DYREKTORZY/DYREKTORKI

Suma wszystkich przypadków

255489_10151025481496295_849729928_n

Dopóki byłem szefem działu kultury „Gazety Wyborczej”, byłem może nie papieżem, ale co najmniej sekretarzem stanu. Kiedy zostałem dyrektorem Teatru Wybrzeże, zobaczono we mnie konkurenta. Wszyscy czekali, żebym się wyłożył. Wtedy zrozumiałem, że muszę stworzyć własną armię. Z Maciejem Nowakiem rozmawia Mike Urbaniak.

Trudno cię objąć.
– 160 kilo.

Miałem na myśli twoją drogę zawodową. Zacząłeś bardzo wcześnie.
– Nie da się ukryć, że wykorzystałem znajomości mojego taty. Nie wiem, skąd się to wzięło, ale zawsze interesowałem się teatrem. Byłem postrachem wizyt u cioć, bo organizowałem natychmiast jakieś teatrzyki. Bardzo chciałem iść na wiedzę o teatrze, ale ze względów politycznych – maturę zrobiłem w 1983 roku – zawieszono nabór. Poszedłem więc na historię sztuki, ale pisać chciałem ciągle tylko o teatrze. Ojciec znał naczelnego „Sztandaru Młodych”, który skierował mnie do działu kultury, gdzie zostałem redakcyjnym kolegą obecnej recenzentki teatralnej „Naszego Dziennika”.

Temidy Stankiewicz-Podhoreckiej?
 Tej samej. Nasza znajomość trwa już trzydzieści lat. Temida była moją mistrzynią. Po pół roku pisania do „Sztandaru”, postanowiłem pójść z moimi tekstami do „Teatru”. Zostawiłem je w sekretariacie. Dwa tygodnie później dostałem telegram, że mam się stawić przed obliczem wicenaczelnego Andrzeja Wanata.

Wcześniej jednak na twojej życiowej drodze stanął człowiek legenda profesor Zbigniew Raszewski.
– Był to oczywiście, jak to w moim życiu często bywa, kompletny przypadek. Studiowałem tę historię sztuki, ale na zajęciach, pod ławką, czytałem cały czas o teatrze. Któregoś razu moja koleżanka zauważyła, że kontempluję „Wybór dramatów staropolskich” Juliana Lewańskiego i podczas swojej bytności u profesora Raszewskiego (przyjaźniła się z jego córką) powiedziała: „A mój kolega to czyta ciągle jakieś dramaty staropolskie”. Profesor odpowiedział krótko: „Wezwać mi go”. Był dla mnie postacią mityczną, pomnikową. Do tego stopnia, że myślałem, że nie żyje. A tu nagle mnie wzywa i daje jakieś naukowe zadania. Chwilę później moi rodzice wyjechali na placówkę do Leningradu, więc profesor zlecił mi szperanie w tamtejszych archiwach. To był początek znajomości, która miała fundamentalny wpływ na moje życie.

Po kilku latach pisanie do „Teatru” przestało ci wystarczać. Podjąłeś decyzję o założeniu własnego magazynu. Co na to Zbigniew Raszewski?
 Najpierw pokazałem projekt „Gońca Teatralnego” Kazimierzowi Dejmkowi, ówczesnemu szefowi ZASP-u. Powiedział, żebym poszedł z tym do Ministerstwa Kultury. Był marzec 1990 roku. Iza Cywińska, ówczesna minister, dała mi na to jakieś niewielkie pieniądze. Z pierwszym numerem poleciałem natychmiast do profesora, który powiedział: „Teraz wchodzi pan na serio w życie publiczne. Niech pan pamięta, że spotka pana mnóstwo przykrości, ale równolegle doświadczy pan wielu bezinteresownych, wspaniałych przyjaźni”. Potem pognałem do Teatru Polskiego i w kulisach zastałem Dejmka. Spojrzał na „Gońca” i orzekł: „No, to jest profeska”. W ten sposób zostałem namaszczony przez dwóch wielkich ludzi teatru.

