ROZMOWA

Jak zostałem gejem

Kiedy mam wyjść na scenę, cieszę się jak dziecko i tej mojej mojej radości nie mam zamiaru ukrywać. Krystian Durman

Wyobrażam sobie ciebie jako wodzireja na statku w Łebie.
– Widzę, że mnie przyszpiegowałeś!

Sława piratów sięga daleko.
– Ciężko nad nią pracujemy. I ja, i Jack Sparrow.

Od dawna?
– Od kilku lat. Pracę w Łebie zacząłem po pierwszym roku studiów i trwała do ostatnich wakacji. To była bardzo fajna, ale i ciężka robota. Kiedy inni w lipcu i sierpniu odpoczywali, ja zasuwałem na statku, żeby zarobić kasę na cały rok. Robiłem siedem czterdziestopięciominutowych spektakli dziennie, od rana do wieczora. Czasem w pełnym słońcu, czasem w deszczu.

Dobra szkoła improwizacji.
– Tak też to traktowałem. Nie jako chałturę, ale jako wyzwanie. To nie jest łatwa sprawa zabawić turystyczną widownię, czasami także pod wpływem alkoholu. Tu nie ma zmiłuj, nikt cierpliwie nie będzie oglądał, jak się nie spodoba.

Ty się podobałeś?
– Chyba, skoro tak długo to robiłem, a ludzie przychodzili kilkakrotnie albo wracali co roku. Do dzisiaj od czasu do czasu ktoś do mnie pisze na Facebooku z pytaniem o Kapitana Krisa.

W tym roku Kapitan Kris wypłynie w rejs?
– Czekam na kilka decyzji po ostatnich zdjęciach próbnych do filmów i seriali, ale myślę, że i w te wakacje będzie można mnie spotkać w Łebie.

A jak zdjęcia próbne zakończą się licznymi propozycjami, to film wyprze teatr?
– Nie, w żadnym razie! Jeśli chodzi o łączenie teatru i filmu to myślę zawsze o drodze, jaką idzie aktor, którego jestem wielkim fanem, i o którym napisałem pracę magisterską.        

O Marcinie Czarniku.
– Tak, on zrobił kilka filmów i seriali, ale najważniejszy był zawsze teatr. Chciałbym podobnie umieć połączyć granie w teatrze z fajnymi spotkaniami z kamerą, chociaż castingów szczerze nie cierpię, bo nie lubię, a może nawet nie potrafię udowadniać w pięć minut, że jestem zajebisty. A na castingach o to właśnie chodzi.     

Ale ty właśnie sprawiasz wrażenie osoby – że też użyję tego okropnego słowa – zajebistej. Szczególnie jeśli się śledzi twoją aktywność w mediach społecznościowych.
– Wiedziałem, że ktoś mi to w końcu wypomni, ale nie podejrzewałem, że to będziesz ty.

Ja ci niczego nie wypominam. Wręcz przeciwnie, bardzo lubię oglądać twoje kolejne radosne foty z garderoby czy górskich wypraw. Wyglądasz na nich na najszczęśliwszą osobę na świecie.
– Bo ja się cieszę jak dziecko, że gramy kolejny raz „Triumf woli” albo, że spędzę weekend w górach. W ogóle rozpiera mnie energia i jestem nadaktywny: lubię wspinaczkę, bieganie, rower, siłownię, co mi się szczególnie przydało w szkole teatralnej, którą zacząłem jako ponad dziewięćdziesięciokilogramowy pączek. Byłem wtedy do wyrzucenia.

Za kilogramy?
– Nie, za to, że nie wiedziałem, po co tam jestem.

W rodzinnym Kaliszu też byłeś zagubiony?
– W Kaliszu robiłem tysiąc rzeczy. Zaczęło się niewinnie od zbierania pieniędzy na Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy, a po latach mogłem towarzyszyć Jurkowi Owsiakowi i dbać o to, żeby on się nie zgubił. Organizowałem też koncerty, robiłem program kulturalny „Pull Up”, który do dzisiaj można oglądać ku mojej rozpaczy na YouTube. Sporo tego było.

Rodzice to dzielnie znosili?
– Bardzo, a dzisiaj są moimi wiernymi widzami. Zaszczepiłem w nich miłość do gór i przede wszystkim do teatru, bo żadnych artystycznych inklinacji w naszej rodzinie nie było. Mama jest superksięgową, a tato lodziarzem, to znaczy producentem lodów. Wpisanym nawet do „Księgi rekordów Guinnessa” za stworzenie największego loda na świecie!

A ty lodziarzem nie chciałeś zostać?
– Lubię lody, ale wybrałem aktorstwo, choć nie było łatwo. Za pierwszym razem nie przyjęto mnie do żadnej szkoły teatralnej, a w łódzkiej filmówce usłyszałem, że „nie mam jaj do uprawiania tego zawodu”.

Jakże rzeczowe uzasadnienie.
– Prawda? Ale w sumie cieszę się, że mnie nie przyjęli. To mi dobrze zrobiło. Przez poznanych na Woodstocku ratowników górskich trafiłem wtedy do sudeckiego GOPR-u i zacząłem studiować turystykę i rekreację w Wałbrzychu. Góry kocham do dzisiaj. Ratownikiem jednak nie zostałem, chociaż podobno bardzo się nadawałem. Po roku znów zdawałem do szkół teatralnych. W Krakowie na przykład odrzuciła mnie komisja, w której była Dorota Segda i Adam Nawojczyk.

Dzisiaj gracie wspólnie w Starym Teatrze.
– Pozdrawiam Dorotę i Adama!

We Wrocławiu na początku ci chyba nie szło.
– Bo kiedy stawałem na scenie, czułem się jak estradowiec. Ale teraz będzie grańsko! – myślałem. Kompletny bezsens i zero świadomości. Dopiero na drugim roku odpalił mnie Adam Cywka, świetny pedagog. Dojeżdżał mnie nieustannie: „Co ty tu, kurwa, grasz?! Nawet do drzwi nie potrafisz zapukać!” – krzyczał po jakiejś próbie. Taką miał na mnie metodę, jak się okazało skuteczną. Ważne były też spotkania z Krzesisławą Dubielówną i Teresą Sawicką. Wspólnymi siłami w końcu się odblokowałem, zrozumiałem na czym rzecz polega i uspokoiłem, choć cały czas mówiono na mnie „aktor gwałtowny”, bo nie było takiego egzaminu, w którym nie gwałciłbym koleżanek. Teraz w „Triumfie woli” gwałcę postać graną przez Dorotę Pomykałę. Taki już mój aktorski los.

Los, który pozwolił ci zadebiutować jeszcze w szkole w kaliskim Teatrze im. Wojciecha Bogusławskiego.
– Wypuściły mnie tam na trzecim roku Sawicka i Dubielówna.

