FELIETON

Jan Paweł II i transwestyci, czyli promocja polskiej kultury

dziedziczak

Dobra zmiana postępuje w mediach narodowych nawet bez formalnej wymiany kierownictwa. Tak jest radiowej Dwójce, w której już się nie patyczkują z pluralistycznym doborem gości, tylko zapraszają tych o słusznych poglądach. Można się było o tym przekonać słuchając niedawno programu „O wszystkim z kulturą”, który poświęcono promocji polskiej kultury za granicą. Do studia Dwójki – wzorem Radia Maryja – zaproszono wyłącznie polityków Prawa i Sprawiedliwości: Jana Dziedziczaka (wiceministra spraw zagranicznych, któremu podlega dyplomacja kulturalna, w tym instytuty polskie), Wojciecha Kolarskiego (ministra od kultury w Kancelarii Prezydenta RP) i Jarosława Sellina (wiceministra kultury). Ten ostatni nie przybył, wiec zostało dwóch PiS-owców i biedna redaktorka Barbara Schabowska, która musiała wysłuchać takiej ilości bzdur, że aż głowa boli.

Zanim przejdę do programu, muszę się na sekundę zatrzymać przy Janie Dziedziczaku, żeby przybliżyć choć w kilku zdaniach tą wybitną postać. Otóż pan Dziedziczak (łączą nas rok urodzenia i stopniowa utrata włosów) poświęcił swoje młodzieńcze życie harcerstwu – oczywiście nie temu komunistycznemu ZHP, tylko prawdziwie polskiemu i katolickiemu ZHR, został nawet harcmistrzem, by w wieku dorosłym, po ukończeniu politologii na UW, zająć się polityką. I to jak! Został bowiem najpierw asystentem samego Wielkiego Jarosława, a potem rzecznikiem jego rządu. Zapamiętano go głównie jako osobę niezbyt lotną intelektualnie, która specjalizuje się w wygłaszaniu komunałów. A to, jak wiadomo, są cechy, które wręcz predestynują w Polsce do zostania posłem. Dlatego Jan Dziedziczak posłuje nieprzerwanie od 2007 roku, wspaniale reprezentując ziemię kaliską, a niedawno awansował na wiceministra spraw zagranicznych, któremu podlegają – Boże dopomóż! – instytuty polskie.

Instytuty, to informacja dla niewtajemniczonych, działają w 24 miastach 22 krajów (w Rosji i Niemczech mamy po dwa). Większość w Europie (Wiedeń, Bruksela, Berlin, Dusseldorf, Moskwa, Petersburg, Sofia, Mińsk, Kijów, Praga, Bukareszt, Bratysława, Paryż, Sztokholm, Madryt, Budapeszt, Rzym, Londyn i Wilno) i kilka poza nią (Nowy Jork, Tokio, Tel Awiw i New Delhi). Podlegają Ministerstwu Spraw Zagranicznych, a ich szefowie są dyplomatami w randze attaché kulturalnych. Dyplomacja kulturalna nigdy nie była w MSZ priorytetem, toteż instytuty dysponują zwykle bardzo skromnymi siedzibami, jeszcze skromniejszymi budżetami, zatrudniają pięć osób na krzyż i generalnie powinno się je nazywać instytutami polskiej biedy.

Zupełnie inaczej sprawy się mają jeśli chodzi o także zajmujący się promocją polskiej kultury za granicą Instytut Adama Mickiewicza, który podlega z kolei Ministerstwu Kultury i Dziedzictwa Narodowego. IAM kasę ma, zatrudnia sporo osób, ale nie posiada swoich placówek za granicą. Tego absurdalnego systemu, wywołującego niejednokrotnie napięcia między rzeczonymi ministerstwami, nikt przez lata nie zmienił. A oczywistą oczywistością – że posłużę się słowami klasyka – wydaję się być system, w którym IAM jest centralą, a instytuty polskie jego przedstawicielstwami. Tylko wtedy Polska będzie prowadziła spójną dyplomację kulturalną, której nigdy nie miała. I tu rację ma minister Kolarski, który jednak zaraz dodał w programie „O wszystkim z kulturą”, że „instytuty polskie zajmowały się dotychczas promocją bezwartościowych wydarzeń”. Bezwartościowa jest raczej ta polityczna paplanina, która nie ma wiele wspólnego z rzeczywistością i służy tylko przywaleniu swoim politycznym poprzednikom.

Ale zostawmy ministra z największej w Polsce i podpisującej wszystko, co popadnie kancelarii notarialnej z Pałacu Namiestnikowskiego, a zatrzymajmy się na wybitnym znawcy kultury Janie Dziedziczaku, bo każde wypowiedziane przez niego słowo jest na wagę złota:

„Jeśli chcemy opowiadać o Polsce to wolałbym opowiadać o polskim filmie, wolałbym mówić o takich postaciach, jak Kopernik, Chopin, Jan Paweł II i Skłodowska-Curie. Istnieje kilka takich placówek, które w ciągu ostatnich ośmiu lat zajmowały się głównie promocją LGBT, czyli promocją środowisk homoseksualnych i transwestytów”.

Mnie się zdaje, że to znakomite pomysły, żeby polska dyplomacja kulturalna zajęła się opowiadaniem o Mikołaju Koperniku i Janie Pawle II. Wiem, że ze strony opiniotwórczych i lajfstajlowych zagranicznych mediów jest ogromne zainteresowanie tymi tematami. Dyrektorzy instytutów polskich mówili mi, że nie ma dnia, żeby nie przyszedł do nich choć jeden mejl czy to w Paryżu, Tel Awiwie czy Tokio z zapytaniem o jakieś wydarzenie kulturalne związane z pontyfikatem Jana Pawła II. Zainteresowanie nim, szczególnie wśród indyjskiej i izraelskiej młodzieży, bije tylko Mikołaj Kopernik, o którego nieustannie dopytują kuratorzy największych zagranicznych festiwali i to bez względu na ich profil. Zapotrzebowanie jest na wszystko: na spektakle o Koperniku, na koncerty z utworami o nim, na wystawę jego portretów. Jego i oczywiście Skłodowskiej-Curie. Niedawno Magda Hueckel, która otwierała wystawę swoich zdjęć w Teheranie, usłyszała: „No dobrze, piękne te pani fotografie ze spektakli Warlikowskiego i Kleczewskiej, ale czy ma pani jakieś prace poświęcone Skłodowskiej-Curie?”. Rzeczona Kleczewska nie mogła z kolei na bankiecie po swojej niedawnej premierze w Hamburgu, czego byłem świadkiem, odgonić się od niemieckich dziennikarzy pytających, kiedy zrobi jakiś spektakl o Janie Pawle II i przestanie promować tę nieżyjącą pisarkę Jelinek i transwestytów.

Transwestyci to ogóle oddzielny problem dotychczasowej polskiej dyplomacji kulturalnej. Na nieustanne ich promowanie wydawano miliony. Każdy instytut polski chciał mieć swojego transwestytę. Transwestyci byli promowani w rozmaity sposób: czytali poezję Wisławy Szymborskiej i ks. Jana Twardowskiego, fragmenty powieści Bronisława Wildsteina, a w kilku przypadkach także „Pana Tadeusza” i „Nad Niemnem”. Często też śpiewali, głównie polskie pieśni ludowe i przeboje Bajmu. W pewnym momencie, na naradzie dyrektorów instytutów polskich doszło nawet do awantury o to, kto komu podkupił czyjego transwestytę, bo liczebnie to niewielka grupa, a zapotrzebowanie ministerstwa rosło. Dobrze, że to w końcu zostanie ukrócone.

„Jeżdżąc po całym świecie nie bardzo widzę efekty pracy Instytutu Adama Mickiewicza”.

Pan Dziedziczak słynie ze swoich podróży. Nie ma weekendu, żeby gdzieś nie poleciał czy to na koncert, czy na wystawę, czy na spektakl. Nieraz wsiada w samolot tylko po to, by gdzieś kupić niedostępną jeszcze w Polsce powieść. Na szczęście teraz ma Kindle, więc ściąga sobie najlepszą światową literaturę prosto do swojego czytnika. No, ale to książki. Spektakli sobie przecież nie ściągnie, więc kupuje bilety na samolot i fru: Paryż, Londyn, Rzym, Madryt, Nowy Jork, Los Angeles. Trudno nadążyć za naszym obieżyświatem, który – jak Jan Paweł II – oblatuje kulę ziemską, by zobaczyć jak IAM promuje, a raczej nie promuje polskiej kultury. Podobno, kiedy odbywał się Rok Polski w Izraelu, nie było wydarzenia bez obecności pana Dziedziczaka. To samo z „Polska Year” w Wielkiej Brytanii. Dziedziczak tak się interesował polską kulturą i działaniami IAM-u (był dosłownie wszędzie), że brytyjscy dziennikarze uznali go za maskotkę instytutu. Nie dziwi więc tak surowa ocena działań IAM z ust człowieka, który jak nikt przyglądał się aktywności tej agendy.

