ZAPOWIEDZI

Ostatni sezon

Koniec z lewactwem i hochsztaplerstwem nowego teatru! Koniec z pedałami, gołymi dupami, cyckami i dyndającymi bezwstydnie męskimi członkami! Koniec z wagonami krwi i mamrotaniem do mikroportów! Koniec z próbami bez tekstu i haniebnym gmeraniem w dramatach ukochanych autorów! Koniec z irytującą wszechobecnością kamer i improwizacjami! Koniec z atakami na święte dla Polaków wartości i symbole! No pasaran! Non possumus! Auf wiedersehen zdradzieckie mordy!

Tak mniej więcej można podsumować polityczną narrację niedawno zakończonego sezonu, w którym polska prawica (PiS, PO i PSL) postanowiła rozprawić się ze swoim największym wrogiem w świecie polskiej kultury, czyli teatrem. I, trzeba przyznać, poszło jej to całkiem nieźle. Najlepsze sceny padały pod prawackim naporem jedna po drugiej, dlatego dzisiaj teatralna mapa polski nie wygląda tak, jak jeszcze rok temu. Na oceanie teatralnej konfekcji ostało już tylko kilka wysp najlepszego teatru (gdzie teraz będą jeździć krytycy niepokorni?), który przez ostatnie dwadzieścia lat, od czasu pamiętnego przewrotu styczniowego 1997 roku, nadawał ton scenicznemu życiu Polski i przyniósł naszemu krajowi zagraniczną sławę oraz niekwestionowaną pozycję lidera.

Za chwilę rozpocznie się sezon teatralny 2017/18, który nazywam ostatnim sezonem. I nie tylko dlatego, że być może w ciągu najbliższych miesięcy Polska stoczy się otchłań autorytarnych rządów i jedynej słusznej, koncesjonowanej przez rząd polityki kulturalnej pod patronatem towarzyszy z komisariatu ludowego ds. kultury i dziedzictwa narodowego. Ale też dlatego, że coś się w polskim teatrze kończy na bardzo wielu poziomach: artystycznym, organizacyjnym, finansowym i pokoleniowym. Dobiegają końca dwie heroiczne dekady polskiego teatru (1997-2017) i nikt nie wie, co będzie dalej.

Tymczasem ostatni sezon jest nadal pełen podniecających planów, choć w coraz mniejszej liczbie teatrów. Sceny, które nadal warto odwiedzać można policzyć na palcach obu rąk i jedną trzeba poświęcić na Warszawę, co jeszcze niedawno było nie do pomyślenia. Stolica wyrosła bowiem w ciągu ostatniego roku na prawdziwą potęgę przyciągającą aktorskich rozbitków z niszczonych scen innych miast. Mamy więc teraz warszawską mocną czwórkę (Nowy Teatr, STUDIO teatrgalerię, TR Warszawa i Teatr Powszechny) z mającym coraz większe ambicje Teatrem Żydowskim i każdego roku lepszą Komuną Warszawa, a w interiorze już tylko kilku ostańców: Teatr im. Stefana Żeromskiego w Kielcach, Teatr Dramatyczny w Wałbrzychu i Teatr Polski w Poznaniu oraz kilka scen, które mają jeszcze od czasu do czasu siłę i chęć na małe szaleństwa, czyli Teatr Zagłębia w Sosnowcu, Teatr im. Juliusza Osterwy w Lublinie i Teatr Śląski w Katowicach. Oto mój homo-lewacko-syjonistyczno-zdradziecko-antypolski przewodnik po ostatnim sezonie.

Świetnie zapowiadają się najbliższe miesiące w Nowym Teatrze w Warszawie pod kierownictwem Karoliny Ochab i Krzysztofa Warlikowskiego. Pierwszą premierą pierwszego września będzie pierwsza cześć pierwszej księgi Biblii. Tak, to nie żart. Całą Księgę Rodzaju („Biblia. Rdz 1-11” to pełny tytuł pierwszego spektaklu) w trzech odsłonach (wrzesień, grudzień, kwiecień) wystawi Michał Zadara – reżyser uwielbiający przenosić na scenę książki, o których wszyscy mówią, ale nikt ich nie przeczytał. 1 września zobaczymy więc przedstawienie opowiadające historię od stworzenia świata do budowy Wieży Babel przeznaczone dla widzów od lat sześciu w górę. Jeśli  ta premiera zakończy się sukcesem, Nowy będzie miał w swoim repertuarze aż pięć fajnych spektakli dla dzieci i młodzieży, czym nie może się pochwalić żaden teatr dramatyczny w Polsce.

Na listopad planowana jest premiera „Procesu” Franza Kafki w reżyserii Krystiana Lupy. To miał być spektakl Teatru Polskiego we Wrocławiu, ale próby do niego zostały przerwane z powodu postępującej morawizacji (dzisiaj ta czołowa niegdyś scena jest pośmiewiskiem teatralnego świata). I oto zdarzył się cud, cztery stołeczne teatry (Nowy, TR, Powszechny i STUDIO) ze wsparciem europejskich partnerów postanowiły wspólnie wyprodukować „Proces”, w dodatku z tą samą obsadą. Co tu dużo gadać, to jedna z najbardziej wyczekiwanych premier sezonu, która będzie później grana w paryskim Odéon Théâtre de l’Europe.

W lutym na Madalińskiego wraca Krzysztof Garbaczewski i weźmie się za „Ucztę” Platona, którą chce połączyć z jego „Obroną Sokratesa” i zapytać w jakim stanie dzisiaj jest demokracja. W marcu pod tym samym adresem zobaczymy nowy spektakl Anny Karasińskiej, a w czerwcu Krzysztofa Warlikowskiego. Dyrektor artystyczny Nowego zmienił pierwotny plan i wyreżyseruje „Pakujemy manatki” Hanocha Levina, sztukę, w której właściwie każdy bohater stoi nad grobem. Nie wspomnę już nawet o wymowie tytułu w kontekście obecnej sytuacji politycznej w Polsce. Niedługo wszyscy chyba spakujemy manatki.

Nie zawiodą się na Nowym wielbiciele tańca, bo teatr postanowił jeszcze mocniej zaangażować się w produkowanie i pokazywanie spektakli opartych na ruchu. Tanecznym programem zarządzać będzie od tego sezonu Joanna Leśnierowska (brawo!), a warsztaty taneczne dla młodszych i starszych poprowadzą Maria Stokłosa i Marta Ziółek. Na scenę Nowego wkroczą niebawem Iza Szostak, Renata Piotrowska czy Paweł Sakowicz.

Transfery: Do zespołu Nowego Teatru dołączają najmłodsze gwiazdy Starego Teatru Jaśmina Polak (w zespole jest jej brat Piotr Polak) i Bartosz Bielenia.

TR Warszawa, który zawiadywany przez Grzegorza Jarzynę i Romana Pawłowskiego wyspecjalizował się ostatnio w produkowaniu spektakli za pięć złotych, postanowił w nadchodzącym sezonie wystawić w końcu coś powyżej tej kwoty i zaprosić nas na kilka smakowicie zapowiadających się premier.

