RECENZJA

Kominek na pilota

foto_kasia_chmura_www_8829

Są takie połączenia w polskim teatrze, które nikomu nie przyszłyby do głowy. Przykład? Cezary Tomaszewski reżyserujący w stołecznym Och-Teatrze. Na samą myśl dostałem gęsiej skórki i popędziłam na Ochotę, by wynik owej kolaboracji zobaczyć. Tym bardziej że na scenie obiecano dwoje wspaniałych aktorów – Jadwigę Jankowską-Cieślak i Jana Peszka. Kilka miesięcy temu ten duet otwierał sezon w Teatrze Ateneum w Warszawie. „Błogie dni” Deirdre Kinahan, wystawione przez Wojciecha Urbańskiego, okazały się jednak sceniczną mizerią. Może więc Tomaszewski odpali na koniec sezonu petardę?

Zaczyna się nieźle, bo, jak to u Tomaszewskiego, ironicznie. Ironiczna do bólu jest też scenografia duetu Bracia. Jest i kościotrup, i nietoperze na żyrandolach, i kominek na pilota. Krótko mówiąc – wszystko, co w zamczysku być powinno. Realizatorzy tego spektaklu nieustannie puszczają do widowni oko, choć ta chyba tego nie zauważa. Tomaszewski nie od dziś bawi się teatralną formą, często ją wyśmiewając, a publiczność chce po prostu farsy. A skoro chce, to ją dostaje. W tym przypadku zbudowaną na relacji między niegardzącą whisky i świętującą rutynowo co roku śmierć męża Milady (Jankowska-Cieślak) a jej wiernym kamerdynerem Janem (Peszek), który – uwaga! – wciela się jednocześnie w trzy, a nawet cztery inne role (w końcu ktoś musi zagrać przybyłych na uroczystość gości, bo ci już od dawna nie żyją).

I to właśnie brawura Jana Peszka, jednoosobowego teatru, buduje cały spektakl, który bez niego byłby po prostu kompletną klapą. O żadnych zastępstwach nie może być mowy. Tu też należy zapytać, kto kogo reżyserował i dlaczego Tomaszewski nie potrafił z cienia kolegi wyciągnąć Jankowskiej-Cieślak? Z „Kto nas odwiedzi” powstał więc w gruncie rzeczy monodram, a Jan Peszek udowodnił po raz kolejny, że nawet z niedobrego tekstu jest w stanie stworzyć błyskotliwą kreację.

___

Igor Sawin „Kto nas odwiedzi”
reż. Cezary Tomaszewski, Och-Teatr w Warszawie

Fot. Kasia Chmura-Cegiełkowska

Reklamy
Zwykły wpis
RECENZJA

Wolę ciemne piwnice

05-Robert_Robur_2087_03

Podczas któregoś wywiadu, Krzysztof Garbaczewski powiedział mi, że marzy o wystawieniu „Niezwykłych przygód Roberta Robura” Mirosława Nahacza. Było to jakieś dwa, trzy lata temu. Marzenie, jak się okazuje, w końcu zostało spełnione, w dodatku w najlepszym do tego teatrze – TR Warszawa. To jest jedyny spektakl, jaki w zakończonym sezonie zrealizował w Polsce Garbaczewski, który wyreżyserował najpierw „Makbeta” w Teatrze Aleksandryjskim w Sankt Petersburgu, a potem „Locus Solus” w berlińskiej Volksbühne. Nie dziwi więc, że „Robert Robur” był jeszcze bardziej niż zwykle wyczekiwaną premierą.