Kiedy Barbara Schabowska opowiadała swoim gościom o współorganizowanym niedawno przez IAM koncercie polskiej muzyki współczesnej w Los Angeles, zaczęła wymieniać kompozytorów, których utwory tam zagrano: – Zubel, Szymański, Penderecki… Na to Jan Dziedziczak wciął się redaktorce w słowo i ją natychmiast poprawił: – Szymanowski być może.Nie, Szymański. Paweł Szymański – odpowiedziała szybko Barbara Schabowska, obnażając brawurowo niekompetencję tego odpowiedzialnego obecnie za kulturalną promocję polski przygłupka, który przecież nigdy w życiu nie słyszał o kompozytorze Pawle Szymańskim. Jego wiedza o muzyce klasycznej to Chopin, którego kompozycje słyszał ostatnio w pendolino czekając na odjazd, i którym wycierał sobie gębę od pierwszej do ostatniej minuty programu, ale nie ma się co dziwić. Innego kompozytora pewnie nie zna.

Kultura jest jedną w największych ofiar „dobrej zmiany”, bo w powszechnym przekonaniu polityków można do zajmowania się nią wydelegować byle miernotę, gdyż nawet jak coś popsuje, kraj się nie zawali, a poza tym każdy, kto przeczytał jedną książkę i obejrzał pół filmu uznawany jest za znawcę kultury. Dlatego właśnie Jan Dziedziczak nie został na przykład wiceministrem finansów, tylko wiceministrem spraw zagranicznych odpowiedzianym za kulturalną promocję polski i już się rwie do pracy. Niedługo zacznie się wymiana dyrektorów instytutów polskich. Miejsce kompetentnych ludzi zajmą mierni, ale wierni, a zagraniczna publiczność zamiast najlepszej współczesnej polskiej kultury, dostanie encykliki Jana Pawła II z zakładką w kształcie Dziedziczaka, który nie mówi biegle w żadnym obcym języku.

CZYTAJ TEŻ:
Dobra zmiana, czyli ratuj się kto może
Jaki świetny koleżka

 

Reklamy
Zwykły wpis
ROZMOWA

Drugie życie

10006055_10152297212049020_5884427385620108502_o

Kiedy pierwszy raz jechałam do Wałbrzycha to płakałam. Ktoś w pociągu zapytał: dlaczego? Powiedziałam, że nie wiem i dalej płakałam. Z Mają Kleczewską rozmawia Mike Urbaniak

Wałbrzych przywrócił cię do życia?
Jak pamiętasz, wygrałam w 2002 roku pewien konkurs w Krakowie.

Twój spektakl „Noże w kurach” Davida Harrowera, który zrobiłaś w Teatrze im. Juliusza Słowackiego dostał o lokalnej „Gazety Wyborczej” tytuł „Żenada Roku”.
Właśnie, i stwierdziłam w związku z tym, że muszę skończyć z teatrem i zmienić zawód. Wyjechałam do Turcji i zajęłam się pilotowaniem wycieczek. Teatr wydawał się być zamkniętym rozdziałem w moim życiu.

I wtedy zadzwonił do ciebie Piotr Kruszczyński.
– Słuchaj, zostałem dyrektorem teatru w Wałbrzychu – mówi. Ja: – Gdzie? On: – W Wałbrzychu! I sytuacja tutaj nie jest za dobra. Może przyjedziesz? Powiedziałam, że nie ma takiej możliwości, bo pożegnałam się z teatrem, a poza tym Wałbrzych jest chyba bardzo daleko i ja się tam nie wybieram.

Nalegał.
Mówił, że to będzie niezobowiązująca wizyta: – Przyjedź, rozejrzysz się, pogadamy. Skoro dobry kolega jeszcze ze szkoły teatralnej tak bardzo prosił, nie miałam wyjścia. Spakowałam walizkę i ruszyłam w drogę. Z Warszawy jechałam wiele godzin, zbyt wiele. Wysiadałam wymęczona z pociągu i zobaczyłam neon „Hotel Sudety”, ale świeciło się tylko „udety”, „S” nie działało. Wzięłam taksówkę i dotarłam do teatru. Budynek był w takim stanie, że trudno to opisać: farba odchodziła ze ścian, wszędzie był grzyb, a fotele na widowni trzeszczały. Już nie mówiąc nawet o sytuacji w pokojach i stanie sanitarnym łazienek; w oknach żadnej firanki, nie ma ręczników, dramat. Piotr mówi: – Maja, nie przejmuj się. Idziemy na spektakl. To był jakiś Witkacy. Na scenie dziesięć osób, na widowni sześć. Włącznie z nami. Po przerwie połowa wyszła. Mówię: – Piotrek, to jest niemożliwe. Przecież tu się nic nie da zrobić. On na to: – Pomyślmy, może coś się uda. Na moją propozycję, żeby się przejść po mieście, usłyszałam: – To nie jest dobry pomysł, bo tu jest bardzo niebezpiecznie, szczególnie po zmroku. Nie można było wyjść, bufetu też nie było. Udaliśmy się więc do kuchni w celu zaparzenia herbaty.

Krótko mówiąc, niewesoło.
Do momentu, kiedy przyjechał Mariusz Stachowiak, serdeczny przyjaciel Piotra, fotograf, wspaniała, nieżyjąca już niestety postać. Mariusz podobny był do wychudzonego ptaszyska: miał ogromny nos i szponiaste palce. Rozejrzał się wkoło i wypalił z właściwym sobie entuzjazmem: – Co za wspaniałe miasto! Jestem zachwycony! Patrzymy na niego jak na wariata, a on ciągnie dalej: – Słuchacie, tu nic nie ma! Ruina! Górnicy, biedaszyby! Będziemy chodzić po hałdach, po kominach! Jakie to inspirujące! Wtedy uznaliśmy, że musimy się jednak napić wina i zacząć zastanawiać, co by można tu wystawić. Wiedzieliśmy, że Szekspir to raczej nam widowni nie wypełni i padł pomysł, że może „Lot nad kukułczym gniazdem” Dale’a Wassermana. – O! To będą kojarzyć! – zawyrokował Piotrek. I tak się zaczęło.

Wszystko dzięki entuzjazmowi Mariusza Stachowiaka?
Absolutnie, bo on nam uświadomił, że można w Wałbrzychu zrobić coś – jakby to powiedzieć – rewitalizującego. W tej biedzie, w tym bezrobociu, w tym mieście, gdzie psy dupami szczekały i do którego nikt nie przyjeżdżał. Wtedy już się nie zastanawialiśmy czy robić, ale jak robić.

I jak przyciągnąć ludzi, jak dać znać, że teatr żyje.
Najpierw chcieliśmy na dachu teatru zamontować wielkie balony, ale okazało się, że wypełnienie ich helem będzie bardzo drogie. Potem wpadliśmy na pomysł, by latać nad miastem helikopterem i rozrzucać ulotki, ale okazało się, że helikopter nie ma gdzie w Wałbrzychu wylądować. Stanęło na tym, że jeździliśmy, ubrani w piżamy, białym autobusem po mieście.

Jak zareagował zespół?
Na propozycję jeżdżenia po mieście w piżamach zareagował wspaniale. To w ogóle byli bardzo otwarci ludzie, ale szłam na pierwsze spotkanie z nimi z poczuciem, że to się nie uda. To wynikało po części z niedobrych doświadczeń ze „Słowackiego”, gdzie entuzjastycznie przekonywałam aktorów, a wyszła z tego żenada roku. Tym razem to ja byłam pesymistką. Tak na wszelki wypadek. Mówiłam: – Wiecie, film z Jackiem Nicholsonem jest taki świetny, to po co my ten spektakl mamy robić? Nam się to nie uda. W odpowiedzi słyszałam: – Może jednak spróbujmy?

Spróbowaliście.
Zaczęliśmy czytać tekst i rzeczywiście dość szybko zażarło. Aktorzy bardzo chcieli, bo nie mieli naprawdę nic do stracenia. Poza tym, wyjść wieczorem nie ma gdzie, więc pracowaliśmy nieustannie. Po próbach przenosiliśmy się do kuchni i tam trwały niekończące się dyskusje i biesiady. Wszystko było wspólne: mała lodówka, mała kuchenka i rano kolejka do łazienki jak na koloniach.

Kiedy porzuciłaś swój urzędowy pesymizm i poczułaś że jednak coś dobrego z tego będzie?
Kiedy pojechaliśmy do Stronia Śląskiego, gdzie mieścił się najbliższy szpital psychiatryczny, bo skoro aktorzy mają grać schizofreników, to muszą ich poznać. Na miejscu okazało się, że nie chcą nas wpuścić. Rozpętała się awantura, że po co, że jaki teatr, że nie ma mowy, że co nas to obchodzi i ogólnie do widzenia państwu. Nagle, jak spod ziemi, wyrósł przed nami lekarz, który mówi, że właśnie się zwolnił z pracy i może nas zaprowadzić przed wyjściem na jeden z oddziałów. My oczywiście bardzo chętnie. Prowadzi nas przez ponury park do ostatniego szarego budynku, otwiera jedną kratę, drugą, trzecią i mówi do oddziałowej: – Państwo z teatru chcieli poznać naszych pacjentów. I znika. Oddziałowa na nas patrzy. Ale co robić? Mówi w końcu: – Proszę, proszę bardzo. Ruszamy i widzimy rzeczy straszne: trzydzieści osób na pięciu metrach kwadratowych, ktoś leży pod kaloryferem, nie ma niczego oprócz koców, raz na godzinę wydawany jest każdemu jeden papieros i przez cały dzień tona leków, żeby schizofrenicy spali, bo jak śpią to nie ma kłopotów. Wyszliśmy stamtąd wstrząśnięci, z postanowieniem, że tak nie może być. Mariusz Stachowiak natychmiast znalazł jakąś panią z radia, której postanowił wszystko opowiedzieć. Wracaliśmy potem do naszych pacjentów wielokrotnie, piekliśmy im ciasta i nawet zabraliśmy na wycieczkę do lasu, bo oni w ogóle nie wychodzili przez lata na zewnątrz. Potem była wizyta w teatrze, na próbie i spektaklu. To był wielki zastrzyk poczucia sensu. Nie myśleliśmy już o tym, czy „Lot nad kukułczym gniazdem” się spodoba, ale o tym, że robimy coś fajnego i ważnego.

