REŻYSERZY/REŻYSERKI

Cyberpunk

ZYCIE_DZIKICH_0814

Krzysztof Garbaczewski jest dzisiaj jednym z oryginalniej myślących artystów teatru, po prostu wizjonerem. Z Jackiem Poniedziałkiem rozmawia Mike Urbaniak.

– To jest jakaś prowokacja, że ty będziesz ze mną rozmawiał o Krzyśku?

Nie. Dlaczego?
– Wiadomo przecież, że macie kosę.

Nie ma żadnej kosy. Krzysztof po prostu obraził się na mnie śmiertelnie za recenzję jego Pocztu Królów Polskich w Starym Teatrze w Krakowie.
– Pojechałeś ostro po tym spektaklu.

Ale o wiele więcej spektakli Garbaczewskiego mnie zachwycało, niż wyprowadziło z równowagi. Powiedz mi, kiedy po raz pierwszy o nim usłyszałeś? Pamiętasz?
– Pamiętam, że najpierw zwróciła moją uwagę jego uroda nadwrażliwego chłopca. Kręcił się w okolicy Starego Teatru w Krakowie, był wtedy chyba asystentem Krystiana Lupy.

Przy „Factory 2”.
– A przedstawiła nas sobie Agata Siwiak. Krzysiek był bardzo nieśmiały, małomówny i wsobny. Kiedy szliśmy potem razem z Kazimierza na Rynek nie powiedział do mnie ani słowa.

Później od czasu do czasu ocieraliśmy się gdzieś o siebie, a to na jakiejś imprezie, a to na premierze. Jak o reżyserze zacząłem o nim myśleć, gdy zrobił „Opętanych” Gombrowicza w Opolu. Bardzo lubię tę powieść i zaciekawiło mnie, że ktoś się za nią zabiera. Recenzje jego pierwszych spektakli były chłodne i zdystansowane. Pisano, że to, co proponuje jest interesujące, ale jeszcze niegotowe, nieposkładane, niejasne. Ciekawe, że o spektaklach Krzyśka Warlikowskiego pisano podobnie: jest w nich coś interesującego, ale brak im komunikatywności i spójności.

A kiedy zobaczyłeś pierwszy raz spektakl Garbaczewskiego?
– Dopiero, gdy zaczęliśmy pracować nad „Życiem seksualnym dzikich” w Nowym Teatrze. Pierwsza była „Odyseja” z Opola.

Wspaniały spektakl.
– Mnie też się bardzo spodobał, ale nie cały. Zakochałem się w pierwszej części, druga mnie zmęczyła, bo nie rozumiałem tego potwornie „wklęsłego” Odysa. Ale siedząca obok mnie Renate Klett, krytyczka „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, była zachwycona i powiedziała, że to, co proponuje Garbaczewski, to zupełnie nowy język teatralny. Miała rację.

Zachwyciło mnie użycie tych wszystkich gadżetów z technologicznego śmietniska naszych czasów, gier komputerowych, dziwacznych zabawek, instrumentów, kabli, jarzeniówek, plastikowych rurek – czyli wszystkiego, z czego znany jest dzisiaj teatr Krzyśka. Niezwykła jest jego umiejętność wplatania w artystyczne dzieła banalnych przedmiotów dnia codziennego, na które zazwyczaj nie zwracamy uwagi, a które w jego sztukach dostają inne, nowe życie. Na przykład stare kasety wideo. Zachwyciły mnie też Grażyna Misiorowska i Zofia Bielewicz grające Penelopę, no i oczywiście zjawiskowy Paweł Smagała jako Telemach. To było takie swobodne aktorstwo, niewysilone, niewyduszone, niewypracowane w każdym słowie i geście, niewyreżyserowane do cna. Leciutkie. Po prostu znakomite.