Gnaj Lorenzo do Kalisza! – powiedziały?
– Mniej więcej. I zagrałem Lorenza w „Kupcu weneckim” Adama Nalepy.

Przyjętym bardzo chłodno.
– Niestety. Myślę, że przenosiliśmy ten spektakl, bo próby trwały trzy i pół miesiąca. Ale lubiłem mojego Lorenza. Nie tak, jak Księdza w dyplomowym „Weselu” Moniki Strzępki, ale jednak. W ogóle myślałem wtedy, żeby zostać w Kaliszu, bo wiedziałem, jak trudno jest o etat w teatrze. Z tego pomysłu wyleczyła mnie moja dziewczyna i przyjaciel z roku. Wróciłem więc do Wrocławia na „Wesele”.

Przyjęte z kolei entuzjastycznie. Za rolę w nim zostałeś wyróżniony na Festiwalu Szkół Teatralnych w Łodzi.
– To była wspaniała praca z Moniką Strzępką, którą o zrobienie dyplomu wybłagali koledzy. Szkoda, że już go nie możemy grać. Do dzisiaj tęsknię za Księdzem.

Jakie było marzenie na „po szkole”?
– Chciałem do Krakowa i uderzałem po kolei do dyrektorów tamtejszych teatrów. Kiedy wszedłem do Starego, całowałem schody. Udało mi się nawet złapać w sekretariacie dyrektora Jana Klatę, który na moje: „Dzień dobry, chciałem zaprosić pana dyrektora na mój spektakl dyplomowy”, tak pierdolnął mi drzwiami przed nosem, że mi zadzwoniło w uszach. Ale nie dałem za wygraną i teraz lubię opowiadać tą historię.

Do Starego w końcu się dostałeś, ale przez Nowy.
– Koleżanka poleciła mnie do spektaklu „Umarła kasta” reżyserowanego w Teatrze Nowym przez Iwonę Jerę. Rola w nim zaowocowała stypendium, dzięki któremu powstało w Nowym kolejne przedstawienie pod tytułem „Wszystkie misie lubią miód”. Przyszedł je zobaczyć najpierw Marcin Czarnik, a potem Jan Klata. Kiedy Janek wszedł do teatru w długim zimowym płaszczu, wyglądał jak Dementor z Harry’ego Pottera. Wziąłem trzy głębokie wdechy i wyszedłem na scenę.

A Dementor zaproponował ci wkrótce gościnne występy w Starym.
– W dodatku u Moniki Strzępki, której „Bitwę warszawską” czy „Nie-Boską komedię” widziałem kilkanaście razy. Na pierwszą próbę szedłem – jakby to delikatnie powiedzieć – posrany.

Strach szybko minął?
– Właśnie nie tak szybko, bo czułem między mną a Moniką lekki chłód, jakiś dystans. A jak się dowiedziałem, że gram geja to uznałem, że mnie Monika z Pawłem Demirskim po prostu nie lubią.

Gej za karę?
– Nie. Chodziło raczej o to, że Paweł pisał tekst pod każdego aktora, a mnie właściwie nie znał. Jakoś to wszystko się nie trzymało kupy. Do tego ta fenomenalna, zgrana ekipa Starego. Ale dobra, przyszły wakacje i poświęciłem je na budowanie roli. Kiedy wróciłem, pierwsze słowa Moniki brzmiały: „Ty się jakiś taki cieplejszy zrobiłeś”.

Zostałeś przez wakacje gejem?
– Gejem, którego w sobie lubię. Tuż przed premierą, jak pracowaliśmy na moim monologiem, a ja nie wiedziałem, czy idę w dobrym kierunku, Monika powiedziała: „Durman, kurwa, patrzę teraz na ciebie, jak na ikonę gejostwa!”. Wtedy się uspokoiłem.

Z tym gejostwem to ja mam w naszym teatrze problem, bo ono leci wyłącznie po prostym, stereotypowym patrzeniu na wielobarwny przecież gejowski świat. Kiedy aktor ma zagrać geja, sprowadza się do zwykle to mówienia wysokim głosem i intensywnego machania rękami.
– Ale wtedy to jest jak wydmuszka, bo nie chodzi tylko o to, jak zagrać, ale dlaczego tak. W jakiej sprawie wychodzę na scenę? Co chcę powiedzieć widzom? Starałem się przede wszystkim zrozumieć, poczuć, polubić bohatera którego gram, stąd wiele przeczytanych książek, obejrzanych filmów i oczywiście dużo muzyki. Nie jestem też w stanie policzyć moich wizyt w gejowskim klubie Cocon w Krakowie, które niekoniecznie podobały się mojej dziewczynie. Ale co zrobić, ja po prostu tak pracuję. Wskakiwałem w rurki, adidaski, kurteczkę z tęczowymi przypinkami i ruszyłem na parkiet.

Miałeś tam pewnie niezłe branie.
– Nie będę zaprzeczał, że nie było klepania po pupie.

Krystian Durman urodził się w 1991 roku w Kaliszu. W 2016 roku skończył wrocławską filię Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Krakowie. Jeszcze podczas studiów w 2014 roku zadebiutował rolą Lorenza w „Kupcu weneckim” Williama Szekspira w reżyserii Adama Nalepy w kaliskim Teatrze im. Wojciecha Bogusławskiego. Za potrójną rolę Księdza/Nosa/Ojca w dyplomowym „Weselu” Stanisława Wyspiańskiego w reżyserii Moniki Strzępki otrzymał w 2015 roku wyróżnienie na Festiwalu Szkół Teatralnych w Łodzi. Po zagraniu w dwóch spektaklach w Teatrze Nowym w Krakowie, dołączył w 2016 roku do zespołu Narodowego Starego Teatru w Krakowie, gdzie zadebiutował w „Triumfie woli” Pawła Demirskiego w reżyserii Moniki Strzępki. Obecnie jest w trakcie prób do „Wesela” w reżyserii Jana Klaty, gdzie gra Jaśka łączącego pokolenia.

