RECENZJA

Rozmowa o pewnym panu

full_holzwege1_770

Jak ja lubię takie niespodzianki, kiedy dostaję ni stąd, ni zowąd ekscytujący wieczór. Tak jest z TR-owym „Holzwege” Marty Sokołowskiej w reżyserii Katarzyny Kalwat. To spektakl o uważanym za pierwszego polskiego minimalistę wybitnym kompozytorze i pianiście Tomaszu Sikorskim – postaci mało znanej poza światem muzyki. Najpierw zafascynowała się nim dramatopisarka Marta Sokołowska, potem reżyserka Katarzyna Kalwat. A jest się czym fascynować nie tylko ze względu na muzykę Sikorskiego, ale także ze względu na jego życie spod znaku „legendarnych i tragicznych” (zmarł w niewyjaśnionych okolicznościach w wieku 49 lat).

Więcej o nim nie wiadomo, niż wiadomo i perfekcyjnie to wykorzystują twórcy spektaklu, snując kolejne hipotezy. Znakomici Sandra Korzeniak, Jan Dravnel i Tomasz Tyndyk (to jego najlepsza rola od lat; na zdjęciu poniżej), którzy występują pod swoimi imionami, dywagują, domniemują, demaskują, rozwikłują, zaciemniają, odtwarzają, nieustannie dłubią w życiorysie Sikorskiego, a jedynym rzeczowym oparciem w tej plątaninie wiedzy i niewiedzy jest Zygmunt Krauze – kompozytor, pianista i przyjaciel Sikorskiego – który, wspominając przyjaciela czy czytając jego listy, próbuje okiełznać fantazje aktorów. Obecność Krauzego na scenie dodaje spektaklowi wagi.

„Holzwege” jest jedną z najbardziej bezpretensjonalnych i szczerych rzeczy, które można zobaczyć dzisiaj w Warszawie. Ma w sobie lekkość, ale też ciężar tragicznej historii, tajemnicę i frywolność, dowcip i wzruszającą powagę. To po prostu kawał pięknego teatru.

____

Marta Sokołowska „Holzwege”
reż. Katarzyna Kalwat, TR Warszawa

Fot. Anna Tomczyńska/TR Warszawa

Zwykły wpis
RECENZJA

Przytępione ostrze

marzec68.dobrzezyjcie-tonajlepszazemstafot.m13

Po serii porażek, które w tym sezonie poniósł na własne życzenie Teatr Żydowski w Warszawie, mamy w końcu premierę ważną. Przygotował ją duet Strzępka – Demirski, który wrócił na sceniczne deski po półtorarocznej przerwie na kręcenie serialu „Artyści” (premiera jesienią w Telewizji Narodowej). Wrócił, ale nie przywalił, co wielu zaskoczyło. Mnie to przytępione ostrze zupełnie nie przeszkadza. Skonfundował mnie raczej przekaz tego – nawiasem mówiąc – niegotowego jeszcze na premierę spektaklu.

W „Marcu ’68” Demirski kontynuuje tezę ze swojej znakomitej sztuki „nie-boska komedia. WSZYSTKO POWIEM BOGU!”, z której możemy się dowiedzieć, że w Polsce antysemityzm nie miał podłoża rasistowskiego, tylko klasowe (biedni Polacy – bogaci Żydzi). Teraz ze sceny Żydowskiego słyszymy, że marcowa kampania antysemicka była tylko rozgrywką między dwiema frakcjami PZPR, więc dostali ci, którzy należeli do przegranej frakcji, a że byli Żydami, to już trudno. W ogóle antysemityzm zdaje się według Demirskiego „przereklamowany” i jest po prostu narzędziem polityki. Robią to i prawacy, i lewacy – jeden pies.

A jak się sprawy mają w kwestii inscenizacyjnej? Bez szału. Aktorzy, a na scenie jest chyba cały zespół Żydowskiego, sprawiali wrażenie lekko zagubionych. W pamięci zostają jedynie Ryszard Kluge w roli Gomułki, zabawna Barbara Szeliga w roli Córki i grający pierwsze skrzypce Ojciec (Henryk Rajfer), który tęskniąc za polską przyrodą, przytula nieustannie doniczkę z sadzonką modrzewia.

____

Paweł Demirski „Marzec ’68. Dobrze żyjcie – to najlepsza zemsta”
reż. Monika Strzępka, Teatr Żydowski w Warszawie

Fot. Magda Hueckel

Zwykły wpis
FELIETON

Nie napiszę nic o tańcu

Fot. Zbigniew Żupa/Teatralna Maszyna

Takiego tłumu przed niewielką siedzibą Komuny Warszawa nie pamiętają nawet najstarsi mieszkańcy stolicy. Kolorowa ludność kłębiła się na praskim podwórzu przy nasypie kolejowym, czekając na rozpoczęcie nowego spektaklu Marty Ziółek „Zrób siebie”. W końcu, upchnięci jak szprotki na bałtyckim kutrze, dostaliśmy to, po co przyszliśmy. Kapitalną robotę w wykonaniu tancerzy z piekła rodem: Agnieszki Kryst, Ramony Nagabczyńskiej, Katarzyny Sikory, Pawła Sakowicza, Roberta Wasiewicza, samej Ziółek, i fenomenalnie śpiewającej Marii Magdaleny Kozłowskiej.