Na pierwszą powędrujemy 6 października. Będzie to przedstawienie na motywach monumentalnej pięciotomowej autobiograficznej i uznanej powszechnie na arcydzieło „Mojej walki” Karla Ove Knausgårda w adaptacji Tomasza Śpiewaka i reżyserii Michała Borczucha. Dwa miesiące później, 8 grudnia, udamy na nowy spektakl René Pollescha, a wczesną wiosną Konstantin Bogomołow wystawi w Rozmaitościach „Mistrza i Małgorzatę” Michaiła Bułhakowa.

Od jesieni do wiosny TR we współpracy z Muzeum Polin będzie też kontynuował projekt „Obcy w domu. Wokół Marca ‘68”. Jego pierwszy etap zakończył się wybraniem w lipcu pięciu duetów (Aleksandra Jakubczak i Krzysztof Szekalski, Grzegorz Jaremko i Łukasz Wojtysko, Patrycja Kowańska i Bartosz Ostrowski, Marta Nawrot i Jagoda Wójtowicz, Jędrzej Piaskowski i Hubert Sulima), które przez najbliższe miesiące będą rozwijały swoje pomysły na dzieło o Marcu, aż w końcu zwycięska para zrobi w TR przedstawienie.

Transfery: Do zespołu, jak głosi plotka, ma dołączyć Małgorzata Gorol (kolejna ucieczka ze Starego), a w obsadzie u Borczucha jest Halina Rasiakówna (do niedawna czołowa aktorka Teatru Polskiego we Wrocławiu).

Teatr Powszechny po kierownictwem Pawła Łysaka i Pawła Sztarbowskiego dał ostro do pieca w zeszłym sezonie i stał się najgłośniejszym teatrem IV RP. A co nam ta rozgrzana do czerwoności scena zaserwuje w nadchodzącym sezonie?

Teatr zaczyna 30 września od premiery „Mefista” w reżyserii Agnieszki Błońskiej. Potem, 11 listopada (data, jak rozumiem, nie jest przypadkowa) swój spektakl o superbohaterach pokażą Justyna Sobczyk z Jakubem Skrzywankiem. A na koniec roku, 8 grudnia, Powszechny zaprasza na „Czwartą generację” na podstawie filmów Rainera Wernera Fassbindera w reżyserii Agnieszki Jakimiak. W nowy rok Powszechny wkroczy z Cezarym Tomaszewskim i jego „Kramem z piosenkami”, w lutym Jolanta Janiczak i Wiktor Rubin zaproszą na „Nerona”, a w marcu Michała Zadara wyreżyseruje spektakl pod tytułem „Wypędzenie Żydów z Polski w roku 1968”.

Po sukcesach spektakli Mai Kleczewskiej i Anny Smolar bezdomny Teatr Żydowski pod kierownictwem Gołdy Tencer postanowił w nadchodzącym sezonie doszlusować do najlepszych i stworzył jeden z najciekawszych planów repertuarowych.

Pierwsza warta uwagi premiera będzie 11 września. Michał Buszewicz reżyseruje, oczywiście według swojego tekstu, „Kibiców” – spektakl, w którym biorą udział „aktorzy żydowscy” i kibice Legii Warszawa. Co wyniknie ze spotkania tych dwóch jakże różnych (wrogich?) światów, przekonamy się niebawem w Nowym Teatrze, gdzie spektakl będzie grany gościnnie.

Na drugą interesującą premierę wygląda „Ostatni syn” – bajka Magdy Fertacz w reżyserii Przemysława Jaszczaka opowiadająca o chłopcu, który mieszka w ukryciu i wierzy w kolorowy świat z opowieści swojej matki. Ale pewnego dnia opuszcza kryjówkę i widzi rzeczywistość rozrywaną konfliktami między wyznawcami różnych religii. Próbując zrozumieć dlaczego, rozmawia z napotkanymi po drodze Żydem, Chrześcijanką, Muzułmaninem i Buddystką. Ciekawy jestem, co mu powiedzą. Premiera 1 października.

W listopadzie w Żydowskim będą aż dwie premiery. Za pierwszą odpowiada Maja Kleczewska, która wystawi „Golema” Gustava Meyrinka – opowieść o stworzonej przez Żydów postaci z gliny, która ożywiona miała ochraniać nieustannie zagrożoną społeczność. Za drugą odpowiadają Weronika Murek (tekst) i Jędrzej Piaskowski (reżyseria). Zajmą się Wierą Gran, legendarną pieśniarką, której życiorys jest punktem wyjścia do skonstruowania scenicznej fantazji o związkach sztuki z walką o przetrwanie za wszelką cenę oraz pozycji artysty wobec opresyjnej władzy.

W marcu na spektakl o Marcu ’68 zaprosi Anna Smolar (wysyp marcowych przedstawień spowodowany jest przypadającą w przyszłym roku 50. rocznicą Marca ’68), ale zrobi to z zupełnie innej strony, niż praktykowano to dotychczas. Smolar – urodzona i wychowana w Paryżu córka marcowych emigrantów – pracuje nad przedstawieniem, które oddaje głos drugiemu pokoleniu, czyli dzieciom tych, których wypędzono z Polski. Tekst autorstwa Michała Buszewicza powstanie na podstawie wywiadów z rodzicami i dziećmi, które przeprowadzam od kilku miesięcy w Izraelu, Stanach Zjednoczonych i Europie. Więcej o tych rozmowach i ich bohaterach napiszę niebawem.

W maju do Żydowskiego wkroczą Jolanta Janiczak i Wiktor Rubin, którzy przeniosą na scenę znakomitą, nominowaną do Nagrody Literackiej „Nike” autobiografię Andy Rottenberg „Proszę bardzo” (duet ma zaskakujący i jakże podniecający pomysł na to, kto miałby Andę Rottenberg zagrać, ale na razie musiałem przysiąc na grób Mieczysławy Ćwiklińskiej, że go nie zdradzę, wiec milczę jak zaklęty), a w czerwcu zobaczymy nowe przedstawienie króla musicali Wojciecha Kościelniaka. Będzie to „Lola Blau”, opowieść o młodej Żydówce, odnoszącej pierwsze sukcesy aktorce kabaretowej, która musi uciekać z Austrii po anschlussie i robi w Stanach zawrotną karierę.

Wieść gminna niesie, że w Żydowskim ma też pracować Magda Szpecht, która zainteresowała się tekstem Tomasza Śpiewaka „Polacos” o polskich Żydówkach, które pod koniec dziewiętnastego wieku sprowadzane były przez mafię do południowoamerykańskich burdeli.

W STUDIO teatrgalerii pierwszą premierą, 20 października, będzie „Dobra terrorystka” noblistki Doris Lessing w reżyserii Agnieszki Olsten, a drugą, w listopadzie, „Fallaci” – monodram Remigiusza Grzeli w reżyserii Zbigniewa Brzozy. W rolę słynnej dziennikarki Oriany Fallaci wcieli się Ewa Błaszczyk. A potem czekamy do nowego roku, kiedy to 20 stycznia powędrujemy na „Biesy” Fiodora Dostojewskiego w reżyserii dyrektorki artystycznej STUDIO Natalii Korczakowskiej. Premiera numer dwa, 17 marca, to „Kartoteka” Tadeusza Różewicza w reżyserii Radka Rychcika. A 12 kwietnia na „Srebrny sen Salomei” Juliusza Słowackiego zaprasza miłośnik polskiej klasyki Michał Zadara, który – uwaga! uwaga! – sam stanie na scenie. Dwa tygodnie później w STUDIO zobaczymy „Żaby”, przedstawienie Michała Borczucha na podstawie przepisanych przez Tomasza Śpiewaka komedii Arystofanesa i żywotów starożytnych filozofów. I na koniec sezonu, w czerwcu, do teatru wraca Arek Tworus (reżyser interesującej „Jaskini”), który będzie pracował na Scenie Modelatornia (tym razem zaaranżowanej przez Daniela Burena).