Łukasz Drewniak pisał, że byłeś ich pupilkiem.
 Jeśli się znało Kazimierza Dejmka, to trudno myśleć, że ktokolwiek był jego pupilkiem. Dejmek był raczej szorstkim i surowym, ale sprawiedliwym typem człowieka. Co do profesora, to wiem, że mnie cenił. Czułem jego przyjaźń i troskę, ale pupilkiem być nie mogłem, choćby z powodu wybrania innej drogi, niż zaplanował mi profesor.

Jakiej drogi?
– Naukowej. On myślał, że będę historykiem teatru. A ja ostatecznie nie obroniłem pracy magisterskiej, bo porwało mnie życie. Twoje pokolenie, które nie doświadczyło przełomu ’89 roku, tego nie zrozumie. Wtedy wszystko stawało otworem, wszystko było możliwe. Przed ’89 nie byłem w żadnym ministerstwie. Z respektem mijałem Dom Partii. Sfera władzy była dla mnie absolutnie abstrakcyjna.

Przecież twój ojciec był dyrektorem departamentu w Ministerstwie Szkolnictwa Wyższego, potem konsulem w Leningradzie.
 No tak, ale to właśnie tatusiowie takie rzeczy załatwiali. To nie było moje. Aż raptem, jesienią 1989 roku, dostaję telefon z Ministerstwa Kultury. „Proszę się zgłosić do minister Cywińskiej” – słyszę w słuchawce. Do dziś pamiętam, jak czekałem spięty, a sekretarka próbowała zabawiać mnie rozmową. Patrzyłem na nią jak na jakieś dziwo – że jest sympatyczna, mówi po polsku, nie jest kosmitką. W wolnej Polsce drzwi dotąd zamknięte stanęły otworem. Można się było tym wszystkim zachłysnąć. Nie było już czasu na magisterkę.

Profesor był rozczarowany?
 Bardzo, ale zmarł w 1992 roku i myślę, że umierał jeszcze z nadzieją, że jednak te studia skończę.

W tym samym roku zawiesiłeś wydawanie „Gońca Teatralnego”.
 Bardzo to przeżyłem, traktowałem jak wielką osobistą klęskę. Nie umiałem tego przepracować i uciekłem z Warszawy.

Dlaczego do Gdańska?
 Kolejny przypadek. Byłem przez chwilę sekretarzem prasowym minister Cywińskiej i jeździłem na narady dyrektorów wydziałów kultury urzędów wojewódzkich. Tam poznałem bardzo fajną osobę, czyli Wojtka Bonisławskiego, ówczesnego dyrektora Wydziału Kultury Urzędu Wojewódzkiego w Gdańsku. Po jakimś czasie pojechałem do Gdańska i w Teatrze Miniatura spotkałem Wojtka. Opowiadam mu o „Gońcu”, że problemy, że nie ma pieniędzy. A on na to: „Ja mam pieniądze. Jeśli zostaniesz dyrektorem Centrum Edukacji Teatralnej, to możesz pismo wydawać przez Centrum”. Pamiętam moją pierwszą myśl: ja, warszawska gwiazda na prowincję? Wracając do Warszawy cały czas o tym myślałem. Kiedy dojechałem do domu, zadzwoniłem do Wojtka: „To ja to biorę”.

Jak zareagowała Warszawa?
 Znajomi nie mogli uwierzyć. Jedna osoba mi powiedziała: „Ależ co pan robi? Z Warszawy się nie wyjeżdża!”. Jazda pod prąd zawsze mnie kręci. Gdańskiem się zachłysnąłem.

Bo?
 Mniejsze miasto. Fajny krąg towarzyski. Kwitnące życie knajpiane. Morze. To był okres świetności arcybiskupa Gocłowskiego. Prałat Jankowski jeszcze wtedy tak ostro nie jechał. Lech Wałęsa. To wszystko było niesamowite i inspirujące.

