ROZMOWA

Pani nie ma warunków

12670940_10208887646017213_7000866602392870212_n

Ciągle chciałam występować. Jest nawet takie rodzinne nagranie, na którym wypycham brata i siostrę z kadru, i zaczynam tańczyć. Z Małgorzatą Gorol, aktorką Teatru Polskiego we Wrocławiu, rozmawia Mike Urbaniak

Ale jesteś gryfno frelka!
– Ja, jo żech jest.

Ślōnskŏ gŏdka jest w użyciu?
Godom, kiedy się czuję swobodnie. W domu po śląsku mówili dziadkowie ze strony taty. Mama mniej.

A tato jak do ciebie mówił?
– Nie powiem, bo to się wiązało z tym, że byłam pulchnym dzieckiem.

Dlatego postanowiłaś się zająć gimnastyką?
– Zaczęłam ćwiczyć, kiedy miałam siedem lat, czyli wcale nie tak wcześnie. Koleżanka mnie zabrała na trening i już zostałam. Od tego czasu przez siedem dni w tygodniu po szkole trenowałam w Klubie Sportowym „Kolejarz 24” w Katowicach.

Miałaś wolny czas?
– Tak, wtedy bawiłam się z bratem klockami Lego i w inne zabawy, głównie dla chłopców, które wymagały odwagi i sprawności fizycznej. Chciałam bardzo być niegrzeczna.

Chciałaś czy byłaś?
– Byłam. Czasami. Biegałam wtedy z chłopakami po drzewach i dachach.

Myślałem, że po hałdach. Twój tato jest górnikiem?
– Na szczęście już emerytowanym. Pracował w Kopalni Węgla Kamiennego „Staszic” na katowickim Giszowcu. Mieszkaliśmy w familoku i zawsze była w naszym domu obchodzona Barbórka.

Lubiłaś to?
– Bardzo, ale kiedy poszłam do szkoły, zazdrościłam trochę dzieciom, które mieszkały w blokach. Było w tym na pewno trochę wstydu, ale dzisiaj już mi przeszedł.

Od kiedy występowałaś?
– Od zawsze, ciągle wchodziłam przed kamerę. Jest nawet takie rodzinne nagranie, na którym wypycham brata i siostrę z kadru, i zaczynam tańczyć. Mówiłam oczywiście wiersze, śpiewałam, w szkole zaliczyłam wszystkie akademie i konkursy recytatorskie.

z19248939Q,Malgorzata-Gorol-w-spektaklu--Smierc-i-dziewczyna-

Byłaś bardzo zajętą dziewczynką.
– Na brak zajęć nie narzekałam. Dobrze się uczyłam, choć kujonem nie byłam, mogłam więc oddawać się pozaszkolnym pasjom.

Kiedy pomyślałaś, że mogłabyś zostać aktorką?
– Przede wszystkim chciałam być trenerką gimnastyki artystycznej.

Byłaś w tym dobra?
– Nie, i to był właśnie problem. Nie posiadam tak zwanych warunków by zostać zawodową gimnastyczką, bo moje ciało jest zbudowane tak, że nie mam wymaganej w tej profesji giętkości kręgosłupa. Ciągle słyszałam od trenerki, że się nie nadaję.

To dlaczego tyle lat trenowałaś?
– Bo to kochałam. Byłam dobra technicznie, miałam dużo wdzięku i do pewnego momentu to wystarczało, potem już nie. Mogłam wykonać daną figurę, proszę bardzo, ale nie tak, by zdobyć medal na olimpiadzie. Nie należałam też do faworyzowanych dziewczynek.

Długo trenowałaś?
– Kilka lat. Załapałam się na końcówkę sportu Polski Ludowej z rosyjskim baletmistrzem, dresami klubowymi, obozami sportowymi i trenerką, która paliła papierosy na sali gimnastycznej. To było wspaniałe! Z początkiem lat dziewięćdziesiątych ten świat zaczął się rozpadać. Zostały tylko te dziewczynki, których mamy miały napinkę na gimnastyczne kariery swoich córek. Moja mama nie miała, ale i tak odeszłam jako jedna z ostatnich. Nie umiałam zrezygnować z gimnastyki.

Co wtedy?
– Wielka pustka, którą próbowałam wypełnić sportem, bo jak trenujesz coś kilka lat wyczynowo, nie umiesz inaczej. Musisz coś robić, domaga się tego i duch, i ciało. Było więc karate, capoeira, a potem gitara i zajęcia plastyczne. Długo szukałam.

I znalazłaś teatr?
– Z teatrem było tak jak z gimnastyką. Koleżanka zaciągnęła mnie na zajęcia teatralne do Klubu Osiedlowego „Józefinka”, gdzie się dowiedziałam, że aktorstwo można studiować w Krakowie. Długo myślałam, że to jedyna szkoła teatralna w Polsce. Uznałam, że będę tam zdawać.

Ostro się przygotowywałaś?
– Oczywiście, zabrałam się za to na poważnie, ale był jeden problem: usłyszałam, że nie mam warunków.

Znowu?
– No właśnie, ale zdążyłam zamarzyć o aktorstwie tak mocno, że już nie mogłam się poddać. Chociaż wstyd przed tym marzeniem i chyba właśnie strach, że usłyszę „nie”, zdecydował o tym, że nie zdawałam do szkoły teatralnej od razu po maturze. Potem tego żałowałam. Rodzicom powiedziałam: „Nie martwcie się, ale nie pójdę na studia w tym roku. Chcę zdawać do szkoły teatralnej i potrzebuję jeszcze trochę czasu”. Zrozumieli.