Pierwsza część spektaklu nadzieję na teatralną jazdę bez trzymanki spełniła z naddatkiem. To stary dobry Garbaczewski, tylko bardziej. Powrót do stylówy wałbrzyskiej „Gwiazdy śmierci” sprzed sześciu lat, ale z mocno dzisiaj zaznaczoną wizją scenograficzną Aleksandry Wasilkowskiej, która – jak sama mówi – zakwasza trashowe wizje reżysera własną zabawą z estetyką surrealizmu. Efekt jest fantastyczny. Równie świetnie działa podmianka, którą Garbaczewski musiał zrobić po tym, jak z obsady wypadł za pięć dwunasta mający grać tytułową rolę Dawid Ogrodnik. W jego miejsce reżyser wstawił swojego najwierniejszego żołnierza Pawła Smagałę, który nie mógł jednak w tak krótkim czasie nauczyć się tekstu, wiec podkłada go z offu Justyna Wasilewska. Wyszedł z tego kapitalny duet. Aktorsko to w ogóle jest bezbłędna robota, a Agnieszka Żulewska jest po prostu zachwycająca.

Spektakl zaczyna jednak męczyć w kolejnych częściach, a ostatnia – „łemkowska” (Nahacz był Łemkiem i jeśli ktoś tego nie wie, od razu odpada) to już zwyczajna męczarnia. Osobiście wolałbym, żeby Krzysztof Garbaczewski nie zabierał mnie na wycieczkę do Beskidu Niskiego. Zdecydowanie bardziej od tych etnoszamańskich klimatów wolę jego szalone pogonie z kamerą po ciemnych piwnicach.

CZYTAJ TAKŻE:
Cyberpunk | rozmowa o Krzysztofie Garbaczewskim
Niezgoda | rozmowa z Krzysztofem Garbaczewskim

___

„Robert Robur”, na podst. „Niezwykłych przygód Roberta Robura” Mirosława Nahacza
reż. Krzysztof Garbaczewski, TR Warszawa

Fot. mat. pras. TR Warszawa

 

Zwykły wpis
FELIETON

Drama Queen

untitled-2513

Nie zdążyłem nawet dokołować moim dreamlinerem do rękawa na lotnisku O’Hare w Chicago, gdy facebookowy mesendżer wydał z siebie charakterystyczne „blink!”. „Mike, jeśli nie masz jeszcze dość teatru, w Chicago grają w weekend Masłowską. Chcesz się wybrać?” I weź tu, człowieku, odpocznij. „Oczywiście!” – odpowiadam i dostaję za chwilę potwierdzenie rezerwacji. Tomek Smolarski, odpowiedzialny w Instytucie Kultury Polskiej w Nowym Jorku za sztuki performatywne, działa jak błyskawica.

Kilka dni później wchodzę do The Trap Door Theater w Bucktown, kiedyś bardzo polskiej, dzisiaj najbardziej hipsterskiej dzielnicy miasta. Punkt 20 („O ósmej, teatr jest zawsze o ósmej!” – mówił Roy Cohn w „Aniołach w Ameryce” Tony’ego Kushnera) siedzę już na widowni z kieliszkiem chardonnay, bo w amerykańskich teatrach offowych widzowie bez alkoholu nie zasiadają w fotelach. Za chwilę zacznie się „No Matter How Hard We Try”. Pod tym angielskim tytułem kryje się „Między nami dobrze jest” Doroty Masłowskiej w świetnym tłumaczeniu Artura Zapałowskiego i reżyserii Maxa Truaxa.

Ten zamówiony przez Grzegorza Jarzynę i wystawiony w TR Warszawa z Danutą Szaflarską w roli Osowiałej Staruszki dramat znalazł się w przepięknie wydanym przez Instytut Adama Mickiewicza tomie „(A)pollonia: 21st-century Polish Drama and Texts for the Stage” pod redakcją Joanny Klass, Krystyny Duniec i Joanny Krakowskiej. Wydanym po to, by sławić na świecie, szczególnie anglojęzycznym, współczesną polską dramaturgię. Było to jeszcze w czasach przed „dobrą zmianą”, kiedy IAM i instytuty kultury polskiej nie miały prikazu, by promować najgorsze, ale prawilne ideologicznie miernoty artystyczne oraz ludzi z tak wybitnym wkładem we współczesną sztukę, jak Lech Kaczyński (niedługo błogosławiony) i Jan Paweł II (od dawna święty).