CZYTAJ TAKŻE
Samuraj | portret Pawła Tomaszewskiego
Ciągle dojrzewam | rozmowa z Julianem Świeżewskim
Dziwna jesteś, ale chodź | rozmowa z Justyną Wasilewską
Pani nie ma warunków | rozmowa z Małgorzatą Gorol
Jestem błędem w systemie | rozmowa z Robertem Wasiewiczem
Genu nie wydłubiesz | rozmowa z Bartoszem Gelnerem
Niezdecydowany gość | rozmowa z Dawidem Ogrodnikiem

           Foto: Maciej Kulig, Marcin Wilczyński, Pola De, Teatr Nowy w Krakowie, Magda Hueckel

Reklamy
Zwykły wpis
PORTRET

Nieśmiała dziewczynka

podroz-ziomowa_1__0413_1

Mam taką konstrukcję, że muszę upaść, żeby móc się potem pozbierać i ruszyć do przodu. Julia Wyszyńska

W Mysłowicach urodzona, w Katowicach wychowana – jednym słowem Ślązaczka. Julia Wyszyńska, rocznik 1986, była beztroskim dzieckiem, które kiedy podrosło, nie zauważyło, że czas już się stać dorosłym człowiekiem. – W liceum sporo balowałam i nie zawracałam sobie zbytnio głowy planowaniem przyszłości. Dużo za to myślała o niej moja mama – mówi aktorka. Mama, dodajmy, twardo stąpająca po ziemi psycholożka, widziała córkę w tym samym zawodzie. Mogłyby nawet praktykować razem. Nic z tego. Julia, co prawda, poszła po maturze na egzaminy na psychologię, ale testy zdała fatalnie. Uniwersytet Śląski jej nie chciał. Nie chciała jej też Państwowa Wyższa Szkoła Teatralna w Krakowie, co akurat bardzo ucieszyło mamę, uważającą aktorstwo za niepoważne zajęcie.

skapiec_2_0087

Skoro wszelkie uczelnie odpadły, Julia zapisała się do Studium Aktorskiego przy Teatrze Śląskim im. Stanisława Wyspiańskiego w Katowicach. Mama z dezaprobatą kręciła tylko głową. Wyszyńska: – Oczywiście musiałam odpokutować moje złe życiowe wybory i niezdane egzaminy, więc zmywałam, szorowałam, odkurzałam i wynosiłam śmieci. Zostałam też odcięta za karę od pieniędzy, bo skoro jestem taka mądra to mogę się utrzymać sama. To była ważna lekcja. Ale w głowie i tak miała tylko teatr. Już w harcerstwie występowała w pierwszych spektaklach, a kiedy na Ogólnopolski Festiwal Sztuki Reżyserskiej „Interpretacje” przyjechał do Katowic „Krum” Krzysztofa Warlikowskiego zupełnie oszalała. – Wtedy zobaczyłam, że teatr wcale nie musi być nudny i sztampowy, że może być nowoczesny i poruszający – wspomina.

wesele2__0148

W studium uczy się rok: – Tam bardzo dobrze przygotowano mnie do egzaminów do szkoły teatralnej. Szczególnie ceniłam zajęcia z wymowy i rytmiki. W wakacje, przed drugim rokiem, jedzie do Londynu. Trzeba zarobić na czesne. Ale wcześniej zdaje jeszcze w tajemnicy po raz drugi egzaminy na aktorstwo: do Warszawy, do Łodzi i do Krakowa. Udaje się w tym ostatnim mieście. Kiedy smaży kiełbaski na BBQ w Muzeum Historii Naturalnej (– Robota ciężka, ale trzeba było harować na szkołę), dzwonią do niej z krakowskiej PWST z dobrą nowiną. Dodzwonić się jednak nie mogą. W końcu kontaktują się z mamą i mówią, że córka została przyjęta. Mama odpowiada krótko: „To pomyłka!”.

podroz-ziomowa_1__0334

W 2006 roku Julia przeprowadza się do Krakowa, studia zaczynają z nią między innymi Mateusz Kościukiewicz i Miron Jagniewski. – Lepiej nie mogłam trafić. Świetna szkoła, świetni ludzie, świetne miasto dla studentów – opowiada. Ciągle była jednak spięta i zestresowana: – Miałam jakieś okropne blokady. Byłam nieprawdopodobnie nieśmiała. Adam Nawojczyk uważał, że nic ze mnie nie będzie, więc myślałam, że po pierwszym roku mnie wyrzucą. Nie wyrzucili. Na szczęście. Bo na drugim roku odżyła, zmieniła się nie do poznania: – Chyba mam taką konstrukcję, że muszę kompletnie upaść, załamać się, rozwalić, żeby móc się potem pozbierać i ruszyć do przodu. Tak też było w szkole.

eurydyka_mowi_0__0427

Na scenie debiutuje w 2010 roku. Do Teatru Polskiego w Bielsku-Białej zaprasza ją Ewelina Marciniak, która przygotowuje „Nowe wyzwolenie” Witkacego: – Z Eweliną znałyśmy się jeszcze ze szkoły. Kiedy zaproponowała mi tę rolę, od razu się zgodziłam, choć rozważałam także zagranie w spektaklu Szymona Kaczmarka, który szykował go w Teatrze Imka w Warszawie. Znajomi pukali się w głowę: „Jeszcze się zastanawiasz? Wiadomo, że Warszawa!”. Wybrała jednak Bielsko-Białą. Spektakl zebrał dobre recenzje, a Julia dostała za swoją rolę nagrodę publiczności na Koszalińskich Konfrontacjach Młodych m-teatr. Dobry początek.

wisniowy_sad_1__0704

Potem jedzie do Wigier, zupełnie przypadkiem. W słynnych warsztatach teatralnych organizowanych co roku przez Tadeusza Słobodzianka bierze udział jej ówczesny chłopak, a ona pływa na kajaku. – Ale tak się złożyło, że zabrakło im aktorów i wzięli mnie. Ten wyjazd zaowocował potem Słobodziankową propozycją zastępstwa w „Gardenii” w reżyserii Aldony Figury w Laboratorium Dramatu i w „Naszej klasie” w Teatrze na Woli (dzisiaj to jedna ze scen stołecznego Teatru Dramatycznego). Na Woli Julia zaczyna znów pracować z Eweliną Marciniak. Do premiery „Bohaterek” jednak nie dochodzi. Reżyserka nie chciała się zgodzić na zaproponowany przez teatr plakat, więc Słobodzianek planowaną premierę odwołał. Wyszyńska: ­– Lepiej nam wyszła z Eweliną praca nad „Medeą”, którą zrobiłyśmy w Laboratorium Dramatu. To prawda, za ten monodram aktorka znów dostała nagrodę – tym razem na Ogólnopolskim Przeglądzie Monodramu Współczesnego w Warszawie.

lalka2__0979

„Medea” pokazywana była także na Festiwalu Monodramów „Monoblok” w Gdańsku, gdzie w jury zasiadał Paweł Łysak, wtenczas dyrektor Teatru Polskiego w Bydgoszczy. – Pomyślałam, że skoro już mnie widział, to może do niego zadzwonię – uśmiecha się Wyszyńska. Zadzwoniła do zastępcy Łysaka, Pawła Sztarbowskiego. Ten powiedział, że na razie nie ma żadnej propozycji, ale jak coś będzie, to da znać. I dał. W czerwcu 2012 roku Julia zadebiutowała na deskach Teatru Polskiego w Bydgoszczy w spektaklu „Źle ma się kraj” w reżyserii Weroniki Szczawińskiej i wkrótce dołączyła do zespołu. To była dobra decyzja? – To był strzał w dziesiątkę! – odpowiada natychmiast. W rzeczy samej.

