REŻYSERZY/REŻYSERKI

Taniec ze śmiercią

komasa jan miniatura_6064230

Nie można mieć do powstańców pretensji, że nie widzieli wtedy tego, co my wiemy dzisiaj. To po prostu nieuczciwe. Z Janem Komasą o filmie „Miasto 44” rozmawia Mike Urbaniak.

W końcu!
– Tak, udało się po ośmiu latach. Nie mogę w to uwierzyć.

To był trudny czas?
– Ciekawy, bo z jednej strony oddalała się opcja kręcenia filmu o Powstaniu Warszawskim, a z drugiej zrobiłem w tym czasie „Salę samobójców”. Ten film powstał trochę z nudy.

Czyjej?
– Mojej. „Miasto 44” cały czas się zbliżało i uciekało, miało mnóstwo zwrotów akcji. Budżet się zwiększał i zmniejszał. Dochodzili i znikali kolejni partnerzy. Zmieniały się zarządy, a co za tym idzie ich poprzednie decyzje. Cały czas ktoś się wymiksowywał albo wkręcał. Taki rollercoaster. Koniec końców zostałem z jednym producentem – Michałem Kwiecińskim z Akson Studio, który był ze mną od początku i jest ojcem chrzestnym tego filmu.

Co odpowiadałeś kiedy ciagle pytano, jak tam powstanie?
– Mówiłem, że się zbliża, że jest tuż-tuż. Co oczywiście było żartem.

Ale ty cały czas siedziałeś w temacie.
– Byłem stałym gościem w Muzeum Powstania Warszawskiego, zostałem właściwie współpracownikiem. Dyrekcja dała mi nawet pokoik z dwoma komputerami, dzięki którym miałem dostęp do bazy danych. Zacząłem spotykać się z powstańcami, robić z nimi coraz więcej wywiadów.

Może to dobrze, że projekt się rodził aż osiem lat, bo bez tego nie byłoby gigantycznej jak na polskie warunki kwoty na film czyli 24 milionów złotych.
– Zgadza się i – żeby była jasność – ja w ogóle nie narzekam, że to wszystko tak długo trwało. Uważam, że my – jako naród – mamy skłonność do niedoceniania tego, jakie mamy możliwości. Na „Salę samobójców” dostałem 6 milionów złotych czyli 1.5 miliona euro i na festiwalu w Berlinie, w sekcji „Panorama”, nikt nie miał takiego budżetu. Mamy więc dużo szczęścia, że jest Polski Instytut Sztuki Filmowej, który daje mocne kwoty na filmy młodych twórców. Teraz robię film z budżetem cztery razy większym niż poprzedni. Może jednak w Polsce nie jest aż tak źle?

Film ma duże wsparcie ze środków publicznych.
– To prawda, ale to tylko część potrzebnej kwoty. Nadal cały czas szukamy pieniędzy, prywatnych sponsorów. Dzisiaj mamy duże wsparcie PISF, Telewizji Polskiej, Narodowego Centrum Kultury, Funduszu Współpracy Polsko-Niemieckiej i Orange. Ale to jeszcze za mało.

Nie boisz się filmu na publiczne zamówienie?
– Nie, bo nim nie jest. To prywatna inicjatywa Michała Kwiecińskiego, przegraliśmy publiczy konkurs. Mamy rzeczywiście duże wsparcie Kancelarii Prezydenta RP i wielu szanowanych postaci jak choćby profesora Władysław Bartoszewski, ale wszystkie rekomendacje dostałem nie na wyrost, ale po napisaniu scenariusza. Były mi bardzo potrzebne by ruszyć z miejsca.

Widzisz jakieś zagrożenia?
– Zagrożeniem jest to, że wszyscy mogą próbować mnie ugłaskać. Zagrożeniem jest to, że wszyscy wiedzą lepiej, jak nakręcić ten film. Zagrożeniem są rozbuchane do niebotycznych rozmiarów oczekiwania. Zagrożeniem jest to, że jest z pewnością jakaś grupa ludzi, która chciałaby, żeby mi się jednak nie udało. Ale to wszystko jest chyba naturalne, bardzo ludzkie. Wiem jedno – dotykamy ognia i na pewno będzie parzyć.

