RECENZJA

„Wesele” i pogrzeb

Smutek panował w wagonach pociągu, wielki smutek. Nie było zwyczajowych żartów i żarcików, ploteczek i złośliwostek, anegdot i najświeższych opowieści z wypadów do innych miast. Co chwila powracało tylko pytanie: „I co teraz będzie?”. Po nim następowała wymiana znaczących spojrzeń i wzruszenie ramionami oznaczające tak naprawdę niewiedzę i bezsilność. Miało być „Wesele”, a jedziemy na pogrzeb – ktoś słusznie zauważył. W rzeczy samej, zapowiadał się zjazd rodzinny pełen łez. Takiej premiery w polskim teatrze dawno nie było.

Przygotował ją Jan Klata, dyrektor Narodowego Starego Teatru im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie, który został najnowszą ofiarą „dobrej zmiany”. Mimo znakomicie prowadzonego teatru (choć oczywiście były też, jak w każdym teatrze, repertuarowe wpadki), wyprzedanych biletów, pełnej widowni i nagród na festiwalach, rządzący ministerstwem kultury nieudacznicy postanowili po zaoraniu Teatru Polskiego we Wrocławiu, wziąć się także za naszą perłę w koronie, czyli Stary Teatr. I nie było tu, jak w przypadku każdej innej instytucji, litości. Nie miały znaczenia ani osiągnięcia teatru w ostatnich latach, ani merytoryczne przygotowanie dyrektora i jego pozycja w świecie teatralnym, ani nawet – po raz pierwszy od dawna – głos zespołu. Pisowscy funkcjonariusze i ich medialne kundelki wiedzą najlepiej, co jest dla wszystkich najlepsze, a już na pewno, co jest najlepsze dla naszej kultury. Narodowej, ma się rozumieć.

Tymczasem premierowa widownia Starego pękała w szwach, bo wszyscy byli ciekawi nie tylko tego, co Klata zrobił z naszym wielkim i wiecznie aktualnym dramatem, ale też tego, co się będzie działo potem. Co zrobi zespół, bo donoszono, że zszokowani decyzją ministra aktorzy nie są w stanie zagrać jednej z generalnych prób. Zagrali, jak to zwykle oni, brawurowo, a dzięki decyzjom obsadowym reżysera mogliśmy oglądać na scenie wszystkie pokolenia legendarnego zespołu. Bardzo to było wzruszające.

Klata, jak to Klata, nie ma litości. Zabiera nas w krainę mroku, tak samo, jak rządzący dzisiaj Polską. Scenografia Justyny Łagowskiej nie pozostawia złudzeń. Pokrzywione rusztowanie wypełnione czarną folią dużo mówi o miejscu, w którym przyszło nam żyć. Nie mniej niż stojący na środku sceny wielki pień po ściętym drzewie, na którym wisi kapliczka, ale pusta. Ten posępny obraz dopełniają czterej blackmetalowcy z katowickiego zespołu Furia, którzy swoją świetną, mocną muzyką jeszcze dojeżdżają pesymistyczną, żeby nie powiedzieć grobową wizję dzisiejszej Rzeczpospolitej. Nic tylko się pochlastać.

Nie pomagają nawet zatyczki do uszu, które każdy widz dostaje wchodząc na spektakl. I przez nie wyraźnie słychać ciągłe krzyki, bo „Wesele” Klaty jest – trzeba to powiedzieć – bardzo głośne, wręcz wykrzyczane. Dokładnie takie, jak wyglądają w realu dzisiejsze rozmowy o Polsce – czy to w Sejmie, czy w telewizyjnych programach, czy też na ulicy. Nikt siebie nie słucha i wszyscy mówią na raz albo powtarzają wyklepane regułki. Trudno więc o jakąkolwiek rozmowę o narodowych sprawach. Ale czy ktoś jej tak naprawdę dzisiaj jeszcze chce?

Wielką nam zgotował Stary Teatr aktorską ucztę, oj wielką. Nie wiadomo właściwie od chwalenia kogo zacząć. Czy od fenomenalnej Panny Młodej w wykonaniu Moniki Frajczyk? Czy od kolejnej rewelacyjnej kreacji Bartosza Bieleni w roli Księdza? Od rozkosznego duetu Anny Dymnej (Radczyni) z Elżbietą Karkoszką (Klimina) czy też Anny Radwan (Zosia) z Ewą Kaim (Haneczka)? A może od Czepca (Krzysztof Zawadzki), Dziennikarza (Roman Gancarczyk) albo Gospodarza (Juliusz Chrząstowski)? Doprawdy, niepodobna zdecydować, bo od ról wspaniałych „Wesele” Klaty się po prostu mieni pokazując po raz wtóry z jakiej klasy zespołem aktorskim mamy do czynienia w naszym krakowskim „Staruszku”.

Na koniec były brawa, wielka brawa. Owacja bez końca. I łzy. Na scenie i na widowni. Aktorzy i widzowie niby na „Wesele” przyszli, a jednak widać było pogrzebowy smutek w oczach. Dokładnie taki sam, jak w pociągu z Warszawy do Krakowa. I znowu ktoś zapytał: I co teraz będzie?. Tego nie wie nikt. A bilety na wszystkie czerwcowe spektakle „Wesela”, dwa pokazy dziennie!, wyprzedano co do jednego.

Stanisław Wyspiański „Wesele”
reż. Jan Klata, Narodowy Stary Teatr w Krakowie
premiera: 12 maja 2017 r.

