SCENOGRAFOWIE/SCENOGRAFKI

Nie jestem godzien, czyli list śmiesznego geja do Małgorzaty Szczęśniak

12138613_930763523651138_7157153271130728445_o

Droga Małgosiu!

Moja idolka, słynąca z ciętego języka i nieprawdopodobnego poczucia humoru Joan Rivers, prowadziła do swojej śmierci prześmiewczy program „Fashion Police”. Polegał on na tym, że z grupą stylistów komentowała kreacje największych amerykańskich gwiazd i nie szczędziła im razów. Program cieszył się ogromną popularnością i ci, którzy mieli jakikolwiek dystans do siebie, śmiali się razem z nią, a ci, którzy żadnego dystansu nie mieli – silili się nieustannie na obraźliwe komentarze po adresem Joan, co jeszcze bardziej ją napędzało i nieustająco dziwiło. W jednej ze swoich książek Joan napisała: „Nigdy nie mogłam pojąć tego, że gwiazdy, które zarabiają miliony, latają prywatnymi samolotami do swoich rezydencji o powierzchni kilku hektarów, mogą kupić wszystko i wszystkich, zawracają sobie głowę mną, zwykłą komiczką. To bardzo dużo o nich mówi”.

Joan oczywiście miała rację. Reakcję na jej wypowiedzi więcej mówiły o obiektach jej komentarzy, niż o niej samej. Często o słowach Joan myślałem od kiedy zacząłem pisać recenzje, a raczej – jak je nazywają poważni krytycy – poprecenzyjki do „Wysokich Obcasów”. Założeniem moich tekstów, takie jest też założenie całej rubryki „Po kulturze”, jest pisanie o filmach, książkach czy spektaklach w sposób lekki, przystępny i jak trzeba dowcipny. Po prostu interesujący. Ta zasada przyświeca mi zresztą od początku mojej pisaniny o teatrze. Jestem bowiem głęboko przekonany, że o kulturze można pisać i mówić bez nadęcia, językiem tak zwanego zwykłego człowieka. I to się sprawdza! Poczytność mam ogromną. To po pierwsze. A po drugie – i tego zawsze pilnowałem – nie można w opisywaniu spektakli kierować się osobistymi sympatiami i antypatiami. Trzeba chwalić tych, za którymi się nie przepada i chłostać tych, których się uwielbia, choć koszty są znaczne, bo okazuje się szybko, że ci, którzy powtarzali mi, że bardzo sobie cenią moją publicystkę, po krytyce zwykle natychmiast zaczęli mnie uważać za najgorszego debila i niezdolnego grafomana.

Przechodziłem tę drogę z wieloma ludźmi teatru. Krzysztof Garbaczewski i Sebastian Majewski obrazili się na mnie śmiertelnie za recenzję „Pocztu Królów Polskich” w Starym Teatrze w Krakowie, choć – jako żywo – teatr Krzyśka uwielbiam i pisałem o nim zwykle w superlatywach. Strzępka z Demirskim obrazili się za recenzję „Bierzcie i jedzcie” w Teatrze Rozrywki w Chorzowie, Radek Rychcik za recenzję „Balladyny” w Teatrze im. Wandy Siemaszkowej w Rzeszowie i tak dalej. Obrażają się zresztą nie tylko reżyserzy, ale także aktorzy, dramatopisarze i dyrektorzy. Roman Pawłowski przestał mnie zauważać, nawet kiedy stałem obok niego, bo mówiłem głośno, że TR Warszawa przez ostatnie sezony był martwym teatrem, Tomek Śpiewak postanowił mi się odwinąć na Facebooku po moim tekście o „Apokalipsie” w Nowym Teatrze, Anita Sokołowska, która po mojej recenzji jej znakomitego monodramu „Komornicka. Biografia pozorna” z Teatru Polskiego w Bydgoszczy nie mogła się mnie nachwalić, po krytycznej recenzji „Afryki” z tegoż samego teatru, uznała mnie natychmiast za pożal się Boże dziennikarzynę, który ledwo kleci nieskładne zdania bez żadnej wartości. Nie wspomnę o Jacku Poniedziałku, kochającym linczować każdego krytyka, który ośmieli się napisać coś niepochlebnego o produkcjach Nowego Teatru albo jego spektaklach realizowanych w innych teatrach. Ostatnio, o ile mnie pamięć nie myli, beształ Marcina Kościelniaka za tekst w „Tygodniku Powszechnym”, nazywając go „przekonanym o swojej nieomylności bolszewickim kapusiem”. To nie pierwsza osoba hejtowana przez Nowy – teatr, o którym można pisać tylko w superlatywach.