Dyrektorem Nadbałtyckiego Centrum Kultury też zostałeś przez przypadek?
 Oczywiście. Był w Gdańsku zjazd ministrów kultury państw bałtyckich i mnie tam – jako dyrektora Centrum Edukacji Teatralnej – zaproszono. Zacząłem, jak to ja, integrować towarzystwo wiśnióweczką. Po jakimś czasie mówiłem już we wszystkich językach. Zobaczył mnie w akcji ówczesny wojewoda gdański i powiedział do Wojtka Bonisławskiewgo: „Niech Nowak zostanie dyrektorem NCK-u, bo bardzo dobrze mu idzie”. Na drugi dzień Wojtek przyszedł do mnie i przekazał mi propozycję wojewody. Przyjąłem ją natychmiast.

I tak zaczęły się złote lata centrum.
 Wydaje mi się, że kluczowe dla powodzenia tego projektu było to, że przyszła tam osoba z zewnątrz. Nie byłem z Pomorza, nie byłem Kaszubem – dostrzegłem atrakcyjność tej kultury. To, co mnie bardzo ciekawiło, dla nich było oczywiste. Co oni znali, mnie fascynowało. Zaczęliśmy eksponować lokalne walory, integrować kraje bałtyckie. Fajnie to zaczęło działać. Dostrzegli to nasi sąsiedzi.

Wcześnie zostałeś dyrektorem, przed trzydziestką. Czułeś się kompetentny?
– Działałem intuicyjnie. Jeśli coś wydawało mi się bez sensu na zdrowy rozsądek, to likwidowałem natychmiast. Zbędne etaty? Do widzenia. Dziś byłbym bardziej czuły na sprawy zatrudnienia. Wtedy, odurzony porządkiem neoliberalnym, byłem okrutny. Ale NCK stało się nowoczesną, sprawnie działającą instytucją.

Skąd się w tym czasie wzięła „Gazeta Wyborcza”?
– Jak to skąd? Z przypadku. Tata – znowu ten tata! – przysłał mi wycinek z jakiejś gazety, że „duży ogólnopolski dziennik poszukuje redaktora do działu kultury”. Wysłałem swoje CV, nie wiedząc (choć podejrzewając), że chodzi o „Wyborczą”. Po dwóch tygodniach zadzwonił do mnie Romek Pawłowski i powiedział: „Chyba będziesz moim szefem”. I tak, jesienią 1997 r., zacząłem pracę w „Gazecie”, w dziale kultury. Szefem działu zostałem dwa miesiące później.

Zrezygnowałeś z NCK?
– 
Złożyłem rezygnację, ale ponieważ nie mogli znaleźć następcy, to na nielegalu – bo w Agorze trzeba mieć zgodę na drugi etat –  kierowałem nim dalej.

I pracowałeś jednocześnie w Gdańsku i Warszawie?
– 
Dziś byłoby to niemożliwe, bo pociąg jedzie siedem godzin. Kiedyś nieco ponad trzy. Miałem roczny bilet i jeździłem właściwie non stop. Tak mi się to zaczęło mieszać, że nie wiedziałem często, gdzie jestem. Wszystko miałem podwójne: kosmetyki, ubrania, dwa mieszkania. Kiedy się rano budziłem, to musiałem chwilę się zastanowić, żeby wydedukować, w którym mieście jestem. Prawdziwe szaleństwo! Było to wszystko powodem nieustających stresów, szczególnie kiedy dzwoniła Helena Łuczywo: „Maćku, gdzie jesteś?” A ja w Gdańsku! „Niedaleko. Zaraz będę” – mówiłem i pędziłem na pociąg do Warszawy. Tak to wyglądało przez dwa lata.

Fama Nowaka machera poszła w miasto i przyszli do ciebie aktorzy Teatru Wybrzeże z propozycją, byś został ich kandydatem na stanowisko dyrektora.
Ja już wcześniej myślałem o teatrze, ale wtedy taka instytucja jak NCK wydawała mi się ciekawsza, bo w światku teatralnym nie działo się wtedy nic specjalnie interesującego. Do czasu, kiedy pierwsze sukcesy zaczęli odnosić Krzysiek Warlikowski i Grzegorz Jarzyna. To był początek klimatu na zmiany. Wtedy pomyślałem: czemu nie? Zgodziłem się kandydować.

