ROZMOWA

Artystka w swoim fachu

zdrodowska

Najgorsze jest pierwsze piętnaście lat, a potem już idzie z górki. Z Małgorzatą Zdrodowską, wieloletnią kierowniczką pracowni charakteryzatorów Opery Narodowej w Warszawie, rozmawia Mike Urbaniak.

Miała pani ksywę „Bąbel”?
– Tak na mnie mówili, kiedy jeszcze pracowałam z baletem męskim. Dla bardziej zaprzyjaźnionych byłam nawet „Bąbelkiem”.

Dlaczego?
– Niech pan na mnie spojrzy, jestem jednak pełniejsza niż baletowa tancerka. A ten Bąbel tak bardzo się rozprzestrzenił po teatrze, że kiedyś przyszedł któryś dyrektor i mówi: – Szukam pani Bąbel. Wszyscy wybuchli śmiechem. Dyrektor mnie potem przepraszał, bo myślał, że to moje nazwisko. Trzeba przyznać, że to był wyróżnik, bo Małgoś w teatrze mamy wiele, a Bąbel był tylko jeden.

Kiedy pani zaczęła tu pracować?
– Długo przed tym, nim pan się pojawił na świecie. Pracuję w operze czterdzieści cztery lata, od 1971 roku.

Jak to się zaczęło?
– Skończyłam Państwowe Liceum Technik Teatralnych, które kiedyś działało przy ulicy Miodowej obok Akademii Teatralnej. To była jedyna tego typu szkoła w Europie. Kształcono tam młodych ludzi we wszystkich fachach potrzebnych w teatrze – charakteryzacja, perukarstwo, kostiumy, elektryka, stolarka, co pan tylko chce. Absolwenci tego liceum byli od razu po skończeniu szkoły zatrudniani we wszystkich teatrach w Polsce.

Wcześniej były jakieś praktyki?
– Oczywiście, terminowałam w Ateneum, Dramatycznym i Wielkim. Na praktyce tutaj pomyślałam sobie: „Panie Boże, tylko nie w operze!”.

Dlaczego?
– Bo to był przerażający moloch. W Dramatycznym czy Ateneum jakoś człowiek wszystko ogarniał, znał zespół, a tu niekończące się hektary i ludzi jak w ulu. U nas można się z większością pracowników nie spotkać w ciągu dnia, a nawet miesiąca. Dlatego nie chciałam pracować w Teatrze Wielkim, po czym zaraz po szkole trafiłam właśnie tu.

A dlaczego poszła pani do liceum teatralnego?
– Rodzinnie byliśmy zaprzyjaźnieni z teatrem. Siostra mojej mamy była primabaleriną w Teatrze Wielkim w Poznaniu, a jej mąż dyrygentem. Mój ojciec pięknie śpiewał. Po kieliszku zawsze się chwalił, że występował z „Kipiurą”. Byłam więc niejako skazana na teatr i kiedy dowiedziałam się, że jest liceum o takim profilu, od razu do niego poszłam.

W którym to było roku?
– 1964, a skończyłam je w 1969.

Egzaminy były trudne?
– Piekielnie, a o jedno miejsce walczyło ponad dziesięć osób. Mnie się udało, byłam nad kreską. Pamiętam, że trzeba było, oprócz oczywiście języka polskiego i matematyki, zdać rysunek, potem przepytywano z wiedzy o teatrze i szerzej – o sztuce, a na koniec sprawdzano zdolności manualne.

W jaki sposób?
– Mnie dano szydełko, którym wiąże się peruki i kazano taką perukę zrobić. Oczywiście to było niemożliwe, więc poprosiłam starszych kolegów, którzy nas pilnowali, żeby pomogli. Zrobiliśmy małe szacher-macher i się udało.

Jak wyglądały zajęcia?
– Mieliśmy wszystkie przedmioty, które są normalnie w liceum i do tego, dodatkowo, te teatralne. Rano teoria, wieczorem warsztaty: rzeźba, malarstwo, charakteryzacja. Do domu wracałam ledwo żywa. Oczywiście wszystkie te matematyki, fizyki i chemie zdawałam na piękne oczy. Podobnie, jak cała reszta, czułam się artystką, więc po co mi chemia?

Chciała pani być artystką?
– Tak, artystką w swoim fachu.

Jaką specjalizację pani wybrała?
– Charakteryzację i perukarstwo czyli wszystko, co było związane z głową: włosy, zarost, czesanie, malowanie, charakteryzowanie. Wszystkiego uczyliśmy się pod okiem specjalistów. System był taki, że w pierwszej klasie chodziło się do wszystkich pracowni, żeby zapoznać się z tym, jak wygląda praca w każdej z nich i potem wybierało się specjalizację. Bardzo lubiłam tę szkołę, bo współpracowaliśmy od razu ze studentami Akademii Teatralnej, pomagaliśmy im przy dyplomach, chodziliśmy razem na piwko. Byłam szczególnie zakolegowana z rokiem, na którym był między innymi Jerzy Zelnik. Zaraz po szkole uciekłam do cyrku.