iwona_burbona_03__0165

Rok później zagrała najpierw Anię w „Wiśniowym sadzie” Czechowa w inscenizacji Pawła Łysaka, a później Elisabeth Fritzl w arcydzielnej „Podróży zimowej” Elfriede Jelinek w reżyserii Mai Kleczewskiej (koprodukcji z Teatrem Powszechnym w Łodzi). Ta doprawdy wstrząsająca kreacja przyniosła jej wielkie uznanie i nagrodę za najlepszą rolę kobiecą na XII Festiwalu Prapremier. To był jej rok. Jesienią czekała Julię ponowna praca z Eweliną Marciniak nad błyskotliwym, przepisanym przez Michała Buszewicza i cieszącym się wielką popularnością wśród widzów „Skąpcu” Moliera (grała Elizę) oraz „Wesele” w reżyserii Marcina Libera (grała Pannę Młodą). Bydgoski rozdział w karierze Wyszyńskiej zamknął spektakl „Cienie. Eurydyka mówi:” Mai Kleczewskiej z gościnnym udziałem Katarzyny Nosowskiej (koprodukcja z Teatrem Muzycznym Capitol we Wrocławiu i stołeczną Imką). Nie pograła w nim jednak długo, bo „Cienie” szybko ściągną z afisza Paweł Wodziński, nowy dyrektor Teatru Polskiego. Podobnie zresztą jak „Skąpca”, który wylądował w śmietniku zaraz po tym, jak dostał nagrodę publiczności na katowickich Interpretacjach.

kazdy_d_0077

Jesienią 2014 Paweł Łysak z Pawłem Sztarbowskim wygrywają konkurs na szefów Teatru Powszechnego w Warszawie i zabierają ze sobą z Bydgoszczy kilkoro aktorów: Karolinę Adamczyk, Michała Czachora, Mateusza Łasowskiego, Michała Jarmickiego i Julię Wyszyńską, która przez dwa lata gra spektakle zupełnie nie dla niej skrojone. Nie jest jej teatrem ani „Iwona, księżniczka z Burbona” Magdy Fertacz w reżyserii Leny Frankiewicz (gra Lolę), ani „Lalka. Najlepsze przed nami” według Bolesława Prusa w reżyserii Wojciecha Farugi (gra Kazimierę Wąsowską), ani nawet bardzo udane skądinąd przedstawienie „Każdy dostanie to, w co wierzy” według „Mistrza i Małgorzaty” Bułhakowa stworzone przez Jolantę Janiczak i Wiktora Rubina. Julia (Małgorzata) gra tam nieudany duet z Dawidem Rafalskim (Mistrz). Na uznanie zasługuje za to jej rola w „Nieznośnie długich objęciach” Iwana Wyrypajewa, choć to też nie do końca jej teatr. Wyszyńska nie gra niestety w spektaklach Mai Kleczewskiej, bo panie przestają się dogadywać.

klatwa_414

W końcu aktorka wraca do wielkiej formy odważną kreacją w „Klątwie” według Wyspiańskiego w reżyserii kontrowersyjnego Olivera Frljicia. Aktualne są jej słowa, że musi upaść, żeby się pozbierać i ruszyć do przodu. Tak ruszyła, że dwie zagrane przez nią sceny wywołały ogólnopolską awanturę i niespotykaną od lat nagonkę na teatr. Wyszyńską odsądzono od czci i wiary za scenę seksu oralnego z figurą Jana Pawła II i monolog o zbiórce pieniędzy na zabójstwo Jarosława Kaczyńskiego, w której tłumaczy widzom, że takiej zbiórki przeprowadzić nie może, bo zabrania tego polskie prawo. Ale to, co aktorka mówi ze sceny nie ma w medialnym maglu żadnego znaczenia. Spektakl, a raczej wyobrażenie o nim zaczyna żyć własnym życiem. Prawicowe media, politycy rządzącej partii, a nawet Episkopat Polski oskarżają ją i teatr o nawoływanie do przemocy i bluźnierstwo. Za „Klątwę” lanie dostają wszyscy, ale najmocniejsze razy dostaje ona – nieśmiała dziewczynka ze Śląska, która zaryzykowała dla roli cały swój aktorski dorobek i została tym samym najodważniejszą z odważnych.

CZYTAJ TAKŻE
Klątwa | recenzja
Nienasycona | rozmowa z Eweliną Marciniak
Widelcem w oko | rozmowa z Mają Kleczewską

Fot. Magda Hueckel

 

Zwykły wpis
ROZMOWA

Ciągle dojrzewam

1610808_759159164126907_1867608744854303752_n

Nagie ciało na scenie potrzebuje specjalnego uzasadnienia chyba tylko dla tych, którzy nie potrafią w nim zobaczyć nic poza erotyczną fantazją. Z aktorem Julianem Świeżewskim rozmawia Mike Urbaniak

Jak ci idzie badanie percepcji nagości w polskim teatrze?
– Widzę, że zadanie domowe odrobione.

Facebook wszystko wyśpiewa.
– Pomysł na ten, a inny temat mojej pracy magisterskiej pojawił się po lekturze „Ciała w teatrze” Krystyny Duniec. Potem trafił w moje ręce „Notatnik Teatralny” poświęcony nagości w teatrze i już poszło, choć zmieniłem perspektywę z widowni na wybranych twórców. Oglądaliśmy niedawno podczas prób do „Wściekłości” Mai Kleczewskiej spektakle Jana Fabre i to, co jego aktorzy wyczyniają z ciałem, jak z niego korzystają jest po prostu genialne. Powiem ci, że mimo mojego oswojenia z nagością na scenie, czułem przekroczenie granicy, tylko jeszcze nie potrafię go nazwać.

Mówisz o „Górze Olimp”?
– Tak, pojechałem do Antwerpii zobaczyć ten dwudziestoczterogodzinny spektakl. Zrobił na mnie ogromne wrażenie.

W Polsce byś usłyszał, że to nieuzasadniona nagość lub po prostu porno.
– Nie chcę wchodzić w polemikę z tego typu poglądami, bo ich nie rozumiem. Ciało tak samo jak głos, oddech czy ruch jest moim, aktora instrumentem. Czy nagie ciało na scenie naprawdę potrzebuje specjalnego uzasadnienia? Może tylko dla tych, którzy nie potrafią w nim zobaczyć nic poza erotyczną fantazją.