Portiernię produkujących elektrofiltry zakładów Elwo w Pszczynie oblężono w późnych godzinach wieczornych i nie była to akcja związkowa. Nic z tych rzeczy. To kilkuset mieszkańców Śląska gotowało się do zajęcia najlepszych miejsc w jednej z hal, w której silniki grzały już dwie koparki o wdzięcznej nazwie CAT. Za sterami „kociaków”, także w pełnej gotowości i glamourowych outfitach, zasiedli Iza Szostak i Paweł Sakowicz. Za chwilę wykonają „Balet koparyczny”. Kto nie widział tego zjawiskowego baletu maszyn, ten niczego nie widział. Gdybym miał kapcie, spadłyby mi z wrażenia. Dwoje tancerzy z dramaturgicznym wsparciem Anki Herbut, która maczała też palce w „Zrób siebie”, stworzyło, używając ciężkiego sprzętu budowlanego, pełnokrwiste i zachwycające dzieło. Brawom nie było końca.

To tylko dwa pierwsze z brzegu przykłady świetnej roboty, jaką wykonali ostatnio nasi choreografowie/choreografki i tancerze/tancerki, bo nie mam tu przecież miejsca, by napisać więcej o pokazywanym na Scenie Tańca Studio znakomitym „Nowym nieskończonym solo na obuwie sportowe, czas przeszły i grupę osób” Mateusza Szymanówki i Przemka Kamińskiego czy o błyskotliwym performansie Alexa Baczyńskiego-Jenkinsa i jego dream teamu na wystawie choreograficznej „Układy odniesienia” w Muzeum Sztuki w Łodzi. Nie mam miejsca, by napisać o ciekawych wydarzeniach dziejących się w stołecznych KEM-ie i Centrum w Ruchu, w bytomskim Rozbarku i w mazurskim Burdągu.

Nie mam miejsca, by napisać o ruchowym zwrocie w Teatrze Polskim w Bydgoszczy, Nowym Teatrze w Warszawie czy Teatrze Dramatycznym w Wałbrzychu, które rozumieją, że zamykanie drzwi przed choreografami i tancerzami to dzisiaj po prostu obciach. Nie mam miejsca, by napisać o tym, ile dla polskiego tańca współczesnego robi Grażyna Kulczyk od lat finansująca Art Stations Foundation, dzięki której – pod czujnym okiem Joanny Leśnierowskiej – powstały w Starym Browarze w Poznaniu dziesiątki tanecznych prac. Nie mam miejsca, by napisać o Dominice Knapik, Kai Kołodziejczyk czy Tomaszu Wygodzie pracujących z najlepszymi reżyserami i cudownie wprawiających ich aktorów w ruch. Nie mam miejsca, by napisać o Wydziale Teatru Tańca w Bytomiu (filii PWST w Krakowie), którego studenci nie mogą pokazywać swoich często zachwycających spektakli dyplomowych na Festiwalu Szkół Teatralnych w Łodzi, bo kierujące tym festiwalem zakute pały tańca nie poważają.

Nie mam miejsca, by opisać najważniejsze działania Instytutu Muzyki i Tańca czy tanecznych projektów Cricoteki. Nie mam miejsca, by napisać o festiwalach: lubelskim Maat, krakowskich KRokach, warszawskim Ciele/Umyśle. Nie napiszę także ani słowa o rolach Roberta Wasiewicza (tancerza i aktora w jednej osobie) w spektaklach Natalii Korczakowskiej i Mai Kleczewskiej, o Mikołaju Mikołajczyku pracującym z seniorami w domu kultury w wielkopolskim Zakrzewie, o Krzysztofie Pastorze kierującym Polskim Baletem Narodowym, o pięknym „Station de corps” Tomasza Bazana, o hipnotyzujących „Collective Jumps” Isabelle Schad i ocenzurowanym „This Is a Musical” Karola Tymińskiego.

Nie mam gdzie o tym wszystkim napisać, gdyż na taniec brak po prostu miejsca. A poza tym, umówmy się, o czym miałbym klecić zdania? Przecież w polskim tańcu współczesnym tak niewiele się dzieje.

CZYTAJ TAKŻE:
Wykradam czas na ruch | Dominika Knapik
Jestem błędem w systemie | Robert Wasiewicz
Nie jestem panem od sceny walca | Paweł Sakowicz

Zrób sobie dobrze | recenzja „Zrób siebie”

____

Felieton ukazał sie w „Wysokich Obcasach” 18.06.2016 r.
fot. Zbigniew Żupa/Teatralna Maszyna

Zwykły wpis
RECENZJA

Ahoj, przygodo!

unnamed-2

Kto by pomyślał, że akurat Nowy Teatr w Warszawie stanie się centrum najciekawszych spektakli dla dzieci, że „do Warlikowskiego” będą ciągnąć nie tylko stada snobów, którym z urzędu podoba się wszystko, co tam powstaje (inaczej nie wypada), ale po prostu całe rodziny. Inne stołeczne teatry dla dużych widzów mogą tylko przymknąć ze wstydem swoje okienka kasowe, choć trzeba przyznać, że zdarzają się i takie, które wystarały się o to, by mieć na afiszu choć jedną pozycję dla młodego widza, jak Teatr Powszechny („Iwona, księżniczka z Burbona” Magdy Fertacz w reżyserii Leny Frankiewicz) czy zamieniony w knajpę Teatr Studio („Jak zostałam wiedźmą” Doroty Masłowskiej w reżyserii Agnieszki Glińskiej). Jednak większość warszawskich teatrów dramatycznych (oczywiście z wyjątkiem lalkowych) smarkatą publicznością gardzi, a szkoda, bo – co pokazuje przykład Nowego – dla dzieciarni można grać z wielkim powodzeniem i satysfakcją, wychowując sobie przy okazji tysiące przyszłych widzów.

