AKTORZY/AKTORKI

Warszawa Celińskiej

celinska

Zadziorna jak Stara Praga, swojska jak Grochów, nastrojowa jak Muranów, różnorodna jak Powiśle, romantyczna jak Żoliborz i przebojowa jak Mokotów. Ze Stanisławą Celińską rozmawia Mike Urbaniak.

Kochasz Warszawę?
– Chyba nie do końca zdawałam sobie sprawę jak bardzo. Bo jak człowiek gdzieś mieszka, to się przyzwyczaja i wszystko wokół powszednieje. Ale pamiętam, że jak kiedyś wyjeżdżałam na wakacje, to pod koniec zawsze tęskniłam już za Warszawą.

Urodziłaś się w jej ruinach, dwa lata po wojnie.
– Pamiętam doskonale obraz miasta leżącego w kompletnych zgliszczach. Trzeba je było odbudować. Będąc dzieckiem, nosiłam cegły pod nawę kościoła przy Chłodnej na Woli. Z tego czasu została mi miłość do koparek. Obok naszego domu pracowała taka koparka przedsiębierna, z szuflą na linie, i robiła wielkie „am”. Potem takie koparki z korbką można było kupić w sklepie z zabawkami. Ponieważ była to dzielnica żydowska, wykopywaliśmy z ziemi różne wspaniałości: koraliki i fragmenty żyrandoli. Na podwórku działał też teatrzyk, który prowadziłam, bo od małego wiedziałam, kim chcę zostać w przyszłości.

Ale mieszkanie na Woli nie było pierwsze, bo jesteś przecież rodowitą prażanką.
– To prawda, jestem dziewczyną ze Stalowej, ale mój rodzinny korzeń sięga Starej Prochowni na Rybakach, po drugiej stronie Wisły. Tam mieszkali mój dziadek z drugą żoną i mama. Rodzina przeżyła powstanie jeszcze w Warszawie, ale potem została wysiedlona do obozów. Umówili się, że jeśli po wojnie wrócą, to napiszą na murze, że żyją i gdzie są. Wróciły mama i babcia, dziadek zaginął bez wieści. Z domu nic nie zostało, w ruinach zamieszkać nie było jak, więc mama zagnieździła się w mieszkanku przy Stalowej na Pradze. Tam przyszłam na świat.

Co to było za mieszkanie?
– Wtedy wydawało mi się duże, a jak tam pojechałam po latach, okazało się malutkie. Było za to pełne ludzi, bo rodzice lubili towarzystwo. Panował tam klimat – nazwijmy go – artystowski, niezbyt odpowiedni dla dziecka. Ale to właśnie na Pradze babcia, która przyjechała w odwiedziny z Wrocławia, zabrała mnie po raz pierwszy do kościoła, którego atmosfera mnie zafascynowała, potem była też pierwsza wizyta u fotografa. O, zobacz, na tym zdjęciu jestem z babcią i trzymam lalkę, którą od niej dostałam i której głową walnęłam o ścianę, bo byłam dość niesfornym dzieckiem. Kiedy umarł ojciec, zamieszkałyśmy we Włochach, a potem w Legionowie pod Warszawą. Kiedy mama skończyła konserwatorium muzyczne i zrobiła dyplom, wróciłyśmy do stolicy i mamusia zaczęła pracować w Domu Wojska Polskiego. Dostała przydział na mieszkanie przy Solnej. To była kawalerka, na którą składały się: pokoik, korytarzyk i toaleta. Miałyśmy tam z mamą i babcią wesoło, ale ciasnota była nie do wytrzymania, więc kobiety dały ogłoszenie do gazety i znalazły większe lokum. W ten sposób, zamieniając mieszkania, trafiłyśmy na Żoliborz. Miałyśmy tam pokój z kuchnią, no i była łazienka, więc prawdziwe szaleństwo! Po latach babcia przerobiła tę kuchnię na mój pokój i to w nim przygotowywałam się do zajęć w szkole teatralnej i do mojego debiutu w Opolu. Ten „zielony Żoliborz, pieprzony Żoliborz” był miejscem moich pierwszych miłości, pierwszych pocałunków. Mieszkałam tam do 25. roku życia, kiedy wyszłam za mąż.