Gdzie, przepraszam?
– Do szkoły cyrkowej w Julinku. Miałam przyjaciółkę, której ojciec był dyrektorem cyrku. Ona zawsze jeździła tam na wakacje, ruszała w kraj z cyrkową karawaną i występowała. Powiedziała, żebym pojechała z nią. Myślę sobie: „Cyrk? Czemu nie. I w nogi!”. Było wspaniale. Jeździłyśmy na koniach i słoniach. Ojciec koleżanki powiedział nawet, że przyjmie nas bez egzaminu, jeśli chcemy zostać na stałe i może bym została cyrkowcem, ale skomplikowane sprawy sercowe spowodowały, że musiałam się stamtąd ewakuować.

Zakochała się pani?
– Tak, i szybko się odkochałam, ale on nie mógł tego zrozumieć. Zmuszona więc byłam uciekać. Dzisiaj, powiem szczerze, żałuję, że tak to się skończyło, bo bardzo cyrk polubiłam. Ta moja koleżanka została treserką koni i wyszła ze mąż za cyrkowca. Wiele lat później zaprosiła mnie do współpracy przy programie „Artyści dzieciom”. Pamięta pan? Znani aktorzy występowali na cyrkowej arenie. Gołas, Zapasiewicz, Olbrychski, Seweryn – kogo tam nie było. Poprosiła mnie o zrobienie charakteryzacji.

Czy charakteryzacja to jest to samo, co make up?
– No właśnie nie. Nie chciałabym obrazić wizażystów, ale charakteryzacja to jednak coś zupełnie innego. Wizażyści upiększają twarz, poprawią urodę. A charakteryzatorzy kompletnie zmieniają postać.

Z młodej kobiety robiąc na przykład staruszkę?
– Albo odwrotnie, albo potwora z wielkim nosem i zębami. Przekształcamy twarz, dolepiamy albo dajmy na to, likwidujemy brwi lub wykrzywiamy usta. W filmie dochodzi do tego zwykle jeszcze modelator. Charakteryzator u nas w operze to osoba łącząca de facto trzy zawody: charakteryzatora, perukarza i fryzjera. Bo oprócz zrobienia peruki, trzeba ją jeszcze uczesać. Podobnie jest z zarostem – wąsy i brodę najpierw trzeba zrobić, a potem o nie zadbać. Jesteśmy więc, jakby to powiedzieć, fenomenalni!

Czego musiałaby pani użyć, żeby zrobić ze mnie starszego pana?
– Takiego cherubinka? To nie jest wcale proste. Trzeba się tego uczyć latami i potem jeszcze zdobyć doświadczenie. Żeby pana dobrze postarzeć, muszę mieć przede wszystkim wiedzę z budowy twarzoczaszki, wiedzieć jak zachowują się mięśnie, jak działa mimika. To wszystko jest potrzebne, żeby prawidłowo zrobić zmarszczki, żeby zaczęła nam się dobrze tworzyć starość. Są do tego specjalne szminki i trzeba też umieć ich użyć. Twarz postarza się bardzo powoli, to czasochłonna robota.

Jednak to nie musi być chyba aż tak precyzyjna robota jak do filmu, gdzie są zbliżenia, bo w operze widzimy śpiewaków z dużej odległości, prawda?
– Prawda, ale i tak wszystko musi być na swoim miejscu. Kluczowa jest współpraca z oświetleniowcem, bo można się naharować, a światło i tak wszystko zrujnuje albo – dobrze zrobione – współgra znakomicie. Mieliśmy takie przypadki, że wszystko było niby okej, reżyserowi też się podobało, ale na scenie nie było efektu. Wtedy kombinujemy, co zrobić, żeby było dobrze.

Jak się robi perukę?
– To jest jak szydełkowanie. Wplata się włosy przy pomocy cieniutkiego haczyka w specjalną siatkę i zawiązuje supełki. Żeby dobrze zrobić perukę trzeba być wysokiej klasy specjalistą – to nie jest bułka z masłem. W teatrze się śmiejemy, że to robota dobra dla więźniów z wieloletnimi wyrokami.

Z czego się robi peruki?
– Ze wszystkiego. Kiedy zaczynałam pracę nie było fabryk peruk. Współpracowaliśmy z zakładami fryzjerskimi skąd w walizkach wysyłano nam kłęby włosów, niejednokrotnie nawet z gnidami. Trzeba było je wyprać, wyczesać i utkać. Potem farbowaliśmy je w garnku kręcąc łyżką. Jeszcze dziesięć lat temu Rosjanie też tak robili peruki. Proszę mi wierzyć, były naprawdę piękne. Dzisiaj sprowadzamy włosy z Niemiec. Są bardzo drogie, ale najlepsze. Mają odpowiedni kolor i długość, wszystko według zamówienia.