Jesteś pewny siebie w tym projekcie, prawda?
– Inaczej bym go po prostu nie zrobił. Wiesz, ośmioletni poligon robi swoje. Czuję się, jakbym był po jakimś fakultecie z Powstania Warszawskiego na uniwersytecie. A nawet więcej, bo studia trwają tylko pięć lat. Oczywiście wzmocniła mnie też i uspokoiła „Sala samobójców”. Uspokoiła też inwestorów. Odpowiadając na twoje pytania o moją pewność siebie i zagrożenia mogę powiedzieć, że walczę o jedno – żeby „Miasto 44” było moim osobistym filmem.

To możliwe przy tak wielkiej produkcji?
– Mam nadzieję, że tak i będę tego pilnował przez 63 dni zdjęć. Duże produkcje są oczywiście niebezpieczne z artystycznego punktu widzenia. Ogromny budżet wywołuje ogromne pokusy. Kiedy odczuwam jakieś kuszenie, natychmiast załącza mi się czerwona lampka – nie idź tam, bo będzie źle! Zbyt wiele razy widzieliśmy w kinach polskie produkcje, które nie były niczym innym, jak tylko megabudżetem i wiemy, jakie są tego efekty. Dużo pieniędzy może przygnieść osobowość filmu, a reżyser może zamienić się łatwo w koordynatora produkcji, który próbuje ogarnąć tę wielką maszynerię. Zdaję sobie sprawę, że z taką kasą ten film mógłby zrobić się sam, ale postaram się do tego nie dopuścić.

W jednym z wywiadów powiedziałeś: „Powstanie Warszawskie było jedyną rzeczą, która pociągała mnie w szkole”. Dlaczego?
– Bo przemawiało do mnie. To było to w dużej mierze powstanie moich rówieśników, no i wydarzyło się stosunkowo niedawno. O wiele trudniej było mi sobie wyobrazić albo zainteresować się na przykład Bitwą pod Grunwaldem. Młodzi powstańcy na Czerniakowie byli mi zawsze bliźsi niż krzyżacka szarża. Poza tym, jako warszawiak – nie urodzony, ale wychowany w stolicy – cały czas przebywałem w resztkach powstania. Na każdym rogu ulicy jest tablica upamiętniająca jakiś oddział powstańczy, ofiary. I najważniejsze, jeszcze żyją powstańcy, którzy mogą sami o powstaniu opowiedzieć. Zawsze działały też na mnie syreny, które wyją 1 sierpnia.

Kiedyś siedzieliśmy z kumplem na Agrykoli, to był chyba 2001 rok, i rozmawialiśmy o planach na życie. Zaczynałem studia w łódzkiej filmówce, pojawiło się na świecie moje dziecko i byłem w takim momencie, że nie wiedziałem, co robić. Nagle zaczyna wyć syrena, wstajemy, zatrzymują się jeżdżący obok deskorolkarze, wszystko zamiera. To zrobiło na mnie wielkie wrażenie.

Kto właściwie wpadł na pomysł filmu?
– Po gdyńskim sukcesie „Ody do radości”, którą zrobiłem z Anną Kazejak-Dawid i Maciejem Migasem, zadzwonił do mnie Michał Kwieciński, i poprosił, żebym do niego wpadł bo musimy pogadać. Przychodzę, a on mi wręcza pamiętniki „Zośki” i „Parasola”, i mówi: „Czytaj i pisz scenariusz. Wyślemy go na konkurs”. Spytałem tylko czy jest pewien. Stanowczo kiwną głową na tak. Miałem wtedy 23 lata.

Kwieciński wiedział o twoim zainteresowaniu powstaniem?
– Tak, bo pracowaliśmy razem przy „Odzie do radości”, której był producentem, a poza tym wiedział, że lubię subkultury, że kręci mnie takie podejście do świata. Realizowałem amatorskie filmy o blokersach, wciągnął mnie hip-hop, chodziłem na koncerty Kalibra 44. Byłem – krótko mówiąc – bardzo zanużony w subkulturowe podejście do życia. Może Michał czuł, że moje zainteresowania i temat powstania dadzą jakiś ciekawy efekt. W każdym razie zrobiłem, jak chciał.

Podnieciła cię perspektywa robienia filmu o powstaniu?
– Wtedy średnio. Po prostu dostałem zadanie i postanowiłem je wykonać. To był czas, kiedy właściwie nie było polskiego kina, nie było PISF-u. Panował zastój i marazm, a wszyscy się zastanawiali jakie robić filmy w dobie poquovadisowej. Profesorowie na filmówce mówili nam, że kino się kończy, że nadchodzi czas gier komputerowych i filmów w internecie. Ja z małym dzieckiem, rynek reklamowy zamknięty, seriale opanowało starsze pokolnie, po prostu masakra. Chciałem robić cokolwiek, więc kiedy Michał dał mi zadanie napisania scenariusza o Powstaniu Warszawskim, to po prostu to zrobiłem.