Też na nielegalu?
– 
Nie, to by się już nie udało. Poszedłem wtedy do Adama Michnika i powiedziałem, że dostałem taką propozycję. Kiedy wcześniej kilkakrotnie chciałem gdzieś uciekać, to Adam mnie wyśmiewał. Tym razem powiedział: „Wybrzeże to jest wyzwanie. Na to się zgadzam”.

Początek nie był łatwy.
– 
Pierwszy rok zmarnowałem, bo rozbabrałem parę spraw. Wiedziałem, że trzeba zrobić remont, więc zdemontowałem wszystkie fotele w dużej sali. Potem okazało się, że nie dostanę na ten remont pieniędzy. Mam rozwaloną salę, nie mam gdzie grać, nie mam kasy. Dramat. Pomysły artystyczne też były na początku pomysłami krytyka teatralnego, który zjadł wszystkie rozumy. Moje wybory repertuarowe były potwornie nonszalanckie. Przez pierwszy sezon jadłem dużo magnezu, jedno opakowanie dziennie. Byłem w histerii i mówiłem do siebie: Nowak, no tym razem to ci się nie uda. Ten projekt ci nie wyjdzie i będziesz skompromitowany w środowisku teatralnym do końca życia.

Przełomem okazał się drugi sezon.
– 
Dzięki Izie Cywińskiej, która mi trochę mamusiuje. Iza zgodziła się zrobić spektakl na inaugurację Wybrzeża po remoncie, który udało mi się w końcu zrobić. Przyjechała, żeby wybrać aktorów. Weszła do teatru i poszła do gościnnego mieszkania. Nagle przybiega do mnie pani administratorka i mówi, że pani Cywińska każe zrobić to, zmienić tamto. Cały teatr stanął na baczność. Iza zaczęła wszystko nastawiać i ja dzięki niej nabrałem wiary w siebie, że ja też tak mogę. Premiera w styczniu 2001 r. była wielkim wydarzeniem. Zjechało do Gdańska pół Polski. Maszyna ruszyła.

Jak twoją nominację na dyrektora przyjęło środowisko teatralne?
– 
Dopóki byłem szefem działu kultury „Wyborczej”, byłem może nie papieżem, ale co najmniej sekretarzem stanu. Wszyscy ludzie teatru byli dla mnie bardzo mili. Kiedy zostałem dyrektorem Wybrzeża, zobaczyli we mnie konkurenta. Przestałem być panem redaktorem, który może wesprzeć sukces czy karierę. Miłość wyparowała. Wszyscy czekali, żebym się wyłożył. Wtedy zrozumiałem, że muszę stworzyć własną armię i zacząłem ściągać do Wybrzeża młodych artystów. Do dzisiaj grupa reżyserów, która u mnie zaczynała, należy do najciekawszych, najbardziej komentowanych artystów.

Grażyna Kania, Agnieszka Olsten. Zrobiłeś z prowincjonalnego teatru ważną scenę: głośne debiuty, ponad dziesięć premier rocznie, festiwal rosyjskiej dramaturgii, Szybki Teatr Miejski. Ale wywalili cię z hukiem.
– 
Zaczęło się od tego, że Wojtek Bonisławski został szefem Muzeum Narodowego w Gdańsku i tym samym przestał być dyrektorem odpowiedzialnym za kulturę. A on był tym rzadkim typem szefa, którego cieszyły sukcesy podwładnych. Po nim przyszli ci, którzy chcieli pokazać kto tu rządzi, którym przeszkadzały moje sukcesy. Nie byłem ich człowiekiem, nie meldowałem się. Nowy dyrektor wydziału kultury, niegdyś kierownik literacki „Wybrzeża”, powiedział publicznie: „Przez sześć lat Nowak nie znalazł czasu, żeby do mnie zadzwonić i zaproponować mi wystawienie sztuki”. Sytuacja finansowa teatru była dramatyczna. Nikt nie chciał pomóc. Nawet kiedy załatwiłem z ministrem Waldemarem Dąbrowskim, że Wybrzeże będzie dopisane do listy teatrów współfinansowanych przez Ministerstwo Kultury – co skutkowało przyznaniem dotacji – to oni nie chcieli w Gdańsku podpisać umowy! Akcja „wywalić Nowaka” trwała w najlepsze.

