

O aktorkach i aktorach Teatru Polskiego we Wrocławiu mówi się czasem „żołnierze” albo „wojownicy”, bo są odważni i gotowi na wszystko, ciągle trenują, wygrywają bitwę za bitwą, zamiast ślepaków używają ostrej amunicji, znają tajemne sztuki walki i są skuteczni w najtrudniejszych warunkach polowych. To artyści, którzy teatr stawiają zawsze na pierwszym miejscu. Kiedy rozmawiam ze studentami i studentkami szkół teatralnych, na pytanie o wymarzoną scenę zawsze słyszę ten sam zestaw: TR i Nowy w Warszawie, Stary w Krakowie i Polski we Wrocławiu. To crème de la crème naszego teatru, najsmakowitsze artystyczne konfitury. Polski pracował bez wytchnienia, żeby się znaleźć na tej półce i stanął na niej dzięki znakomitym artystom, którzy stworzyli w nim niezapomniane spektakle i wielkie role. Ostatecznym dowodem na imperialne ambicje i znaczenie tej wrocławskiej sceny było wystawienie w całości „Dziadów” Adama Mickiewicza. Tym bezprecedensowym w dziejach polskiego teatru wydarzeniem Polski udowodnił, że nie ma dla niego rzeczy niemożliwych.

Nie jestem w stanie wyliczyć wszystkich artystycznych rozkoszy przeżytych w ostatnich latach w Teatrze Polskim we Wrocławiu. Kiedy zamykam oczy, widzę niezapomniane sceny z „Tęczowej trybuny” Moniki Strzępki: Jolantę Zalewską w roli kąsanej przez komary Pani Prezydent albo Marcina Pempusia pojawiającego się w koszmarnym śnie urzędnika jako wielka tarantula. Widzę Adama Szczyszczaja i Michała Opalińskiego w „Wycince” Krystiana Lupy, którzy knują w kiblu jak zrobić karierę. Widzę Wojciecha Ziemiańskiego, który w tej samej „Wycince” wyciąga z buzi własną szczękę. Widzę rozmazany tusz do rzęs na zapłakanej twarzy Courtney Love wspaniale granej przez Katarzynę Strączek. Widzę Halinę Rasiakównę odpalającą w „Kliniken” Łukasza Twarkowskiego papierosa za papierosem. Widzę trzymających się za ręce Mirandę i Ferdynanda granych w „Burzy” Krzysztofa Garbaczewskiego przez Małgorzatę Gorol i Andrzeja Kłaka. Pamiętam jak dzisiaj poruszający monolog Adama Cywki w „Kronosie” Garbaczewskiego i Bartosza Porczyka w roli Gustawa w „Dziadach” Michała Zadary. To pierwsze z brzegu obrazy, które przychodzą mi do głowy, bo niepodobna wymienić wszystkie. Ileż emocji dostarczyli nam Anna Ilczuk i Marta Zięba, Michał Mrozek i Mariusz Kilian, Sylwia Boroń i Agnieszka Kwietniewska… Trudno to wyliczyć. Tak, jak trudno przyjąć do wiadomości próbę morderstwa z premedytacją, której w biały dzień dokonują właśnie na Polskim władze Dolnego Śląska z cichym wsparciem Glińskiego.

Zniszczenie instytucji kultury, a szczególnie teatru jest najprostszą rzeczą na świecie. Byliśmy tego świadkami po wielokroć. Piekielnie trudne i czasochłonne jest natomiast zbudowanie prawdziwego zespołu, najlepszej artystycznej jakości i prestiżu. To wszystko udało się Krzysztofowi Mieszkowskiemu, jego aktorom i aktorkom oraz reszcie ekipy Polskiego. Jeśli jest jakiś powód, dla którego Wrocław szczególnie zasługiwał na tytuł Europejskiej Stolicy Kultury, był nim właśnie Teatr Polski we Wrocławiu – perła w koronie dolnośląskiej kultury rzucona przed polityczne wieprze.

Zwykły wpis
ROZMOWA

Dobra robota

11705364_10153552303637074_2555536046085825058_n

Najważniejsze było to, że mieliśmy przyzwolenie na porażki, z których nikt nas nie rozliczał. Mogliśmy ryzykować i przypominać ludziom, że teatr nie jest tylko dla rozrywki. Z Sebastianem Majewskim rozmawia Mike Urbaniak

Pierwszy raz w Wałbrzychu.
– Jeszcze w latach osiemdziesiątych. Wałbrzych, jako górnicze miasto, miał dobrze zaopatrzone sklepy oraz zakłady Pol-Sport, produkujące „polskie adidasy” zwane „wałbrzychami”. Przyjeżdżałem po nie z mamą pociągiem z Wrocławia. Wałbrzych mijaliśmy też często jadąc z Wrocławia do Jeleniej Góry. Na stacji Szczawienko zamykaliśmy okna, by uchronić się przed wszechobecnym smogiem. Otwieraliśmy je ponownie na stacji Wałbrzych Główny.

Pierwszy raz w teatrze w Wałbrzychu.
– W 1996 rok i to w sprawie własnego debiutu. Zaczynałem wówczas w Teatrze Wierszalin w Supraślu pracę nad spektaklem „Prawiek i inne czasy” Olgi Tokarczuk i Piotr Tomaszuk wpadł na pomysł, żeby, skoro Olga jest z Wałbrzycha, poprosić o wsparcie finansowe jej miasto. Pojechaliśmy więc z jednego końca Polski na drugi by zdobyć fundusze. Miasto zgodziło się nas wesprzeć, ale postawiło warunek, że premiera musi się odbyć w Wałbrzychu, to poszliśmy z Olgą na spotkanie z ówczesnym dyrektorem teatru Wowo Bielickim. Teatr wywarł na nas przygnębiające wrażenie. Był zapyziały i ponury, a w gabinecie dyrektora panował taki bałagan, że Oldze przykleiła się do ubrania jakaś kartka z gumą do żucia. Odklejaliśmy ją potem od Olgi na korytarzu.

Pierwszy raz jako widz w Wałbrzychu.
– „Rewizor” Jana Klaty. Byłem na nim jako widz, ale też autor programu do spektaklu. Wtedy poznałem nowego dyrektora Piotra Kruszczyńskiego i pamiętam, że poczułem po raz pierwszy w tym teatrze jakąś inną, tworzącą się właśnie wspólnotę. Ludzie w Polsce zaczynali się wtedy dowiadywać, że jest taki Wałbrzych i coś ciekawego tam się kroi.

Wracałeś potem do Wałbrzycha?
– Tak, bo zacząłem robić programy do kolejnych spektakli i oglądać to, co tam powstawało. Wkrótce Piotr zaproponował mi najpierw pracę w dziale promocji na pół etatu (musiałem z niej zrezygnować, bo moja Scena Witkacego.wro dostała pierwszy grant na działalność), a potem prowadzenie spotkań na Fanaberiach Teatralnych. Pojawiałem się więc w Wałbrzychu stosunkowo często.

Miękkie wchodzenie w teatr.
– Nie do końca, bo wiesz, ja jednak nie zakładałem, że tam będę pracował, a już na pewno, że zostanę dyrektorem. Jeździłem do Wałbrzycha, bo to było ciekawe miejsce. Poznawałem miasto oraz pomysł Piotra i Danuty Marosz na ich teatr mówiący o ważnych sprawach przez problemy lokalnej społeczności.

W końcu, mimo, że o tym nie myślałeś, dostałeś propozycję zostania dyrektorem artystycznym teatru.
– Z jednej strony bardzo mnie to ucieszyło, bo pracowałem już ósmy rok w Centrum Kształcenia Animatorów Kultury i Bibliotekarzy we Wrocławiu i potrzebowałem zmiany. Z drugiej strony czułem odpowiedzialność, bo brałem teatr, który już coś znaczył. Oczekiwania były duże, zespół był zauważony i nagrodzony. Spore wyzwanie.

Przejęcie przez ciebie kierownictwa w 2008 roku zapoczątkowało trwającą do dziś tradycję płynnego przekazywania Teatru Dramatycznego w Wałbrzychu z jednych artystycznych rąk do drugich.
– Zostałem zatrudniony w lutym. Sezon trwał, spektakle były zaplanowane. Nie musiałem więc wymyślać nagle programu, mogłem wdrożyć się w teatr. Zresztą dość szybko, bo Piotr zaczął się wycofywać, zostawiając decyzje artystyczne mnie, a ja zacząłem myśleć o kolejnym sezonie, który nazwałem „Kierunek 074”. Pierwszą przeprowadzoną przez mnie od początku do końca premierą była „Nelly” w reżyserii Natalii Korczakowskiej.