7600970e_jpg-lg

I co robiłaś przez ten rok?
– Pracowałam jako barmanka w nieistniejącym już Klubie Studenckim „Kwadraty” w Katowicach i przygotowywałam się do egzaminów z aktorem Teatru Śląskiego Jerzym Głybinem i wiesz co od niego na koniec usłyszałam?

Że nie masz warunków?
– Żebym nie zdawała do Krakowa i Warszawy, bo jestem za niska i mam krzywe zęby. „Ewentualnie Wrocław albo Łódź” – powiedział Głybin. Posłuchałam głupia jego rady i pojechałam na egzaminy do Wrocławia i Łodzi. I mnie tam nie przyjęli!

Załamka?
– Płakać zaczęłam już w dziekanacie filmówki, potem płakałam idąc po Łodzi, płakałam u znajomych cioci, u których się zatrzymałam, a potem od rana – w pociągu do Wrocławia. We Wrocławiu też mnie nie chcieli. Wróciłam ledwo żywa do Katowic. Kiedy się otrząsnęłam, postanowiłam pójść do Studium Aktorskiego przy Teatrze Śląskim w Katowicach, żeby mieć codziennie kontakt z teatrem. Oczywiście z przekonaniem, że za rok znów zdaję do szkół teatralnych. Wszystkich.

I jak ci poszło?
– W Łodzi, Warszawie i Wrocławiu po raz kolejny usłyszałam, że nie. W Krakowie przeszłam do drugiego etapu, ale byłam pod kreską. I wtedy już się naprawdę zdenerwowałam. Wróciłam do Katowic do studium z decyzją, że za rok będę zdawała trzeci raz. I lepiej, żeby ostatni.

Studium ci nie wystarczało?
– Było naprawdę dobrym wyborem, sporo się tam nauczyłam, ale ja cały czas chciałam naprawdę studiować. Dlatego poszłam na filologię polską na Uniwersytecie Śląskim. Nie postudiowałam jednak długo, bo za trzecim razem zostałam przyjęta w końcu, cztery lata po maturze!, do mojej wymarzonej PWST w Krakowie.

Grałaś już coś wtedy w Teatrze Śląskim, prawda?
– W „Mateczce” Andrzeja Majczaka, jednym ze spektakli dyplomowych aktorów studium, która – można powiedzieć – była moim małym debiutem na profesjonalnej scenie. Zaczynając studia w krakowskiej szkole teatralnej miałam więc za sobą studium w Katowicach, rolę w Śląskim i trochę polonistyki.

Jak na PWST wyglądała konfrontacja marzenia z rzeczywistością?
– Byłam pracowita i dawałam z siebie wszystko. Chciałam być najlepsza, ale nie byłam kujonem i lizusem. Nie należałam do grona faworytów.

z18969726Q,Proba-prasowa-spektaklu-Media-Medea-w-rezyserii

Marzenie o Teatrze Polskim we Wrocławiu kiedy się pojawiło?
– Na trzecim roku, bo przez pierwsze dwa lata marzyłam o Starym Teatrze. To wynikało oczywiście z fascynacji pedagogami, którzy w większości są aktorami Starego, ale potem zrozumiałam, że trzeba się od nich uwolnić.

Uwalniałaś się przy pomocy dyplomowych spektakli z młodymi reżyserami – Szymonem Kaczmarkiem i Pawłem Świątkiem.
– Bardzo chcieliśmy pracować z młodymi i Dorota Segda, opiekunka naszego roku, przyklasnęła temu pomysłowi.

I to właśnie Paweł Świątek wprowadził cię do wrocławskiego Polskiego.
– Paweł zaproponował mi gościnną rolę w „Mitologiach” Tomka Jękota.

Co to było za wejście do teatru?
– Miękkie i przyjemne, bo Pawła znałam, Tomka znałam, Jankę Woźnicką też, bo była w szkole rok wyżej ode mnie, a Ewa Skibińska była na moim dyplomie w reżyserii Szymona i napisała mi wiadomość, że bardzo mocno trzyma za mnie kciuki. Kiedy spotkałyśmy się na pierwszej próbie w Polskim, powiedziała: „A widzisz!”.

Po „Mitologiach” dostałaś propozycję etatu?
– Najpierw połówkę.

Można za nią przeżyć?
– No co ty? Musiałam zacząć gdzieś indziej zarabiać, żeby się utrzymać. Tym bardziej, że przesuwała się premiera „Zachodniego wybrzeża” Michała Borczucha, w którym miałam grać. Był więc nadmiar czasu, niedomiar kasy. Trzeba było coś z tym zrobić – to takie śląskie podejście.

Poszłaś w nieruchomości.
– Sprzedawałam mieszkania i najlepszej transakcji dokonałam tuż przed premierą z Michałem. Zamknęłam się w teatralnym kiblu i negocjowałam. To był mój życiowy rekord sprzedażowy. Najlepiej, można powiedzieć, sprzedałam za Borczucha!