Na amerykańskie sceny trafił nie tylko tekst Masłowskiej – wspomnę choćby sztukę „Made in Poland” Przemysława Wojcieszka wyprodukowaną przez The Play Company i wystawioną w reżyserii Jackson Gay w 59E59 Theaters na off-Broadwayu. Ale żaden polski tekst dramatyczny nie cieszy się ostatnio za oceanem takim wzięciem jak nagrodzona sześć lat temu Gdyńską Nagrodą Dramaturgiczną i przełożona na angielski przez profesora slawistyki na Uniwersytecie Michigan Benjamina Paloffa „Trash Story” Magdy Fertacz. Po inscenizacjach w Los Angeles i Nowym Jorku (z entuzjastyczną recenzją w „The New York Times” włącznie) przyszła teraz kolej na Chicago. Premiera w przyszłym roku.

Cóż to nam mówi o współczesnej polskiej dramaturgii? Ano tyle, że nasze teksty mogą z powodzeniem trafiać na teatralne deski całego świata, pod warunkiem że ktoś zadba o ich dobre przekłady na kilka najważniejszych języków (angielski, niemiecki, francuski, rosyjski) i kilka „mniejszych”, na przykład szwedzki czy hebrajski, bo zarówno w Szwecji, jak i Izraelu (mamy na to dowody) nasza rodzima twórczość dramaturgiczna cieszy się sporym zainteresowaniem. I mogłaby się cieszyć jeszcze większym, gdyby jakaś polska instytucja – może IAM do spółki z Instytutem Teatralnym i instytutami kultury polskiej – zajęła się w profesjonalny sposób systematyczną promocją dorobku naszych jakże utalentowanych dramatopisarzy i dramatopisarek. Dlaczego raz w roku najważniejsze zagraniczne teatry i zajmujący się teatrem ludzie nie mogliby dostawać wyboru przełożonych na ich języki świeżutkich polskich dramatów? Czy to takie trudne? Drogie? Niewykonalne?

Niechaj wędrują w świat teksty i Magdy Fertacz, i Tomasza Śpiewaka, i Małgorzaty Sikorskiej-Miszczuk, i Pawła Demirskiego, i Agnieszki Jakimiak, i Mateusza Pakuły, i Jolanty Janiczak, i Julii Holewińskiej, i Michała Walczaka, i Marty Guśniowskiej, i Artura Pałygi, i Maliny Prześlugi, i tak dalej. Niech zdobywają sceny i widzów poza naszym podwórkiem. Niech się konfrontują z innymi kulturami. Niech mówią do ludzi w innych językach niż polski, bo – parafrazując „Między nami dobrze jest” Masłowskiej – we Francji mówią po francusku, w Niemczech mówią po niemiecku, nawet w Czechach mówią po czesku. Tylko w Polsce mówi się po polsku. No, i może jeszcze w Chicago.

CZYTAJ TAKŻE:
Nie napiszę nic o tańcu | felieton 

___

Felieton ukazał sie w „Wysokich Obcasach” 9.07.2016 r.
fot. kadr z „Trash Story” w reżyserii Marty Miłoszewskiej/Teatr Telewizji

Zwykły wpis
FELIETON

Panie radny, całuję!

gay-israel-kiss

Szanowny Pan
Michał Boruczkowski
Prawy i Sprawiedliwy Radny Miasta Poznania

Wielce Szanowny Panie!

W związku z pańską interpelacją w sprawie obchodów 60-tej rocznicy Poznańskiego Czerwca (MBO/2016/VII/3) skierowaną do Prezydenta Miasta Poznania Jacka Jaśkowiaka, pozwalam sobie – z racji rozlicznych homoseksualnych zajętości Pana Prezydenta, o czym często informują malowane na jego domu napisy – przesłać czym prędzej odpowiedź ze szczegółowymi wyjaśnieniami.