Foto: Magda Hueckel

 

Zwykły wpis
RECENZJA

Chłopi z kosmosu

Po kompletnie nieudanym „Wyzwoleniu” Stanisława Wyspiańskiego w stołecznym Teatrze Studio, Krzysztof Garbaczewski przeniósł się na drugą stronę Wisły do Teatru Powszechnego, gdzie wziął na warsztat jedno z najważniejszych dzieł polskiej literatury, czyli „Chłopów” Władysława Reymonta. Wielu się obawiało tego, co rzeczony reżyser zrobi z tą napisaną z epickim rozmachem powieścią i obawy okazały się jak najbardziej uzasadnione. Ów artysta zrobił bowiem z „Chłopów” dzieło tak odlotowe, że oglądając spektakl nie można uwierzyć w to, co się wyprawia na scenie. Coś takiego mogło powstać tylko w głowie szaleńca.

Krzysztof Garbaczewski nie tylko „Chłopów” wyreżyserował, ale jest także autorem adaptacji i scenografii, którą stworzył razem z Janem Strumiłło. Scenografii absolutnie kapitalnej i pożerającej nie tylko scenę, ale i pół widowni. Przypomniał mi tą realizacją swoje najlepsze scenograficzne przedsięwzięcia: „Odyseję” Homera i „Iwonę, księżniczkę Burgunda” Gombrowicza – jeden i drugi spektakl wystawił lata temu w Teatrze im. Jana Kochanowskiego w Opolu. Miał więc Garbaczewski kontrolę nad tekstem, przestrzenią oraz tym, co się w niej dzieje i ewidentnie kombinował do samej premiery, co by z tym wszystkim począć.

W pierwszej zapowiedzi spektaklu czytaliśmy, że „z monumentalnej powieści Władysława Reymonta Krzysztof Garbaczewski wybiera wątki, za pomocą których bada ukryte mechanizmy rządzące społecznością. Konfrontując gromadę z jednostką, odsłania brutalność relacji społecznych bazujących na wykluczeniu i ostracyzmie”. Potem, że „tożsamość chłopska jest obecna w naszej kulturze bardzo silnie. Nie należałoby mylić tego chłopstwa z ludowością; chłopskie myślenie czy elementy chłopskiego świata są nadal obecne w zachowaniu polskiej klasy średniej. Jest to dość aktualny tekst”. I w końcu: „Naturalizm Reymonta jest dla nas szczególnie cenny w dobie wycinanej puszczy Białowieskiej. Myśl ekologiczna jest wciąż w Polsce słabo obecna, a tu nagle da się ją odkryć w tekście Reymonta”. To ciągłe zmienianie akcentów w teatralnej interpretacji widać gołym okiem na scenie. Finalnie „Chłopi” Garbaczewskiego są po trochu o wszystkim. Jednych przyciągnie wątek eko, innych wątek etno, jeszcze innych kwestia nielubiącej odmieńców konserwatywnej zbiorowości albo wielkiej miłości bez happy endu. A na tym jeszcze nie koniec, bo reżyser chce zwrócić także uwagę na sprawy, powiedzmy, żydowskie (patrz: antysemityzm) oraz na zgoła feministyczne, a raczej zalatujące mizoginią, bo „Chłopi” – oddający doskonale ducha ówczesnego świata – są nasączeni patriarchalnym, wręcz przemocowym językiem w stosunku do kobiet.

Nie wiedząc zatem do końca w jakiej sprawie reżyser zaprasza nas na własne przedstawienie, trzeba samemu zdecydować, po której nitce wędrować do kłębka, tudzież przez które pole prowadzić swój pług. Ale można też po prostu rozkoszować się stworzonym przez Garbaczewskiego i jego znakomitych współpracowników (Roberta Mleczkę, Sławomira Blaszewskiego, Jana Duszyńskiego  i Bartosza Nalazka – brawa!) scenicznym kosmosem, bo niemal każda scena w tym spektaklu jest takim odpałem, że albo oczy z orbit wychodzą, albo spada się ze śmiechu z fotela, bowiem Krzysztof Garbaczewski zrobił w Powszechnym najdowcipniejszy spektakl w swojej karierze. I nie byłoby, ma się rozumieć, tych wszystkich cudowności, gdyby nie aktorzy.

„Chłopi” są popisem, w najlepszym znaczeniu tego słowa, możliwości zespołu aktorskiego Teatru Powszechnego. Do boju pierwsza rusza fenomenalna Julia Wyszyńska w roli Hanki, żony Antka Boryny. Aktorka wyklęta przez polską prawicę za przejmującą kreację w „Klątwie” Olivera Frljicia, wróciła po kilku mało udanych rolach poprzedniego sezonu do swojej wielkiej formy i idzie jak burza. Jej Hanka znacząco różni się od powieściowej. Ta Reymontowska jest początkowo właściwie nijaka i bojąca się wszystkiego, dopiero potem, wraz z biegiem wydarzeń, nabiera hardości i zaradności. Hanka Wyszyńskiej, zabawnie przerysowana i wyjątkowo głośna, ma do razu dużo do powiedzenia – zarówno o innych, jak i o własnym niełatwym przecież losie źle traktowanej i zdradzanej żony. Co tu dużo mówić, Wyszyńska wyciągnęła tę niesłusznie pozostawioną w książkowym cieniu bohaterkę na pierwszy plan.