Pojawił się także w pewnym momencie wątek związany z twoim homoseksualizmem.
– 
To było dla mnie o tyle bolesne, że ja bardzo oddzielam życie prywatne od zawodowego. Nigdy nie miałem romansu z aktorem czy kimkolwiek innym ze świata teatralnego. Anka Schiller, córka Leona Schillera, powiedziała mi kiedyś: „Nowak, pamiętaj – nigdy z aktorami!”. Ale plotka, że gruby pedał bałamuci chłopców poszła w miasto.

„Teatr jest pełen chłopaczków” – insynuowała Dorota Stalińska, której nie dałeś chałturzyć w teatrze.
– 
Nawet nie chce mi się o niej mówić. Przyszła kiedyś do mnie i zapytała, kiedy dostanie scenę. Uważała, że czymś oczywistym jest jej bytność na deskach Wybrzeża. Robiła tam jakieś swoje monodramy, podczas których sprzedawała garnki Zeptera. Powiedziałem, że nie dostanie. Wpadła w histerię i zaczęła biegać po mieście i skarżyć się wszędzie, że ona nie może grać, bo po teatrze biegają chłopaczki. Potem sprzedawała te swoje garnki w Operze Bałtyckiej.

Czarę trójmiejskiej goryczy przelała sprawa magazynu „Lifestyle”.
– Na którego okładce wystąpiłem półnagi w parówkach. Zawsze wspieram młodych i kiedy zgłosiła się do mnie młoda fotografka i zaproponowała sesję, zgodziłem się. Czy mój wstyd albo funkcja publiczna mają być przeszkodą w zrealizowaniu artystycznej wizji? Nie zgadzam się na to. Na dokładkę dodam, że ten numer magazynu ukazał się w dniu śmierci papieża.

To musiał być koniec. Upadek moralności.
– 
Aram Rybicki, który zginął w katastrofie smoleńskiej, powiedział w lokalnej „Wyborczej”, że Gdańsk jest konserwatywnym miastem zamieszkanym przez katolików i tego typu zachowania dyrektora publicznej placówki nie licują z gdańską moralnością.

Zacząłeś pakować walizki?
– 
Jeszcze nie. Cała szarpanina trwała rok. Wezwał mnie do siebie marszałek województwa pan Jan Kozłowski. Osoba bardzo miła i kulturalna. Powiedział wprost: „Panie Maćku, już tak gadają na pana, mam takie naciski, że już naprawdę nie daję rady. Kończmy już”. Powiedziałem bardzo grzecznie, że to jest jego problem i że chciałbym jeszcze skończyć spektakl o Wałęsie, który przygotowywaliśmy w Wybrzeżu. I tak dotrwałem jakoś do końca sezonu, czyli do czerwca 2006 roku. Potem przeszedłem jeszcze przez piekło spraw w prokuraturze, kontrole i wezwania. To był najbardziej koszmary okres mojego życia. Dziwię się, że wylądowałem w szpitalu na jakieś somatyczne dolegliwości, a nie w psychiatryku.

Obraziłeś się na Gdańsk?
– 
Jestem obrażony do dzisiaj. Nie bywam tam, jeśli nie muszę.

Czujesz się nadal outsiderem w świecie polskiego teatru?
– 
Absolutnie tak, choć zdaję sobie sprawę, że jest to głupie. Znam wszystkich, z paroma osobami się koleguję. Kiedy Andrzej Wanat reformował „Teatr” i tworzył w nim grupę młodych autorów, ja byłem najmłodszy. Wszyscy, poza mną, byli absolwentami wiedzy o teatrze. I wszyscy dawali mi bardzo wyraźnie odczuć, że nie jestem z ich bandy, że jestem kaprysem Wanata. Do dziś jestem trochę z boku.