Jak Pan słusznie zauważył, podczas spektaklu „Ksenofonia. Symfonia dla innego” w reżyserii Jana Komasy „męscy aktorzy grający na scenie wymienili homoseksualne pocałunki”. Było to spowodowane wyłącznie reżyserskim niedopatrzeniem, a i pewnego rodzaju aktorską niesubordynacją, gdyż w pierwotnym założeniu męscy aktorzy grający na scenie mieli wymienić między sobą heteroseksualne pocałunki. Jan Komasa mówił wyraźnie w kilku udzielonych przed premierą wywiadach, że chce, aby mężczyźni całowali się heteroseksualnie. Mówili to też po wielokroć współpracownicy reżysera, zarówno choreograf Mikołaj Mikołajczyk, jak i kompozytor Bartek Wąsik. Pierwszy przygotował wybitnie heteroseksualny ruch, drugi – heteroseksualną muzykę. Kroki są męskie, katolickie, po prostu polskie, a w partyturze, co widać czarno na białym, nie ma ani ósemek, ani szesnastek, bo kompozytor nuty z ogonkami uważa za zbyt homoseksualne. Nie użył też ani razu, co jest oczywistą oczywistością, klucza wiolinowego, gdyż jest zbyt fikuśny, żeby nie powiedzieć – pan wybaczy – pedalski. Wiem skądinąd, że męscy aktorzy i tancerze w pocie czoła ćwiczyli między sobą heterobuziaki, ale nic z tego nie wychodziło. Zaczęli się więc całować homoseksualnie, w końcu nie przeskoczą swoich aktorskich ograniczeń.

Proszę wybaczyć powyższe słowa wprowadzenia, ale chodzi mi o najdokładniejszą i wyczerpującą odpowiedź, bo nie chciałbym, żeby Pańską interpelację spotkało to, co przydarzyło się Pańskiej klubowej koleżance, radnej Lidii Dudziak, która ledwie dwa lata temu słusznie interpelowała w sprawie bezwstydnej kopulacji Antoniny i Napoleona, pary osłów z poznańskiego ZOO. Nie chciałbym też, by Pańskie jakże ważne pytania wynikające z troski o moralną kondycję miasta potraktowano, jak Pańską poprzednią interpelację (MBO/2016/IV/9) dotyczą porywania poznaniaków przez łowców organów. Choć Pan, wiem o tym od samych łowców, może czuć się bezpiecznie. Nie ma Pana na liście potencjalnych ofiar kidnapingu, bo żaden z Pańskich organów, włącznie z tym znajdującym się pod Pańską czaszką, nie przedstawia podobno absolutnie żadnej wartości.

Ale wróćmy do interesujących Pana spraw. Pyta Pan czy homoseksualne pocałunki są estetyczne? Są, nawet bardzo. Jako dowód załączam materiał ikonograficzny. Dalej, interesuje pana czy homoseksualne pocałunki są: a) godne pochwały (odpowiedź: jak najbardziej), b) godne naśladowania (odpowiedź: niech pan próbuje), c) godne powtórzenia (odpowiedź: tylko z kimś, kto dobrze całuje), d) godne sowitej zapłaty (odpowiedź: każdy zarabia jak może). Jeśli chodzi o „publiczne eksponowanie pocałunków homoseksualnych” w kontekście art. 140 kodeksu wykroczeń, to się Pan nieco spóźnił. Niemcy byli pierwsi, o par. 175 więcej się Pan dowie odwiedzając Państwowe Muzeum Auschwitz-Birkenu. Nie umiem się niestety ustosunkować do Pana pytań dotyczących praktyk homoseksualnych w świetle katolicyzmu – o to proszę pytać w Pałacu Arcybiskupim, tam się na tym najlepiej znają. Ma Pan numer do biskupa-seniora Juliusza Paetza czy załatwić go Panu w seminarium?

CZYTAJ TAKŻE:
Dobra zmiana, czyli ratuj się kto może
Polska kultura w ruinie
Jan Paweł II i transwestyci, czyli promocja polskiej kultury 

Zwykły wpis
RECENZJA

Nie ma się co certolić

z20325481IH,bang-bang

Rozgrzewający się pod artystycznym kierownictwem Sebastiana Majewskiego łódzki Teatr im. Stefana Jaracza zaserwował nam w zakończonym właśnie sezonie kilka ciekawych premier, ale to, co w Łodzi zmajstrowała Dominika Knapik, to po prostu teatralny blitzkrieg bez brania zakładników.

