REŻYSERZY/REŻYSERKI

Taniec ze śmiercią

komasa jan miniatura_6064230

Nie można mieć do powstańców pretensji, że nie widzieli wtedy tego, co my wiemy dzisiaj. To po prostu nieuczciwe. Z Janem Komasą o filmie „Miasto 44” rozmawia Mike Urbaniak.

W końcu!
– Tak, udało się po ośmiu latach. Nie mogę w to uwierzyć.

To był trudny czas?
– Ciekawy, bo z jednej strony oddalała się opcja kręcenia filmu o Powstaniu Warszawskim, a z drugiej zrobiłem w tym czasie „Salę samobójców”. Ten film powstał trochę z nudy.

Czyjej?
– Mojej. „Miasto 44” cały czas się zbliżało i uciekało, miało mnóstwo zwrotów akcji. Budżet się zwiększał i zmniejszał. Dochodzili i znikali kolejni partnerzy. Zmieniały się zarządy, a co za tym idzie ich poprzednie decyzje. Cały czas ktoś się wymiksowywał albo wkręcał. Taki rollercoaster. Koniec końców zostałem z jednym producentem – Michałem Kwiecińskim z Akson Studio, który był ze mną od początku i jest ojcem chrzestnym tego filmu.

Co odpowiadałeś kiedy ciagle pytano, jak tam powstanie?
– Mówiłem, że się zbliża, że jest tuż-tuż. Co oczywiście było żartem.

Ale ty cały czas siedziałeś w temacie.
– Byłem stałym gościem w Muzeum Powstania Warszawskiego, zostałem właściwie współpracownikiem. Dyrekcja dała mi nawet pokoik z dwoma komputerami, dzięki którym miałem dostęp do bazy danych. Zacząłem spotykać się z powstańcami, robić z nimi coraz więcej wywiadów.

Może to dobrze, że projekt się rodził aż osiem lat, bo bez tego nie byłoby gigantycznej jak na polskie warunki kwoty na film czyli 24 milionów złotych.
– Zgadza się i – żeby była jasność – ja w ogóle nie narzekam, że to wszystko tak długo trwało. Uważam, że my – jako naród – mamy skłonność do niedoceniania tego, jakie mamy możliwości. Na „Salę samobójców” dostałem 6 milionów złotych czyli 1.5 miliona euro i na festiwalu w Berlinie, w sekcji „Panorama”, nikt nie miał takiego budżetu. Mamy więc dużo szczęścia, że jest Polski Instytut Sztuki Filmowej, który daje mocne kwoty na filmy młodych twórców. Teraz robię film z budżetem cztery razy większym niż poprzedni. Może jednak w Polsce nie jest aż tak źle?

Film ma duże wsparcie ze środków publicznych.
– To prawda, ale to tylko część potrzebnej kwoty. Nadal cały czas szukamy pieniędzy, prywatnych sponsorów. Dzisiaj mamy duże wsparcie PISF, Telewizji Polskiej, Narodowego Centrum Kultury, Funduszu Współpracy Polsko-Niemieckiej i Orange. Ale to jeszcze za mało.

Nie boisz się filmu na publiczne zamówienie?
– Nie, bo nim nie jest. To prywatna inicjatywa Michała Kwiecińskiego, przegraliśmy publiczy konkurs. Mamy rzeczywiście duże wsparcie Kancelarii Prezydenta RP i wielu szanowanych postaci jak choćby profesora Władysław Bartoszewski, ale wszystkie rekomendacje dostałem nie na wyrost, ale po napisaniu scenariusza. Były mi bardzo potrzebne by ruszyć z miejsca.

Widzisz jakieś zagrożenia?
– Zagrożeniem jest to, że wszyscy mogą próbować mnie ugłaskać. Zagrożeniem jest to, że wszyscy wiedzą lepiej, jak nakręcić ten film. Zagrożeniem są rozbuchane do niebotycznych rozmiarów oczekiwania. Zagrożeniem jest to, że jest z pewnością jakaś grupa ludzi, która chciałaby, żeby mi się jednak nie udało. Ale to wszystko jest chyba naturalne, bardzo ludzkie. Wiem jedno – dotykamy ognia i na pewno będzie parzyć.

Jesteś pewny siebie w tym projekcie, prawda?
– Inaczej bym go po prostu nie zrobił. Wiesz, ośmioletni poligon robi swoje. Czuję się, jakbym był po jakimś fakultecie z Powstania Warszawskiego na uniwersytecie. A nawet więcej, bo studia trwają tylko pięć lat. Oczywiście wzmocniła mnie też i uspokoiła „Sala samobójców”. Uspokoiła też inwestorów. Odpowiadając na twoje pytania o moją pewność siebie i zagrożenia mogę powiedzieć, że walczę o jedno – żeby „Miasto 44” było moim osobistym filmem.

To możliwe przy tak wielkiej produkcji?
– Mam nadzieję, że tak i będę tego pilnował przez 63 dni zdjęć. Duże produkcje są oczywiście niebezpieczne z artystycznego punktu widzenia. Ogromny budżet wywołuje ogromne pokusy. Kiedy odczuwam jakieś kuszenie, natychmiast załącza mi się czerwona lampka – nie idź tam, bo będzie źle! Zbyt wiele razy widzieliśmy w kinach polskie produkcje, które nie były niczym innym, jak tylko megabudżetem i wiemy, jakie są tego efekty. Dużo pieniędzy może przygnieść osobowość filmu, a reżyser może zamienić się łatwo w koordynatora produkcji, który próbuje ogarnąć tę wielką maszynerię. Zdaję sobie sprawę, że z taką kasą ten film mógłby zrobić się sam, ale postaram się do tego nie dopuścić.

W jednym z wywiadów powiedziałeś: „Powstanie Warszawskie było jedyną rzeczą, która pociągała mnie w szkole”. Dlaczego?
– Bo przemawiało do mnie. To było to w dużej mierze powstanie moich rówieśników, no i wydarzyło się stosunkowo niedawno. O wiele trudniej było mi sobie wyobrazić albo zainteresować się na przykład Bitwą pod Grunwaldem. Młodzi powstańcy na Czerniakowie byli mi zawsze bliźsi niż krzyżacka szarża. Poza tym, jako warszawiak – nie urodzony, ale wychowany w stolicy – cały czas przebywałem w resztkach powstania. Na każdym rogu ulicy jest tablica upamiętniająca jakiś oddział powstańczy, ofiary. I najważniejsze, jeszcze żyją powstańcy, którzy mogą sami o powstaniu opowiedzieć. Zawsze działały też na mnie syreny, które wyją 1 sierpnia.

Kiedyś siedzieliśmy z kumplem na Agrykoli, to był chyba 2001 rok, i rozmawialiśmy o planach na życie. Zaczynałem studia w łódzkiej filmówce, pojawiło się na świecie moje dziecko i byłem w takim momencie, że nie wiedziałem, co robić. Nagle zaczyna wyć syrena, wstajemy, zatrzymują się jeżdżący obok deskorolkarze, wszystko zamiera. To zrobiło na mnie wielkie wrażenie.

Kto właściwie wpadł na pomysł filmu?
– Po gdyńskim sukcesie „Ody do radości”, którą zrobiłem z Anną Kazejak-Dawid i Maciejem Migasem, zadzwonił do mnie Michał Kwieciński, i poprosił, żebym do niego wpadł bo musimy pogadać. Przychodzę, a on mi wręcza pamiętniki „Zośki” i „Parasola”, i mówi: „Czytaj i pisz scenariusz. Wyślemy go na konkurs”. Spytałem tylko czy jest pewien. Stanowczo kiwną głową na tak. Miałem wtedy 23 lata.

Kwieciński wiedział o twoim zainteresowaniu powstaniem?
– Tak, bo pracowaliśmy razem przy „Odzie do radości”, której był producentem, a poza tym wiedział, że lubię subkultury, że kręci mnie takie podejście do świata. Realizowałem amatorskie filmy o blokersach, wciągnął mnie hip-hop, chodziłem na koncerty Kalibra 44. Byłem – krótko mówiąc – bardzo zanużony w subkulturowe podejście do życia. Może Michał czuł, że moje zainteresowania i temat powstania dadzą jakiś ciekawy efekt. W każdym razie zrobiłem, jak chciał.

Podnieciła cię perspektywa robienia filmu o powstaniu?
– Wtedy średnio. Po prostu dostałem zadanie i postanowiłem je wykonać. To był czas, kiedy właściwie nie było polskiego kina, nie było PISF-u. Panował zastój i marazm, a wszyscy się zastanawiali jakie robić filmy w dobie poquovadisowej. Profesorowie na filmówce mówili nam, że kino się kończy, że nadchodzi czas gier komputerowych i filmów w internecie. Ja z małym dzieckiem, rynek reklamowy zamknięty, seriale opanowało starsze pokolnie, po prostu masakra. Chciałem robić cokolwiek, więc kiedy Michał dał mi zadanie napisania scenariusza o Powstaniu Warszawskim, to po prostu to zrobiłem.