Jak cię przyjął zespół?
– To było trudne przyjęcie. Zespół dość długo starał się zrozumieć mój pomysł na teatr, który był przecież inny od pomysłu Piotra. Pamiętam dużo nieufności, która jest zresztą dość naturalna przy okazji zmiany dyrekcji w każdym teatrze, a która w Wałbrzychu trwała prawie cały sezon. Mierzyliśmy się, sprawdzaliśmy kto i gdzie ma zamiar ustąpić. Wejściu w zespół pomogło mi na pewno wprowadzenie kilku nowych aktorów: Agnieszki Kwietniewskiej, Eweliny Żak, Gośki Białek, Andrzeja Kłaka i Daniela Chryca. Kiedy z dyrektorem przychodzi część zespołu, układ sił się zmienia.

Jak na Wałbrzych to była duża część. Dlaczego wziąłeś tę piątkę?
– O Agnieszce Kwietniewskiej powiedział mi Piotrek Kruszczyński, ale sam już nie miał kiedy się z nią spotkać. Kiedy poznałem Kwiecię, od razu kliknęło między nami i wiedziałam, że ją chcę. Ona miała wtedy skomplikowaną historię teatralną, a ja uważam, że jak aktor nie przejdzie pokręconej drogi, to często kończy na czymś powierzchownym. Ewelinę Żak chciała Natalia Korczakowska, mnie też uwiodła. Daniel Chryc pracował wtedy w Płocku, z którego chciał odejść. Odszedł do nas. A Gośkę i Andrzeja wziąłem, bo znałem ich jeszcze ze szkoły teatralnej, prowadziłem z nimi warsztaty. I kiedy Natalia szukała młodej dziewczyny do „Nelly”, przypomniała mi się Gośka, a że była wtedy z Andrzejem – wziąłem ich w pakiecie. Na całe szczęście.

Przyjechałeś do Wałbrzycha z gotowym pomysłem czy on się rodził na miejscu?
– Nie miałem gotowego pomysłu, ale wiedziałem, że chcę opowiadać o Wałbrzychu inaczej niż Piotrek. Spektakle za jego dyrekcji mówiły o mieście w kontekście społeczno-politycznym, a ja miałem poczucie, że ludzie są tym już zmęczeni, że wszystko, co miało być powiedziane, zostało powiedziane, że widzowie nie mają ochoty na epatowanie ich nieustannie biedą i marazmem, upadłymi kopalniami i ogólną beznadzieją. Chciałem pójść w inną stronę.

W stronę afirmacji.
– Bo Wałbrzych wydał mi się po prostu ciekawy. Pomyślałem, że dobrze byłoby pokazać, że to fajne miasto. Bo tak naprawdę myślałem i tak chcieli go widzieć widzowie. W Starej Kopalni była słynna łaźnia łańcuszkowa. Ktokolwiek z zewnątrz przyjeżdżał do Wałbrzycha, zachwycał się nią i chciał tam robić spektakl. Wałbrzyszanie reagowali na to przewracaniem oczu i westchnieniem: „Boże, znowu ta kopalnia!”. Znowu spektakl w tych ciemnościach i pajęczynach. Nie można w ładniejszym miejscu? Mieszkańcy nie chcieli już tego. Chodzili jeszcze na „Diamenty to węgiel, który wziął się do roboty”, bo traktowali ten spektakl jak dobrą farsę, bardzo ich śmieszył. Ale potem był już koniec. Chciałem zmienić temat i trochę się z wałbrzyszanami o coś innego pokłócić.

Ale z wyprowadzania spektakli z teatru nie zrezygnowałeś.
– Nie, bo to akurat było fajne. „Łyska z pokładu Idy” Radka Rychcika zrobiliśmy już nie w łaźni, ale w lampowni Starej Kopalni, a „Królową śniegu” Michała Borczucha w stadninie na Zamku w Książu. To wszystko po to, by udowadniać, że teatr nie jest raz zastaną konwencją, że się zmienia, że nie trzeba do końca życia siedzieć w fotelach z widokiem na tradycyjną scenę. Te miejsca wspaniale zadziałały.

Czy kłócąc się z publicznością, poniosłeś jakieś klęski?
– Były nimi na pewno spektakle Krzysztofa Garbaczewskiego, które bardzo lubiłem, a ludność odrzucała. Były takie wieczory, kiedy mieliśmy więcej aktorów niż widzów. Sukcesem frekwencyjnym nie była wspomniana „Królowa śniegu”. Wałbrzyszanie nie polubili też „Jamesa Bonda” Wiktora Rubina, na którego nie można było ich zaciągnąć nawet przy zastosowaniu najbardziej radykalnych metod marketingowych. Ale jedno było cudowne – mieliśmy przyzwolenie na porażki. Nikt nas z nich nie rozliczał. Mogliśmy ryzykować i przypominać ludziom, że teatr nie jest tylko dla rozrywki.

Jaki wpływ na życie teatru miało coraz większe uznane i sława?
– Zauważenie nas dawało poczucie, że to, co robimy jest ważne. Nagrody i zaproszenia na festiwale posypały się w pewnym momencie dość obficie. Ale czuliśmy też jeżdżąc po Polsce, że jesteśmy jednak z innej ligi albo raczej galaktyki, że nie mieścimy się w wyobrażeniu o publicznym teatrze. Kiedy graliśmy „Niech żyje wojna!!!” na Kontrapunkcie w Szczecinie, przyjęto nas fatalnie. Podobnie było na Festiwalu Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych w Łodzi, gdzie spektakl potraktowano jako coś wulgarnego i strasznie głupiego.

Apogeum waszego sukcesu to XXXI Warszawskie Spotkania Teatralne i Wałbrzych Fest, bezprecedensowe zaproszenie jednego teatru z kilkoma spektaklami. Kiedy wtedy rozmawialiśmy, powiedziałeś, że czujesz protekcjonalny stosunek warszawki.
– Bo czułem go bardzo wyraźnie. Podobnie było na Boskiej Komedii w Krakowie. „No pokaż prowincjonalny teatrzyku, którym tak wielu się podnieca, jaki jesteś wspaniały”. Padliśmy też wtedy ewidentnie ofiarą mody na Wałbrzych, jako ten „egzotyczny” teatr, o którym tak dużo się pisze i mówi. Inaczej traktowano tylko spektakle Moniki Strzępki, resztę oglądano na zasadzie: ale o co chodzi? To, że Wałbrzych stał się tak istotny na teatralnej mapie kraju wynikało z kilku czynników. Spektakle to jedno, ale one nie wystarczają. Wiesz doskonale, że często powstają świetne sztuki, które z jakiegoś powodu przechodzą niezauważone, bo jest tak, że trzeba o nich napisać, wypromować, ucieszyć. Musi się wydarzyć coś, co powoduje, że się o nich mówi. Tak było wtedy z nami, ciągle o nas mówiono.

Czy sukces Wałbrzycha stał się w którymś momencie obciążeniem?
– Może to zabrzmi dziwnie, ale to powiem. Ja się generalnie boję sukcesu, bo sukces mnie przerasta. Jest miły, ale wiadomo, że się skończy. Nie można na nim jechać przez lata. Pamiętam trudną rozmowę o znakomitym spektaklu Bartka Frąckowiaka „W pustyni i w puszczy”, kiedy zdaliśmy sobie sprawę, że on nigdzie nie pojedzie, że może zostać niezauważony. Dlaczego? Skoro jednego roku pokazaliśmy na festiwalach wszystko, co mieliśmy, to wiadomo, że w przyszłym roku zaproszenie może już nie nadejść, bo ile można? Drugą trudną rozmowę odbyłem z aktorami, kiedy zdałem sobie sprawę, że są dwie drogi do nowego otwarcia: albo odchodzę ja i na moje miejsce przychodzi ktoś ze świeżymi pomysłami, albo wymieniam cały zespół i zaczynam z nim nową przygodę. Na całe szczęście mogłem wybrać pierwszą opcję.

I odszedłeś do Starego Teatru w Krakowie.
– To wydarzyło się zupełnie niezależnie. Odszedłbym z Wałbrzycha nawet, gdybym nie miał propozycji od Janka Klaty. W ogóle uważam, że teatrem nie można kierować dłużej niż pięć lat. Teatr potrzebuje nieustającej zmiany i świeżości, nowej energii i nowych pomysłów.

Przekazałeś teatr Piotrowi Ratajczakowi.
– Ten pomysł się wziął z tego, że Piotr pracował w Wałbrzychu dwukrotnie. Wyreżyserował „Bohatera roku” i „Sorry, Winnetou”. Był jednym z nielicznych, którzy mieli inną koncepcję teatru: nieelitarnego, ale dla ludzi. I jeszcze jedno, na jego spektakle przychodziły tłumy.