Pomaga jej w tym dzielnie grający Antka Borynę Mateusz Łasowski, który w końcu dostał w Powszechnym główniaka na miarę swojego talentu. Jego brawurowa kreacja, najlepsza od czasu transferu z Teatru Polskiego w Bydgoszczy, staje się niemal centralną dla całego spektaklu, bo to przecież Antek uwikłany jest i w nieudane małżeństwo z Hanką, i coraz trudniejszą relację z ojcem, w końcu w płomienny romans z wydaną za Macieja Jagną (Magdalena Koleśnik). Łasowski maluje swą rolę w wielu odcieniach: raz jest slapstickowy, raz delikatnie tylko puszcza oko do widowni, a kiedy trzeba staje się śmiertelnie poważny, jak wtedy, gdy swą uwagę skupia wyłącznie na ukochanej, pożerając ją każdym spojrzeniem. Gdy Antek chwyta Jagnę, trudno się z jego ramion wyzwolić. Wszystkie jego zmysły nakierowane są tylko na nią, a ich wzajemny żar reżyser pokazuje pomysłowo używając kamery termowizyjnej. To wszystko trwa oczywiście do czasu. Kiedy bowiem zaczną się nad Jagną zbierać czarne chmury, Antek bez wahania odpowie: „W gromadzie żyję, to i z gromadą trzymam! Chceta ją wypędzić, wypędźta; a chceta se ją posadzić na ołtarzu, posadźta! Zarówno mi jedno!”. Wielki romantyk okazuje się być wyrachowanym chujem.

Koniec końców ofiarą zostaje zawsze kobieta. Tak było kiedyś, tak jest i teraz. I wcale nie chodzi o to, że Jagna jest zła, że zasłużyła na taki los. Nic z tych rzeczy. Postaci mistrzowsko granej przez Magdalenę Koleśnik nie można nie lubić, a wręcz się jej kibicuje. Szczególnie, że nie jest wcale pierwszą naiwną. Koleśnikowa Jagna to kobieta inteligentna i podążająca za swą intuicją, która w zderzeniu z prawami społeczności musi niestety przegrać sromotnie, bo taki jest zawsze los odmieńca i taka jest dynamika zamkniętej, podporządkowanej „odwiecznym” zakazom i nakazom grupy.

Wśród pierwszoplanowych postaci ginie nam Maciej Boryna grany przez Arkadiusza Brykalskiego, bo ani to chłop charyzmatyczny, ani wzbudzający respekt. Jest kompletnie nijaki przez co staje się dość szybko bohaterem, na którego nie zwraca się zbytnio uwagi. Ta przenosi się na postaci drugoplanowe, choćby na Mateusza w wykonaniu Michała Czachora. Ten zalecający się do Jagny uroczy awanturnik bawi swoimi ciągłymi dopowiedzeniami, ale potrafi też skupić na sobie uwagę całkiem na poważnie swą niespełnioną miłością do żony starego Boryny. Prawdziwe salwy śmiechu widzów wzbudzają także zwierzęta z lipcowego obejścia. Krowa w wykonaniu Andrzeja Kłaka czy kura Klary Bielawki to prawdziwe teatralne cieszotki, że o zdalnie sterowanym łaziku, okazującym się być świnią, która zwiała z zagrody nie wspomnę.

Doprawdy trudno uwierzyć, że Krzysztof Garbaczewski zrobił z „Chłopami” to, co zrobił. Co dzieje się w głowie człowieka, który w sposób tak zwariowany i błyskotliwy zarazem wystawił w teatrze jedną z dwóch wielkich powieści naszego literackiego noblisty, pozostaje nieustannie tajemnicą. Pewne jest natomiast to, że Teatr Powszechny ma kolejnego hiciora, że nie ma zamiaru oddawać Teatrowi Studio palmy pierwszeństwa w rywalizacji o najgorętszą scenę Warszawy oraz to, że niejedna polonistka może na „Chłopach” Garbaczewskiego dostać zawału.

Władysław Reymont „Chłopi”
reż. Krzysztof Garbaczewski, Teatr Powszechny w Warszawie
premiera: 13 maja 2017 r. 

Foto: Magda Hueckel

CZYTAJ TAKŻE
Niezgoda | rozmowa z Krzysztofem Garbaczewskim
Cyberpunk | rozmowa z Jackiem Poniedziałkiem o Krzysztofie Garbaczewskim
Kokaina na trawniku | rozmowa z Aleksandrą Wasilkowską o Krzysztofie Garbaczewskim

 

Zwykły wpis
RECENZJA

Lubelskie egzorcyzmy

Teatr im. Juliusza Osterwy w Lublinie pod nowym kierownictwem Doroty Ignatjew powoli, z pewną taką nieśmiałością, zaczyna nabierać prędkości i staje się coraz ciekawszą sceną, która – miejmy nadzieję – zaistnieje niebawem w krajowym teatralnym obiegu. A zadanie to nieproste, bo mieszczańska do bólu publiczność „Osterwy” kocha lekki, łatwy i przyjemny teatrzyk oglądany z perspektywy wygodnych, pluszowych foteli. Tymczasem Ignatjew, bardzo słusznie, nie ma zamiaru żadnego teatrzyku serwować, co udowodniła ze sporym sukcesem w kierowanym poprzednio przez siebie Teatrze Zagłębia w Sosnowcu. Pod jej kierownictwem tamtejsza scena zaczęła przyciągać coraz częściej krytyków teatralnych, za którymi przyszły zaproszenie na rozliczne festiwale oraz nagrody. Taki też jest, zdaje się, plan na Lublin.