Czasy kręcenia łyżką w garnku minęły bezpowrotnie?
– Minęły, a myśmy po tym liceum teatralnym umieli zrobić co pan tylko chciał. Stara dobra szkoła wschodnia. Polak czy Rosjanin wziął trzy kolory i tak miąchał, aż dostał taki kolor i efekt jaki chciał. Teraz wszystko jest gotowe. Kiedyś przyjechał do nas niemiecki charakteryzator i wpadł w panikę, bo zapomniał wziąć ze sobą szminkę. A my w bloku wschodnim tylko się z tego śmialiśmy, bo jak było trzeba, to człowiek ukręcił wszystko ze startej cegły i soku z buraka.

Teraz nikt już tego nie zrobi?
– Nie ma takich szkół jak nasza. Sama uczyłam w kilku policealnych szkołach charakteryzacji. Oczywiście prywatnych, bo państwo na tym polu kompletnie odpuściło. Z dziesiątek uczniów, kilku nadawało się do zawodu. Mówiłam dyrektorom: – Nie mogę postawić im dobrych ocen, bo to głąby. A oni na to: – Przestań, i tak przejdą na drugi rok, bo płacą. Ręce opadają. Potem jedna z drugą przychodzą do pracy w teatrze i nic nie umieją. Fachowcy od siedmiu boleści. A w pracy tylko chichy i chachy, kawka, kawunia, kaweczka. Trudno znaleźć solidnych pracowników w naszym fachu.

Ale kogoś trzeba przyjąć.
– I uczyć właściwie wszystkiego od początku. U nas, w operze, jest prawdziwa szkoła, ale kandydatów wielu nie ma, bo to bardzo czasochłonna praca. Kiedy gramy, trzeba przyjść do teatru o czternastej i zostać do końca spektaklu, który kończy się często koło północy, żeby potem wszystko od śpiewaków i statystów odebrać. To bardzo specyficzna robota, a ludzie mają mężów, żony, dzieci i oni wszyscy się buntują i mówią: – Kochana, tak być nie może, że nie ma cię ciągle całymi wieczorami w domu!

Pani się jakoś udało.
– Mój dawny kierownik powiedział mi kiedyś: – Gośka, słuchaj. Najgorsze jest pierwsze piętnaście lat, a potem już idzie z górki. I muszę panu powiedzieć, że miał rację.

Jednak kandydaci do pracy się ciągle zgłaszają.
– Tak, ale i szybko się wykruszają. Co roku bierzemy kogoś na wolontariat, żeby pokazać, jak ta praca wygląda, bo ludziom się wydaje, że w teatrze to jest po prostu nieustanna zabawa. A zabawa – owszem – nieraz jest, ale na co dzień to po prostu ciężka robota.

Pani też na początku myślała, że to głównie zabawa?
– Nie, bo ja, proszę pana, byłam uczona, że to jest praca. Trudna praca. I nie da się jej wykonywać, jeśli nie kocha się sztuki, artystów. Oczywiście nieraz ci artyści nie pozwalali na to, żeby ich pokochać, ale to jest mniejszość. Większość naprawdę podziwiam i mam do nich ogromny szacunek.

A oni mają szacunek dla pani?
– Zwykle tak, bo widzą, że ja i moje dziewczyny pracujemy przecież dla nich. Powiem panu, zupełnie szczerze, że przez czterdzieści cztery lata mojej pracy w Teatrze Wielkim nigdy nie zdarzyło mi się, żeby jakiś artysta mnie źle potraktował. Wręcz przeciwnie. Kiedyś nawet, jeszcze w czasach komuny, zadzwonił do mnie z Wuppertalu śpiewak, który występował u nas gościnnie i tak był zachwycony naszym profesjonalizmem, że zaproponował mi pracę w Niemczech. I może bym się zdecydowała, ale nie znałam niemieckiego, miałam chorą mamę, a może po prostu stchórzyłam. W każdym razie nie przyjęłam tej propozycji. Może dzisiaj pracowałabym w Hollywood?

Pani Małgorzata Zdrodowska zmarła nagle kilka miesięcy temu, przepracowawszy w Teatrze Wielkim – Operze Narodowej w Warszawie niemal pół wieku.

CZYTAJ TAKŻE:
Znam tu każdy zakamarek / rozmowa w Jerzym Bojarem

_____

Fot. Krzysztof Bieliński

Reklamy
Zwykły wpis
RECENZJA

Biała siła, czarna pamięć, dobra robota

13048071_1071484976224232_2480484058013531963_o

Kto by pomyślał, że w Teatrze Dramatycznym w Białymstoku może kiedykolwiek powstać jakiś ważny spektakl, który w dodatku da się oglądać. A jednak, to właśnie się stało. Jedna z najgorszych polskich scen urodziła nadzwyczaj udane przedstawienie zarówno jeśli chodzi o tekst, jak i jego podanie. Działaczom ONR należy czym prędzej wysłać bukiet biało-czerwonych róż za jego rozreklamowanie, bo nic tak dobrze nie robi promocji sztuki jak katolicko-faszystowski protest.