Jak się zabrałeś do roboty?
– Jak dwudziestoparolatek z gorąca głową. Przeczytałem wszystko, co mogłem o powstaniu, godzinami siedziałem w sieci, zacząłem chodzić do muzeów, byłem oczywiscie w MPW, zacząłem spotykać się z powstańcami. Wtedy powstał scenariusz, którego fabuła opierała się na trójkącie uczuciowym między Sebastianem, Biedronką i Kamą. I ten pomysł został do dzisiaj, tylko Sebastian jest Stefanem.

Cała trójka, należąca do elitarnego Zgrupowania „Radosław”, przebija się kanałami z Woli na Czerniaków.
– Tak, „Radosław” to najgorsze i najtrudniejsze doświadcznie powstania. Śniło mi się to wszystko po nocach, ale wstawałem i pisałem po dwadzieścia stron dziennie. Kiedy scenariusz był już gotowy, złożyliśmy go w konkursie. I przegraliśmy.

I co wtedy?
– Nasze wielkie plany może by runęły, ale Michał nie dawał za wygraną. Zaczął umawiać nam spotkania. Znów wystartowaliśmy z robotą, wzbogacaliśmy scenariusz, dopieszczaliśmy wszystko. W tym czasie inne planowane filmy o powstaniu nie powstawały, zmienały im się budżety, producenci, pomysły, a my dzióbaliśmy swoje. To był dla mnie bardzo trudny czas. Realizacja filmu nieustannie odsuwała się w czasie, a każdy rok bez pracy dla młodego reżyseria to wieczność. Zacząłem robić coś w reklamie, poznałem nowe techniki, które chciałem wykorzystać w filmie, ale film się wolno przybliżał.

Ale zrobiłeś wtedy dla Teatru Telewizji bardzo dobrze przyjętą „Golgotę Wrocławską” z Adamem Ferencym. Dostałeś za nią Grand Prix na Festiwalu Dwa Teatry w Sopocie.
– Tak, ale zrobiłem to, żeby nie zwariować. „Golgota Wrocławska” była rzeczywiście sukcesem. Spodobała się i krytyce, i publiczności. Po nagrodzie w Sopocie Michał zadzwonił do mnie i powidział: „To też przybliża nas do powstania”. Miał rację.

Dlaczego?
– Bo zamknąłem usta tym, którzy uważali, że nie poradzę sobie w kinem historycznym. Wtedy spotkałem się z Jerzym Kapuścińskim i on mówi: „Teraz robię taki film Borysa Lankosza ‚Rewers’, ale następny będzie twój”. To była „Sala samobójców”. Jurek dodał: „Nie wiem, co z tego wyjdzie, bo się w ogóle nie znam na internecie, ale może to i dobrze”. Zacząłem pracę nad „Salą samobójców”, ale w głowie miałem cały czas „Miasto ‘44”. Namówiłem nawet żonę, żebyśmy się przeprowadzili na Wolę w pobliże MPW. Teraz mam do muzeum siedem minut na piechotę.

Rozumiem, że gigantyczny sukces „Sali samobójców” otworzył ci już zupełnie drogę do powstania.
– Tak, otworzyły się wszystkie drzwi i rozdzwoniły telefony. Ruszyliśmy z produkcją „Miasta ‘44” już w 2011 roku, potem znów nastąpił zator i musieliśmy przerwać produkcję, ale ja już się przyzwyczaiłem, że to tak musi wyglądać, że łatwo nie jest. Lata pracy przy tym projekcie mnie zahartowały i nauczyły ogromnej cierpliwości. Z racji przerwy musieliśmy od nowa zrobić castingi, bo wybrani poprzednio aktorzy zwyczajnie nam dorośli. Zgłosiło się ponad cztery tysiące osób. Potem był list Agnieszki Odorowicz, szefowej PISF, że da nam pieniądze na film, wspomniane spotkanie z premierem i w tym roku ruszyliśmy pełną parą. Zdjęcia planowane są do końca sierpnia.

Prawdziwa droga krzyżowa.
– Ale, musisz przyznać, przechodzona z pozytywnym zakończeniem, choć budżet filmu nie jest jeszcze zamknięty.

Jaka jest twoja narracja w mówieniu o powstaniu? Ta, forsowana przez Muzeum Powstania Warszawskiego czyli romantyczny zryw? Czy jest w niej także miejsce na krytyczne podejście do decyzji o wybuchu powstania, którego pokłosiem było wymordowanie 200 tysięcy warszawiaków i kompletne zrównanie miasta z ziemią?
– W filmie chcę pokazać różne odcienie, nie jedyny słuszny i nie wiem, jaki będzie odźwięk tego filmu, bo jeden drobny element, jeden uśmiech bohatera nie w tym momencie, co trzeba albo jedna łza nie tam, gdzie planowaliśmy może spowodować przesunięcie akcentu o 180 stopni.Główny kierunek narracji jest dla mnie jasny. Obserwujemy historię z punktu widzenia ludzi, którzy chcą wziąć udział w czymś wielkim, chcą sobie wywalczyć wolność. Nie wiedzą tylko, co to będzie oznaczało i jakie będą konsekwencje. Nie zajmuję się tak zwaną polityką historyczną w kontekście powstania, ona mnie w ogóle nie interesuje.

A co cię interesuje?
– Spotkałem się kiedyś z powstańcem, którzy leżał w domu opieki i nikt prawie go nie odwiedzał, nawet rodzina i on mi mówi: „Widzisz, byłem gówniarzem, miałem szesnaście lat i strzelałem do Niemców. Dobijałem rannego Niemca i myślałem o tym, że ma rodzinę, jak ja. Kiedy przegraliśmy, strasznie płakaliśmy. Potem czekało nas pół wieku banicji, a teraz jesteśmy doceniani, ale co mi z tego, skoro jest starym, schorowanym człowiekiem i umieram sam w domu kombatanta”. Odpowiedziałem, że przecież ma tu profesjonalną opiekę, pielęgniarki, które zawsze pomogą przy problemach z fizjologią, a on na to: „O nie! Nie dam się dotknąć. Jak już będzie naprawdę źle wezmę całą garść tabletek, bo odkładam sobie po jednej do kubka”. Jeśli więc pytasz, co mnie interesuje, to właśnie to. Naga prawda, skóra, mięśnie, krew. Bez wielkiej ceremonii i zadęcia.

Da się?
– Mam nadzieję, że tak, a nawet jeśli jest w filmie jakaś pompa, jakaś piękna przemowa, to w straszliwej spiekocie. Taka perspektywa podejscia do powstania mnie interesuje. A przede wszystkim fascynuje mnie ludzka masa wpływająca na jednostkę. Masa, która napiera i łamie kości. W filmie chcę pokazać jak indywidualni ludzie sobie z tą masą radzą.

Kwestionują sens powstania?
– W ogóle nie zadają sobie takich pytań, bo nie zdają sobie sprawy, co ich czeka. Przecież ci młodzi ludzie idą do powstania myśląc, że będzie trwało trzy dni. Biorą ze sobą po trzy pary skarpetek. Ale trzeciego dnia okazuje się, że dzielnice, które miały być zdobyte nie są zdobyte, że Żoliborz jest odcięty, że Mokotów jest odcięty, że Zachód nie pomaga. Nagle zaczęli się naprawdę bać. Pytałem powstańców, kiedy zrozumieli, że to będzie koniec. Zwykle mówią: trzeciego, czwartego dnia. Szybko więc zrozumieli, że są po pas w gównie, że ich Niemcy zmiotą. Kiedy piątego dnia rozniosło się, że na Woli Niemcy wyżyną wszystkich, Polacy nie mogli uwierzyć, że czeka ich to, co Żydów w getcie, że naziści chcą wymordować całą stolicę. Dzisiaj wiemy, jakie były plany Hitlera, ale to jest współczesna perspektywa. Nie można mieć do powstańców pretensji, że nie widzieli wtedy tego, co my wiemy dzisiaj. To nieuczciwe. Oni nawet nie wiedzieli, co czeka ich następnego dnia. Taki był horyzont czasowy.

O czym filmowi powstańcy rozmawiają?
– Nie ma wielkich rozmów na wielkie tematy. Gadają o małych rzeczach, głupotach. Gdzie mam przejść? Gdzie dojdę tą drogą? Kto ma opatrunek? Kto się w kim zakochał? Chciałbym te małe rozmowy połączyć z wielką epicką historią. Życie młodych ludzi w czasach najprawdziwszej apokalipsy.

Powstańcom podoba się twój pomysł na film?
– Myślę, że tak. Oni mi powtarzali wielokrotnie: „Nie zrób nam pomnika, bo to będzie wielka krzywda”. Powstańcy doskonale zdają sobie sprawę, że są wykorzystywani politycznie i bardzo tego nie chcą widzieć na ekranie.