Tym razem do jego realizacji zaprzęgnięty został Kuba Kowalski, który ma już za sobą jeden spektakl w „Osterwie”. W zeszłym sezonie zrobił tam pretensjonalną i nudną jak flaki z olejem „Panią Bovary” Gustava Flauberta. W tym sezonie się zrehabilitował biorąc na sceniczny warsztat świetne reportaże związanego z lubelską „Gazetą Wyborczą” i „Dużym Formatem” Pawła Piotra Reszki. Jego „Diabeł i tabliczka czekolady” to uhonorowane Nagrodą im. Ryszarda Kapuścińkiego opowieści z marginesu, którego linii nie chcemy zwykle przekraczać. To historie poruszające tematy wstydliwe, bolesne, często kontrowersyjne. I, co jest ważne w kontekście premiery w Teatrze im. Osterwy, zbierane na Lubelszczyźnie. Proponując Kubie Kowalskiemu tę, a nie inną książkę Dorota Ignatjew usmażyła kilka pieczni na jednym ogniu: po pierwsze – wybrała świetną literaturę faktu, po drugie – dodała do repertuaru coraz popularniejszy w polskim teatrze reportaż i po trzecie – zaserwowała lokalnej publiczności lubiany zwykle Heimattheater, choć reportaże Reszki mimo swej lokalności są historiami jak najbardziej uniwersalnymi.

Kowalski z dramaturżką Julią Holewińską wybrali z „Diabła” kilka reportaży i przygotowali z nich dobrą adaptacją, choć niełatwo z wielu niepołączonych ze sobą historii stworzyć spójny spektakl. To się udało. Całość jest zwarta, sensowna, wartka i przypomina w swojej konstrukcji inny spektakl ze Wschodu, czyli „Białystok. Białą siłę, czarną pamięć” z Teatru Dramatycznego im. Aleksandra Węgierki w reżyserii Piotra Ratajczaka, opartą na mocnych reportażach Marcina Kąckiego z Białostocczyny.

U Kowalskiego akcja jest może nawet zbyt wartka w tym sensie, że po wybranych przez siebie historiach reżyser się nieraz prześlizguje i je prześmieszkowuje. Przynajmniej jak na mój gust. Ja rozumiem, że postać leczącego z homoseksualizmu samozwańczego „terapeuty”, który zdesperowanym gejom proponuje terapię snickersem i przytulankami o wyśmianie aż się prosi, ale mamy też przecież w tej historii ogrom rozpaczy osób, które nie mogąc pogodzić się ze swoją orientacją, czy też poddani presji społecznej, decydują się na tak desperacki krok, jak tak zwana „terapia reparatywna”. Tego smutku, żeby nie powiedzieć tragizmu zawartego w reportażach Reszki często w spektaklu nie ma. W znaczącej dawce pojawia się dopiero pod koniec spektaklu w monologu słynnej na całą Polskę kobiety, która rodziła dzieci, mordowała je i składowała w beczce oraz w świadectwie Miguela Nauje, najprawdziwszego bohatera jednego z reportaży, który mówi o tym, że najlepiej w Lublinie czuje się we własnym domu, bo poza nim ciągle ktoś za nim woła jak nie „czarnuch” to „asfalt”.

Jeśli chodzi o aktorstwo, to wielkich kreacji w tym spektaklu nie zobaczymy, choć zagrany jest porządnie. Na dobre słowo zasługują szczególnie Paweł Kos, Krzysztof Olchawa i Nina Skołuba-Uryga, która jest niepodważalnym dowodem na to, że – niech mi będzie wybaczona bezczelność – w starym piecu diabeł pali. Gdybym miał reżyserować kiedyś w Osterwie (niech Bóg nas broni przed taką perspektywą!), pierwsza w obsadzie byłaby Skołuba-Uryga. I to od razu w roli głównej. Dobrą robotę wykonali też realizatorzy, szczególnie Agata Skwarczyńska, która zabudowała całą scenę (to na niej siedzą widzowie) plastikowymi skrzynkami, bo oglądanie przedstawienia o wykluczonych (także ekonomicznie) w wygodnym fotelu było jednak perwersją. Słuchajcie tych historii w takich warunkach, w jakich zbierał ich Reszka – zdaje się mówić Skwarczyńska. Bardzo słuszny to postulat. Słuchamy ich uważnie w rytm wykonywanej tradycyjnie na żywo muzyki Radka Dudy.

„Diabeł i tabliczka czekolady” – choć ma swoje niedoskonałości – jest całkiem udanym, zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że jednym z najlepszych przedstawień Kuby Kowalskiego. A przede wszystkim mądrym i o ważnych sprawach. Myślę, że może się bardzo spodobać lubelskim widzom, czego im i „Osterwie” gorąco życzę.

            Paweł Piotr Reszka „Diabeł i tabliczka czekolady”
reż. Kuba Kowalski, Teatr im. Juliusza Osterwy w Lublinie
 premiera: 31 marca 2017 r.

Foto: Natalia Kabanow

 

Zwykły wpis
RECENZJA

Powszechny wymiata

klatwa_515

Na taki spektakl czekaliśmy grubo ponad dwa lata, tyle bowiem czasu upłynęło od premiery arcydzielnej „Wycinki” Krystiana Lupy w Teatrze Polskim we Wrocławiu. Dzisiaj, kiedy marszałek Dolnego Śląska z ministrem kultury postanowili zrównać tę najlepszą polską scenę z ziemią, środek ciężkości artystycznego teatru przechyla się coraz bardziej w stronę stolicy, co jest o tyle ciekawe i zaskakujące, że Warszawa była przez lata zbieraniną najgorszych scen. Tymczasem wszystko wskazuje na to, że klaruje nam się wielka stołeczna trójca – Nowy Teatr, Teatrgaleria Studio i Teatr Powszechny – która chce nadawać ton nie tylko życiu teatralnemu stolicy, ale także kraju.