Dlaczego tak niewiele reżyserowałeś w swoim teatrze?
– Uważałem i zdania nie zmienię, że jako dyrektor jestem po to, by stwarzać warunki pracy dla innych. To jest wystarczająco absorbujące. Poza tym wydawało mi się, że nie muszę reżyserować, skoro mam w teatrze reżyserów o wiele ode mnie lepszych. Bardziej mnie cieszyło pozyskanie dla nas kolejnego ciekawego nazwiska, niż włażenie na scenę samemu.

Odszedłeś z Wałbrzycha z poczuciem sukcesu?
– Nie, odszedłem z poczuciem, że zrobiłem tam wszystko, co miałem zrobić. I była to całkiem dobra robota.

CZYTAJ TAKŻE:
Drugie życie / rozmowa z Mają Kleczewską
Nowy od nowa / rozmowa z Piotrem Kruszczyńskim
Wałbrzyscy celebryci / rozmowa z Moniką Strzępką i Pawłem Demirskim

____

Sebastian (Seb) Majewski urodził się w 1971 roku we Wrocławiu. Jest dramaturgiem, reżyserem i aktorem, absolwentem Wydziału Sztuki Lalkarskiej Akademii Teatralnej w Warszawie (filia w Białymstoku). Przez kilka lat był związany był z Teatrem Wierszalin w Supraślu, gdzie zadebiutował w 1997 roku spektaklem „Prawiek i inne czasy” na podstawie prozy Olgi Tokarczuk. Jest założycielem wrocławskiej Sceny Witkacego.wro. W roku 2006 zadebiutował w roli dramaturga przy spektaklu „Transfer!” w reżyserii Jana Klaty, by w tej roli współpracować później także z Krzysztofem Garbaczewskim, Marcinem Liberem, Piotrem Ratajczakiem i Natalią Korczakowską. W latach 2008 – 2012 był dyrektorem artystycznym Teatru Dramatycznego im. Jerzego Szaniawskiego w Wałbrzychu umacniając jego pozycję jako jednej z najlepszych polskich scen. W latach 2013-2015 był zastępcą dyrektora ds. artystycznych Narodowego Starego Teatru w Krakowie. Od 2015 roku jest dyrektorem artystycznym Teatru im. Stefana Jaracza w Łodzi.

_____

Rozmowa powstała do publikacji „Szaniawski. Monografia Teatru Dramatycznego 1964-2015” pod redakcją Doroty Kowalkowskiej, wydanej przez Teatr Dramatyczny im. Jerzego Szaniawskiego w Wałbrzychu przy finansowym wsparciu Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

_____

Fot. Sebastian Majewski

Zwykły wpis
REŻYSERZY/REŻYSERKI

Cyberpunk

ZYCIE_DZIKICH_0814

Krzysztof Garbaczewski jest dzisiaj jednym z oryginalniej myślących artystów teatru, po prostu wizjonerem. Z Jackiem Poniedziałkiem rozmawia Mike Urbaniak.

– To jest jakaś prowokacja, że ty będziesz ze mną rozmawiał o Krzyśku?

Nie. Dlaczego?
– Wiadomo przecież, że macie kosę.

Nie ma żadnej kosy. Krzysztof po prostu obraził się na mnie śmiertelnie za recenzję jego Pocztu Królów Polskich w Starym Teatrze w Krakowie.
– Pojechałeś ostro po tym spektaklu.

Ale o wiele więcej spektakli Garbaczewskiego mnie zachwycało, niż wyprowadziło z równowagi. Powiedz mi, kiedy po raz pierwszy o nim usłyszałeś? Pamiętasz?
– Pamiętam, że najpierw zwróciła moją uwagę jego uroda nadwrażliwego chłopca. Kręcił się w okolicy Starego Teatru w Krakowie, był wtedy chyba asystentem Krystiana Lupy.

Przy „Factory 2”.
– A przedstawiła nas sobie Agata Siwiak. Krzysiek był bardzo nieśmiały, małomówny i wsobny. Kiedy szliśmy potem razem z Kazimierza na Rynek nie powiedział do mnie ani słowa.

Później od czasu do czasu ocieraliśmy się gdzieś o siebie, a to na jakiejś imprezie, a to na premierze. Jak o reżyserze zacząłem o nim myśleć, gdy zrobił „Opętanych” Gombrowicza w Opolu. Bardzo lubię tę powieść i zaciekawiło mnie, że ktoś się za nią zabiera. Recenzje jego pierwszych spektakli były chłodne i zdystansowane. Pisano, że to, co proponuje jest interesujące, ale jeszcze niegotowe, nieposkładane, niejasne. Ciekawe, że o spektaklach Krzyśka Warlikowskiego pisano podobnie: jest w nich coś interesującego, ale brak im komunikatywności i spójności.

A kiedy zobaczyłeś pierwszy raz spektakl Garbaczewskiego?
– Dopiero, gdy zaczęliśmy pracować nad „Życiem seksualnym dzikich” w Nowym Teatrze. Pierwsza była „Odyseja” z Opola.

Wspaniały spektakl.
– Mnie też się bardzo spodobał, ale nie cały. Zakochałem się w pierwszej części, druga mnie zmęczyła, bo nie rozumiałem tego potwornie „wklęsłego” Odysa. Ale siedząca obok mnie Renate Klett, krytyczka „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, była zachwycona i powiedziała, że to, co proponuje Garbaczewski, to zupełnie nowy język teatralny. Miała rację.

Zachwyciło mnie użycie tych wszystkich gadżetów z technologicznego śmietniska naszych czasów, gier komputerowych, dziwacznych zabawek, instrumentów, kabli, jarzeniówek, plastikowych rurek – czyli wszystkiego, z czego znany jest dzisiaj teatr Krzyśka. Niezwykła jest jego umiejętność wplatania w artystyczne dzieła banalnych przedmiotów dnia codziennego, na które zazwyczaj nie zwracamy uwagi, a które w jego sztukach dostają inne, nowe życie. Na przykład stare kasety wideo. Zachwyciły mnie też Grażyna Misiorowska i Zofia Bielewicz grające Penelopę, no i oczywiście zjawiskowy Paweł Smagała jako Telemach. To było takie swobodne aktorstwo, niewysilone, niewyduszone, niewypracowane w każdym słowie i geście, niewyreżyserowane do cna. Leciutkie. Po prostu znakomite.

Ale ten reżyserski kij ma dwa końce.
– To prawda. Czasami taka metoda się sprawdza, jak w przypadku „Iwony, księżniczki Burgunda” z Opola czy wrocławskiego „Kronosa”, a czasami prowadzi do katastrofy, jak w przypadku „Gwiazdy śmierci” z Wałbrzycha, która była dla mnie hermetycznym i niekomunikatywnym potworkiem. Miałem wrażenie, że aktorzy nie rozumieją ani jednego wypowiadanego słowa, że każdy brał ze swojego skarbczyka to, co miał najlepszego, ale niewiele z tego wynikało. Nie było przygody ani zmysłowej, ani intelektualnej. Jestem zwolennikiem wolności w sztuce, ale gdy ona prowadzi widza do bezradności, to czasem staje się nadużyciem. Oglądając ten spektakl tak właśnie się czułem – bezradnie.

Z jakim więc nastawianiem przystąpiłeś do prób nad „Życiem seksualnym dzikich”?
– Oczywiście z podnieceniem, byłem bardzo ciekaw tej pracy. Z zazdrością patrzyłem na Pawła Smagałę – alter ego Krzyśka – bo on jest aktorem realizującym najbardziej nawet szalone koncepty Garbaczewskiego. Paweł jest, w jak najlepszym znaczeniu tego słowa, klaunem – kocha się bawić słowami, obiektami, przestrzenią, swoim ciałem. Ja nie jestem takim aktorem, jestem raczej surowy i nie mam tak plastycznej wyobraźni. Przynajmniej tak mi się wydaje. Dlatego też owej zazdrości towarzyszyła obawa czy podołam. Niestety – mówię to z wielką przykrością, bo Krzyśka bardzo lubię i się kolegujemy – praca nad „Życiem seksualnym dzikich” okazała się dla mnie męką.

Dlaczego?
– Trwała miesiącami. Długo nic nie próbowaliśmy, tylko gadaliśmy i oglądaliśmy mnóstwo filmów (dodam, że znakomitych). Nieustająco czekaliśmy na tekst, który Marcin Cecko dostarczył nam krótko przed premierą i był niezrozumiały. Nie mogłem go więc opanować, właściwie nigdy się go nie nauczyłem tak do końca.

To dlaczego nie zrezygnowałeś z udziału w tym spektaklu?
– Bo chciałem w nim zagrać, przeżyć nową przygodę! Przecież sam wiesz, jak powstaje spektakl – wszystko się rodzi w ostatnich dniach. Ale wcześniej powinny już rysować się jakieś sceny, które dają aktorowi nadzieję, że wyjdzie z tego sensowna całość. My, i owszem, mieliśmy takie dni, ale potem znów wpływaliśmy na mielizny. Nie mieliśmy pomysłu, jak to wszystko połączyć, a Krzysiek trochę kapitulował.