„Piotruś Pan” wyreżyserowany przez Łukasza Kosa jest już trzecią produkcją Nowego Teatru dla dzieci. Pierwszym był „Pinokio” Anny Smolar dla kilkulatków, drugim – „Elementarz” Michała Zadary dla tak zwanych najnajów, którzy nawet mówić i chodzić nie potrafią (najstarsi górale pamiętają pewnie jeszcze „Enter” Anny Smolar i Jacka Poniedziałka, który celował z kolei w publikę młodzieżową). Wszystkie te spektakle zostały bardzo dobrze przyjęte. Nie dziwi więc, że teatr postanowił pójść za ciosem i dodał do repertuaru kolejną propozycję dla młodych widzów.

unnamed-3

Kos swój spektakl o Piotrusiu, który za cholerę nie chce dorosnąć zrobił w znanej formule teatru w teatrze. Historia rozgrywa się po prostu w mieszkaniu, w którym grupa dzieci przy użyciu tego, co pod ręką wytwarza fantastyczny świat wielkiej przygody. Wszyscy pamiętamy (to znaczy ci sprzed ery internetu i ajpadów) zabawy w Indian, budowanie namiotu z koców i siedzenie pod stołem z latarką. Tego wszystkiego brawurowo używa reżyser tworząc przy pomocy oddanych aktorów (a obsada, trzeba powiedzieć, jest trafiona) kapitalne, niezwykle dowcipne sceny.

Tytułową rolę gra Piotr Polak, sam sprawiający wrażenie wiecznego chłopca. Pozytywna energia, którą aktor emanuje na co dzień, znakomicie działa w scenie. Widać, że ta robota daje mu przyjemność, co skutkuje też bardzo dobrym kontaktem z dziecięcą widownią, a w rezultacie cudowną sceniczną kreacją. Zresztą równie dobrze radzi sobie cała ta zwariowana banda. Piotr Trojan, Radomir Rospondek i Michał Bieliński są prześmiesznymi urwisami, a Łukasz Kos (reżyser gra też w spektaklu) to wymarzony Kapitan Hak. W tyle nie zostaje też Wendy (Joanna Niemirska), choć świat wokół jest bardzo chłopacki.

unnamed-4

Nie można pisząc o tym spektaklu pominąć realizatorów, którzy wykonali pracę na medal. Nie byłoby magicznego świata „Piotrusia Pana” bez pomysłowej scenografii Olgi Mokrzyckiej-Grospierre i Mikołaja Grospierre’a (to się nazywa powrót do dzieciństwa!), kostiumów Pauli Grocholskiej, muzyki Adama Świtały, efektów wizualnych Aleksandra Janasa i światła Katarzyny Łuszczyk. Wszystko współgra ze sobą jak należy ku uciesze mniejszych, ale i większych widzów, bo i do nich nieustannie puszczane jest oko. Rodzice równie często jak ich dzieci wybuchają śmiechem, ale słyszałem też tu i ówdzie jęki matek przerażonych co „brutalniejszymi” scenami, jak choćby tą z obcięciem ręki Kapitanowi Hakowi. Tymczasem dzieci wcale takie strachliwe nie są i widzą przecież, że to zabawa. Takie przynajmniej odniosłem wrażenie.

Wylawszy na „Piotrusia Pana” beczkę miodu, muszę na koniec dodać łyżkę dziegciu, bowiem spektakl ma jeden zasadniczy feler – pozbawiony jest kompletnie dramaturgii. Wszystkie cudownie wymyślone sceny nie są ze sobą połączone w dramaturgiczną całość, co z kolei powoduje, że ostatnie pół godziny (spektakl trwa półtorej) zwyczajnie się ciągnie. Szkoda, że twórcy nie potrafili pozszywać ze sobą porządnie tego, co stworzyli – wtedy byłaby to prawdziwa teatralna wyścigówka, kolejne cacuszko w Nowym, który bez wątpienia wprowadza teatr młodego widza na zupełnie inną orbitę.

____

James Matthew Barrie „Piotruś Pan”
reż. Łukasz Kos, Nowy Teatr w Warszawie

fot. Marcin Oliva Soto

Zwykły wpis
RECENZJA

Zrób sobie dobrze

unnamed-1

Robienie siebie zdaje się być dzisiaj głównym zajęciem większości ludzi. To bardzo skomplikowane i czasochłonne zadanie, bo trzeba niemal dwadzieścia cztery godziny na dobę śledzić zmieniające się jak w kalejdoskopie trendy, które atakują nas ze wszystkich stron. Joga, rower, siłka, basen. Wczoraj burgery, dzisiaj krłasąty, jutro wszystko bez glutenu. Psychoterapia, osobisty trener, grupowe zajęcia z samodoskonalenia. Rejbany, podwinięte nogawki, kroksy, trampki, mokasyny. Piling, botoks, wybielanie, odsysanie, ujędrnianie, lajkowanie, tłitowanie. Ciągłe selfi, memy, gify.