Wszystko zaczęło się od wstrząsającej książki Marcina Kąckiego „Białystok. Biała siła, czarna pamięć” (Wydawnictwo Czarne), w której ten znakomity reporter rozprawił się z wizerunkiem Białegostoku jako otwartej ponoć stolicy multikulturalnego Podlasia, gdzie w zgodzie i przyjaźni żyły zawsze wszelkie mniejszości. Ten promowany przez miasto obraz nijak się jednak ma do rzeczywistości, która nie znosi Innego. Rzeczywistości, w której płonie mieszkanie czeczeńskiej rodziny, w której nie ma miejsca na hinduskiego męża, w której czarnych piłkarzy obrzuca się bananami, a studentów o ciemniejszym kolorze skóry zwyczajnie bije się na ulicach, w której prokuratura uznaje swastykę za symbol szczęścia, a policjanci są powiązani z grupami kibolskimi, gdzie „Żydzi do gazu”, „pedały do gazu”, „kacapy do gazu” – generalnie wszyscy, którzy nie są białymi katolikami powinni iść do gazu.

Piotr Rowicki z Piotrem Ratajczakiem postanowili tę duszną białostocką atmosferę przewietrzyć dosłownie i w przenośni. Dosłownie robią to zawieszone nad sceną wiatraki (scenografia Matyldy Kotlińskiej), a w przenośni – forma spektaklu, w której reżyser postawił bardzo słusznie na ironię. Całość jest, jak to u Ratajczaka, zbiorem scenek, które poświęcone są wybranym wątkom i bohater(k)om książki: nauczycielce w liceum, która postanowiła się zająć pamięcią po białostockich Żydach i zaczęła dostawać nagle mejle, z których się dowidziała, że jest „żydowską kurwą” i będzie – co tu dużo gadać – „niedługo zajebana”, pewnej pani profesor, która zajmuje się naukowym potwierdzaniem cudu krwawiącej hostii, gejowskiemu działaczowi, który szybko się dowiaduje, że „nie będzie żadnego dofinansowania dla jakiegoś dżenderu”, żonie Hindusa, która szybko poczuła, że musi się z mężem jednak wyprowadzić z miasta, kiedy podpalono im mieszkanie, a lokalna policja nie mogła jakoś, choć bardzo się starała, odnaleźć sprawców (nikt nic nie widział, nikt nic nie słyszał) czy prokuratorowi – piewcy swastyki jako symbolu szczęścia. Jest i prezydent miasta, i lokalny biznesmen, który wygrywa wszystkie przetargi, i biskup, który z popem święcą wszystko w ich cudownym mieście. No, sielanka jak u Pana Boga za piecem.

Spektakl jest bardzo przyzwoicie zagrany, a każde z siedmiorga aktorów i aktorek wciela się w kilka postaci. Świetna jest Justyna Godlewska-Kruczkowska w farsowo poprowadzonej roli pani profesor i przejmującej roli żony Hindusa, przezabawny jest Michał Tokaj czy to w roli narodowca, który musi zagrać jako statysta w „Skrzypku na dachu”, czy to w roli geja, który z goniącym go narodowcem najchętniej by poromansował, bo kocha władczych chłopaków z testosteronem (śmieję się z tej sceny nawet pisząc te słowa), przewrotna jest rola granego przez Bernarda Banię prokuratora albo Piotra Szekowskiego wcielającego się w nawróconego na patriotyzm gwiazdora disco polo. Krótko mówiąc, jest co chwalić, bo zespół aktorski wykonał dobrą robotę.

Teatr, jak wiadomo, ma tę przewagę nad kinem, że może błyskawicznie reagować na rzeczywistość. „Biała siła, czarna pamięć” jest tego znakomitym przykładem, a dzięki temu, że reżyser nie przyjął strategii dowalania tylko przekłuwania balona, daje, szczególne białostockim widzom, szansę na zmierzenie się z demonami, które nieustannie budzą się w ich mieście. To jest oczywiście mierzenie się z nimi metodą śmiechu przez łzy, oby łzy oczyszczające.

____

Piotr Rowicki „Biała siła, czarna pamięć”
(na podstawie książki Marcina Kąckiego „Białystok. Biała siła, czarna pamięć”)
reż. Piotr Ratajczak, Teatr Dramatyczny w Białymstoku

biala-sila-czarna-pamiec_209x297_2872

_____

Fot. Bartek Warzecha/Teatr Dramatyczny w Białymstoku

Zwykły wpis
ROZMOWA

Jestem błędem w systemie

12998620_10206440115345190_6807804618762052743_n

Niezależnie od przedsięwzięcia w jakim biorę udział, staram się nie rozdzielać aktorstwa i ruchu. Z tancerzem i aktorem Robertem Wasiewiczem rozmawia Mike Urbaniak

Co byś wpisał w rubrykę zawód?
– 
Aktor-tancerz.

