REŻYSERZY/REŻYSERKI

Tu mówi chór!

gornicka marta portret _6813656

My, kobiety, musimy mówić głośno przeciw językowi patriarchatu, heteronormy i przemocy języka. Z Martą Górnicką rozmawia Mike Urbaniak.

„Baby polskie, baby parzone, babki piaskowe”.
– Ćwierczakiewiczowa. „Przepis na babę”.

Dlaczego go śpiewacie?
 Żeby trochę zamieszać w kulturowym przepisie na babę, żeby się z niego pośmiać lub może bardziej –  obśmiać.

To ma być prowokacja? Chór Kobiet – z bardzo przecież feministycznym przesłaniem – wyśpiewuje przepis na ciasto?
 Jest w tym coś przewrotnego, nie sądzisz? W gruncie rzeczy chodzi o to, żeby ten przepis na babę podważyć. Kobieta nie jest ciastem ani ciasteczkiem. Wybrałam ten przepis, żeby pokazać opresywność języka: baba parzona, babka bez ambarasu, którą można zrobić w 6 do 8 godzin. Mimo, że ten język jest lekki to gdzieś tam, w drugiej warstwie, pojawia się coś, co wskazuje na robienie, urabianie, formowanie kobiety. Rozbrajanie kulturowego przepisu na babę językiem kuchennym ma w sobie jakąś sprzeczność, a ja tak właśnie lubię pracować: sprzecznością, kontrastem, nagłą zmianą.

Nie da się ukryć. Po Ćwierczakiewiczowej jest nagle i Foucault, i Simone de Bouvoir. Człowiek dostaje mocno po ryju. Tak się czułem na waszym koncercie.
– I tak miało być! Bo archaiczny przepis na ciasto z dziewiętnastego wieku zderzony z Foucaultem daje nieprawdopodobny, mocny efekt. On pisze o tym, jak na okładkach kolorowych czasopism sprzedawane jest jedzenie; jest błyszczące i sexy. Ani słowa o tym, jak zdobyć składniki by to jedzenie przygotować, jak zdobyć chardonnay, ile to kosztuje. Także w sensie symbolicznym. Jaki jest koszt tego kulturowego robienia kobiety? Ile to wszystko kobietę kosztuje? Dlatego uważam za szalenie ważne zadawanie tego pytania, wychodzenie z oczywistych schematów. Na styku wielu języków, uruchamia się coś, co nazywam Wieżą Babel – miks języka filozofii, starożytnego dramatu z językiem Ćwierczakiewiczowej i szumem telewizora. Prawdziwy głos kobiet jest być może właśnie na granicy tych języków. Same musimy go odnaleźć, bo kobieta jest opisana w kulturze głównie przez mężczyzn. Kultura uzurpuje sobie prawo do „obiektywnych” sądów o nas. Mówi, kobiety są takie, śmakie i owakie. Etykietuje. Tymczasem my wcale takie nie jesteśmy. A to co jest kobietą pewnie „znajduje się poza”.

Dla kultury patriarchatu jesteś zwykłą terrorystką.
– Mój pomysł na chór opiera się na podkładaniu bomb pod język. To jest oczywiście niebezpieczne i ryzykowne; najbardziej dla słuchającego, ale także dla osoby wypowiadającej słowa na scenie. Nie mamy jednak wyboru. My, kobiety, musimy mówić głośno przeciw językowi patriarchatu, heteronormy i przemocy języka.

Kim są członkinie chóru?
– Są bardzo różne, w różnym wieku, z różnych środowisk i zajmują się różnymi rzeczami. Mamy i szansonistkę, i socjolożkę, i producentkę, i matematyczkę, i muzykolożkę. Mocną, odważną grupę. Babski kosmos.

Na czym polegały przesłuchania?
– Na wykonaniu bardzo różnych zadań, na przykład mówieniu jak Lord Vader albo jak komputer albo jak zwierzęta sprzed pięciu tysięcy lat. Mówiłam: – Ważysz pięć ton i latasz. Jaki wydajesz dźwięk? To był totalny eksperyment i poszukiwanie dźwięku, który nie jest wzięty z naszej kultury, ale z języka, którego one nie znają, którego brzmienia nie można oddać przez naśladownictwo, bo trzeba znaleźć go w sobie. Prosiłam je także o przyniesienie fragmentu antycznego dramatu i o wypowiedź we własnym wymyślonym języku. Trzeba też było oczywiście przygotować obowiązkowo fragment przepisu kuchennego.