Nie ma zmiłuj, nie ma potem, nie ma – może jutro. Trzeba ćwiczyć, trzeba rzeźbić, trzeba się pokazać. Tylko nie wiadomo już kto się pokazuje. My, nasze wyobrażenie o sobie czy wyobrażenie innych o nas? Jesteśmy jeszcze prawdziwymi ludźmi, czy już tylko awatarami, jak Coco (Ramona Nagabczyńska), Lordi (Katarzyna Sikora), Beauty (Agnieszka Kryst), High Speed (Paweł Sakowicz) i Glow (Robert Wasiewicz), którym przewodzi szamanka Angel Dust (Marta Ziółek). Nie wiadomo jedynie, gdzie ich w końcu zaprowadzi: do krainy doskonałości czy do dyskoteki pod Łodzią. W noszonych przez siebie kostiumach wszyscy znakomicie odnaleźliby się w jednej i drugiej rzeczywistości.

Błyskotliwość „Zrób siebie” polega w dużej mierze na tym, że nie rości sobie pretensji do sierioznej krytyki niesprawiedliwości tego świata, która już niejedno teatralne czy taneczne dzieło położyła. Nie ma w tym spektaklu napinki i śpiewania wysokim tonem (a śpiewa znakomita Maria Magdalena Kozłowska). Owszem, skrytykujemy ślepy konsumpcjonizm, ale „generalnie mamy wyjebane”. Mówimy, co chcemy powiedzieć, a potem ściągamy neonowe outfity i jedziemy na melanż na Saską Kępę. Jest hajp, jest spin, czek dis ałt mada faka! Kto ma dżointa? Kto popersa? Albo chociaż kolę zero?

Marta Ziółek udowodniła po raz kolejny, że ma znakomitą intuicję w dobieraniu współpracowników. Do swojej bombastycznej stylówy i jakże aktualnego tematu zaprosiła absolutnych świrusów, pierwszorzędnych tancerzy i performerów, którzy na scenie zrobią co tylko będą chcieli. In nomine Patris et Filii et Spiritus Sancti. Widać też, że wszyscy mają duży fun – bawią się równie dobrze jak publiczność, ale jednocześnie wykonują precyzyjnie plan.

Dawno nie dostałem takiego kopa energetycznego w teatrze. Trudno jest na tym spektaklu wysiedzieć. Po kilkunastu minutach sam chciałem wskoczyć w różowe getry i dołączyć do zespołu jako Pink Glam, choć nie wiem czy Anka Herbut, autorka dramaturgii, byłaby zadowolona, że jej wchodzę w szkodę. Ale może trzeba było zaszaleć, dlaczego nie? W końcu nieczęsto dostajemy w stołecznym teatrze takie rarytasy jak „Zrób siebie”, bo – co tu dużo gadać – na koniec sezonu Komuna Warszawa zafundowała nam prawdziwy hit.

____

„Zrób siebie”, chor. Marta Ziółek, Komuna Warszawa

fot. Witek Orski

Zwykły wpis
ROZMOWA

Kiedy węże wyjdą z szafy

264560_235278769819416_5277135_n

Nie traktujmy dzieci jak idiotów. To jest wyświechtana fraza, ale mało kto ją stosuje. Z dramatopisarką Martą Guśniowską rozmawia Mike Urbaniak

Gęś jest co prawda w głębokiej depresji, ale od razu ją polubiłem.
– Myślę, że gdybyś jej to powiedział, poczułaby się lepiej, bo samoocenę ma naprawdę niską.

Chciała się nawet targnąć na życie.
– Kiedy Lis odmawia jej pożarcia, bo jest niezbyt atrakcyjnym kąskiem, Gęś próbuje popełnić samobójstwo przez ugotowanie się w brytfannie. Wtedy dopiero Lis zdaje sobie sprawę, że jest nie fair, a Gęś jest naprawdę fajna. Ale wszystko kończy się dobrze.

„A niech to Gęś kopnie!” to napisana i wyreżyserowana przez ciebie sztuka, którą można oglądać w brawurowym wykonaniu aktorów z Teatru Animacji w Poznaniu. Trudno się pisze o dużych sprawach dla małych widzów?
– Nie, choć nieraz się zastanawiam, czy to, co piszę, nie jest „za duże”. Na pewno trzeba uważać, ale dotychczas intuicja mnie nie zawiodła. Piszę o tym, o czym sama chciałabym zobaczyć spektakl. Nie zastanawiam się, jak zareagują rodzice, i nie piszę o tym, co jest w danej chwili modne. Nie interesuje mnie też tak zwana misyjność i pilnuję, by nie popaść w dydaktyzm. Poza tym nie trzeba zawsze poruszać dużych spraw. Nieraz wystarczy zabawna historia, z której dzieci dowiedzą się na przykład, że przyjaciele są w życiu bardzo ważni.