Zaangażowałaś też do spektaklu mieszkańców.
Ogłosiliśmy casting i przyszło ponad pięćdziesiąt osób, co nas zaszokowało, bo spodziewaliśmy się trzech. Rozmawialiśmy z nimi o wszystkim. Jeden z panów powiedział: – Urodziłem się, potem byłem młody, potem dojrzałem, założyłem rodzinę, całe życie pracowałem i marzę teraz, by zagrać z teatrze. I zagrał.

A do teatru zaczęła przychodzić publiczność.
Bo tym białym autobusem w piżamach przejechaliśmy całe miasto. Najbardziej lubiliśmy wpadać do supermarketu w niedzielę. Łapaliśmy ludzi i mówiliśmy: – Przyjedzie pani do teatru? I słyszeliśmy: – Ojej, chętnie. Wałbrzyszanie polubili swój teatr.

W „Locie nad kukułczym gniazdem” McMurphy’ego zagrał gościnnie Maciej Wojdyła. Dlaczego?
Bo chciałem mieć choć jednego aktora, którego znałam, i który w razie czego będzie mnie ratował przez tamtejszym zespołem. Potrzebowałam bratniej duszy i padło na Maćka. Poza tym zawsze jest dobrze wprowadzić do znającego się zespołu kogoś nowego, to odświeża.

Scenografię zrobiła Katarzyna Paciorek, a muzykę Paweł Kolenda.
Z Pawłem pracowałem wcześniej i dobrze go znałam. Z Kasią też znałyśmy się jeszcze z Krakowa. Wiesz, ja byłam w takim stanie, że chciałam zaprosić do Wałbrzycha jak najwięcej ludzi, których znam, i którzy zgodzą się tam w ogóle pojechać.

Jak reagowali na twoje propozycje?
Niezbyt entuzjastycznie, bo wtedy Wałbrzych nie kojarzył się absolutnie z niczym. Tylko, że daleko i wielka bieda.

Łukasz Drewniak napisał o „Locie…”: „Spektakl jest okrutną wiwisekcją ludzkiej opresji. Ze stłamszonego świata, jaki zbudowała [Maja Kleczewska] nie ma ucieczki, chyba, że poza teatr”.
Bo to było o opresji, o poczuciu uwięzienia. W Stroniu Śląskim zetknęliśmy się z czymś absolutnie nieludzkim i chciałam to przenieść na scenę. Do tego ten Wałbrzych w wszechogarniającym poczuciem beznadziei. Sama czułam się tam opresyjnie.

Radykalnie zmieniłaś zakończenie „Lotu…”. Wódz Bromden, grany przez Mariusza Stachowiaka, wywozi McMurphy’ego ze szpitala na wózku i obaj uciekają w miasto. Dlaczego?
Bo kiedy próbowaliśmy klasyczne zakończenie, nie czuliśmy żadnej satysfakcji. McMurphy umiera, gasną światła – smutno nam było potem, kiedy siedzieliśmy w kuchni. Mieliśmy poczucie pustki, że wszystko po nic. Pewnego dnia postanowiłam, że oni muszą jednak uciekać. – Biegnijcie chłopaki! Biegnijcie! – krzyczałam i oni zwiewali z teatru w te wałbrzyskie śniegi i hałdy, ledwo oświetlone przez zwykle popsute latarnie.

W spektaklu grała trójka aktorów, która w Teatrze Dramatycznym w Wałbrzychu jest do dzisiaj: Irena Wójcik, Ryszard Węgrzyn i Dariusz Skowroński. Jak ci się z nimi pracowało? I dlaczego Mariusz Stachowiak, który nie był aktorem tylko fotografem, zagrał u ciebie?
Ireny, która grała siostrę Ratched, na początku trochę się bałam. Była skryta i wydawała mi się niemiła. Ten obraz na szczęście szybko okazał się fałszywy. Irena była skupiona, precyzyjna i kompletnie oddana pracy. Mówiłam: – Irena, kończymy, syn czeka w domu. – Trudno – odpowiadała. – Będzie musiał dzisiaj ugotować sobie sam. Próbujmy. 

Z Rysiem Węgrzynem uwielbiałam pracować, bo zawsze mnie zaskakiwał, ale zaczęliśmy naszą teatralną przygodę od straszliwej kłótni, bo Rysiek nie chciał zagrać Doktora Spiveya. – Nie będę tego grał, bo to nudna rola, a poza tym on wchodzi właściwie do jednej sceny! – krzyczał. Ja na to: – To w takim razie nie mam dla pana propozycji! (bo wtedy byliśmy jeszcze na pan/pani). – Ale ja i tak w tym zagram! – kontynuował. – Tak? A kogo pan zagra, skoro role wszystkich pacjentów już rozdzieliłam?! – Wymyślę sobie własnego pacjenta, który myśli, że jest lekarzem! Bardzo mi się to spodobało. Rysio to nieposkromiona wyobraźnia. Wszystko dla niego jest możliwe, nawet najdzikszy pomysł.

Darka Skowrońskiego od razu pokochałam, bo zgodził się zagrać Doktora Spiveya, którego nie chciał grać za żadne skarby świata Rysio. Darek z kolei nie chciał grać Wodza Bromdena. Bardzo go to męczyło, ale że jest człowiekiem wielkiej kultury, nie powiedział mi tego wprost, tylko zauważył mimochodem, że na Indianina to on nie wygląda. I kiedy nie było go na jakiejś próbie, nagle spojrzałam na Mariusza Stachowiaka, który robił zdjęcia i zobaczyłam w nim Indianina. – Mariusz, idź na scenę grać Wodza Bromdena! – zarządziłam. – Ale co mam robić? – Zamiataj, głównie zamiataj! I kiedy Darek wrócił, powiedziałam mu: – Mariusz tak świetnie zamiata, że będzie Wodzem, a ty zagrasz Doktora. Wszyscy byli przeszczęśliwi.

Spektakl został bardzo dobrze przyjęty i zgarnął kilka nagród: na Kaliskich Spotkania Teatralnych i na katowickich „Interpretacjach”. Poczułaś wtedy, że jednak będziesz zajmowała się teatrem?
Tak, postanowiłam dać sobie szansę, ale czułam też, że to, co zrobiłam w Wałbrzychu było jednorazowe, że to nie może być patent na mój teatr w ogóle.

Rok później wystawiłaś kolejny spektakl Teatrze Dramatycznym im. Szaniawskiego – „Czyż nie dobija się koni?” Horace’a McCoya. Znowu mocno osadzony w Wałbrzychu i znowu inspirowany filmem.
Bo zaczęłam lepiej rozumieć to miasto, kondycję ludzi, którzy byli w takiej sytuacji, że aby przetrwać, liczyli na cud w postaci wygranej w totolotka albo innym konkursie. „Czyż nie dobija się koni?” pasowało do tej rzeczywistości idealnie. Sytuacja w Wałbrzychu przypominała Wielki Kryzys w Ameryce, a podczas kuchennych rozmów zgodziliśmy się, że gdyby w Wałbrzychu ogłosić konkurs taneczny z dużą wygraną, zgłosiliby się do niego wszyscy. Trop filmowy kontynuowałam dlatego, żeby nie stracić tych widzów, którzy przyszli na „Lot…”.

Glorię zagrała Agnieszka Warchulska, a Roberta – Piotr Kondrat.
Agnieszka Warchulska bardzo chciała przyjechać z Warszawy do Wałbrzycha i zagrać Glorię, a Piotr, to był czas mojego zakochania. Kiedy pierwszy raz jechałam do Wałbrzycha, płakałam. Ktoś wtedy do mnie podszedł w pociągu i zapytał, dlaczego? Powiedziałam, że nie wiem, że jakoś mi smutno. Płakałam tak godzinę nie wiadomo na jaki temat. Miałam chyba wrażenie, że rozstaję się z dotychczasowym życiem. Kiedy potem miasto chciało mi dać mieszkanie, znów się rozpłakałam i przerażona powiedziałam: – Nie, dziękuje. Przecież nie mogę tu zostać na zawsze! Tymczasem to właśnie w Wałbrzychu wróciłam do życia jako reżyserka, zakochałam się i poznałam, obecnie już byłego, ale jednak męża, z którym mam dwóch synów. To była życiowa przygoda, teatralnie i prywatnie.