Duże poruszenie wywołały swego czasu słowa generała Zbigniewa Ścibora-Rylskiego, prezesa Zarządu Głównego Związku Powstańców Warszawskich, który powiedział: „My, żołnierze walczącej stolicy, powinniśmy złożyć najwyższy hołd i przeprosić ludność cywilną, że poniosła tak straszne upokorzenia i cierpienia w czasie Powstania”. Co myślisz o tych przeprosinach?
– Myślę, że generał mówi z dzisiejszej perspektywy, bo kiedy powstanie trwało, miał wpływ, jak wszyscy inni, na to, co się działo w obrębie sześciu metrów kwadratowych od niego, kiedy stał na pozycji strzeleckiej gdzieś na Czerniakowie i dawał znaki latarką na drugi brzeg Wisły. To piękne słowa i branie na siebie odpowiedzialości większej niż ona była. To trochę, jak papież przepraszający za antysemityzm Kościoła katolickiego w dawnych czasach. Pytanie o ludność cywilną jest jednym z najtrudniejszych, jakie można zadać powstańcom. Trzeba też pamiętać, że ich od cywilów różniła właściwie tylko opaska na ramieniu i przeszkolenie w lesie z użycia broni, podczas którego strzelali do puszek.

Wszyscy chcieli wolności. Cywile też. Ale w miarę trwania powstania ludność cywilna jakby się wytrąciła ze wspólnego frontu, stanęła raptem między młotem, a kowadłem, między powstańcami i Niemcami. Zdarzały się takie sytuacje, co będzie w filmie, że cywile poddawali kamiencę, w której byli powstańcy. Miłość do niech szybko mijała, kiedy Niemcy w odwecie zaczęli mordować masowo kobiety i dzieci. Sami powstańcy zrozumieli wtedy coś naprawdę strasznego, że walczą o coś, o co pretensję mają do nich ludzie, dla których walczą.

Wspomniałeś, że zdjęcia do filmu mają trwać 63 dni czyli tyle ile trwało powstanie. Premiera ma być w 70. rocznicę wybuchu powstania czyli 1 sierpania 2014 roku. Pokaz ma być na Stadionie Narodowym. To wszystko bardzo trąci mi kiczem.  

– To jest trochę poza mną. Nie mam wpływu na maszynę promocyjną i to, co medialnie się dzieje i będzie działo wokół filmu. Ale też nie mam o to pretensji, bo dla wielu ludzi to bardzo ważny temat, stąd ta symbolika. Nie wiem czy zdjęcia będą finalnie trwały 63 dni, czy 60. Będziemy kręcić tyle, ile potrzeba. Nie przeszkasza mi też premiera na Stadionie Narodowym. Myślę, że to zaszczyt.

Dlaczego mielibyśmy zabraniać ludziom takiej symboliki czy emocji, skoro ewiedentnie jest taka potrzeba? Do nas piszą grupy rekonstrukcyjne, które koniecznie chcą wziąć udział w zdjęciach. Odpowiadamy, że nie mamy pieniędzy by te sześćdziesiąt osób przetransportować z Warszawy do Wrocławia na plan, a oni na to, że przyjadą na własny koszt, że kolejnego takie filmu o powstaniu nie będzie. Jakiś statysta z Olsztyna się zapożyczył i przejechał całą Polskę, żeby wystąpić w trzecim planie. To jest jakieś pospolite ruszenie, które naprawdę dodaje mi skrzydeł. Nie ukrywam, że bardzo z tego czerpię.

Jeśli coś jest dla wszystkich, to jest dla nikogo. Ty musisz zadowolić „Miastem ‘44” wszystkich: starszych, młodszych, polityków, donatorów, powstańców. Jak masz zamiar to zrobić?
– Pierwsza sprawa to temat. Jest tak popularny i jest nim takie zainteresowanie, że ludzie po prostu przyjdą film zobaczyć.

Ale co zrobić, żeby wyszli zadowoleni?
– Widownia chce widowiska i ja mam zamiar, dzięki 24 milionom złotych na produkcję, je dostarczyć. To będą dobrze wydane pieniądze. Nikt nie chce pracować przy czymś, z czego potem mają się śmiać ludzie. Nie możemy przynieć wstydu sobie i krajowi. Chciałbym, żeby „Polish movie” wzbudzał respekt za granicą. Ludzie uwielbiają też rzeczy, których nie widzieli, a trochę nowości w tym filmie planuję.

Jeden z krytyków filmowych powiedział mi, że nie spodziewa się niczego dobrego po tym filmie, że to będzie historia pięknych łączniczek z jędrnymi ustami i przystojnych chłopców z blond czuprynami, którzy zginą za Polskę.
– Wszystko się zgadza. Uwielbiam piękno i piękno będzie pokazane, tylko w pewnym momencie pięknej łączniczce urwie głowę i krew poleje się strumieniami. Będzie więc obok blond czupryn okrucieństwo wojny, masakra, ale także sporo czarnego humoru.

Kiedy zaczyna się historia Stefana, Kamy i Biedronki? W dniu wybuchu powstania?
– Nie, przed. Chciałem pokazać, jak młodzi ludzie wpadli w powstanie. A żeby gdzieś wpaść, trzeba skądś wypaść. Dlatego pierwsza część filmu dzieje się przed wybuchem. Chcę, żeby była wręcz familijna, żeby widzowie spróbowali zapomnieć, że powstanie w ogóle ma się zacząć. Druga część to walka, a trzecia wycofanie i przeżycie po. Mniej więcej od połowy będziemy się powoli staczać w czarną otchłań.

Główni bohaterowie to bardzo młodzi aktorzy, których znalazłeś na castingach. Celowo zrezygnowałeś ze znanych nazwisk?
– Tak, chcę, żeby widz skupił się na historii, a nie gwiazdorskiej obsadzie. Poza tym ci młodzi, ponadprzeciętnie utalentowani ludzie, mają w sobie wielką świeżość, której potrzebowałem. Zosia Wichłacz czyli Biedronka, która w kwietniu skończyła 18 lat. To dla nich wszystkich naprawdę duże wyzwanie.

Będzie w filmie miejsce na kontrowersje?
– Cały film będzie się składał z kontrowersji, które – nawiasem mówiąc – pojawiły się już na etapie scenariusza. Dlatego ważnym dla nas zadaniem było „odnazwienie” wszystkich postaci i miejsc. Nie chcemy, żeby nasi bohaterowie czy miejsca były odniesieniem jeden do jednego do historii. Nie robimy dokumentu. W powstaniu, co oczywiste, brali udział wspaniali ludzie, którzy potem okazywali się podli, źli, którzy niespodziewanie pomagali innym, były zachowania nieżołnierskie, duże rozluźnienie obyczajów. Wszystko wtedy stanęło na głowie. Dzieci były ważniejsze od rodziców, starsi musieli słuchać młodszych. Bez pokazania tego wszystkiego film byłyby nieprawdziwy.

Danuta Szaflarska opowiadała. Jest kapitulacja i ona schodzi do piwnicy, a tam wszyscy dosłownie wyją ze śmiechu. Co ich tak rozbawiło? W kamienicy, przez całe powstanie ukrywała się jakaś kobieta. Wyszła z niej dopiero po kapitulacji i od razu dostała kulkę w łeb. Straszne, absurd, ale tych młodych to bardzo rozbawiło. Taki to był czas.

Teraz jesteś już teraz spokojny o film?
– Co ty, mam nieustanne trudności ze snem. Cały czas myślę o powstaniu.

Może nie trzeba było się za to zabierać?
– Wtedy to już bym na pewno oszalał!

_____

Jan Komasa urodził się w 1981 roku z Poznaniu, gdy miał 7 lat rodzina przeniosła się do Warszawy. Jest reżyserem i scenarzystą filmowym. Studiował na Wydziale Reżyserii łódzkiej Szkoły Filmowej. Jest autorem reklam, teledysków, filmów dokumentalnych i fabularnych, a także spektaklu Teatru Telewizji. Zadebiutował w roku 2005 „Odą do radości”. Duże uznanie i mnóstwo nagród przyniósł mu nakręcony w 2011 roku film „Sala samobójców”. 19 września 2014 r. do kin wejdzie jego film o Powstaniu Warszawskim „Miasto 44”.

_____

Rozmowa ukazała się w „Przekroju”  31.07.2013 r.

_____

© Mike Urbaniak | Fot. Tatiana Jarycha/ITI Cinema

Reklamy
Zwykły wpis
AKTORZY/AKTORKI, DYREKTORZY/DYREKTORKI, REŻYSERZY/REŻYSERKI

Koniec pewnej epoki

Szymon Szurmiej, fot.Marek Górecki

„Teatr był we mnie od zawsze. Od narodzin. I był jak wyrok, przeznaczenie, los” – mówił Szymon Szurmiej. Teatrowi był wierny do końca życia. A życie miał długie i barwne.

Łuck nie był największym miastem województwa wołyńskiego, większe było Równe. Ale to on był stolicą tego daleko wysuniętego na wschód regionu II Rzeczpospolitej. Żyli tam wspólnie Polacy, Żydzi, Ukraińcy, Rosjanie, Tatarzy, katolicy, prawosławni, protestanci, muzułmanie. W domach i na ulicach słychać było polski, rosyjski, ukraiński i jidysz, zwany żydowskim. Jedni szli w niedzielę do kościoła, inni do cerkwi, a jeszcze inni, ale w piątek, do synagogi – tych było w Łucku najwięcej. Blisko połowa 40-tysięcznej populacji miasta to Żydzi.