Jak się zabrałeś do roboty?
– Jak dwudziestoparolatek z gorąca głową. Przeczytałem wszystko, co mogłem o powstaniu, godzinami siedziałem w sieci, zacząłem chodzić do muzeów, byłem oczywiscie w MPW, zacząłem spotykać się z powstańcami. Wtedy powstał scenariusz, którego fabuła opierała się na trójkącie uczuciowym między Sebastianem, Biedronką i Kamą. I ten pomysł został do dzisiaj, tylko Sebastian jest Stefanem.

Cała trójka, należąca do elitarnego Zgrupowania „Radosław”, przebija się kanałami z Woli na Czerniaków.
– Tak, „Radosław” to najgorsze i najtrudniejsze doświadcznie powstania. Śniło mi się to wszystko po nocach, ale wstawałem i pisałem po dwadzieścia stron dziennie. Kiedy scenariusz był już gotowy, złożyliśmy go w konkursie. I przegraliśmy.

I co wtedy?
– Nasze wielkie plany może by runęły, ale Michał nie dawał za wygraną. Zaczął umawiać nam spotkania. Znów wystartowaliśmy z robotą, wzbogacaliśmy scenariusz, dopieszczaliśmy wszystko. W tym czasie inne planowane filmy o powstaniu nie powstawały, zmienały im się budżety, producenci, pomysły, a my dzióbaliśmy swoje. To był dla mnie bardzo trudny czas. Realizacja filmu nieustannie odsuwała się w czasie, a każdy rok bez pracy dla młodego reżyseria to wieczność. Zacząłem robić coś w reklamie, poznałem nowe techniki, które chciałem wykorzystać w filmie, ale film się wolno przybliżał.

Ale zrobiłeś wtedy dla Teatru Telewizji bardzo dobrze przyjętą „Golgotę Wrocławską” z Adamem Ferencym. Dostałeś za nią Grand Prix na Festiwalu Dwa Teatry w Sopocie.
– Tak, ale zrobiłem to, żeby nie zwariować. „Golgota Wrocławska” była rzeczywiście sukcesem. Spodobała się i krytyce, i publiczności. Po nagrodzie w Sopocie Michał zadzwonił do mnie i powidział: „To też przybliża nas do powstania”. Miał rację.

Dlaczego?
– Bo zamknąłem usta tym, którzy uważali, że nie poradzę sobie w kinem historycznym. Wtedy spotkałem się z Jerzym Kapuścińskim i on mówi: „Teraz robię taki film Borysa Lankosza ‚Rewers’, ale następny będzie twój”. To była „Sala samobójców”. Jurek dodał: „Nie wiem, co z tego wyjdzie, bo się w ogóle nie znam na internecie, ale może to i dobrze”. Zacząłem pracę nad „Salą samobójców”, ale w głowie miałem cały czas „Miasto ‘44”. Namówiłem nawet żonę, żebyśmy się przeprowadzili na Wolę w pobliże MPW. Teraz mam do muzeum siedem minut na piechotę.

Rozumiem, że gigantyczny sukces „Sali samobójców” otworzył ci już zupełnie drogę do powstania.
– Tak, otworzyły się wszystkie drzwi i rozdzwoniły telefony. Ruszyliśmy z produkcją „Miasta ‘44” już w 2011 roku, potem znów nastąpił zator i musieliśmy przerwać produkcję, ale ja już się przyzwyczaiłem, że to tak musi wyglądać, że łatwo nie jest. Lata pracy przy tym projekcie mnie zahartowały i nauczyły ogromnej cierpliwości. Z racji przerwy musieliśmy od nowa zrobić castingi, bo wybrani poprzednio aktorzy zwyczajnie nam dorośli. Zgłosiło się ponad cztery tysiące osób. Potem był list Agnieszki Odorowicz, szefowej PISF, że da nam pieniądze na film, wspomniane spotkanie z premierem i w tym roku ruszyliśmy pełną parą. Zdjęcia planowane są do końca sierpnia.

Prawdziwa droga krzyżowa.
– Ale, musisz przyznać, przechodzona z pozytywnym zakończeniem, choć budżet filmu nie jest jeszcze zamknięty.