Myślę też o wigiliach w Domu Aktora, barszczu z uszkami dzielonymi między wszystkich, kotach Węgrzynów, Piotrku Tokarzu, który ćwiczył Bacha na pianinie, Darku Maju, który zakochiwał się w Marcie Ziębie i innych historiach miłosnych. Działy się tam rzeczy cudowne.

W Wałbrzychu zaczęłaś także współpracę z dwiema osobami, z którymi potem zrobiłaś wiele spektakli.
Do licznych scen tanecznych w „Czyż nie dobija się koni?” potrzebowałam choreografa. Piotrek Kruszczyński polecił mi Mikołaja Mikołajczyka, którego wtedy nie znałam. Pojechałam do niego do Poznania i czekałam pod drzwiami, a on mnie nie chciał wpuścić, bo co to za baba się do niego dobija. W końcu się poznaliśmy i przegadaliśmy dziesiątki godzin. To było wspaniałe spotkanie. Ciągle się kłóciliśmy i byliśmy żądni ekstremalnych przeżyć, a aktorzy dzielnie znosili okrutne i niekończące się próby choreograficzne.

Z kolei Kasia Borkowska do mnie zadzwoniła i powiedziała, że chciałaby ze mną pracować. – Propozycję mam taką: Wałbrzych – mówię. Na to Kasia: – No trudno, jadę. Wtedy zaczęła się nasza trwająca dziesięć lat przygoda. Kasia robiła scenografie do wszystkich moich spektakli, a Mikołaj do wielu robił choreografię. Myśmy się w Wałbrzychu po prostu w sobie zakochali. Po „Czyż nie dobija się koni?” wyjechaliśmy razem robić „Czajkę” w Jeleniej Górze.

Wyjechaliście i już do Wałbrzycha nigdy nie wróciłaś.
Porwało mnie życie, kolejne spektakle: „Makbet” w Opolu, „Woyzeck” w Kaliszu, „Sen nocy letniej” w Krakowie, „Fedra” w Warszawie. Nie było czasu, nie było jak. Po latach zadzwonił do mnie z propozycją Sebastian Majewski, ale czułam, że nie mogę wrócić do Wałbrzycha, bo też ten teatr jest gdzieś indziej. To był czas Strzępki i Demirskiego, robił już Krzysiek Garbaczewski. Pomyślałam, że Teatr Dramatyczny w Wałbrzychu jest miejscem inicjacyjnym i takim powinien pozostać, że nie jest po to, by w nim trwać, ale by zaczynać, przeżywać coś mocnego i zostawiać dla kolejnych. Niech ludzie mają tam mocne początki.

Ty miałaś tam z pewnością mocny drugi początek.
Kiedy prowadziłam zajęcia na krakowskiej PWST, mój ówczesny student Paweł Świątek powiedział: – Jako dziecko, widziałem twoje spektakle w Wałbrzychu. Jako dziecko! Rozumiesz? On mnie tym dzieckiem zabił, bo uświadomił mi, ile już lat upłynęło. Wałbrzych to dzisiaj dla mnie stary film. Stary, ale dobry.

CZYTAJ TAKŻE:
Widelcem w oko / rozmowa z Mają Kleczewską
Tu nie Europa! Tu jest Polska! / rozmowa z Mają Kleczewską i Łukaszem Chotkowskim

____

Maja Kleczewska (ur. 1973) jest jedną z najważniejszych, najgłośniejszych i najbardziej kontrowersyjnych polskich reżyserek teatralnych. Ukończyła psychologię na UW i reżyserię dramatu w PWST im. Ludwika Solskiego w Krakowie. Zadebiutowała w 2000 i od tego czasu wyreżyserowała w Polsce i za granicą 30 spektakli wzbudzających skrajne opinie krytyki i widzów. Uważa się ją za specjalistkę od Elfriede Jelinek, której teksty wystawiała niejednokrotnie. Jest laureatką wielu nagród, m.in. dwukrotnie Lauru Konrada i Paszportu „Polityki”. Niedawno wystawiła „Czekając na barbarzyńców” („Warten auf die Barbaren”) według Johna Coetzeego w Deutsches Schauspielhaus w Hamburgu (premiera 22 stycznia 2016 r.), a obecnie pracuje nad operą „Głos ludzki” Francisa Poulenca z librettem Jeana Cocteau, której premiera będzie 16 kwietnia w Teatrze Wielkim w Warszawie.

_____

Rozmowa powstała na zamówienie Teatru Dramatycznego im. Jerzego Szaniawskiego w Wałbrzychu do publikacji „Szaniawski. Monografia Teatru Dramatycznego 1964-2015” pod redakcją Doroty Kowalkowskiej, wydanej przez Teatr Dramatyczny im. Jerzego Szaniawskiego w Wałbrzychu przy finansowym wsparciu Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

_____

Fot. Magda Hueckel

Zwykły wpis
RECENZJA

Dybuk

12314179_894349643992240_8599450206199322527_o

To nie jest „Dybuk” An-skiego, to po pierwsze. Wszyscy, którzy wybiorą się do Teatru Polskiego w Bydgoszczy na klasykę żydowskiego dramatu, srodze się zawiodą, z oryginału zostają bowiem jeno strzępki. I takie było założenie Anny Smolar, która chciała wywalić An-skiego do śmietnika i wystawić nowego „Dybuka” – skrojonego na potrzeby współczesnego młodego widza. Do tego perfidnego planu reżyserka zatrudniła pisarza Ignacego Karpowicza, który coraz częściej poczyna sobie w teatrze. Czasami są to kolaboracje, o których lepiej z litości nie wspominać, a czasami rezultat jest błyskotliwy. I taki jest ten przypadek, bo „Dybuk” Karpowicza jest znakomicie napisaną błyskotką. To po drugie. Grupa nastolatków zabiera się w szkole do wystawienia oryginalnego „Dybuka”. Idzie im to jednak nieporadnie: albo kurtyna się zacina, albo widzowie niewiele rozumieją i trzeba im ciągle tłumaczyć, co to synagoga, rabin i szabat. Oj wawoj! A do tego – smutna sprawa – kolega Grześ (Michał Wanio), który miał reżyserować spektakl, popełnił samobójstwo, bo padł ofiarą internetowego hejtu. I jakby tego było mało, jego duch pojawia się podczas prób. Zamiast XIX-wiecznego sztetlu mamy więc XXI-wieczną szkołę i chociaż Leę (Sonia Roszczuk) i Chanana (Maciej Pesta) mamy od początku na scenie, to są oni postaciami zupełnie drugorzędnymi. Pierwsze skrzypce grają bowiem uczniowie (świetni Hanna Maciąg, Irena Melcer i Jan Sobolewski) oraz – uwaga – scenografia Anny Met, która nadaje całości wyrafinowanie.

Bezczelny „Dybuk” Anny Smolar jest bez wątpienia jej jak dotąd najlepszym spektaklem, prawdziwą – że polecę Demirskim – cieszotką. I choć ten sukces okupiono ofiarą z An-skiego, trzeba to twórcom wybaczyć i obowiązkowo obejrzeć tę teatralną świeżynkę bez grama konserwantów.

____

Ignacy Karpowicz „Dybuk”
reż. Anna Smolar, Teatr Polski w Bydgoszczy

dybuk-rez-anna-smolar-teatr-polski-bydgoszcz-2015-12-04-005-658x950

_____

© Mike Urbaniak/”Wysokie Obcasy”
Fot. mat. pras./ Teatr Polski w Bydgoszczy

Zwykły wpis
KOMENTARZ

Jaki świetny koleżka

Matyszkowicz-Mateusz-1024x662

Czy Mateusz Matyszkowicz zrobi z TVP Kultura pluralistyczną telewizję? Śmiem wątpić. I apeluję o umiar w zachwytach oraz odrobinę krytycznego myślenia.

W mediach trwa festiwal Mateusza Matyszkowicza, nowego szefa TVP Kultura. Co drugi dzień można przeczytać jakąś rozmowę z dyrektorem tej anteny. Na Facebooku „gorszy sort Polaków, esesmani i gestapowcy” rozpisują się, że nie taki diabeł straszny jak go malują, że spoko gość, że – owszem owszem – mówi całkiem sensownie. Będzie nowe otwarcie, nowe prądy myślowe pojawią się w programach, grupy niereprezentowane dotychczas dostaną głos i nie będzie żadnej czystki w zastanej – lewackiej przecież z natury – ekipie. Po prostu sielanka. Właściwie to nawet dobrze, że Katarzyna Janowska złożyła rezygnację, bo Matyszkowicz zrobi w końcu pluralistyczną i rewelacyjną telewizję.

Mnie się zdaje, niechaj się mylę, że Jacek Kurski, jedna z najobrzydliwszych postaci polskiego życia publicznego i główny propagandzista PiS-u, nie został szefem TVP po to, by było pluralistycznie, tylko po to, by dokonać w niej czystek personalnych i włączyć wszystkie anteny publicznej, to znaczy – przepraszam – narodowej telewizji w machinę propagandową „dobrej zmiany”. Może i „Fronda Lux”, którą kierował Matyszkowicz była lekkostrawną, hipsterską czy jak ją tam nazwiemy wersją „Frondy”, ale jednak tytuł zobowiązuje. Matyszkowicz jest, co prawda hodującym zioła, ale jednak ultrakonserwatystą i wywodzi się z bardzo określonego środowiska „wielkiej Polski”. Nie dostał propozycji kierowania TVP Kultura, by w końcu otworzyć tę antenę na świat.