Ale to są właśnie duże sprawy: przyjaźń, miłość, uczciwość. Twoja „Baśń o grającym imbryku” jest o tym, że posiadanie pieniędzy nie gwarantuje wcale szczęścia, bajka „O Pryszczycerzu i Królewnie Pięknotce” – o tym, że nie chodzi o wygląd, ale o to, jakim się jest człowiekiem, a „Pod-Grzybek” to sztuka o śmierci.
– 
Kiedyś mnie zapytano, czy aby dobrym pomysłem jest pisanie dla dzieci o śmierci. Odpowiedziałam, że jeśli niemówienie uchroni dzieci przed tematem śmierci, to mogę o niej nie pisać. Ale to jest niemożliwe, bo jak dziecku zdechnie chomik albo złota rybka, nie mówiąc już o śmierci bliskich osób, babci czy dziadka, trzeba się z tym trudnym tematem zmierzyć. Jestem – podobnie jak Woody Allen – całkowicie śmierci przeciwna, ale ona jest, niestety, nieodłącznym elementem życia, także dzieci. A teatr jest od tego, żeby dać impuls do rozmowy o tematach ważnych. I jeszcze jedno: nie traktujmy dzieci jak idiotów. To jest wyświechtana fraza, ale mało kto ją stosuje.

Gdy przyjaciół wreszcie spotkasz
Każda chwila będzie słodka!
Bo przyjaciel nie ocenia
Według twarzy, czy odzienia,
Przyjaciele widzą bowiem
Co masz w sercu, co masz w głowie
Będą więc przez wszystkie dni
Lubić ciebie – bo to ty!*

Jakim byłaś dzieckiem?
– 
Mądrze rozpieszczonym przez rodziców. Miałam to, czego potrzebowałam, ale jednocześnie nie byłam wychowywana w poczuciu, że wszystko mi się należy. Podobnie jak moja starsza siostra, która jest zupełnie ode mnie inna. Zawsze była poważniejsza, ambitniejsza, miała świadectwa z czerwonym paskiem, a potem poszła – pod wpływem filmów o Indianie Jonesie – na archeologię. Ja natomiast byłam nieco bardziej krnąbrna.

Gdzie dorastałaś?
– 
W niewielkim Międzyrzeczu Wielkopolskim, w którym nasza rodzina od wielu lat prowadzi warsztat samochodowy. Mój ukochany zapach wczesnej młodości to woń benzyny. Z czasem familijny biznes się rozrósł, przejął go mój tato z bratem i kuzynami, a mama, z wykształcenia księgowa, postanowiła poświęcić się wychowaniu dzieci – oczywiście pod presją rodziny – i trochę potem chyba żałowała, że zrezygnowała z pracy zawodowej. Choć z drugiej strony jestem pewna, że gdyby pracowała, nie miałybyśmy teraz tak wspaniałego kontaktu.

Po kim odziedziczyłaś artystyczne zainteresowania?
– 
Zdziwisz się może, ale trochę po tacie, który nie tylko umie naprawić samochód, ale jest także uzdolniony plastycznie. Świetnie rzeźbi i rysuje karykatury. Jednak chłopakowi z samochodziarskiej rodziny nie było dane kształcić się w tym kierunku. Może dlatego rodzice tak uważnie obserwowali, jakie mamy z siostrą pasje, i bardzo nas w nich wspierali.

Gdy masz marzenia
Nie chciej się zmieniać,
Zawsze wiedz, którą iść z dróg,
Bo magia marzeń
Wnet Ci pokaże,
Jak baśni przekroczyć próg.

Kiedy w coś wierzysz,
Tak jak należy,
To wiedz, że spełnią się sny,
Magiczne dźwięki
Naszej piosenki
Uwierzyć pomogą Ci.

Pisanie zaczynasz od pomysłu na temat?
– 
Niekoniecznie. Częściej bajka zaczyna się od postaci. Najpierw wymyśliłam rycerza Pryszczycerza, a potem zastanawiałam się, co mogłoby mu się przydarzyć. Z kolei bajka „Smacznego, proszę Wilka!” zaczęła się od tytułu, który mi się po prostu spodobał.

Czy jakiś teatr nie wystawił twojej sztuki ze względu na temat?
– 
Wiele lat temu napisałam bajkę o stereotypach, w której zwierzęta miały inne cechy od tych, które im się przypisuje. Lis nie był sprytny, ale bardzo naiwny, Żółw – nadaktywny, a Sowa zamiast mądrości plotła zwykle głupoty. Głównym bohaterem był Cygan, który spotykał te zwierzaki, podróżując ze swoim kramem przez wsie i miasteczka, a ich mieszkańcy wpadali w popłoch i zamykali domy, bo „Cyganie kradną”. Mój Cygan był tymczasem najuczciwszym człowiekiem pod słońcem. Usłyszałam wtedy od jurorów pewnego konkursu, że tego wystawić nie możemy.

Skoro jesteśmy przy stereotypach, to nie mogę cię nie zapytać o gender. W twoich bajkach jest tradycyjny świat kulturowych wyobrażeń o rolach mężczyzn i kobiet. Rycerz na koniu ratuje królewnę w wieży.
– 
Nie tak prędko, bo jeśli mówimy o „Bajce o Rycerzu bez Konia”, to po pierwsze, rycerz nie ma – jak wskazuje tytuł sztuki – konia, przynajmniej na początku. A po drugie, królewna sama się zamknęła w wieży, więc to jest jej wybór. Ale dałeś mi teraz zagwozdkę i zaczynam się zastanawiać, jak to jest w moich bajkach z równouprawnieniem płci i przypisanych kobietom i mężczyznom kulturowych ról. Tym bardziej że sama do stereotypu nie pasuję. Od małego bawiłam się głównie samochodami, no i nie mam instynktu macierzyńskiego. Bardzo lubię dzieci, ale nigdy nie chciałam ich mieć, co ludzi zwykle podwójnie szokuje. Kobieta, która nie chce mieć dzieci, jest już podejrzana, a bajkopisarka, która nie chce mieć dzieci – to już po prostu zgroza.