Ty, którego „Polityka” nazwała najbardziej wpływową postacią polskiego teatru? To musi bardzo denerwować parę osób.
– 
Wiem oczywiście, że jestem ulubieńcem kilku, ale jakoś z tym żyję. Mówimy sobie: „dzień dobry”, ale wiem, że chuj ich strzela. Wydaje mi się, że znam się na teatrze i moja praca sprawia mi ogromną przyjemność. Zawsze powtarzam, że mam dwie kompetencje, żeby być dyrektorem teatru. Pierwsza, najważniejsza – nie ma szans na panią dyrektorową. Druga – nie jestem artystą. Nie muszę konkurować z kimkolwiek w teatrze. Wręcz odwrotnie, staram się mieć wokół siebie najzdolniejsze osoby. Nigdy nie ingeruję w kreację, nie mówię reżyserowi, co ma zmienić. Znam się na koniunkturach artystycznych, gustach, umiem wyczuć, co pójdzie, który artysta się spodoba, co ma szansę na sukces, a co nie.

„Zgorzkniali faceci w starych marynarkach” dali ci popalić. „Dziennik” zorganizował nawet mały lincz na tobie po ukazaniu się „Wątroby. Słownika polskiego teatru po 1997 roku”.
– 
Byłem zachwycony, bo mało która książka ma osiem recenzji w jednej gazecie. To było super. Potem dołączył jeszcze dziewiąty rycerz apokalipsy. Przycwałował znienacka i jeszcze raz dowalił. Ale, koniec końców, siły ciemności okazały się bardzo słabe liczebnie.

Lubisz wkładać kij w mrowisko.
– 
Nie mam takiego wielkiego imperatywu, ale jak trzeba, to wkładam.

Kierujesz od siedmiu lat Instytutem Teatralnym im. Zbigniewa Raszewskiego. Formalnością będzie pytanie, czy przez przypadek?
– 
Kompletną, bo naprawdę tak było. W 2002 r. ZASP przechodził bardzo poważny kryzys finansowy. Zadzwoniła do mnie Dorota Buchwald, która przejęła kierowanie tworzonym przez czterdzieści lat przez panią Basię Krasnodębską wspaniałym archiwum dokumentacji teatralnej. Mówi: „Coś musimy zrobić. Nie ma pieniędzy. Chcą zamknąć archiwum”. Przypomniało nam się, że profesor Raszewski mówił kiedyś, że konieczna jest taka instytucja jak instytut teatralny. Zwołaliśmy naradę mędrców. Wynik spotkania był taki, że to jest nierealne i nawet nie ma co próbować. Ale i tak napisaliśmy z Dorotą projekt i poszliśmy z tym do ministra Dąbrowskiego. On spojrzał na opis i powiedział: „Genialne. Zakładamy”. Patrzy na nas, my na niego. „To kto się za to weźmie?” – pyta. Mówię: „Ja mam Wybrzeże (to był 2003 rok). Dorota to zrobi”. Dorota: „Ja? Nie, nie. Maciek jest taki przebojowy. Niech on”. Dąbrowski: „ W takim razie Maciek”.  Chwilę później wyszedłem z ministerstwa z papierem ustanawiającym mnie pełnomocnikiem ministra kultury ds. powołania Instytutu Teatralnego. Myślałem, że to będzie sprawa tymczasowa, że zorganizuję wszystko i ktoś inny będzie dyrektorem. Okazało się, że zostałem nim ja i jestem do dziś.

Słyszałem, jak kiedyś jedna z twoich współpracownic powiedziała do osoby pracującej w innej instytucji kultury: „Wy macie cesarza, a my mamy Nowaka”.
– 
Nie mam gabinetu w Instytucie Teatralnym. We wszystkich instytucjach, które prowadziłem, zaczynałem od zwalniania kierowców, sprzedawania samochodów służbowych. Zawsze staram się burzyć hierarchię, która jest zbudowana wokół władzy. Nie widzę absolutnie żadnego powodu, dla którego dyrektor instytucji kultury miałby mieć szofera. To jest chore. Rozumiem ambasador czy biskup, ale dyrektor teatru? Bez przesady.