A poprzeczka została zawieszona wysoko, bardzo wysoko. Zawiesił ją właśnie Teatr Powszechny, który drugi już sezon próbuje artystycznej fermentacji, jednak nie wychodziło mu to do tej pory najlepiej. Mimo dobrych chęci i ambicji dyrektorów Pawła Łysaka i Pawła Sztarbowskiego, dostawaliśmy więcej nieudanych niż udanych przedstawień. Albo inaczej, więcej takich, których od Powszechnego z tą dyrekcją byśmy nie chcieli. Bo po co w „teatrze, który się wtrąca” te wszystkie „Dzienniki Majdanu”, „Nieznośnie długie objęcia” i „Lalki”, po co te wszystkie krzaki w skrzynkach przed teatrem, co to niby mają prażanom służyć i dzielnicę integrować, po co te festyny i jarmarki. Przecież to jest niepoważne. Łysak ze Sztarbowskim – takie było oczekiwanie – zostali szefami Teatru Powszechnego nie po to, by robić dzielnicowy dom kultury, ale po to, by robić najlepszy teatr w kraju. I to się chyba właśnie zaczęło dziać.

klatwa_060

„Klątwa” Stanisława Wyspiańskiego w reżyserii Olivera Frljicia była jedną z najbardziej oczekiwanych premier tego sezonu. Na premierze był taki tłum, że ludzie zwisali z balkonu. Frljić to artysta radykalny i bardzo głośny, ostatnimi czasy także w Polsce, w której ma dokładnie takie same problemy, jak w swojej rodzinnej Chorwacji. Kiedy przygotowywał „Nie-Boską komedię” Zygmunta Krasińskiego w Starym Teatrze w Krakowie, został z niego wyrzucony przez dyrektora Jana Klatę. Kiedy pokazał na Festiwalu Prapremier w Bydgoszczy swój spektakl „Nasza przemoc, wasza przemoc”, zajęła się nim prokuratura. Oczywistym więc było, że w Warszawie też może być gorąco.

Sztuka Wyspiańskiego jest dla reżysera jedynie przyczynkiem do napisania zupełnie nowego tekstu, czerpiącego ma się rozumieć z tematu sztuki wielkiego krakusa. Historia wiejskiej dziewczyny, która ma romans z księdzem i przez to zostaje uznana przez społeczność za winną sprowadzenia na wieś suszy (co nie mogło się dla niej i jej dzieci dobrze skończyć) jest zaledwie iskrą, od której zapala się armatni lont Frljicia. I jak już ogień dojdzie do prochu, to nie ma ratunku. Frljić prowadzi zmasowany ostrzał widowni i nie bierze jeńców, dając jednocześnie przytyczka naszym twórcom teatralnym, którzy kręcą się wokół podobnych tematów i chcieliby, ale się boją. Frljić za to niczego się nie boi i wali w polski nacjonalizm i katolicyzm jak w bęben. I nie chodzi tu o żadne obrażanie tak zwanych uczuć religijnych, ale zakłamaną do szpiku instytucję kościoła katolickiego, na czele której przez wiele lat stał najświętszy z najświętszych Jan Paweł II. Dla Polaków to przede wszystkim papież od kremówek, zinfantylizowany dziadzio, który machał laską jak mu górale pod Giewontem grali na skrzypkach. Tymczasem dla tysięcy wykorzystywanych seksualnie na całym świecie dzieci to człowiek, który wiedział o masowym zjawisku pedofilii wśród księży i nic z tym nie robił. Chociaż nie, przepraszam, robił – zwyczajnie ich krył. Pedofilii kościół katolicki ukrywał z takim samym zaangażowaniem, jak księży mających romanse z kobietami, a kiedy wychodziły one na jaw, konsekwencje zawsze ponosiły kobiety. Nigdy księża. Dramat Wyspiańskiego ukazał się prawie 120 lat temu i nic z tej sprawie nie zmieniło się do dzisiaj.

klatwa_2_913

Trudno pisać o tym spektaklu bez zdradzania inscenizacyjnych niespodzianek, jakie przygotował reżyser. Napiszę więc tylko, by nie psuć widzom wieczoru w teatrze, że każda kolejna scena jest lepsza od poprzedniej, niemal każda wbija w fotel i powoduje powiększenie się źrenic. Człowiek siedzi z wielkimi oczami, albo spada ze śmiechu z krzesła, bo skandaliczny dowcip po bandzie jest także elementem tego teatralnego dzieła. To zasługa z jednej strony genialnego tekstu, a z drugiej równie genialnych aktorów, którzy mogą w końcu w Teatrze Powszechnym pokazać w pełni swoje aktorskie możliwości. Co na scenie wyprawiają Karolina Adamczyk, Klara Bielawka, Barbara Wysocka, Julia Wyszyńska, Maria Robaszkiewicz, Jacek Beler, Arkadiusz Brykalski i Michał Czachor opisać niepodobna. Ich monologi to właściwie małe przedstawienia. W dodatku skonstruowane tak, by zmylić widza, który nie wie, czy aktorzy opowiadają swoje historie, czy też napisany przez reżysera i jego dramaturgów tekst.