A co masz napisane na dyplomie?
– 
Aktor teatru tańca, ale w teatrze tańca nie pracuję. We wszystkich spektaklach, w których gram, wykorzystuję zarówno moje doświadczenie teatralne jak i taneczne, więc mówię o sobie aktor-tancerz.

Jak się nim zostaje?
– 
Trzeba skończyć bytomski Wydział Teatru Tańca krakowskiej PWST i grać jako aktor i tancerz w różnych spektaklach. Trzeba też przygotować się na nieustannie zadawane pytanie: „No dobra, ale jesteś tancerzem czy aktorem?”.

Zostanie jednym i drugim było marzeniem od zawsze?
– 
Najpierw chciałem być piosenkarzem, ale mutacja wszystko pokrzyżowała.

Słyszałem jak śpiewasz, masz dobry głos.
– 
Nie żartuj.

Gdzie miałeś pierwszą publiczność?
– 
W moim rodzinnym Żabieńcu koło Piaseczna. Potem w szkole podstawowej i gimnazjum w Piasecznie. W końcu w liceum w Warszawie.

W Piasecznie było kółko teatralne w ośrodku kultury, a w Warszawie – klasa o profilu teatralnym. Jak to się zaczęło?
– 
Od konkursu recytatorskiego, na którym mówiłem „Na straganie” Jana Brzechwy i muszę zaznaczyć, że fragment „mój buraku, mój czerwony” miał w mojej interpretacji wybitnie erotyczny wydźwięk. Tam podeszła do mnie pani, która prowadziła grupę teatralną w ośrodku kultury i powiedziała: „Widzę talent”. Nie mogłem zaprzeczyć. W kółku teatralnym najbardziej spodobała mi się zespołowość. Do dzisiaj ją najbardziej cenię w pracy w teatrze.

To teatr, a gdzie ruch?
– 
Do ruchu zachęcali rodzice, którzy chcieli mnie trochę odchudzić, bo byłem monstrualnych rozmiarów.

Że co proszę?
– 
Wiem, że trudno jest w to dzisiaj uwierzyć, ale tak było. Pokażę ci zdjęcie.

Rzeczywiście pulpet, ale żeby od razu monstrum to bym nie powiedział. A co tu grasz?
– 
Kaczora, bo obsadzano mnie po warunkach i rola amanta nie wchodziła raczej w grę. Trzeba było więc się trochę zacząć ruszać. Próbowałem tenisa, piłki nożnej (w przerwie były hot-dogi) i tańca, ale nigdy nie zostawałem na dłużej, szybko rezygnowałem. Za to teatru trzymałem się długo, a kiedy wziąłem udział w warsztatach z aktorami z Gardzienic, zacząłem interesować się fizycznym treningiem aktorskim. W liceum nieustannie szukałem kontaktu z teatrem i ruchem. Brałem udział w kolejnych warsztatach, jak tych w Teatrze Narodowym, gdzie spotkałem się z Januszem Gajosem, Janem Englertem czy Anną Chodakowską. Kiedy zebrałem na osiemnaste urodziny pokaźną sumę pieniędzy, postanowiłem, że przeznaczę ją w całości na teatr i będę chodził przez rok na wszystkie spektakle do wszystkich teatrów w Warszawie. I tak zrobiłem.

Co ci się najbardziej podobało?
– 
Znalazłem swój świat na spektaklach Krystiana Lupy, bywałem też dużo w TR Warszawa.

Osiemnastka skończona, czas wybrać studia.
– 
Długo się zastanawiałem, co ze sobą zrobić. Ciągnął mnie teatr, ale też taniec. W końcu ktoś mi powiedział, że w Bytomiu jest Wydział Teatru Tańca, który – jak sama nazwa wskazuje – łączy teatr i taniec, który próbuje taniec redefiniować, który jest eksperymentem i poszukiwaniem, który proponuje coś, co się nazywa polską techniką tańca współczesnego. Pomyślałem, że to jest może dla mnie, ale się przestraszyłem, bo słyszałem, że tam zdają ludzie po szkołach baletowych, tancerze praktykujący od lat, a ja do żadnej z tych grup nie należałem, miałem niewielkie taneczne doświadczenie. Ale trudno, trzeba ryzykować. Złożyłem w końcu papiery na Wydział Aktorski i Wydział Teatru Tańca. Na pierwszy mnie nie przyjęli, na drugi tak. Postanowiłem spróbować z zamiarem ponownego zdawania za rok na Wydział Aktorski.