Jaka jest twoja narracja w mówieniu o powstaniu? Ta, forsowana przez Muzeum Powstania Warszawskiego czyli romantyczny zryw? Czy jest w niej także miejsce na krytyczne podejście do decyzji o wybuchu powstania, którego pokłosiem było wymordowanie 200 tysięcy warszawiaków i kompletne zrównanie miasta z ziemią?
– W filmie chcę pokazać różne odcienie, nie jedyny słuszny i nie wiem, jaki będzie odźwięk tego filmu, bo jeden drobny element, jeden uśmiech bohatera nie w tym momencie, co trzeba albo jedna łza nie tam, gdzie planowaliśmy może spowodować przesunięcie akcentu o 180 stopni.Główny kierunek narracji jest dla mnie jasny. Obserwujemy historię z punktu widzenia ludzi, którzy chcą wziąć udział w czymś wielkim, chcą sobie wywalczyć wolność. Nie wiedzą tylko, co to będzie oznaczało i jakie będą konsekwencje. Nie zajmuję się tak zwaną polityką historyczną w kontekście powstania, ona mnie w ogóle nie interesuje.

A co cię interesuje?
– Spotkałem się kiedyś z powstańcem, którzy leżał w domu opieki i nikt prawie go nie odwiedzał, nawet rodzina i on mi mówi: „Widzisz, byłem gówniarzem, miałem szesnaście lat i strzelałem do Niemców. Dobijałem rannego Niemca i myślałem o tym, że ma rodzinę, jak ja. Kiedy przegraliśmy, strasznie płakaliśmy. Potem czekało nas pół wieku banicji, a teraz jesteśmy doceniani, ale co mi z tego, skoro jest starym, schorowanym człowiekiem i umieram sam w domu kombatanta”. Odpowiedziałem, że przecież ma tu profesjonalną opiekę, pielęgniarki, które zawsze pomogą przy problemach z fizjologią, a on na to: „O nie! Nie dam się dotknąć. Jak już będzie naprawdę źle wezmę całą garść tabletek, bo odkładam sobie po jednej do kubka”. Jeśli więc pytasz, co mnie interesuje, to właśnie to. Naga prawda, skóra, mięśnie, krew. Bez wielkiej ceremonii i zadęcia.

Da się?
– Mam nadzieję, że tak, a nawet jeśli jest w filmie jakaś pompa, jakaś piękna przemowa, to w straszliwej spiekocie. Taka perspektywa podejscia do powstania mnie interesuje. A przede wszystkim fascynuje mnie ludzka masa wpływająca na jednostkę. Masa, która napiera i łamie kości. W filmie chcę pokazać jak indywidualni ludzie sobie z tą masą radzą.

Kwestionują sens powstania?
– W ogóle nie zadają sobie takich pytań, bo nie zdają sobie sprawy, co ich czeka. Przecież ci młodzi ludzie idą do powstania myśląc, że będzie trwało trzy dni. Biorą ze sobą po trzy pary skarpetek. Ale trzeciego dnia okazuje się, że dzielnice, które miały być zdobyte nie są zdobyte, że Żoliborz jest odcięty, że Mokotów jest odcięty, że Zachód nie pomaga. Nagle zaczęli się naprawdę bać. Pytałem powstańców, kiedy zrozumieli, że to będzie koniec. Zwykle mówią: trzeciego, czwartego dnia. Szybko więc zrozumieli, że są po pas w gównie, że ich Niemcy zmiotą. Kiedy piątego dnia rozniosło się, że na Woli Niemcy wyżyną wszystkich, Polacy nie mogli uwierzyć, że czeka ich to, co Żydów w getcie, że naziści chcą wymordować całą stolicę. Dzisiaj wiemy, jakie były plany Hitlera, ale to jest współczesna perspektywa. Nie można mieć do powstańców pretensji, że nie widzieli wtedy tego, co my wiemy dzisiaj. To nieuczciwe. Oni nawet nie wiedzieli, co czeka ich następnego dnia. Taki był horyzont czasowy.

O czym filmowi powstańcy rozmawiają?
– Nie ma wielkich rozmów na wielkie tematy. Gadają o małych rzeczach, głupotach. Gdzie mam przejść? Gdzie dojdę tą drogą? Kto ma opatrunek? Kto się w kim zakochał? Chciałbym te małe rozmowy połączyć z wielką epicką historią. Życie młodych ludzi w czasach najprawdziwszej apokalipsy.