STUDIO będzie także realizowało z działającym przy Polskim Związku Głuchych Teatrem „Cisza na Scenie” projekt „Opera dla głuchych” w reżyserii Wojtka Zrałka-Kossakowskiego, muzyką Roberta Piotrowicza i librettem Adama Stoyanova i Zrałka-Kossakowskiego (polecam przy tej okazji znakomity „Jeden gest” Wojtka Ziemilskiego w Nowym Teatrze) i zaczyna współpracę z REDCAT (Roy and Edna Disney/CalArts Theater) – interdyscyplinarnym centrum sztuki w Los Angeles prowadzonym przez California Institute of the Arts. Korczakowska wyreżyseruje tam spektakl o Witkacym, patronie teatrgalerii i za rok przywiezie go do Polski.

Transfery: Ze zespołu odchodzą Agata Goral, Katarzyna Warnke i Dorota Landowska, a dołącza Dominika Biernat.

Pisząc o najciekawszych stołecznych teatrach nie można pominąć Komuny Warszawa, która biedna jest jak mysz kościelna, a ciągle produkuje mnóstwo wspaniałości. I tak 1 września zobaczymy kolejną odsłonę cyklu „Przed wojną/wojna/po wojnie” przygotowaną przez Agnieszkę Jakimiak, a 1 grudnia „Ośrodek wypoczynkowy” Michała Buszewicza i Anny Smolar – spektakl o tych, którzy w czasie polityczno-społecznej zawieruchy nie włączają się w walkę, ale uciekają w bezpieczne miejsce, udając, że nie widzą, co się wokół dzieje. Do przyjścia na tę premierę zachęca także świetna obsada w składzie Marta Ścisłowicz, Maciej Pesta, Jan Sobolewski, Sonia Roszczuk i Małgorzata Witkowska.

Po wielkim sukcesie Mikroteatru (cyklu 16-minutowych przedstawień), Komuna rusza w nowym sezonie z Makroteatrem, czyli 16-godzinnymi spektaklami w reżyserii Krzysztofa Garbaczewskiego i Wojtka Ziemilskiego oraz kolektywów Komuny i Klancyka (niech Zadara nie myśli, że tylko on umie robić spektakle, na które trzeba przyjść z kanapkami i termosem z wódką).

Na Lubelską wraca też autorka największego hiciora Komuny czyli Marta Ziółek. Jej „Zrób siebie” nadal objeżdża świat, a Ziółek z dramaturgicznym wsparciem Anki HerbutMateusza Szymanówki oraz szatańskim kolektywem w składzie Paweł Sakowicz, Robert Wasiewicz, Katarzyna Sikora, Ramona Nagabczyńska, Agnieszka Kryst i Maria Magdalena Kozłowska zabiera się za „PIXO”, by „zmagać się ze sławą, widzialnością i głodem adrenaliny w procesie transformacji ciała i wizerunku”. Jako osoba, która nie zmaga się ani ze sławą, ani głodem adrenaliny bardzo czekam na ten spektakl. Premiera 27 października.

Nikt się tak nie cieszy i nie chwali planami na nowy sezon jak Michał Kotański, dyrektor Teatru im. Stefana Żeromskiego w Kielcach. Bardzo zresztą słusznie. Udało mu się bowiem stworzyć taką repertuarową ofertę, jakiej mogą mu pozazdrościć najlepsze polskie sceny. Kotański przejął teatr rok temu po śmierci jego wieloletniego szefa Piotra Szczerskiego, który pozwalał na to, by raz w sezonie jego małe królestwo nawiedzały „zdradzieckie mordy”, „rozwrzeszczane lewactwo” i „ubeckie wdowy”, czyli krótko mówiąc najlepsi polscy reżyserzy. Obecny dyrektor postanowił nie tylko zwiększyć częstotliwość ich wizyt, ale zabrał się także w końcu za przebudowę tego kieleckiego kurnika na scenę z prawdziwego zdarzenia. Projekt wielkiej inwestycji jest coraz bardziej zaawansowany i wszystko wskazuje, że niebawem ruszy z kopyta. No, ale to nie jest tekst budowlany, więc przejdźmy do spektakli.

Na pierwszy ogień idą Jolanta Janiczak i Wiktor Rubin, którzy z „Żeromskim” są związani szczególnie mocno, i któremu przynieśli onegdaj sławę swoją znakomitą „Carycą Katarzyną”. Tym razem duet bierze się za legendarnego „Rasputina” (to tytuł ich spektaklu) i przy jego pomocy chce zadać pytania o potrzebę wiary w obliczu cierpienia i strachu. Tytułowego bohatera zagra gościnnie powracający po latach do Kielc Maciej Pesta, do niedawna aktor Teatru Polskiego w Bydgoszczy. Premiera 23 września.

Na początku grudnia, dokładnie 9, zobaczymy w końcu wielokrotnie przekładaną prapremierę „1946”, sztuki o najbardziej haniebnym wydarzeniu w powojennej historii Kielc i jednym z najbardziej bolesnych rozdziałów w historii stosunków polsko-żydowskich jakim był bez wątpienia pogrom kielecki. Tekst pisze Tomasz Śpiewak, a wyreżyseruje go Remigiusz Brzyk. Panowie pracowali wspólnie niejeden raz i efektem tej kolaboracji były zwykle bardzo udane spektakle. Miejmy nadzieję, że tak będzie i tym razem. Tym bardziej, że to przedstawienie powstaje w mieście, które co rusz rozpala kolejna awantura o pogrom (patrz: niedawny znakomity film dokumentalny Michała Jaskulskiego „Przy Planty 7/9”) i w kraju, w którym rządzący politycy i wasalne wobec nich media coraz bardziej podsycają wśród Polaków pogromowe nastroje. „1946” jest z pewnością jedną z tych najbardziej oczekiwanych premier.

Miesiąc po niej, 13 stycznia, „Żeromski” w koprodukcji ze stołecznym Teatrem IMKA zaprosi widzów na „Jądro ciemności” na motywach książki Josepha Conrada. Tekst pisze Paweł Demirski, a wyreżyseruje go oczywiście Monika Strzępka. To cieniutkie opowiadanie Conrada jest dziełem o wielkiej mocy, co udowodnił ponad wszelką wątpliwość blisko czterdzieści lat temu Francis Ford Coppola swoim obsypanym nagrodami „Czasie apokalipsy”. Do czego Strzępkę i Demirskiego zainspirowała opowieść o niewyobrażalnie okrutnym belgijskim kolonializmie w Wolnym Państwie Kongo, prywatnej własności Leopolda II, dowiemy się niebawem.