Ale ten reżyserski kij ma dwa końce.
– To prawda. Czasami taka metoda się sprawdza, jak w przypadku „Iwony, księżniczki Burgunda” z Opola czy wrocławskiego „Kronosa”, a czasami prowadzi do katastrofy, jak w przypadku „Gwiazdy śmierci” z Wałbrzycha, która była dla mnie hermetycznym i niekomunikatywnym potworkiem. Miałem wrażenie, że aktorzy nie rozumieją ani jednego wypowiadanego słowa, że każdy brał ze swojego skarbczyka to, co miał najlepszego, ale niewiele z tego wynikało. Nie było przygody ani zmysłowej, ani intelektualnej. Jestem zwolennikiem wolności w sztuce, ale gdy ona prowadzi widza do bezradności, to czasem staje się nadużyciem. Oglądając ten spektakl tak właśnie się czułem – bezradnie.

Z jakim więc nastawianiem przystąpiłeś do prób nad „Życiem seksualnym dzikich”?
– Oczywiście z podnieceniem, byłem bardzo ciekaw tej pracy. Z zazdrością patrzyłem na Pawła Smagałę – alter ego Krzyśka – bo on jest aktorem realizującym najbardziej nawet szalone koncepty Garbaczewskiego. Paweł jest, w jak najlepszym znaczeniu tego słowa, klaunem – kocha się bawić słowami, obiektami, przestrzenią, swoim ciałem. Ja nie jestem takim aktorem, jestem raczej surowy i nie mam tak plastycznej wyobraźni. Przynajmniej tak mi się wydaje. Dlatego też owej zazdrości towarzyszyła obawa czy podołam. Niestety – mówię to z wielką przykrością, bo Krzyśka bardzo lubię i się kolegujemy – praca nad „Życiem seksualnym dzikich” okazała się dla mnie męką.

Dlaczego?
– Trwała miesiącami. Długo nic nie próbowaliśmy, tylko gadaliśmy i oglądaliśmy mnóstwo filmów (dodam, że znakomitych). Nieustająco czekaliśmy na tekst, który Marcin Cecko dostarczył nam krótko przed premierą i był niezrozumiały. Nie mogłem go więc opanować, właściwie nigdy się go nie nauczyłem tak do końca.

To dlaczego nie zrezygnowałeś z udziału w tym spektaklu?
– Bo chciałem w nim zagrać, przeżyć nową przygodę! Przecież sam wiesz, jak powstaje spektakl – wszystko się rodzi w ostatnich dniach. Ale wcześniej powinny już rysować się jakieś sceny, które dają aktorowi nadzieję, że wyjdzie z tego sensowna całość. My, i owszem, mieliśmy takie dni, ale potem znów wpływaliśmy na mielizny. Nie mieliśmy pomysłu, jak to wszystko połączyć, a Krzysiek trochę kapitulował.

Był konflikt?
– Nie, bo z Krzyśkiem nie da się kłócić. To nie jest typ konfliktowy, tylko naprawdę fajny, łagodny człowiek.

I jak się skończyła praca nad „Życiem…”?
– Sam widziałeś, premiera to było kompletne dno – niezborna, wymęczona, spięta. No, okropna. Potem udało nam się złapać trochę wiatru w żagle, ale tylko na kilku spektaklach. Za każdym razem, kiedy mieliśmy to grać miałem stany lękowe, co nigdy wcześniej mi się nie zdarzało i w końcu musiałem zrezygnować z grania w tym spektaklu.

Jak to wpłynęło na twoje i Krzysztofa relacje?
– Bardzo się ochłodziły, rzadko się widywaliśmy, a ja sobie pomyślałem, że on jest w jakimś niedobrym momencie, że ma talent i intuicję, ale nie potrafi tego przełożyć na spektakl.

Dlaczego?
– Miał wtedy chyba spory chaos w głowie, chwytał zbyt wiele srok za ogon i w gruncie rzeczy nie można było dojść, co chce powiedzieć. Mówił wsobnym, niespójnym językiem, zawsze urywał myśl, nie dochodził do konkluzji. Czuło się, że jest mądry, że dużo wie, dużo przeczytał, ale był jakiś błąd w komunikacji, jakiś error. Pomyślałem sobie wtedy, że dopóki tego nie naprawi, to nie zrobi dobrego przedstawiania.