Ale gdybym kazał ci się rozebrać do wygłaszanego monologu, zapytałbyś mnie dlaczego?
– Jasne. Tak jak zapytałbym cię dlaczego w ogóle każesz mi wychodzić na scenę. Istotne jest to, co chcę przekazać, a nie jakich instrumentów do tego użyję. Nagie ciało nie należy do specjalnej kategorii.

Kończąc szkołę wiedziałeś, że będziesz permanentnie rozbierany?
– W Warszawie nikt mi tego nie powiedział! A poważnie mówiąc to się nad tym jakoś specjalnie nie zastanawiałem z powodów, o których mówiłem przed chwilą. Ja lubię ten rodzaj języka teatralnego. W ogóle uważam, że teatr jest wspaniałą przestrzenią do pokazywania nagości, bo na scenie jest ona – jakby to powiedzieć – odpornografiona. Nawet w „Śmierci i dziewczynie” Eweliny Marciniak w Teatrze Polskim we Wrocławiu, gdzie występuje dwójka aktorów porno, pornografia znika. Widz, przynajmniej tak było ze mną, szuka w scenach z ich udziałem zupełnie innych sensów.

Dojrzałe podejście młodego aktora.
– Dojrzewające. I tak, młodego, ale wychowanego na spektaklach Teatru Polskiego w Bydgoszczy, gdzie mieszkałem do czasu wyjazdu na studia. Kiedy oglądałem „Babel” albo „Płatonowa” Mai Kleczewskiej musiałem, chcąc nie chcąc, zadać sobie pytania o nagość na scenie. Po co ona jest? Co ze sobą niesie? Co mi robi? Bo skoro mnie nie podnieca (pierwsze skojarzenie), to znaczy, że jest w innym celu (inne skojarzenia). Czy to nie jest fantastyczne?

Zgadzam się z Krystianem Lupą, który mówi, że całe to pruderyjne, mieszczańskie traktowanie nagości, która gorszy i szokuje, jest po prostu nie do zniesienia. Nagość i seksualność kryją w sobie tajemnice, większe znaczenia niż tylko chuć i potrzeba jej zaspokojenia.

fot_bartek_warzecha_dsc5315

Co oprócz spektakli bydgoskich oglądałeś jako nastolatek?
– Warlikowskiego, Lupę, Klatę. Jeździłem na ich przedstawienia do Warszawy, Krakowa i Wrocławia. System był taki: kupowałem w bydgoskich lumpeksach markowe ciuchy za grosze i sprzedawałem je warszawce na Allegro za znacznie większe kwoty. Dzięki temu miałem kasę na bilety. Pod koniec liceum finansowałem w podobny sposób wyjazdy na konsultacje do szkół teatralnych.

Skąd w twoim życiu teatr?
– Przyczyną była dziewczyna.

Ona cię do niego zaciągnęła?
– Nie, ona ze mną zerwała i musiałem sobie znaleźć coś w zamian. Zostałem woluntariuszem na Festiwalu Prapremier i zacząłem intensywnie oglądać przedstawienia. Stwierdziłem, że ten cały teatr jest pojechany, że może i ja spróbuję. Rodzice przyjęli to nadzwyczaj dobrze, choć oboje są inżynierami, a ja miałem iść na budowlankę.

Skrzypek na budowlankę?
– Skrzypce były w dzieciństwie. Skończyłem z nimi wraz z opuszczeniem szkoły muzycznej pierwszego stopnia i przerzuciłem się na fagot, ale to już nie trwało długo. Ucząc się w szkole gry na instrumencie jesteś jednak włożony w określone ramy, a ja się w ramach nie bardzo mieściłem. W nich jest miejsce na ciężką pracę, a nie na fantazję. Poza tym roznosiła mnie energia: grałem w koszykówkę, chodziłem na kółko teatralne, ale też od zawsze byłem bardziej umysłem ścisłym niż humanistą. Na maturze zdawałem rozszerzoną matematykę.

A potem poszedłeś do szkoły teatralnej.
– Tak jakoś wyszło. Do egzaminów przygotowywała mnie Marta Ścisłowicz, która grała wtedy w Bydgoszczy.

Mówiła mi o tym pękając z dumy. Kto ci jeszcze pomógł?
– Świetni aktorzy, do których jeździłem na konsultacje. W krakowskiej szkole spotkałem się z Krzysztofem Globiszem i Janem Peszkiem, a jedno takie spotkanie naprawdę dużo daje. Tam się nauczyłem, że trzeba się zgłaszać od razu i iść na pierwszy ogień, bo potem nie można się już do nich dopchać. Jeździłem tak do wszystkich szkół i nocowałem u znajomych w zamian za smażenie im na śniadanie naleśników. Przy tych naleśnikach poznałem sporo fajnych ludzi.

Dlaczego wielbiciel teatru Kleczewskiej, Warlikowskiego i Lupy poszedł do warszawskiej, a nie do krakowskiej szkoły?
– Bo egzaminy do Warszawy zaczynały się wcześniej i miałem do wyboru: albo pierwszy etap w Krakowie, albo trzeci w Warszawie.

Czyli pragmatyczna decyzja.
– Bardzo, ale cieszyłem się, że w ogóle dostałem się do szkoły, choć pamiętam, że kiedy siedzieliśmy z kolegami i koleżankami w knajpie i wszyscy się cieszyli, że dostali się do Warszawy, nie miałem wesołej miny. Marzyłem jednak o Krakowie, do którego chciałem zresztą po drugim roku zwiać. Spotkałem się nawet w tej sprawie z dziekanem Adamem Nawojczykiem. Usłyszałem, że proszę bardzo. Kiedy poinformowałem o tym opiekuna mojego roku, sławnego dzisiaj Cezarego Morawskiego, okazało się, że na trzecim roku będę miał zajęcia z Krzysztofem Majchrzakiem, Mają Komorowską, Redbadem Klijnstrą, Wojciechem Pszoniakiem i Janem Englertem. Zdecydowałem się zostać i chyba dobrze zrobiłem, bo czekały mnie niesamowite spotkania, a po nich spektakle dyplomowe, które dały mi możliwość zaistnienia na scenie, czego, efektem jest pewnie to, że jestem tu, gdzie jestem.

Wspaniali aktorzy, ale kochający teatr inny niż ty.
– Zgoda, ale to ma drugorzędne znacznie jeśli potrafisz wyciągnąć od nich, co dla ciebie najcenniejsze. Jeśli chcesz poszerzyć horyzonty i zaczerpnąć z trochę innej studni. A ja chyba wziąłem, co mogłem i nie zrobiło to krzywdy mojemu teatralnemu gustowi. Miałem z nimi zajęcia, ale oglądałem swoje. Potem zderzałem to wszystko na scenie.

kowboj2

Rezultat pierwszego zderzenia był spektakularny. Na Festiwalu Szkół Teatralnych w Łodzi zdobyłeś Grand Prix „za wybitną osobowość sceniczną”
– To była wspólna praca całego zespołu.