Na koniec sezonu, 23 czerwca, do Kielc po raz pierwszy w swojej karierze przyjedzie Maja Kleczewska, która zaprosi widzów do Lasu Ardeńskiego, gdyż ma zamiar – zupełnie na poważnie – wystawić słynną komedię Szekspira „Jak wam się podoba”. Artystka chce nią zadać pytanie o sens sztuki współczesnej, o której współpracujący z nią od niedawna Zbigniew Libera mówi, że „się w Polsce nie przyjęła”. Coś czuję, że śmiać się to my będziemy, ale przez łzy.

Transfery: Do kieleckiego zespołu dołączyli związany z Teatrem Dramatycznym w Płocku Jacek Mąka i absolwent PWST w Krakowie Bartłomiej Cabaj, którego kieleccy widzowie mogli oglądać z zeszłym sezonie w trzech spektaklach.

W Teatrze Zagłębia w Sosnowcu, przywróconym na mapę Polski przez Dorotę Ignatjew, artystyczne rządy objęła niedawno młoda reżyserka i teatrolożka Aneta Groszyńska, co wskazuje na chęć utrzymania w Sosnowcu ambitnego repertuaru. Co więc zobaczymy na scenie największego rywala Teatru Śląskiego w Katowicach?

Sezon otworzy „Wojna światów” Herberta George Wellsa w adaptacji i reżyserii Weroniki Szczawińskiej. Podejrzewam, że ta słynna apokaliptyczna powieść science fiction o Marsjanach podbijających Ziemię ma być pretekstem do zajęcia się tematem, który żywo porusza ostatnio artystów wszelkich dziedzin, czyli coraz większego poczucia zagrożenia wojną i tego, co ona ze sobą niesie oraz wzrastających uprzedzeń i lęków wobec obcych. W sumie, gdyby Ziemian zamienić na Polaków, a Marsjan na uchodźców, których Polacy nigdy na żywo nie widzieli, ale bardzo się ich boją, to mielibyśmy „Wojnę światów 2017” jak malowaną. Premiera 4 listopada.

Cztery miesiące później, 9 marca, widzowie będą mogli obejrzeć „Wroga – instrukcję obsługi”, spektakl dla dzieci i młodzieży w reżyserii Justyny Sobczyk. A na przełomie marca i kwietnia do Sosnowca zaprosi Maciej Podstawny (dyrektor artystyczny Teatru Dramatycznego w Wałbrzychu reżyseruje w Teatrze Zagłębia Sosnowcu, a dyrektorka artystyczna Teatru Zagłębia w Sosnowcu reżyseruje w Teatrze Dramatycznym w Wałbrzychu). To zresztą nie jedyna oznaka sosnowiecko-wałbrzyskiej kooperacji, bo 8 czerwca zobaczymy premierę koprodukowanej przez obie sceny „Duchologii polskiej” Olgi Drendy.

Transfery: Z zespołu Teatru Zagłębia do Teatru im. Juliusza Osterwy odchodzą Edyta Ostojak i Sebastian Węgrzyn, a na ich miejsce przychodzą z Teatru im. Wojciecha Bogusławskiego w Kaliszu Natasza Aleksandrowitch i dotychczasowy wolny strzelec Łukasz Stawarczyk.

Skoro już o Wałbrzychu mowa to plan tamtejszego Teatru Dramatycznego im. Jerzego Szaniawskiego wygląda następująco: 21 września będzie premiera spektaklu w reżyserii Jakuba Skrzywanka „Kiedy mój tata zamienił się w krzak” Joke van Leeuwen, dzięki której spojrzymy na świat oczami dziewczynki-uchodźcy. W październiku reżysersko zadebiutuje gombrowiczowską „Iwoną, księżniczką Burgunda” Grzegorz Jaremko. Na początku grudnia Maciej Podstawny wystawi „Lorda Jima” Josepha Conrada w koprodukcji z Teatrem Współczesnym w Szczecinie. A w nowym roku najpierw zobaczymy spektakl „Sienkiewicz Superstar” Anety Groszyńskiej, a 30 marca „Mausa” Arta Spiegelmana – sceniczną wersję jednego z najsłynniejszych komiksów świata w reżyserii debiutującego reżysersko scenografa Mirka Kaczmarka.

W Teatrze im. Juliusza Osterwy w Lublinie kierowanym przez Dorotę Ignatjew warto zwrócić uwagę na szykowaną na połowę grudnia premierę „Hindele, siostra sztukmistrza” Patrycji Dołowy w reżyserii Pawła Passiniego, bo postać Hinde Ester Singer Kreytman, siostry Izaaka Baszewisa Singera jest naprawdę fascynująca. W marcu w „Osterwie” będzie reżyserował Jędrzej Piaskowski, pod koniec sezonu Remigiusz Brzyk (tytuły się jeszcze kokoszą).

Transfery: Do zespołu dołączają z Teatru Zagłębia w Sosnowcu Sebastian Węgrzyn i Edyta Ostojak oraz Maciej Grubich, absolwent PWST w Krakowie.

I last but not least Teatr Polski w Poznaniu kierowany przez Marcina Kowalskiego i Macieja Nowaka. Ta niewielka, acz bezczelna scena sieje w wielkopolskiej stolicy coraz większy artystyczny zamęt i nie ma zamiaru zaprzestać, na co dowodem jest zaplanowana na połowę listopada premiera, o której będą mówić i pisać wszyscy. Dlaczego? Bo będzie to spektakl o samym Naczelniku, Polskim Duce, Słońcu Tatr i Jutrzence Piastowskiej Ziemi! „Czas Kaczyńskiego” (nie mylić z „Czasem apokalipsy”) wystawią Monika Strzępka i Paweł Demirski.

Polski próbuje nieustannie eksplorować lokalne tematy, więc tym razem na afisz trafi jesienią „Lekcja poznańskiego” w reżyserii Julii Szmyt – spektakl na podstawie „Szneki z glancem. Elementarza gwary poznańskiej” Elizy Piotrowskiej. Będzie też kolejna odsłona cieszącej się dużą popularnością „Extravaganzy” Joanny Drozdy i spółki.

A co w nowym roku? Same delicje. W styczniu Jakub Skrzywanek wyreżyseruje „Kordiana” Juliusza Słowackiego, w marcu „Odysa” Marcina Cecki wystawi Ewelina Marciniak, w kwietniu na „Wielkiego Fryderyka” Adolfa Nowaczyńskiego zaprasza Jan Klata, a w czerwcu na „Korczaka” Anna Smolar (czy na podstawie świetnej biografii autorstwa Joanny Olczak-Ronikier?). No, to jest plan!

Na koniec zachęcam też do zaglądania do teatrów, których repertuar na co dzień dupy nie urywa (pozdrawiam Krystynę Jandę!), ale od czasu do czasu pozytywnie zaskakuje. Na pewno nie można przegapić premiery „Króla” Szczepana Twardocha w adaptacji Pawła Demirskiego i reżyserii Moniki Strzępki w Teatrze Polskim w Warszawie. Warto się wybrać na „Szajbę” Małgorzaty Sikorskiej-Miszczuk w reżyserii Marcina Libera (13 stycznia) i spektakl taneczny Izy Szostak w Teatrze im. Aleksandra Fredry w Gnieźnie. Trzeba obejrzeć „Korfantego” z tekstem i w reżyserii Przemysława Wojcieszka (27 października) i „Kobietę pod presją” na podstawie scenariusza Johna Cassavetesa w reżyserii Mai Kleczewskiej (16 marca) w Teatrze Śląskim w Katowicach. I pewnie parę innych spektakli, o których będę informował już po wakacjach. Ahoj przygodo!