Naprawił?
– Kiedy zobaczyłem w zeszłym roku jego „Iwonę, księżniczkę Burgunda” to odleciałem! Nie mogłem uwierzyć, że to ten sam reżyser. „Iwona…” to precyzyjny, logiczny, klarowny, znakomicie poprowadzony spektakl i fenomenalna praca z kamerą. Wszystko w tym spektaklu jest znakomite: gra aktorów, scenografia, muzyka. A kiedy niedługo potem zobaczyłem „Kronosa” – w mojej opinii najwybitniejszy obok „Dziadów” Radka Rychcika spektakl ostatniego sezonu – to już wiedziałem, że error został naprawiony,  a Krzysiek jest w świetnym momencie swojej twórczości, w fenomenalnej formie.

Coś cię zaskoczyło?
– To, że w jego – jak sam mówi – cyberpunkowym, chropowatym, odrzucającym wszelkie konwencje, ironicznym i ośmieszającym wysoki ton teatrze, pojawiła się czułość, dużo czułości. Rodzaj – nie wiem – liryzmu. I to wielkie zaufanie, jakim obdarzył aktorów – jak za dawnych czasów u Lupy. Ten przepiękny monolog Agnieszki Kwietniewskiej, wbijające w fotel i do bólu szczere wyznanie Adama Cywki, świetny Adam Szczyszczaj – mógłbym tak bez końca. „Kronos” jest dla mnie, póki co, szczytowym osiągnięciem Krzyśka. To jest dzisiaj inny reżyser niż przed kilkoma laty. Wielki, choć wciąż bardzo swobodny artysta.

Poukładał już chaos w swojej głowie?
– Nie, ale go ukierunkował i wysublimował. Wyeliminował też elementy zaciemniające i bełkotliwe, który dawniej sprawiały mu przyjemność – może z przekory, może z niedojrzałości. Znakomicie kieruje go intuicja, która każe też dawać aktorom niemal nieograniczoną wolność.

Co to znaczy?
– Że aktor musi mu bezgranicznie zaufać i uruchomić własną kreatywność. To daje niezwykłe efekty – uwierz mi. Zrozumiałem to niedawno, kiedy kręciliśmy film „Proust – Pamuk – Pamięć”, będący częścią większego projektu teatralnego. Krzysiek tylko podpowiadał nam tropy, a my – aktorzy sami musieliśmy węszyć i proponować. Ta swoboda i nonszalancja dały nadspodziewanie dobre efekty. To jest ryzykowne, wiem, ale działa.

Ale czy bierzesz pod uwagę to, że ty, Paweł Smagała, Justyna Wasilewska, Krzysztof Zarzecki, Bartosz Gelner czy Agnieszka Żulewska jesteście przyzwyczajeni do takiego teatru i systemu pracy? Że nie wszyscy aktorzy muszę się w nim odnaleźć?
– A czy Krzysiek musi pracować ze wszystkimi aktorami? Ma wokół siebie takich, którzy rozumieją się (i rozumieją jego) bez słów, razem tworzą unikalną jakość w polskim teatrze. Tego, co robi Krzysiek nie można porównać z niczym; ani z teatrem Strzępki, ani Zadary, ani Kleczewskiej, ani Klaty. On jest odrębną wyspą.

O czym, twoim zdaniem, jest teatr Krzysztofa Garbaczewskiego?
– Porusza mnie na przykład to, że mówi tak szczerze o pożądaniu, o tym co jest wstydliwe, zdaniem wielu niegodne, by się tym zajmować, prostackie albo niskie. A dla mnie to jeden z zasadniczych elementów naszego życia. Mówi o pożądaniu śmiało i bardzo to cenię. Interesuje go z pewnością to, co nieświadome: sen, to co na styku serca, mózgu i świata wirtualnego, technologii.