Mieszkali na „Żydowszczyźnie”, jak nazywano ich dzielnicę, której epicentrum była potężna, zbudowana w 1628 roku za zgodą króla Zygmunta III Wazy, renesansowa synagoga w wieżą obronną. To do niej chodziła Rebeka Biterman, zwana Ryfką. „Die kluge Rifke” – mówili w Równem, bo Rebeka miała opinię mądrej i zaradnej kobiety.

Była córką Mojżesza Bitermana, drzewnego przedsiębiorcy i człowieka wielkiej pobożności, prawej ręki cadyka w Międzyborza. Mojżeszowi córkę porwał (dosłownie!) Jan Szurmiej – „zruszczony polski szlachciura” jak mówił o nim syn lub „po prostu Ukrainiec” jak pisał Henryk Grynberg. Pobrali się i zamieszkali właśnie w Łucku, gdzie Ryfka prowadziła sklep z butami, a Jan był elektrykiem. Za kołnierz nie wylewał, więc cały dom był na głowie Rebeki. Biedowali okropnie.

Mieli kilkoro dzieci, które jednak szybko umierały. Przeżył dopiero on, urodzony 18 czerwca 1923 r. syn. Dostał na imię Szymon czyli Symcha, co po żydowsku znaczy „radość”. Siedem lat po nim na świat przyszła jeszcze Fejgełe (po żydowsku „ptaszek”) czyli Żenia Iwanowna – jedyna siostra Szymona.

Zagrać diabła
Mały Szymek był, jak to się kiedyś mówiło, żywym srebrem. Śpiewał, opowiadał dowcipy (całe życie był niezmordowanym kawalarzem), recytował wiersze, występował. „Teatr był we mnie od zawsze. Od narodzin. I był jak wyrok, przeznaczenie, los” – wspominał po latach. Miłością do rosyjskiej literatury zaraził go ojciec, wielbiciel Aleksandra Puszkina. Ważne też było kino (w Łucku były dwa – „Bałtyk” i „Słońce”), w którym Szymon, zakradając się na seanse nielegalnie przez okno w toalecie, zobaczył po raz pierwszy Charliego Chaplina. Często go potem naśladował.

Niełatwo było w tych czasach pochodzić z mieszanej rodziny. Polacy nazywali Szymona parchem, a Żydzi mamzerem czyli bękartem, ale on się nie przejmował, zawzięcie grał w jasełkach (oczywiście diabła) i spektaklach purimowych. Ojciec zabierał go do kościoła, a matka do synagogi, z ojcem rozmawiał po polsku, a z matką w jidysz, w domu była choinka na święta Bożego Narodzenia i maca na Pesach. Ta podwójna tożsamość polsko-żydowska będzie do końca życia jego motorem napędowym.

Poszedł – nalegała na to matka – do szkoły prowadzonej przez CISZO czyli Centrale Jidisze Szuł – Organizacje (Centralną Żydowską Organizację Szkolną), należał też do SKIF-u czyli Socjalistiszer Kinder-Farband (Socjalistycznego Związku Dziecięcego), żydowskiego harcerstwa, a potem wstąpił do Jugent Bund „Cukunft” (Związku Młodzieży „Przyszłość”). I CISZO, i SKIF, i Cukunft były afiliowane przy Bundzie, jak w skrócie nazywano Allgemajner Jidischer Arbeiterbund in Lite, Poilen un Rusland (Powszechny Żydowski Związek Robotniczy na Litwie, Polsce i Rosji). Wychowywano go więc od małego w duchu antysyjonistycznym i socjalistycznym. Ważnym elementem tego wychowania była oczywiście nauka jidysz. To właśnie w CISZO-wskiej szkole Szymon zapisał się do kółka dramatycznego, gdzie poznał wielkie nazwiska żydowskiej literatury. Icchak Lejb Perec, Mendele Mojcher Sforim czy Szolem Alejchem zostaną z nim do końca.

Po środku
Wojna dociera do Łucka w 1941 roku i zaczyna się dla osiemnastoletniego Szymona od wywózki z przystankami w Kujbyszewie, Czkałowie, Ługańsku i Dżambule (dzisiaj to Taraz, miasto w południowym Kazachstanie). Siomka, jak go tam nazywano, pracował najpierw przy wyrębie lasu, potem w cukrowni i fabryce spirytusu. Wszędzie gdzie się pojawiał zakładał jakiś estradnyj ensambl. Tak przynajmniej twierdził.

Jego opowieść o latach zsyłki, trudna do zweryfikowania, jest pełna anegdot i dowcipu. Śmierci, przemocy i cierpienia właściwie w niej nie ma. Można odnieść wrażenie, że Siomka właściwie świetnie się bawił. Dlatego są tacy, którzy tym opowieściom nie dają wiary. Więcej jest tu pytań niż odpowiedzi. Szurmiej opowiadał, że zaczął, będąc w Dżambule, chodzić do Rosyjskiego Teatru Dramatycznego. Co to za teatr? Gdzie ten teatr był? Dlaczego więzień mógł chodzić do teatru? Jak w ogóle tam trafił? Żadnych odpowiedzi. Podobno chciał się też zapisać od Armii Andresa, ale go nie przyjęto, bo Żydom kazano stanąć na lewo, Polakom na prawo, a on stał po środku. To raczej kolejna anegdota Szurmieja. Jego zmyślony świat nieustannie przeplatał się z tym prawdziwym. Jedno jest pewne. W Dżambule Szymon poznał Aidę, która szybko zaszła w ciążę, więc trzeba było się ożenić. Równie szybko.

Powrót do Polski (już innej)
W 1946 roku 23-letni Szymon Szurmiej wraca do Polski, ale nie do tej, z której go wywieziono i nie sam. II RP zastąpiła Polska Ludowa, a Szymon nie jest już kawalerem. Wywieziony z „ziem utraconych”, przyjechał na „ziemie odzyskane”. Już z żoną – Aidą, która niedługo po tym, jak wysiedli w Jaworze niedaleko Wrocławia, urodziła ich syna. Dostał na imię Jan, po dziadku Szurmieju. Cała rodzina szybko przeprowadziła się do Wrocławia, gdzie młody Szymon angażował się zarówno w życie artystyczne, jak i żydowskie. Rok później urodziło mu się drugie dziecko – córka Helena (zwana Leną). Małżeństwa to jednak nie uratowało. Aida zabrała dzieci i odeszła od męża. Szymon Szurmiej znów jest wolny i może oddać się sztuce.

Zaczyna w 1951 r. jako asystent Jakuba Rotbauma w Dolnośląskim Teatrze Żydowskim we Wrocławiu. Rotbaum, reżyser i malarz, uczeń Konstantego Stanisławskiego i Wsiewołoda Meyerholda, wrócił do Polski po wojnie namówiony przez Idę Kamińską. Kieruje najpierw Dolnośląskim Teatrem Żydowskim, a od 1952 r. Teatrem Polskim. W Polskim Szurmiej asystuje potem także Wilamowi Horzycy, by w końcu wyreżyserować swój pierwszy spektakl – „Chirurga” (oryginalny tytuł: „Płaton Kreczet”) Ołeksandra Korniejczuka, szefa Związku Pisarzy Sowieckich Ukrainy i członka Rady Najwyższej ZSRR, a prywatnie męża Wandy Wasilewskiej.

Na takiej premierze nie mogło zabraknąć komunistycznych dygnitarzy. Był wśród nich i Gieorgij Michajłowicz Popow, ambasador Związku Radzieckiego w Polsce, któremu Szymon Szurmiej żali się, że nie ma żadnych wieści o swojej rodzinie, która została w Łucku. Popow odezwał się po jakim czasie i poinformował Szurmieja, że ojciec i siostra żyją. Niestety nic nie wiadomo o matce.

Błogosławionej pamięci Rebece
„Tę cząstkę marmuru wmurowaną w ścianę poświęcam mojej najdroższej matce błogosławionej pamięci Rebece Biterman Szurmiej zamordowanej przez hitlerowskich zbirów podczas II wojny światowej. Nie wiem, gdzie znajdują się twoje prochy, ale w moim sercu wraz z twą wielką zamordowaną rodziną – pozostaniesz na zawsze. Twój syn Szymon z żoną Gołdą, synem Dawidem, siostrą Żenią i wszystkimi moimi dziećmi wnukami i prawnukami”. Tablica z taką inskrypcją wisi na murze cmentarza żydowskiego przy ulicy Okopowej w Warszawie.

Do rodzinnego Łucka Szurmiej jedzie w 1963 r., bo – jak mówił – dopiero wtedy go wpuszczono. Zdążył zobaczyć się jeszcze z chorym już bardzo ojcem (zmarł w 1964 r.) i siostrą Żenią.