I otworzyłaś kolejny rozdział wędrówki po Warszawie.
– O tak, wynajmowaliśmy z mężem mieszkania przy Marszałkowskiej, potem na Solcu. Tam, na materacu, został poczęty nasz syn Mikołaj. Czekaliśmy na własne M1, bo babcia od lat wpłacała na nie po 100 zł do spółdzielni mieszkaniowej, ale że byliśmy małżeństwem tak zwanym rozwojowym, dostaliśmy M4 na Stegnach, a dodatkowa powierzchnia należała nam się z racji zawodu. Rozwojowi byliśmy rzeczywiście, bo tam się urodziło dwoje naszych dzieci. Z tym mieszkaniem wiąże się dużo, także śmiesznych, historii. Kiedyś zapomniałam, że gram spektakl. Kąpię sobie dzieciaki, a tu dzwoni telefon i inspicjent mówi: „Stasiu, za 15 minut wchodzisz na scenę”. Myślałam, że dostanę zawału. Wpadłam do sąsiadki i mówię: „Dzieci w wannie, wyłów je! Ja pędzę do teatru!”. Zawiózł mnie mąż sąsiadki. Niestety, nie zdążyliśmy na moją scenę. Cudowny dyrektor Teatru Ateneum Janusz Warmiński wlepił mi wówczas najniższą z możliwych kar, ale wstyd był wielki.

Potem do teatru pędziłaś już z Mokotowa.
– Tak, moja ciotka miała tam kamienicę i zaproponowała, żebyśmy zamieszkali wspólnie. Ona na górze, my na dole. Po raz pierwszy miałam ogród. Ale moje skłonności do ciągłego ruchu nie pozwoliły mi tam osiąść na dobre. Po drodze było jeszcze mieszanko na Grochowie. Bardzo je lubiłam, bo to był mój powrót na Pragę. Przypomniałam sobie, jak fajnie jest po tamtej stronie rzeki i jadąc codziennie na lewy brzeg, oglądałam, jak rośnie nasze downtown. I w końcu wylądowałam tu, gdzie jesteśmy teraz.

Na skraju świata.
– Koniec Ursynowa, a za oknem pola i Las Kabacki. Bardzo mi to odpowiada. Zakochałam się w tym mieszkaniu od razu. Jest tu cicho i spokojnie, mam gdzie chodzić na spacery z moją psiną Kropką i codziennie mogę oglądać nieprawdopodobne zachody słońca. I to wszystko za darmo, no przepraszam – za dość sporą ratę kredytu. Moi taksówkarze wiedzą teraz, gdzie mieszkam, ale na początku mówili: „Pani Staszko, przecież tu wrony zawracają”. A ja lubię tu mieszkać.

Co sobie pomyślałaś, kiedy pojawił się pomysł na nagranie płyty z piosenkami o Warszawie?
– Że to może będzie jakieś nudne. Śpiewać o miłości do chłopa, to tak. Ale żeby o miłości do miasta? I kiedy kilka dni temu dostałam gotową już płytę, to się popłakałam. A ty?

Oczy miałem wilgotne, a na plecach ciarki.
– Mi też parę razy przebiegły. Aż wstyd tak mówić o własnej płycie, ale pomyślałam sobie, że ona jest naprawdę miłosna. Chyba po raz pierwszy podoba mi się mój głos, jest jakiś taki ciepły, chropowaty i nie uprawiam żadnych wokalnych popisów. Ogromną rolę odegrali w tym wszystkim oczywiście muzycy – Bartek Wąsik i Royal String Ouartet. Oni są po prostu cudowni. Dzięki nim to moje kolejne spotkanie z muzyką było wspaniałe, a to w końcu muzyka, a nie aktorstwo, to moja miłość najpierwsza.