Jak ci się z nim pracowało?
– Podczas prób z niewiadomego powodu panowała jakaś ciężkawa atmosfera, rola Abada była też dość męcząca jeśli chodzi o charakteryzację, a poza wszystkim to był po prostu dla mnie niezbyt dobry czas. Straciłam chwilowo zapał do aktorstwa. Spadło mi ciśnienie.

04

Które musiałaś podnieść pracując ponownie ze Świątkiem nad „Smutkami tropików” Mateusza Pakuły w Łaźni Nowej?
– Praca z Pawłem daje mi rzeczywiście dużego kopa.

Po którym wróciłaś do Teatru Polskiego, by pracować nad „Podróżą zimową” z Pawłem Miśkiewiczem.
– To też była niełatwa robota z racji tego, że premierę przenoszono o dziewięć miesięcy. Musiałam wtedy ponownie zająć się nieruchomościami. To cud, że ten spektakl w ogóle powstał.

„Tak wyraziste pojawienie się młodego aktora we wrocławskim teatrze zdarza się raz na lata. Mając tak wspaniałe partnerki [w „Podróży zimowej” – MU], Gorol błysnęła wszechstronnością aktorskich środków i kto wie, czy nie na nią będzie się na to przedstawienie chodzić”.
– Bardzo się z moją współlokatorką uśmiałyśmy czytając tę recenzję. Potem wypiłyśmy wino i poszłyśmy na pilates.

„Za mistrzowskie łączenie bycia opowiadającym i opowiadanym. Za aktorstwo, które jest jednocześnie emocjonalne, intuicyjne i świadome”.
– Czy ty się teraz ze mnie naśmiewasz?

Cytuję tylko uzasadnienie dla nagrody aktorskiej, którą dostałaś na Kaliskich Spotkaniach Teatralnych.
– W Kaliszu miałam słaby przebieg.

Strach pomyśleć, co by napisali, gdybyś miała dobry. Kolejną nagrodę dostałaś na Festiwalu Nowego Teatru w Rzeszowie. „Zapowiada się wielka artystka” – pisały w gazety.
– Rozumiem, że teraz się będziesz nade mną znęcał. Jeszcze jakiś cytat?

„Aktorka totalna”.
– Dobre.

„Ma osobowość małej bomby atomowej”.
– Możesz już przestać?

Co ci to robi?
– Odpowiem słowami mojej koleżanki z teatru Sylwii Boroń: „Słucham tego z uprzejmym dystansem”.

12265557_1069255589792538_6430994528649399023_o

Która z twoich dotychczasowych ról była jak dotąd największym wyzwaniem?
– Bez wątpienia ta w „Śmierci i dziewczynie” Eweliny Marciniak. Nie potrafię tego inaczej nazwać, jak tylko jedną wielką harówą. Znamy się z Eweliną jeszcze z czasów szkolnych, robiłyśmy wspólnie egzaminy i czytania. Bez wątpienia jest ona o wiele dojrzalsza niż kilka lat temu, ale pozostała taką samą terrorystką. Z prób z nią wychodziliśmy ledwo żywi. Do tego doszedł jeszcze wiadomy skandal.

Jak on na ciebie wpłynął?
– Pierwszy raz w życiu spotkałam się z czymś takim jak hejt. To było dość szokujące, w pewnym momencie zwyczajnie się wystraszyłam.

Czego?
– Że nasi aktorzy porno zostaną zaatakowani, że ktoś zrobi im krzywdę. Albo, że na spektakl przyjdą ludzie, którzy zaczną w nas czymś rzucać. Rozmawialiśmy nawet o tym, co robić, kiedy coś takiego zadzieje się na widowni. Cała ta afera coś nam dała – przede wszystkim ogromną reklamę, ale też coś zabrała. Zaburzyła odbiór spektaklu, a porno zostało użyte inaczej niż mogło. I nie chodzi o to, że Ewelina zrezygnowała ze swojego pomysłu. On się po prostu zmienił naturalnie w reakcji na okoliczności.

Recenzje skupiły się jednak na treści spektaklu i ogłoszono w nich narodziny nowej gwiazdy.
– Czyli jednak mam warunki?

CZYTAJ TAKŻE:
Chcieliście porno, to macie! / rozmowa z Eweliną Marciniak
„Śmierć i dziewczyna” / recenzja

____

12821431_10156610996470484_6073667720251904805_n-1

Małgorzata Gorol (rocznik 1986) urodziła się i wychowała w Katowicach. Skończyła Studium Aktorskie Teatru Śląskiego w Katowicach i Państwową Wyższą Szkołę Teatralną im. Ludwika Solskiego w Krakowie. Zadebiutowała w 2013 roku w „Mitologiach” Tomasza Jękota w reżyserii Pawła Świątka w Teatrze Polskim we Wrocławiu, gdzie dotychczas zagrała z spektaklach Michała Borczucha („Zachodnie wybrzeże. Powrót na pustynię”), Krzysztofa Garbaczewskiego („Burza” i „Kronos”), Michała Zadary („Dziady”), Marcina Libera („Media Medea”) i Eweliny Marciniak („Śmierć i dziewczyna”). Za swoją rolę w „Podróży zimowej” zdobyła nagrody aktorskie na Kaliskich Spotkaniach Teatralnych, Festiwalu Nowego Teatru w Rzeszowie i Międzynarodowym Festiwalu Teatralnym Boska Komedia w Krakowie. W tym roku otrzymała Nagrodę im. Leona Schillera i Nagrodę Kulturalną „Gazety Wyborczej – Wrocław” WARTO, do której była także nominowana rok temu. Niedawno zaczęła próby do „Procesu” Franza Kafki w reżyserii Krystiana Lupy w Teatrze Polskim we Wrocławiu.