Kiedy w 2011 roku odbierał Paszport „Polityki” w uzasadnieniu napisano, że dostał go „za nieoczywiste operowanie materią sceniczną, za zmysł przygody, improwizacji, zespołowości. Za ambicję badania przy pomocy teatru form i granic człowieczeństwa w dobie rozwoju technologii i mediów”.
Lepiej bym tego nie ujął, to wszystko prawda. Trzeba tylko pamiętać, że teatr Krzyśka to nie tylko zachwyt nad tym, jakie możliwości stwarza nam dzisiaj technologia, ale też lęk przed pewną technologiczną opresją.

A co z formą jego teatru?
– Zachodnia cywilizacja dotarła do ściany jeśli chodzi o konwencję, estetykę w teatrze. Dlatego bezcenny jest język „Garbusia” z tą jego otwartością na eksperyment i – nazwijmy to – zakodowanym futuryzmem, bo pokazuje możliwe drogi, nowe życie dla teatru w świecie obrazów, komputerów, robotów, nowych form komunikacji. On daje pewną odpowiedź na pytanie o przyszłość teatru, które jest nie tylko interesująca, ale coraz bardziej spójna. Dlatego nie można go odrzucać od tak, trzeba starać się zrozumieć, otworzyć się na jego świat pełen dziwaków, szaleńców, cyberpunków. Myślę, że Krzysztof Garbaczewski jest dzisiaj jednym z oryginalniej myślących artystów teatru. Jest po prostu wizjonerem.

Jaką rolę w twórczości Garbaczewskiego odgrywa Marcin Cecko?
– To dla mnie bardzo trudna sprawa. Cenię Marcina, uważam, że jest piekielnie błyskotliwym facetem, ale muszę powiedzieć szczerze, że nie podobało mi się nic, co Marcin zrobił z Krzyśkiem. Przykro mi to mówić, ale tak jest. Spektakle Krzyśka, do których teksty napisał Marcin są mało zrozumiałe i trochę nużące. Hermetyczność twórczości Marcina z szaleństwem Krzyśka tworzą męczącą mieszankę, z której niewiele wynika. Wiem, że wyrządzam chłopakom wielką przykrość, mówiąc to tak stanowczo, ale mam nadzieję, że mi wybaczą.

Co uczeń Garbaczewski wziął od nauczyciela Lupy?
– Afirmację buntu i wolności. Krystian zawsze zwraca uwagę, na samodzielność myślenia, oryginalność, podążanie za intuicją. Krzysiek posłuchał go i chwała mu, że nigdy nie robił tego, co inni młodzi reżyserzy-studenci Lupy – nie kopiował, bo często kończy się to katastrofą.

Krzysztof jest nieustająco atakowany przez sporą część krytyki. Są nawet tacy, którzy uważają, że nie powinno się go w ogóle wpuszczać do teatru. Dlaczego?
– Bo tworzy sztukę, która – ku przerażeniu konserwatywnych i zachowawczych krytyków – może zmieść obecny teatr, do którego jesteśmy przyzwyczajeni i który bez wysiłku rozumiemy. Tymczasem świat się nieustannie zmienia i teatr też musi się zmieniać. Nie możemy stać w miejscu i robić z teatru muzeum. On musi żyć! Sztuka Krzyśka jest niczym innym, jak owocem tej epoki. Trzeba się na nią otworzyć, dać jej szansę i chcieć wybrać się w fascynującą podróż.

Dokąd?
– Do teatru przyszłości.

_____

0013

Jacek Poniedziałek (ur. 1965 w Krakowie) jest aktorem teatralnym i filmowym, tłumaczem i reżyserem. Ukończył Wydział Aktorski PWST w Krakowie i w 1990 r. zadebiutował na deskach tamtejszego Teatru im. Juliusza Słowackiego, by po dwóch sezonach dołączyć do zespołu Narodowego Starego Teatru. Od 1999 r. był aktorem TR Warszawa (Teatr Rozmaitości), a od 2008 jest w zespole Nowego Teatru Krzysztofa Warlikowskiego. W 2010 ukazał się wywiad-rzeka z aktorem pod tytułem „Wyjście z cienia”, a w zeszłym roku jego przekłady dramatów Tennessee Williamsa „Tramwaj zwany porządaniem i inne dramaty”. Ostatnio, na deskach Teatru im. Jana Kochanowskiego w Opolu, wyreżyserował „Szklaną menażerię” Williamsa.