Reagujesz na to zdziwienie?
– 
Mówię, że dzieci nie powinny mieć dzieci.

Można powiedzieć, że masz ich setki.
– 
Od razu mi z tym lepiej.

Był sobie pewien wkurzony Wąż…
Wkurzony nie bez przyczyny!
Bowiem dostawał – zawsze i wciąż,
Skarpety na urodziny… 

A jakby tego było nie-dość,
By wielką przykrość Mu sprawić,
Na imieniny, zawsze, na złość!Dostawał parę rękawic…

Kim chciałaś być w młodości?
– 
Aktorką albo dziennikarką, ale od małego głównie malowałam, rzeźbiłam, rysowałam i pisałam wiersze. Na studiach utrzymywałam się z robienia glinianych figurek aniołków, które sprzedawałam do zaprzyjaźnionego sklepu z rękodziełem. Dzisiaj do tego wracam. Zaopatrzyłam się już w masę samoutwardzalną i chcę robić lalki. No powiedz, czy ja jestem poważna?

Podobno spoważniałaś wraz z napisaniem pierwszej sztuki.
– Tak mi się tylko wydawało, bo jak jest się młodym, to chce się pisać o sprawach najpoważniejszych. I taka też była „Wendeta”, pierwsza napisana przeze mnie sztuka przepełniona patosem, krwią i honorem. Tę moją „wielką tragedię” znawcy ocenili jako „doskonały pastisz komedii fredrowskiej”.

Konkurs „Szukamy młodego Szekspira”, na który ją wysłałaś, był początkiem twojej drogi w teatrze?
– 
Drogi, która wiodła przez Klub Młodych Dramaturgów prowadzony przez państwa Halinę i Jana Machulskich przy ASSITEJ, czyli Polskim Ośrodku Międzynarodowego Stowarzyszenia Teatrów dla Dzieci i Młodzieży. Dzięki klubowi mogłam poznać mnóstwo wspaniałych ludzi teatru i zacząć w końcu po teatrach wędrować. Po zapachu benzyny zapach teatralnego kurzu na scenie stał się dla mnie najważniejszy. Poczułam wtedy, że chcę już w teatrze zostać.

Jako dramatopisarka?
– 
W ogólne nie wiedziałam, że jest taki zawód, ale mniej więcej w wieku 16 lat zaczęłam pisać sztuki. Miałam do tego specjalny zeszyt, który wkładałam w inny, do, dajmy na to, geografii, i kiedy mama wchodziła do pokoju sprawdzić, czy się uczę, widziała mnie pochyloną nad zgłębianiem złóż węgla w Urugwaju. Tymczasem złoża w tym południowoamerykańskim kraju zupełnie mnie nie interesowały. Interesowało mnie pisanie sztuk.

Dlaczego wybrałaś studia filozoficzne?
– Z dwóch powodów. Pierwszy był taki, że rzeczywiście filozofia mnie interesowała, a drugi taki, że chciałam mieć czas na pisanie. Rzeczywiście mogłam na studiach sporo pisać. Szczególnie dobrze mi szło na porannych zajęciach z filozofii języka, na których reszta spała. Potem na egzaminie usłyszałam od profesora: „Pani tak notowała, że na pewno wszystko pani umie. Mogę pani za to od razu dać czwórkę”.

Co wtedy pisałaś?
– Najpewniej „Królestwo za dwie korony”.

Książę Bławatek:
Pachnę jak kwiatek
I skórę gładką tak mam!
Używam mydła,
Kremy, pachnidła
I o swą cerę wciąż dbam!

Mam podejrzenie, że Książę Bławatek jest gejem.
– Ale zupełnie niezamierzenie, taki mi po prostu wyszedł zadbany i pachnący.

A poważnie myślisz, że jakiś teatr w Polsce wystawiłby bajkę o kochających się, powiedzmy, dwóch zającach?
– Chyba zaskrońcach! Myślę, że z wystawieniem byłby problem, bo teatry grające dla młodych widzów są bardzo zachowawcze. Z drugiej strony na paru polskich scenach wystawiono znakomitą sztukę dla dzieci „Na arce o ósmej” Ulricha Huba, która opowiada o tym, jak zwierzęta dobrane w pary wędrują na arkę Noego, a dwa pingwiny przemycają na trzeciego swojego kumpla. Kiedy już po potopie gołąb orientuje się, że jest bez pary, zerka na tego trzeciego pingwina, który ewidentnie wpada mu w oko. Ale zostawmy pasażerów arki. Ja już myślę o naszych zaskrońcach. Widzę, jak splecione ze sobą smyrgają się ogonkami. To mogłaby być bajka o wielkiej miłości, która musi walczyć o akceptację.

Jak bohaterowie twojej innej sztuki – „Romeo i Mrówka” o miłości mrówki do mrówkojada, z którą nie mogą się pogodzić rodzice obojga.
– Tylko w przypadku zaskrońców dochodzi jeszcze coming out. Zamiast „wyjść z szafy”, wyszłyby z trawy. Trzeba to napisać, ale kto nam to wystawi?