____

Fot. Edgar de Poray (portrety)/mat. pras. (spektakle)

Reklamy
Zwykły wpis
ZJAWISKO

21 powodów do szczęścia

563824_10208516100604834_6982767248487051262_n

Kiedyś w stołecznym Biurze Kultury powiedziano jej, że chyba pomyliła adresata, bo to raczej sprawa dla Biura Polityki Społecznej. „Downy” to nie kultura, „downy” to problem społeczny. Dzisiaj Justyna Sobczyk dostaje już wsparcie z funduszy kulturalnych, a jej Teatr 21 gra coraz lepiej.

          Wyobraź sobie, że grasz w tym serialu
          Śni ci się po nocach, że jesteś postacią, której nie ma
          Jak ci jest?

Na dobre zaczęło się osiem lat temu, kiedy Justyna Sobczyk skończyła swoje rozliczne studia: pedagogikę specjalną w Toruniu, wiedzę o teatrze w Warszawie i w końcu pedagogikę teatru w Berlinie. Dużo studiowania. Wcześniej, jeszcze w szkole średniej, poszła na spektakl, w którym grały osoby niepełnosprawne intelektualnie. Nie podobało się jej, ale ziarno zostało zasiane. Zastanawiała się, czy można inaczej. Ba! Wiedziała, że tak. Kiedy zdawała na akademię jej znajomy doradzał: „Powiedz na egzaminie, że chcesz robić teatr z niepełnosprawnymi”. Nie rozumiała dlaczego. Jeszcze.

Szuka, szpera, riserczuje. Wyjeżdża podczas studiów w Polsce na stypendium do Niemiec. Już wcześniej widziała na festiwalu Terapia i Teatr w Łodzi belgijski TarTar i holenderski Matwerk. W Berlinie odkrywa, że teatr z niepełnosprawnymi aktorami może mieć własną scenę i publiczność. Szok, jednak można. Ogląda i studiuje, studiuje i ogląda. I już wie, co chce robić w życiu. – Kiedy zobaczyłam po raz pierwszy Teatr RambaZamba na Prenzlauerbergu, oniemiałam. Na scenie niepełnosprawni intelektualnie grali spektakl i to na poważnie. Nie żadne: „a teraz chłopczyk z downem opowie wierszyk”. – Chłonęłam w Berlinie wszystko, także spektakle Franka Castorfa i René Pollescha, nie wychodziłam z Schaubühne. W Polsce swój teatr zaczął robić Grzegorz Jarzyna. Zrozumiałam, że może być fajnie, że teatr współczesny daje mi nieograniczone możliwości.

          Nigdy, nigdy nie poznasz prawdziwej miłości
          Nigdy, nigdy nie zaznasz prawdziwej radości
          Nigdy nie będzie tak źle i tak wesoło jak w życiu

Justyna wraca do Polski z mężem. Ona – pedagożka teatru, on – mediator. Kiedy rodzi się ich dziecko, pielęgniarka środowiskowa pyta ze zdziwieniem: „Jeszcze raz, jakie macie zawody?”. Brzmiały jakoś niepoważnie. Ale Justyna zaczyna rozglądać się za pracą w swoim fachu. Spotyka Macieja Nowaka, dyrektora Instytutu Teatralnego, który po pół godzinie daje jej pracę. – Ale od razu zaznaczyłam, że jak chce mnie zatrudnić, musi wiedzieć, że dwa razy w tygodniu prowadzę teatr z niepełnosprawnymi – mówi. W instytucie zajmuje się edukacją teatralną, po godzinach robi swój teatr.

Stworzyła go sama. Ot, zwyczajnie, poszła do Zespołu Szkół Specjalnych „Dać Szansę” na warszawskim Mokotowie i zaproponowała zajęcia teatralne. Dostała grupę dzieciaków z różnymi rodzajami upośledzenia intelektualnego i świetlicę, do której cały czas ktoś wchodził i wychodził. Warunki do pracy były trudne. W końcu dyrektorka szkoły dała teatrowi do dyspozycji salę gimnastyczną. To był prawdziwy luksus. Zaczyna się żmudna praca z aktorami, większość ma zespół Downa, jest też kilka osób z autyzmem. Znajomi mówią, że podziwiają ją za ten nieprawdopodobny wysiłek pracy z niepełnosprawnymi, za heroiczną postawę. Ona się tylko na nich patrzy z uśmiechem: – Jaki herozim? Ja to uwielbiam!

Fotograf Oiko Petersen, autor projektu „Downtown”, w którym udział (w sesji modowej) wzięły osoby z zespołem Downa, zauważa: – Praca nad wystawą, która trwała rok, dała mi wiele radości, ale czułem także zmęczenie. Odczuwa je wiele osób pracujących na co dzień z osobami niepełnosprawnymi intelektualnie. A Justyna nie tylko nie wyczerpuje swoich baterii, ale je wręcz nieustanie doładowuje.