Trudno jest ze szlagierów, które znają niemal wszyscy, zrobić swoje piosenki?
– Trzeba głęboko wejść w siebie i zaufać swojej muzycznej intuicji, utworów nie można też zamęczyć. To było żmudne poszukiwanie odpowiedniego głosu. No bo jak zaśpiewać wspaniałą piosenkę Beaty Kozidrak „Taka Warszawa” i nie zrobić z niej po prostu plagiatu? Chyba się udało z tego pięknie wybrnąć, mam przynajmniej taką nadzieję.

Mama skrzypaczka, ojciec pianista. Może powinnaś śpiewać, a nie być aktorką?
– Karierę rzeczywiście zaczęłam od śpiewania i w 1969 r. wygrałam opolskie debiuty utworem „Ptakom podobni”. Przed wyjazdem profesor Aleksander Bardini ostrzegał mnie: „Stasiu, Opole to takie odwrotne piwo. Więcej piany niż piwa. Twoim domem jest teatr”. I tak się stało, chociaż cały czas coś śpiewałam, miałam swoje recitale. „Nowa Warszawa” to jest tak naprawdę moja pierwsza płyta i tu ukłon w stronę Nowego Teatru, który powiedział: „Robimy płytę, śpiewaj pani”. To zaśpiewałam i bardzo się z tego cieszę. Okazało się, że to nie żadne nudy, że to wielka radość śpiewać o swoim ukochanym mieście.

Przyznaję, że rezultat mnie bardzo zaskoczył. To właściwie nie piosenki, ale małe dzieła sztuki. Muzyczna koronkowa robota.
– To zasługa Bartka, który zrobił tak cudowne, nieoczywiste aranże znanych przecież utworów. Zanim przystąpiliśmy do pracy rozmawialiśmy sporo o tym, jak to ma wyglądać. Bardzo kocham Chopina i może jestem banalna w tej mojej miłości, ale chciałam, żeby go było na płycie słychać. Bartek pięknie powplatał Chopinowskie motywy i ja się poddałam jego pomysłom. Muszę ci też powiedzieć, że zupełnie się nie czułam jak gwiazda, która wykonuje jakieś pieśni z akompaniamentem. Próbowałam raczej nadążyć za instrumentami muzyków, co nie było łatwe, bo to niezwykle utalentowani ludzie, perfekcjoniści. W końcu nazywają się Royal String Quartet, czyli po królewsku. Bartek to też król fortepianu, więc – rozumiesz – nie mogłam wystąpić z nimi jak jakiś kopciuch. Oczywiście sama też proponowałam różne rozwiązania, wiedziałam, jak chcę poszczególne utwory zaśpiewać. Na przykład w „Balu na Gnojnej” przemyciłam trochę tego warszawskiego zaśpiewu.

To prawda, „warsiawskość” została zachowana.
– Pomogło mi to, że mam stołeczne „ly” i mówię „lypa”, zamiast „lipa”. W ogóle nie zdawałam sobie z tego sprawy do czasu szkoły aktorskiej, gdzie profesorka od dykcji napominała mnie: „Stasiu, na litość boską, jaka lypa?!”. W końcu to „ly” zmiękczyłam i nauczyłam się kontrolować, ale kiedy jadę taksówką i słyszę „lycznik bije”, to myślę: „Oho, rodowity warszawiak”. Starałam się dodawać do tych naszych piosenek różne kolory, muzycy też kombinowali. Co oni wyrabiają z tymi instrumentami, to głowa mała. I powiem ci, Majkuś, że strasznie mnie to wszystko odmłodziło. Spotkali się młodzi ludzie ze starą babą, która to jeszcze nie jest stara w środku, i chyba zrobiliśmy coś fajnego. Ten mój głos, po tylu latach, jest chyba nadal interesujący. A co ty myślisz?