Zadziwiające jest to, że nikt nie pyta Matyszkowicza o uczestniczenie w skoku na media. Przecież on został dyrektorem TVP Kultura w ramach bezprecedensowego i do bólu politycznego wymiecenia dotychczasowych szefów anten. Mało tego, zainstalowali go przy Woronicza politycy, którzy otwarcie, jeszcze przed wyborami, tworzyli listy proskrypcyjne dziennikarzy, których nienawidzą i którzy mieli być natychmiast zwolnieni z pracy (i zostali). Mało tego, nawoływali do tego (co jest już kompletnym zdziczeniem) inni dziennikarze z do niedawna mediów niepokornych, dziś rządowych. To mu nie przeszkadza? Nie przeszkadza tym wszystkim, którzy piszą, że całkiem fajny z Matyszkowicza koleżka? Nie przeszkadza nikomu, że jego prawdziwym zwierzchnikiem jest Jarosław Kaczyński, który dzięki małej nowelizacji ustawy medialnej, za pomocą umieszczonego w ministerstwie skarbu mapeta, może go w każdej chwili odwołać? Jest to doprawy zadziwiające.

Żeby tego było mało, Matyszkowicz powołał na swojego zastępcę w TVP Kultura wyjątkowo odstręczającego Piotra Zarembę, który napisał niedawno w polskim „Der Stürmerze” czyli w tygodniku „W Sieci” tekst pod tytułem „Teatr hochsztaplerów”. Zaremba, którego fenomenalnie obnażył jako skończonego półgłówka wicedyrektor Instytutu Teatralnego prof. Dariusz Kosiński, wymienia w tym tekście z nazwiska czołowych polskich reżyserów, jak Maja Kleczewska, Radosław Rychcik czy Monika Strzępka, pisząc wprost, że nie powinno być dla nich miejsca w teatrze. Mało tego, Zaremba podpisał się pod ohydnym i donosicielskim listem do ministra kultury Piotra Glińskiego, w którym domagał się wyrzucenia Jana Klaty ze Starego Teatru, bo ten teatr mu się nie podoba. Za ten podpis Jacek Rakowiecki nazwał go trafnie szmalcownikiem. To ma być wicedyrektor TVP Kultura, który wraz z Matyszkowiczem stworzy otwartą dla wszystkich i wielobarwną antenę?

Nie chcę wyjść na wielkiego obrońcę Katarzyny Janowskiej, bo TVP Kultura wcale nie była pod jej kierownictwem, jak pisało ostatnio wielu, wzorem z Sèvres, a raczej miejscem otwartym dla bardzo określonej grupy ludzi, powiązanych ze sobą zarówno zawodowo, jak i towarzysko. Gdyby prześledzić programy tej stacji to właściwie przez lata mogliśmy oglądać te same gadające głowy, aż do wyrzygania. Nikt mi nie wmówi, że to była pluralistyczna telewizja, ale nie można jej też odmówić ambicji i misyjności. Czy Matyszkowicz zrobi z tej stacji kulturalną BBC? Śmiem wątpić. I apeluję o umiar w zachwytach oraz odrobinę krytycznego myślenia.

Mike Urbaniak 

Zwykły wpis
KOMENTARZ

„Dobra zmiana” czyli ratuj się kto może

uid_81e41c93d7a9a15bc72ac46cc6c3f7fe1373214146898_width_633_play_0_pos_0_gs_0_height_355

Jeśli ktoś miał złudzenia dotyczące polityki kulturalnej Piotra Glińskiego, radzę się z nimi ostatecznie pożegnać. Nadchodzi bowiem w kulturze „dobra zmiana” i nie ma przebacz.

Kiedy politycy PiS obejmowali po wygranych wyborach kolejne resorty, nie miało to wiele wspólnego z dobrym obyczajem. Zwykle nie witali ich ustępujący ministrowie. Z jednym bodaj wyjątkiem – Ministerstwem Kultury i Dziedzictwa Narodowego, gdzie na profesora Piotra Glińskiego czekała profesor Małgorzata Omilanowska. Uśmiechnięty Gliński, całował Omilanowską w rękę i wręczył jej bukiet kwiatów. „Można? Można!” – zachwycały się internety, że z klasą i że z pełną kulturą.

Gliński, znany dotychczas szerzej jako „premier w tableta”, był jedną wielką niewiadomą, bo PiS-owiec, ale jednak szanowany profesor, w przeszłości przewodniczący Polskiego Towarzystwa Socjologicznego. „Może nie będzie tak źle?” – powtarzali optymiści. „Jeszcze zobaczycie dobrą zmianę!” – odpowiadali pesymiści. I, zdaje się, że to ci drudzy mieli rację.

Pierwszy zimny prysznic dostaliśmy wraz z nominacjami na sekretarzy i podsekretarzy stanu. Krzysztof Czabański, Wanda Zwinogrodzka czy Jacek Kurski w Pałacu Potockich – to zabrzmiało najpierw jak żart, ale szybko śmiech zamienił się w płacz, bo wiadomo było, że żarty się skończyły. Komisarze ludowi ruszyli do roboty i jak na bolszewików przystało, rozpoczęto planowanie wielkiej wymiany kadr i wycinanie inaczej myślących (Homolobby już szykuje różowe onuce by przetrwać w gułagu). Czegoś podobnego nigdy wcześniej w kulturze III RP nie widziano. Blady strach padł na wszystkich, bo „premier z tabletu” został ministrem w realu i nie zawaha się użyć żadnych środków, by swoje cele osiągnąć.

Jeśli ktoś miał wątpliwości, jak będzie wyglądała polityka kulturalna namaszczonego przez PiS Piotra Glińskiego, to po dzisiejszej konferencji przedstawiającej założenia tejże nie powinien mieć już złudzeń. „Dobra zmiana” zaczyna się właśnie w kulturze.

Priorytety ministra
Pierwszy priorytet polityki Glińskiego to „stabilizacja finansowa i organizacyjna instytucji kultury”, której oznaką jest zwiększenie w tym roku o 5% wynagrodzeń dla pracowników kultury. Podwyżka jest zacna, choć śmieszna i uchwalona jeszcze last minute przez poprzednią ekipę. Ludzie kultury to jedna z najgorzej opłacanych grup zawodowych w Polsce i potrzebuje raczej wieloprocentowej podwyżki, ale trzeba docenić, że w ogóle jest. W czasie wieloletnich rządów Platformy Obywatelskiej pensje w kulturze były zamrożone, a na prośbę by je odmrozić, PO pokazywała środowisku środkowy palec, bo kulturę zawsze miała w gdzieś. Druga ważna zmiana to przywrócenie – zlikwidowanego przez PO – 50% kosztu uzyskania przychodu. To tyle jeśli chodzi o dobre wieści.

Priorytetem numer dwa jest „ubogacenie kultury masowej o wartości wyższego rzędu”. Nie wiadomo dokładnie, co to oznacza, więc Bartek Chaciński, szef działu kulturalnego „Polityki”, poprosił ministra, by podał jakieś przykłady. W odpowiedzi Chaciński najpierw usłyszał, że jest nieobiektywnym dziennikarzem (Gliński krytycznych dziennikarzy nazywa „funkcjonariuszami”), a następnie został zaatakowany za to, że „Polityka” nie zaprosiła Glińskiego na galę Paszportów do Opery Narodowej. Redaktor odpowiedział, że zaproszenie na pewno zostało wysłane, na co minister zakrzykną: „Pan kłamie!”, by po paru minutach poinformować wszystkich, że dostał informację, że zaproszenie rzeczywiście zostało wysłane do ministerstwa, ale on go nie dostał i bardzo przeprasza Bartka Chacińskiego. Taka sytuacja.

W ramach „ubogacenia kultury masowej o wartości wyższego rzędu” Gliński spotka się w tym tygodniu w szefami przejętych niedawno przez PiS i Kukiz’15 mediów publicznych, by omówić współpracę resortu i poszczególnych anten. W jej ramach być może wróci regularnie nadawany Teatr Telewizji. „Nie bez powodu Wanda Zwinogrodzka przyszła do Ministerstwa Kultury” – powiedział Gliński. Zwinogrodzka, jego podsekretarz stanu, była kiedyś szefową Teatru Telewizji. Pytanie tylko, co będziemy w nim oglądać?

Trzecim priorytetem Glińskiego będzie drugi człon nazwy jego ministerstwa czyli dziedzictwo narodowe. Tu chyba nikt nie jest zaskoczony, bo wiadomo, że jak PiS to wajcha się przechyla w stronę patriotyczno-narodową. Już ogłoszono zwiększenie funduszy na program operacyjny „Patriotyzm jutra”, a do tego dojdzie duża kasa na nowy program „Niepodległa 2018”, związany oczywiście z przypadającą w 2018 roku 100. rocznicą odzyskania przez Polskę niepodległości. Grupy rekonstrukcyjne, narodowe i katolickie już planują złote żniwa.