Powstańcom podoba się twój pomysł na film?
– Myślę, że tak. Oni mi powtarzali wielokrotnie: „Nie zrób nam pomnika, bo to będzie wielka krzywda”. Powstańcy doskonale zdają sobie sprawę, że są wykorzystywani politycznie i bardzo tego nie chcą widzieć na ekranie.

Duże poruszenie wywołały swego czasu słowa generała Zbigniewa Ścibora-Rylskiego, prezesa Zarządu Głównego Związku Powstańców Warszawskich, który powiedział: „My, żołnierze walczącej stolicy, powinniśmy złożyć najwyższy hołd i przeprosić ludność cywilną, że poniosła tak straszne upokorzenia i cierpienia w czasie Powstania”. Co myślisz o tych przeprosinach?
– Myślę, że generał mówi z dzisiejszej perspektywy, bo kiedy powstanie trwało, miał wpływ, jak wszyscy inni, na to, co się działo w obrębie sześciu metrów kwadratowych od niego, kiedy stał na pozycji strzeleckiej gdzieś na Czerniakowie i dawał znaki latarką na drugi brzeg Wisły. To piękne słowa i branie na siebie odpowiedzialości większej niż ona była. To trochę, jak papież przepraszający za antysemityzm Kościoła katolickiego w dawnych czasach. Pytanie o ludność cywilną jest jednym z najtrudniejszych, jakie można zadać powstańcom. Trzeba też pamiętać, że ich od cywilów różniła właściwie tylko opaska na ramieniu i przeszkolenie w lesie z użycia broni, podczas którego strzelali do puszek.

Wszyscy chcieli wolności. Cywile też. Ale w miarę trwania powstania ludność cywilna jakby się wytrąciła ze wspólnego frontu, stanęła raptem między młotem, a kowadłem, między powstańcami i Niemcami. Zdarzały się takie sytuacje, co będzie w filmie, że cywile poddawali kamiencę, w której byli powstańcy. Miłość do niech szybko mijała, kiedy Niemcy w odwecie zaczęli mordować masowo kobiety i dzieci. Sami powstańcy zrozumieli wtedy coś naprawdę strasznego, że walczą o coś, o co pretensję mają do nich ludzie, dla których walczą.

Wspomniałeś, że zdjęcia do filmu mają trwać 63 dni czyli tyle ile trwało powstanie. Premiera ma być w 70. rocznicę wybuchu powstania czyli 1 sierpania 2014 roku. Pokaz ma być na Stadionie Narodowym. To wszystko bardzo trąci mi kiczem.  

– To jest trochę poza mną. Nie mam wpływu na maszynę promocyjną i to, co medialnie się dzieje i będzie działo wokół filmu. Ale też nie mam o to pretensji, bo dla wielu ludzi to bardzo ważny temat, stąd ta symbolika. Nie wiem czy zdjęcia będą finalnie trwały 63 dni, czy 60. Będziemy kręcić tyle, ile potrzeba. Nie przeszkasza mi też premiera na Stadionie Narodowym. Myślę, że to zaszczyt.

Dlaczego mielibyśmy zabraniać ludziom takiej symboliki czy emocji, skoro ewiedentnie jest taka potrzeba? Do nas piszą grupy rekonstrukcyjne, które koniecznie chcą wziąć udział w zdjęciach. Odpowiadamy, że nie mamy pieniędzy by te sześćdziesiąt osób przetransportować z Warszawy do Wrocławia na plan, a oni na to, że przyjadą na własny koszt, że kolejnego takie filmu o powstaniu nie będzie. Jakiś statysta z Olsztyna się zapożyczył i przejechał całą Polskę, żeby wystąpić w trzecim planie. To jest jakieś pospolite ruszenie, które naprawdę dodaje mi skrzydeł. Nie ukrywam, że bardzo z tego czerpię.

Jeśli coś jest dla wszystkich, to jest dla nikogo. Ty musisz zadowolić „Miastem ‘44” wszystkich: starszych, młodszych, polityków, donatorów, powstańców. Jak masz zamiar to zrobić?
– Pierwsza sprawa to temat. Jest tak popularny i jest nim takie zainteresowanie, że ludzie po prostu przyjdą film zobaczyć.