Ale nie wszystkich uznano za wybitne osobowości sceniczne.
– Każdy ma swoje gorsze i lepsze okresy.

Skromny chłopak o wielkim sercu?
– No dobrze, to było zaskakujące i bardzo miłe. Cieszyłem się jak dziecko. Nagroda z pewnością otworzyła mi drzwi do teatru, choć po festiwalu telefony się nie urywały. Zapadła cisza. Zaniosłem jeszcze przed Łodzią CV do kilku teatrów i oprócz Tadeusza Słobodzianka przyjął mnie tylko dyrektor Jan Englert.

I co powiedział?
– Że jeśli ma być szczery, to nie widzi powodu, dla którego miałbym siedzieć w bufecie Teatru Narodowego.

Słusznie.
– Też tak pomyślałem. A poza tym, szczerze powiedziawszy, marzyłem o innych teatrach.

I wylądowałeś w stołecznym Dramatycznym.
– Co było robić? Dostałem propozycję zagrania w spektaklu „RED” Agnieszki Lipiec-Wróblewskiej i ją przyjąłem. Chciałem grać.

Pomijając poziom artystyczny tego teatru rozumiem, że kuszące było granie pełną gębą, którą ta sztuka dla dwóch aktorów ci dała.
– Dokładnie tak. To spora rola, jestem cały czas na scenie, gram. Wolę to niż bufet w Narodowym. W Dramatycznym wszedłem też w zastępstwo do „Nocy żywych Żydów”.

Kolejne wielkie dzieło.
– Ostatnio się naprawdę wyrobiło.

Bo ty tam grasz?
– No dobra, to nie jest mój teatr. W końcu nie przyjąłem tam propozycji etatu.

Zanim ją przyjmiesz w innym, grasz jeszcze po drodze, zresztą świetnie, w „Good Night Cowboy” w reżyserii Kuby Kowalskiego.
– To była super praca, bo po pierwsze Kuba jest znakomitym reżyserem, a po drugie próby w Wałbrzychu pozwalają się skupić w stu procentach na spektaklu – co innego można tam robić? Dodatkowym bonusem było granie – z racji koprodukcji z Teatrem WARSawy – w stolicy. Ale to nie była łatwa rola.

Na czym polegała trudność?
– Na tym, że nie chciałem patrzeć na granego przeze mnie bohatera tylko jak na męską prostytutkę. To byłoby banalne. Zagranie kowboja dającego dupy nie jest wielkim wyzwaniem. Dlatego kombinowałem po kontraście. Znalazłem w nim samotnego, pogubionego i szukającego miłości chłopaka, którego wszyscy traktują wyłącznie jak obiekt seksualny. Nie widzą jego duszy, widzą tylko ciało.

Za tę rolę nagrodzono cię z kolei na Festiwalu Dramaturgii Współczesnej Rzeczywistość Przedstawiona w Zabrzu.
– I Paweł Łysak z Pawłem Sztarbowskim zaprosili mnie do Teatru Powszechnego, gdzie najpierw zagrałem w „Księgach Jakubowych” Eweliny Marciniak, a teraz jestem w próbach do „Wściekłości” Mai Kleczewskiej. I u Eweliny, i u Mai nie mam wielkich zadań, więc mogę sobie szukać i podglądać kolegów. Lubię też płodozmian, który mi Powszechny daje, bo w „Księgach…” gram księdza, a we „Wściekłości” narodowca. I może będziesz zdziwiony, ale się nie rozbieram.

CZYTAJ TAKŻE:
Good Night Cowboy | recenzja

_____

j-swiezewski3

Julian Świeżewski urodził się w 1991 r. w Warszawie, a wychował w Bydgoszczy, gdzie skończył szkołę muzyczną I stopnia w klasie skrzypiec. Jest tegorocznym absolwentem Wydziału Aktorskiego Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza. Za role w spektaklach dyplomowych w reżyserii Krzysztofa Majchrzaka („Ecce Homo”) i Mai Komorowskiej („Szkice z Dostojewskiego”) otrzymał Grand Prix 32. Festiwalu Szkół Teatralnych w Łodzi. Zadebiutował w 2014 r. w sztuce „RED” w reżyserii Agnieszki Lipiec-Wróblewskiej w Teatrze Dramatycznym w Warszawie. Za rolę w kolejnym spektaklu, „Good Night Cowboy” w reżyserii Kuby Kowalskiego (Teatr Dramatyczny w Wałbrzychu/Teatr WARSawy w Warszawie), został nagrodzony na 15. Festiwalu Dramaturgii Współczesnej w Zabrzu. Od marca jest etatowym aktorem Teatru Powszechnego w Warszawie, gdzie zagrał w „Księgach Jakubowych” Olgi Tokarczuk w reżyserii Eweliny Marciniak, a obecnie jest w próbach do „Wściekłości” Elfriede Jelinek w reżyserii Mai Kleczewskiej (premiera 24 września).

_____

Fot. arch.pryw./mat.prass./Bartek Warzecha

Zwykły wpis
AKTORZY/AKTORKI

Trzeba mieć backup

1920520_631261093577796_57544141_n

„Proszę pana, pan chce być fajny, a my takich ludzi nie szukamy”. Z Tomaszem Chrapustą rozmawia Mike Urbaniak.

Jak samopoczucie przed debiutem?
 Jest moc! Znakomita praca i fajna przygoda, choć są też oczywiście obawy, jak ludzie to przyjmą, szczególnie ci najbliżsi. Wielu nie umie oddzielić tego, co jest teatrem, od tego, co jest rzeczywistością. Utożsamiają aktora z wygłaszanymi ze sceny słowami, a to niekoniecznie musi się zgadzać. Kiedy przerabialiśmy na próbach temat „Golgoty Picnic”, zastanawiałem się, czy na przykład moja mama, która jest osobą wierzącą, zrozumie dlaczego mówię to, co mówię. Mój kolega zagrał geja i ojciec go wyklął.

Nie wiedział, że syn jest aktorem?
 Wiedział, ojciec sam jest aktorem, ale mimo wszystko miał z tym problem. W Polsce chyba lepiej zagrać seryjnego mordercę, niż geja lub bluźniercę.

Mówisz, że się obawiasz, ale chyba wiedziałeś, gdzie idziesz?
 Jasne, wiedziałem oczywiście jaki teatr robi Maja Kleczewska, i że idę grać w Teatrze Powszechnym kierowanym przez Pawła Łysaka, a nie w jakimś poślednim teatrzyku z przyjemnym repertuarem.