Czego jednak nie zrobiłeś.
– 
Bo po trzech miesiącach wiedziałem, że Wydział Teatru Tańca jest dla mnie, że właśnie to chcę robić i zostałem w Bytomiu. Byliśmy drugim rokiem na nowoutworzonym wydziale, więc wszystko było jednym wielkim eksperymentem. Nikt nie wiedział kim właściwie aktor teatru tańca ma być. Czuliśmy się wolni i bezkarni, choć na tej beztrosce kładł się cień niepewności, bo wydział nie miał jeszcze żadnych absolwentów, nie wiadomo było kto i czy w ogóle przyjmie nas po studiach, jak wygląda rynek pracy.

Tam kaczor zamienił się w łabędzia?
– 
Chudnąć zacząłem już w liceum, ale radykalna zmiana nastąpiła w Bytomiu. Dostałem tam taki wycisk fizyczny, jakiego wcześniej nie miałem. Tańca mieliśmy tak dużo, że niektórzy nie dawali rady. Dzisiaj program taneczno-aktorski jest bardziej zbalansowany.

980301_10200114432767079_385678393_o

Co o twoich wyborach myślą rodzice?
– 
Są wspaniali, zawsze bardzo mnie wspierali. Jeżdżą na wszystkie moje premiery jeśli tylko mogą i raz na jakiś czas pytają kontrolnie, czy jestem szczęśliwy, czy cieszy mnie to co robię – szczególnie kiedy pojawiają się trudne momenty.

Jakie trudne momenty?
– 
Związane zarówno z nieregularnymi dochodami, co jest od czasu do czasu problemem każdego wolnego strzelca, jak i trudnymi procesami twórczymi, które znoszę bardzo różnie.

Dlaczego spektakle dyplomowe Wydziału Teatru Tańca nie są pokazywane na Festiwalu Szkół Teatralnych w Łodzi?
– 
Nasze akurat były, ale ani rocznik przed nami, ani żaden po nas rzeczywiście nie był zaproszony do konkursu. Nie wiem dlaczego, nie jestem dobrym adresatem tego pytania, ale na pewno jest to duża strata dla studentów.

Może nie jesteście uważani za aktorów?
– 
Być może, ale przecież nimi jesteśmy, choć z pewnością są tacy absolwenci, którzy odnajdują się bardziej w tańcu.

Na rzeczonym festiwalu dostałeś nagrodę Radia Łódź za swoją rolę w „Czyż nie dobija się koni?” w reżyserii Waldemara Raźniaka.
– 
Miałem wielki sztuczny brzuch, byłem bardzo gruby, więc może to jest jakiś znak? Może powinienem wrócić do poprzedniej wagi?

Ruszyłeś po szkole na rozmowy z dyrektorami teatrów?
– 
Nie, odbyłem tylko jedną, polecony przez mojego profesora. Podczas tej rozmowy dyrektor zaproponował mi, bym porozmawiał z reżyserami, którzy mieli w tamtym czasie współpracować z teatrem. Nie porozmawiałem.

Chciałbyś być etatowym tancerzem-aktorem teatru dramatycznego?
– 
Jasne, jest kilka ciekawych, otwartych na eksperymenty zespołów, do których z chęcią bym dołączył. Nie wyobrażam sobie jednak zupełnej rezygnacji z pracy z ciałem. Niezależnie od przedsięwzięcia w jakim biorę udział, staram się nie rozdzielać aktorstwa i ruchu. W jednych spektaklach – upraszczając – jestem bardziej aktorem, w innych bardziej tancerzem, w jednych mam tekst, w innych nie, ale to jest kwestia proporcji, a nie rezygnowania z czegoś.

Skończyłeś szkołę w 2013 roku. Masz poczucie, że jesteś szczęściarzem, bo wszedłeś do teatru, kiedy ten zaczął otwierać się na ruch?
– 
Miałem rzeczywiście od początku wielkie szczęście, bo zacząłem od razu pracować z bardzo fajnymi ludźmi i mam nadzieję, że to się nie zmieni. Cieszę się, że teatr dramatyczny otwiera się na ruch.

Praca sama do ciebie przyszła, czy musiałeś się o nią wystarać?
– 
Różnie. Zwykle było tak, że jeden spektakl uruchamiał następny, ale też zdarzały się – na szczęście krótkie – przestoje, gdy wiele osób powiedziało, że chce ze mną pracować i nagle nic z tego nie wyszło.

I co wtedy?
– 
Wtedy zaczynają topnieć oszczędności, aż w końcu musisz coś pożyczyć. Stawiasz na samorozwój i pojawiasz się na castingach, szukasz. Aż w końcu dzwoni telefon, odbierasz i słyszysz: „Widziałem cię na scenie, popracujemy razem?”.