_____

Rozmowa ukazała się w „Notatniku Teatralnym” (75-76/2014).

_____

© Mike Urbaniak | Fot. Magda Hueckel (na górze) i Konrad Pustoła (na dole)

Reklamy
Zwykły wpis
AKTORZY/AKTORKI

Trzeba mieć backup

1920520_631261093577796_57544141_n

„Proszę pana, pan chce być fajny, a my takich ludzi nie szukamy”. Z Tomaszem Chrapustą rozmawia Mike Urbaniak.

Jak samopoczucie przed debiutem?
 Jest moc! Znakomita praca i fajna przygoda, choć są też oczywiście obawy, jak ludzie to przyjmą, szczególnie ci najbliżsi. Wielu nie umie oddzielić tego, co jest teatrem, od tego, co jest rzeczywistością. Utożsamiają aktora z wygłaszanymi ze sceny słowami, a to niekoniecznie musi się zgadzać. Kiedy przerabialiśmy na próbach temat „Golgoty Picnic”, zastanawiałem się, czy na przykład moja mama, która jest osobą wierzącą, zrozumie dlaczego mówię to, co mówię. Mój kolega zagrał geja i ojciec go wyklął.

Nie wiedział, że syn jest aktorem?
 Wiedział, ojciec sam jest aktorem, ale mimo wszystko miał z tym problem. W Polsce chyba lepiej zagrać seryjnego mordercę, niż geja lub bluźniercę.

Mówisz, że się obawiasz, ale chyba wiedziałeś, gdzie idziesz?
 Jasne, wiedziałem oczywiście jaki teatr robi Maja Kleczewska, i że idę grać w Teatrze Powszechnym kierowanym przez Pawła Łysaka, a nie w jakimś poślednim teatrzyku z przyjemnym repertuarem.

Ten jest nieprzyjemny?
– Bardzo, ale w dobrym – jeśli można tak powiedzieć – znaczeniu. W Powszechnym od razu rzucono mnie na głęboką wodę i musiałem sobie radzić, ale też z Mają rozmawiam dużo i szczerze. Ona nic nie narzuca, zostawia mnóstwo otwartych drzwi i trzeba samemu zdecydować, przez które chce się przejść. Teatr Kleczewskiej jest oczywiście zawsze bolesny i osobisty, więc musi być poparty własnym doświadczeniem, ale trzeba oddzielić rolę od życia. Jeśli mówię coś ze sceny, nie znaczy, że tak sądzę.

To chyba oczywiste.
 Nie dla wszystkich.

Kiedy Maja Kleczewska zaproponowała ci rolę to się przestraszyłeś?
 Bardzo się ucieszyłem! Będziesz się śmiał, ale kiedy Maja do mnie zadzwoniła z propozycją, najpierw mnie zmroziło, a potem wpadłem w ekstazę!

Dlaczego?
 Bo w jej teatrze jest jakaś prawda, ona wymaga od aktora nieustannej konfrontacji ze sobą, nie ma zmiłuj.

To nie jest wasze pierwsze spotkanie, prawda?
 Nie, pierwsze było dwa lata temu, kiedy mieliśmy robić „Romea i Julię” na PWST w Krakowie. Ze spektaklu nic nie wyszło, ale poczułem, że z Mają można więcej i więcej. Słyszałem, że niektórzy się jej boją, ale naprawdę nie ma czego, bo Maja naprawdę nikogo nie gwałci. Wielokrotnie mając jakieś wątpliwości zasypywałem ją pytaniami, a nasze rozmowy były nieustanną inspiracją. Wiesz, co mnie jeszcze kręci w Mai?