„Bang Bang” jest reżyserskim debiutem Knapik, jednej z czołowych polskich choreografek. Artystka postanowiła, i bardzo słusznie, że nie ma się co certolić, tylko trzeba szybko pociągnąć za spust. Nie zrobiła tego sama, ale z pomocą świetnie dobranych towarzyszy broni: Tomasza Jękota (tekst), Mirka Kaczmarka (scenografia), Karoliny Mazur (kostiumy) i Daniela Pigońskiego (muzyka). A kiedy do tej uzbrojonej szajki dołączyli wspaniali aktorzy, to mogło być już tylko bang, bang!

Inspiracją spektaklu był kultowy film Ridleya Scotta „Thelma i Louise”. W Łodzi Geenę Davis zastąpiła Izabela Noszczyk, a Susan Sarandon – Milena Lisiecka, i zrobiły to śpiewająco. Dosłownie, bo w „Bang Bang” jest kilka songów z konkretnym feministycznym zacięciem. Takie jest zresztą całe przedstawienie, którym Knapik mówi bez ogródek, że grzeczne dziewczynki (być może) idą do nieba, a niegrzeczne idą, gdzie chcą, a przynajmniej tak im się wydaje, bo mimo że Thelma i Louise idą, a dokładnie rzecz biorąc, jadą, gdzie chcą, to i tak wpadają nieustannie w samcze łapska patriarchatu, który nie może się pogodzić z tym, że kiedy kobieta mówi „nie”, to znaczy to po prostu „nie”, co znakomicie wyśpiewała kiedyś Katarzyna Nosowska w przeboju Hey „Mówię »nie «”. Aktualnym do dzisiaj.

Nie byłoby tego błyskotliwego dzieła, gdyby nie kobiety: świetnych Noszczyk i Lisieckiej oraz wyszczekanej, spinającej historię Hal w wykonaniu Iwony Karlickiej, ale niepodobna pisać o „Bang Bang” bez choćby zdania o Krzysztofie Wachu, który wciela się brawurowo w kilka ról (Derryl/Harlan/Tirowiec). Wach to szatan nie aktor. Z pewnością największy młody męski talent, jaki noszą łódzkie sceny. W takim składzie ten spektakl po prostu nie mógł się nie udać. Bang! Bang!

CZYTAJ TAKŻE:
Wykradam czas na ruch | Dominika Knapik
Chcieliście porno to macie! | Ewelina Marciniak
Śmierć i dziewczyna | recenzja
Nie napiszę nic o tańcu | felieton 

____

Tomasz Jękot „Bang Bang”
reż. Dominika Knapik, Teatr im. Stefana Jaracza w Łodzi

Fot. Magda Hueckel

Zwykły wpis
ROZMOWA

Odnowa w ciele

12046862_10153602881089417_2264754279443640130_n

Uwielbiam być na scenie, jestem od niej uzależniona. Ale tworzę też siebie poza nią, zupełnie prywatnie. Performuję poza teatrem i lubię się spotykać z ludźmi, którzy działają podobnie. Z choreografką i performerką Martą Ziółek rozmawia Mike Urbaniak

Jak to się robi?
Ale co?

No siebie.
– 
W życiu czy w sztuce?

Zacznijmy od życia.
– 
Nie będę ściemniać. Misterne budowanie wizerunku to ciężka robota. Zastanawiałam się nawet ostatnio, skąd u mnie ta wizerunkowa obsesja.

I jaka jest odpowiedź?
– 
Taka, że wszystkiemu winna jest rzeczywistość, w której żyjemy. Dzisiaj tożsamość i ciało są projektami, które trzeba sobie zrobić, wyrzeźbić. Tendencja do konstruowania własnego ja jest związana z wielkim wstrząsem spowodowanym przez rozwój internetu, a szczególnie mediów społecznościowych. Robienie siebie jest ściśle powiązane z koncepcją, która zakłada, że każdy to potencjalny kreator własnego wizerunku. Najprostszym przykładem takiego procesu autokreacji jest selfie, ale tak naprawdę autokreacją jest dzisiaj wszystko – nasza fizyczność, ruch, zachowanie. Robimy siebie, stojąc przed lustrem czy siedząc przed ekranem komputera, często nie zdajemy sobie nawet z tego sprawy.