FOTO | PILNE: Krystian Lupa powiedział

Zwykły wpis
FELIETON

Nie napiszę nic o tańcu

Fot. Zbigniew Żupa/Teatralna Maszyna

Takiego tłumu przed niewielką siedzibą Komuny Warszawa nie pamiętają nawet najstarsi mieszkańcy stolicy. Kolorowa ludność kłębiła się na praskim podwórzu przy nasypie kolejowym, czekając na rozpoczęcie nowego spektaklu Marty Ziółek „Zrób siebie”. W końcu, upchnięci jak szprotki na bałtyckim kutrze, dostaliśmy to, po co przyszliśmy. Kapitalną robotę w wykonaniu tancerzy z piekła rodem: Agnieszki Kryst, Ramony Nagabczyńskiej, Katarzyny Sikory, Pawła Sakowicza, Roberta Wasiewicza, samej Ziółek, i fenomenalnie śpiewającej Marii Magdaleny Kozłowskiej.

Portiernię produkujących elektrofiltry zakładów Elwo w Pszczynie oblężono w późnych godzinach wieczornych i nie była to akcja związkowa. Nic z tych rzeczy. To kilkuset mieszkańców Śląska gotowało się do zajęcia najlepszych miejsc w jednej z hal, w której silniki grzały już dwie koparki o wdzięcznej nazwie CAT. Za sterami „kociaków”, także w pełnej gotowości i glamourowych outfitach, zasiedli Iza Szostak i Paweł Sakowicz. Za chwilę wykonają „Balet koparyczny”. Kto nie widział tego zjawiskowego baletu maszyn, ten niczego nie widział. Gdybym miał kapcie, spadłyby mi z wrażenia. Dwoje tancerzy z dramaturgicznym wsparciem Anki Herbut, która maczała też palce w „Zrób siebie”, stworzyło, używając ciężkiego sprzętu budowlanego, pełnokrwiste i zachwycające dzieło. Brawom nie było końca.

To tylko dwa pierwsze z brzegu przykłady świetnej roboty, jaką wykonali ostatnio nasi choreografowie/choreografki i tancerze/tancerki, bo nie mam tu przecież miejsca, by napisać więcej o pokazywanym na Scenie Tańca Studio znakomitym „Nowym nieskończonym solo na obuwie sportowe, czas przeszły i grupę osób” Mateusza Szymanówki i Przemka Kamińskiego czy o błyskotliwym performansie Alexa Baczyńskiego-Jenkinsa i jego dream teamu na wystawie choreograficznej „Układy odniesienia” w Muzeum Sztuki w Łodzi. Nie mam miejsca, by napisać o ciekawych wydarzeniach dziejących się w stołecznych KEM-ie i Centrum w Ruchu, w bytomskim Rozbarku i w mazurskim Burdągu.

Nie mam miejsca, by napisać o ruchowym zwrocie w Teatrze Polskim w Bydgoszczy, Nowym Teatrze w Warszawie czy Teatrze Dramatycznym w Wałbrzychu, które rozumieją, że zamykanie drzwi przed choreografami i tancerzami to dzisiaj po prostu obciach. Nie mam miejsca, by napisać o tym, ile dla polskiego tańca współczesnego robi Grażyna Kulczyk od lat finansująca Art Stations Foundation, dzięki której – pod czujnym okiem Joanny Leśnierowskiej – powstały w Starym Browarze w Poznaniu dziesiątki tanecznych prac. Nie mam miejsca, by napisać o Dominice Knapik, Kai Kołodziejczyk czy Tomaszu Wygodzie pracujących z najlepszymi reżyserami i cudownie wprawiających ich aktorów w ruch. Nie mam miejsca, by napisać o Wydziale Teatru Tańca w Bytomiu (filii PWST w Krakowie), którego studenci nie mogą pokazywać swoich często zachwycających spektakli dyplomowych na Festiwalu Szkół Teatralnych w Łodzi, bo kierujące tym festiwalem zakute pały tańca nie poważają.

Nie mam miejsca, by opisać najważniejsze działania Instytutu Muzyki i Tańca czy tanecznych projektów Cricoteki. Nie mam miejsca, by napisać o festiwalach: lubelskim Maat, krakowskich KRokach, warszawskim Ciele/Umyśle. Nie napiszę także ani słowa o rolach Roberta Wasiewicza (tancerza i aktora w jednej osobie) w spektaklach Natalii Korczakowskiej i Mai Kleczewskiej, o Mikołaju Mikołajczyku pracującym z seniorami w domu kultury w wielkopolskim Zakrzewie, o Krzysztofie Pastorze kierującym Polskim Baletem Narodowym, o pięknym „Station de corps” Tomasza Bazana, o hipnotyzujących „Collective Jumps” Isabelle Schad i ocenzurowanym „This Is a Musical” Karola Tymińskiego.

Nie mam gdzie o tym wszystkim napisać, gdyż na taniec brak po prostu miejsca. A poza tym, umówmy się, o czym miałbym klecić zdania? Przecież w polskim tańcu współczesnym tak niewiele się dzieje.

CZYTAJ TAKŻE:
Wykradam czas na ruch | Dominika Knapik
Jestem błędem w systemie | Robert Wasiewicz
Nie jestem panem od sceny walca | Paweł Sakowicz

Zrób sobie dobrze | recenzja „Zrób siebie”

____

Felieton ukazał sie w „Wysokich Obcasach” 18.06.2016 r.
fot. Zbigniew Żupa/Teatralna Maszyna

Zwykły wpis
RECENZJA

Zrób sobie dobrze

unnamed-1

Robienie siebie zdaje się być dzisiaj głównym zajęciem większości ludzi. To bardzo skomplikowane i czasochłonne zadanie, bo trzeba niemal dwadzieścia cztery godziny na dobę śledzić zmieniające się jak w kalejdoskopie trendy, które atakują nas ze wszystkich stron. Joga, rower, siłka, basen. Wczoraj burgery, dzisiaj krłasąty, jutro wszystko bez glutenu. Psychoterapia, osobisty trener, grupowe zajęcia z samodoskonalenia. Rejbany, podwinięte nogawki, kroksy, trampki, mokasyny. Piling, botoks, wybielanie, odsysanie, ujędrnianie, lajkowanie, tłitowanie. Ciągłe selfi, memy, gify.

Nie ma zmiłuj, nie ma potem, nie ma – może jutro. Trzeba ćwiczyć, trzeba rzeźbić, trzeba się pokazać. Tylko nie wiadomo już kto się pokazuje. My, nasze wyobrażenie o sobie czy wyobrażenie innych o nas? Jesteśmy jeszcze prawdziwymi ludźmi, czy już tylko awatarami, jak Coco (Ramona Nagabczyńska), Lordi (Katarzyna Sikora), Beauty (Agnieszka Kryst), High Speed (Paweł Sakowicz) i Glow (Robert Wasiewicz), którym przewodzi szamanka Angel Dust (Marta Ziółek). Nie wiadomo jedynie, gdzie ich w końcu zaprowadzi: do krainy doskonałości czy do dyskoteki pod Łodzią. W noszonych przez siebie kostiumach wszyscy znakomicie odnaleźliby się w jednej i drugiej rzeczywistości.