Że to są jakieś czary-mary. Śpiewasz tak, jakbyś sobie w domu zasiadła do pianina i nagrała płytę. Jakieś nieprawdopodobne ciepło z niej bije.
– Cieszę się. Kiedyś miałam silny głos z takim vibrato, które wzięłam z Demarczyk i Piaf. Potem ten „brzęczyk” gdzieś zaginął, a głos został zmaltretowany przez papierosy i alkohol. Teraz dbam o siebie, nie palę i nie piję już prawie ćwierć wieku, ale jednak to „doświadczenie życiowe” w głosie zostało. Warto się starzeć i je przekazywać, choć w dzisiejszych czasach liczą się tylko tak zwani młodzi ze stażem.

Jakiś czas temu Maciek Nowak, szef Instytutu Teatralnego, napisał na Facebooku, że ma dość tych pięknych, młodych, wygładzonych blond aktoreczek. Gdzie są Ryszardy Hanin? – pytał, przywołując tę wielką aktorkę i, nawiasem mówiąc, twoją profesorkę. Tobie się udało coś niezwykłego: przybyło ci lat i kilogramów, a jesteś nieustannie idolką kilku pokoleń Polaków z najmłodszą generacją na czele. Twoje popisowe numery, jak „Song sprzątaczki”, „Uśmiechnij się” czy „Atramentowa rumba”, mają dziesiątki tysięcy odsłon na YouTube. Młodzi kochają cię w spektaklach Krzysztofa Warlikowskiego. Gdzie jest tajemnica tego sukcesu?
– Młodości zewnętrznej nie uprawiam, nie widzę takiej potrzeby. Mam tyle lat, ile mam, wyglądam tak, jak wyglądam. Moja inna profesorka, Stanisława Perzanowska, powiedziała mi kiedyś: „Wiesz, Stasiu, mając 16 lat, czułam się starzej niż teraz”. A była już siwą panią. Miałam podobnie. Kiedy byliśmy w Cannes, Daniel Olbrychski mnie strofował: „Stacha, ciesz się, bo nie wiadomo, kiedy tu znowu będziesz”. Miał rację, do tej pory tam nie pojechałam. Teraz jest zupełnie inaczej. Cieszą mnie miliony małych rzeczy. Ale wiesz, ja nie jestem znowu taka stara. Byłam w końcu świadkiem swoich własnych narodzin, kiedy cudem przestałam pić. I jeśli, drogi Majku, zaczęłam życie w wieku 41 lat, a metrykalnie mam 65, to ile ja mam tak naprawdę według ciebie?

Dwadzieścia cztery.
– A widzisz! I to jest odpowiedź na twoje pytanie o tajemnicę mojego sukcesu. I jeszcze jedno. Dzisiaj starsi ludzie idą na złom, a za czasów mojej młodości byli skarbem: uczyli nas, przekazywali nam doświadczenie. To moi nauczyciele mówili: nie starzeć się, nie odcinać kuponów, nie osiadać na laurach. Ta przychylność młodych do mnie, o której mówisz, jest nie tylko moją zasługą, ale także Krzysia Warlikowskiego. Jego pomoc jest nieoceniona. To on mnie odbrązowił, dostrzegł we mnie coś, co było uśpione. No powiedz, czy ktoś by mnie wtedy w Warszawie obsadził w roli matki Hamleta? Nikt. A potem kazał grać kobietę w „pipszole”? Pomyślałam: „Matko Boska! Przecież ja się rozbierałam ostatnio, kiedy miałam 22 lata i dwa piegi, a on mi tu każe z moimi obwisłymi, za przeproszeniem, się rozbierać?!”. Byłam zdruzgotana, ale potem poczułam, że w tym jest jakiś wielki sens, że kobieta w każdym wieku ma prawo do miłości.