84860_eb5cf6379

          Ja cię proszę, ja cię błagam, daj mi zagrać w tym serialu
          Może spróbuję… Może się uda
          Po prostu wejdę w rolę i wyjdę
          Wejdę i wyjdę, wejdę i wyjdę
         Na krótko, na chwilę
         Na krótko, na chwilę

Grupa zaczyna działać pod nazwą Teatr 21, nazwa pochodzi od dodatkowego dwudziestego pierwszego chromosomu, którego obecność powoduje zespoł wad wrodzonych. Teatr działa wbrew trudnym warunkom: nie ma odpowiedniej przestrzeni i pieniędzy, ale zaczyna przyciągać coraz więcej profesjonalistów, którzy z niepełnosprawymi intelektualnie aktorami chcą pracować. Scenografka Agata Skwarczyńska: – Praca z naszymi aktorami jest niezwykle inspirująca i traktuję ją na poważnie. Tylko wtedy to, co robimy może się bronić artystycznie. To nie jest jakiś tam teatrzyk, ale poważna teatralna praca. Czuję, że rozwijam się razem z nimi, dajemy sobie wzajemnie dużo. Różni nasz teatr od innych to, że musimy być bardziej czujni w stosunku do aktorów, bo to przede wszystkim oni mają tworzyć sztukę.

Pierwszą premierą teatru były jasełka („Wiadomości nie z tej ziemi”, „Czekamy, czekamy…”), ale – jak zaznacza Justyna – zrobione alternatywnie, żadnej sztampy. Potem zauważyła, że wszyscy aktorzy i aktorki nieustannie się w sobie zakochują, więc postanowiła poruszyć temat miłości. Tak powstał spektakl „Orfeusz + Eurydyka = WNM”. – W przypadku osób z zespołem Downa Wielka Nieskończona Miłość jest zwykle Wielką Niespełnioną Miłością – dodaje reżyserka. Rok później Teatr 21 wystawia „Lot nad Panamą” na podstawie bajki Janoscha „Ach, jak cudowna jest Panama”. Wielkim sukcesem była „Alicja” inspirowana „Alicją w Krainie Czarów” Lewisa Carrolla pokazywana w ramach Małych Warszawskich Spotkań Teatralnych.

Paweł Sztarbowski, wicedyrektor Teatru Polskiego w Bydgoszczy: – Widziałem ich wszystkie przedstawienia i jestem zachwycony tym, jak to się rozwija. Aktorzy wychodzą na scenę ze swoimi problemami, opowiadają o tym, jak są traktowani przez społeczeństwo, jak są marginalizowani. To mi się wydaje kluczowe dla narracji Teatru 21. To zespół bezlitosny dla siebie i społeczeństwa. Pamiętam, że w „Alicji” kwiaty grane były przez osoby, które bardzo niewyraźnie mówiły. Nagle dotarło do mnie, że one mówią swoim językiem. To było genialne. Alicję grała z kolei dziewczyna z autyzmem, więc była Inna wobec Innych. Żaden profesjonalny aktor by tego nie zagrał.

Dziewczyna z autyzmem to Marta Stańczyk, jej Alicja zachwycała widzów. – Marta ma wspaniałą wyobraźnię plastyczną. Staramy się ją wykorzystywać tak często, jak się da – mówi Agata Skwarczyńska. – I działać tak, żeby aktorom przede wszystkim pomagać – dodaje Paweł Andryszczyk, autor muzyki do spektakli teatru. – Muzyka musi być prosta, nieskomplikowana, co nie znaczy, że zła czy tandetna. W naszych spektaklach często prowadzi aktorów przez całość, bo określone dźwięki mówią im na przykład, że zaczynamy następną scenę. No i najważniejsze są emocje, bo nasi aktorzy wyrażają je na sto procent. Kiedy są smutni to naprawdę są smutni, kiedy się cieszą, to na całego. Są mistrzami wyrażania uczuć. Kiedy przyszedłem lata temu pierwszy raz do teatru, po paru minutach już byli do mnie przytuleni.

          Nigdy nie będzie, jak w prawdziwym serialu.
          Kapujesz? Nigdy, nigdy… Kapujesz?