Błyskotliwość „Zrób siebie” polega w dużej mierze na tym, że nie rości sobie pretensji do sierioznej krytyki niesprawiedliwości tego świata, która już niejedno teatralne czy taneczne dzieło położyła. Nie ma w tym spektaklu napinki i śpiewania wysokim tonem (a śpiewa znakomita Maria Magdalena Kozłowska). Owszem, skrytykujemy ślepy konsumpcjonizm, ale „generalnie mamy wyjebane”. Mówimy, co chcemy powiedzieć, a potem ściągamy neonowe outfity i jedziemy na melanż na Saską Kępę. Jest hajp, jest spin, czek dis ałt mada faka! Kto ma dżointa? Kto popersa? Albo chociaż kolę zero?

Marta Ziółek udowodniła po raz kolejny, że ma znakomitą intuicję w dobieraniu współpracowników. Do swojej bombastycznej stylówy i jakże aktualnego tematu zaprosiła absolutnych świrusów, pierwszorzędnych tancerzy i performerów, którzy na scenie zrobią co tylko będą chcieli. In nomine Patris et Filii et Spiritus Sancti. Widać też, że wszyscy mają duży fun – bawią się równie dobrze jak publiczność, ale jednocześnie wykonują precyzyjnie plan.

Dawno nie dostałem takiego kopa energetycznego w teatrze. Trudno jest na tym spektaklu wysiedzieć. Po kilkunastu minutach sam chciałem wskoczyć w różowe getry i dołączyć do zespołu jako Pink Glam, choć nie wiem czy Anka Herbut, autorka dramaturgii, byłaby zadowolona, że jej wchodzę w szkodę. Ale może trzeba było zaszaleć, dlaczego nie? W końcu nieczęsto dostajemy w stołecznym teatrze takie rarytasy jak „Zrób siebie”, bo – co tu dużo gadać – na koniec sezonu Komuna Warszawa zafundowała nam prawdziwy hit.

____

„Zrób siebie”, chor. Marta Ziółek, Komuna Warszawa

fot. Witek Orski

Zwykły wpis
ROZMOWA

Jestem błędem w systemie

12998620_10206440115345190_6807804618762052743_n

Niezależnie od przedsięwzięcia w jakim biorę udział, staram się nie rozdzielać aktorstwa i ruchu. Z tancerzem i aktorem Robertem Wasiewiczem rozmawia Mike Urbaniak

Co byś wpisał w rubrykę zawód?
– 
Aktor-tancerz.

A co masz napisane na dyplomie?
– 
Aktor teatru tańca, ale w teatrze tańca nie pracuję. We wszystkich spektaklach, w których gram, wykorzystuję zarówno moje doświadczenie teatralne jak i taneczne, więc mówię o sobie aktor-tancerz.

Jak się nim zostaje?
– 
Trzeba skończyć bytomski Wydział Teatru Tańca krakowskiej PWST i grać jako aktor i tancerz w różnych spektaklach. Trzeba też przygotować się na nieustannie zadawane pytanie: „No dobra, ale jesteś tancerzem czy aktorem?”.

Zostanie jednym i drugim było marzeniem od zawsze?
– 
Najpierw chciałem być piosenkarzem, ale mutacja wszystko pokrzyżowała.

Słyszałem jak śpiewasz, masz dobry głos.
– 
Nie żartuj.

Gdzie miałeś pierwszą publiczność?
– 
W moim rodzinnym Żabieńcu koło Piaseczna. Potem w szkole podstawowej i gimnazjum w Piasecznie. W końcu w liceum w Warszawie.

W Piasecznie było kółko teatralne w ośrodku kultury, a w Warszawie – klasa o profilu teatralnym. Jak to się zaczęło?
– 
Od konkursu recytatorskiego, na którym mówiłem „Na straganie” Jana Brzechwy i muszę zaznaczyć, że fragment „mój buraku, mój czerwony” miał w mojej interpretacji wybitnie erotyczny wydźwięk. Tam podeszła do mnie pani, która prowadziła grupę teatralną w ośrodku kultury i powiedziała: „Widzę talent”. Nie mogłem zaprzeczyć. W kółku teatralnym najbardziej spodobała mi się zespołowość. Do dzisiaj ją najbardziej cenię w pracy w teatrze.

To teatr, a gdzie ruch?
– 
Do ruchu zachęcali rodzice, którzy chcieli mnie trochę odchudzić, bo byłem monstrualnych rozmiarów.

Że co proszę?
– 
Wiem, że trudno jest w to dzisiaj uwierzyć, ale tak było. Pokażę ci zdjęcie.

Rzeczywiście pulpet, ale żeby od razu monstrum to bym nie powiedział. A co tu grasz?
– 
Kaczora, bo obsadzano mnie po warunkach i rola amanta nie wchodziła raczej w grę. Trzeba było więc się trochę zacząć ruszać. Próbowałem tenisa, piłki nożnej (w przerwie były hot-dogi) i tańca, ale nigdy nie zostawałem na dłużej, szybko rezygnowałem. Za to teatru trzymałem się długo, a kiedy wziąłem udział w warsztatach z aktorami z Gardzienic, zacząłem interesować się fizycznym treningiem aktorskim. W liceum nieustannie szukałem kontaktu z teatrem i ruchem. Brałem udział w kolejnych warsztatach, jak tych w Teatrze Narodowym, gdzie spotkałem się z Januszem Gajosem, Janem Englertem czy Anną Chodakowską. Kiedy zebrałem na osiemnaste urodziny pokaźną sumę pieniędzy, postanowiłem, że przeznaczę ją w całości na teatr i będę chodził przez rok na wszystkie spektakle do wszystkich teatrów w Warszawie. I tak zrobiłem.

Co ci się najbardziej podobało?
– 
Znalazłem swój świat na spektaklach Krystiana Lupy, bywałem też dużo w TR Warszawa.

Osiemnastka skończona, czas wybrać studia.
– 
Długo się zastanawiałem, co ze sobą zrobić. Ciągnął mnie teatr, ale też taniec. W końcu ktoś mi powiedział, że w Bytomiu jest Wydział Teatru Tańca, który – jak sama nazwa wskazuje – łączy teatr i taniec, który próbuje taniec redefiniować, który jest eksperymentem i poszukiwaniem, który proponuje coś, co się nazywa polską techniką tańca współczesnego. Pomyślałem, że to jest może dla mnie, ale się przestraszyłem, bo słyszałem, że tam zdają ludzie po szkołach baletowych, tancerze praktykujący od lat, a ja do żadnej z tych grup nie należałem, miałem niewielkie taneczne doświadczenie. Ale trudno, trzeba ryzykować. Złożyłem w końcu papiery na Wydział Aktorski i Wydział Teatru Tańca. Na pierwszy mnie nie przyjęli, na drugi tak. Postanowiłem spróbować z zamiarem ponownego zdawania za rok na Wydział Aktorski.