Celińska i Warlikowski to jedno z najniezwyklejszych spotkań w polskim teatrze.
– Spotkałam prawdziwego rewolucjonistę, który nie tylko zrewolucjonizował polski teatr, ale też mnie przy okazji. Weszłam w to i poczułam, że słusznie. Eksperyment pociągał mnie zawsze, chciałam oddać się teatrowi w sposób absolutny, ale nie spotkałam mojego Konrada Swinarskiego, który dałby mi poczucie teatru totalnego. Chciałam być u Jerzego Grotowskiego, ale się jednak nie zdecydowałam i w końcu spotkałam Krzysia. Byłam wówczas bardzo zapyziała i wiedziałam, że nie mam co udawać. Grałam same potwory. Skoro stałaś się potworem, to je teraz graj, proszę bardzo! A ja chciałam po prostu pracować i nie bałam się grać tych babonów, w imię prawdy. Nie myśl sobie, że kiedy zaczęłam pracować z Krzyśkiem, byłam taka spokojna jak dzisiaj. Po chorobie alkoholowej byłam kompletnie rozdygotana, zniszczona fizycznie i psychicznie. Dużo było też we mnie nienawiści do tych, którzy mnie porzucili, zwątpili we mnie.

Droga do Nowego Teatru była kręta.
– Oj, tak. Fruwałam po różnych scenach jak opętana. Zaczęłam we Współczesnym, ale tam mi czegoś brakowało. Czułam, że powinnam się ruszyć. Potem były teatry Ateneum, na Woli, Dramatyczny, Rozmaitości, który się spalił na moich oczach, Studio i w międzyczasie krótki wyjazd do Poznania.

Twoja jedyna zdrada Warszawy.
– Wyjechałam na jeden sezon i dobrze mi zrobiło oderwanie się od Warszawy. Zobaczyłam ją z daleka, dostrzegłam także jej grajdołowatość i prowincjonalność, przestała być dla mnie miastem, z którym ciągle się boksowałam. Poznań był oddechem, przygotowałam tam w końcu recital, na który nie miałam czasu w Warszawie. Ale co tu dużo mówić, szybko zaczęło się ssanie w dołku, tęsknota. Trzeba było wracać.

Twoje związanie się z Warlikowskim zdziwiło wiele osób, prawda?
– Prawda, ale nie ma dla mnie innego teatru, nie ma alternatywy. Choć, jak wiesz, po „Aniołach w Ameryce” odeszłam z zespołu (wtedy jeszcze w Teatrze Rozmaitości), bo potrzebowałam jakiegoś oddechu, i po kilku sezonach we Współczesnym, gdzie napiłam się u źródła, wróciłam eksperymentować.

Warlikowski powiedział, że tak naprawdę nigdy nie odeszłaś.
– Miał rację w sensie duchowym, choć trzeba przyznać, że ten nasz teatr to trudne podwórko. Krzyś powiedział kiedyś w filmie o mnie, że zainteresowała go moja duchowość, i ja właśnie w Nowym Teatrze o nią walczę. Czasami reszta się ze mnie podśmiechuje, ale ja się tym nie przejmuję, bo wiem, że tak ma być. Czasami się zżymam, czasami się awanturuję, ale podążam za Krzysiem, bo to on jest przewodnikiem stada. Oczywiście każde z nas, mówię o zespole aktorskim, ma wpływ na to, co robimy, każdy coś proponuje, sugeruje, ale ostatnie zdanie należy do Krzysztofa Warlikowskiego i albo się na nie ktoś zgadza, albo odpada. Czuję się w tym teatrze potrzebna, powiem więcej – niezbędna. Bo Krzysiek daje nam wszystkim takie poczucie. Chodzi koło nas, kocha nas. Oczywiście wysysa też z nas wszystko do cna, ale musi być wampirem, inaczej nic by nie powstało.