„Zrób siebie” to tytuł przyjętego entuzjastycznie spektaklu, który zrealizowałaś z grupą tancerzy w Komunie Warszawa. Zaproszono was z nim nawet na Open’era.
– 
Nie będę ukrywała, że ten sukces nas kompletnie zaskoczył. Wierzyliśmy oczywiście, że robimy coś fajnego, ale przyjęcie „Zrób siebie” jest obłędne. Spektakl został zainspirowany kampanią reklamową Nike „Make Yourself”. Zaangażowano do niej grupę charyzmatycznych kobiet reprezentujących różne środowiska związane z kulturą fizyczną. Była to elita sportsmenek, które osiągnęły spektakularny sukces. Motywem przewodnim kampanii była idea „bycia bardziej”, czyli ciężkiej pracy i poświęcenia. To miało pokazać, jak pasja i wysiłek fizyczny pozwalają na osiągnięcie wymarzonego celu.

Interesowało mnie założenie, że integralną częścią obrazu samego siebie jest doświadczenie własnego ciała i jego wyglądu. Tworzenie siebie jest zatem treningiem, cielesnym procesem doskonalenia. Zakłada determinację i internalizację nakazu wpisanego w trening. W model ten wpisany jest paradoks charakterystyczny dla współczesnego fenomenu wolności. Z jednej strony uwodzi się nas hasłem „Jesteście wolne! Możecie być, kimkolwiek chcecie!”, a z drugiej – robienie siebie staje się nakazem, poddaniem się kontroli.

Zapraszając do współpracy grupę uzdolnionych artystów, chciałam się zmierzyć z tym paradoksem, z tożsamością traktowaną jako performance, brand, przedmiot spekulacji marketingowych, ale również przestrzeń wolności. W spektaklu bawimy się tożsamością, jednak ją także konstruujemy poprzez trening, stąd każdy z performerów ma imię: Coco, Lordi, High Speed, Glow, Beauty, Angel Dust. Każde imię uruchamia postać, gra z oczekiwaniami, afektywnością i autoekspresją.

unnamed-1

A ty kiedy zaczęłaś świadomie robić siebie?
– 
Kiedy skończyłam cztery lata. Zaczęło się od gier i zabaw domowych i zaprowadziło mnie do teatru. Marzyłam o byciu gwiazdą, a aktorstwo interesowało mnie o tyle, o ile pozwalało na autokreację, na granie z wyobraźnią, na wytwarzanie fikcyjnych światów. Dużo później dołączyłam do grupy teatralnej w warszawskiej Starej Prochowni i to był przełom. To była grupa, która mocno czerpała z teatru fizycznego. Pracowaliśmy intensywnie, spotykaliśmy się trzy razy w tygodniu. Myślę, że to bardzo wpłynęło na to, jak dzisiaj postrzegam pracę na scenie.

Coś ci tam jednak zaczęło przeszkadzać.
– 
Dominujący, wręcz autorytarny męski lider – zjawisko typowe dla wielu polskich grup teatralnych. Taki nieudolnie naśladowany Grotowski. Nie do końca się w tym modelu odnajdywałam, dzisiaj go nie znoszę. Odeszłam wtedy z Prochowni i zaczęłam występować w teatrze ulicznym. Śpiewałam i tańczyłam, dużo jeździliśmy po Polsce i za granicę.