To pasuje też do twojego image’u bon vivanta.
– Mój publiczny wizerunek czy to, jak postrzegają mnie inni, jest zupełnie oddzielną historią. Nie pozostaje mi nic innego, jak po prostu przyjąć to do wiadomości. Nawet jeśli się do tego nie przyznaję.

A do bycia „brawurowym organizatorem artystycznego zamętu” się przyznajesz?
– 
Do tego tak. Wiesz, ja jestem dyrektorem od dwudziestu lat i nauczyłem się paru rzeczy. Zawsze korzystałem z energii innych, która uruchamia się, kiedy ludzie czują, że jesteś ich partnerem, a nie Królem Słońce. Zawsze dawałem moim współpracownikom dużą autonomię, możliwość realizowania siebie. I to działa. Mój tata, który był doświadczonym dyrektorem, zawsze powtarzał: „Nigdy nie korzystaj z tego, że jesteś szefem. Takie życie samo w sobie jest przywilejem. Zostaw te kuszące landrynki, które są w zasięgu twojej ręki”.

Co po instytucie?
– 
Nie wiem.

A co byś chciał?
– 
Jeszcze raz spróbować z teatrem.

Znów poza Warszawą?
– Bardzo dobrze czuję się w Warszawie. Tu są moi znajomi, koledzy, przyjaciele. Warszawa jest najbardziej atrakcyjnym miejscem w Polsce. Nie tylko dlatego, że jest stolicą. Ale dlatego, że jest policentryczna, nowoczesna i skupia najaktywniejszych ludzi.

Czy ty właściwie zrobiłeś kiedyś publiczny coming out?
– 
Nie bardzo. Zawsze się starałem i staram do dziś, żeby moje bycie gejem było czymś naturalnym. Jakoś zawsze wszyscy wiedzieli i nie musiałem ogłaszać tego faktu wszem i wobec. Publicznie pierwszy raz o tym napisałem chyba w 2001 roku, ale wynikało to z narracji tekstu, który przygotowywałem. Zirytowało mnie stanowisko ILGA, Międzynarodowego Stowarzyszenia Gejów i Lesbijek, które postulowało, żeby nie przyjmować Polski do Unii Europejskiej, dopóki nie unormuje praw gejów. Napisałem wtedy, że stanowisko ILGA stawia tę organizację w jednym rzędzie z kościołem katolickim i nacjonalistami, i że „będąc gejem można w Polsce żyć normalnie, a wiem o tym dobrze, bo sam tego doświadczam”.

Ktoś był zaskoczony?
 Nie. Dostałem za to mnóstwo pozytywnych e-maili i SMS-ów. Mnie się w ogóle wydaje, że homofobia jest sztucznie generowana przez polityków, którzy jej potrzebują do swoich rozgrywek.

Kiedy Stefan Niesiołowski powiedział, żeby geje jechali do Iranu walczyć o prawa homoseksualistów, napisałeś w swoim felietonie pod tytułem „Rzyg” na stronie „Krytyki Politycznej”, że „brzmi to analogicznie jak serdeczna rada udzielona Żydom podczas okupacji hitlerowskiej, by udali się na wycieczkę do Auschwitz”. Nie boisz się, że Niesiołowski zadzwoni do swojego partyjnego kolegi Bogdana Zdrojewskiego z żądaniem by cię zwolnił?
– 
Nie, nie boję się. Nie chcę się bać, bo wtedy jestem słaby. Będę mówił to, co myślę, i już.

Powtarzasz, że w Polsce do teatru chodzą kobiety, studenci i geje.
– 
Bo to prawda. O dwóch pierwszych grupach wiemy z badań, o trzeciej – z moich obserwacji.

Geje chodzą do konkretnych teatrów czy do wszystkich?
– 
Do wszystkich, bo są tak różni, jak całe społeczeństwo. Są też konserwatywni czy małomiasteczkowi. Mają różne gusta. Nie każdy chodzi w różowych okularach, tak jak ty.

_____

Rozmowa ukazała się w magazynie „WAW” 2.11.2010 r.

_____

© Mike Urbaniak | Fot. Archiwum Macieja Nowaka

Advertisements
Zwykły wpis

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s