Był konflikt?
– Nie, bo z Krzyśkiem nie da się kłócić. To nie jest typ konfliktowy, tylko naprawdę fajny, łagodny człowiek.

I jak się skończyła praca nad „Życiem…”?
– Sam widziałeś, premiera to było kompletne dno – niezborna, wymęczona, spięta. No, okropna. Potem udało nam się złapać trochę wiatru w żagle, ale tylko na kilku spektaklach. Za każdym razem, kiedy mieliśmy to grać miałem stany lękowe, co nigdy wcześniej mi się nie zdarzało i w końcu musiałem zrezygnować z grania w tym spektaklu.

Jak to wpłynęło na twoje i Krzysztofa relacje?
– Bardzo się ochłodziły, rzadko się widywaliśmy, a ja sobie pomyślałem, że on jest w jakimś niedobrym momencie, że ma talent i intuicję, ale nie potrafi tego przełożyć na spektakl.

Dlaczego?
– Miał wtedy chyba spory chaos w głowie, chwytał zbyt wiele srok za ogon i w gruncie rzeczy nie można było dojść, co chce powiedzieć. Mówił wsobnym, niespójnym językiem, zawsze urywał myśl, nie dochodził do konkluzji. Czuło się, że jest mądry, że dużo wie, dużo przeczytał, ale był jakiś błąd w komunikacji, jakiś error. Pomyślałem sobie wtedy, że dopóki tego nie naprawi, to nie zrobi dobrego przedstawiania.

Naprawił?
– Kiedy zobaczyłem w zeszłym roku jego „Iwonę, księżniczkę Burgunda” to odleciałem! Nie mogłem uwierzyć, że to ten sam reżyser. „Iwona…” to precyzyjny, logiczny, klarowny, znakomicie poprowadzony spektakl i fenomenalna praca z kamerą. Wszystko w tym spektaklu jest znakomite: gra aktorów, scenografia, muzyka. A kiedy niedługo potem zobaczyłem „Kronosa” – w mojej opinii najwybitniejszy obok „Dziadów” Radka Rychcika spektakl ostatniego sezonu – to już wiedziałem, że error został naprawiony,  a Krzysiek jest w świetnym momencie swojej twórczości, w fenomenalnej formie.

Coś cię zaskoczyło?
– To, że w jego – jak sam mówi – cyberpunkowym, chropowatym, odrzucającym wszelkie konwencje, ironicznym i ośmieszającym wysoki ton teatrze, pojawiła się czułość, dużo czułości. Rodzaj – nie wiem – liryzmu. I to wielkie zaufanie, jakim obdarzył aktorów – jak za dawnych czasów u Lupy. Ten przepiękny monolog Agnieszki Kwietniewskiej, wbijające w fotel i do bólu szczere wyznanie Adama Cywki, świetny Adam Szczyszczaj – mógłbym tak bez końca. „Kronos” jest dla mnie, póki co, szczytowym osiągnięciem Krzyśka. To jest dzisiaj inny reżyser niż przed kilkoma laty. Wielki, choć wciąż bardzo swobodny artysta.

Poukładał już chaos w swojej głowie?
– Nie, ale go ukierunkował i wysublimował. Wyeliminował też elementy zaciemniające i bełkotliwe, który dawniej sprawiały mu przyjemność – może z przekory, może z niedojrzałości. Znakomicie kieruje go intuicja, która każe też dawać aktorom niemal nieograniczoną wolność.

Co to znaczy?
– Że aktor musi mu bezgranicznie zaufać i uruchomić własną kreatywność. To daje niezwykłe efekty – uwierz mi. Zrozumiałem to niedawno, kiedy kręciliśmy film „Proust – Pamuk – Pamięć”, będący częścią większego projektu teatralnego. Krzysiek tylko podpowiadał nam tropy, a my – aktorzy sami musieliśmy węszyć i proponować. Ta swoboda i nonszalancja dały nadspodziewanie dobre efekty. To jest ryzykowne, wiem, ale działa.

Ale czy bierzesz pod uwagę to, że ty, Paweł Smagała, Justyna Wasilewska, Krzysztof Zarzecki, Bartosz Gelner czy Agnieszka Żulewska jesteście przyzwyczajeni do takiego teatru i systemu pracy? Że nie wszyscy aktorzy muszę się w nim odnaleźć?
– A czy Krzysiek musi pracować ze wszystkimi aktorami? Ma wokół siebie takich, którzy rozumieją się (i rozumieją jego) bez słów, razem tworzą unikalną jakość w polskim teatrze. Tego, co robi Krzysiek nie można porównać z niczym; ani z teatrem Strzępki, ani Zadary, ani Kleczewskiej, ani Klaty. On jest odrębną wyspą.

O czym, twoim zdaniem, jest teatr Krzysztofa Garbaczewskiego?
– Porusza mnie na przykład to, że mówi tak szczerze o pożądaniu, o tym co jest wstydliwe, zdaniem wielu niegodne, by się tym zajmować, prostackie albo niskie. A dla mnie to jeden z zasadniczych elementów naszego życia. Mówi o pożądaniu śmiało i bardzo to cenię. Interesuje go z pewnością to, co nieświadome: sen, to co na styku serca, mózgu i świata wirtualnego, technologii.

Kiedy w 2011 roku odbierał Paszport „Polityki” w uzasadnieniu napisano, że dostał go „za nieoczywiste operowanie materią sceniczną, za zmysł przygody, improwizacji, zespołowości. Za ambicję badania przy pomocy teatru form i granic człowieczeństwa w dobie rozwoju technologii i mediów”.
Lepiej bym tego nie ujął, to wszystko prawda. Trzeba tylko pamiętać, że teatr Krzyśka to nie tylko zachwyt nad tym, jakie możliwości stwarza nam dzisiaj technologia, ale też lęk przed pewną technologiczną opresją.

A co z formą jego teatru?
– Zachodnia cywilizacja dotarła do ściany jeśli chodzi o konwencję, estetykę w teatrze. Dlatego bezcenny jest język „Garbusia” z tą jego otwartością na eksperyment i – nazwijmy to – zakodowanym futuryzmem, bo pokazuje możliwe drogi, nowe życie dla teatru w świecie obrazów, komputerów, robotów, nowych form komunikacji. On daje pewną odpowiedź na pytanie o przyszłość teatru, które jest nie tylko interesująca, ale coraz bardziej spójna. Dlatego nie można go odrzucać od tak, trzeba starać się zrozumieć, otworzyć się na jego świat pełen dziwaków, szaleńców, cyberpunków. Myślę, że Krzysztof Garbaczewski jest dzisiaj jednym z oryginalniej myślących artystów teatru. Jest po prostu wizjonerem.

Jaką rolę w twórczości Garbaczewskiego odgrywa Marcin Cecko?
– To dla mnie bardzo trudna sprawa. Cenię Marcina, uważam, że jest piekielnie błyskotliwym facetem, ale muszę powiedzieć szczerze, że nie podobało mi się nic, co Marcin zrobił z Krzyśkiem. Przykro mi to mówić, ale tak jest. Spektakle Krzyśka, do których teksty napisał Marcin są mało zrozumiałe i trochę nużące. Hermetyczność twórczości Marcina z szaleństwem Krzyśka tworzą męczącą mieszankę, z której niewiele wynika. Wiem, że wyrządzam chłopakom wielką przykrość, mówiąc to tak stanowczo, ale mam nadzieję, że mi wybaczą.

Co uczeń Garbaczewski wziął od nauczyciela Lupy?
– Afirmację buntu i wolności. Krystian zawsze zwraca uwagę, na samodzielność myślenia, oryginalność, podążanie za intuicją. Krzysiek posłuchał go i chwała mu, że nigdy nie robił tego, co inni młodzi reżyserzy-studenci Lupy – nie kopiował, bo często kończy się to katastrofą.

Krzysztof jest nieustająco atakowany przez sporą część krytyki. Są nawet tacy, którzy uważają, że nie powinno się go w ogóle wpuszczać do teatru. Dlaczego?
– Bo tworzy sztukę, która – ku przerażeniu konserwatywnych i zachowawczych krytyków – może zmieść obecny teatr, do którego jesteśmy przyzwyczajeni i który bez wysiłku rozumiemy. Tymczasem świat się nieustannie zmienia i teatr też musi się zmieniać. Nie możemy stać w miejscu i robić z teatru muzeum. On musi żyć! Sztuka Krzyśka jest niczym innym, jak owocem tej epoki. Trzeba się na nią otworzyć, dać jej szansę i chcieć wybrać się w fascynującą podróż.

