RECENZJA

Soundwork (in progress)

14633148_1070538019727874_1830022812257199125_o

Wojtek Blecharz jest z pewnością jedną z najciekawszych postaci polskiego świata – no właśnie, którego? Muzycznego czy teatralnego? Odpowiedź brzmi: i tego, i tego. Bo Blecharz to jeden z tych artystów, którzy granice między poszczególnymi dziedzinami sztuki mają w głębokim poważaniu. Choć jest wszechstronnie wykształconym kompozytorem, absolwentem Uniwersytetu Muzycznego im. Fryderyka Chopina w Warszawie z doktoratem obronionym na Uniwersytecie Kalifornijskim w San Diego, szczególnie ukochał teatr. Można nawet odnieść wrażenie, że częściej tworzy w przestrzeniach teatralnych (stołecznym Nowym, TR i Powszechnym czy Teatrze Dramatycznym w Wałbrzychu, żeby wymienić ostatnie realizacje) niż w muzycznych. Albo na świeżym powietrzu, na przykład w Królikarni czy Parku Skaryszewskim. Nic go, zdaje się, tak nie odstręcza, jak przestrzenie koncertowe. Nawet kiedy Blecharz dostał możliwość przygotowania opery w Teatrze Wielkim w Warszawie (wspaniałe „Transcryptum”) nie zaprosił nas do wygodnych foteli, orkiestra nie grała w kanale i nikt nie śpiewał na scenie. Kompozytor zabrał nas w muzyczną podróż po zakamarkach Opery Narodowej. Muzyki słuchaliśmy w korytarzach, w pralni, a nawet w windzie.

Blecharz ma misję, chce pokazać polskiej publiczności, że muzyka jest wszędzie i że wszystko jest muzyką. Wystarczy go zresztą posłuchać. O muzyce opowiada z taką pasją i erudycją, że aż dziw bierze, że Blecharz nie ma jeszcze swojej autorskiej audycji w radiowej Dwójce. Kiedy opowiada o tym jak tworzy – a komponując używa zawsze instrumentów na które komponuje – nie wiadomo do końca czy mówi o pisaniu muzyki, czy o uprawianiu miłości. Jest w jego języku tyle czułości, sensualności, soczystości, że człowiek ma ochotę jeśli nie dotykać Blecharza, to co najmniej jego instrumentów. To wielki dar, który on znakomicie przekłada na swoje utwory; czy to autonomiczne, czy też będące częścią większej całości. Myślę choćby o „Schubercie. Romantycznej kompozycji na dwunastu wykonawców i kwartet smyczkowy” w Teatrze Dramatycznym w Wałbrzychu. Razem z reżyserką Magdą Szpecht i choreografem Pawłem Sakowiczem stworzyli coś, co przekracza granice gatunkowe, coś co jest niesione przez słowo, ruch, ale przede wszystkim muzykę.

14712564_1070537796394563_8798750145261135124_o

O funkcjonowaniu Blecharza w co najmniej dwóch światach świadczy też to, że jego premiery przyciągają zarówno teatromanów, jak i melomanów. Obok krytyków teatralnych, siedzą krytycy muzyczni. A na drugi dzień pojawia się zawsze ten sam problem: kto ma o tym napisać? Czy to bardziej teatr, czy bardziej koncert? Cholera wie.

„Soundwork” zapowiadano jako pierwszy spektakl muzyczny w TR Warszawa. Spektakl muzyczny, nie musical – to zasadnicza różnica. Początek jest bardzo teatralny (mniam mniam). Oto wkraczają na scenę aktorzy-muzykanci, wygrywający uwerturę na kije. Rozwija się ona w błyskotliwy i dowcipny zarazem początek pierwszej części, w której Blecharz pokazuje, że można grać dosłownie na wszystkim. Mało tego, można grać na sobie sycząc, klaszcząc, jęcząc i zawodząc. I na tym właściwie spektakl się kończy, bowiem dramaturgii starcza na mniej więcej kwadrans. Potem uczestniczymy w czymś, co nazwałbym raczej wykładem performatywnym (na pewno nie przedstawieniem) z elementami przekupstwa publiczności (wspólne muzykowanie), bo, jak wiadomo, nic tak nie cieszy widzów, jak możliwość zagrania na puszcze czy butelce (ja byłem w sekcji gumowych kaczek).

Jest, trzeba to przyznać, w zaproponowanej przez Blecharza formie i języku duży teatralny potencjał. Warto byłoby go rozwijać, ale jeśli miejscem do tego ma być teatr, proponuję zadzierzgnięcie współpracy z jakimś utalentowanym dramaturgiem, który być może powiedziałby reżyserowi, że kiedy się dostaje do spektaklu takiego aktora jak Paweł Smagała, który jest w stanie zagrać charyzmatycznie nawet pięciolinię, grzechem jest go nie wykorzystać.

14608656_1070537886394554_403402892644360850_o

To jeśli chodzi o formę. Ale jest też z „Soundwork” problem z treścią, bo jeśli mam iść na dwie godziny do teatru, chciałbym wiedzieć w jakiej sprawie. Dlaczego Wojtek Blecharz chce, żebym przyszedł i posłuchał tego, co ma mi do powiedzenia? Jakie ważne treści chce mi przekazać? Niestety, niczego odkrywczego w TR Warszawa się nie dowiemy, poza tym, co wiadomo już od dawna, czyli że wszystko jest dźwiękiem, że wszystko może być instrumentem, że muzykę można tworzyć ze wszystkiego i na wszystkim. Tymczasem wystarczy się wybrać do Muzeum Sztuki w Łodzi na poświęconą muzyce i sztuce alternatywnej drugiej połowy XX wieku wystawę „Notatki z podziemia”, by się przekonać, że wszystko, co nam pokazuje w TR Warszawa Wojtek Blecharz już było. Był Koncert na muchy Władimira Tarasowa, był Andrzej Mitan improwizujący wokalnie w towarzystwie czterdziestu papug, był Krzysztof Skoczylas i Andrzej Bieżan z „symfonią na tłuczone talerze z Ćmielowa”, były w końcu tworzone dosłownie ze wszystkiego instrumenty muzyczne, jak choćby utiugon – instrument Timura Nowikowa i Iwana Sotnikowa zrobiony ze stołu i żelazek.

Bardzo kibicuję Wojtkowi Blecharzowi w jego muzyczno-teatralnych wędrówkach, ale martwi mnie, że zaczyna chodzić ostatnimi czasy tą samą ścieżką, a wolałbym, żeby zboczył na teren jeszcze przez siebie i innych nieudeptany. Wtedy z chęcią pójdę za nim.

CZYTAJ TAKŻE:
Obój śni mi się po nocach | rozmowa w Wojtkiem Blecharzem
Transcryptum | recenzja

___

„Soundwork”
muzyka, scenariusz i reżyseria Wojtek Blecharz
TR Warszawa 

Fot. Krzysztof Bieliński/TR Warszawa

Reklamy
Zwykły wpis