Na palcach jednej ręki mogę za to policzyć ludzi teatru, którzy zamiast się obrażać, chcieli ze mną gadać, bo uznawali moje krytyczne opinie za warte rozmowy. Do tego niewielkiego grona należą Maja Kleczewska, której teatr wielbię i z którą się przyjaźnię, ale po obejrzeniu jej opolskiego spektaklu „Bracia i siostry” napisałem, że to bełkot niemożebny, Agnieszka Glińska, która po mojej miażdżącej recenzji nie pamiętam już którego spektaklu, napisała do mnie esemesa o treści: „Ty padalcu, chodź na kawę” czy Piotr Kruszczyński, zapraszający mnie do Teatru Nowego w Poznaniu z nadzieją, że tym razem moje „stołeczne hipsterstwo” pozwoli jednak docenić kolejną premierę. Wtedy pierwszy zakrzyknąłem, że Rychcikowe „Dziady” będą hitem dekady, a Radek dostanie za nie Paszport „Polityki”. Sam na niego oddałem głos.

Piszę Ci to wszystko Małgosiu, bo wstrząsną mną Twój długi esemes, wysłany po mojej recenzji „Francuzów”, którzy mnie zwyczajnie rozczarowali. Nazywasz mnie w nim kolejno: „półinteligentem”, „niewrażliwym głupkiem”, „populistą”, „idiotą”, „barbarzyńcą” i „wykańczającym polską kulturę człowiekiem niegodnym teatru Krzysztofa Warlikowskiego”. Dalej piszesz, że jestem „śmiesznym gejem, który lubi to eksponować”. Twoją homofobiczną uwagę pominę milczeniem, choć jest ona zaskakująca w ustach żony Krzysztofa Warlikowskiego. Chciałbym się zatrzymać przy epitetach powyżej.

Trzeba mieć, Droga Małgosiu, naprawdę niezłe samopoczucie, żeby osobę, która napisała, że jest rozczarowana spektaklem Nowego Teatru tak zmieszać z błotem. Osobę, która życzliwie temu teatrowi od początku kibicuje, która zna tam wszystkich: od dyrektorki do garderobianej, w końcu osobę, która przeprowadziła długie wywiady z niemal całym zespołem. Włącznie z Tobą. Przypominam Ci, że nasza okładkowa rozmowa w „Wysokich Obcasach” została uznana przez redakcję – z okazji jubileuszu 15-lecia „WO” – za jedną z najlepszych, jakie ukazały w tym magazynie. Czy wtedy nie byłem głupkiem, półinteligentem i barbarzyńcą? Rozumiem, że zostaje się nim dopiero do skrytykowaniu czegoś, co w Nowym Teatrze powstaje.

Doprawdy nie rozumiem, jak artystka Twojego formatu, jedna z najwybitniejszych, jakie w polskim teatrze mamy, może kogoś uznać za niegodnego teatru Krzysztofa Warlikowskiego. Co to w ogóle znaczy? Co to znaczy być niegodnym Nowego Teatru? Kto jest godzien? Rozumiem, że ten, kto się nim tylko i wyłącznie zachwyca. Ale zasada obowiązkowego zachwytu, Droga Małgosiu, nie obowiązuje poza Nowym Teatrem. Ludzie mają prawo, a nawet obowiązek niezależnego, wolnego myślenia i oceniania. Ja przynajmniej daję sobie takie prawo. Może warto czasami wyjść ze swojego świata samozachwytu i posłuchać innych? Może warto zapytać ludzi spoza własnego podwórka dlaczego coś, co Ty uważasz za wybitne, do kogoś nie trafia?

Niedawno prowadziłem na Festiwalu Dialog we Wrocławiu spotkanie po „Francuzach”. W dyskusji udział wzięli Piotr Gruszczyński i prof. Jan Hartman. Pan profesor nie zostawił na spektaklu suchej nitki, a Piotr brawurowo bronił Waszego dzieła i tłumaczył niezrozumiałe. To była jedna z najciekawszych rozmów jakie w ostatnim czasie prowadziłem w teatrze. Cóż to było za przepyszne spotkanie. Bo właśnie rozmowa, a nawet kłótnia o teatr, o to, co chce nam powiedzieć, jest w mojej opinii jedną z najważniejszych, a być może najważniejszą sprawą dla jakiej oboje teatr kochamy. Tak mi się przynajmniej wydawało. Widać, tylko mnie. Ciebie to nie interesuje. Ty chcesz zadekretować wybitność każdego Waszego spektaklu, na co ja się nie zgadzam i dlatego zostałem nazwany skończonym idiotą.

Mam na koniec dla Ciebie wspaniałą wiadomość. Postanowiłem po Twoim esemesie, jako osoba niegodna Nowego Teatru i chyba teatru w ogóle, przestać pisać o spektaklach. Recenzje „śmiesznego geja” będziesz musiała czytać tylko do końca roku. Pod choinkę składam Ci moją pustą głowę. A Twój esemes, wracając do Joan Rivers, niewiele mówi w gruncie rzeczy o mnie, zwykłym komediancie, sporo za to o Tobie, a może w ogóle o Nowym Teatrze.

Mike

_____

© Mike Urbaniak | Fot. Jean Louis Fernandez

Reklamy
Zwykły wpis