Co takiego?
 Ona nie ma przepisu na spektakl. Nie przychodzi z gotowym i nie rozdziela zadań, tylko wędruje razem z aktorami i na końcu tej wędrówki powstaje to, co oglądają widzowie. Lubię też, że Maja robi teatr, który zakłada porażkę w imię artystycznych poszukiwań.

Czyli nie bałeś się, że będzie „mokro i czerwono”, a ty będziesz od razu rozebrany?
– Gdybym się bał, to bym grzecznie podziękował. A poza tym to jakieś bzdury są, to demonizowanie teatru Kleczewskiej. Jestem młodym aktorem po szkole teatralnej i jakoś nie czuję się wykorzystywany do niecnych celów.

Może dlatego, że jesteś trochę świrem? Takie przynajmniej odnoszę wrażenie.
– Żaden świr nigdy się nie przyzna, że nim jest. Ja nim może troszkę jestem, tak mnie zawsze postrzegano, a ja po prostu lubię intensywnie poznawać świat i nie lubię metek.

A kto cię metkował?
– Różne kółka wzajemnej adoracji. W szkole byłem do pewnego momentu postrzegany jako ten mniej zdolny, który nie ma nic konkretnego do powiedzenia, tak przynajmniej mi się wydawało. Większość kolegów i koleżanek zaczęła szybko coś robić już na czwartym roku, a ja nic, więc Maja Kleczewska spadła mi z nieba. Moje gościnne bycie w Teatrze Powszechnym w Warszawie jest drugą szkołą. W poprzedniej wszystko trzeba było robić perfekcyjnie: tańczyć, śpiewać, mówić i stepować, więc kiedy szedłem na pierwszą próbę stolikową do Powszechnego, myślałem, że wszystko od razu muszę idealnie czytać. Tymczasem było po prostu normalnie. Cieszy mnie, że mamy w zespole mieszankę bydgosko-warszawską, bo wszyscy byliśmy na podobnych prawach, większość przyszła przed chwilą do teatru. Byłoby o wiele trudniej, gdybym trafił do jakiegoś hermetycznego zespołu.

Dlaczego poszedłeś do szkoły teatralnej?
– Kiedy byłem w gimnazjum w Bielsku-Białej zapraszano uczniów na różne warsztaty teatralne do Teatru Polskiego. Bardzo mi się tam spodobało. Potem dowiedziałem się, że w teatrze jest studium aktorskie, więc się do niego zapisałem. Tam miłość to teatru rozpalała we mnie Jagoda Krzywicka.

Teatr cię pochłonął?
 Nie, bo miałem sporo innych pasji, z których nie zrezygnowałem do dzisiaj. Zawsze uprawiałem intensywnie sport, co się zresztą nie zmieniło. W teatrze spodobało mi się przede wszystkim obcowanie z człowiekiem, a nie zamiłowanie do literatury – to przyszło potem. W liceum dołączyłem do amatorskiego Teatru Heliotrop prowadzonego przez panią Halinę Kubisz i to był naprawdę cudowny czas poznawania ludzi, długich dyskusji i wyjazdów na rozliczne festiwale. W klasie maturalnej postanowiłem zdawać do szkoły teatralnej. Do egzaminów przygotowywała mnie pani Lucyna Sypniewska w Teatru Lalek „Banialuka” i bardzo we mnie wierzyła. Ja zakładałem, że może się nie udać.

Miałeś plan awaryjny?
– Bardzo słaby, bo kulturoznawstwo, ale wiem, że bym na tych studiach nie wysiedział. Nie nadawałem się do tkwienia w ławce, na wykładach, bo kocham adrenalinę. Stąd na początku trenowanie koszykówki i harcerstwo, a potem motocross, narciarstwo, windsurfing i kitesurfing. Jeśli chodzi o narty, jestem do dzisiaj czynnym instruktorem. To daje mi ogromną wolność i pozwala zarobić, bo – nie oszukujmy się – z aktorstwa na początku mojej drogi bym się nie utrzymał.