Czego jednak nie zrobiłeś.
– 
Bo po trzech miesiącach wiedziałem, że Wydział Teatru Tańca jest dla mnie, że właśnie to chcę robić i zostałem w Bytomiu. Byliśmy drugim rokiem na nowoutworzonym wydziale, więc wszystko było jednym wielkim eksperymentem. Nikt nie wiedział kim właściwie aktor teatru tańca ma być. Czuliśmy się wolni i bezkarni, choć na tej beztrosce kładł się cień niepewności, bo wydział nie miał jeszcze żadnych absolwentów, nie wiadomo było kto i czy w ogóle przyjmie nas po studiach, jak wygląda rynek pracy.

Tam kaczor zamienił się w łabędzia?
– 
Chudnąć zacząłem już w liceum, ale radykalna zmiana nastąpiła w Bytomiu. Dostałem tam taki wycisk fizyczny, jakiego wcześniej nie miałem. Tańca mieliśmy tak dużo, że niektórzy nie dawali rady. Dzisiaj program taneczno-aktorski jest bardziej zbalansowany.

980301_10200114432767079_385678393_o

Co o twoich wyborach myślą rodzice?
– 
Są wspaniali, zawsze bardzo mnie wspierali. Jeżdżą na wszystkie moje premiery jeśli tylko mogą i raz na jakiś czas pytają kontrolnie, czy jestem szczęśliwy, czy cieszy mnie to co robię – szczególnie kiedy pojawiają się trudne momenty.

Jakie trudne momenty?
– 
Związane zarówno z nieregularnymi dochodami, co jest od czasu do czasu problemem każdego wolnego strzelca, jak i trudnymi procesami twórczymi, które znoszę bardzo różnie.

Dlaczego spektakle dyplomowe Wydziału Teatru Tańca nie są pokazywane na Festiwalu Szkół Teatralnych w Łodzi?
– 
Nasze akurat były, ale ani rocznik przed nami, ani żaden po nas rzeczywiście nie był zaproszony do konkursu. Nie wiem dlaczego, nie jestem dobrym adresatem tego pytania, ale na pewno jest to duża strata dla studentów.

Może nie jesteście uważani za aktorów?
– 
Być może, ale przecież nimi jesteśmy, choć z pewnością są tacy absolwenci, którzy odnajdują się bardziej w tańcu.

Na rzeczonym festiwalu dostałeś nagrodę Radia Łódź za swoją rolę w „Czyż nie dobija się koni?” w reżyserii Waldemara Raźniaka.
– 
Miałem wielki sztuczny brzuch, byłem bardzo gruby, więc może to jest jakiś znak? Może powinienem wrócić do poprzedniej wagi?

Ruszyłeś po szkole na rozmowy z dyrektorami teatrów?
– 
Nie, odbyłem tylko jedną, polecony przez mojego profesora. Podczas tej rozmowy dyrektor zaproponował mi, bym porozmawiał z reżyserami, którzy mieli w tamtym czasie współpracować z teatrem. Nie porozmawiałem.

Chciałbyś być etatowym tancerzem-aktorem teatru dramatycznego?
– 
Jasne, jest kilka ciekawych, otwartych na eksperymenty zespołów, do których z chęcią bym dołączył. Nie wyobrażam sobie jednak zupełnej rezygnacji z pracy z ciałem. Niezależnie od przedsięwzięcia w jakim biorę udział, staram się nie rozdzielać aktorstwa i ruchu. W jednych spektaklach – upraszczając – jestem bardziej aktorem, w innych bardziej tancerzem, w jednych mam tekst, w innych nie, ale to jest kwestia proporcji, a nie rezygnowania z czegoś.

Skończyłeś szkołę w 2013 roku. Masz poczucie, że jesteś szczęściarzem, bo wszedłeś do teatru, kiedy ten zaczął otwierać się na ruch?
– 
Miałem rzeczywiście od początku wielkie szczęście, bo zacząłem od razu pracować z bardzo fajnymi ludźmi i mam nadzieję, że to się nie zmieni. Cieszę się, że teatr dramatyczny otwiera się na ruch.

Praca sama do ciebie przyszła, czy musiałeś się o nią wystarać?
– 
Różnie. Zwykle było tak, że jeden spektakl uruchamiał następny, ale też zdarzały się – na szczęście krótkie – przestoje, gdy wiele osób powiedziało, że chce ze mną pracować i nagle nic z tego nie wyszło.

I co wtedy?
– 
Wtedy zaczynają topnieć oszczędności, aż w końcu musisz coś pożyczyć. Stawiasz na samorozwój i pojawiasz się na castingach, szukasz. Aż w końcu dzwoni telefon, odbierasz i słyszysz: „Widziałem cię na scenie, popracujemy razem?”.

W zeszłym roku Michał Borczuch zaprosił cię do „Fausta” w Teatrze Polskim w Bydgoszczy. Ten spektakl – takie mam przynajmniej wrażenie – otworzył nowy rozdział twojej teatralnej historii. Prawda to, czy zmyślam?
– 
Kiedy dowiedziałem się, że jestem w obsadzie bardzo się ucieszyłem, bo od dawna jestem fanem teatru Michała. Pomyślałem sobie, że coś się zaczyna i rzeczywiście „Faust” wydaje się być punktem zwrotnym na mojej drodze. Po „Fauście” zacząłem dostawać więcej propozycji, o wiele więcej pracuję. Po za tym, było to dla mnie bardzo ważne artystyczne doświadczenie. Zupełnie inny proces twórczy od tych, których doświadczyłem wcześniej. Naprawdę dużo się w Bydgoszczy uformowało, ale nie chcę deprecjonować poprzednich spektakli, bo one też były dla mnie z różnych powodów ważne.

10428498_10204070801073814_624963075102396059_n

Prawdziwa droga mleczna.
– Bez przesady, podejmowałem także złe decyzje, ale nawet wtedy walczyłem o swoje, starałem się zrobić jak najlepiej moją robotę. I póki co nie zdarzyło mi się wychodzić ze wstydem na scenę. W tej pracy zawsze coś sensownego można ukręcić.

Dużo pracujesz, kalendarz ci gęstnieje, grasz w kilku miejscach w Polsce. Wyrabiasz się na zakrętach?
– 
Był taki czas, kiedy przestałem się wyrabiać, dlatego musiałem zrobić przerwę od zajęć w Bytomiu, gdzie byłem asystentem. Wtedy jednego dnia grałem spektakl w Koszalinie, drugiego w Krakowie, a trzeciego w Bydgoszczy. Noce spędzałem ledwo żywy w kuszetkach, ale zawsze wejście do teatru i spotkanie ze świetnymi ludźmi daje ci takiego kopa, że zapominasz o zmęczeniu i znów masz energię, którą możesz oddać widzom.

Może musisz zacząć nauczyć się odmawiać?
– 
Ale po co odmawiać ciekawych propozycji, lepiej coś poprzestawiać. Poza tym, jak wiadomo, bezrobocie nie śpi, trzeba być czujnym i pracować.