W zeszłym roku Michał Borczuch zaprosił cię do „Fausta” w Teatrze Polskim w Bydgoszczy. Ten spektakl – takie mam przynajmniej wrażenie – otworzył nowy rozdział twojej teatralnej historii. Prawda to, czy zmyślam?
– 
Kiedy dowiedziałem się, że jestem w obsadzie bardzo się ucieszyłem, bo od dawna jestem fanem teatru Michała. Pomyślałem sobie, że coś się zaczyna i rzeczywiście „Faust” wydaje się być punktem zwrotnym na mojej drodze. Po „Fauście” zacząłem dostawać więcej propozycji, o wiele więcej pracuję. Po za tym, było to dla mnie bardzo ważne artystyczne doświadczenie. Zupełnie inny proces twórczy od tych, których doświadczyłem wcześniej. Naprawdę dużo się w Bydgoszczy uformowało, ale nie chcę deprecjonować poprzednich spektakli, bo one też były dla mnie z różnych powodów ważne.

10428498_10204070801073814_624963075102396059_n

Prawdziwa droga mleczna.
– Bez przesady, podejmowałem także złe decyzje, ale nawet wtedy walczyłem o swoje, starałem się zrobić jak najlepiej moją robotę. I póki co nie zdarzyło mi się wychodzić ze wstydem na scenę. W tej pracy zawsze coś sensownego można ukręcić.

Dużo pracujesz, kalendarz ci gęstnieje, grasz w kilku miejscach w Polsce. Wyrabiasz się na zakrętach?
– 
Był taki czas, kiedy przestałem się wyrabiać, dlatego musiałem zrobić przerwę od zajęć w Bytomiu, gdzie byłem asystentem. Wtedy jednego dnia grałem spektakl w Koszalinie, drugiego w Krakowie, a trzeciego w Bydgoszczy. Noce spędzałem ledwo żywy w kuszetkach, ale zawsze wejście do teatru i spotkanie ze świetnymi ludźmi daje ci takiego kopa, że zapominasz o zmęczeniu i znów masz energię, którą możesz oddać widzom.

Może musisz zacząć nauczyć się odmawiać?
– 
Ale po co odmawiać ciekawych propozycji, lepiej coś poprzestawiać. Poza tym, jak wiadomo, bezrobocie nie śpi, trzeba być czujnym i pracować.

W tym roku zagrałeś w „Wyznawcy” w reżyserii Natalii Korczakowskiej w Teatrze Studio w Warszawie, a za kilka dni masz premierę „Głosu ludzkiego” w reżyserii Mai Kleczewskiej w Operze Narodowej.
– 
W „Wyznawcy” gram ruchowe alter ego głównego bohatera, reprezentuję jego ukrywane żydowskie korzenie. To była ciekawa praca i duże wyzwanie być nieustannie na scenie niemal nic nie mówiąc. Szukaliśmy z Natalią pomysłów na moją obecność, nie chcieliśmy by stała się tylko formalnym zabiegiem i myślę, że udało nam się z grającym główną rolę Mateuszem Królem wytworzyć mocną więź, co bardzo sobie w tym spektaklu cenię. Natalia jest reżyserką otwartą na ruch i godziła się na moje narzędzia twórcze – w dużej mierze to ode mnie zależało, co robię na scenie. Dodam, że „Wyznawca” jest naszą drugą wspólną pracą, pierwszą były „Dziady” w Teatrze Dramatycznym w Białymstoku.

A Maja jest nie tylko wspaniałą reżyserką, ale i zwolenniczką ogromnej wolności dawanej współpracownikom. Dlatego praca z nią jest ogromnym wyzwaniem i przyjemnością. Po raz kolejny miałem szczęście trafić na ciekawy proces otwarty na eksperymenty. W „Głosie ludzkim” za pomocą działań ruchowych i aktorskich dopełniamy historię głównej bohaterki, w którą wciela się Joanna Woś.

Dopełniamy?
– 
My, czyli czworo tancerzy, bo oprócz mnie w spektaklu biorą udział Kaya Kołodziejczyk, Michał Ciećka i Góo Bâ, a za choreografię odpowiada Tomek Wygoda. Wszyscy jesteśmy zamknięci w cudownej wizualnej formie stworzonej przez Wojtka Pusia i kostiumach Konrada Parola. Podstawowymi elementami scenografii są wraki samochodów i praca z tego typu obiektami stanowi spore wyzwanie dla ciała.

Słyszałem, że pracujesz wyjątkowo ofiarnie.
– 
Mam parę ekstremalnych działań, dlatego być może słyszałeś o mojej „ofiarności”, którą najlepiej podsumował jeden z realizatorów, pytając mnie, czy jestem kaskaderem. Swoją drogą, to dziwne uczucie, kiedy wychodzisz z próby cały powyginany i poobijany, po tym jak przez ostatnią godzinę, próbowałeś wpasować swoje ciało w obcą materię jaką jest stary citroën i widzisz wokół siebie piękne, wyprostowane i kroczące majestatycznie baletowe ciała. Oczywiście nie chcę powiedzieć, że tancerze baletowi nie wiedzą, co to ból i wysiłek. Trenowałem klasykę i wiem jak ciężka jest ta technika. Wspomniany kontrast wynika z różnicy w estetyce i sposobie pracy z ciałem. Dlatego w operze czuję, że jestem jakimś błędem w systemie.