Gwoździem programu obchodów 100-lecia będzie huczne otwarcie 11 listopada 2018 roku Muzeum Historii Polski na warszawskiej Cytadeli. Gliński powiedział: „stworzymy tam kompleks muzeów”. Chodzi o planowane Muzeum Historii Polski, Muzeum Wojska Polskiego, które wyniesie się wreszcie ze wschodniego skrzydła Muzeum Narodowego, Muzeum X Pawilonu, które jest oddziałem Muzeum Niepodległości i Muzeum Katyńskie, które jest oddziałem Muzeum Wojska Polskiego. Zapomniał tylko dodać mówiąc „stworzymy”, bo jak każdy polityk jest manipulatorem, że decyzję o tym, by na Cytadeli powstał owy kompleks muzeów podjęła prof. Małgorzata Omilanowska, która uratowała w ten sposób przed kompletną dewastacją zielony Jazdów, gdzie potworne gmaszysko Muzeum Historii Polski chciała stawiać największa ciamajda polskiej kultury Bogdan Zdrojewski. I jeszcze jedno, skoro już jesteśmy przy poprzedniczce Glińskiego, mimo rekomendacji Rady Powierniczej Zamku Królewskiego w Warszawie, prof. Małgorzata Omilanowska nie dostanie od ministra nominacji na funkcję dyrektorki tej instytucji (choć zgodnie z ustawą to Rada Powiernicza wybiera dyrektora, a nie szef resortu) co najlepiej świadczy o tym, jakiego formatu i jakiej klasy człowiekiem jest obecny minister kultury.

Ważnym elementem promocji polskiego dziedzictwa ma być także oczywiście sztandarowy pomysł PiS-u czyli sławiące polską chwałę zagraniczne megaprodukcje. Trwają już we współpracy ze Stowarzyszeniem Filmowców Polskich (nic bez Jacka Bromskiego dziać się w polskim filmie przecież nie może) prace nad powołaniem komisji scenariuszowej, która wybierze zwycięski projekt. Kolejnym etapem będzie wybranie reżysera, który owo wiekopomne dzieło stworzy (na pytanie, czy zrobi to osobiście minister, usłyszałem od niego, że komisja). Otwarta pozostaje kwestia sfinansowania takiego filmu. Na pewno nie zajmie się tym PISF, który zresztą zostanie zlikwidowany, o czym za chwilę. Pozostają więc specjalne środki z trzeszczącego w szwach budżetu państwa lub ewentualnie nakazanie przez PiS wybranym przez siebie prezesom wielkich i kontrolowanych przez skarb państwa firm jak Orlen czy KGHM współfinansowania przyszłych zdobywców Oscarów i Złotych Palm. Jestem przekonany, że zawojujemy filmowy świat, czego gwarantem jest pełnomocnik ministra kultury ds. powstania genialnych dzieł polskiej kinematografii sławiących naszą ojczyznę na całym świecie Maciej Świrski, założyciel Reduty Dobrego Imienia – Polskiej Ligi Przeciw Zniesławieniom (to nie żart, jest taka organizacja). Liczę na to, że pan Świrski nie będzie się lenił i natychmiast uda się za ocean na spotkania ze Stevenem Spielbergiem albo Harveyem Weinsteinem. Tylko, jak on to wszystko biedny zniesie, te meetingi z Żydami rządzącymi w Hollywood i szkalującymi Dobre Imię Polski? Aj waj!

Ostatnim filarem polityki kulturalnej Glińskiego ma być wspieranie kultury obywatelskiej. Nie wiem, co to oznacza w wydaniu tej ekipy politycznej, ale ma być w każdym razie realizowane we współpracy z Wojciechem Kaczmarczykiem nowo powołanym pełnomocnikiem rządu ds. rozwoju społeczeństwa obywatelskiego i równego traktowania. Biorąc pod uwagę to, jak PiS ceni sobie społeczeństwo obywatelskie, ostatni filar programu pana ministra będzie być może kabaretowy.

Dyrektorzy do odstrzału
Gliński na konferencji prasowej, ale także parokrotnie wcześniej wygłaszał złośliwości pod adresem kilku narodowych instytucji kultury i jej szefów, co jest jasnym znakiem, że niedługo owe instytucje czekają zmiany, także w postaci nowego kierownictwa. Z pewnością wylecą niebawem Grzegorz Gauden, dyrektor Instytutu Książki w Krakowie i Paweł Potoroczyn, dyrektor Instytutu Adama Mickiewicza w Warszawie. Gliński powiedział, że w Instytucie Książki pieniądze idą nie wiadomo na co i panuje bałagan w dokumentacji. IAM natomiast przygotowuje materiały, których on – Gliński nie rozumie, a kierownictwo instytutu fundowało sobie długie wycieczki za granicę za publiczne pieniądze, na przykład trzy tygodnie w Australii, gdzie Potoroczyn – w domyśle – zamiast pracować, leżał na plaży i pił drinki, a być może nawet głaskał kangury.

Magdaleny Sroki, dyrektorki Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej i Michała Merczyńskiego, dyrektora Narodowego Instytutu Audiowizualnego Gliński także się pozbędzie jednym sprytnym ruchem. Planuje bowiem połączenie obu instytucji, co spowoduje automatycznie pozbycie się nieakceptowanych szefów i PiS-owską nominację na szefa nowej, dysponującej ogromnymi środkami finansowymi instytucji. Na moje pytanie, czy taka fuzja jest planowana, Gliński odpowiedział, że jest rozważana, czyli wiadomo, że klamka zapadła.

Z szefów narodowych instytucji kultury ocaleje być może tylko dyrektorka Instytutu Teatralnego Dorota Buchwald, bo po pierwsze ma dobre notowania u „facetów w szarych marynarkach”, to znaczy teatralna konserwa ją bardzo szanuje, tak samo zresztą jak druga storna barykady, a po drugie instytut nie dysponuje żadnymi znaczącymi funduszami do rozdania, jak IAM czy NInA, więc może ministerstwo zostawi tą dobrze działającą i mającą pluralistyczny program instytucję w spokoju. Chyba że Wanda Zwinogordzka ma już kogoś, kogo by chciała w instytucie zainstalować. Niebawem się przekonamy.

Skoro jesteśmy przy personaliach i teatrze, zapytałem Glińskiego, czy Jan Klata będzie mógł kierować spokojnie Starym Teatrem w Krakowie do końca swojego kontraktu. Usłyszałem kilka złośliwości pod adresem Klaty i zapowiedź, że decyzja zostanie podjęta po zakończeniu kontroli w teatrze (Konrad Szczebiot widocznie nadal ogląda płyty z nagraniami spektakli), a podejmie ją Zwinogrodzka, więc nie liczyłbym na pozostanie Klaty z Starym. Czy zastąpi go Faraon, specjalista od połamanych dzieci z in vitro? O tym dowiemy się w następnym odcinku.

Coraz ciaśniej pod kołderką
Zapytałem też Glińskiego, czy zmieni się lista instytucji współprowadzonych przez resort, co parokrotnie zapowiadano. Kto zostanie z niej usunięty, a kto przygarnięty? Odpowiedział, że nie planuje skreśleń, ale wydłużenie listy. Niebawem ministerstwo ogłosi, które instytucje będą dodatkowo współprowadzone. Na pewno, to już wiemy, do listy dołączą dwa zespoły pieśni i tańca – Mazowsze i Śląsk.

À propos instytucji współprowadzonych przez ministerstwo kultury, Gliński zatrzymał się znów na Teatrze Polskim we Wrocławiu i spektaklu „Śmierć i dziewczyna” w reżyserii Eweliny Marciniak, by zapewnić po raz kolejny, że nie jest cenzorem. Nie zgadza się tylko na finansowanie twardej pornografii z publicznych pieniędzy. Poruszył także sprawę powołanego niedawno do życia Narodowego Centrum Kultury Filmowej w Łodzi jako przykład patologii w kwestii podpisywania przez ministerstwo umów z instytucjami, na które potem nie ma żadnego wpływu. Resort miał zagwarantować NCKF dofinansowanie na najbliższe 50 lat. Poza sprawą kasy (to w sumie niewielka kwota 2 mln zł rocznie), ministrowi nie podoba się, że powołano kolejną instytucję, która ma zajmować się filmem. I tu akurat ma rację.

Ratuj się kto może
Po konferencji Piotra Glińskiego mam dwa zasadnicze wnioski. Pierwszy jest taki, że nie można odmówić PiS-owi zainteresowania kulturą. Wiem, że to brzmi strasznie, ale tak jest. Przez osiem lat rządów Platforma Obywatelska pokazywała nieustannie, że kultury nie poważa, że kultura jej nie interesuje, że kultura finansowana z publicznych pieniędzy to marnotrawstwo, a artyści są darmozjadami. Ludzi kultury PO używała tylko wtedy, kiedy potrzebowała fotek do kampanii wyborczych. Chlubnym wyjątkiem na finiszu platformianych rządów była tylko bezpartyjna prof. Małgorzata Omilanowska, która zapisze się obok Waldemara Dąbrowskiego, jako najlepsza ministra kultury III RP.