Jednocześnie chodziłam na różne warsztaty i takim sposobem trafiłam na taniec współczesny i Grupę Trava, którą założyły i prowadziły Anna Jankowska z Polski i Heini Nukari z Finlandii. Kiedy je zobaczyłam na scenie, pomyślałam, że też chcę tworzyć sztukę z mocną kobiecą energią, korzystając – jak dziewczyny – z nieograniczonych zasobów wyobraźni, technik szamańskich, praktyk transowych, pracy ze snami znakomicie przekładanej na pracę z ciałem. Wchodząc coraz głębiej w taniec współczesny, teatr fizyczny, kontakt, improwizację, odkryłam choreografię.

Co to jest kontakt improwizacja?
– 
To technika tańca polegająca w uproszczeniu na tym, że ruch wytwarza się w kontakcie między ciałami. Forma partnerowania eksplorująca fizyczność, pracę z ciężarem, siłami grawitacji.

A teatr fizyczny?
– 
Trudno o dobrą definicję. Kiedy myślę o teatrze fizycznym, myślę o Jerzym Grotowskim. To teatr, w którym podstawowym narzędziem jest ciało – gotowe, uważne, bardzo obecne. Dzisiejszy teatr fizyczny korzysta z wielu technik – od jogi przez wschodnie sztuki walki.

Czym teatr fizyczny różni się od teatru tańca?
– 
To pytanie jest koszmarem dużej grupy młodych tancerzy i choreografów. Cały polski taniec jest ufundowany na teatrze tańca, który wywodzi się z jednej strony od ekspresjonistycznego tańca niemieckiego Mary Wigman, a z drugiej – od Tanztheater Piny Bausch, która zbudowała cały język teatralny, tworząc pewną technikę taneczną. Ale ile można się odwoływać do teatru tańca? On jest archaiczny i oldskulowy w niedobrym znaczeniu tego słowa.

Szanuję Pinę Bausch i uwielbiam Mary Wigman, którą uważam zresztą za moją artystyczną pramatkę. Jednak mam też dzisiaj do tego, co obie robiły, duży dystans, chyba głównie dlatego, że jest to jakaś wystylizowana forma tańca. Ja jestem wychowana już w innej tradycji, która demokratyzuje ciała w ruchu i kwestionuje wirtuozerię jako główne narzędzie ekspresji ruchowej. Teatr tańca zapośrednicza ruch poprzez narrację, a szkoda, by taniec był zawsze ograniczony ścisłą formą i tekstem. Ciało w ruchu ma własny język i moc przekazu. Z grupą artystów, którzy kształcili się za granicą, domagamy się autonomii, bo współczesna choreografia używa niezliczonej ilości języków, nie musi być związana z teatrem.

Dlaczego nie przepadasz za polskim teatrem?
– 
Bo zawsze mnie w nim drażnił brak dystansu aktora do postaci, a mnie interesuje taki sposób gry, w który ten dystans jest wpisany, choćby ironicznie. W naszym kraju rzadko widziałam coś podobnego na scenie, a szczególnie na scenie dramatycznej. Druga sprawa to oczywiście fizyczność. Nie oglądałam spektakli, które autentycznie zaprzęgałyby do gry cielesność i wynikający z niej ruch – być może zbyt mało oglądam i coś przegapiłam. A jeśli w teatrze nie ma zgrzytu między osobowością prawdziwą i fikcyjną z jednej strony a ucieleśnianiem i alienacją z drugiej – to przepraszam, ale mnie to nie interesuje.

Żadnej nadziei na horyzoncie?
– 
To się zaczyna zmieniać. Przykładem niech będzie Anna Karasińska. Pracowałyśmy razem przy spektaklu „Ewelina płacze” w TR Warszawa. To błyskotliwa reżyserka, która rozwija autorski, niezwykle ciekawy język teatralny. Nazwałabym go bliskością z aktorem. Anka wywodzi się ze świata filmu, więc ma też dobre dokumentalne oko. Interesuje ją teatr oszczędny, nazywam go żartobliwie biedateatrem, kompletnie pozbawiony fajerwerków inscenizacyjnych, co jest dla mnie jeszcze ciekawsze, bo stoi w kontrze do moich prac. Ja lubię nadmiar.