Koniec Broadwayu
W roku 1955 Szymon Szurmiej przenosi się do Opola (podobno we Wrocławiu nie chciał go Rotbaum), gdzie zostaje kierownikiem artystycznym Teatru Ziemi Opolskiej. W międzyczasie wyjechał też ochoczo budować Nową Hutę, którą komuniści próbowali poskromić Kraków. Wraca jednak do Wrocławia – znów obejmując stanowisko kierownika. Tym razem Estrady Wrocławskiej i Dolnośląskiego Teatru Powszechnego. Ma także etat w Teatrze Rozmaitości (dzisiaj to Wrocławski Teatr Współczesny).

Wrocław był wtedy obok Łodzi najważniejszym centrum żydowskiego życia teatralnego. Jesienią 1949 r. połączono żydowskie sceny obu miast i upaństwowiono. Na czele nowopowstałej i ulokowanej w Warszawie instytucji pod nazwą Państwowy Teatr Żydowski stanęła wybitna żydowska aktorka i reżyserka Ida Kamińska. W 1955 roku scena dostała imię jej matki, nazywanej też do dzisiaj „matką żydowskiego teatru” – Ester Racheli Kamińskiej. Szurmiej zaczyna wtedy w Warszawie gościnne występy.

5 czerwca 1967 r. wybucha wojna między koalicją Egiptu, Syrii i Jordanii, a Państwem Izraela. Ida Kamińska z Szymonem Szurmiejem i całym zespołem Teatru Żydowskiego są na gościnnych występach na Brodwayu. Z Warszawy przychodzi nakaz natychmiastowego przerwania tournée i powrotu do kraju. Wracają. Ida Kamińska głównie po to, żeby znów się spakować i opuścić swoją ojczyznę na zawsze. W powietrzu coraz mocniej czuć odór antysemityzmu, nadchodzi powoli rok 1968. Kamińska wróci do Polski tylko na chwilę w roku 1975, na obchody 50-lecia śmierci swojej wielkiej matki. Powie wtedy: „Drodzy warszawiacy. Ja wyjechałam, inni zostali, nie wiem, kto z nas miał rację”.

Nowy teatr, nowa żona
Wśród tych, którzy zostali był Szymon Szurmiej, który po krótkim okresie rządów Juliusza Bergera (aktora i reżysera, urodzonego także w Łucku) objął 1 września 1969 funkcję dyrektora naczelnego Teatru Żydowskiego. Wielu nigdy mu tego nie wybaczyło oskarżając go o koniunkturalizm. Jak można było przyjąć od komunistów fotel szefa Teatru Żydowskiej po upokorzonej i wyrzucanej z kraju Idzie Kamińskiej? Szurmiej tłumaczył to zawsze tym, że ratował teatr. Wielu nie dawało tym zapewnieniom wiary. W 1971 r., po śmierci Chewela Buzgana, nowy dyrektor naczelny obejmuje także kierownictwo artystyczne i rządzi nieprzerwanie Teatrem Żydowskim do swojej śmierci 16 lipca 2014 roku. Niemal 45 lat!

Dyrektura była równoznaczna z przenosinami do stolicy. Szurmiej przyjechał tu jednak sam. Jego druga żona Ewa i córka Małgorzata zostały we Wrocławiu. Do Warszawy tymczasem przyjeżdża z Łodzi dziewiętnastoletnia piękność, która marzy o tym, żeby zostać aktorką. Nazywa się Gołda Tencer. Wkrótce zostaje trzecią i ostatnią żoną Szurmieja.

Początek tego ponad czterdziestoletniego małżeństwa nie był łatwy. Nikt nie dawał im szans. Gołdę uważano po prostu za „tą kolejną”. Nie było przecież tajemnicą, jakim zatwardziałem kobieciarzem jest Szymon, który mówił po latach w jednym z telewizyjnych programów o Gołdzie: „Ona wniosła mi w wiano młodość, a ja jej troje dzieci i dwie żony”. A jednak, małżeństwo – mimo rozlicznych burz i ogromnej różnicy wieku – przetrwało długie lata. Jego owocem jest urodzony 1985 roku Dawid Szurmiej – kolejny członek aktorskiego klanu.

Siła klanu
Inaczej niż klan o rodzinie Szurmiejów nigdy nie mówiono. Jego rodową siedzibą jest Teatr Żydowski. Choć publiczny, traktowany był przez Szymona Szurmieja niemal jak rodzinna własność. Tak też jest postrzegany na zewnątrz. Zatrudnienie w nim znalazło wielu członków klanu. Wszyscy – trzeba dodać – parają się teatrem i/lub filmem: i Jan Szurmiej (syn z pierwszą żoną), i Lena Szurmiej (córka z pierwszą żoną), i Małgorzata Szurmiej (córka z drugą żoną), i Dawid Szurmiej (syn z trzecią żoną) i Joanna Szurmiej-Rzączyńska (wnuczka Szymona, córka Jana), i Jakub Szurmiej (wnuk Szymona, syn Jana)…

Prasa wielokrotnie krytykowała tę sytuację nazywając ją po prostu nepotyzmem, na mieście krążyły zawsze dowcipy, że jak chce się coś zrobić z Teatrze Żydowskim, to trzeba najpierw zostać członkiem rodziny Szurmiejów. Powszechny jest też pogląd, że stanowisko dyrektora Teatru Żydowskiego jest dziedziczne i zostawać nim mogą i będą kolejni członkowie rodziny. Ta krytyka i żarty były zawsze przy placu Grzybowskim, gdzie mieści się scena, przyjmowane bardzo nerwowo. Gołda Tencer, która została także wicedyrektorką teatru, czyli zastępczynią swojego męża, tłumaczyła to zawsze tradycją wielkich aktorskich klanów.

Wilf i Blanka
W swoim teatrze Szymon Szurmiej zagrał kilkadziesiąt ról i wyreżyserował tyleż samo spektakli. Jego najbardziej znaczące, odnotowane w biogramach, kreacje to Menachem Mendł w „Tewje mleczarzu” Szolema Alejchema, Meszułach w „Dybuku” Szymona An-skiego czy Mendel Krzyk w „Zmierzchu” Izaaka Babla.

Szurmiej grał również w kinie, niemal wyłącznie Żydów. W ciągu czterdziestu lat swojej kinowej aktywności, wystąpił w blisko czterdziestu filmach. Widzowie pamiętają go być może jako Żyda recytującego fałszywe wersy Koheleta w „Sanatorium pod Klepsydrą” Wojciecha Jerzego Hasa albo karczmarza Jankiela w „Janosiku” Jerzego Passendorfera. Ale tak naprawdę jedyną rolą filmową Szurmieja, którą znają wszyscy kinomani jest jego Wilf w legendarnej „Austerii” w reżyserii Jerzego Kawalerowicza z 1982 r. I nie można tu zapomnieć o żonie Wilfa – Blance, którą grała Gołda Tencer.

Szurmiej nie był wybitnym aktorem i reżyserem, jak można było przeczytać w kilku nekrologach. Był w swoim fachu być może niezły, szczególnie w rolach komediowych („Zawsze chciałem być klaunem. Największa satysfakcja jest wtedy, kiedy mogę rozśmieszać ludzi” – mówił). Stworzył kilka ról, które zapadły w pamięć, ale chyba tym starszym bywalcom teatru, bo współczesny świat teatralny (w tym czołowi krytycy i ryżyserzy) omija Teatr Żydowski szerokim łukiem uważając go – najkrócej ujmując – za cepelię. Teatr Szurmieja zatrzymał się bowiem w poprzedniej epoce i nie miał zamiaru się z niej ruszać. Dyrektor uważał do końca swój archaiczny teatr „z pejsami na rzepy” za miejsce powstawania znakomitej sztuki. Jednak żadna znakomita sztuka od lat w jego teatrze nie powstała.

Niezmordowany działacz
Teatr, film, świat sztuki – to jedno. Drugie to polityka i działalność społeczna. Obydwie dziedziny bardzo interesowały Szymona Szurmieja i w obydwu działał. W jednej intensywnie, w drugiej nie tak intensywnie, jakby chciał.

Był Szurmiej członkiem powołanej w stanie wojennym reżimowej Narodowej Rady Kultury, która miała doradzać generałowi Wojciechowi Jaruzelskiemu, a w drugiej połowie lat 80. został posłem na Sejm PRL z ramienia Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej i był wiceprzewodniczącym Sejmowej Komisji Kultury. W III Rzeczpospolitej próbował dwukrotnie zostać parlamentarzystą (raz posłem, raz senatorem) z ramienia SLD, ale nie udało mu się wygrać wyborów.

Znacznie lepiej szło Szurmiejowi w działalności społecznej. Przez blisko dwie dekady przewodniczył Towarzystwu Społeczno-Kulturalnemu Żydów w Polsce, koncesjonowanej przez komunistów organizacji założonej i kierowanej onegdaj przez Grzegorza Smolara, a zbudowanej na zgliszczach Żydowskiego Towarzystwa Kultury i Centralnego Komitetu Żydów Polskich. Był także szefem Komisji Koordynacyjnej Organizacji Żydowskich w Polsce, wiceprzewodniczącym Światowej Federacji Żydów Polskich i członkiem Światowego Kongresu Żydów.