PiS natomiast, podobnie jak narodowi socjaliści kiedyś, doskonale zdaje sobie sprawę ze znaczenia kultury. Wie, że jest ona znakomitym narzędziem do wpływania na ludzi i kształtowania nowych pokoleń. I zamierza to robić. Zamierza mieć wpływ na Polaków poprzez odpowiednie nominacje personalne w instytucjach kultury, a co za tym idzie – na ich programy oraz odpowiednie kierowanie funduszy w sferze kultury.

Drugi wniosek jest taki, że nie będzie zmiłuj. Gliński i jego zastępcy mają plany, które bezwzględnie zostaną wprowadzone w życie. Nie będzie żadnego patyczkowania się, negocjowania, układania się i ustępowania. Wrogowie ludu zostaną usunięci, a wrogie ideologie wypalone gorącym żelazem. Wszystkie stanowiska, na jakie wpływ ma Gliński zostaną obsadzone ideologicznymi akolitami. Nie ocaleje nawet kierowniczka muzeum w przysłowiowym Pcimiu Dolnym, jeśli tylko ministerstwo będzie miało wpływ na jej fotel. Od teraz każda złotówka z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego może być wydawana tylko na projekty zgodne z kulturalnym programem PiS i nauką społeczną Kościoła katolickiego. Żaden farbowany lis się nie prześlizgnie. Pozostaje się tylko pocieszać tym, że zdecydowana większość instytucji kultury podlega samorządom i Gliński ma na nie znikomy wpływ. Na razie.

Mike Urbaniak

Zwykły wpis
RECENZJA

Podopieczni

12322974_975503002523229_6233743152696422718_o

„Podopieczni” w reżyserii Katarzyny Deszcz są spektaklem artystycznie marniutkim, a z drugiej strony ważnym i miejscami wstrząsającym. Jak to możliwe? Postaram się to sensownie wyluszczyć. Zacznę od marności, bo w tym Teatr Nowy w Zabrzu zdaje się specjalizować, podczas gdy inne regionalne sceny, jak Teatr Zagłębia w Sosnowcu czy Teatr Śląski w Katowicach, zaczęły przyciągać uwagę znakomitymi premierami. Kiedy więc zobaczyłem, że wystawiono tam najnowszy, poświęcony uchodźcom tekst Elfriede Jelinek, pognałem na południe.

Widzowie w spektaklu siedzą na scenie, a sceną jest widownia. Ten zabieg, stosowany w teatrze niejednokrotnie, jest tu bardzo sensowny, bo kolumny podtrzymujące balkon i wielki żyrandol wiszący nad fotelami mają nam przypominać wnętrze kościoła, w którym schronienia szukają napływający do Europy uchodźcy. Przerażeni, pozbawieni środków do życia i nadziei koczują w sercu Europy. Chcą zacząć nowe życie, ale nie mogą, bo okazuje się, że Europa na nich nie czeka i traktuje jak dziką hordę marzącą o zniszczeniu sielskiego europejskiego żywota Tam chcą nas zabić, tu nas nienawidzą. Co myśmy im zrobili? Tekst Jelinek, dotykający do żywego, jest w znakomitej adaptacji reżyserki jeszcze podkręcony z jednej strony wyświetlanymi na wielkim ekranie zdjęciami obciętych przez terrorystów z PI głów, a z drugiej – serią satyrycznych rysunków z polskiej prasy, które szydzą z „brudasów”, jak nazywa uciekinierów z Bliskiego Wschodu nasza prawica. Dlatego ten spektakl jest tak ważny, mimo wielu scen kiczowatych i źle zagranych.

____

Elfriede Jelinek „Podopieczni” 
reż. Katarzyna Deszcz, Teatr Nowy w Zabrzu

Podopieczni-w-TN

_____

© Mike Urbaniak/”Wysokie Obcasy”
Fot. mat. pras./ Teatr Nowy w Zabrzu

Zwykły wpis
ROZMOWA

Lubię się podszywać

 

z-Radkiem-IMG_0019

Kiedy byłem na Nikiszowcu, od razu zobaczyłem chłopców w brytyjskich mundurkach i Beatlesów. Dlatego „Wesele” w Teatrze Śląskim przenoszę do Irlandii Północnej. Z Radosławem Rychcikiem rozmawia Mike Urbaniak

Coś ty się tak zawziął na polską klasykę?
– 
Nie pochwalasz?

Pochwalam, ale interesuje mnie dlaczego?
– 
Pomysł na tryptyk – „Dziady”, „Balladyna” i „Grażyna” – był tym z gatunku nieodpowiedzialnych i pozwolił mi naprawdę na poważnie przerobić język polskich poetów. Miło mi, że doceniła to także niedawno komisja konkursu „Klasyka żywa” nagradzając „Grażynę”. Ale z tą polską klasyką bym nie przesadzał, bo w międzyczasie przygotowaliśmy z Anią Karczmarską oraz Piotrem i Michałem Lisami z The Natural Born Chillers choćby „Utalentowanego pana Ripleya” w Teatrze Studio w Warszawie czy koncert finałowy „Wielkie przemówienia” na Przeglądzie Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu.

I wracasz do polskiej klasyki „Weselem” w Teatrze Śląskim w Katowicach.
– 
Bo to jest po „Dziadach” najważniejszy polski dramat, nie mogłem go nie zrobić. Fajnie jest znów chwycić za mocną partyturę.

992_660x

O „Weselu” zaraz porozmawiamy, ale chciałem cię jeszcze podpytać o twój romantyczny tryptyk. Od początku chciałeś zrobić jednym ciągiem „Dziady”, „Balladynę” i „Grażynę”?
– 
Nie, to był trochę przypadek, a trochę odpowiedź na zapotrzebowanie w ramach „Klasyki żywej”. Na „Dziady” przyjechał dyrektor Teatru im. Wandy Siemaszkowej w Rzeszowie i zaproponował mi od razu „Balladynę”. Chyba zobaczył w Teatrze Nowym w Poznaniu możliwość wypromowania swojego teatru podobnym spektaklem. To był szybki pomysł na rewolucję.

Plan się częściowo udał, bo „Siemaszkowa” po raz pierwszy od dawna została zaproszona na ważny festiwal teatralny.
– 
Rzeczywiście, premierę mieliśmy na Boskiej Komedii w Krakowie, ale na nią nie zdążyliśmy, spektakl nie był zapięty na sto procent. To się wiązało z tym, że nie udało się zbudować pewności w zespole, i z tym, że czuliśmy presję sprostania dużym oczekiwaniom po „Dziadach”. Presja była też ze strony rzeszowskiego teatru, który obchodził swój jubileusz, co nawiasem mówiąc skończyło się przymusową galą w scenografii „Balladyny” i to nam się nie podobało.

W Teatrze im. Siemaszkowej pracowałeś pierwszy raz. Z jakim nastawieniem tam jechałeś?
– 
Zawsze jadę ciekawy nowego, uważam, że to jest jedna z najlepszych rzeczy w pracy reżysera teatralnego. Polecam wszystkim objazd po Polsce, szczególnie po tej, do której się często nie zagląda. Nowe miejsce to nowi ludzi i nowa energia. Ważne, by nie jechać nigdzie z aroganckim nastawieniem, że oto ja, uznany reżyser czy reżyserka, pokażę wam teraz na prowincji prawdziwy teatr. To jest pułapka i chyba w nią nie wpadłem.

18843_Balladyna_1

Musiałeś pokonać jakieś przeszkody?
– 
Powiedzmy, że z powodów estetycznych, musieliśmy wywrzeć presję co do środków jakich chcieliśmy użyć. I to jest dobre, bo często prowadzi do nieodwracalnej zmiany w instytucji i inni mogą mieć potem łatwiej. Ale to były też problemy natury, nazwijmy je, organizacyjnej. Bo jeśli robimy casting dla niepełnosprawnych i później zapraszamy ich na wielogodzinne próby, to jest dość jasne, że wypadałoby opiekunom tych osób zaproponować kawę czy herbatę. Musieliśmy na to zwrócić uwagę.

Czyli rzeszowski wózek pchało się z trudem.
– 
Tak, dlatego nie zdążyliśmy na Boską.

Aktorzy pchali go z tobą?
– 
Nie wszyscy, niektórzy udawali, że pchają.

Potem zrobiłeś „Grażynę” w Teatrze im. Ludwika Solskiego w Tarnowie.
– 
Miałem na nią pomysł zainspirowany serialem „Homeland”, gdzie główną bohaterką jest szpieg, agentka CIA. Pomieszałem więc „Grażynę” z „Konradem Wallenrodem”, dodałem „Homeland” i wyszedł nam, zdaje się, bardzo udany spektakl o kobiecie. Chcieliśmy też, konsekwentnie realizując nasz romantyczny tryptyk, by rzecz się działa na boisku do koszykówki.