Bardzo ciekawa jest także zaczynająca swoją reżyserską drogę Gosia Wdowik, znakomicie poinformowana o tym, co się dzieje w teatrze na Zachodzie, szczególnie w Niemczech, gdzie także pracuje. Jeśli mówimy o teatrze postdramatycznym, to teatr Gosi jest chyba postpostdramatyczny, jest propozycją gry z formą i montażem jako sposobem myślenia umiejscowionym gdzieś między teatrem a sztukami wizualnymi.

Gdzieś w nowym teatrze?
– 
Jeśli pytasz mnie o teatr Krzysztofa Warlikowskiego, to od razu mówię, że szanuję, ale nie jestem wielką fanką. To już jest teatralna pieśń przeszłości.

Pytam o nurt.
– 
Za granicą w nowym teatrze nie występuje sztywny podział na reżyserów i choreografów. Wszystko jest ze sobą połączone, sprzężone. Nowy teatr jest intermedialny, eksperymentuje z formą i montażem. U nas prawie tego nie ma, choć coś się lekko ruszyło. Niektórzy zaczynają rozumieć, że teatr musi być otwarty na ruch, na muzykę, na to, co się dzieje w sztukach wizualnych, ale też na wydarzeniowość, afekt. Warto w tym kontekście wspomnieć o Michale Borczuchu czy Weronice Szczawińskiej – jej „Teren badań: Jeżycjada” jest bardzo ciekawą propozycją teatralną. Nowy teatr uznaje fizyczną pracę z aktorem za tak samo ważną jak praca nad tekstem i nie oznacza to od razu bombastycznej choreografii, bo zbyt dużo ruchu grozi nieraz katastrofą. Choreografia może być silnie obecna w spektaklu i jednocześnie niewidzialna.

Ciebie coś w ogóle zachwyca?
– 
Jestem bardzo wybrednym i krytycznym widzem. Zwykle mi się nie podoba. Może dlatego, że w teatrze szukam afektów, nie dramatyczności. Już się dramatycznie naprzeżywałam i nie chcę oglądać tych przeżywających wielkie emocje aktorów. Nie lubię też teatru politycznego w treści, lubię polityczność w formie.

Lubię też na bogato. Interesuje mnie bardzo konkretna obecność na scenie, praca z mocnymi osobowościami, z ich fizyczną konstytucją i energią. Uwielbiam rzeźbić obecność zarówno swoją, jak i innych w bliskim kontakcie ze mną. Uwielbiam nakładać maskę i ją zdejmować, wcielać się i dystansować. Uwielbiam być na scenie, jestem od niej uzależniona. Ale tworzę też siebie poza nią, zupełnie prywatnie. Performuję poza teatrem i lubię się spotykać z ludźmi, którzy działają podobnie. Nie ma co ukrywać, potrzebuję atencji.

Jak każde artystyczne zjawisko.
– 
Może i nim jestem, ale posługuję się narzędziami i strategiami, które są obecne w praktykach innych artystów. Nie pojawiłam się znikąd. Jestem choreografką konsumentką. Wybieram to, co najciekawsze w bogatej ofercie, i zaczynam krytyczne przetwarzanie, przyjmuję albo odrzucam. Jestem aktywną graczką, która w przestrzeni kompletnej inwigilacji internetowej i kontroli medialnej znalazła obszar wolności i go wykorzystuje. Jestem nomadką, ale z iPhone’em. Sama, ale w sieci. I szperam w śmietnisku zwanym popkulturą, znajduję tu prawdziwe skarby. Jak w przeboju Justina Biebera „I’ll Show You”, którego użyłam w spektaklu „TO” zrobionym z Robertem Wasiewiczem i Koriną Kordovą w krakowskiej Cricotece. Połączyłam Biebera z Kantorem, bo dlaczego nie?

CZYTAJ TAKŻE:
Wykradam czas na ruch | Dominika Knapik
Jestem błędem w systemie | Robert Wasiewicz
Nie jestem panem od sceny walca | Paweł Sakowicz

Zrób sobie dobrze | recenzja „Zrób siebie”
Nie napiszę nic o tańcu | felieton

Zwykły wpis