Twojej wędrówce po Warszawie zawsze towarzyszył jeden mebel – pianino.
– Bez pianina nie ma życia, musi być w domu. Sama się nauczyłam na nim grać, bo mama nie chciała mnie posłać do szkoły muzycznej. Bała się, że wybiorę sobie ten trudny zawód. Chodziłam za to na lekcje śpiewu i może zostałabym śpiewaczką, ale w wieku bodajże 12 lat przeczytałam o Helenie Modrzejewskiej i postanowiłam zostać aktorką, zresztą od małego grałam różne role. Przed nagraniem płyty przyjechał do mnie Bartek, usiadł przy tym pianinie, zaczął grać „Warszawo ma” i mówi: „Śpiewaj, Stasiu”, a ja w ryk. Koniec. Przypomniała mi się piękna Zosia Mrozowska, która to śpiewała tak wzruszająco w „Zakazanych piosenkach”, przypomniało mi się moje dzieciństwo, moi rodzice, moja Warszawa. Rozkleiłam się jak amator i myślę sobie: „Jezu, jak ja to nagram?”.

Nie chcę, żeby to zabrzmiało kiczowato, ale ty jesteś jak Warszawa. Obie macie na koncie sukcesy i porażki, upadek i odrodzenie, doświadczenie i energię młodości, szacunek do tradycji i parcie do przodu.
– Trochę żeśmy razem przeszły. Kiedy patrzę wstecz na moje dzieciństwo, na te ruiny, na mamę, która maczała skórki chleba w oleju, bo nic było co do garnka włożyć, to myślę sobie: „Mój Boże, że też człowiek to wszystko przetrwał”. A dzisiaj miasto jest kolorowe, różnorodne i pełne młodych ludzi. Ja nie z tych, którzy narzekają, że kiedyś było lepiej, że młodzież była taka czy śmaka. Gdyby dzisiaj zdarzyła się, odpukać, sytuacja powstania, to jestem przekonana, że ci młodzi, kolorowi ludzie stanęliby w obronie tego wspaniałego miasta, że poszliby na barykady, jak ich rówieśnicy ponad 60 lat temu. I kiedy jako rodowita prażanka ze Stalowej słyszę krakusów, którzy mówią: „A wy nie macie takiego pięknego rynku i starych kamienic jak my”, odpowiadam od razu: „Nic mamy, bo nas zrównano z ziemią, a jak się nie podoba, to wypad!”.

_____

Stanisława Celińska jest jedną z najwybitniejszych aktorek i największych osobowości polskiego teatru, rodowita warszawianka. Ukończyła Państwową Wyższą Szkołę Teatralną w Warszawie, gdzie była uczennicą Ryszardy Hanin. W 1969 r. zadebiutowała w Teatrze Współczesnym Erwina Axera, jednocześnie wygrała debiuty w Opolu piosenką „Ptakom podobni”. Rok później zadebiutowała w filmie „Krajobraz po bitwie” Andrzeja Wajdy, który nominowano do Złotej Palmy w Cannes. Zagrała w kilkudziesięciu filmach i takiej samej liczbie sztuk teatralnych. Związana była ze stołecznymi teatrami oraz przez rok z Teatrem Nowym w Poznaniu. Jest jedyną polską aktorką, która otwarcie opowiedziała o swoich zmaganiach z chorobą alkoholową. Zupełnie nowy rozdział w artystycznym życiu Celińskiej otworzyła współpraca z Krzysztofem Warlikowskim, u którego wystąpiła po raz pierwszy w 1998 r., ale status ikony młodego pokolenia przyniosła jej rola w „Oczyszczonych” Sarah Kane w reżyserii Warlikowskiego w Teatrze Rozmaitości. Od 2011 r. jest aktorką Nowego Teatru w Warszawie.

_____

Rozmowa ukazała się w „Przekroju” 3.12.2012 r.

_____

© Mike Urbaniak | Fot. Kuba Dąbrowski

Reklamy
Zwykły wpis

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s