Za jego wyjątkowo rozbudowaną, choć dyskusyjną w obszarze zaangażowania politycznego w poprzedni system, aktywność społeczną i artystyczną otrzymał Szymon Szurmiej mnóstwo nagród, wyróżnień i medali, m.in. Złoty Medal „Gloria Artis”, Krzyż Wielki Orderu Odrodzenia Polski, Wielki Krzyż Zasługi Republiki Federalnej Niemiec czy Medal „Zasłużony dla Tolerancji”. Odcisną też swoją dłoń na Promenadzie Gwiazd w Międzyzdrojach, a dziesięć lat temu został Honorowym Obywatelem Warszawy. Jego kolejne jubileusze gromadziły zawsze w Teatrze Żydowskim wielu ważnych gości ze świata kultury i polityki, głównie lewicy. W zeszłym roku, podczas obchodów swoich 90. urodzin, Szurmiej gościł m.in. Daniela Olbrychskiego, Aleksandra Kwaśniewskiego, Hannę Gronkiewicz-Waltz, Marylę Rodowicz, Marka Borowskiego, Olgę Lipińską, Józefa Oleksego czy Ninę Andrycz.

Koniec pewnej epoki
Ma rację ministra kultury Małgorzata Omilanowska, która powiedziała, że wraz ze śmiercią Szymona Szurmieja kończy się pewna epoka. Epoka, którą ten aktor, reżyser i dyrektor próbował w prowadzonym przez siebie Teatrze Żydowskim za wszelką cenę ocalić i dlatego stworzył przy placu Grzybowskim swego rodzaju mikroświat. W nim mówiono w jidysz, wystawiano Szolema Alejchema, noszono chałaty i opowiadano szmoncesy. Ale tego świata już nie ma i nie ma tej sceny. Właśnie opuścił ją jej ostatni aktor.

_____

Korzystałem z książek: „Szymon Szurmiej” Krystyny Gucewicz, „Teatr żydowski w Polsce” pod. red. Anny Kuligowskiej-Korzeniewskiej i Małgorzaty Leyko, „Moje życie” Idy Kamińskiej, „25 lat Państwowego Teatru Żydowskiego w Polsce” oraz zasobów Pracowni Dokumentacji Teatru Instytutu Teatralnego im. Zbigniewa Raszewskiego w Warszawie.

_____

© Mike Urbaniak | Fot. Marek Górecki

Zwykły wpis
AKTORZY/AKTORKI

Nie jestem Królową Śniegu

6964184

Chociaż nie wiem, jak bardzo bym się starała nie będę wiarygodna w roli prostej, ciepłej kobiety, która mieszka z szóstką dzieci w domku z gankiem i czeka na wracającego z kopalni męża. Nikt mi w to nie uwierzy. Z Magdaleną Cielecką rozmawia Mike Urbaniak.

Niemal każdy wywiad z tobą rozpoczyna się od pytania o to, czy jesteś chłodna, zimna lub zgoła lodowata. Dlaczego?
– Bo tak jest najłatwiej. Cóż mogę zrobić? Jestem rozczarowana, ale przyjmuję to z dobrodziejstwem inwentarza. A ty czujesz jakiś chłód?

Żadnego, choć w ten upalny, lipcowy dzień akurat by się przydał.
– Każdemu, a szczególnie aktorom, przyczepia się rozmaite łatki, które potem trudno odczepić. Do mnie przyczepiono tę o niskiej temperaturze. Oczywiście wiem, skąd ona się wzięła i nie zaprzeczam, że był taki czas, kiedy trzymałam ludzi na dystans, ale przecież wszyscy się zmieniamy. Dzisiaj jestem inną osobą, niż dziesięć czy dwadzieścia lat temu.

Czy łata „Królowej Śniegu” przeszkadzała ci w karierze?
– Mogę podejrzewać, że tak, choć nie mam na to żadnych dowodów. Być może straciłam jakieś role i nie mam na myśli tych, które mnie ominęły, bo po prostu się do nich nie nadawałam. Każdy aktor ma określone warunki psychofizyczne. Chociaż nie wiem, jak bardzo bym się starała nie będę wiarygodna w roli prostej, ciepłej kobiety, która mieszka z szóstką dzieci w domku z gankiem i czeka na wracającego z kopalni męża. Nikt mi w to nie uwierzy.

 Jak daleki jest twój medialny wizerunek od ciebie?
– Zależy, o który wizerunek pytasz. Ten propagowany przez portale plotkarskie? Ten z kobiecych magazynów? Czy może mój wizerunek w tak zwanej branży? Myślę, że tych wizerunków jest bardzo dużo i ja zupełnie nie mam na nie wpływu. Generalnie one nie mają wiele wspólnego z prawdą, co jest też wynikiem kompletnego pomieszania porządków, zlania się słowa „aktor” ze słowem „celebryta”, nad czym bardzo ubolewam.

Nigdy nie chciałam być postrzegana przez pryzmat bycia osobą znaną i miałam to szczęście, że zaczynałam swoją pracę zanim pojawiły się plotkarskie portale, magazyny i w ogóle Internet. Ja nigdy nie prostowałam żadnych bzdur wypisywanych na mój temat, ani też nie wytaczałam procesów, bo uważam, że to woda na ten plotkarski młyn.

Skąd się bierze to wielkie zainteresowanie plotkarskich mediów tobą?
– Nie mam pojęcia, bo ja przecież prowadzę normalne życie. Chodzę na zakupy, do kawiarni, jeżdżę rowerem albo tramwajem. Naprawdę nic szczególnego. Dlatego nie mogę wyjść z podziwu, że ludzi tak bardzo interesuje z kim wypiłam kawę albo jak jestem ubrana. Co jest w tym takiego ekscytującego?

Ciebie to drażni?
– Raczej nieustannie zadziwia. Nie obrażam się, bo wiem, że to jest część mojego zawodu. Nie wiem, jak ty, ale ja uwielbiam czytać komentarze w Internecie. I nie dotyka mnie, co tam ludzie o mnie wypisują, raczej zastanawia, że naprawdę wierzą w te bzdury, które plotkarskie portale publikują.

A wierzą?
– Oczywiście! Kiedy jadę do mamy, która mieszka w malutkiej miejscowości pod Częstochową, to słyszę, że mama musi udowadniać ze jej córka nie jest wielbłądem. Jak można dać wiarę informacji, że biorę ślub w Watykanie? No sam powiedz, czy to nie jest zabawne?

Bardzo, choć pewnie nie dla mamy, która musi to dementować nieustannie w twoich rodzinnych Żarkach.
– Mama nic nie dementuje, tylko odpowiada, kiedy ludzie pytają. Często też dowiaduje się od nich o wielu ważnych wydarzeniach z mojego życia.

 Jakich?
– Gratulowano mamie na przykład moich zaręczyn. Za chwilę pewnie się okaże, że jestem w ciąży!

Często jeździsz do Żarek?
– Kiedy tylko mogę. Jadę tam za parę dni i wiozę mamie szczeniaka. Ktoś go wyrzucił na ulicę i uratowała go moja przyjaciółka. Mamie zdechł niedawno ostatni z psów, więc wiozę jej nowego. Mały nawet nie wie, że będzie mieszkał w raju.

 W raju?
– Tak, bo Żarki-Letnisko, skąd pochodzę, takie właśnie są. To malutka miejscowość – jak sama nazwa wskazuje – letniskowa, otoczona pięknym sosnowym lasem. W dzieciństwie, czyli w latach 70. i 80. zjeżdżali tam letnicy z całego Śląska. W Żarkach panował prawie nadmorski klimat, tylko że bez morza. Takie nieustające wakacje. Cała miejscowość żyła w wynajmowania kwater.

Twoi rodzice też wynajmowali kwatery?
– Pamiętam, że babcia jeszcze tak, ale to powoli wygasało, bo nie było już miejsca. Urodziły się dzieci, potem wnuki. W pewnym momencie w naszym wielopokoleniowym domu mieszkały trzy rodziny. Cudowny czas.

Który się skończył wraz z nadejście liceum.
– Niestety, koniec lat 80. był straszny; wszędzie szarzyzna, wyglądaliśmy okropnie. Dojeżdżałam codziennie pociągiem do Częstochowy. Zupełnie nie wiedziałam, co chcę robić i kim mam być. Wymyśliłam więc sobie, że zostanę plastyczką, choć talentu za grosz nie miałam. Chodziłam po mieście z wielką teczką, udając uczennicę liceum plastycznego.

A co w niej nosiłaś?
– Jakieś bohomazy. Była teczka, długa spódnica, na szyi drewniane korale, rzemienie, kierpce kupione w Sukiennicach w Krakowie i do tego jeszcze torba „konduktorka”.

O mój słodki Jezu!
– To jeszcze nie koniec. Grałam też na gitarze i śpiewałam piosenki z Piwnicy Pod Baranami.