Jeden wielki eksperyment. Czy ty wiedziałaś dokładnie co z tego wyjdzie?
– Absolutnie nie. Ani ja, ani one. Ale takie było moje założenie od samego początku. Robimy to (czyli szukamy nowoczesnej formy dla chóru w teatrze) i nie wiemy, jaki będzie finał, co z tego powstanie. Ja nawet nie przypuszczałam, że wyjdzie z tego spektakl! Na jedną z naszych prób w Instytucie Teatralnym, przyszedł jego dyrektor Maciej Nowak. Usiadł, popatrzył, posłuchał i powiedział: „To jest gotowe. Kiedy premiera?”. Mówię: „Ale mam jeszcze sporo materiału do zrobienia, jeszcze to, jeszcze tamto”. Moja obrona była jednak daremna. Dyrektor postanowił, że to trzeba natychmiast pokazać ludziom. Nie spodziewałam się, że to wszystko potoczy się tak szybko.

Czy ktoś odszedł ze względu na mocne zacięcie feministyczne libretta?
– Nie i przyznam, że to było dla mnie zaskoczeniem, bo przypuszczałam, że może się wykruszyć nawet dziesięć osób. Kiedy po raz pierwszy przeczytałam libretto, usłyszałam nawet, że „mogłoby być bardziej feministyczne”. Ale spodobało się dziewczynom. Podsyłały nawet swoje teksty i jeden dodałam: „A ja jestem niedostępna, bo inaczej mnie zjedzą. Wszyscy by mnie wyruchali”. Mocne. Zresztą inne teksty też są bardzo inwazyjne, jak ten Świrszczyńskiej: „Mówię do swojego ciała: ty ścierwo, ty ścierwo zabite na głucho gwoździami. Ślepe i głuche jak kłódka”. Bardzo to jest subwersywne i dla mówiącego to „ciała” przecież niełatwe. Dziewczyny długo wkładały te dźwięki i teksty w siebie. To był kilkumiesięczny proces dla każdej z nich. Chór to 28 kobiet, plus ja.

Szykujesz kolejny nabór?
– 
Tak, bo trzeba wzmocnić nasz zespół. Czasami któraś z dziewczyn musi wyjechać albo zachoruje i mamy problem. Poza tym wszystkie mają rodziny, pracują. Dlatego kolejny nabór jest niezbędny. Zapraszam wszystkie kobiety, szczególnie starsze, które – mam poczucie – czują się wykluczone. Chciałabym mieć nawet sto osób, ale to chyba nierealne, choćby ze względu na warunki pracy w ograniczonej metrażem przestrzeni. Tak czy siak trzeba się wzmocnić, tym bardziej, że zaczniemy pracować niedługo nad nowym projektem. Premiera zaplanowana jest na wiosnę, a ja już się boję że libretto będzie zawierało teksty, których niektóre osoby z chóru nie będą chciały wypowiedzieć.

Bo?
–Na razie nie mogę o tym mówić. Tajemnica.

Pytałaś swoje chórzystki o ich motywacje? Dlaczego przyszły na casting?
– Pytałam, oczywiście. I usłyszałam mnóstwo bardzo osobistych historii. Jedna z kobiet powiedziała, że przez dwadzieścia lat nic dla siebie nie zrobiła. Wychowywała dzieci, prowadziła dom, a zawsze czuła, że ma coś ważnego do powiedzenia. Myśmy miały – zaraz po zakończeniu przesłuchań – wspólne spotkanie, na którym one bardzo szczerze opowiadały swoje historie. Mówiły że są złaknione robienia czegoś ważnego, czegoś dla siebie. Kiedy byłyśmy jakiś czas temu w Suwałkach, na nasz spektakl przyszły takie zwyczajne kobiety i myśmy nie wiedziały, jak one zareagują. Przyjęły nas fenomenalnie. Po koncercie wypytywały kiedy znów do nich przyjedziemy. Nasza obecność była dla nich bardzo ważna. Dlatego chcemy jeździć z chórem wszędzie. To jest nasza misja.

Chór jest grupą terapeutyczną?
– Trochę tak musi być, bo praca z głosem jest pracą z samą sobą. Robisz coś, co może cię zmienić. Odkrywasz własną kobiecość. Głos kobiecy ma w sobie niesamowitą moc, która gdzieś zanika, bo kultura tak nas urabia, że tylko szepczemy.

Bo kobieta, która podnosi głos, jest histeryczką.
– Tak nas ustawia kultura. Moje dziewczyny mówią, że odkrywają swoją kobiecość, że odkrywają siebie.

A co ty odkryłaś?
– Coś, co przeczuwałam. Siłę chóru i wspólnoty na scenie. To jest ważne dla mnie i dla mojego teatru, który powstaje gdzieś na pograniczu teatru i muzyki. To jest moja forma komunikacji jako artystki. Chór został kompletnie usunięty z teatru. Dramaturgowie uznają go za coś kompletnie passé. Nawet w naszej Operze Narodowej odizolowuje się go, ukrywa za zasłoną. A chór to genialna sprawa! Przecież teatr na samym początku był chórem.