W „Grażynie” bardzo ważny jest tarnowski chór GOS.PL prowadzony przez Annę Podkościelną-Cyz. Kiedy go zobaczyłem i usłyszałem w jakiejś salce katechetycznej, od razu włączył mi się amerykański filtr. Zobaczyłem „Palindromy” Todda Solondza, amerykańską prowincję i fantazję na temat ludzi, którzy spotykają się po pracy, by wspólnie muzykować. Tarnowski chór śpiewał o Panu Jezusie, a ja słyszałem amerykański song. W naszym spektaklu wyśpiewuje przebieg bitwy z krzyżakami, a w trakcie tego jest mecz koszykówki.

5562e0b19f097_o,size,933x0,q,70,h,8b3501

Mówisz, że włączył ci się amerykański filtr, ale czy ty go kiedykolwiek wyłączasz?
– 
Nikt go chyba nigdy do końca nie wyłącza, bo wszyscy jesteśmy – czy nam się to podoba, czy nie – ukształtowani przez amerykańską popkulturę, szczególnie kino. Ale „Wesela” zdecydowałem się nie robić w Ameryce, będzie w Belfaście.

Jak widzowie w Rzeszowie i Tarnowie reagowali na twoje spektakle?
– 
Publika rzeszowska chyba nie pokochała „Balladyny”, też dlatego, że ten spektakl był dla niej za długi. Z kolei w Tarnowie „Grażyna” często grana jest rankami, dla szkół, więc zdarza mi się dostać od aktorów esemesy około trzynastej, że są już po drugiej owacji na stojąco.

Pracując w Rzeszowie i Tarnowie przypomniał mi się mój początek w Kielcach. Kiedy robiłem tam „Samotność pól bawełnianych”, była ona dla ówczesnej widowni Teatru im. Stefana Żeromskiego szokiem, ale potem znaczna część kielczan zaczęła się snobować – w dobrym sensie tego słowa – na „awangardę”. „Samotność…”, a potem kolejne spektakle, choćby Joli Janiczak i Wiktora Rubina, zdobyły swoją wierną publiczność.

„Dziady” miały przyjęcie, jak żaden inny spektakl w ostatnich latach. Okrzyknięto je arcydziełem, zdobyły nagrody i objechały cały kraj. „Balladyna” została przyjęta chłodno, a „Grażyna”, mimo nagrody na „Klasyce żywej”, przeszła jednak niezauważona. Też masz takie poczucie?
– 
Mam. I myślę, że zadecydowała odległość. Nikomu się nie chciało jechać do Tarnowa. Może w nowym roku paru krytyków się pofatyguje, by ją zobaczyć.

Rok temu dostałeś za „Dziady” Paszport „Polityki”. Coś ci dał?
– 
Wiarygodność, rozpoznawalność i trochę więcej propozycji.

A propozycja wyreżyserowania „Wesela” w Teatrze Śląskim kiedy przyszła?
– 
Jeszcze na Festiwalu „Interpretacje” w Katowicach w 2014 roku, gdzie dostałem od Teatru Śląskiego Nagrodę Wyspiańskiego i zaproszenie do współpracy. Robert Talarczyk, szef Śląskiego, chciał „Wesele”, więc je robimy. I znów jestem w teatrze, w którym pracuję po raz pierwszy.

Dlaczego „Wesele” będzie irlandzkie?
– 
Kiedy byłem po raz pierwszy na Nikiszowcu, od razu zobaczyłem chłopców w brytyjskich mundurkach i Beatlesów. Potem przeczytałem w „Dużym Formacie” fragmenty reportażu Aleksandry Łojek o Irlandii Północnej i sięgnąłem po jej, wydaną przez Czarne, książkę „Belfast. 99 ścian pokoju”. Wtedy wiedziałam, że „Wesele” będzie o Irlandii Północnej, i że postaciom Wyspiańskiego dopiszemy biografie bohaterów „Belfastu”. Mam ciągle ochotę na podszywanie się, na najlepiej rozumianą podmianę, bo ona może z powodzeniem – co pokazały „Dziady” – uniwersalizować nasze polskie tematy.

f4ec8e453cf6d59a7cdcd19ddb601cc8da24bd91

„Wesele” jest w gruncie rzeczy o dwóch grupach: chłopach i panach, czyli inteligencji. Nic innego tam nie ma – tylko chłopi i panowie. I między nimi trwa rozmowa. Czasem ostra, jak w Irlandii Północnej między republikanami i rojalistami, między katolikami i protestantami. Może „Wesele” jest tekstem, który udźwignie cudze dylematy?

W jakich czasach będzie się rozgrywało?
– 
Stylizacja wskazywałaby na lata siedemdziesiąte, w których działy się „The Troubles”, ale książka Aleksandry Łojek jest o tym, gdzie są dzisiaj bohaterowie tamtych wydarzeń. Gdzie są kaci, a gdzie ofiary i jak to się dzieje, że kat wychodzi czasami na porządnego człowieka, a ofiara nie. Jeśli uda nam się tym arcypolskim dziełem opowiedzieć niepolską historię to będziemy szczęśliwi.

W Katowicach również ogłosiłeś casting. Tym razem na „typ irlandzki”. Znalazłeś na Śląsku bladych i rudych chłopców?
– 
Oczywiście, w dodatku tańczących! Bo, jak to na weselu, tańczyć będziemy sporo, ale do nieco innych niż jesteśmy w Polsce przyzwyczajeni melodii. Zresztą nie tylko tańczyć, ale więcej nie powiem. Trzeba przyjść do Teatru Śląskiego i zobaczyć. Chciałbym, żeby widzowie, oglądając nasz spektakl i patrząc na historię, która dzieje się w Belfaście, zobaczyli swoją własną. Żeby odpowiedzieli sobie na pytanie: czy wesele może uratować naród i czy może doprowadzić do pojednania?

860f78f5f93ed567a2950696d6999e1aafa7210e

„Wesele” jest kolejnym przedstawieniem, które robisz ze swoją ekipą, do której należą wspomniani już Anna Maria Karczmarska (scenografia i kostiumy) oraz bracia Michał i Piotr Lisowie (muzyka i wideo). Jeszcze się sobą nie znudziliście?
– 
Nie tylko się nie znudziliśmy, ale nadal potrafimy się zaskakiwać. Dlatego ciągle razem pracujemy. Poza tym pomaga nam na pewno to, że tworzymy ciągle w nowych teatrach, z nowymi dla nas zespołami i może na szczęście nie ciągniemy ze sobą żadnej ekipy aktorskiej.

A aktorzy Śląskiego poszli za wami?
– 
Cztery osoby nie chciały z nami iść i odeszły, co jest zupełnie zrozumiałe. Nie ma sprawy. Zostaliśmy więc z tymi, którzy chcą i pracujemy dzielnie.

Może po prostu niektórzy nieufnie podchodzą do estetyki teatralnej, której się w ich teatrze zwykle nie uprawia?
– 
Mnie się zdaje, że rzecz nie jest w estetyce, tylko w pułapie możliwości. I nie chodzi o to, że ktoś nie może wysokiego pułapu osiągną, tylko o to, że nie chce. A tak nie można, nie można się nie zmieniać.

Pełna zgoda. Udowodniła to swoją „Morfiną” Ewelina Marciniak, która zaraz po tobie robi w Teatrze Śląskim spektakl o Leni Riefensthal. Czujesz, że uczestniczysz w rozwibrowywaniu tej skostniałej sceny?
– Czuję, ale tego nie lubię. Przychodzę z czystymi intencjami – chce zrobić spektakl. Wszystko, co się ewentualnie wydarzy obok jest dodatkiem. Nie zajmuję się reformowaniem teatrów, ale poszukiwaniami artystycznymi, których celem jest przygotowanie przedstawienia.

Myślisz, że śląska, konserwatywna publiczność pokocha teatr Rychcika?
– 
Jeśli tylko uwierzy w to, że miłość dwojga ludzi może pogodzić zwaśnione strony konfliktu, to tak. Tym bardziej, że może czytać „Wesele” przez historię własnego regionu, która jest w dużej mierze o dwóch walczących ze sobą stronach, ale ja tego nie powiedziałem.

CZYTAJ TAKŻE TO

_____

Radosław Rychcik (rocznik 1981) jest reżyserem teatralnym. Ukończył filologię polską na Uniwersytecie Warszawskim i reżyserię dramatu na PWST im. Ludwika Solskiego w Krakowie. Był asystentem Krystiana Lupy. Od 2008 roku wyreżyserował 17 spektakli w teatrach Krakowa, Kielc, Warszawy, Wałbrzycha, Szczecina, Poznania, Rzeszowa i Tarnowa. Jest laureatem kilku nagród, wśród nich Lauru Konrada i Paszportu „Polityki”. Uznanie przyniósł mu zrealizowany w 2009 roku Teatrze im. Stefana Żeromskiego w Kielcach spektakl „Samotność pól bawełnianych”, który zarejestrowała kilka lat później i wyemitowała TVP Kultura, a wyreżyserowane przez niego w 2014 roku w Teatrze Nowym w Poznaniu „Dziady” stały się sensacją sezonu i jednym z najgłośniejszych spektakli ostatnich lat. Obecnie w Teatrze Śląskim w Katowicach pracuje nad „Weselem” Stanisława Wyspiańskiego. Premiera 8 stycznia.

_____

© Mike Urbaniak
Fot. Piotr Lis/Jakub Wittchen/Tadeusz Poźniak/mat. pras.

Zwykły wpis