Ten jest nieprzyjemny?
– Bardzo, ale w dobrym – jeśli można tak powiedzieć – znaczeniu. W Powszechnym od razu rzucono mnie na głęboką wodę i musiałem sobie radzić, ale też z Mają rozmawiam dużo i szczerze. Ona nic nie narzuca, zostawia mnóstwo otwartych drzwi i trzeba samemu zdecydować, przez które chce się przejść. Teatr Kleczewskiej jest oczywiście zawsze bolesny i osobisty, więc musi być poparty własnym doświadczeniem, ale trzeba oddzielić rolę od życia. Jeśli mówię coś ze sceny, nie znaczy, że tak sądzę.

To chyba oczywiste.
 Nie dla wszystkich.

Kiedy Maja Kleczewska zaproponowała ci rolę to się przestraszyłeś?
 Bardzo się ucieszyłem! Będziesz się śmiał, ale kiedy Maja do mnie zadzwoniła z propozycją, najpierw mnie zmroziło, a potem wpadłem w ekstazę!

Dlaczego?
 Bo w jej teatrze jest jakaś prawda, ona wymaga od aktora nieustannej konfrontacji ze sobą, nie ma zmiłuj.

To nie jest wasze pierwsze spotkanie, prawda?
 Nie, pierwsze było dwa lata temu, kiedy mieliśmy robić „Romea i Julię” na PWST w Krakowie. Ze spektaklu nic nie wyszło, ale poczułem, że z Mają można więcej i więcej. Słyszałem, że niektórzy się jej boją, ale naprawdę nie ma czego, bo Maja naprawdę nikogo nie gwałci. Wielokrotnie mając jakieś wątpliwości zasypywałem ją pytaniami, a nasze rozmowy były nieustanną inspiracją. Wiesz, co mnie jeszcze kręci w Mai?

Co takiego?
 Ona nie ma przepisu na spektakl. Nie przychodzi z gotowym i nie rozdziela zadań, tylko wędruje razem z aktorami i na końcu tej wędrówki powstaje to, co oglądają widzowie. Lubię też, że Maja robi teatr, który zakłada porażkę w imię artystycznych poszukiwań.

Czyli nie bałeś się, że będzie „mokro i czerwono”, a ty będziesz od razu rozebrany?
– Gdybym się bał, to bym grzecznie podziękował. A poza tym to jakieś bzdury są, to demonizowanie teatru Kleczewskiej. Jestem młodym aktorem po szkole teatralnej i jakoś nie czuję się wykorzystywany do niecnych celów.

Może dlatego, że jesteś trochę świrem? Takie przynajmniej odnoszę wrażenie.
– Żaden świr nigdy się nie przyzna, że nim jest. Ja nim może troszkę jestem, tak mnie zawsze postrzegano, a ja po prostu lubię intensywnie poznawać świat i nie lubię metek.

A kto cię metkował?
– Różne kółka wzajemnej adoracji. W szkole byłem do pewnego momentu postrzegany jako ten mniej zdolny, który nie ma nic konkretnego do powiedzenia, tak przynajmniej mi się wydawało. Większość kolegów i koleżanek zaczęła szybko coś robić już na czwartym roku, a ja nic, więc Maja Kleczewska spadła mi z nieba. Moje gościnne bycie w Teatrze Powszechnym w Warszawie jest drugą szkołą. W poprzedniej wszystko trzeba było robić perfekcyjnie: tańczyć, śpiewać, mówić i stepować, więc kiedy szedłem na pierwszą próbę stolikową do Powszechnego, myślałem, że wszystko od razu muszę idealnie czytać. Tymczasem było po prostu normalnie. Cieszy mnie, że mamy w zespole mieszankę bydgosko-warszawską, bo wszyscy byliśmy na podobnych prawach, większość przyszła przed chwilą do teatru. Byłoby o wiele trudniej, gdybym trafił do jakiegoś hermetycznego zespołu.

Dlaczego poszedłeś do szkoły teatralnej?
– Kiedy byłem w gimnazjum w Bielsku-Białej zapraszano uczniów na różne warsztaty teatralne do Teatru Polskiego. Bardzo mi się tam spodobało. Potem dowiedziałem się, że w teatrze jest studium aktorskie, więc się do niego zapisałem. Tam miłość to teatru rozpalała we mnie Jagoda Krzywicka.

Teatr cię pochłonął?
 Nie, bo miałem sporo innych pasji, z których nie zrezygnowałem do dzisiaj. Zawsze uprawiałem intensywnie sport, co się zresztą nie zmieniło. W teatrze spodobało mi się przede wszystkim obcowanie z człowiekiem, a nie zamiłowanie do literatury – to przyszło potem. W liceum dołączyłem do amatorskiego Teatru Heliotrop prowadzonego przez panią Halinę Kubisz i to był naprawdę cudowny czas poznawania ludzi, długich dyskusji i wyjazdów na rozliczne festiwale. W klasie maturalnej postanowiłem zdawać do szkoły teatralnej. Do egzaminów przygotowywała mnie pani Lucyna Sypniewska w Teatru Lalek „Banialuka” i bardzo we mnie wierzyła. Ja zakładałem, że może się nie udać.

Miałeś plan awaryjny?
– Bardzo słaby, bo kulturoznawstwo, ale wiem, że bym na tych studiach nie wysiedział. Nie nadawałem się do tkwienia w ławce, na wykładach, bo kocham adrenalinę. Stąd na początku trenowanie koszykówki i harcerstwo, a potem motocross, narciarstwo, windsurfing i kitesurfing. Jeśli chodzi o narty, jestem do dzisiaj czynnym instruktorem. To daje mi ogromną wolność i pozwala zarobić, bo – nie oszukujmy się – z aktorstwa na początku mojej drogi bym się nie utrzymał.

Co na twoje pasje mówili rodzice? Nie wiadomo co gorsze, motocross czy teatr.
– Mam cudowne relacje z rodzicami i oni mnie zawsze wspierali. Miłość do motorów jest u nas w rodzinie dziedziczna (mój dziadek miał motor), do sportów też (tato trenował piłkę ręczną). Kontynuuję więc tradycje rodzinne i rozpoczynam być może nową, aktorską. Moja siostra też jest w temacie, bo kończy produkcję filmową na Wydziale Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach.

Gdzie w końcu zdawałeś?
– Do Łodzi, Warszawy i Krakowa, ale – wiadomo – marzyłem o Krakowie, z którego pochodzi mój tato i w którym też jestem zameldowany. W Warszawie miałem w komisji egzaminacyjnej Janusza Gajosa i to był jakiś koszmar, bo wszystko pomyliłem. To, co miałem powiedzieć na smutno, powiedziałem na wesoło, a to co na wesoło – podałem na smutno. Do widzenia. W Łodzi mi powiedzieli: „Proszę pana, pan chce być fajny, a my takich ludzi nie szukamy”. Do widzenia. Przyjęli mnie w Krakowie! Miałem tam świetnych prowadzących: Adama Nawojczyka, Małgorzatę Hajewską-Krzysztofik, Dorotę Segdę, Włodzimierza Szturca czy Beatę Fudalej, ale przez cztery lata nie zrobiłem nic z żadnym studentem reżyserii.