Dokąd?
– Do teatru przyszłości.

_____

0013

Jacek Poniedziałek (ur. 1965 w Krakowie) jest aktorem teatralnym i filmowym, tłumaczem i reżyserem. Ukończył Wydział Aktorski PWST w Krakowie i w 1990 r. zadebiutował na deskach tamtejszego Teatru im. Juliusza Słowackiego, by po dwóch sezonach dołączyć do zespołu Narodowego Starego Teatru. Od 1999 r. był aktorem TR Warszawa (Teatr Rozmaitości), a od 2008 jest w zespole Nowego Teatru Krzysztofa Warlikowskiego. W 2010 ukazał się wywiad-rzeka z aktorem pod tytułem „Wyjście z cienia”, a w zeszłym roku jego przekłady dramatów Tennessee Williamsa „Tramwaj zwany porządaniem i inne dramaty”. Ostatnio, na deskach Teatru im. Jana Kochanowskiego w Opolu, wyreżyserował „Szklaną menażerię” Williamsa.

_____

Rozmowa ukazała się w „Notatniku Teatralnym” (75-76/2014).

_____

© Mike Urbaniak | Fot. Magda Hueckel (na górze) i Konrad Pustoła (na dole)

Zwykły wpis
REŻYSERZY/REŻYSERKI

WYBACZ, KRÓLOWO!

unnamed

Może i byłam wyszminkowaną lampucerą, nie wypieram się tego. Tylko błagam, nie popadajmy teraz w ten banał, że kiedyś japiszon, a dzisiaj lewaczka. Z Moniką Strzępką rozmawia Mike Urbaniak.

Pięknie pachnie, co ugotowałaś?
– To prawdopodobnie zupa pieczarkowa.

Myślałem, że ty nie gotujesz.
– Nasza kuchnia – nie ma co ukrywać – została zrobiona dla Pawła Demirskiego, bo to on głównie w naszym domu gotował, a kucharzem jest świetnym. I oczywiście, jak już się do tego zabrał, to na całego, jak to Paweł. Przestudiował stosy książek kucharskich i wyśledził najlepsze blogi kulinarne.

Prymus także w kuchni.
– Ale pewnego razu powiedział: „Pierdolę to!”, i przestał gotować, przez co nasze kulinarne życie domowe podupadło. Ja stanęłam przy garach, kiedy jakieś dwa miesiące temu przeszłam na weganizm.

Dlaczego na weganizm?
– To był proces. Najpierw zrezygnowałam z mleka, potem z jajek, które zawsze uwielbiałam. Decydujący był aspekt etyczny, oczywiście. Któregoś razu stanęłam przed lodówką w dziale mięsnym, spojrzałam na to, co tam leży, i trochę bezwiednie powędrowałam do działu ze zdrową żywnością. Obkupiłam się i zaczęłam gotować.

Kto cię nauczył gotować? Mama?
– Dobre pytanie, chyba nie. To znaczy nie przypominam sobie jakichś specjalnych lekcji, ale umiem zrobić sporo rzeczy w kuchni. Pamiętam, że kiedy urodził się Łukasz, młodszy z moich braci, to upiekłam babkę piaskową, wzięłam pod pachę rodzeństwo i z tym ciastem pojechaliśmy do mamy do szpitala w Tuchowie. Taka byłam rezolutna.

A gdzie był tato?
– Jak to gdzie? Prawdopodobnie świętował narodziny kolejnego dziecka.

Jechaliście pekaesem z Lichwina do Tuchowa?
– Tak, to jest parę kilometrów.

Lichwino to twoja rodzinna miejscowość.
– Spora wieś z kościołem. Mieliśmy kawałek pola i trochę zwierząt. Dzisiaj zostały już tylko psy. Teraz będziemy mówić o moim wiejskim dzieciństwie?

Tak.
– Ale ja już się o nim nagadałam, nie chcę więcej. Wywaliłam z siebie te opowieści przy okazji robienia „W imię Jakuba S.” w Teatrze Dramatycznym w Warszawie. Nie żebym miała ten temat już przepracowany, ale nie chcę wchodzić znów w tę narrację pod tytułem: „Dziewczyna ze wsi została uznaną reżyserką. Jak to możliwe?”.

Byłaś najstarsza?
– A ten znowu swoje! Tak, w całej wsi.

O rodzeństwo pytam.
– Tak, byłam najstarsza i miałam chujowe dzieciństwo, bo musiałam się zajmować rodzeństwem: Elą, Anią, Łukaszem, Krzyśkiem i Karoliną. Razem ze mną była nas szóstka.

A rodzice czym się zajmowali?
– Mama jest gospodynią domową, ojciec murarzem.

W Lichwinie była szkoła?
– Była podstawówka, ale po lekcjach trzeba było robić to, co robią wszystkie dzieciaki na wsi: zbierać siano, kopać ziemniaki. Wakacje to też było zapierdalanie.

Codziennie po szkole była robota?
– Tak, ale też był czas na własne pasje. Zawsze dużo czytałam, co nie było proste w domu pełnym ludzi. Zamykałam się w łazience albo czytałam pod kołdrą, z latarką w ręku.

Skąd miałaś książki?
– Na polu je wykopałam! No jak to skąd? Z bibliotek: szkolnej, wiejskiej i gminnej. Kiedyś były na wsi biblioteki, wiesz?

A w domu w ogóle się czytało?
– Tato czytał dużo kryminałów. Mama prenumerowała dużo kobiecych pism.

Byłaś dobrą uczennicą?
– Oczywiście, wzorową – akademie, wierszyki, te sprawy. Ale słabo to pamiętam. Wcześnie za to zaczęłam się buntować. Nie podobało mi się na przykład to, że to dyrektor szkoły wyznacza przewodniczących samorządu, bo uważałam, że powinny być demokratyczne wybory. Czułam się też ciągle niesprawiedliwie oceniana i nieustannie podchodziłam do egzaminów komisyjnych. Wyprowadziłam też kiedyś całą szkołę na wagary.

Byłaś utrapieniem dla nauczycieli?
– Nie dla wszystkich. Przede wszystkim byłam przemądrzałą małą pizdą, ale miałam chyba prawo reagować, kiedy nauczycielka pisała na tablicy temat z trzema błędami, nie?

Rodzice byli wzywani do szkoły?
– Kiedyś wezwano ojca, bo podrobiłam jego podpis na usprawiedliwieniu. On zachował się wspaniale i stanął po mojej stronie. Stwierdził, że podpis jest znakomicie podrobiony i należy mi się szacunek za świetnie wykonaną robotę.

Potem wyjechałaś do liceum.
– Do Tarnowa. Ale to nie było tak, że wiejska dziewczynka wyjechała pierwszy raz do miasta. Do Tarnowa jeździłam już jako kilkulatka, po zakupy. Nocowałam u cioci i na drugi dzień wracałam pekaesem z tymi wszystkim salcesonami w siatach. Od piątej klasy jeździłam też do Tarnowa na angielski. Ciocia Zosia, bratowa dziadka, uznała, że nie wolno mnie tak zostawić, bo jestem zdolna. Raz w tygodniu jeździłam więc na angielski do zakonu urszulanek. Szybko się jednak okazało, że to nie ma sensu, bo siostra Karola (lat 98) nie bardzo już się nadawała do uczenia. Poszłam więc do Pałacu Młodzieży i zapisałam się na wszystkie zajęcia, jakie tam były: judo, taniec, gitarę – co tylko chcesz.

A gdzie mieszkałaś? W internacie?
– Miałam wujka, który mieszkał w Holandii i w Tarnowie miał dom. Jemu było na rękę, że ktoś będzie w tym domu mieszkał, a ja nie musiałam się tłuc po internatach. Wprowadziłam się do jego wielkiego domu i byłam królową Tarnowa.

Która postanowiła, że kim chce zostać?
– Proszę cię, jak to kim? Reżyserką!

Naprawdę?
– Tak, ale filmową. A musisz wiedzieć, że reżyserowałam już w podstawówce. Była to „Królewna Śnieżka i siedmiu krasnoludków”, grała cała klasa. Ja byłam złą królową. Chcesz do zupy wegańskiej śmietany z nerkowców?

A przed reżyserią były jakieś marzenia?
– Zakonnica! Miałam totalny religijny odjazd (Demirski uważa, że ja kiedyś zostanę prawicową dewotką) i chciałam iść do klasztoru. Przez rok chodziłam codziennie do kościoła, a kiedy raz babcia mnie nie obudziła i nie poszłam na poranną mszę, wpadłam w depresję.

Ojej, to ty byłaś radykalna od małego.
– Tak, do dzisiaj noszę kolczatkę na udzie. Chcesz zobaczyć?