W tym roku zagrałeś w „Wyznawcy” w reżyserii Natalii Korczakowskiej w Teatrze Studio w Warszawie, a za kilka dni masz premierę „Głosu ludzkiego” w reżyserii Mai Kleczewskiej w Operze Narodowej.
– 
W „Wyznawcy” gram ruchowe alter ego głównego bohatera, reprezentuję jego ukrywane żydowskie korzenie. To była ciekawa praca i duże wyzwanie być nieustannie na scenie niemal nic nie mówiąc. Szukaliśmy z Natalią pomysłów na moją obecność, nie chcieliśmy by stała się tylko formalnym zabiegiem i myślę, że udało nam się z grającym główną rolę Mateuszem Królem wytworzyć mocną więź, co bardzo sobie w tym spektaklu cenię. Natalia jest reżyserką otwartą na ruch i godziła się na moje narzędzia twórcze – w dużej mierze to ode mnie zależało, co robię na scenie. Dodam, że „Wyznawca” jest naszą drugą wspólną pracą, pierwszą były „Dziady” w Teatrze Dramatycznym w Białymstoku.

A Maja jest nie tylko wspaniałą reżyserką, ale i zwolenniczką ogromnej wolności dawanej współpracownikom. Dlatego praca z nią jest ogromnym wyzwaniem i przyjemnością. Po raz kolejny miałem szczęście trafić na ciekawy proces otwarty na eksperymenty. W „Głosie ludzkim” za pomocą działań ruchowych i aktorskich dopełniamy historię głównej bohaterki, w którą wciela się Joanna Woś.

Dopełniamy?
– 
My, czyli czworo tancerzy, bo oprócz mnie w spektaklu biorą udział Kaya Kołodziejczyk, Michał Ciećka i Góo Bâ, a za choreografię odpowiada Tomek Wygoda. Wszyscy jesteśmy zamknięci w cudownej wizualnej formie stworzonej przez Wojtka Pusia i kostiumach Konrada Parola. Podstawowymi elementami scenografii są wraki samochodów i praca z tego typu obiektami stanowi spore wyzwanie dla ciała.

Słyszałem, że pracujesz wyjątkowo ofiarnie.
– 
Mam parę ekstremalnych działań, dlatego być może słyszałeś o mojej „ofiarności”, którą najlepiej podsumował jeden z realizatorów, pytając mnie, czy jestem kaskaderem. Swoją drogą, to dziwne uczucie, kiedy wychodzisz z próby cały powyginany i poobijany, po tym jak przez ostatnią godzinę, próbowałeś wpasować swoje ciało w obcą materię jaką jest stary citroën i widzisz wokół siebie piękne, wyprostowane i kroczące majestatycznie baletowe ciała. Oczywiście nie chcę powiedzieć, że tancerze baletowi nie wiedzą, co to ból i wysiłek. Trenowałem klasykę i wiem jak ciężka jest ta technika. Wspomniany kontrast wynika z różnicy w estetyce i sposobie pracy z ciałem. Dlatego w operze czuję, że jestem jakimś błędem w systemie.

12308386_10205549522200918_4730402700268900039_n

Zaangażowałeś się też niedawno w KEM – nowe miejsce na mapie Warszawy, stworzone dla ruchu i performensu.
– 
KEM jest cudownym miejscem stworzonym przez Martę Ziółek i Alexa Baczyńskiego-Jenkinsa. Ja jestem tylko zaprzyjaźnionym artystą. Otworzyliśmy wspólnie KEM kilka tygodni temu tworząc obiekty choreograficzne. Marta z Alexem zaprosili do współpracy wielu fantastycznych ludzi o skrajnych doświadczeniach – od tancerki buyo Hany Umedy do artysty wizualnego i performera Jaysona Pattersona.

KEM jest dla mnie przestrzenią niezwykłej (fry)wolności, a dla ciebie?
– 
Póki co, rzeczywiście pracujemy jak każde nowe miejsce trochę na wariata, ale to nie jest tak, że idę do KEM-u, żeby się świetnie pobawić. Marta i Alex są doświadczeni i profesjonalni, ciężko pracują i wiedzą doskonale, jaki cel chcą osiągnąć, dlatego pracę nad spektaklem w KEM-ie traktuję tak samo poważnie jak pracę w operze. Poczucie frywolności o którym mówisz bierze się pewnie stąd, że się znamy, kumplujemy, imprezujemy, ale kiedy jest robota to nie ma litości.

Co po operze?
– 
Zaczęliśmy już próby do kolejnej premiery Marty Ziółek „Zrób siebie/Make Yourself” w Komunie Warszawa, nad którą pracuje odlotowy zespół w składzie Paweł Sakowicz, Ramona Nagabczyńska, Kasia Sikora, Aga Kryst, Krzyś Bagiński, Anka Herbut, Lubomir Grzelak, ja i oczywiście Marta. Plany na jesień też już są, ale nic nie powiem, dopóki nie podpiszę umów. A w przyszłym roku chciałbym zrobić w końcu pierwszą własną choreografię, przyjdziesz zobaczyć?

CZYTAJ TAKŻE:
Wykradam czas na ruch / rozmowa z Dominiką Knapik

____

549966_4529639522561_476698432_n

Robert Wasiewicz (rocznik 1989) jest absolwentem Wydziału Teatru Tańca w Bytomiu, filii Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej im. Ludwika Solskiego w Krakowie, gdzie zagrał w spektaklach dyplomowych „Czyż nie dobija się koni?” w reżyserii Waldemara Raźniaka (2011, Nagroda Radia Łódź na Festiwalu Szkół Teatralnych) i „Swan Lake” w choreografii Idana Cohena (2011). Jeszcze podczas studiów występował na deskach Śląskiego Teatru Tańca w przedstawieniach Jacka Łumińskiego „La, la, land” i „Nie całkiem ciemny, nawet kolorowy (na szczycie góry trudno się zgubić)” oraz Teatru Polskiego w Bielsku-Białej („Hotel Nowy Świat” w reżyserii Magdaleny Piekorz, 2012) i Teatru Śląskiego w Katowicach („Meblościanka” w reżyserii Błażeja Peszka, 2012). Po szkole zadebiutował w 2013 roku w Teatrze Palladium w Warszawie w spektaklu Marcina Wrony „Chopin musi umrzeć” i w tym samym roku zagrał w przygotowanym na Festiwal Czterech Kultur w Łodzi „Podwórku 37” w reżyserii Krzysztofa Garbaczewskiego oraz wystawionym w łódzkim Teatrze Chorea „Muzgu” w reżyserii Tomasza Rodowicza. Kolejne przedstawienia z jego udziałem to: „Dziady” w reżyserii Natalii Korczakowskiej w Teatrze Dramatycznym w Białymstoku (2014), „Faust” w reżyserii Michała Borczucha w Teatrze Polskim w Bydgoszczy (2015), „Tit Anik” w reżyserii Kai Kołodziejczyk w TR Warszawa (2015), „Smells Like Fashion” w choreografii Marty Ziółek w ASP w Warszawie (2015), „Piosenki miłości i śmierci” w reżyserii Cezarego Tomaszewskiego w Cricotece w Krakowie (2015), „Bezwietrzne lato” w reżyserii Barbary Wiśniewskiej w Bałtyckim Teatrze Dramatycznym w Koszalinie (2015), „TO” w choreografii Marty Ziółek na MAAT Festival w Lublinie (2015) i „Wyznawca” w reżyserii Natalii Korczakowskiej w Teatrze Studio w Warszawie (2016). Obecnie jest w trakcie prób do „Głosu ludzkiego” Francisa Poulenca w reżyserii Mai Kleczewskiej w Teatrze Wielkim – Operze Narodowej w Warszawie, premiera 16 maja.

____

Fot. arch. pryw./Adam Sztokinier

Zwykły wpis