Panowie, Panie, Panowie, Panie!
Co tu się stanie? Co tu się stanie?!
Patrzcie uważnie, patrzcie z wytrzeszczem!
Kto to zobaczy, będzie chciał jeszcze!

Rodzice czytają twoje sztuki?
– Oczywiście, i nigdy ich nie krytykują, choć widzę, co im się bardziej podoba, a co mniej.

Nie martwili się, jak się utrzymasz z pisania bajek?
– Tylko do momentu, kiedy wygrałam pod koniec studiów pierwszy „dorosły” konkurs na sztukę dla dzieci. Dostałam wtedy chyba aż cztery nagrody i wór pieniędzy – oczywiście była to fortuna z perspektywy studenckiej. A potem już się potoczyło.

Potoczyło? Przecież ty kosisz nagrody jak kombajn. Gdybym pisał sztuki dla dzieci i wysyłał je na konkursy, do których zgłaszasz swoje teksty, tobym się załamał.
– 
Ale nie rób ze mnie potwora. Przecież nie zawsze wysyłam swoje sztuki na konkursy i nie zawsze też wygrywam.

Chodź wiedźma ze mnie
To nadaremnie
Wciąż dzieci straszą mną:
Ponieważ w sumie
I tak nie umiem
Być wiedźmą bardzo złą.
Choć w nos się skrobię
I miny robię
Pozornie bardzo złe,
To nie, nie trzeba
Się wcale mnie bać,
Nie trzeba bać się mnie!

Jaki masz system pracy?
– 
Wstaję bardzo wcześnie rano, bo potrzebuję niewiele snu, robię herbatę w dużym kubku i siadam do komputera. Mój chłopak Krzysiek, który jest aktorem, jeśli nie ma próby, śpi do południa, a ja mam ciszę i spokój. Przed 12 nie można do mnie dzwonić, nigdzie też nie wychodzę – to czas na pisanie. Oczywiście rutyna jest łamana, kiedy raptem coś mi przyjdzie do głowy albo stoi nade mną Śmierć z kosą zwiastująca nadchodzący deadline na zamówioną przez teatr sztukę.

Inaczej się pisze dla ludzi, a inaczej dla lalek?
– Mówi się, że lalka nie uniesie zbyt dużo tekstu, ale ja się z tym nie zgadzam. Uważam, że lalka nie uniesie złego tekstu. Różnica między pisaniem tekstu na aktorów i na lalki jest taka, że z lalkami można sobie na więcej pozwolić, na przykład uciąć głowę, która się potem po scenie poturla. Z aktorami byłoby trudniej, choć paru można by pewnie pozbawić głowy z korzyścią dla teatru.

Za sztuki dla dzieci płaci się mniej niż za sztuki dla dorosłych?
– Niestety.

Dlaczego?
– Nie umiem do końca odpowiedzieć na to pytanie, ale świat teatrów familijnych czy lalkowych jest generalnie mniej zamożny od świata scen dramatycznych. Mniejsze budżety, tańsze bilety, niższe wynagrodzenia. Taka karma.

Wierzysz w nią?
– Wierzę w karmę, dobrą i złą energię. W ogóle bliższe mi są dalekowschodnie systemy religijno-filozoficzne, a szczególnie buddyzm.

W twoich sztukach tego nie widać, w nich występuje raczej starotestamentowy Bóg.
– Byłam wychowana w tradycji katolickiej, która kojarzyła mi się w dzieciństwie z bezpieczeństwem, szczególnie w wydaniu ludowym, gdzie sporo dobrych aniołków. Zawsze uważałam, że jeden musi czuwać nade mną, bo nieraz znajdowałam się w sytuacjach, z których mogłam nie wyjść w jednym kawałku.

Zupełnie jak Żyrafa z twojej sztuki „Brak sensu, Aniołek, Żyrafa i stołek”.
– 
Żyrafa bardziej się obija, a ja miałam parę groźniejszych sytuacji. A wracając do Boga – on jest w moich bajkach wyciągnięty z folkloru. Ma sporo pobłażliwości i poczucie humoru.

Podobnie ja ty. Twoje bajki są bardzo dowcipne, szczególnie gdy łączysz baśń ze współczesnością. Kiedy Rycerz pije sok przez słomkę z kartonika, a Wróżka Zębuszka ze sztuki „Wąż” chce sprzedać tytułowemu bohaterowi nogi i ręce z katalogu wysyłkowego.
– 
Lubię takie przełamania i uważam, że sztuka jest atrakcyjniejsza dla dzieci, kiedy łączy dawne podania z czymś współczesnym, z czymś, co one znają ze swojego życia. Napisałam niedawno tekst, w którym jest gołąb pocztowy spełniający wszystkie funkcje dzisiejszego smartfona. Można nim wysłać wiadomość, ale też poprosić o geolokalizację, bo dlaczego nie?

A o czym będzie kolejna sztuka?
– O królu, który ma zamek wybudowany na szczycie góry, bo jego przodek był łakomy najwyższych (za)szczytów. Tylko przez to w zamku jest teraz bardzo nudno, nikt nie chce tak wysoko przychodzić. Tymczasem u sąsiada mieszkającego w dolinie ciągle jest ruch – a to goście przybywają, a to ktoś go najedzie. Król postanawia uatrakcyjnić życie zamku, do czego znakomicie się nadaje straszący wszystkich duch. Ściąga więc do siebie bardzo schorowanego staruszka, który pewnie niedługo umrze i stanie się owym duchem, jednak staruszkowi na zamku zaczyna się polepszać, bo służy mu górskie powietrze

To bajka o samotności będących na szczycie?
– Chyba właśnie wymyśliłeś tytuł.