W tarnowskim liceum nie bawiłaś długo i po roku przeniosłaś się do Krakowa. Dlaczego?
– Ciągnęło mnie do kina i do teatru, a w Krakowie było liceum teatralne, do którego złożyłam papiery. My tak będziemy teraz o tej szkole pierdolić?

Tak.
– Wspaniale.

Nie lubisz opowiadać o sobie?
– Raz lubię, raz nie. Mamy problem z takimi rozmowami o dzieciństwie i młodości, bo w nich się zawsze mitologizuje. Musisz wybrać jakąś narrację. I albo popadasz w sentymentalizm, albo pastwisz się nad przeszłością.

Bałaś się Krakowa czy jechałaś do niego podekscytowana?
– Nie miałam lęków. Jeśli się bałam, to księdza Kuliga, bo mnie szarpał za uszy, kiedy nie pamiętałam siedmiu grzechów głównych. Z Krakowa się cieszyłam jak dziecko, które całe życie jest na wsi i nagle trafia do świata z telefonem na żetony i lodami z automatu.

Czyli ucieczka z wiochy.
– Pewnie tak, choć oczywiście dzisiaj myślę cieplej o Lichwinie. Najważniejsze było jednak to, że znalazłam się w wymarzonej szkole, gdzie miałam zajęcia teatralne. Najpierw mieszkałam w internacie, ale po tygodniu mnie wyrzucili, bo wpuściłyśmy z dziewczynami chłopaków przez okno. Potem była stancja u starszych państwa, aż w końcu wynajęłam pokój u studentki Akademii Muzycznej. Znalazłam się w gronie superludzi, artystów – to miało na mnie duży wpływ.

Miałaś w Krakowie kompleks dziewczyny ze wsi?
– Miałam go bardziej w Tarnowie, gdzie matka mojej przyjaciółki zasugerowała, żeby się ze mną nie zadawała, tylko spędzała czas z kimś ze swojego stanu. Pamiętam, że miałam problem z mówieniem, skąd jestem i ile mam rodzeństwa.

Bo jak rodzina wielodzietna, to patologiczna?
– Patologiczna i biedna.

Miałaś w tym Krakowie jakiegoś chłopaka?
– Proszę cię, tylko nie o chłopakach! Demirski mnie zabije! Żadnych chłopaków! Teraz gadajmy o teatrze.

Pamiętasz swój pierwszy raz?
– No chyba, kurwa, żartujesz!

Pytam o teatr.
– O! Jaki dowcipniś z redaktora! Pierwszy raz do teatru zabrał mnie tato na „Tomcia Palucha” w Tarnowie, więc dzisiaj uważa, że od niego się wszystko zaczęło.

A świadomy pierwszy raz w teatrze?
– To był chyba „Kalkwerk” Krystiana Lupy, druga klasa liceum. A w pierwszej klasie byłam na „Metrze” w Warszawie z wycieczką szkolną. Kupiłam sobie w „szczękach” pod Pałacem Kultury plisowaną spódnicę i T-shirt z Jimem Morrisonem. Najbardziej zainteresowało mnie to, że tytuł spektaklu pojawia się wyświetlony laserowo, i zastanawiałam się cały czas, jak to działa. W związku z tym nie pamiętam za bardzo, o czym był spektakl.

Zdawałaś na reżyserię do łódzkiej Filmówki.
– Kilka razy. Myślałam oczywiście o teatralnej reżyserii, ale nie miałam na nią odwagi. Czułam, że nie jestem jeszcze gotowa, że to za wysokie progi, zdawałam więc na filmową. Nie przyjęli mnie. Potem próbowałam w Krakowie i Warszawie, gdzie w końcu się dostałam.

Nauczyłaś się czegoś w szkole teatralnej?
– Czegoś pewnie tak, choć szybko zdałam sobie sprawę, że jest tam niewiele osób, od których można się czegokolwiek nauczyć. Na pewno prof. Wojciech Siemion i prof. Jan Kulczyński – to były ważne spotkania. Chociaż tego, czego mnie nauczył Kulczyński, nie doceniałam w szkole, tę wiedzę doceniłam później.

Ze szkołą teatralną było podobnie jak z poprzednimi szkołami. Znów się wkurzyłaś i odeszłaś, tym razem na trzecim roku. Dlaczego?
– Bo włożyłam ogromny wysiłek w przygotowanie przedstawienia, pracowałam nad nim z zespołem pół roku i nagle się okazało, że nie możemy dostać sceny na próby generalne, a właściwie możemy, ale najwyżej na jedną. Gigantyczny wysiłek włożony w przygotowanie przedstawienia był niczym w porównaniu z wysiłkiem włożonym w walkę z biurokratyczno-upierdalającą machiną szkoły. To było żenujące i po prostu odeszłam.

I dzisiaj nie masz tytułu magistra. Żałujesz?
– Przecież ty mnie tymi pytaniami wykończysz! Nie żałuję!

Szybko zaczęłaś zarabiać niezłą kasę, prawda?
– Dostałam prezent od losu i jeszcze na akademii zaczęłam robić eventy i filmy promocyjne. To była niezła szkoła, myślę, że dzięki niej umiem dzisiaj postawić spektakl w scenografii w czasie znacznie krótszym, niż to się zwyczajowo robi, umiem ustawić światło w trakcie próby generalnej i jeszcze parę innych rzeczy.

„Monikę znałem jeszcze z czasów, kiedy chodziła ubrana na kolorowo i miała bardzo intensywnie umalowane usta na czerwono. Myślałem sobie wtedy, że to taka panienka, która kręci się po celebryckich klimatach i robi eventy w Warszawie” – mówił o tobie Maciej Nowak w wywiadzie dla „Notatnika Teatralnego”.
– To był taki czas, dużo pracowałam i dużo balowałam. Zarabiasz kasę, ale tak zasuwasz, że kiedy masz przerwę, to odreagowujesz i wszystko rozpierdalasz. Może i byłam wyszminkowaną lampucerą, nie wypieram się tego. Tylko błagam, nie popadajmy teraz w ten banał, że kiedyś japiszon, a dzisiaj lewaczka. I jak ta moja zupa? Może za mało soli?

Wkurzyła cię ta Nowakowa wypowiedź?
– Niech Maciek lepiej opowie, jak robił mi sceny zazdrości o Demirskiego i mówił, że weszłam do teatru na Pawła plecach!

O tym też opowiadał i przepraszał za to.
– I ja mu niby wybaczyłam, ale nie do końca. Jak uklęknie przede mną i powie: „Wybacz, królowo!”, to może wtedy puszczę wszystko w niepamięć. A tak poważnie, to mieliśmy kiedyś wielką przebaczeniową imprezę w Wałbrzychu i puściliśmy świństwa w niepamięć. Maciek jest jedynym człowiekiem, u którego zrobiłabym w ciemno spektakl, gdyby dostał jakikolwiek teatr.

I to właśnie on poznał cię z Demirskim. Miłość od pierwszego wejrzenia?
– Co to, kurwa, ma być? Wywiad rzeka? Miało być o teatrze!

To jest o teatrze.
– Nowak kierował wtedy Teatrem Wybrzeże w Gdańsku, a Demirski był tam kierownikiem literackim. Byłam z Maćkiem umówiona na robienie spektaklu, ale gdy mi odebrano reżyserię w Kielcach, zadzwoniłam do niego i powiedziałam, żeby się zastanowił, czy na pewno chce mnie zatrudnić. Nowak westchnął ciężko i powiedział: „Przyjeżdżaj!”. W Wybrzeżu przedstawił mnie Pawłowi i zaczęliśmy pracę nad spektaklem. To był Szekspir.

„Szeks Show presents: Yorick, czyli spowiedź błazna”, z którym mieliście jechać do Armenii.
– Jaki obcykany pan redaktorek!

I to był początek pracy i początek związku?
– Tak, choć kiedy się poznaliśmy, nie mieliśmy o sobie najlepszego zdania. Ja myślałam o Pawle: „Co za smutny chuj”, a on o mnie: „Co za głośna pizda”. Ale w końcu przyszła wiosna i ja mu zaczęłam mówić: „Boże, jaki ty jesteś zdolny”, a on do mnie: „Nie, to ty jesteś świetna”. Jakoś tak.

Wy się nieustannie kłócicie.
– Sprzeczamy się o wszystko, o „Oczyszczonych” Warlikowskiego – przez dwa miesiące. Czy to jest „estetyzacja cierpienia”, czy nie? Ale o wielu rzeczach myślimy też wspólnie, bo spędzamy ze sobą mnóstwo czasu, także zawodowo. Jest między nami rodzaj porozumienia, często mamy te same riposty. Nagle się okazało, że jesteśmy jednym organizmem.

PRAWIE ROK PÓŹNIEJ

– Mam karkówkę w piekarniku. Chcesz?

To wegańska karkówka z nerkowca?
– Tak, na wegańskiej słoninie!