Ale co zrobić, żeby wyszli zadowoleni?
– Widownia chce widowiska i ja mam zamiar, dzięki 24 milionom złotych na produkcję, je dostarczyć. To będą dobrze wydane pieniądze. Nikt nie chce pracować przy czymś, z czego potem mają się śmiać ludzie. Nie możemy przynieć wstydu sobie i krajowi. Chciałbym, żeby „Polish movie” wzbudzał respekt za granicą. Ludzie uwielbiają też rzeczy, których nie widzieli, a trochę nowości w tym filmie planuję.

Jeden z krytyków filmowych powiedział mi, że nie spodziewa się niczego dobrego po tym filmie, że to będzie historia pięknych łączniczek z jędrnymi ustami i przystojnych chłopców z blond czuprynami, którzy zginą za Polskę.
– Wszystko się zgadza. Uwielbiam piękno i piękno będzie pokazane, tylko w pewnym momencie pięknej łączniczce urwie głowę i krew poleje się strumieniami. Będzie więc obok blond czupryn okrucieństwo wojny, masakra, ale także sporo czarnego humoru.

Kiedy zaczyna się historia Stefana, Kamy i Biedronki? W dniu wybuchu powstania?
– Nie, przed. Chciałem pokazać, jak młodzi ludzie wpadli w powstanie. A żeby gdzieś wpaść, trzeba skądś wypaść. Dlatego pierwsza część filmu dzieje się przed wybuchem. Chcę, żeby była wręcz familijna, żeby widzowie spróbowali zapomnieć, że powstanie w ogóle ma się zacząć. Druga część to walka, a trzecia wycofanie i przeżycie po. Mniej więcej od połowy będziemy się powoli staczać w czarną otchłań.

Główni bohaterowie to bardzo młodzi aktorzy, których znalazłeś na castingach. Celowo zrezygnowałeś ze znanych nazwisk?
– Tak, chcę, żeby widz skupił się na historii, a nie gwiazdorskiej obsadzie. Poza tym ci młodzi, ponadprzeciętnie utalentowani ludzie, mają w sobie wielką świeżość, której potrzebowałem. Zosia Wichłacz czyli Biedronka, która w kwietniu skończyła 18 lat. To dla nich wszystkich naprawdę duże wyzwanie.

Będzie w filmie miejsce na kontrowersje?
– Cały film będzie się składał z kontrowersji, które – nawiasem mówiąc – pojawiły się już na etapie scenariusza. Dlatego ważnym dla nas zadaniem było „odnazwienie” wszystkich postaci i miejsc. Nie chcemy, żeby nasi bohaterowie czy miejsca były odniesieniem jeden do jednego do historii. Nie robimy dokumentu. W powstaniu, co oczywiste, brali udział wspaniali ludzie, którzy potem okazywali się podli, źli, którzy niespodziewanie pomagali innym, były zachowania nieżołnierskie, duże rozluźnienie obyczajów. Wszystko wtedy stanęło na głowie. Dzieci były ważniejsze od rodziców, starsi musieli słuchać młodszych. Bez pokazania tego wszystkiego film byłyby nieprawdziwy.

Danuta Szaflarska opowiadała. Jest kapitulacja i ona schodzi do piwnicy, a tam wszyscy dosłownie wyją ze śmiechu. Co ich tak rozbawiło? W kamienicy, przez całe powstanie ukrywała się jakaś kobieta. Wyszła z niej dopiero po kapitulacji i od razu dostała kulkę w łeb. Straszne, absurd, ale tych młodych to bardzo rozbawiło. Taki to był czas.

Teraz jesteś już teraz spokojny o film?
– Co ty, mam nieustanne trudności ze snem. Cały czas myślę o powstaniu.

Może nie trzeba było się za to zabierać?
– Wtedy to już bym na pewno oszalał!

_____

Jan Komasa urodził się w 1981 roku z Poznaniu, gdy miał 7 lat rodzina przeniosła się do Warszawy. Jest reżyserem i scenarzystą filmowym. Studiował na Wydziale Reżyserii łódzkiej Szkoły Filmowej. Jest autorem reklam, teledysków, filmów dokumentalnych i fabularnych, a także spektaklu Teatru Telewizji. Zadebiutował w roku 2005 „Odą do radości”. Duże uznanie i mnóstwo nagród przyniósł mu nakręcony w 2011 roku film „Sala samobójców”. 19 września 2014 r. do kin wejdzie jego film o Powstaniu Warszawskim „Miasto 44”.

_____

Rozmowa ukazała się w „Przekroju”  31.07.2013 r.

_____

© Mike Urbaniak | Fot. Tatiana Jarycha/ITI Cinema

Advertisements
Zwykły wpis

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s