Taki właśnie mam Pałacyk
Śliczny i w ogóle
Się nie imam żadnej pracy,
Bo se jestem Królem.

____

 

5375f8b5061cf_o

Marta Guśniowska jest bajkopisarką i jedną z najczęściej wystawianych w polskich teatrach dramatopisarek tworzących dla dzieci i młodzieży. Urodziła się w 1979 roku w Międzyrzeczu Wielkopolskim. Skończyła filozofię na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu i po studiach była związana z tamtejszym Centrum Sztuki Dziecka i Teatrem Animacji, w którym debiutowała w 2005 roku sztuką „Baśń o Rycerzu bez Konia”. Jest laureatką wielu nagród, odznaczono ją także Medalem „Zasłużona Kulturze – Gloria Artis”. Od 2007 roku jest dramaturżką Białostockiego Teatru Lalek.

Jej sztuki można obecnie oglądać w Opolskim Teatrze Lalki i Aktora, Białostockim Teatrze Lalek, Teatrze Animacji w Poznaniu, Teatrze Banialuka w Bielsku-Białej, Teatrze Pleciuga w Szczecinie, Teatrze Lalki i Aktora „Kubuś” w Kielcach, Olsztyńskim Teatrze Lalek, Wrocławskim Teatrze Lalek, Teatrze Baj Pomorski w Toruniu, Teatrze Lalki i Aktora w Łomży, Teatrze Powszechnym w Łodzi, Teatrze Powszechnym w Radomiu, Teatrze im. Juliusza Osterwy w Gorzowie Wielkopolskim, Teatrze Czytelnia Dramatu w Lublinie oraz Teatrze Lalka, Teatrze Guliwer i Teatrze Rampa w Warszawie. 

* Fragmenty sztuk Marty Guśniowskiej

____

© Mike Urbaniak/”Wysokie Obcasy” | Fot. arch. pryw.

Zwykły wpis
RECENZJA

Lookbook

13092130_10207563355894526_5548776846612443813_n

Trzeba mieć tupet, żeby zabrać się do „Ksiąg Jakubowych”, ponadtysiącstronicowej cegły, która przyniosła Oldze Tokarczuk Literacką Nagrodę „Nike” i sprzedała się w niewyobrażalnym dla większości polskich pisarzy nakładzie. Choć sam tupet nie wystarczy, potrzebny jest także błyskotliwy pomysł na teatralną adaptację. Jak to dzieło ugryźć, żeby nic nie uronić i jednocześnie nie zginąć pod ciężarem Jakubowego tomiszcza? Ewelina Marciniak, laureatka tegorocznego Paszportu „Polityki”, wywiązała się z tego zadania średnio.

Ponadczterogodzinny spektakl dzieli się na trzy akty. Najlepszy jest pierwszy, który wprowadza (także przy użyciu lalek) w świat frankistów i ówczesnej Rzeczypospolitej. Jego siła opiera się głównie na stronie wizualnej autorstwa Katarzyny Borkowskiej, choć nie da się ukryć, że zrecyklingowała w Powszechnym swój „Portret damy” z Teatru Wybrzeże. Drugi akt, poza świetną otwierającą sceną seksualnej orgii (choreografia Kai Kołodziejczyk), zwyczajnie się rozłazi i jest jednym wielkim dramaturgicznym zakalcem. Akt trzeci – chrzciny frankistów – zdaje się dla reżyserki kluczowy, a dla widowni za długi.

Najlepiej w tym wszystkim radzą sobie znakomici aktorzy Powszechnego, którzy robią, co mogą, choć wiele nie mogą, bo cóż można ugrać w scenach, w których nie chodzi o nic prócz tego, że mają wyglądać. Uwagę zwracają szczególnie Mateusz Łasowski jako przekupny karierowicz ks. Kajetan Sołtyk i Eliza Borowska w roli Elżbiety Drużbackiej (idzie w farsę, bawiąc widownię).

Największym problemem jest za to Jakub Frank (Wojciech Niemczyk), który powinien być charyzmatycznym, ciągnącym za sobą tysiące ludzi liderem, a jest tymczasem postacią kompletnie bezbarwną. Nie ma co kryć, że reżyserka popełniła tu wielki błąd obsadowy. Dlaczego Franka nie zagrał Mateusz Łasowski albo Bartosz Porczyk? Wie to tylko Bóg wszechmogący.

„Księgi Jakubowe” pokazują po raz kolejny, że Ewelina Marciniak jak mało kto umie robić teatr z imponującym inscenizacyjnym rozmachem, a jej największym problemem jest traktowanie aktorów jak kukiełki mające wykonywać bez dyskusji to, co każe sterująca nimi ręka. Tylko że wtedy znikają wszystkie sensy i zostaje opakowanie.

____

Olga Tokarczuk „Księgi Jakubowe”
reż. Ewelina Marciniak, Teatr Powszechny w Warszawie

ksiegi_jakubowe_plakat_studio_homework

_____

Fot. Magda Hueckel/Teatr Powszechny w Warszawie

Zwykły wpis