Co się stało, że jesz mięso?
– A co? Prowadzisz teraz kącik kulinarny w „Wysokich Obcasach”?

Przecież byłaś weganką.
– W wakacje musiałam się zająć swoim zdrowiem, które zaczęło podupadać, i postanowiłam się leczyć żywnością, żeby nie skazywać się na branie do końca życia tabletek na nadciśnienie, nie zajmować się tarczycą i stawami. Postanowiłam uwierzyć w boczek.

Wegańska dieta cię tak wykończyła?
– O nie, nie wrobisz mnie tu w żadną antywegańską propagandę! Nie wierzę też, że wegetarianie mają mniejsze mózgi, jak sądzą niektórzy. Miałam zawsze taki problem z jedzeniem, że nie chciałam się za bardzo nim zajmować, bo w życiu jest trochę ważniejszych spraw, a weganizm jest wymagający. Dieta wysokotłuszczowa spowodowała, że nie muszę się jedzeniem zajmować. Po prostu jem.

Do kuchni wpada Jeremi, syn Moniki i Pawła.
Mamusiu!
Kochanie, ja tu udzielam wywiadu wujkowi Mike’owi. Idź z tatusiem na spacer.
Nie chcę!
To idźcie do teatru na „Dzieci z Bullerbyn”.
Nie chcę!
Ale tam gra wujek Kłak i wujek Pempuś.
O Boże!

I co z tym mięsem?
– W teatrze jest nietypowy czas pracy. Próby trwają od 10 do 14 i od 14 do 22. W takim trybie nie da się przestrzegać zasady regularnych posiłków, bo ja wracałam na przykład do domu po 22 i się nażerałam. Teraz jem, kiedy i ile chcę, i czuję poprawę jakości życia. Nie odczuwam głodu, nie mam uczucia senności po posiłku, jem dwa-trzy razy dziennie, więcej nie potrzebuję. Zmieniłam po prostu wiarę.

Do kuchni wchodzi Paweł Demirski.
Słyszę to już setny raz.
Pawełku, ale pomyśl o czytelniczkach „Gazety Wyborczej”. To może być dla nich żywieniowa noc teczek!

I teraz już nie jesteś głodna i odpuściły ci dolegliwości?
– Tak, mogę w skrajnych przypadkach nie jeść przez cały dzień i nie odczuwać głodu. Poza tym w ciągu czterech miesięcy schudłam 12 kilo i stawy już działają jak należy.

Na czym polega dieta wysokotłuszczowa?
– Na tym, że jesz dużo zwierzęcego tłuszczu. Je się mniej, bo tłuszcz jest wysokokaloryczny. Jak upiekę karkówkę, to ją żremy przez tydzień, albo kaczkę, oczywiście unurzaną w tłuszczu. Te proporcje są ważne. To nie jest dieta białkowa, która niszczy nerki. Po odstawieniu cukrów i węglowodanów przeszła mi ochota na jedzenie „obfitości rozmaitości”. Zakupy trwają kwadrans. Na śniadanie jem na przykład jajka smażone na smalcu. Jajka uwielbiam i zjadam w wielkich ilościach. Oczywiście w tym zestawie smalec jest równie ważny jak jajka.

Ale jajka podobno dostarczają dużo złego cholesterolu.
– To są brednie wmawiane ludziom przez przemysł farmaceutyczny i lekarzy będących na jego usługach! Cholesterol mam w normie, poziom cukru i ciśnienie też. Oczywiście te normy też zostały celowo zaniżone, żeby ludzi faszerować chemią. Dzięki zaniżaniu norm zyski firm farmaceutycznych są niebotyczne.

Rozmawiamy o jedzeniu nie bez powodu. Jest mu poświęcona ostatnia sztuka Pawła Demirskiego „Bierzcie i jedzcie”, którą wyreżyserowałaś w Teatrze Rozrywki w Chorzowie.
– Zrobiliśmy ją, bo poczuliśmy, że coś tu jest nie tak. Mam 37 lat, idę do lekarza i on mi od ręki przepisuje tony tabletek! „A jak nie zadziałają?” – pytam. „To przepiszemy inne”. Masakra! A może ktoś by chciał się zastanowić nad przyczynami, a nie tylko leczyć skutki? Może jakiś lekarz zadałby sobie pytanie, skąd to moje nadciśnienie? I czy rzeczywiście to jest nadciśnienie, czy tylko normy są tak wyśrubowane, żeby można było zarabiać ciężką kasę na tabletkach na nadciśnienie?

Bardzo mi się podoba, że tak działacie. Wkurza was coś i robicie o tym spektakl.
– To jest chyba uczciwe, nie?

Jest.
– I chyba niewyjątkowe, bo każdy reżyser robi spektakl o tym, co go interesuje. Kiedy Agnieszka Glińska wystawia „Wiśniowy sad”, to przecież nie dlatego, że ma go w dupie, tylko że coś w tym tekście na danym etapie życia i twórczości zobaczyła i chce się tym podzielić z innymi. To prawo i zadanie każdego artysty. Oczywiście można myśleć o naszej teatralnej twórczości jak o artystowskim narcyzmie – bo co to ma kogo interesować, z jakimi problemami my się aktualnie mierzymy? Co kogo obchodzą nasze prywatne sprawy? Ale my mamy poczucie, że istnieje jakaś wspólnota, że kiedy nas coś boli, to boli też innych. W „Bierzcie i jedzcie” zajmujemy się ciałem, dietą, otyłością – tym, co zajmuje niemal wszystkich. Nie znam nikogo, kto choć raz nie był na jakiejś diecie. Nalać ci rosołu?

Często się wam zarzuca, że siejecie propagandę.
– A kiedy ktoś mówi, że jajka podnoszą poziom cholesterolu, to nie jest to propaganda, prawda? Dlaczego w takim razie propagandą jest to, co my mówimy? Dlaczego wierzysz im, nie nam? Albo odwrotnie? Skąd jesteś pewien tego, co wiesz? A słonina leczy? Jest dobra na płuca? Tak czy nie? Prawda czy bzdura? Gdzie to sprawdzisz? U swojego lekarza rodzinnego czy u wróżki?

Wierzysz nieustannie, że swoimi spektaklami zmieniasz świat?
– Tak, bo robienie teatru bez wiary, że można zmienić coś w ludzkim myśleniu, w nawykach, rozłupać stereotyp, rąbnąć w jakiś beton, jest bez sensu.

Ale do teatru w Polsce chodzi garstka ludzi.
– Dlatego interesuje mnie robienie teatru, który jest w stanie wyjść poza szczuplejące ramy działów kulturalnych.

Może powinnaś zacząć kręcić filmy? Do kina chodzą miliony.
– Powinnam i chcę, ale w teatrze mam – nazwijmy ją, choć nie jest to najlepsze słowo – wygodną pozycję z punktu widzenia wolności artystycznej. Mniej cenzorsko-komercyjnego nadzoru. Jednocześnie nie lekceważę widza – na naszych spektaklach mamy komplety. W kinie jednak znacznie silniejsze jest myślenie: wiemy, co się dobrze sprzedaje. W związku z tym nie ma w nim miejsca na to, co – być może – dobrze się sprzeda, ale producenci i dystrybutorzy o tym nie wiedzą.

Teatr publiczny to ostatnie miejsce w Polsce, w którym można robić ryzykowne artystyczne rzeczy?
– Wymień mi dziesięć takich teatrów.

Mogę pięć.
– No widzisz! Tak, są takie teatry w naszym kraju, które nie boją się ryzyka, ale można je policzyć na palcach jednej dłoni.

I ty w nich reżyserujesz.
– Zgadza się, choć propozycji mamy z Pawłem bardzo dużo, niemal zewsząd. Sytuacja się odwróciła. Kiedyś my lizaliśmy dyrektorskie klamki, teraz dyrektorzy zabiegają o nas.

Kiedyś były próby cenzurowania twoich spektakli. A dzisiaj?
– Nie przypominam sobie, żeby ostatnio ktoś chciał mnie cenzurować. Tylko też wyjaśnijmy, co uważamy za cenzurę. Kiedyś napisałeś na Facebooku, że jak będziesz stary, to opublikujesz książkę ze swoimi wywiadami z artystami przed autoryzacją i po niej, bo to dużo mówi o rozmówcach. I czy ja powinnam wziąć to sobie teraz do serca? Zmieniać coś podczas autoryzacji czy nie? Czy to jest forma nacisku na mnie, czy nie? Czy to jest cenzura?

Czujesz, że wycięłaś swoją drogę teatralną maczetą?
– Czuję to każdym zakwasem swoich mięśni.

Napociłaś się przy tym?
– Tak. A co? Chciałbyś teraz wiedzieć, z kim się napociłam?

Oczywiście.
– To długa lista, nie ma tu na nią miejsca.