Aktorzy Teatru 21 są rzeczywiście bardzo kontaktowi, rozmowni i towarzyscy. Wygłupiają się, dużo żartują, opowiadają o swoim życiu, pracy w teatrze, marzeniach. Można z nimi siedzieć do nocy.
Piotr Swend, czyli Maciek z „Klanu”, najsłynniejsza osoba z zespołem Downa w Polsce: – Chciałbym być aktorem, właściwie to trochę nim jestem. Jestem też sławny, ludzie proszą mnie o autografy.
Maja Kowalczyk: – Ja też się czuję gwiazdą.
Aleksandra Skotarek: – Publiczność bardzo lubi nasze spektakle. Przychodzą przyjaciele i znajomi, a czasami nawet prawdziwi aktorzy.
Piotr: – Ja się najbardziej stresuję, że zapomnę tekstu.
Daniel Krajewski: – Teraz gramy w nowej sztuce. Cieszę się, że jesteśmy aktorami i pracujemy z zawodowymi twórcami.
Piotr: – Kiedy zacząłem grać w „Klanie” to miałem osiem lat. Przyszedł pan i powiedział, że ja bardzo nadaję się do filmu. Dali mi do przeczytania tekst i zacząłem grać. Oni byli zaskoczeni, że ja czytam.
Magdalena Świątkowska: – Była u nas ostatnio telewizja i robiła o nas program.
Daniel: – Ja powiem szczerze, uwielbiam „Klan”, ale jak pani Justyna zaproponowała nam teatr, to też się bardzo ucieszyliśmy.
Piotr: – Mam w „Klanie” dziewczynę i zaręczyliśmy się.
Maja: – Ja też mam chłopaka.
Aleksandra: – Ja też.
Magdalena: – I ja.
Aleksandra: – A nasz nowy spektakl jest o dorosłości. I ja mam bardzo trudny tekst, którego muszę nauczyć się na pamięć.
Magdalena: – A ja gram scenę o miłość. I to jest bardzo piękne. Chciałabym mieć męża, i dom, i pracę.
Daniel: – Ja szukam w spektaklu pracy i mówię, jakie mam mocne strony, ale ludzie ciągle mi odpowiadają, że się odezwą w przyszłości.
Piotr: – Jak zarobię pieniądze, to zabiorę moją mamę do Ameryki. I chcę mieć, ślub, wesele, zaręczyny i przyszłość.
Magdalena: – Chciałabym pojechać z moim chłopakiem nad morze, ale tylko we dwoje.
Aleksandra: – Ja też chcę do Ameryki pojechać i wziąć ślub, mieć pracę i grać w naszym teatrze. I uwielbiam moich kolegów.
Daniel: – A ja jestem Żydem i chciałbym zabrać wszystkich moich przyjaciół do Izraela.
Piotr: – I do Lublina, bo to takie piękne miasto.

ja-jestem-ja7fot-pawel-ogrodzki-20150403-125815

          Nigdy, nigdy nie będzie tak źle i tak wesoło
          Nigdy, nigdy nie usłyszysz słowa: O miłości ty moja
          Nikt cię naprawdę nie pocałuje
          Nie obudzisz się w prawdziwym łóżku

Pamiętam, jak po jednym spektaklu podeszła do mnie Stanisława Celińska i powiedziała, że oni są wspaniali i że bardzo mi gratuluje, i musimy to robić nadal – mówi Justyna, która poczuła, że trzeba teatr wyprowadzić ze szkoły. Choć bardzo się bała, bo szkoła dawała jednak wszystkim poczucie bezpieczeństwa. „Pani Justyno, pani rozbudza w nich marzenia” – słyszła od czasu do czasu. No i co?

Zaczyna szukać pieniędzy na kolejne przedstawienia. Składa wnioski o granty, których pozyskiwanie nie jest łatwe. Kiedyś w stołecznym Biurze Kultury powiedziano jej, że chyba pomyliła adresata, bo to raczej sprawa dla Biura Polityki Społecznej. „Downy” to nie kultura, „downy” to problem społeczny. Teraz to się zmieniło, biuro wspiera teatr finansowo, z ostatnim spektaklem włącznie.

Ten rok jest przełomowy, większość aktorów skończyła szkołę. Szkolnictwo specjalne jest do 24 roku życia, a potem są warsztaty terapi zajęciowej. Osoby niepełnosprawne intelektualnie mają w nich być przez trzy lata przygotowywane do pracy, której w większości nie dostają. Mówi o tym po części najnowszy spektakl teatru pod tytułem „…I my wszyscy”. Justyna: – Praca jest ich wielkim marzeniem. Michał, jeden z aktorów, dostał ostatnio zatrudnienie w szpitalu wojskowym na zmywaku i nie posiadał się ze szczęścia, bo nie będzie musiał brać więcej pieniędzy od mamy.

          Ja cię proszę, ja cię błagam, daj mi zagrać w tym serialu
          Może spróbuję… Może się uda…
          Po prostu wejdę w rolę i wyjdę
          Na krótko, na chwilę…
          Na krótko, na chwilę

Fundamentem Teatru 21 jest traktowanie aktorów, jak pełnoprawnych, dorosłych ludzi. Nie ma tam żadnego tak zwanego gestu serca, który promowany jest nieustannie przez różne wielkie fundacje i media. Pokazuje się w nich osoby niepełnosprawne intelektualnie jako biedne dzieci, które czekają tylko na to, jak ze wzruszenia złapiemy się za serce i powiemy, jak pieknie zaśpiewały nam pioseneczkę. – To nie ja! – mówi Justyna. – To nie jest mój gest. My robimy poważny teatr. Być może nigdy nie będziemy mainstreamem, nigdy nie zostaniemy zaakceptowani przez „prawdziwy” świat teatralny, ale też nie mam takiej potrzeby. Robimy po prostu swoje. Kiedyś jedna z dziewczyn prowadzących zajęcia w warsztatach terapi zajęciowej powiedziała mi: „Ale Justyna, ty chyba w to nie wierzysz? Po co ktoś miałby oglądać niepełnosprawnych?”. Otóż ja w to wierzę i stawiam moich aktorów w świetle reflektorów. A oni grają. W dodatku świetnie.

Mike Urbaniak

_____

Śródtytuły to słowa, które do spektaklu „…I my wszyscy” napisała aktorka Teatru 21 Barbara Lityńska.

Tekst ukazał się w 2013 roku w tygodniku „Przekrój”.