Co na twoje pasje mówili rodzice? Nie wiadomo co gorsze, motocross czy teatr.
– Mam cudowne relacje z rodzicami i oni mnie zawsze wspierali. Miłość do motorów jest u nas w rodzinie dziedziczna (mój dziadek miał motor), do sportów też (tato trenował piłkę ręczną). Kontynuuję więc tradycje rodzinne i rozpoczynam być może nową, aktorską. Moja siostra też jest w temacie, bo kończy produkcję filmową na Wydziale Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach.

Gdzie w końcu zdawałeś?
– Do Łodzi, Warszawy i Krakowa, ale – wiadomo – marzyłem o Krakowie, z którego pochodzi mój tato i w którym też jestem zameldowany. W Warszawie miałem w komisji egzaminacyjnej Janusza Gajosa i to był jakiś koszmar, bo wszystko pomyliłem. To, co miałem powiedzieć na smutno, powiedziałem na wesoło, a to co na wesoło – podałem na smutno. Do widzenia. W Łodzi mi powiedzieli: „Proszę pana, pan chce być fajny, a my takich ludzi nie szukamy”. Do widzenia. Przyjęli mnie w Krakowie! Miałem tam świetnych prowadzących: Adama Nawojczyka, Małgorzatę Hajewską-Krzysztofik, Dorotę Segdę, Włodzimierza Szturca czy Beatę Fudalej, ale przez cztery lata nie zrobiłem nic z żadnym studentem reżyserii.

Dlaczego ci nie proponowali?
– Nie wiem, nie pytałem. Może przez tę metkę mniej zdolnego. Rzeczywiście na początku byłem mniej doświadczony od innych, gorzej mówiłem i śpiewałem, ale zawzięcie goniłem resztę. Przełomowy był trzeci rok, kiedy Krystian Lupa robił ze starszym rokiem „Pływalnię” i zorganizował przesłuchania, bo brakowało mu aktorów. Któregoś razu przechodził obok sali, w której czytałem „Biesy” i się zatrzymał. Dostałem zaproszenie od mistrza i nogi się pode mną ugięły. Pomyślałem: „Jezus! Mam iść na przesłuchanie do Lupy? To będzie cud, jak w ogóle coś z siebie wydukam. Przecież on mnie zje!”.

Jakoś cię nie zjadł.
– Nie tylko mnie oszczędził, ale zaproponował rolę w „Pływalni”. Grałem operatora kręcącego film porno. Spotkanie z Lupą i granie tego spektaklu przez rok dało mi bardzo dużo, nową jakość. Potem były kolejne dyplomy, już mojego roku: „Murzyni” w reżyserii Pawła Świątka i „Samobójca” w reżyserii Jerzego Treli.

Różnorodne te dyplomy. Z jednej strony klasyczny „Samobójca”, gdzie grasz z komediowym zacięciem popa Ojca Jełpidija, z drugiej pojechani „Murzyni”, gdzie grasz Archibalda, będącego prawdziwym kolorowym ptaszydłem.
– Płodozmian zawsze jest wskazany, więc cieszę się z tych zupełnie różnych spektakli. I oczywiście z „Pływalni”.

Prowadzisz blog, fanpage na Facebooku, jesteś na Instagramie i Twitterze. Ta duża aktywność w sieci jest typowa dla twojego pokolenia?
– Nie wydaje mi się, w szkole nazywano mnie ironicznie blogerem. Zacząłem prowadzić blog, bo ktoś mi doradził, że to może być dla mnie korzystne. Ale wiem, że pisanie idzie mi przeciętnie, może nawet źle, jednak nie przeszkadza mi to i staram się by było ciekawe. Dzielę się po prostu ze światem swoimi przemyśleniami, choć teraz mam przerwę.

„Przerwę techniczną z powodu zbyt intensywnego życia” – napisałeś.
– Teatr, jak wiesz, jest bardzo zaborczy. Skupiam się teraz na „Szczurach”, nie można się rozdrabniać.