„Klątwa” Olivera Frljicia to bez wątpienia najwspanialsze teatralne dzieło ostatnich lat, prawdziwa artystyczna bomba rzucona na przykurzone teatralne deski. I choć do końca sezonu zostało nam jeszcze kilka miesięcy, jest mało prawdopodobne, by komuś udało się tę premierę Teatru Powszechnego przyćmić. Co tu dużo gadać, Powszechny po prostu wymiata!

klatwa_2017_no_logo_www

Stanisław Wyspiański „Klątwa”
reż. Oliver Frljić, Teatr Powszechny w Warszawie
premiera: 18 lutego 2017 r.

Fot. Magda Hueckel

Zwykły wpis
RECENZJA

W moim śnie

szpecht-3

„Dla mnie najlepszy spektakl to taki, podczas oglądania którego chcę z widowni przejść na scenę i już na niej zostać” – powiedziała mi niedawno Magda Szpecht. To właśnie czułem, kiedy oglądałem jej „In Dreams Begin Responsibilities”, choć na scenie już byłem, bo Szpecht usadza widzów, elementy swojej instalacji, właśnie na niej. Nadaje się do tego idealnie przestrzeń prowadzonego przez Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie Małopolskiego Ogrodu Sztuki (MOS), gdzie żadnych podziałów na scenę i widownię nie ma. To jedna wielka przestrzeń – miejsce dla teatru Szpecht wymarzone, dream place.

szpecht-20

Przyczynkiem do tej pracy jest książka, a właściwie jedno opowiadanie pod tytułem „In Dreams Begin Responsibilities”, które zapomniany przez Boga i historię Delmore Schwartz napisał zaraz po studiach w latach trzydziestych ubiegłego wieku. Stało się ono z miejsca sensacją, a młodziutkiego Schwartza porównywano z najznakomitszymi piórami jego czasów. Kariera pisarza i poety nie trwała jednak długo. Kolejnych jego dzieł już nie doceniono. Zmarł w kompletnym zapomnieniu w wieku pięćdziesięciu dwóch lat.

szpecht-19

Zmarł, ale słowo zostało i wzięła je na reżyserki warsztat Magda Szpecht, u której oniryczność zdaje się być wbudowana w artystyczny genotyp. Korzystała z niej, a raczej tworzyła ją i w nieudanej „Możliwości wyspy” w TR Warszawa, i w bardzo udanym „Schubercie. Romantycznej kompozycji na dwunastu wykonawców i kwartet smyczkowy” w Teatrze Dramatycznym w Wałbrzychu. Korzysta i teraz w MOS-ie, gdzie utkała cienką nicią z Delmorem Schwartzem i dramaturgiem Łukaszem Wojtyską instalację-pajęczynę. Jak się w nią wpadnie, nie należy się szamotać, bo to się wtedy źle skończy. Trzeba się tej delikatnej konstrukcji poddać i pomyśleć tak dla przykładu o osobie, w której jest się zakochanym. Oczekują tego sami aktorzy rozdający widzom kartki z podobnymi prośbami i pytaniami, bo historia młodego mężczyzny, który idzie do kina i zdaje sobie nagle sprawę, że ogląda na ekranie swoich zakochujących się w sobie rodziców w czasach ich młodości i krzyczy w pewnym momencie, zrywając się z kinowego fotela: „Nie róbcie tego!”, jest niczym innym jak próbą skłonienia nas – oglądających do zagłębiania się we własne intymne historie i fantazje, w szczególności te związane z rodzicami.

szpecht-43

Aktorów dobrała sobie Szpecht bez pudła. Agnieszka Kościelniak, Lena Schimscheiner, Marcin Wojciechowski i Karol Kubasiewicz (gdybym był dyrektorem teatru, chciałbym mieć go natychmiast w swoim zespole) radzą sobie rewelacyjnie w niełatwym dla aktorów świecie reżyserki, która nieustannie prosi, żeby nie grać, która często bardziej niż w słowo wierzy w ruch, i która cały czas szuka języka dla spraw na scenie przez siebie poruszanych. Jeśli dodać do tego wykonywaną na żywo przez gitarzystę Mikołaja Zielińskiego znakomitą muzykę autorstwa Krzysztofa Kaliskiego, oszczędną przestrzeń Zuzy Golińskiej i superprofesjonalne wideo Mikołaja Sygudy, mamy teatralną jakość wartą największej uwagi.

szpecht-29

„In Dreams Begin Responsibilities” jest kolejną odsłoną nowego, eksperymentalnego programu, który ruszył niedawno w MOS-ie. Dyrekcja zarządzającego nim Teatru im. Słowackiego postanowiła bowiem oddać tę kapitalną przestrzeń w ręce tych, którzy szukają nowego teatralnego języka. Ta idea zasługuje na najwyższe uznanie pod warunkiem, że artyści dostaną rzeczywiście totalną wolność i nie będą zmuszani do pracy dla samego efektu, że będą mogli w MOS-ie zaszaleć i dostaną prawo do popełniania błędów, a nawet do spektakularnych porażek, bo tylko w takiej atmosferze może się tam narodzić rzeczywiście nowa artystyczna jakość, czego zachęcającą zapowiedzią jest piękna i wciągająca instalacja Magdy Szpecht.