Zwykły wpis
RECENZJA

Extravaganza o miłości

12719239_1119338454742825_6589526087865935554_o

„Nawet zabawny ten twój kabaret” – powiedziałem po premierze „Extravaganzy o miłości” do Joanny Drozdy. Ta natychmiast padła przede mną na kolana (dosłownie), uczepiając się moich spodni, które z racji luźnej gumki zjechały, ukazując wszystkim zgromadzonym na popremierowym bankiecie w Teatrze Polskim w Poznaniu moje seksowne bokserki w różowe koziołki. „Błagam cię, tylko nie napisz, że to jest kabaret!” – krzyczała w uniesieniu reżyserka. Musiałem się na to zgodzić, by móc naciągnąć spodnie.

Choć być może niepotrzebnie, bo w końcu „Extravaganza” to erotyczne rozpasanie bez granic. Spektakl grany jest w podziemiach Polskiego po godz. 22 (gdy porządni poznaniacy już śpią), na niedużej scence, przy stolikach (zamiast tradycyjnej widowni) i dobrze zaopatrzonym barze. Czego więcej chcieć? Tylko rozkosznych uniesień. I to dostajemy – lekki, dowcipny, pikantny i wyuzdany show, w którym znakomicie odnaleźli się zarówno aktorzy Teatru Polskiego, jak i ci, którzy wystąpili gościnnie. Na czele z Elżbietą Węgrzyn, aktorką petardą najlepszej w kraju lalkowej sceny, czyli poznańskiego Teatru Animacji.

W spektaklu obśmiewane jest wszystko i wszyscy, od lokalnego podwórka zaczynając (pieśń o tragicznej miłości osiołków z poznańskiego zoo czy zakupach w Starym Browarze), przez pedofilskie afery w Kościele katolickim (pieśń o pierwszym razie), politykę krajową (tango Barbary Nowackiej z Adrianem Zandbergiem) oraz międzynarodową (duet Beaty Szydło z Angelą Merkel), na zabawach erotycznych kończąc (brawurowa instrukcja pieszczot oralnych). Krótko mówiąc, mamy wszystko, co kwalifikuje spektakl do oprotestowania przez Krucjatę Różańcową i parlamentarny zespół „Stop ideologii gender!”.

Jeśli ja miałbym coś oprotestować, a raczej wytknąć temu dziełu, byłyby to nierówny poziom dowcipu, niepozszywanie ze sobą poszczególnych numerów (każdy jest oddzielny) i cenę, którą, by zobaczyć „Extravaganzę”, trzeba zapłacić. Stówa za bilet to dla wielu ludzi zbyt duży wydatek, nawet za podziwianie jędrnych pośladków Piotra Kaźmierczaka.

____

Joanna Drozda, Jędrzej Burszta, Wojciech Kaniewski „Extravaganza o miłości”
reż. Joanna Drozda, Teatr Polski w Poznaniu


extravaganza-o-milosci-joanna-drozda-teatr-polski-poznan-2016-02-12-530x745

_____

© Mike Urbaniak/”Wysokie Obcasy”/Fot. Wojciech Kaniewski

Zwykły wpis
FELIETON

Polska kultura w ruinie

Jak wiadomo, podłość ludzka nie zna granic. W tym przypadku podłość ma charakter międzynarodowy i jest częścią szeroko zakrojonego spisku przeciw Polsce, a szczególnie przeciw polskiej kulturze. Cel? Zniszczyć pierwszy prawdziwie narodowy rząd Rzeczpospolitej, który chce byśmy w końcu wstali z kolan, ale co tylko się lekko z nich podniesiemy, to jeb!, znów klęczymy ze smutno pochyloną głową. Brzęczą nam tylko cichutko ukryte pod futrami z norek Wielkie Krzyże Żelazne odziedziczone po dziadkach z Wehrmachtu i Złote Gwiazdy odziedziczone po babciach z Armii Czerwonej, na co dzień trzymane w specjalnych kuferkach z rozkazami z Brukseli i pozłacanymi menorami na czarną godzinę.

HOLLYWOOD, CA - FEBRUARY 22: Filmmaker Pawel Pawlikowski accepts the Best Foreign Language Film Award for "Ida" onstage during the 87th Annual Academy Awards at Dolby Theatre on February 22, 2015 in Hollywood, California. (Photo by Kevin Winter/Getty Images)

A wszystko zaczęło się już kilkanaście miesięcy przed objęciem władzy w Ministerstwie Kultury przez Wielkiego Myśliciela znanego też jako Piotr G. Właśnie wtedy perfidne i antypolskie z natury żydowskie środowiska Hollywoodu postanowiły nagrodzić Oscarem obrzydliwy film ”Ida”, który szkaluje Ojczyznę Naszą Umęczoną i Największy z Europejskich Narodów. Można się z tego filmu dowiedzieć m.in., że Polacy zabijali Żydów, co przecież – jak powszechnie wiadomo – miejsca nigdy nie miało. Polak Żyda by nie zabił ani dla kasy, ani dla jego mieszkania. Polak jest tworem moralnie doskonałym, co poświadczyć może patrząca na nas łaskawie od wieków Czarna Madonna (Czarna Żydówka Królową Polski? Jak do tego doszło?). Ale wróćmy do nagrody. Dostał ją jakiś semicko podejrzany Pawlikowski (czy to aby jego prawdziwe nazwisko?) i przez tę cholerną złotą figurkę – co to ją wszyscy chcą dostać, nawet ci, którzy mówią, że nie chcą – cały świat znów zaczął mówić o Polakach i Żydach, a jak mówią o tej mieszance, to nic dobrego dla Wielkiej Polski Katolickiej wyniknąć z tego nie może. Mają szczęście te amerykańskie Żydy, że Wielki Myśliciel nie kierował jeszcze wtedy resortem kultury, bo szybko złożyłby do Sejmu nocny wniosek o uchwalenie unieważnienia Oscara dla „Idy”.