Obok twojego PiXbloga jest też PiX Productions. Co to takiego?
– Niewielka inicjatywa, która pozwala mi tworzyć i zarabiać pieniądze. Dostałem możliwość zrobienia filmu, który jest trochę dokumentalny, a trochę reklamowy i skorzystałem.

Mówisz o „Akinie”, to bardzo udana rzecz.
– Dziękuję ci, też jestem zadowolony z tego, jak to wyszło. Teraz kończę kolejny filmik, więc trzymaj kciuki. Ktoś może powiedzieć, że to wszystko jest błache, ale dla mnie to ważne, bo uczę się produkować, pracować z kamerą, reżyserować. Myślę, że te umiejętności mogą mi się kiedyś przydać.

Bierzesz sprawy w swoje ręce. Etat w teatrze już nie jest marzeniem absolwentów szkól teatralnych?
– Myślę, że nadal jest, ale nie wszystkich. Poza tym w życiu trzeba mieć backup.

Aktor, bloger, producent, instruktor. Model?
– Wiem, to brzmi śmiesznie, bo ile rzeczy można robić naraz, ale to moje bycie modelem to niewielka przygoda. Kilka osób mi poradziło, żebym spróbował, bo jestem wysoki, mam inne niż wszyscy rysy, no i ta broda. To spróbowałem. Mam na koncie jeden pokaz, sesję dla jednego projektanta i kilka reklam. Tyle z tego wyszło, ale to dobrze, bo to nie jest mój świat. Trzeba swój narcyzm karmić w teatrze.

Może w kinie?
– Bardzo chętnie, choć teatr jest z pewnością bardziej rozwijający. No i to wieczne obsadzanie w polskim kinie po warunkach, tego nie można przeskoczyć. Dostajesz metkę i koniec. Ja mam jeszcze trudniej, bo w mojej agencji twierdzą, że jestem bardzo charakterystyczny, a tacy aktorzy nie dostają nawet ról drugoplanowych, bo przez samo to, jak wyglądają, mogą przyćmić pierwszy plan. Słyszałem nieraz, że jestem dziwakiem. Ale ktoś w końcu może da mi szansę. W teatrze dała mi ją Maja Kleczewska, a kto w filmie? Zobaczymy.

Filmy jeszcze przed tobą, za tobą za to sporo reklam.
– Tak, bo widzisz, do reklamy aktor charakterystyczny nadaje się znakomicie. Rzeczywiście wystąpiłem w kilku reklamach i wcale się tego nie wstydzę. Ale jestem też dumny z tego, że udziału w kilku odmówiłem, bo scenariusz był okropny. Dla kogoś to może nie jest wielki heroizm, ale dla mnie to były zawsze trudne decyzje, bo utrzymuję się sam i parę tysi za reklamówkę piechotą nie chodzi.

Dzisiaj twój udział w reklamie wykorzystujesz autoironicznie w „Szczurach”.
 Dzięki temu coś obnażamy, ale jak się chcesz dowiedzieć co, to zapraszam do teatru.

_____

Tomasz Chrapusta urodził się w 1991 roku w Bielsku-Białej. Jest studentem piątego roku Wydziału Aktorskiego Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej im. Ludwika Solskiego w Krakowie, gdzie zagrał w spektaklach dyplomowych w reżyserii Krystiana Lupy, Pawła Świątka i Jerzego Treli. Próbuje także swoich sił jako bloger, model, reżyser i producent (m.in. „Akin”). Z Agnieszką Żulewską zagrał w etiudzie Jagody Szelc „Rytułał przejścia”, pojawił się też w kilku filmach i serialach. Rola w „Szczurach” Garharta Hauptmanna w reżyserii Mai Kleczewskiej w Teatrze Powszechnym w Warszawie jest jego debiutem.

10394128_10153394651707571_6439497501533480430_n

_____

© Mike Urbaniak | Fot. Antonina Dolani (na górze) i Tomasz Wiech/Boska Komedia (na dole)

Zwykły wpis