12308386_10205549522200918_4730402700268900039_n

Zaangażowałeś się też niedawno w KEM – nowe miejsce na mapie Warszawy, stworzone dla ruchu i performensu.
– 
KEM jest cudownym miejscem stworzonym przez Martę Ziółek i Alexa Baczyńskiego-Jenkinsa. Ja jestem tylko zaprzyjaźnionym artystą. Otworzyliśmy wspólnie KEM kilka tygodni temu tworząc obiekty choreograficzne. Marta z Alexem zaprosili do współpracy wielu fantastycznych ludzi o skrajnych doświadczeniach – od tancerki buyo Hany Umedy do artysty wizualnego i performera Jaysona Pattersona.

KEM jest dla mnie przestrzenią niezwykłej (fry)wolności, a dla ciebie?
– 
Póki co, rzeczywiście pracujemy jak każde nowe miejsce trochę na wariata, ale to nie jest tak, że idę do KEM-u, żeby się świetnie pobawić. Marta i Alex są doświadczeni i profesjonalni, ciężko pracują i wiedzą doskonale, jaki cel chcą osiągnąć, dlatego pracę nad spektaklem w KEM-ie traktuję tak samo poważnie jak pracę w operze. Poczucie frywolności o którym mówisz bierze się pewnie stąd, że się znamy, kumplujemy, imprezujemy, ale kiedy jest robota to nie ma litości.

Co po operze?
– 
Zaczęliśmy już próby do kolejnej premiery Marty Ziółek „Zrób siebie/Make Yourself” w Komunie Warszawa, nad którą pracuje odlotowy zespół w składzie Paweł Sakowicz, Ramona Nagabczyńska, Kasia Sikora, Aga Kryst, Krzyś Bagiński, Anka Herbut, Lubomir Grzelak, ja i oczywiście Marta. Plany na jesień też już są, ale nic nie powiem, dopóki nie podpiszę umów. A w przyszłym roku chciałbym zrobić w końcu pierwszą własną choreografię, przyjdziesz zobaczyć?

CZYTAJ TAKŻE:
Wykradam czas na ruch / rozmowa z Dominiką Knapik

____

549966_4529639522561_476698432_n

Robert Wasiewicz (rocznik 1989) jest absolwentem Wydziału Teatru Tańca w Bytomiu, filii Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej im. Ludwika Solskiego w Krakowie, gdzie zagrał w spektaklach dyplomowych „Czyż nie dobija się koni?” w reżyserii Waldemara Raźniaka (2011, Nagroda Radia Łódź na Festiwalu Szkół Teatralnych) i „Swan Lake” w choreografii Idana Cohena (2011). Jeszcze podczas studiów występował na deskach Śląskiego Teatru Tańca w przedstawieniach Jacka Łumińskiego „La, la, land” i „Nie całkiem ciemny, nawet kolorowy (na szczycie góry trudno się zgubić)” oraz Teatru Polskiego w Bielsku-Białej („Hotel Nowy Świat” w reżyserii Magdaleny Piekorz, 2012) i Teatru Śląskiego w Katowicach („Meblościanka” w reżyserii Błażeja Peszka, 2012). Po szkole zadebiutował w 2013 roku w Teatrze Palladium w Warszawie w spektaklu Marcina Wrony „Chopin musi umrzeć” i w tym samym roku zagrał w przygotowanym na Festiwal Czterech Kultur w Łodzi „Podwórku 37” w reżyserii Krzysztofa Garbaczewskiego oraz wystawionym w łódzkim Teatrze Chorea „Muzgu” w reżyserii Tomasza Rodowicza. Kolejne przedstawienia z jego udziałem to: „Dziady” w reżyserii Natalii Korczakowskiej w Teatrze Dramatycznym w Białymstoku (2014), „Faust” w reżyserii Michała Borczucha w Teatrze Polskim w Bydgoszczy (2015), „Tit Anik” w reżyserii Kai Kołodziejczyk w TR Warszawa (2015), „Smells Like Fashion” w choreografii Marty Ziółek w ASP w Warszawie (2015), „Piosenki miłości i śmierci” w reżyserii Cezarego Tomaszewskiego w Cricotece w Krakowie (2015), „Bezwietrzne lato” w reżyserii Barbary Wiśniewskiej w Bałtyckim Teatrze Dramatycznym w Koszalinie (2015), „TO” w choreografii Marty Ziółek na MAAT Festival w Lublinie (2015) i „Wyznawca” w reżyserii Natalii Korczakowskiej w Teatrze Studio w Warszawie (2016). Obecnie jest w trakcie prób do „Głosu ludzkiego” Francisa Poulenca w reżyserii Mai Kleczewskiej w Teatrze Wielkim – Operze Narodowej w Warszawie, premiera 16 maja.

____

Fot. arch. pryw./Adam Sztokinier

Zwykły wpis