6f67f07a6138b7a30af4c5e386585e44

Żeby tego było mało, po Amerykanach, naszej ledwo zipiącej kulturze postanowili dowalić Niemcy. Wiadomo, hitlerowcy w cywilu. Dali tej ladacznicy Szumowskiej Srebrnego Niedźwiedzia na Berlinale, jednym z najważniejszych festiwali filmowych świata. Dostała go za „Body/Ciało” – film, w którym Ewa Dałkowska tańczy z gołą dupą przed Januszem Gajosem. Kto to słyszał, żeby stara baba tak się obnażała ku uciesze gawiedzi? Kto na to dał pieniądze? Pewnie PISF, który przez ostatnie lata zajmował się wspieraniem niszczącej polskość kinematografii! A że sztuka zdegenerowana nie zna granic, szczególnie w IV Rzeszy zwanej dla niepoznaki RFN, zaraz ją nagrodzono tylko po to, by ośmieszyć Rzeczpospolitą. Tak jak dwa lata wcześniej z tym jej „W imię…”, co to Chyra w sutannie bzyka się z Kościukiewiczem. Sodomicki film szkalujący polskich przewielebnych pasterzy ziemskiej trzody Pana i już Teddy Award, już flesze, rauty i wywiady plujące na ojczyznę Chopina i Papieża Polaka.

Prusacka zaraza nie zna umiaru. Wiadro pomyj na Polskę jej nie wystarczy. Trzeba wylać kolejne. Dlatego w ramach dojechania naszej kultury, Małgorzata Szumowska została zaproszona w tym roku do jury Berlinale, któremu przewodniczyła Meryl Streep (nie trzeba chyba nikomu przypominać, że szkalowała dżenderowo Polskę). I co zrobiły te szatańskie pomioty z resztą jurorskiego towarzystwa? Oczywiście nagrodziły Srebrnym Niedźwiedziem scenariusz „Zjednoczonych Stanów Miłości” Tomasza Wasilewskiego – tego samego, który nakręcił pierwszy polski film o homosiach, jawnie w naród nasz uderzający, bo – jak wiadomo od czasów Mieszka I oraz jego Dobrawki – polska rodzina to chłopak i dziewczyna (plus pięćset złotych na dziecko).

8757624-tomasz-wasilewski-900-590

I kiedy już Wielki Myśliciel Ministerstwa Kultury (zwany przez własnego brata idiotą) był przekonany, że trochę odsapnie od złych wieści dla pogrążonej w rozpadzie polskiej kultury, którą już zaczął ratować w ramach dobrej zmiany – dostał kolejny cios. Oto podległy mu antypolski do szpiku, a raczej do scenicznych desek Teatr Wielki w Warszawie został dzisiaj nominowany do International Opera Award (zwanej operowym Oscarem). I to w dwóch kategoriach! W kategorii najlepszy teatr i najlepszy reżyser. Do czego to doszło, żebyśmy musieli rywalizować z Deutsche Oper Berlin (rowerzyści i wegetarianie), Theather an der Wien (gwałcą dzieci w piwnicach) czy Holenderską Operą Narodową (zjarani trawą zboczeńcy)? Jak to się stało? I dlaczego znów jesteśmy w ogóle nominowani do jakiejś prestiżowej międzynarodowej nagrody? Przecież polska kultura była przez lata w ruinie. A do tego ten, pożal się Boże, dyrektor artystyczny Treliński. Mieliśmy się go pozbyć, a tu takie nieszczęście. Już szykowaliśmy na jego miejsce pana Marka, bo lubi operę, ale przypadła mu w końcu stadnina w Janowie Podlaskim, bo lubi też konie.

Świat mści się na naszej ojczyźnie coraz intensywniej i przy każdej okazji zohydza polską kulturę. Najpierw Oscar, potem Niedźwiedzie, a teraz nominacje do International Opera Award, że o Nagrodzie Miesa van der Rohe dla gmachu Filharmonii Szczecińskiej nie wspomnę. I za co to wszystko? Za operę „Powder Her Face” Trelińskiego, w której główna bohaterka robi loda kolesiowi na stacji benzynowej? A może za jego „Turandot”, w której występują drag queens? To ma być kultura narodowa promująca polskość na cały świat? Przecież to nie kultura, tylko dziecko kurwy i szatana. I na to już zgody nie będzie. Nie chcemy waszego uznania i waszych nagród. Sami sobie ufundujemy nagrody i taką kulturę stworzymy, takie filmy i spektakle wyreżyserujemy, że klękną przed nami narody albo przynajmniej uczestnicy pieszej pielgrzymki na Jasną Górę.

CZYTAJ TAKŻE:
„Dobra zmiana, czyli ratuj się kto może”
„Jan Paweł II i transwestyci, czyli promocja polskiej kultury”
„Jaki świetny koleżka”

____

Fot. mat.pras.

Zwykły wpis