I to jest prapoczątek twojej aktorskiej kariery?
– Były nim z pewnością konkursy recytatorskie, w których startowałam namiętnie i odnosiłam nawet spore sukcesy. To wtedy tak naprawdę złapałam teatralnego bakcyla. Ale nie dlatego, że poczułam „magię sceny”, ale przez ludzi, których tam poznałam. To był mój świat, mój klimat, przyjaźnie i miłości. Pomyślałam sobie wtedy: „Z takimi ludźmi chcę spędzić życie”.

I poszłaś do krakowskiej szkoły teatralnej.
– Do egzaminów przygotował mnie Marek Ślosarski, ówczesna gwiazda częstochowskiego teatru. Jak się okazało – bardzo skutecznie.

Podobno byłaś tak dobra, że profesor Marta Stebnicka powiedziała: „Nie ma po co jej egzaminować”.
 – Być może to powiedziała później, w jakimś wywiadzie, ale nie mnie. Nie miałam poczucia wielkiego sukcesu. Myślałam raczej, że nie poszło mi dobrze, bo co zaczynałam coś mówić, to mi przerywano i mówiono: dziękujemy.

Potwierdzałoby to słowa pani profesor.
– Ja tego tak nie odbierałam. Po fragmencie monologu Bianki z „Białego małżeństwa” Różewicza, profesor Michałowska spytała: „Ale o czym ty dziecko mówisz? Jak to rozumiesz?”. A ja nic, bo nic nie rozumiałam. Byłam po prostu świetnie przygotowana przez Marka.

Nie tylko dostałaś się do PWST za pierwszym razem, ale też niemal od razu zaczęłaś grać w teatrze.
– Miałam dziewiętnaście lat, ale wyglądałam jak czternastolatka, więc dostałam rolę w „Ich czworo” Gabrieli Zapolskiej w reżyserii Krzysztofa Orzechowskiego w Starym Teatrze w Krakowie.

Mój debiut wyglądał tak, że wbiegałam na scenę po schodach i od razu, na premierze, się wywaliłam. Publiczność wyła ze śmiechu, a ja myślałam, że się spalę ze wstydu. Cóż, najważniejsze było, że gram w teatrze, że siedzę w garderobie, że mogą pracować w wybitnymi aktorami, że zarabiam pierwsze pieniądze – oczywiście koleżanki i koledzy ze szkoły bardzo mi zazdrościli.

Nie było to jednak jednorazowe pojawianie się na scenie, bo dostawałaś, nadal jako studentka, kolejne propozycje, a twój debiut od razu po szkole to było prawdziwe „wejście smoka”: propozycja etatu na najbardziej prestiżowej scenie w Polsce czyli w Narodowym Starym Teatrze w Krakowie i debiut filmowy w „Pokuszeniu” Barbary Sass, za który dostałaś nagrodę za najlepszą rolę kobiecą na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych. Miałaś wtedy zaledwie dwadzieścia trzy lata.
– Przyjmowałam to, co przychodziło, nic nie kalkulowałam i byłam wtedy przeszczęśliwa. Już po zdjęciach do „Pokuszenia” dostałam propozycją najpierw z Teatru Ludowego, a potem ze Starego. Obie mnie cieszyły, bo najważniejsze było to, żeby zostać w Krakowie i nie musieć wyjeżdżać do Tarnowa albo Kielc.

Stary był marzeniem, choć dwukrotnie prawie w niego wyleciałam. Pierwszy raz, kiedy ówczesny dyrektor Tadeusz Bradecki zaproponował mi granie w „Ocalonych” Edwarda Bonda. Marzyłam o Szekspirze, o występowaniu na scenie w pięknych sukniach, jak Dorota Segda, jak Ania Radwan, a tu każdą mi mówić „kurwa mać”, „ja pierdolę” i wyglądać jak z półświatka. Nikt jeszcze wtedy nie słyszał w Polsce o brutalistach! Powiedziałam, że nie zagram tego i wtedy usłyszałam, że albo gram, albo do widzenia. Cóż było robić? Zagrałam.

Drugi raz wywalić mnie chciała Krystyna Meissner. Nie mogłam, ze względu na Teatr Telewizji, wziąć udziału w pierwszej próbie czytanej do spektaklu Jerzego Jarockiego, w którym grałam epizod i mówiłam jedno zdanie. Meissner się oburzyła: „Mistrzowi się nie odmawia!”. Powiedziałam, że ja nie odmawiam, tylko nie mogę być na pierwszej próbie i to chyba nie problem, biorąc pod uwagę skalę mojej roli. Wybronił mnie wtedy Andrzej Wajda, który chciał mnie do swojej „Klątwy”. Znów mi się upiekło.

Jesteś w czepku urodzona?
– Nie da się ukryć, choć mogłabym ponarzekać. Mówisz, że miałam takie „wejście smoka”. To prawda, ale po „Pokuszeniu” w kolejnym filmie zagrałam dopiero dwa lata później.

Dlaczego?
– Nie wiem, chyba dlatego, że to był ogólnie okropny czas dla polskiego kina, kiedy powstawały filmy typu „Młode wilki”. Na szczęście robiłam sporo spektakli w Teatrze Telewizji. Bardzo to zawsze lubiłam.

Nie myślałaś nigdy o rzuceniu teatru dla filmu?
– 
Nie, bo – na szczęście – nigdy nie było takiej konieczności, choć w krakowskich czasach grałam nieraz trzydzieści spektakli w miesiącu i jeszcze w filmie. Rano pędziło się pociągiem do Warszawy na plan zdjęciowy, potem powrót o piętnastej do Krakowa i wieczorem spektakl.

W szkole teatralnej poznajesz Grzegorza Jarzyna. Jak ważne to spotkanie?
– 
Teatralnie – najważniejsze w moim życiu, bo Grzegorz mnie ukształtował jako aktorkę. Kiedy zrobiliśmy jeszcze w Krakowie nasz pierwszy spektakl „Iwonę, księżniczkę Burgunda”, to już był zupełnie inny teatr, niż dotychczas. Zresztą to, że Grzegorz jest wyjątkowy, dało się zobaczyć od początku. Jego egzamin już na pierwszym roku reżyserii wzbudził sensację. Szybko zaczęto mówić, że pojawił się reżyser , o którym niedługo będzie głośno.

Podczas pracy nad „Iwoną…” byliście już parą. Potem zrobiliście razem kolejny ważny spektakl czyli „Niezidentyfikowane szczątki ludzkie” w Teatrze Dramatycznym w Warszawie i przyszedł czas na stołeczny Teatr Rozmaitości, który wkrótce miał się stać najgorętszą sceną w Polsce.
– Rozmaitości to było coś nieprawdopodobnego; niesamowity, szalony rozdział w moim życiu. Byliśmy pionierami, czuliśmy się rewolucjonistami. Każdy kolejny spektakl był pójściem krok dalej – w estetyce, w tematyce, w prowokacji. Stworzyliśmy kreatywną grupę, która razem pracowała i razem spędzała czas wolny. Zrobiliśmy wiele świetnych spektakli, zagrałam dużo dobrych ról, podobnie koledzy, dostaliśmy wiele nagród, wyjeżdżaliśmy na niezliczone festiwale na całym świecie. Prawdziwy boom nastąpił po „Hamlecie” w reżyserii Krzysztofa Warlikowskiego.

Z tym spektaklem z 1999 roku związana jest słynna anegdota. Kiedy Hamlet – grany przez Jacka Poniedziałka – rozebrał się na scenie, ktoś z widowni krzykną: „Hamlecie, załóż majtki!”. Mówisz o paśmie sukcesów, które odnosił teatr, ale początki nie były wcale łatwe.
– Z jednej strony był zachwyt części krytyków nad nowym teatrem, który proponowaliśmy, a z drugiej – opór innych przed tym, co się działo na scenie. Grzegorz w sytuacjach kryzysowych mówił: „Albo plan mój, albo chuj”. I to było nasze motto. Wiedzieliśmy, że musimy iść do przodu, choćby nie wiadomo co. Nasze spektakle były bezkompromisowe, a moja Ofelia – bardziej trashowa, niż romantyczna.

Kiedy wystawialiśmy „Magnetyzm serca” na podstawie „Ślubów panieńskich” Fredry, zaprosiłam na spektakl Andrzeja Łapickiego, z którym nieco wcześniej robiliśmy Teatr Telewizji i bardzo się polubiliśmy. Mówię, że Fredro, że klasyka, że koniecznie musi przyjść. I przyszedł. Po spektaklu do mnie podszedł, wyściskał i podarował bukiet kwiatów, ale widziałam, że kompletnie tego nie kupił, bo my jechaliśmy po bandzie. To nie był teatr jaki znał i lubił Łapicki. Przyznał mi to zresztą jakiś czas później mówiąc: „Tak nie można”.