CZYTAJ TAKŻE
Dziewczyna z zajezdni | portret Magdy Szpecht
Schubert. Romantyczna kompozycja… | recenzja

indbn_szp_kra_pl

Delmore Schwartz „In Dreams Begin Responsibilities”
reż. Magda Szpecht, Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie
premiera: 4 lutego 2017 r.

Fot. Monika Stolarska

Zwykły wpis
RECENZJA

This is so 19th century

unnamed

Zajęcie się właśnie teraz Jakubem Szelą, który stanął w połowie dziewiętnastego wieku na czele chłopskiego i bardzo krwawego buntu przeciw panom, wydaje się być wyborem ze wszech miar trafnym. Cały Zachód ogarnia bowiem narastający bunt klas z samego dołu drabiny społecznej. Bunt przeciw elitom, zarówno intelektualnym, jak i finansowym, a może przede wszystkim politycznym. Nowym Szelą, oczywiście grubo przesadzając, nazywano kiedyś Andrzeja Leppera, który zrobił polityczną karierę na chłopskiej krzywdzie. Lepper, co prawda nie zadźgał nikogo kosą, ale nieraz przechodził ze swoimi ludźmi od słów do czynów, żeby wspomnieć niemal zlinczowanego i wywiezionego na taczce komornika. Dzisiaj znów czuć w powietrzu swąd zapowiadający przemoc ze strony chłopów pańszczyźnianych – są nimi wszyscy ci, którzy nie załapali się w Polsce na przemiany społeczno-gospodarcze ostatniego ćwierćwiecza, którzy żyją dzięki chwilówkom i śmieciówkom, i nie jest im dane smakować konfitur produkowanych w globalnej, nomen omen, wiosce.

Michał Kmiecik zrobił dobrą adaptację „Słowa o Jakóbie Szeli” i powstałej na jej podstawie „Rzeczy gromadzkiej” Bruno Jasieńskiego. Trzeba w ogóle powiedzieć, że kmiecikowe adaptacje, robione także dla innych reżyserów są zwykle udane. Gorzej jest niestety z reżyserią, która w przypadku najnowszej premiery Teatru Śląskiego w Katowicach jest nie tylko festiwalem banału, ale – co gorsza – przeglądem rozwiązań scenicznych ze zgoła innej epoki. Doprawdy, na scenie brakuje już tylko styropianowych kur i gęsi, co jest jeszcze bardziej szokujące w zestawieniu z myśleniem o teatrze rówieśników reżysera. Wydaje się, że oni krążą po orbicie okołoziemskiej, podczas gdy Michał Kmiecik próbuje sklecić z deski, drutu i gnoju silnik rakietowy. Trzymając się nieśmiesznych memów, które z okazji spektaklu przygotował Szymon Szewczyk (autor kostiumów wraz z Igą Słupską), chciało by się powiedzieć o tym teatrze: This is sooooo 19th century!

unnamed-1

Reżyserowi nie pomagają też aktorzy, którzy nie tylko grają tak, że człowiek chce sobie otworzyć aortę sierpem, ale w dodatku nie potrafią mówić wierszem, co jest już zwyczajną zbrodnią na tekście Jasieńskiego. Tych recytacji nijak wytrzymać się nie da. Podobnie jak powstrzymać rozczarowania rolą Jerzego Głybina, którego Szela ma tyle charyzmy ile inny Jakub grany przez Wojciecha Niemczyka w „Księgach Jakubowych” w reżyserii Eweliny Marciniak w Teatrze Powszechnym w Warszawie. Za jednym i za drugim nikt nigdy by nigdzie nie poszedł. No, chyba że do szatni po futro.

Są jednakowoż w tym nieudanym przedsięwzięciu elementy udane. Pierwszy i najważniejszy to, przepraszam za to uprzedmiotowienie, grający kilka ról Bartłomiej Błaszczyński. To aktor dużego talentu, który robi co może, by „Słowo o Jakóbie Szeli” podnieć z klepiska i to niekiedy mu się udaje. Plus należy się też Nagrobkom (Adamowi Witkowskiemu i Maciejowi Salamonowi) za muzykę, która w tym dramaturgicznie sflaczałym dziwowisku daje od czasu do czasu kopniaka. Z kolei wspomniani już Iga Słupska i Szymon Szewczyk zrobili piękne kostiumy, ale pasują one niestety do tej kanciapy zwanej sceną kameralną, jak ja do widowni stołecznego Teatru Kwadrat – niby wszystko okej, a jednak coś zgrzyta.

CZYTAJ TAKŻE
A tu taka niespodzianka! | rozmowa z Michałem Kmiecikiem
Krakowiacy i Górale | recenzja
Morfina | recenzja
Leni Riefenstahl. Epizody niepamięci | recenzja

plakat_szela

Bruno Jasieński „Słowo o Jakóbie Szeli”
reż. Michał Kmiecik, Teatr Śląski w Katowicach
premiera: 10 lutego 2017 r.

Fot. Bartek Warzecha

 

Zwykły wpis
FELIETON, RECENZJA

Chór na barykady!

hymn_do_milosci__1

Pamiętam to jak dziś, a pamiętam zwykle niewiele, gdyż mam pamięć kury nioski. Była bodaj wiosna 2010 r. i siedziałem z nią na podłodze niewielkiej sali widowiskowej Instytutu Teatralnego w Warszawie. Robiłem wtedy co miesiąc do magazynu „Exklusiv” wywiady z kobietami, które osiągały sukcesy w rozmaitych dziedzinach, bo jak każdy szanujący się pederasta wielbiłem – ma się rozumieć – kobiety od zawsze i przebywać z nimi chciałem nieustannie. Jedną z nich była właśnie ona: niepozorna, uśmiechnięta, a w głębi serca kat. Już od jesieni poprzedniego roku katowała bowiem inne niewiasty, które wcześniej zaprosiła na casting do swego szalonego pomysłu – Chóru Kobiet uznanego dość powszechnie za fanaberię ówczesnego szefa instytutu, a dzisiaj dyrektora artystycznego Teatru Polskiego w Poznaniu Macieja Nowaka.