Dlaczego ci nie proponowali?
– Nie wiem, nie pytałem. Może przez tę metkę mniej zdolnego. Rzeczywiście na początku byłem mniej doświadczony od innych, gorzej mówiłem i śpiewałem, ale zawzięcie goniłem resztę. Przełomowy był trzeci rok, kiedy Krystian Lupa robił ze starszym rokiem „Pływalnię” i zorganizował przesłuchania, bo brakowało mu aktorów. Któregoś razu przechodził obok sali, w której czytałem „Biesy” i się zatrzymał. Dostałem zaproszenie od mistrza i nogi się pode mną ugięły. Pomyślałem: „Jezus! Mam iść na przesłuchanie do Lupy? To będzie cud, jak w ogóle coś z siebie wydukam. Przecież on mnie zje!”.

Jakoś cię nie zjadł.
– Nie tylko mnie oszczędził, ale zaproponował rolę w „Pływalni”. Grałem operatora kręcącego film porno. Spotkanie z Lupą i granie tego spektaklu przez rok dało mi bardzo dużo, nową jakość. Potem były kolejne dyplomy, już mojego roku: „Murzyni” w reżyserii Pawła Świątka i „Samobójca” w reżyserii Jerzego Treli.

Różnorodne te dyplomy. Z jednej strony klasyczny „Samobójca”, gdzie grasz z komediowym zacięciem popa Ojca Jełpidija, z drugiej pojechani „Murzyni”, gdzie grasz Archibalda, będącego prawdziwym kolorowym ptaszydłem.
– Płodozmian zawsze jest wskazany, więc cieszę się z tych zupełnie różnych spektakli. I oczywiście z „Pływalni”.

Prowadzisz blog, fanpage na Facebooku, jesteś na Instagramie i Twitterze. Ta duża aktywność w sieci jest typowa dla twojego pokolenia?
– Nie wydaje mi się, w szkole nazywano mnie ironicznie blogerem. Zacząłem prowadzić blog, bo ktoś mi doradził, że to może być dla mnie korzystne. Ale wiem, że pisanie idzie mi przeciętnie, może nawet źle, jednak nie przeszkadza mi to i staram się by było ciekawe. Dzielę się po prostu ze światem swoimi przemyśleniami, choć teraz mam przerwę.

„Przerwę techniczną z powodu zbyt intensywnego życia” – napisałeś.
– Teatr, jak wiesz, jest bardzo zaborczy. Skupiam się teraz na „Szczurach”, nie można się rozdrabniać.

Obok twojego PiXbloga jest też PiX Productions. Co to takiego?
– Niewielka inicjatywa, która pozwala mi tworzyć i zarabiać pieniądze. Dostałem możliwość zrobienia filmu, który jest trochę dokumentalny, a trochę reklamowy i skorzystałem.

Mówisz o „Akinie”, to bardzo udana rzecz.
– Dziękuję ci, też jestem zadowolony z tego, jak to wyszło. Teraz kończę kolejny filmik, więc trzymaj kciuki. Ktoś może powiedzieć, że to wszystko jest błache, ale dla mnie to ważne, bo uczę się produkować, pracować z kamerą, reżyserować. Myślę, że te umiejętności mogą mi się kiedyś przydać.

Bierzesz sprawy w swoje ręce. Etat w teatrze już nie jest marzeniem absolwentów szkól teatralnych?
– Myślę, że nadal jest, ale nie wszystkich. Poza tym w życiu trzeba mieć backup.

Aktor, bloger, producent, instruktor. Model?
– Wiem, to brzmi śmiesznie, bo ile rzeczy można robić naraz, ale to moje bycie modelem to niewielka przygoda. Kilka osób mi poradziło, żebym spróbował, bo jestem wysoki, mam inne niż wszyscy rysy, no i ta broda. To spróbowałem. Mam na koncie jeden pokaz, sesję dla jednego projektanta i kilka reklam. Tyle z tego wyszło, ale to dobrze, bo to nie jest mój świat. Trzeba swój narcyzm karmić w teatrze.

Może w kinie?
– Bardzo chętnie, choć teatr jest z pewnością bardziej rozwijający. No i to wieczne obsadzanie w polskim kinie po warunkach, tego nie można przeskoczyć. Dostajesz metkę i koniec. Ja mam jeszcze trudniej, bo w mojej agencji twierdzą, że jestem bardzo charakterystyczny, a tacy aktorzy nie dostają nawet ról drugoplanowych, bo przez samo to, jak wyglądają, mogą przyćmić pierwszy plan. Słyszałem nieraz, że jestem dziwakiem. Ale ktoś w końcu może da mi szansę. W teatrze dała mi ją Maja Kleczewska, a kto w filmie? Zobaczymy.

Filmy jeszcze przed tobą, za tobą za to sporo reklam.
– Tak, bo widzisz, do reklamy aktor charakterystyczny nadaje się znakomicie. Rzeczywiście wystąpiłem w kilku reklamach i wcale się tego nie wstydzę. Ale jestem też dumny z tego, że udziału w kilku odmówiłem, bo scenariusz był okropny. Dla kogoś to może nie jest wielki heroizm, ale dla mnie to były zawsze trudne decyzje, bo utrzymuję się sam i parę tysi za reklamówkę piechotą nie chodzi.

Dzisiaj twój udział w reklamie wykorzystujesz autoironicznie w „Szczurach”.
 Dzięki temu coś obnażamy, ale jak się chcesz dowiedzieć co, to zapraszam do teatru.

_____

Tomasz Chrapusta urodził się w 1991 roku w Bielsku-Białej. Jest studentem piątego roku Wydziału Aktorskiego Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej im. Ludwika Solskiego w Krakowie, gdzie zagrał w spektaklach dyplomowych w reżyserii Krystiana Lupy, Pawła Świątka i Jerzego Treli. Próbuje także swoich sił jako bloger, model, reżyser i producent (m.in. „Akin”). Z Agnieszką Żulewską zagrał w etiudzie Jagody Szelc „Rytułał przejścia”, pojawił się też w kilku filmach i serialach. Rola w „Szczurach” Garharta Hauptmanna w reżyserii Mai Kleczewskiej w Teatrze Powszechnym w Warszawie jest jego debiutem.

10394128_10153394651707571_6439497501533480430_n

_____

© Mike Urbaniak | Fot. Antonina Dolani (na górze) i Tomasz Wiech/Boska Komedia (na dole)

Zwykły wpis