Jednak można, a nawet trzeba. Ten niezwykły teatralny czas, kiedy młoda publiczność stała w niekończących się kolejkach po wejściówki na wasze spektakle skończył się po ośmiu latach. W 2007 roku wystawiacie kultowe dziś „Anioły w Ameryce” Tonego Kushnera. Po nich następuje rozpad TR Warszawa, jak od 2003 roku nazywają się Rozmaitości. Większość zespołu – ty także – odchodzi z Krzysztofem Warlikowskim i zakładacie w 2008 roku Nowy Teatr.
– Nasze rozstanie było nieuchronne, choć oczywiście bardzo bolesne, bo byliśmy właściwie rodziną. Ale wydaje mi się, że zmiana, otwieranie nowych rozdziałów jest w świecie artystycznym nieuniknione i bardzo potrzebne. W pewnym momencie wizje teatru – Krzysztofa i Grzegorza zaczęły się rozchodzić, dlatego zdecydowaliśmy się z częścią zespołu odejść razem z Krzysztofem. Dziś, kiedy emocje już opadły, oba teatry bardzo z siebie czerpią.

I rywalizują.
– Ale to dobra, uczciwa rywalizacja. Wiesz, spędziłam z TR wspaniałe lata sukcesów i porażek, radości i awantur, szalonych imprez do rana i trudnych omówień w garderobie, ale trzeba iść dalej. Dlatego budujemy teraz tu, na Mokotowie, nasz Nowy Teatr.

W Nowym Teatrze grasz – z wyjątkiem „Pinokia” w reżyserii Anny Smolar – wyłącznie w spektaklach Krzysztofa Warlikowskiego. Gościnnie, w innych teatrach, występujesz bardzo rzadko. Warlikowski ci wystarcza?
– Przypominam ci, że zrobiłam sobie od niego przerwę.

Rzeczywiście, nie zagrałaś w jego „Opowieściach afrykańskich według Szekspira”. Dlaczego?
– Bo się Krzyśkiem zmęczyłam, czułam, że robię się nieznośna nawet sama dla siebie. I kiedy Krzysztof zaproponował mi rolę Desdemony, i jeszcze Otella miał grać Andrzej Chyra, powiedziałam: „O nie!”. Od razu wiedziałam, jak to będzie wyglądało, jak ja to zagram. Poczułam wtedy, że muszę od tego odpocząć, poszukać czegoś innego, sprawdzić siebie u innego reżysera niż Warlikowski.

Zagrałam wtedy gościnnie w Teatrze IMKA, potem w Narodowym i to mi znakomicie zrobiło. Śmiejemy się czasem z kolegami i koleżankami z Nowego, że dobrze jest czasem zagrać w spektaklu, który trwa półtorej godziny i można na niego zaprosić lekarza albo opiekunkę do dziecka.

Ta separacja dobrze ci – zdaje się – zrobiła, bo wróciłaś z przytupem jako Sally Bowles w „Kabarecie warszawskim” Warlikowskiego.
– Tak, separacja zrobiła mi bardzo dobrze. Stęskniłam się za Krzyśkiem, za zespołem, za wyjazdami. Dostałam w końcu propozycję inną, niż dotychczas czyli cierpiącej ofiary. Praca nad „Kabaretem warszawskim” była wspaniała. Czułam, że robimy super spektakl i że ja dostałam kawał świetnej roli do zagrania.

Wyobraź więc sobie, co czułam, kiedy na trzy tygodnie przed premierą nabawiłam się na próbie kontuzji ręki i trzeba było założyć na nią gips. Myślałam, że oszaleję. Ryczałam mamie do słuchawki: „Dlaczego akurat mi się to musiało przytrafić?”. Ale w końcu powiedziałam sobie: „Zagram to nawet w gipsie z ręką na temblaku!”. I zagrałam.

Zagrałaś i zebrałaś znakomite recenzje, a od stołecznej redakcji „Co Jest Grane” dostałaś między innymi za tę rolę Wdechę w kategorii Człowiek Roku.
– Byłam totalnie tą nagrodą zaskoczona i cieszyłam się jak dziecko. Wdecha stoi dzisiaj w Nowym Teatrze, obok Wdech Krzyśka i Staszki Celińskiej. Mamy już małą kolekcję.

Wdechy Wdechami, ale zaczynasz już dostawać medale.
– Kiedy zadzwoniono do mnie z Ministerstwa Kultury z informacją o medalu powiedziałam: „O Boże! „Gloria Artis” dla mnie? Chyba już pora umierać”. Na to usłyszałam: „Proszę się nie martwić. To jest dopiero srebrna „Gloria”, jest jeszcze złota”. Uff. Ale miesiąc później dzwonią do mnie z Kancelarii Prezydenta, że pan prezydent przyznał mi Złoty Krzyż Zasługi i zaprasza na wręczenie. Wtedy zrobiło się już poważnie.

Odznaczenia w Pałacu Prezydenckim były wręczane w Dzień Matki. Zabrałam więc mamę. Była dumna i wzruszona. A w ramach bonusu znalazła się także na Pudelku.

Ale jak?
– Przypadkowo, była na jednym ze zdjęć, które posłużyło do omówienia tego, jak byłam ubrana, przepraszam – wystylizowana. Bo według plotkarskich mediów ludzie się nie ubierają tylko stylizują. A ja po prostu, jak mam gdzieś wyjść, to otwieram szafę, wybieram z niej jakiś ciuch, robię makijaż i wychodzę.

Czy ktoś kiedyś doradzał ci w sprawach wizerunku albo nim zarządzał?
– 
Nigdy w życiu! Sama sobą zarządzam, sama ogarniam swój kalendarz, sama umawiam wywiady.

Popularność ci przeszkadza czy pomaga?
– Zwykle jest bardzo miła. Gorzej kiedy czuję, że mam cały dzień ogon w postaci paparazzo, który mnie nieustannie fotografuje. Choć do tego też się można przyzwyczaić. I wiesz wtedy, że jak na przykład wypadną ci na ulicy ziemniaki z siatki i się schylisz, żeby je pozbierać, to na drugi dzień będzie już na jakimś portalu zdjęcie z podpisem: „Nawalona Cielecka zatacza się na ulicy”.

Ale najbardziej chyba paparazzi liczą na to, że sfotografują cię z Andrzejem Chyrą.
– A tak! Masz rację. Najważniejsze są zdjęcia z Andrzejem. Żartujemy, że jeśli dożyjemy późnej starości, to jedno będzie sfotografowane na pogrzebie drugiego z podpisem, w zależności, kto się pierwszy zawinie: „Kochał ją do końca” (w wersji ja umieram pierwsza) albo „Kochała go do grobowej deski” (w wersji: pierwszy jest Andrzej). Bo co mamy robić? Możemy się z tego tylko śmiać.

A przeszkadza ci to, że w mediach, o których mówimy jesteś umieszczana w towarzystwie znanych z tego, że są znani?
– Nie, bo jestem Magdaleną Cielecką, a nie Jadzią z jakiegoś serialu. Ciężko pracowałam na moje nazwisko. Mam ponad dwudziestoletni dorobek teatralny i filmowy, z którego jestem dumna. Chociaż jeśli chodzi o film, to mam nieustanny niedosyt. Liczę na to, że ciekawe propozycje jeszcze nadejdą.

Moje starsze koleżanki mówią, że kiedy aktorka jest koło czterdziestki czy tuż po niej, to telefon na jakiś czas przestaje dzwonić, że nie ma wielu ról w kinie. Ja skończyłam w tym roku czterdzieści dwa lata i jednak czekam na propozycję ciekawej roli. Proszę dzwonić!

_____

Magdalena Cielecka (ur. 1972) jest jedną z najlepszych i najpopularniejszych polskich aktorek. Pochodzi z miejscowości Żarki Letnisko niedaleko Częstochowy. Ukończyła Wydział Aktorski Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej im. Ludwika Solskiego w Krakowie. Jeszcze w szkole zadebiutowała na deskach krakowskiego Narodowego Starego Teatru, by następnie współtworzyć dwa najgorętsze teatry Warszawy – najpierw TR i obecnie Nowy. Zagrała w najgłośniejszych spektaklach Grzegorza Jarzyny i Krzysztofa Warlikowskiego. Za swój kinowy debiut w „Pokuszeniu” Barbary Sass otrzymała nagrodę za najlepszą rolę kobiecą na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych. W następnych latach zagrała w m.in. „Amoku” Natalii Koryncka-Gruz, „Zakochanych” Piotra Wereśniaka, „Egoistach” Mariusza Trelińskiego, „Samotności w sieci” Witolda Adamka czy „Wenecji” Jana Jakuba Kolskiego. Ma na swoim koncie także kilkanaście seriali (m.in. „Magda M.”, „Czas honoru”, „Hotel 52” czy „Bez tajemnic”) oraz kilkadziesiąt spektakli Teatru Telewizji (za rolę Pani Dulskiej w „Moralności pani Dulskiej” w reżyserii Marcina Wrony otrzymała w zeszłym roku nagrodę za najlepszą rolę kobiecą na Festiwalu Teatru Radia i Telewizji). W tym roku została odznaczona Srebrnym Medalem „Zasłużona Kulturze Gloria Artis” oraz Złotym Krzyżem Zasługi. Mieszka na warszawskim Mokotowie.

_____

Rozmowa ukazała się na portalu Gazeta.pl 19.07.2014 r.

_____

© Mike Urbaniak | Fot. Magda Hueckel

Zwykły wpis