Może teatr nowożytny odsunął chór z jakiegoś powodu?
– Przecież chór męski w jakiejś formie ocalał. To chór kobiecy został wykastrowany!

Nie wiem czy słowo „wykastrowany” jest najtrafniejsze w tym przypadku. Ale powiedz, co się tak uczepiłaś tego chóru? Ty – idywidualistka na scenie. Pierwsza nagroda na Festiwalu Piosenki Agnieszki Osieckiej, pierwsza nagroda na Festiwalu Piosenki Francuskiej. Niezliczone wyróżnienia. Nagrana płyta z songami Piazzoli. I nagle – bum! – chór.
– Uważam, że to jest moja naturalna droga artystyczna, która zawsze była pracą nad głosem, jego odzyskiwaniem w ciele, szukaniem nowych technik. Czułam, że moja solistyczna kariera to za mało. Dlatego poszłam na reżyserię do Akademii Teatralnej w Warszawie, a wcześniej skończyłam Szkołę Muzyczną Fryderyka Chopina. W Polsce nikt nie zajmuje się tym, co mnie fascynuje, czyli „drżeniem na granicy dźwięku i języka”. A ja wierzę w rewolucyjną siłę głosu. Teraz najważniejszy jest dla mnie Chór Kobiet. Z niego mam największą radość i myślę o nim nieustająco. Oczywiście cały czas ktoś dzwoni z propozycją, żebym zaśpiewała, ale ja jestem już w zupełnie innym miejscu mojej artystycznej wędrówki.

Jesteś poszukiwaczką czy to twoja świadoma droga?
– Bardzo świadoma. Od dawna chciałam reżyserować i nigdy nie miałam czasu, żeby przystąpić do tych cholernych egzaminów. Kiedy już się dostałam na Wydział Reżyserii Dramatu, to szybko stwierdziłam, że to można o kant dupy rozbić, ale jakoś muszę wytrwać, jeżeli chcę cokolwiek robić w tym zawodzie w Polsce. W każdym razie skończyłam te studia i potem już wszystko potoczyło się ekspresowo. Powiedziałam o pomyśle na Chór Kobiet Maciejowi Nowakowi i resztę historii już znasz.

To się nazywa szybki debiut.
– Prawda? Istne szaleństwo. Zaczęłyśmy pracować z dziewczynami w styczniu, próby wystartowały w lutym, a w czerwcu była premiera. Libretto powstało w tydzień, partytura Oli Gryki też w jakieś dziesięć dni. To było naprawdę intensywne, szybkie, robione na takim wielkim uniesieniu. Faceci czekali na baby przed instytutem. One zamiast po sześciu, wychodziły po ośmiu godzinach. To był naprawdę niesamowity czas. Do dziś wystąpiłyśmy (jak ja nienawidzę tego słowa!) kilkanaście razy. Niedługo jedziemy na Festiwal Teatralny „Złota Maska” do Moskwy. I mamy jeszcze kilka innych zaproszeń.

Uczyłaś się dyrygentury?
– A skąd! Nie miałam o niej zielonego pojęcia. Poprosiłam o pomoc profesjonalną dyrygentkę, ale ona też była bezradna, bo do tego projektu trzeba było stworzyć jakiś nowy rodzaj języka, chodziło mi o dyrygowanie rytmiczną mową. Udało się. Chociaż początek był trudny. Dyrygentka stawała przed chórem, wykonywała jakiś gest, a dziewczyny miały minę z cyklu: ale o co chodzi? Uczyłyśmy się wszystkie razem.

Śpiewanie w Chórze Kobiet jest woluntarystyczne?
– Tak. Nasze spektakle są biletowane, a skromny dochód przeznaczamy na produkcję i wspieramy Amazonki.

Nie boisz się, że feministyczne przesłanie chóru przyćmi w recenzjach walory artystyczne?
– Mam raczej wrażanie, że Chór Kobiet cały czas jest nieprzeniknionym tematem dla krytyki piszącej o nim bo w naszym przypadku dramaturgia ukryta jest także w głosie.

A może problem polega na tym, że ani teatrolog ani muzykolog nie umie sobie z wami poradzić. Stworzyłaś potwora!
– Byłoby fajnie, gdyby ktoś go obłaskawił.

_____

Rozmowa ukazała się w magazynie „Exklusiv”.

_____

© Mike Urbaniak | Fot. Oiko Petersen

Advertisements
Zwykły wpis

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s