Od twojego reżyserskiego debiutu w Czeskim Cieszynie minęło dziesięć lat. Jesteś już dekadę na scenie.
– Chyba w palarni!

Co to był dla ciebie za czas?
– Nie namówisz mnie na podsumowania z okazji okrągłej rocznicy. Nie cierpię tego. Nie będę tworzyła na potrzeby naszej rozmowy swojej historii, tym bardziej że mam raczej ochotę wszystko kwestionować i odrzucać. Poza tym nie wiem, co to był za czas te dziesięć lat. Bo co? Mam ci powiedzieć, że to była droga krzyżowa przez mękę? Albo że było wspaniale i wysiłek się opłacił?

Wiem, że aktorzy uwielbiają z tobą pracować. Wiesz dlaczego?
– Bo jestem przekochana!

A oprócz tego?
– Może dlatego, że lubię swoją robotę i staram się wykonywać ją uczciwie. Poza tym nie umiem pracować w sytuacji konfliktu. Konflikt mnie nie napędza, tylko rozwala. Wszystkie ewentualne kwasy w zespole muszą być natychmiast zneutralizowane. Nieraz się oczywiście wydrę, jasne, ale takie metody stosuję raczej wobec aktorów, z którymi się znam i pracuję od lat. Przecież nie będę na przykład z Michałem Opalińskim uprawiała dyplomacji, tylko ryknę: „Opal, ty pedale! Co ty, kurwa, odpierdalasz?”. On na to: „Jebaj się, homofobko!”. I mamy porozumienie.

Podczas twoich prób „kurwy” latają na prawo i lewo, ale odnoszę wrażenie, że to są „kurwy” z miłością.
– Bo ja przecież nie wyzywam ludzi, nie upokarzam ich. Najlepszym na to dowodem jest chyba to, że aktorzy, z którymi robiłam spektakle, chcą je nadal ze mną robić.

Wspomniałaś Marcina Pempusia, Andrzeja Kłaka, Michała Opalińskiego – to znakomici aktorzy Teatru Polskiego we Wrocławiu, którzy są uważani za „aktorów Strzępki”. Kto jeszcze jest na liście i co to znaczy „aktor Strzępki”?
– Nie będę tu tworzyła żadnej listy nazwisk, bo ci, o których zapomnę, poczują się pokrzywdzeni. Ale tak, mam w wielu teatrach aktorki i aktorów, z którymi lubię pracować i vice versa. To są ludzie, których poznawałam na różnych etapach mojej pracy zawodowej. Inna chemia była między mną a Agnieszką Kwietniewską, inna między wymienionymi przez ciebie chłopakami, inna z Marcinem Czarnikiem czy Dorotą Pomykałą, jeszcze inna z Kasią Strączek, Aloną Szostak, Anią Radwan, Krzysztofem Draczem czy Krzysztofem Globiszem. To zbiór kompletnie różnych artystów. Tajemnica naszej chemii tkwi w tym, że nie ma tu jednego typu relacji, osobowości, modelu pracy. Po prostu dzieje się albo się nie dzieje. O nich wszystkich mogę powiedzieć: to wysokiej klasy profesjonaliści.

Dlaczego nie uczysz w szkole teatralnej?
– Dostałam takie propozycje z Wrocławia i Krakowa, ale się finalnie okazało, że bez tytułu magistra nie mogę uczyć.

To może powinnaś go zrobić?
– A czy przybędzie mi od tego kompetencji? Nie sądzę. Nie będę robiła tego zniesławionego dziś magistra po to, żeby spełnić jakieś absurdalne wymogi. Dowodem na moją zawodową kompetencję są moje spektakle. Jeśli szkole to nie wystarcza, to niech szkoła żałuje. Wiem, że to, co mówię, jest pyszne, ale sorry.

Dorobiłaś się wielkiego wora nagród.
– Jaki wór? Widzisz tu jakiś wór z nagrodami?

Nie wiem, co z nimi zrobiłaś, ale je w każdym razie dostałaś. Ostatnio uznano cię za najlepszą reżyserkę na Międzynarodowym Festiwalu Teatralnym „Boska Komedia” w Krakowie. Co ci robią nagrody?
– Kiedy się pojawiły, były oczywiście satysfakcją, bo przypominam ci, że wcześniej krytycy lali nas nieustannie po mordach. Te pierdziele nic nie rozumiały z naszych spektakli, były do naszego teatru niechętne. Dopiero po jakimś czasie coś im się przestawiło, coś dotarło to tych kapuścianych głów.

O twoich spektaklach pisali, że to tania publicystyka. Denerwowałaś się?
– Denerwowałoby to mnie, gdybym uprawiała sztukę krytyczną i wszyscy by się ze mną zgadzali. To by oznaczało, że w złe miejsce przypierdalam. Z krytyki czerpie się energię, choć oczywiście jest to bolesne. Trzeba mieć skórę słonia, żeby to znieść.

Dzielisz swoje zawodowe życie na przed i po Demirskim?
– Nie muszę tego robić, wszyscy robią to za mnie. Ale tak, nasze spotkanie było bardzo ważne. Dla mnie na pewno. Choć kiedy myślę sobie o naszych początkach, to nie mogę w nie uwierzyć. Nie było wcale wesoło, nikt się o nas nie bił. Właściwie decyzja, że będziemy wspólnie pracować, wzięła się z braku perspektyw. Mieliśmy – każde z osobna – jakieś zaczątki rozmów z Krzysztofem Mieszkowskim, który wtedy zaczynał kierować Teatrem Polskim we Wrocławiu, i z Piotrkiem Kruszczyńskim, szefem wałbrzyskiego teatru, ale czuliśmy, że oni macają grunt i chuj z tego będzie. Wtedy postanowiliśmy zewrzeć szeregi. Demirski wymyślił, żeby im wysłać krótkie opisy naszych wspólnych projektów. Udało się.

Kiedy przestałaś słyszeć, że weszłaś do teatru na plecach Demirskiego?
– Nie potrafię tego umieścić na osi czasu, ale nastąpiła gdzieś taka zmiana, że ci, co patrzyli na mnie spode łba, zaczęli się nagle do mnie łasić. Ta niezdolna okazała się taka zdolna.

Masz już mocną pozycję. Czujesz, że są wobec ciebie większe oczekiwania niż wobec innych reżyserów? Masz gwarantować sukces?
– Istnieje takie obciążenie, ale nie wiem, na ile to jest prawda, a na ile moja projekcja. Coś w każdym razie jest na rzeczy. Skłamałabym, gdybym powiedziała, że nie. Podgrzewać już karkówkę?

Tylko powiedz mi jeszcze – czy wierzysz w życie pozateatralne?
– Tak i zamierzam się nim intensywniej zająć. Bo my po prostu nie mamy życia poza teatrem: albo w nim siedzimy, albo o nim nieustannie gadamy w domu.

Paweł Demirski: – Monika, co ty pierdolisz?
 Paweł, to jest mój wywiad!

_____

Monika Strzępka ( ur. w 1976 r.) jest jedną z najważniejszych i najgłośniejszych polskich reżyserek teatralnych. Studiowała na Wydziale Reżyserii Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie. Zadebiutowała w 2004 roku „Polaroidami” Marka Ravenhilla na Scenie Polskiej w Czeskim Cieszynie, by następnie pracować w teatrach w Bydgoszczy, Gdańsku i Jeleniej Górze. W roku 2007 reżyseruje po raz pierwszy sztukę Pawła Demirskiego („Dziady. Ekshumacja”, Teatr Polski we Wrocławiu), z którym pracuje nieustannie do dzisiaj w tandemie dramatopisarz – reżyserka. Ich „Był sobie Polak Polak Polak i diabeł”, „Niech żyje wojna!!!” i „Był sobie Andrzej Andrzej Andrzej i Andrzej”, zrealizowane na deskach Teatru Dramatycznego w Wałbrzychu, wprowadziły duet do teatralnej ekstraklasy. Do dzisiaj para zrobiła wspólnie 14 spektakli, z których niemal każdy wzbudzał kontrowersje i był szeroko dyskutowany, także poza teatrem. Monika Strzępka jest laureatką wielu nagród, m.in. Paszportu „Polityki” (z Pawłem Demirskim), a ostatnio nagrody dla najlepszej reżyserki, którą otrzymała za spektakl „Courtney Love” (Teatr Polski we Wrocławiu) na Międzynarodowym Festiwalu Teatralnym Boska Komedia w Krakowie. Strzępka i Demirski są parą także prywatnie. Mają syna Jeremiego, mieszkają we Wrocławiu.

_____

Rozmowa ukazała się w „Wysokich Obcasach”  22.02.2014 r.

_____

© Mike Urbaniak | Fot. Radosław Kaźmierczak

Zwykły wpis