„Grubas zdziwaczał” – szeptało miasto. „Co to za pomysł?!” – krzywiły się przykurzone teatrolożki. A ona ze swoją kobiecą bandą dawała do wiwatu. „Czegóż te baby nie wyrabiały! Śpiewały, mruczały, syczały, skrzeczały, prychały, mlaskały i cmokały jak wariatki. Ale w tym szaleństwie była metoda, bo Marta Górnicka – absolwentka szkoły muzycznej i szkoły teatralnej – wiedziała dokładnie, co robi.” Chciała wskrzesić na wskroś grecką ideę chóru, w jej zamyśle Chóru Kobiet, i pozwolić mu wybrzmieć, jak należy.

hymn_do_milosci__3

Zaczęła od legendarnych przepisów Lucyny Ćwierczakiewiczowej, żeby – jak sama mi mówiła – „obśmiać kulturowy przepis na babę”, bo „kobieta nie jest ani ciastem, ani ciasteczkiem”. Oj, nie jest, choć mężczyźni od wieków chcą kobietę urabiać jak ciasto i wsadzać do przygotowanych przez siebie foremek. Potem Górnicka dokładała kolejne teksty do wychórzenia: był Foucault, była de Beauvoir, było „Magnificat” rozmontowujące wizerunek Matki Boskiej. Głośny śpiew przeciw patriarchatowi, heteronormie oraz językowej i kulturowej opresji rozbrzmiewał najpierw w Warszawie, potem w kolejnych polskich miastach, aż w końcu słychać go było w niemal każdym zakątku świata, bo Chór Kobiet występował na scenach od Berlina do Tokio i jest najbardziej spektakularnym zagranicznym sukcesem polskiego teatru ostatnich lat.

Przyszedł też czas na chłopaków, bo Marta Górnicka w końcu ich przyjęła i przygotowywała kolejne odsłony już jako chór mieszany, zaczynając od „Requiemaszyny” opartej na utworach Władysława Broniewskiego. Realizowała też spektakle z chórami tworzonymi ad hoc, żeby wspomnieć choćby ten z koszyckimi Romami na Słowacji, czy ten telawiwski – złożony z Żydów i Arabów, żołnierzy, matek i dzieci. Ów spektakl nosił tytuł „Matka Courage nie będzie milczeć. Chór na czas wojny” – był ponoć wstrząsający, jak donosiły mi izraelskie źródła wywiadowcze, i dał początek tryptykowi, który artystka kontynuowała w Staatstheater Braunschweig i który właśnie zamknęła swoim najnowszym dziełem wystawionym na deskach Teatru Polskiego w Poznaniu.

hymn_do_milosci__2

To wspaniałe dzieło nosi tytuł „Hymn do miłości” (proszę, czytając ten tekst, od razu kupować bilety) i zostało przygotowane z aktorami Polskiego oraz amatorami, których Górnicka – już tradycyjnie – zwerbowała w otwartym dla wszystkich castingu. Na scenie o żadnej amatorszczyźnie mowy jednak nie ma. Wszyscy radzą sobie znakomicie zarówno grupowo, jak i indywidualnie. Wraz z odpowiedzialną za dramaturgię Agatą Adamiecką i resztą ekipy Górnicka stworzyła dzieło nie tylko atrakcyjne inscenizacyjnie, ale także – a może przede wszystkim – niezwykle ważne, boleśnie punktujące naszą narodową polsko-katolicką obłudę. Obłudę, która z jednej strony chełpi się tradycyjną podobno gościnnością (gość w dom, Bóg w dom), a z drugiej – ani myśli o przyjęciu choćby kilku syryjskich rodzin. Tych oczywiście, które jeszcze ocalały, bo wiele z nich już brutalnie wymordowano.

„Polacy pod wodzą nacjonalistycznych polityków i równie nacjonalistycznego Kościoła katolickiego nie chcą u nas żadnych uchodźców, bo – jak słyszymy ze sceny – u nas nie ma miejsca, jakoś tak, kurczę, ciasno się zrobiło, a poza tym nie chcemy, żeby ci okropni uchodźcy korzystali z naszych promocji na smartfony”. Nie tylko zresztą my. Obcych nie chcą u siebie kolejne kraje. Fanatyzm Andersa Breivika okazał się dzisiaj złym proroctwem i nie można go przemilczeć. Trzeba krzyczeć, lamentować i bić na alarm, trzeba dawać odpór i w żadnym razie nie kapitulować. Broni nie składa na pewno Marta Górnicka, która prowadzi dzielnie swój chór na barykady!

CZYTAJ TAKŻE
Krakowiacy i Górale | recenzja
Extravaganza o miłości | recenzja
Sceny myśliwskie z Dolnej Bawarii | recenzja
Myśli nowoczesnego Polaka | recenzja

hymn_o_milosci

Marta Górnicka, „Hymn do miłości”
Teatr Polski w Poznaniu
premiera: 21 stycznia 2017 r.

Fot. Magda Hueckel

Zwykły wpis